Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Oryginalny
tytuł:
Transformers:
The Last Knight
/
Reżyseria: Michael
Bay
/ Scenariusz: Art
Marcum, Matt Holloway, Ken Nolan
/ Zdjęcia: Jonathan Sela / Muzyka: Steve
Jablonsky
/ Obsada: Mark Wahlberg, Laura Haddock, Anthony Hopkins, Josh
Duhamel, Santiago Cabrera, Isabela Moner, Jerrod Carmichael, John
Torturro
/ Kraj:
USA / Gatunek: Akcja,
Sci-Fi
Oryginalny
tytuł: Avengers: Age of
Ultron
Oryginalny
tytuł: Mad Max. Fury
Road
Oryginalny
tytuł: Furious 7
Oryginalny
tytuł: Pacific Rim
Oryginalny tytuł:
Man of Steel
Dla kino maniaków, którzy lubują w kompozycjach filmowych także znajdzie się coś dobrego, bowiem kompozycje Daft Punka, pomimo tego, że momentami przypominają twórczość Hansa Zimmera dla filmu „Incepcja”, to i tak wbijają w fotel. Dodatkowo są to dźwięki tak mocne, że nagłośnienie w IMAXie powodowało, że wszystkie fotele drżały w posadach. Dawało to niesamowity efekt i idealnie pasowało nie tylko do ogólnego charakteru filmu, ale także i do poszczególnych scen, którym te kompozycje towarzyszyły. Dobrze znany wszystkim fanom styl tej ekipy także nie pozostał bez odzewu w filmie. Taki charakter ma właśnie muzyka elektroniczna, której brzmienia towarzyszyły przede wszystkim imprezie, która odbywała się u Zuse`a. Idealne brzmienie, które tylko podkreślało elektroniczny oddźwięk filmu. Takie połączenie sprawiło, że film jest jednym z faworytów do statuetki Oscara w kategorii najlepszej muzyki. Już za niedługo zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie.
Temat fabuły można byłoby w zasadzie pominąć, bowiem na tym tle film niewiele wyróżnia się od innych filmów. Wszystko sprowadza się oczywiście do władzy, czy to pod postacią Clu, który chce ją przejąć i dodatkowo rozszerzyć czy też pod tradycyjnymi przepychankami na szczeblach zarządzających w gigantycznych firmach. Wątkiem przewodnim jest jednak stara jak świat historia syna tracącego rodzica i starającego się go odzyskać. Z tego też powodu mamy tutaj liczne chwile wzruszeń i to, niekiedy nawet, dość mocarnych. Przez ten wątek w filmie są momenty, przy których można usnąć z zanudzenia, chociaż można by to zwalić na niezbyt porywające dialogi, które niekiedy ma się ochotę przemilczeć lub całkowicie usunąć z filmu. Najbardziej szokujące jest jednak to, że gdzieś ginie idea samego filmu, a mianowicie tego, że film jest o Tronie, czyli programie, który miał chronić użytkowników. Jego motyw jedynie przesuwa się prawie niepostrzeżenie na film zapominając, że to na nim i jego czynach powinna skupiać się akcja. To zostało ograniczone do minimum, a wydarzenia, które miały widza zaskoczyć (że niby zwroty akcji) nie odniosły zamierzonego skutku, gdyż widz domyśla się tego wcześniej niż zostaje to ujawnione.
Niesłusznie skazany za zabójstwo swojej żony Jensen Ames (Jason Statham) trafia do więzienia, którego pani naczelnik Hennessey (Joan Allen) organizuje śmiertelne wyścigi. Kiedy jakiś więzień wygra 5 wyścigów w nagrodę wychodzi na wolność. Jak się okazuje Ames staje się zbawieniem dla Hennessey, ponieważ jeden z zawodników znanych jako Frankenstein uległ poważnemu wypadkowi podczas ostatniego wyścigu i zmarł na stole operacyjnym. Dzięki temu, że Frank nosił maskę Jensen będzie mógł go zastąpić, gdyż ma bardzo bogatą przeszłość, w tym także jako jeden z najlepszych kierowców wyścigowych. Jakby nie było wyścig musi trwać, wyścig, który przynosi milionowe dochody, wyścig, którego ceną jest życie, a nagrodą wolność.
Fabuła moim zdaniem jest fascynująca. Nie ma to jak patrzeć na niesamowicie przygotowany wyścig, w którym giną więźniowie. No i tutaj można byłoby się zastanowić nad pewnego rodzaju niesprawiedliwością. W końcu w wyścigu mógł wziąć udział każdy, zaczynają od drobnego złodziejaszka a kończąc na wielokrotnym mordercy z trzema wyrokami dożywocia na karku. Gdzie tutaj sprawiedliwość można by pomyśleć. No, ale z drugiej strony jest to wyścig śmierci więc jak nie mają refleksu i farta to i tak giną w taki czy inny sposób. Sceny śmierci były rozbrajające, a niektóre dość przykre według mnie. Najbardziej rozwaliło mnie jak zginął Ponury Żniwiarz. Wygramolił się z tego swojego rozwalonego samochodu, tak się mądrzył, że Hennessey go nie może zabić, a tutaj nagle jeb i rozwalił go potworny wehikuł Joe`go. No, ale inne nie były takie zabawne. Przy pomocy przycisków znajdujących się na terenie więzienia, w trakcie wyścigu były aktywowane różne akcje. Można było aktywować sobie broń, osłonę, a można było też zabić przeciwnika wjeżdżając samochodem na trupią czachę, która uruchamiała tarczę z kolcami wyjeżdżającą z drogi, na którą nabijali się przeciwnicy. Moim zdaniem to już była przesada. Jednakże najlepsza jazda była wtedy, gdy do akcji wkroczył Pancernik przygotowany przez Haenessey i powybijał wszystkich wokół. To już w ogóle był szczyt niesprawiedliwości, no ale chciała podkręcić akcję i zarobić więcej kasy. Sam fakt tego czy więźniowie wychodzą dzięki temu na wolność czy nie to już jest inna kwestia. W końcu jak coś przynosi tyle kasy z oglądalności, to po co tracić najlepszych. Jak więc widzicie film momentami przypomina wyścigówki, w które grywa się czasami i wjeżdża się na te apteczki, czy też na inne pierdoły, aby się podładować. Jest ten film bardzo efektowny i wydaje mi się, że nie zbyt skomputeryzowany, przynajmniej mam taką nadzieję. Wyścig robi wrażenie, wrażenie robią także strzelaniny. Podoba mi się wejście wyścigu. Bardzo takie efekciarskie to jest, no i ten głos, zupełnie jakbym słyszała narratora z „Quake III: Arena”. Tutaj tylko wkręcał widzów w akcję no i zachęcał do wykupywania subskrypcji z 99 dolarów za jeden etap wyścigu lub 250 za wszystkie 3 etapy.
Ten film to był jeden wielki przekręt, jeżeli chodzi o to co się tam działo. Już samo to ile ta baba zgarniała kasy za ten wyścig. Jeżeli każdy widz wykupi za 100 dolarów jeden etap wyścigu, a oglądało go około 50 milionów to wyobraźcie sobie ile to kasy jest i to za jeden etap :D a jak wykupią sobie za 250 na 3 etapy? Nikt nie chciałby stracić takiej żyły złota więc przekręty są najwyraźniej w tym filmie niezbędne. To jak Jensen został wrobiony w zabójstwo swojej żony to było moim zdaniem szczyt szczytów. Mogli go wrobić w coś innego, w zabójstwo kogoś innego, ale zabrali mu żonę. Przykre. Hannessey była dość brutalną kobietą o czym można było się przekonać oglądając ten film. Poza tym to co ona wyprawiała, jak manipulowała tymi ludźmi. Zupełny bezsens. Po co dawać im nadzieję, że wyjdą na wolność skoro nie ma zamiaru dotrzymywać słowa. Staram się wam nie zdradzić szczegółów tej akcji, bo to straci cały urok, ale o dziwo można było się wszystkiego domyśleć, ja to już z początku wiedziałam o wszystkim. No, ale wiecie jak się ogląda filmy, które właściwie opierają się na jednym schemacie to trudno, żeby było inaczej, czyż nie? Czekam na coś świeżego. Najciekawsze było to jak Jensen/Frank, czy też dla Joe`go Igor zmówił się z samym Joe`m i dowalili nieźli finał. Ach teraz mnie oświeciło. To musiał mu pokazać Trener na tej taśmie ze śmiercią Grimma, ależ ja mam zapłon.
Uwielbiam Jasona Stathama- te jego mięśnie i w ogóle akcent. To jak się rozebrał do kąpieli i widzieliśmy te wszystkie jego tatuaże, a to jak się podciągał na tej kracie? Normalnie jak można mieć takie mięśnie i wyglądać tak seksownie. Uważam, że Jason jest świetnym aktorem akcji. Uwielbiam go za rolę w „Transporterze”, czy też „Komórce”. Jest po prostu rewelacyjny, a jeszcze jak przywali tym akcentem to już rozpływam się. No, ale w końcu Brytyjczyk. Nie dość, że seksowny to jeszcze dżentelmen. W tym filmie również bardzo mi się spodobał, był taki bezwzględny i tak pragnął wyjść, aby być ze swoją córeczką. Ech. Tyrese Gibson w roli Joego był również bardzo przekonujący. Jak wiemy nie jest to jego pierwsza przygoda z filmami wyścigowymi, bo zagrał przecież u boku Paula Walkera w drugiej odsłonie filmu „Szybcy i wściekli”. No co ja tutaj się będę rozpisywać nad tym wszystkim, po prostu dzięki takiej a nie innej obsadzie mieliśmy tak dobre widowisko. Nie tylko na torze, ale także i poza ni.