NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą widowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą widowisko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lipca 2017

1230. Transformers: Ostatni rycerz, reż. Michael Bay

     Wciąż pamiętam emocje towarzyszące mi podczas seansu pierwszego filmu z serii „Transformers”. Pełne napięcia wyczekiwanie na pierwszą minutę produkcji, która miała później wstrząsnąć moim światem. Przez te 10 lat darzyłam ogromną miłością przygody Optimusa Prime'a i jego autobotycznych koleżków, którzy znaleźli dom na planecie Ziemia. Jednakże wraz z najnowszym obrazem Michaela Baya spod marki Hasbro, „Transformers: Ostatni rycerz” coś we mnie pękło. I jak do tej pory, pomimo wątpliwej jakości fabularnej, byłam wierna tym mechanicznym przybyszom z kosmosu, tak teraz Bay sprawił, że z sali kinowej wyszłam załamana, wręcz zrozpaczona.
     Optimus Prime opuścił planetę Ziemię i wyruszył w kosmos w poszukiwaniu swoich stwórców. Pod jego nieobecność Ziemia stała się polem walki transformerów, którzy w zastraszających ilościach zaczęli przybywać na zieloną planetę. Ludzkość musiała więc powołać do życia organizację, która miała likwidować zagrożenie i tym sposobem całe miasta usiane są żelastwem robotycznych najeźdźców. Cade Yeager (Mark Wahlberg) pomimo wszystko dzielnie stoi po stronie Autobotów i wraz z ekipą ocalonych przez niego przybyszów pomaga innym. Podczas jednej z misji ratunkowych spotyka na swojej drodze bardzo starego transformera, który powierza mu sekretny talizman o wieku sięgającym czasów arturiańskich. Nie wie jednak, że tym samym stał się wybrańcem mającym uratować Ziemię przed zbliżającą się zagładą.
    Niektórzy uważają, że filmy Michaela Baya to już całkiem nowy gatunek filmowy. „Transformerów” nigdy nie oceniało się pod względem fabularnym, a bardziej wizualnym. Reżyser zawsze stawiał drugie ponad tym pierwszym. Jednakże do tej pory historie, których realizacji się podejmował nie były przesiąknięte aż takim absurdem. Już niejednokrotnie twierdził, że chciałby czegoś więcej dla swoich produkcji niżeli tylko pięknego wyglądu. Niestety, od kiedy Sam Witwicky opuścił Autoboty w ich walce z Deceptikonami, a jego miejsce zajął Yeager coś zaczęło się mocno psuć. Za mocno. Wielu myślało, że gorzej już być nie może. Aż do czasu, gdy pojawił się „Ostatni rycerz” i nawet najwierniejsi fani Transformerów załamywali się nad nielogicznością i totalną absurdalnością scenariusza, który prowadzi donikąd. Można się było tego jednak spodziewać po zapowiedziach, gdzie w jednej fabule pojawiali się Naziści i rycerze okrągłego stołu. O dziwo, nie było to największym problemem filmu, bo choć wątek III Rzeszy pojawił się znikąd i nic nie wniósł do fabuły, tak temat legend arturiańskich wykorzystano całkiem ciekawie. Owszem, daje wielkiego kopa fanom tych opowieści, wielbicielom Merlina i rzuca nowe światło na smoki krążące ludzkości nad głowami, ale i tak stanowi to spoiwo całego filmu.
I gdyby tylko na tym skończyć to byłoby spoko. No, ale to nie wystarczyło. Musieli pojawić się „stwórcy", musiało się okazać, że Ziemia nie jest Ziemią, trzeba było dołożyć dziwnych innych pokraczków, od których aż głowa boli. Bohaterowie musieli zachowywać się idiotycznie, a Optimusowi musiano najwyraźniej wyczyścić pamięć skoro nie pamięta efektów działań w „Dark of the Moon”. Takich rzeczy jest tutaj cała masa i już po godzinie oglądania widz ma ochotę opuścić salę kinową, a gdzie tam jeszcze reszta filmu. Nie można powiedzieć, żeby to było nudne, w sumie dużo było akcji i dużo wielkiego „WOOW”, ale inteligencją to nie grzeszy.
     Bolesne jest to, że film miał spore predyspozycje do stania się bardzo fajnym filmem postapo. Liczne walki robotów na Ziemi mogłyby ją bardziej zdewastować. Sceny na stadionie były jednymi z najbardziej klimatycznych i mogły nadać zupełnie nowy kierunek serii. Świetne pustynne lokalizacje i złomowisko również sporo obiecywały. Szybko się jednak okazało, że to zwyczajna zmyłka, bo Bay szybko powrócił do starych zwyczajów, czyli dużej ilości „łubuduuu” o przepięknym komputerowym spektrum. Owszem, akcje w stylu arturiańskim... przepięknie zrealizowane. Naprawdę, cudownie patrzy się zarówno na sceny batalistyczne, jak i te wszystkie arturiańskie roboty. Cudo! Sceny przy Stonehange.. o rany! Tylko Bay jest zdolny do wielkiej rozpierduchy w pobliżu najbardziej rozpoznawalnej budowli na świecie. Na szczęście to tylko atrapa, bo zakazano mu podobnych akcji przy oryginale. Mózg jednak nie jest w stanie ogarnąć tego co się tam działo i chyba tylko skupił się na tym, że coś tam faktycznie się wydarzyło niż rozważał sens tychże scen. Wygląda to wszystko naprawdę baaardzo dobrze. Jak zawsze zresztą. Dodatkowe smaczki pod postacią brytyjskiego klimatu zawsze u mnie przejdą. To już kontynuacja genialnie wykorzystanych legend o Królu Arturze. Potomkowie, okrągłe stoły, niesamowite rezydencje... można by patrzeć i patrzeć.
      To co najbardziej boli w „Ostatnim rycerzu” to fakt, że za mało jest tu Transformerów w Transformerach. Serio. Optimusa praktycznie w ogóle nie ma, a jak już się pojawia to jest to taka chora akcja, że w sumie żałujemy jego powrotu. Pojawiają się tutaj roboty z trzeciego filmu, ale spoko... przecież po co było wspominać o nich w „Wieku zagłady”. Pojawiają się też niesamowite nowe postaci. Obdarzyłam ogromnym uczuciem niepozornego Cogmana, który nie dość, że był przystojnym robotem, to w dodatku miał iście królewskie maniery. No, ale jak się jest lokajem od 700 lat to renoma zobowiązuje. Musiała się pojawić również nowa maskotka i ta rola przypadłą Sqweeksowi. Uroczy i wywołujący matczyne uczucia, co zaskakujące! Najfajniejsze w Transformerach zawsze były składaki. Także i ten film posiada takiego montowanego robota a nazywa się on... Dragonstorm. Cudowność w każdym calu, a jaka zaskakująca składnia! Powalające, ale całkowicie groteskowe jest oblicze nowego zagrożenia, stwórcy, Quintessy. Bardziej przypominając człowieka niż robota, choć to coś bardziej na kształt Alice z „Revenge of the Fallen”. Z mrocznych charakterów powraca oczywiście stary znajomy w całkowicie odmienionej wersji. Ciężko stwierdzić, czy wygląda lepiej czy gorzej, na pewno inaczej i śmiem stwierdzić, że bardziej łagodnie. Jak wrócił? Dobre pytanie.
     Od kiedy zabrakło Shia LeBouf film zaczął krążyć w nieznanych sobie terytoriach. Brakowało zabawnych i charyzmatycznych postaci, a trzeba wierzyć na słowo, że sam Josh Duhamel nie jest w stanie tego pociągnąć. W szczególności, że w obsadzie zabrakło również jego wojskowego kumpla Tyrese Gibsona. Niestety, wiemy, że Witwicky już się nie pojawi, po rewelacjach z „Ostatniego rycerza” na pewno nie, a Cade Yeager aka Mark Wahlberg nie jest w stanie godnie go zastąpić. Nie po tym, co zrobił mu Michael Bay. Jest jednak szansa, bo przy jego boku pojawiła się urocza Laura Haddock, która zagarnia całe otoczenie. Jest odświeżająca i urocza. Sir Anthony Hopkins również pojawia się w tym filmie. Nikt nie rozumie dlaczego, ale osobiście uważam, że cel jest bardzo oczywisty- ratunek! Sprawiał, że film stał się bardziej dystyngowany, bardziej elegancki i taki... brytyjski. Na naszym oczach rośnie nam również mały talent aktorski pd postacią Isabeli Moner. Zapowiada się naprawdę obiecująco, a jest jednocześnie zadziorna i niewinna. Przykre jest jednak, że pomimo takiej obsady, to wciąż roboty odgrywają kluczową rolę i są bardziej charyzmatyczne od żywych postaci. John Goodman, czy Omar Sy robią rewelacyjną robotę nadając naszym kochanym robotom charakteru.
     O Transformerach można pisać i mówić bez końca, nawet jeżeli dopiero co zobaczyło się takiego potworka jak „Transformers: Ostatni rycerz”. Michael Bay miał spore ambicje, ale zdecydowanie chciał za wiele. Z niezliczonych wątków zrobiła się jedna wielka sieczka, która bardziej mąci w głowie niż cokolwiek rozjaśnia. Produkcja mogła nadać nowy kierunek całej serii, mogła uczynić ją bardziej mroczną w zrujnowanym świecie, ale twórcy nie mogli się powstrzymać. Zaraz obok cudownych rycerzy Iaconu, którzy zachwycają majestatycznością i nadają powagi pojawiają się pokraki w stylu Quintessy, nie dające zapomnieć, że ostatecznie jest to film science fiction, a nie bajeczka o rycerzach. Scenariusz pełny jest głupot, zupełnie jakby zapomniano o czym były poprzednie filmy. Nie ma tutaj spójności, wszystko się rozjeżdża jak z Ziemi do Cybertronu, a to boli tak bardzo, że aż się chce płakać. Jako wielka fanka serii odczuwam ogromny żal i rozgoryczenie. Nigdy nie sądziłam, że film, który dał mi tyle radości doprowadzi mnie na skraj filmowego załamania nerwowego.

Ocena: 4/10

Oryginalny tytuł: Transformers: The Last Knight / Reżyseria: Michael Bay / Scenariusz: Art Marcum, Matt Holloway, Ken Nolan / Zdjęcia: Jonathan Sela / Muzyka: Steve Jablonsky / Obsada: Mark Wahlberg, Laura Haddock, Anthony Hopkins, Josh Duhamel, Santiago Cabrera, Isabela Moner, Jerrod Carmichael, John Torturro / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 21 czerwca 2017 (Świat) 23 czerwca 2017 (Polska)

czwartek, 11 czerwca 2015

1175. Avengers: Czas Ultrona

Oryginalny tytuł: Avengers: Age of Ultron
Reżyseria: Joss Whedon
Scenariusz: Joss Whedon
Na podstawie: komiksu Stana Lee i Jacka Kirby'ego
Zdjęcia: Ben Davis
Muzyka: Brian Tyler, Danny Elfman
Kraj: USA
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 13 kwietnia 2015 (Świat) 07 maja 2015 (Polska)
Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Jeremy Renner, James Spader, Samuel L. Jackson, Don Cheadle, Anthony Mackie, Aaron Taylor-Johnson, Elizabeth Olsen, Paul Bettany, Cobie Smulders

     Miesiące wyczekiwania, wielkie nadzieje i jakże wielki ból po seansie, gdy produkcja nie spełnia oczekiwań. Szał na Marvela trwa, gdy wytwórnia na kilka najbliższych lat rozplanowała pokazywanie kolejnych superherosów w walce ze złem i występkiem! Na Ultrona wyczekiwałam szczególnie, roboty i superbohaterowie w jednym filmie- to zwiastowało rozpierduchę. I choć było fajnie i efektownie, to jednak „Avengers: Czas Ultrona” nie do końca utrzymał zachwyt, jaki pozostał po poprzednim filmie.

wtorek, 19 maja 2015

1174. Mad Max. Na drodze gniewu, reż. George Miller

Oryginalny tytuł: Mad Max. Fury Road
Reżyseria: George Miller
Scenariusz: Nick Lathouris, Brendan McCarthy, George Miller
Zdjęcia: John Seale
Muzyka: Junkie XL
Kraj: USA, Australia
Gatunek: Sci-Fi, Sensacyjny
Premiera: 07 maja 2015 (Świat) 22 maja 2015 (Polska)
Obsada: Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult, Hugh Keays-Byrne, Josh Helman, Nathan Jones, Rosie Huntington-Whiteley

     Seria George'a Millera jest kolejnym przykładem wielkiego fenomenu, który trudno zrozumieć, gdy stara się nadrobić go w dzisiejszych czasach. Jestem jedną z osób, które wpadły w ten dołek o niesamowitym klimacie, ale nie do końca zrozumiały o co tyle krzyku. „Mad Max” jest produkcją mocno przeciętną, nie potrafiącą się obronić w świecie zbombardowanym przez postapokaliptyczne krajobrazy. Po wielu latach przerwy, w trakcie której reżyser popełnił animację o tańczących pingwinach powraca do swoich korzeni i już od najbliższego piątku będziemy mogli podziwiać nowy, piękny film „Mad Max. Fury Road” w technologii 3D.

sobota, 25 kwietnia 2015

1172. Szybcy i wściekli 7, reż. James Wan

Oryginalny tytuł: Furious 7
Reżyseria: James Wan
Scenariusz: Chris Morgan
Zdjęcia: Stephen F. Windon, Marc Spicer
Muzyka: Brian Tyler
Kraj: USA, Japonia
Gatunek: Akcja
Premiera: 16 marca 2015 (Świat) 10 kwietnia 2015 (Polska)
Obsada: Vin Diesel, Paul Walker, Jason Statham, Michelle Rodriguez, Jordana Brewster, Tyrese Gibson, Ludacris, Dwayne Johnson, Kurt Russell, Nathalie Emmanuel, Djimon Hounsou

     Filmy z najbardziej dynamicznej serii „Szybcy i wściekli” jeszcze nigdy nie byli tak szybcy, tak wściekli i tak... szaleni. James Wan, który dotychczas straszył i wprowadzał w niezwykły klimat swoich produkcji, przeniósł ten kultowy cykl na zupełnie inny, najwyższy poziom. Pomimo licznych problemów przy tworzeniu siódmej odsłony filmu, pomimo najpoważniejszego z nich, czyli śmierci kluczowego aktora- Paula Walkera, w końcu doczekaliśmy się premiery „Szybkich i wściekłych 7”. I choć powtarza się historia „Mrocznego rycerza”, gdzie uwielbienie i sława tytułu kręciło się wokół ostatniej roli aktora, to nie zmienia to faktu, że najnowszy film serii jest w moim odczuciu tym najlepszym!

sobota, 7 lutego 2015

1165. Jupiter: Intronizacja, reż. Lana Wachowski, Andy Wachowski

Oryginalny tytuł: Jupiter Ascending
Reżyseria: Lana Wachowski, Andy Wachowski
Scenariusz:
Lana Wachowski, Andy Wachowski
Zdjęcia: John Toll
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Akcja
Premiera:
04 lutego 2015 (Świat) 06 lutego 2015 (Polska)
Obsada:
Mila Kunis, Channing Tatum, Sean Bean, Eddie Redmayne, Douglas Booth, Tuppence Middleton
     Wraz ze śmiercią Neo, nastąpił również zgon świetności Wachowskich. Próbując zaskoczyć kolejnymi filmami bardziej zanudzali niżeli fascynowali. Rok 2015 może stać się dla nich przełomowy, bowiem na ekranach pojawił się ich najnowszy twór, dzieło, które jest tak majestatyczne i wprawia w tak dobry nastrój, że trudno jest nie uznać go za swoisty geniusz. W pełni kiczowaty, nastawiony na wielkość „Jupiter: Intronizacja” daje wszystko to, co może nas oszołomić. Świadoma tego, że nikt się ze mną nie zgodzi w tej kwestii uznaję go jeden z najpiękniejszych filmów tego roku!

wtorek, 23 grudnia 2014

1159. Hobbit: Bitwa Pięciu Armii, reż. Peter Jackson

Oryginalny tytuł: The Hobbit: The Battle of the Five Armies
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Peter Jackson, Guillermo del Toro, Fran Walsh, Philippa Boyens
Na podstawie: powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem”
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: Howard Shore
Kraj: USA, Nowa Zelandia
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera: 01 grudnia 2014 (Świat) 25 grudnia 2014 (Polska)
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage, Orlando Bloom, Evangeline Lily, Lee Pace, Luke Evans, Benedict Cumberbatch, Ken Stott, Graham McTavish, William Kircher, James Nesbitt, Stephen Hunter, Dean O'Gorman, Aidan Turner, John Callen, Peter Hambleton, Jed Brophy, Mark Hadlow, Adam Brown, Hugo Weaving, Christopher Lee

      Finał „Hobbita” to niczym zakończenie pewnego etapu naszego życia, porównywalne do zamknięcia przygód Pottera. To niczym swoisty powrót do przeszłości, do wspomnień, tych nieokiełznanych, które wzbudzali ojcowie, czy bracia zaszczepiając w nas miłość do Tolkiena. Peter Jackson stworzył serię na miarę naszych czasów i choć „Hobbit” pozostaje daleko w tyle za „Władcą Pierścieni”, to i tak jest jedną z lepszych i piękniejszych ekranizacji, jakie pojawiły się na ekranie. Trzecia odsłona trylogii o małym hobbicie Bilbo Bagginsie zbiera zachwyty na całym świecie. Także i w Polsce doświadczyć można było niezwykłych wrażeń dokładnie na tydzień przed oficjalną premierą. A wszystko to z iście hobbickim poczęstunkiem, a także wystąpieniem tolkienistów!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

1135. Transformers: Wiek zagłady, reż. Michael Bay

Oryginalny tytuł: Transformers: Age of Extinction
Reżyseria: Michael Bay
Scenariusz: Ehren Kruger
Zdjęcia: Amir M. Mokri
Muzyka: Steve Jablonsky
Kraj: USA, Chiny
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 26 czerwca 2014 (Świat) 27 czerwca 2014 (Polska)
Obsada: Mark Wahlberg, Stanley Tucci, Kesley Grammer, Nicola Peltz, Jack Reynor, Titus Welliver, Sophia Myles, Bingbing Li, Peter Cullen, John Goodman, Mark Ryan, John DiMaggio, Ken Watanabe, Reno Wilson, Frank Welker
 
     Te wysoce rozwinięte transformujące roboty cały świat pokochał całym sercem. Już od pierwszego filmu. Dlatego też wielu potrafiło darować Michaelowi Bayowi wszelkie niedostatki fabularne, bo gdy tylko przy jakimś obrazie pojawia się jego nazwisko wiemy, że będzie to epickie widowisko. Darować można było więc przeładowanie efektami i robotami w „Zemście upadłych” i „Dark of the Moon”, ale to co się przydarzyło „Wiekowi zagłady” jest nie do pomyślenia. LaBeouf wypiął się na film, a Bay nie tylko naładował max robotów do produkcji, ale rozciągnął swoją atrakcję do niemalże trzech godzin! Niestety, wszystko to sprawiło, że zamiast bawić film męczył!

czwartek, 19 czerwca 2014

1133. Hobbit: Pustkowie Smauga, reż. Peter Jackson

Oryginalny tytuł: The Hobbit: The Desolation of Smaug
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Peter Jackson, Guillermo del Toro, Fran Walsh, Philippa Boyens
Na podstawie: powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit, czyli tam i z powrotem”
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Muzyka: Howard Shore
Kraj: USA, Nowa Zelandia
Gatunek: Fantasy, Przygodowy
Premiera: 02 grudnia 2013 (Świat) 27 grudnia 2013 (Polska)
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage, Orlando Bloom, Evangeline Lily, Lee Pace, Luke Evans, Benedict Cumberbatch, Ken Stott, Graham McTavish, William Kircher, James Nesbitt, Stephen Hunter, Dean O'Gorman, Aidan Turner, John Callen, Peter Hambleton, Jed Brophy, Mark Hadlow, Adam Brown

Data wydania DVD: 22. kwietnia 2014
Wydanie: 2- płytowe
Dystrybutor: Galapagos
Dodatki: zwiastuny, Peter Jackson zaprasza na plan filmowy, w podróż do Mrocznej Puszczy, Miasta na Jeziorze i Dale, Materiały produkcyjne, Nowa Zelandia: Dom Śródziemia, cz.2

     Najbardziej epicka podróż wszech czasów wciąż trwa. „Pustkowie Smauga” to kolejny film powstały na jednotomowej powieści autorstwa J.R.R. Tolkiena, o tytule „Hobbit, czyli tam i z powrotem”, która poprzedza akcję rozgrywającą się we „Władcy Pierścieni”. Zdjęcia kręcone na równi z pierwszym obrazem rozwiązały całą masę problemów organizacyjnych i skróciły czas wyczekiwania na kolejną odsłonę wędrówki Bagginsa i jego krasnoludziej eskorty. Znowu jest niesamowicie, odrobinę bardziej dynamiczniej, ale przede wszystkim- w końcu jest smok!

piątek, 12 lipca 2013

1059. Pacific Rim, reż. Guillermo del Toro

Oryginalny tytuł: Pacific Rim
Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Travis Beacham, Guillermo del Toro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Ramin Djawadi
Kraj: USA
Gatunek: Akcja, Sci-fi
Premiera: 11 lipca 2012 (Świat) 12 lipca 2013 (Polska)
Obsada: Charlie Hunnam, Idris Elba, Rinko Kikuchi, Charlie Day, Burn Gorman, Max Martini, Robert Kazinski, Clifton Collins Jr., Ron Pearlman
    Moje małe wariactwo rozpoczęło się od pewnego zwiastuna sprzed kilku miesięcy. Niczym zaczarowana patrzyłam na wielkie walczące roboty z potworami nie z tego świata. Stęskniona za mocnymi wrażeniami, które dostarczał film „Transformers”, z nadzieją patrzyłam w przyszłość. Guillermo del Toro nigdy nie zawodził swoimi produkcjami, a jego „Labirynt fauna” zrobił furorę na całym świecie, mnie całkowicie omamiając. I tak oto nadszedł ten dzień, kiedy stworzył coś, co zwyczajnie nie miało prawa mi się nie podobać. I zgadnijcie co? „Pacific Rim” zatrząsł moim światem w posadach!

środa, 19 czerwca 2013

1054. Człowiek ze stali, reż. Zack Snyder

Oryginalny tytuł: Man of Steel
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: David S. Goyer

Na podstawie: postaci autorstwa Joe Shustera oraz Jerry'ego Siegela
Zdjęcia: Amir M. Morki
Muzyka: Hans Zimmer
Kraj: USA, Kanada, Wielka Brytania
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 12 czerwca 2013 (Świat) 21 czerwca 2013 (Polska)
Obsada: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Antje Traue, Russell Crowe, Diane Lane, Kevin Costner, Harry Lennix, Laurence Fishburne, Christopher Meloni

    Chęci ekranizowania superbohaterów komiksowych, chyba już nigdy nie zgasną. Spośród wszystkich tych, które kiedykolwiek powstały nie sposób nie zauważyć, że największą popularnością cieszy się Superman. Był sobie film z Christopherem Reeve, byli sobie „Lois & Clark”, a nawet i „Tajemnice Smallville”, więc skoro wszystkim tak nagle zachciało się odświeżać stare i nie tak stare pomysły, to czemu i nie wskrzesić kosmity z planety Krypton? Nigdy za specjalnie nie darzyłam sympatią tego superbohatera, gdyż osobiście bardziej kibicuję Iron Manowi i Spidermanowi, ale przyznać się muszę, że Zack Snyder, twórca niecodziennych produkcji, „Człowiekiem ze stali” sprawił, że po raz pierwszy Clark Kent nie był mi obojętny.

piątek, 1 lipca 2011

789. Transformers 3, reż. Michael Bay

Oryginalny tytuł: Transformers: The Dark of the Moon
Reżyseria: Michael Bay 
Scenariusz:
Ehren Kruger
Zdjęcia: Amir M. Mokri
Muzyka:
Steve Jablonsky 
Kraj:
USA 
Gatunek:
Akcja / Sci-Fi 
Premiera światowa:
23 czerwca 2011
Premiera polska:
01 lipca 2011
Obsada:
Shia LaBeouf, Rosie Huntington-Whiteley, Josh Duhamel, Tyrese Gibbon, John Turturro, Patrick Dempsey, Frances McDormand, John Malkovich, Kevin Dunn, Julie White, Peter Cullen, Hugo Weaving, Leonard Nimoy 

    Po premierze filmu „Transformers” w 2007 roku i wielkim sukcesie, jakim okazał się być powrót znanych zabawek firmy Hasbro, twórcy zdali sobie sprawę, że film ten jest kurą znoszącą złote jajka. Miłość do Transformerów nie przepadła i tak film dorobił się aż dwóch kontynuacji, w tym tej najnowszej „Transformers: The Dark of the Moon” z wykorzystaniem technologii 3D. Mówiło się, że Michael Bay miał zakończyć tym filmem całą serię długiej podróży. Jednakże już teraz media zaczynają szaleć z domysłami, coż to będzie po wielkim finale. Prawdopodobnie na tym się skończy, jednakże biorąc pod uwagę fakt tego, że kontynuowane są filmy typu „Piła” to i w przypadku „Transformers” możemy spodziewać się dalszych filmów, z tym, że już bez Baya, na którego miejsce kandydatem jest Steven Spielberg, no i bez Shia LaBeoufa.

piątek, 7 stycznia 2011

740. Tron: Dziedzictwo, reż. Joseph Kosinski

Oryginalny tytuł: Tron: Legacy
Reżyseria: Joseph Kosinski
Scenariusz: Adam Horowitz, Edward Kitsis
Zdjęcia: Claudio Miranda
Muzyka: Daft Punk
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi / Akcja
Premiera światowa: 05 grudnia 2010
Premiera polska: 25 grudnia 2010
Obsada: Jeff Bridges, Garrett Hedlund, Olivia Wilde, Bruce Boxleitner, Michael Sheen, Beau Garrett


    W 1982 roku przełomowa produkcja reżysera i scenarzysty- Stevena Lisbergera, „Tron”, na zawsze odmieniła świat kina. Wszystko za sprawą innowacyjnych metod tworzenia grafiki, którą wykorzystali spece od efektów wizualnych, aby nadać obrazowi bardziej programistyczny wizerunek. Teraz, 18 lat później, podobny krok próbuje zrobić Joseph Kosinski, który chciał, aby jego film „Tron: Dziedzictwo” zrobił podobne wrażenie jak jego poprzednik. Aby uzyskać ten efekt nie tylko stworzył film oprawiony prawie w całości efektami specjalnymi, ale też zrobił to w popularnej ostatnimi czasy technologii 3D.
    Kevin Flynn (Jeff Bridges) został szefem największej firmy programistycznej w kraju o nazwie ENCOM. Kiedy stracił swoją żonę robił wszystko co w jego mocy, aby być najlepszym ojcem dla swojego syna – Sama (Garrett Hedlund). Przez wiele lat opowiadał mu historie o podróżach do Sieci i obiecał mu, że także pewnego dnia go tam zabierze. Niestety, pewnego dnia Flynn znika, a ENCOM przechodzi w ręce jego syna. Teraz, kiedy Sam ma już 27 lat dostaje wiadomość od ojca, która została nadana z biura Flynna znajdującego się w jego starym salonie gier. Tam Sam odkrywa tajemniczy pokój, a przy okazji uruchamia laser, który przenosi go do Sieci. Gdy tam trafia chce odnaleźć swojego ojca, ale musi też robić wszystko, aby przeżyć w Igrzyskach rządzonych  przez Clu (Jeff Bridges)– program stworzony przez jego ojca. Kiedy chłopak znajduje się w niebezpieczeństwie z pomocą przychodzi mu Quorra (Olivia Wilde), która zabiera go do jego ojca. Ten przedstawia mu problem jaki zaistniał w Sieci, a Sam nie ma zamiaru stać bezczynnie i patrzeć na to co się może wydarzyć. 
    Pod wieloma względami produkcji Kosinskiego daleko jest do poprzednika, jednakże z innych punktów widzenia zdecydowanie bije go na głowę. Trudno jest jednak oceniać tego typu produkcje, których rozbieżność czasowa pomiędzy poszczególnymi częściami jest taka wielka, jak w tym przypadku. Zarówno „Tron”, jak i „Tron: Dziedzictwo” są idealnymi przedstawicielami swoich epok, a efekty zastosowane w obu produkcjach są adekwatne do panujących trendów, a przede wszystkim możliwości technologicznych. Dlatego też „Tron” budził sensacje i pomimo tego, że dzisiaj większość młodych ludzi uznałaby grafikę tego filmu za żenującą to jednak w latach 80tych była ona czymś fascynującym. „Tron: Dziedzictwo”, z kolei, musiał bardziej odpowiadać współczesnym czasom, dlatego też idąc za trendami graficznymi stosowanymi przy tworzeniu gier, film musiał iść za ich przykładem. Z tego też powodu oglądając nowy film mamy wrażenie, że patrzymy na idealną pod względem graficznym grę, a dzięki technologii 3D możemy tak bardzo wczuć się w ten klimat, że będziemy to odbierać tak, jakbyśmy byli w centrum wydarzeń. „Tron: Dziedzictwo”, to przede wszystkim umiejętna gra świateł. Czy to za sprawą motocykli świetlnych, czy też po prostu kostiumów bohaterów, ma się wrażenie, że można za chwilę oślepnąć od tej zabawy na ekranie. Fakt faktem to co się dzieje przechodzi najśmielsze pojęcie. Liczne gry, czy to z dyskami, czy z motocyklami całkowicie wciągają widza, a dzięki 3D odbiera się to jeszcze bardziej intensywnie (w szczególności, gdy siedzi się w 6 rzędzie na sali IMAXa). To samo można powiedzieć o wielu elementach akcji, czyli walki wręcz, czy też pościgi za pomocą statków latających. Nie tylko fascynują, ale dodatkowo tak rewelacyjnie wyglądają pod względem wizualnym, że aż trudno ująć to słowami. Jednakże „Tron: Dziedzictwo”, pomimo tego, że widowiskowy, nie ma aż tak wielu efektów w wersji 3D. Jest to zupełnie coś innego niż wtedy, gdy oglądało się „Avatara”. Równie dobrze można by go obejrzeć na ogromnym ekranie zwykłego kina i miałoby się podobne wrażenia.
    Dla kino maniaków, którzy lubują w kompozycjach filmowych także znajdzie się coś dobrego, bowiem kompozycje Daft Punka, pomimo tego, że momentami przypominają twórczość Hansa Zimmera dla filmu „Incepcja”, to i tak wbijają w fotel. Dodatkowo są to dźwięki tak mocne, że nagłośnienie w IMAXie powodowało, że wszystkie fotele drżały w posadach. Dawało to niesamowity efekt i idealnie pasowało nie tylko do ogólnego charakteru filmu, ale także i do poszczególnych scen, którym te kompozycje towarzyszyły. Dobrze znany wszystkim fanom styl tej ekipy także nie pozostał bez odzewu w filmie. Taki charakter ma właśnie muzyka elektroniczna, której brzmienia towarzyszyły przede wszystkim imprezie, która odbywała się u Zuse`a. Idealne brzmienie, które tylko podkreślało elektroniczny oddźwięk filmu. Takie połączenie sprawiło, że film jest jednym z faworytów do statuetki Oscara w kategorii najlepszej muzyki. Już za niedługo zobaczymy co z tego wszystkiego wyniknie.
    Temat fabuły można byłoby w zasadzie pominąć, bowiem na tym tle film niewiele wyróżnia się od innych filmów.  Wszystko sprowadza się oczywiście do władzy, czy to pod postacią Clu, który chce ją przejąć i dodatkowo rozszerzyć czy też pod tradycyjnymi przepychankami na szczeblach zarządzających w gigantycznych firmach. Wątkiem przewodnim jest jednak stara jak świat historia syna tracącego rodzica i starającego się go odzyskać. Z tego też powodu mamy tutaj liczne chwile wzruszeń i to, niekiedy nawet, dość mocarnych. Przez ten wątek w filmie są momenty, przy których można usnąć z zanudzenia, chociaż można by to zwalić na niezbyt porywające dialogi, które niekiedy ma się ochotę przemilczeć lub całkowicie usunąć z filmu. Najbardziej szokujące jest jednak to, że gdzieś ginie idea samego filmu, a mianowicie tego, że film jest o Tronie, czyli programie, który miał chronić użytkowników. Jego motyw jedynie przesuwa się prawie niepostrzeżenie na film zapominając, że to na nim i jego czynach powinna skupiać się akcja. To zostało ograniczone do minimum, a wydarzenia, które miały widza zaskoczyć (że niby zwroty akcji) nie odniosły zamierzonego skutku, gdyż widz domyśla się tego wcześniej niż zostaje to ujawnione.
    Cała fabuła kręci się wokół pięciu postaci, ale przy tym czterech aktorów z obsady. Najważniejszy w całej historii jest ponownie Kevin Flynn i jego komputerowe odbicie, czyli Clu. Twórcy postanowili zrobić coś niezwykłego i w jednym filmie umieścić tego samego aktora, grającego tą samą postać, ale na różnych etapach życia. Kiedy bowiem Flynn jest już sędziwym i brodatym staruszkiem, Clu nadal pozostaje młody upodobniając się do Flynna, którego znamy z pierwszego filmu. Ciekawie jest patrzyć na Jeffa Bridgesa w dwóch wersjach, jednakże widać, że jako Clu jest poprawiony komputerowo, gdyż odnajduje się pewną nienaturalność w jego twarzy. Bridgesowi bardzo dobrze wyszło odznaczenie tych dwóch bardzo różnych osobowości, chociaż na tym świetność jego gry aktorskiej się kończy. Drugą ważną personą jest Sam Flynn, którego zagrał Garrett Hedlund (znany z filmu „Czterej bracia”). Postać ta niestety nie przypada za specjalnie do gustu pod względem aktorskim, ale przynajmniej można nacieszyć się jego widokiem przez prawie cały film. Olivia Wilde stanęła przed trudnym zadaniem zagrania Quorry, gdyż musiała być nie tylko nieludzka, ale jednocześnie delikatna i bardzo człowiecza. Poza tym jej ogromne i idealnie podkreślony oczy wwiercają się w widza z wielkiego ekranu. Przenikają go na wskroś i to czyni jej postać unikalną. Moim zdaniem, najlepiej w filmie wypadł Michael Sheen, który wcielił się w postać Zuse`a. Co prawda, jego rola nie była tak skomplikowana jak niektórych członków obsady, jednakże całkowicie wczuł się w swoją postać. Udało mu się oddać jego charakter i widać, że bardzo dobrze bawił się na ekranie. Przyjemnie się na niego patrzyło i z rozbawieniem obserwowało się jego ruchy. Uważam, że obsada mogła zostać lepiej dobrana, cieszy mnie jednak, że twórcy postanowili pozostawić aktorów występujących w filmie z 1982 roku przy ich postaciach, tak zachowali ciągłość, która jest dość istotna przy tego typu produkcjach.
    Podsumowując, „Tron: Dziedzictwo” to bardzo udana produkcja, ani na chwilę w to nie wątpiłam kiedy miałam okazję wziąć udział w „Tron Night” pod koniec października. Tak samo jak i oglądane wówczas 23minuty filmu, tak też i pełna produkcja była idealnie wyważona. Pełno jest tutaj akcji, ale nie brakuje także mdłych filozoficznych dialogów. Film jest prawdziwym arcydziełem jeżeli chodzi o efekty specjalne, wizualne, ale też i muzykę. W tym aspekcie nie ma sobie równych więc myślę, że ma spore szanse na zgarnięcie statuetek w tych kategoriach. „Tron: Dziedzictwo” tak jak i jego poprzednik jest skierowany zaledwie do tej części widowni, która gustuje w widowiskowych filmach tego typu, bez względu na to, czy jest to męska jej część, czy też żeńska. Każdy znajdzie w filmie coś dla siebie, ale nie należy spodziewać się po nim większych refleksji. Ten film to przede wszystkim wspaniała rozrywka będąca jednym wielkim efektem specjalnym. 

W serii:

czwartek, 9 grudnia 2010

566. Avatar, reż. James Cameron

559. Death Race: Wyścig śmierci, reż. Paul W.S. Anderson

Oryginalny tytuł: Death Race
Reżyseria: Paul W.S. Anderson  
Scenariusz: Paul W.S. Anderson, J.F. Lawton 
Zdjęcia: Scott Kevan 
Muzyka: Paul Haslinger 
Kraj: USA / Wielka Brytania / Niemcy
Gatunek: Akcja  
Premiera światowa: 21 sierpnia 2008 
Premiera polska: 03 października 2008
Obsada: Jason Statham, Joan Allen, Ian McShane, Tyrese Gibson, Natalie Martinez 



    Brytyjski reżyser znany z takich filmów jak „Mortal Kombat” czy też „Resident Evil” tym razem postanowił odświeżyć  film z 1975 roku „Wyścig śmierci 2000”, w którym główne role przypadły David`owi Carradine oraz Sylvestrowi Stallone.  Nie widziałam poprzednika, ale widząc zwiastun domyślałam się, że będzie to niezła rozrywka dla każdego widza, który tylko lubi takie filmy akcji.
    Niesłusznie skazany za zabójstwo swojej żony Jensen Ames (Jason Statham) trafia do więzienia, którego pani naczelnik Hennessey (Joan Allen) organizuje śmiertelne wyścigi. Kiedy jakiś więzień wygra 5 wyścigów w nagrodę wychodzi na wolność. Jak się okazuje Ames staje się zbawieniem dla Hennessey, ponieważ jeden z zawodników znanych jako Frankenstein uległ poważnemu wypadkowi podczas ostatniego wyścigu i zmarł na stole operacyjnym. Dzięki temu, że Frank nosił maskę Jensen będzie mógł go zastąpić, gdyż ma bardzo bogatą przeszłość, w tym także jako jeden z najlepszych kierowców wyścigowych. Jakby nie było wyścig musi trwać, wyścig, który przynosi milionowe dochody, wyścig, którego ceną jest życie, a nagrodą wolność.
    Bardzo chciałam obejrzeć ten film w kinie, no i mówię mojemu chłopakowi, bo przecież on kocha takie filmy i na pewno z chęcią poszedłby do kina na takie bajery. Mówię mu, że idziemy do kina na „Wyścig śmierci”. Jak zawsze nie wiedział o co chodzi, a dwa tygodnie wcześniej widzieliśmy zwiastun na „Hellboyu”. No to mówię mu, że jest to film o wyścigu w więzieniu, gdzie gra Transporter. No cóż tylko tak mogę do niego dotrzeć jeżeli chodzi o filmy więc się proszę nie śmiać. No to go olśniło, gadam z nim w poniedziałek a on co mi mówi? „no oglądam sobie film o wyścigu w więzieniu”, ja na to: „z Transporterem?”, on: „Tak”, ja: „no przecież mieliśmy na to iść do kina! Mówiłam Ci o tym filmie!”, on: „Nie wiedziałem, że to ten”. Ech no i tak właśnie gada się z moim facetem, przyszłym mężem, w szczególności jeżeli chodzi o filmy. Zero pamięci do filmów. No więc wściekłam się nie na żarty, bo stwierdziłam, że takiej akcji to szkoda nie zobaczyć na wielkim ekranie z dźwiękiem surround. No, ale stało się i w końcu obejrzałam go na laptopie. No, ale do rzeczy. Film bardzo mi się spodobał. Ani przez moment się nie nudziłam. Oczywiście trochę komentowałam niektóre sceny i w ogóle niektóre poczynania, no ale to grozi każdemu mojemu seansowi.
    Fabuła moim zdaniem jest fascynująca. Nie ma to jak patrzeć na niesamowicie przygotowany wyścig, w którym giną więźniowie. No i tutaj można byłoby się zastanowić nad pewnego rodzaju niesprawiedliwością. W końcu w wyścigu mógł wziąć udział każdy, zaczynają od drobnego złodziejaszka a kończąc na wielokrotnym mordercy z trzema wyrokami dożywocia na karku. Gdzie tutaj sprawiedliwość można by pomyśleć. No, ale z drugiej strony jest to wyścig śmierci więc jak nie mają refleksu i farta to i tak giną w taki czy inny sposób. Sceny śmierci były rozbrajające, a niektóre dość przykre według mnie. Najbardziej rozwaliło mnie jak zginął Ponury Żniwiarz. Wygramolił się z tego swojego rozwalonego samochodu, tak się mądrzył, że Hennessey go nie może zabić, a tutaj nagle jeb i rozwalił go potworny wehikuł Joe`go. No, ale inne nie były takie zabawne. Przy pomocy przycisków znajdujących się na terenie więzienia, w trakcie wyścigu były aktywowane różne akcje. Można było aktywować sobie broń, osłonę, a można było też zabić przeciwnika wjeżdżając samochodem na trupią czachę, która uruchamiała tarczę z kolcami wyjeżdżającą z drogi, na którą nabijali się przeciwnicy. Moim zdaniem to już była przesada. Jednakże najlepsza jazda była wtedy, gdy do akcji wkroczył Pancernik przygotowany przez Haenessey i powybijał wszystkich wokół. To już w ogóle był szczyt niesprawiedliwości, no ale chciała podkręcić akcję i zarobić więcej kasy. Sam fakt tego czy więźniowie wychodzą dzięki temu na wolność czy nie to już jest inna kwestia.  W końcu jak coś przynosi tyle kasy z oglądalności, to po co tracić najlepszych. Jak więc widzicie film momentami przypomina wyścigówki, w które grywa się czasami i wjeżdża się na te apteczki, czy też na inne pierdoły, aby się podładować. Jest ten film bardzo efektowny i wydaje mi się, że nie zbyt skomputeryzowany, przynajmniej mam taką nadzieję. Wyścig robi wrażenie, wrażenie robią także strzelaniny. Podoba mi się wejście wyścigu. Bardzo takie efekciarskie to jest, no i ten głos, zupełnie jakbym słyszała narratora z „Quake III: Arena”. Tutaj tylko wkręcał widzów w akcję no i zachęcał do wykupywania subskrypcji z 99 dolarów za jeden etap wyścigu lub 250 za wszystkie 3 etapy.
    Ten film to był jeden wielki przekręt, jeżeli chodzi o to co się tam działo. Już samo to ile ta baba zgarniała kasy za ten wyścig. Jeżeli każdy widz wykupi za 100 dolarów jeden etap wyścigu, a oglądało go około 50 milionów to wyobraźcie sobie ile to kasy jest i to za jeden etap :D a jak wykupią sobie za 250 na 3 etapy? Nikt nie chciałby stracić takiej żyły złota więc przekręty są najwyraźniej w tym filmie niezbędne. To jak Jensen został wrobiony w zabójstwo swojej żony to było moim zdaniem szczyt szczytów. Mogli go wrobić w coś innego, w zabójstwo kogoś innego, ale zabrali mu żonę. Przykre. Hannessey była dość brutalną kobietą o czym można było się przekonać oglądając ten film. Poza tym to co ona wyprawiała, jak manipulowała tymi ludźmi. Zupełny bezsens. Po co dawać im nadzieję, że wyjdą na wolność skoro nie ma zamiaru dotrzymywać słowa. Staram się wam nie zdradzić szczegółów tej akcji, bo to straci cały urok, ale o dziwo można było się wszystkiego domyśleć, ja to już z początku wiedziałam o wszystkim. No, ale wiecie jak się ogląda filmy, które właściwie opierają się na jednym schemacie to trudno, żeby było inaczej, czyż nie? Czekam na coś świeżego. Najciekawsze było to jak Jensen/Frank, czy też dla Joe`go Igor zmówił się z samym Joe`m i dowalili nieźli finał. Ach teraz mnie oświeciło. To musiał mu pokazać Trener na tej taśmie ze śmiercią Grimma, ależ ja mam zapłon.
    Uwielbiam Jasona Stathama- te jego mięśnie i w ogóle akcent. To jak się rozebrał do kąpieli i widzieliśmy te wszystkie jego tatuaże, a to jak się podciągał na tej kracie? Normalnie jak można mieć takie mięśnie i wyglądać tak seksownie. Uważam, że Jason jest świetnym aktorem akcji. Uwielbiam go za rolę w „Transporterze”, czy też „Komórce”. Jest po prostu rewelacyjny, a jeszcze jak przywali tym akcentem to już rozpływam się. No, ale w końcu Brytyjczyk. Nie dość, że seksowny to jeszcze dżentelmen. W tym filmie również bardzo mi się spodobał, był taki bezwzględny i tak pragnął wyjść, aby być ze swoją córeczką. Ech. Tyrese Gibson w roli Joego był również bardzo przekonujący. Jak wiemy nie jest to jego pierwsza przygoda z filmami wyścigowymi, bo zagrał przecież u boku Paula Walkera w drugiej odsłonie filmu „Szybcy i wściekli”. No co ja tutaj się będę rozpisywać nad tym wszystkim, po prostu dzięki takiej a nie innej obsadzie mieliśmy tak dobre widowisko. Nie tylko na torze, ale także i poza ni.
    Myślę, że film trafił do grona moich ulubionych. Ja wiem, że jestem nietypową dziewczyną, zapewne już większość to zauważyła po mojej fascynacji „Transformers” czy też „Wanted”, teraz do tego dołącza „Wyścig śmierci”, który jest według mnie jednym z lepszych filmów akcji jaki ostatnio widziałam. Dużo akcji z pewnością nie da się nikomu nudzić, dodatkowo seksowny Statham i stanowcza Joan Allen. No i piękne dziewczyny :D każdy znajdzie tutaj coś dla siebie i z pewnością mogę polecić ten film każdemu miłośnikowi dobrego kina akcji i filmów wyścigowych.