NOWOŚCI

Najnowsze teksty

piątek, 2 grudnia 2016

Książka #423: Piąta fala. Ostatnia gwiazda, aut. Rick Yancey

      W końcu się doczekaliśmy. Zakończenie niezwykle wciągającej serii młodzieżowej o jednej z najbardziej niepokojących inwazji kosmitów. Piąta fala. Ostatnia gwiazda” autorstwa Ricka Yanceya przychodzi do nas z ostatecznym finałem, odpowiedziami na liczne pytania i frustracje, ale również rodzi nowe wątpliwości, w pewien sposób zadając brutalny cios w dotychczasowe nasze wrażenia.
      Po ostatnich wydarzeniach ocaleni znajdują azyl w dawnej kryjówce jednego z Uciszaczy. Jednak nie na długo, gdyż pojmana przez ludzkich sługusów kosmitów powraca. Wtedy wszystko się zmienia, a poszukiwany były Uciszacz powraca do swoich. Teraz Cassie wraz z resztą przyjaciół obmyśla plan odbicia swojego ukochanego z rąk wroga. Pojawiają się szokujące fakty dotyczące inwazji i planów, które mają wejść w życie lada dzień. Priorytety się zmieniają i najistotniejsze staje się ocalenie resztek ludzkości przed całkowitą eksterminacją z rąk Piątej fali.
      Przygoda z serią Piąta fala” była niczym jazda na rollercoasterze- bardzo nierówna, raz na górze, raz do góry nogami. Początkowo irytująca, szybko stała się wciągająca. Tak bardzo, że rzucaliśmy pytaniami z kategorii “Czy on kiedykolwiek zginie?!”. W końcu dostajemy odpowiedź i to zaskakująco nie taką, jakiej byśmy oczekiwali. Wstęp do końca jest zdecydowanie zbyt rozciągnięty, a samemu starciu brakuje dynamizmu. Niestety. “Ostatnia gwiazda” ma swoje mocne momenty, kilka naprawdę fajnych zagrań godnych zamknięcia serii. Rick Yancey wstrząsa czytelnikiem, choć nie aż tak gwałtownie. Z takiej traumy zdecydowanie za łatwo się podnieść i już kilka dni po lekturze nie pamiętamy szczegółów. Dobrze chociaż, że cały twist fabularny wżera się w głowę, bo trzeba mieć mega wyobraźnię, aby wymyślić tak szalenie niepokojącą wizję przejęcia świata. Autor pokazuje tym samym, jakie słabości dostrzega w ludzkości-  przede wszystkim zdolność manipulacji nią i wmówienia jej wszystkiego, gdy odpowiednio się ją dostroi. Brakuje mi tutaj pewnej makabry, która towarzyszy opowieściom o inwazji. Brakuje tu szaleńczych zrywów bojowych i prawdziwie miłosnych uniesień. Serio, po to było wprowadzenie wątku romantycznego, aby zakończyć go w taki mało uwrażliwiony sposób? Obyło się bez łez.. Szkoda, bo potencjał do utopienia się w nich jak najbardziej był. Sam finał pozostawia wiele niedopowiedzeń, co jest jednocześnie zaletą i wadą tej historii. Czytelnik musi sam wysilić swoją mózgownicę, aby uzyskać niektóre odpowiedzi. To takie zamknięcie w stylu Kosogłosa” Suzanne Collins. Niby sielskie, ale ze sporym nadbagażem ukrytym w szopie.
      Trochę żal, że kolejna seria została zamknięta. Trochę smutno, że nie wykorzystano w pełni potencjału historii Piątej fali”. Rick Yancey zdecydowanie za bardzo trzyma się utartych schematów przez co jego seria może zagubić się pośród innych. Wystarczyło wyjść poza pewną poprawność i jej ramy, aby finisz zaliczyć z przytupem. A tak, to Ostatnia gwiazda” odrobinę rozczarowuje, gdyż dostaliśmy więcej wyzutych z emocji stanowisk niż prawdziwie targanych emocjami sytuacji. Nie mniej, lektura wciąż potrafiła wciągnąć i wspaniale zbudować napięcie. Liczne zwroty akcji również zrobiły swoje całkowicie gubiąc nas w zamiarach konkretnych postaci. Jednakże, jak na zamknięcie tak świetnie zapowiadającej się serii...wypada to zdecydowanie zbyt blado.

Ocena: 5/6
Recenzja dla Wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu

Tytuł oryginalny: The Last Star / Tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka / Wydawca: Otwarte / Gatunek: sci-fi / ISBN 978-83-7515-206-7 / Ilość stron: 436 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2016 (Polska)

czwartek, 1 grudnia 2016

1214. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates

      Kiedy zamknęliśmy ostatnią stronę powieści “Harry Potter i Insygnia Śmierci”, gdy obejrzeliśmy ostatnią sekundę drugiej części filmu, wiedzieliśmy, że skończyła się pewna ważna dla nas epoka. Jednakże dziś na półkach księgarń możemy znaleźć kolejny tom o przygodach znanego czarodzieja, a na ekranach kin spin-off o tytule Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. David Yates znowu staje za kamerą, aby poszerzyć granicę uniwersum Harrego Pottera, ale przede wszystkim na nowo rozbudzić w nas miłość do tego magicznego świata!
Źródło: Warner Bros.
      Newt Skamander (Eddie Redmayne) przybywa do Ameryki z tajemniczą walizką. Nikt nie wie, co za niezwykłości się w niej kryje poza nim samym. Przynajmniej do czasu, gdy na jego drodze nie staje sympatyczny niemag imieniem Jacob Kowalski (Dan Fogler), ubiegający się o kredyt na otwarcie cukierni. Przypadkowo wchodzi w posiadanie walizki, a gdy ją otwiera na ulice Nowego Jorku wydostają się magiczne zwierzęta. Zaczynają one siać zamęt w mieście, co wzbudza zainteresowanie lokalnego Magicznego Kongresu, ale również i mugolskich obywateli. Newt wraz z nowym kompanem i dopiero co poznaną pracownicą kongresu (Katherine Waterston) wyrusza na łowy, ale gdy w dziwnych okolicznościach ginie człowiek oskarżycielskie spojrzenia skupiają się na młodym czarodzieju obwiniając go o przywiezienie do ich kraju dawno niewidzialnej i niezwykle mrocznej istoty.
      Film, który pięknie się ogląda. Film, który początkowo wydaje się być o niczym. W końcu jego fabuła skupia się na człowieku znanym nam z opowieści o Harrym Potterze jedynie z książki, która pojawia się w tej historii, a którą wydał. Niby nic specjalnego, ma to głównie charakter wprowadzający do dalszych wydarzeń- taką przynajmniej warto mieć nadzieję, więc przez większość czasu nic konkretnego się nie dzieje. Akcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, choć Yates próbuje zbudować element suspensu wokół postaci Salemian. Przez cały ten czas prób wkręcania nas w klimat opowieści- co oczywiście nie jest zbyt trudne, twórcy zasypują nas dowcipami, wrzucają postaci, które z łatwością uwodzą swoim urokiem nie tylko nas, ale również siebie nawzajem (najwyraźniej film bez wątku romantycznego, to film stracony), ale przede wszystkim dają bardzo dużo czasu na zapoznanie się ze światem magicznym lat 20 i to w dodatku ze światem magicznym w rzeczywistości amerykańskiej. Wszystko po to, aby doprowadzić nas do punktu ostatecznego, w którym to wydaje nam się jakbyśmy oglądali 3-godzinny seans.
Źródło: Warner Bros.
Atmosfera się zagęszcza, akcja nabiera rozpędu- niby jest faktycznie dynamicznie, ale te ostatnie pół godziny wydaje się wlec w nieskończoność. Zdecydowanie za bardzo zostaje to przeciągnięte, najwyraźniej po to, aby ostatecznie stoczyć walkę dobra ze złem- typowo! Nie mogę jednak powiedzieć, że było to nieefektowne- wręcz przeciwnie. Było tak zjawiskowo piękne, tak niesamowicie niepokojące, że trudno było nie siedzieć jak na szpilkach z łomoczącym sercem i wielkim przestrachem na myśl o tym, co lada chwila może się wydarzyć. Ostatecznie dochodzi do pewnego ciekawego twistu, którego nikt się nie spodziewał. Nie tylko z powodu rozwikłania zagadki, o której nie mieliśmy pojęcia, że jakaś w ogóle jest, ale przede wszystkim z uwagi na pojawienie się twarzy, której nie oczekiwaliśmy zobaczyć w tym filmie.
      Najistotniejsze jednak w Fantastycznych zwierzętach” są jednak zwierzęta. Choć w zasadzie to bardzo często się o nich zapomina. Rewelacyjne jest miejsce ich pobytu, a jaka zabawa przy ich odkrywaniu… Najwięcej frajdy dostarcza chyba Niuchacz, czyli miłośnik błyskotek przypominający krecika. Nie przepuści żadnej okazji, więc niezły z niego kleptoman. W zasadzie cały ten zamęt to jego sprawka! Swoim wyglądem z pewnością najbardziej zachwyca Żmijoptak. Jak sama nazwa wskazuje jest to krzyżówka żmii i ptaka. Cudownie wygląda i jest na tyle zmiennokształtny, że z łatwością dopasowuje się do przestrzeni, w której akurat się znajduje. Gdy do tego dodamy jeszcze uroczego Nieśmiałka przypominającego kiełkujący krzaczek, który… chyba po prostu ma nas doprowadzić do cukrzycy swoją słodkością, to mamy ekipę naprawdę nie z tej Ziemi, a to nawet nie połowa fantastycznego zwierzęcego arsenału kryjącego się w magicznej walizce Skamandera. Każde ze stworzeń wykonane jest w naprawdę unikalny sposób, ale to wciąż mają wygląd potterowski, czyli utknęły na początku XXI wieku i ciężko im technologicznie ruszyć naprzód. W sumie jest w tym szaleństwie metoda, bowiem jeszcze lepiej odczuwa się to magiczne uniwersum. Od razu widać, że tęskniliśmy za czarodziejami i światem Harry’ego Pottera. Pomimo tego, że akcja rozgrywa się w latach 20stych bardzo łatwo wyczuć tę niesamowitą atmosferę- zarówno podczas zwiedzania siedziby MACUSA, jak i podczas przypatrywania się zwierzętom, no i oczywiście przy objawieniu się mrocznej siły. To ostatnie zjawisko było naprawdę spektakularne. Oglądanie tego w 3D musiało naprawdę dać po twarzy!
Źródło: Warner Bros.
      Ten film powinien mieć chyba tytuł “Fantastyczne zwierzęta i jak znaleźć dzięki nim przyjaciela”. Co tam magiczne istoty, ludzie się liczą! A w tym filmie najważniejszy jest jeden- Jacob Kowalski i Dan Fogler, który sprawił, że ta postać jest do zakochania. To po prostu niesamowite jak drugoplanowa rola może zdominować cały film. To przez Foglera się śmialiśmy, to przez niego poczuliśmy chemię na ekranie i to przez niego spociły się nam oczy. Jego reakcje na świat magiczny kwitowane nerwowym podśmiechiwaniem to coś niemożliwie uroczego. To jaki świetny duet tworzy z Alison Sudol, która jest równie urocza i niewinna, to kolejna niesamowita rzecz. Nie ma możliwości, aby ten film tak oczarował widza bez niego. Wszystko dlatego, że Eddie Redmayne gra wciąż tę samą rolę. Jego Newt ma w sobie coś ze Stephena Hawkinga i coś z Einara Wegenera. Przykre. Colin Farrell nie mógł być chyba bardziej denerwujący. Natomiast niespodziewany gość zdecydowanie pasował do swojego stanowiska. Ezra Miller zaskakuje swoim wizerunkiem, a także niepokojem, który wywołuje. Jest w nim coś przerażającego.
Źródło: Warner Bros.
      Nie można uznać Fantastycznych zwierząt” za nieudane, wręcz przeciwnie. W końcu to świat Harry’ego Pottera. Magia aż kipi z ekranu, a jednocześnie obraz zachowuje sporo realności. Początkowo oczywiście fabuła wydaje się zmierzać donikąd, trudno wyczuć się sens tej opowieści, ale szczęśliwie wszystko nabiera charakteru i wątpliwości znikają w niebyt- choć niektóre wątki wydają się wepchnięte do filmu na siłę. Fascynujący jest przegląd magicznych stworzeń, z których każdy jest inny i wywołuje inne emocje. W połączeniu z ciekawymi, charakternymi postaciami, a także licznymi niespodziankami- także wizualnymi i dźwiękowymi, dostarczonymi przez twórców bez problemu możemy zanurzyć się w ten magiczny świat Nowego Jorku z początków XX wieku.

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Fantastic Beasts and Where to Find Them / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: J.K. Rowling / Zdjęcia: Philippe Rousselot / Muzyka: James Newton Howard / Obsada: Eddie Redmayne, Katherine Waterston, Dan Fogler, Alison Sudol, Ezra Miller, Samantha Morton, Jon Voight, Colin Farrell / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)

środa, 30 listopada 2016

Książka #422: Piąta fala. Bezkresne morze, aut. Rick Yancey

      Rick Yancey i druga książka z jego kultowej serii młodzieżowej “Piąta fala”. Pisarz, który w swoich dotychczasowych publikacjach nie szczędził nikogo i niczego ponownie wrzuca nas w okropną, przeraźliwą historię. I choć pierwszy tom nie pozostawia nas z jednoznacznymi emocjami, tak drugi uderza w samo sedno. Bezkresne morze” pozostawia nas z jednym wielkim uczuciem… niedowierzania.
     Cassie i reszcie udało się bezpiecznie opuścić wysadzony w powietrze obóz Przystań. Wraz z Benem i pozostałymi ocalałymi znajdują tymczasowe lokum w opuszczonym hotelu. Tam czekają aż ukochany Cassie- Evan, dotrzyma obietnicy i ją odnajdzie. Tymczasem on, ledwo żywy, próbuje połatać swoje rany pod okiem Grace, która jest takim samym osobnikiem jak on. Teraz ich cele są całkowicie odmienne, a on musi podjąć drastyczne kroki, aby ponownie ocalić ukochaną od zbliżającego się niebezpieczeństwa.
     Pierwszy tom Piątej fali” nie do końca wiedział, czym chciał być. Suche przedstawienie faktów związanych z inwazją, które dokładnie takie się stały. Nie było w tym większych emocji, nawet drobnego zafascynowania. Jako wprowadzenie sprawdziło się to dość słabo. Natomiast “Bezkresne morze” nadrabia straty. Mniej więcej wiedzieliśmy już na czym świat stoi, ale ten nietypowy zwrot akcji, do którego dochodzi całkowicie wstrząsa naszym światem. Aż strach rozmyślać jaki jest kolejny krok tego odkrycia, bo aż ciężko uwierzyć, że ta prawdziwa historia inwazji nie ma drugiego dna. Nie mniej… WOW! Totalna dezorientacja, bo już nie wiadomo, co jest prawdą a co ułudą. Wątek romantyczny w tej historii dalej jest odrobinę irytujący. Jak zawsze, gdy świat się wali. Nieodpowiedni moment i te sprawy. Aczkolwiek tym razem stanowi fajne dopełnienie opowieści. W szczególności, że nie ma tutaj aż tylu “ochów” i “achów”, jest podany na surowo. Wprowadzony zostaje element niebezpieczeństwa, strach napędzający bohaterów czyni ich uczucia jeszcze bardziej dramatycznymi i realnymi zarazem. Kolejne poświęcenie, na które patrzy się coraz ciężej, bo nic tak nie rozdziera serca jak zabawa nim. A jednak… to wszystko ma większy sens. Musi mieć, bo przecież takie relacje nie mogą być niszczone ot tak, po prostu. Nie mniej, nawet ewentualna celowość nie połata naszych złamanych serc, nie zatrzyma potoku łez.
      W takich opowieściach zawsze trzeba zwracać uwagę na drugie dno, wszystko to co dzieje się w tle. Poznajemy więc życiową historię kolejnego bohatera, jak wyglądało jego życie od początku inwazji aż do teraz. Kolejna rzecz, łamiąca serce. Jak wszystkie te wydarzenia, gdy uzmysłowimy sobie, że dotykają one młodych ludzi. To jest chyba największy problem tej powieści. Bardzo szybko zapominamy o tym, że bohaterowie są jedynie dziećmi a stają przed poważnymi problemami, zmuszeni są podejmować dojrzałe decyzje i muszą przyjmować role niegdyś  zarezerwowane tylko dla dorosłych. Nie wspominając już o pierwszych pocałunkach, inicjacjach seksualnych i wszystkich tych emocjach, które temu towarzyszą. To tak wyglądałby świat, gdyby zostały na nim same dzieci. Szybko musiałyby wkroczyć w dorosłość, a to bardzo przerażająca wizja.
      Rick Yancey kontynuuje swoją ponurą wizję przyszłości, gdzie to zielone ufoki przybywają na Ziemię w jak najbardziej złowrogich zamiarach. Zaskakujące jest to, że Piąta fala” dysponuje jakąś tajemnicą, która od pierwszego tomu urosła wielokrotnie. “Bezkresne morze” odkrywa kolejne karty w tej kosmicznej grze, ukazując pełną emocji i zwrotów akcji fabułę. Nie obawia się tego, że złamie nam serca, czy przerazi do szpiku kości- w końcu to facet. Nie kryje dramatyzmu pod falbankami, tonami lukru i słodkimi słówkami. Z lekką trwogą wyczekuję finału, który na tę chwilę zapowiada się dość przewidywalnie. Czy będzie trzeci raz? Czas pokaże..
Ocena: 6/6
Tytuł oryginalny: The Infinite Sea / Tłumaczenie: Marcin Wróbel / Wydawca: Otwarte / Gatunek: sci-fi / ISBN 978-83-7515-290-6 / Ilość stron: 512 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2014 (Świat), 2014 (Polska)

wtorek, 29 listopada 2016

1213. Inferno, reż. Ron Howard


     Symboliczne przygody Roberta Langdona okraszone mocną dawką grozy, ale i wpisujące się w estetyczne gusta ludzi stworzone zostały przez Dana Browna. Jego książki czytają miliony, a “Inferno” jest ostatnim z dzieł twórcy. Ron Howard postanowił pominąć w kolejności Zaginiony symbol”- pewnie z uwagi na brak filmowego potencjału, i od razu przystąpił do realizacji kinowej wizji Piekła według Dantego. Przy produkcji standardowo towarzyszy mu Tom Hanks w głównej roli, jak i Hans Zimmer ze swoimi kompozycjami.
Źródło: TheHollywoodNews
     Oszołomiony Robert Langdon (Tom Hanks) budzi się w szpitalu i z niemałym zaskoczeniem rozpoznaje, że znajduje się we Włoszech. Na głowie ma ranę po postrzale, a jego wspomnienia ostatnich dwóch dni zakrywa gęsta mgła, które zastąpione zostały piekielnymi koszmarami. Gdy u drzwi jego pokoju pojawia się uzbrojona kobieta przebrana za lokalną policjantkę, która nie ukrywa swoich zamiarów względem niego z pomocą przychodzi mu młoda pani doktor (Felicity Jones). Jako miłośniczka symboliki i samego Langdona z chęcią postanawia pomóc mu w odzyskaniu pamięci i rozwikłania śladów, które po sobie zostawił. Nie mają jednak zbyt wiele czasu bowiem okazuje się, że na szali waha się egzystencja całej ludzkości, która może stać się ofiarą fanatyka piekielnej twórczości Dantego Alighieri.
     To interesujące, jak film może bardziej zachwycać niż książka. To przerażające, zaledwie kilka lat od jej premiery nie pamiętać jej szczegółów na tyle, aby szerzej odnieść się do ekranizacji. Każdy z tytułów ma zupełnie inny układ. W “Kodzie Da Vinci” szukaliśmy mordercy, w “Aniołach i demonach” próbowaliśmy zapobiec kolejnym zabójstwom biegając od rzeźby do rzeźby (mój ulubiony film i książka), a teraz przy okazji “Inferna” próbujemy zapobiec globalnej katastrofie, która dziesiątkuje ludzkość. I choć same powody, dla których ktokolwiek próbuje dokonać tego czynu wzbudza ogromne przerażenie i odrobinę zmusza do refleksji nad całym naszym życiem, to jednak nic więcej sobą nie oferuje. Znika gdzieś znamiono thrillera, spora dawka napięcia i fascynacji, które towarzyszyły nam przy poprzednich wyczynach Langdona i przeradza się to w zwyczajową przygodówkę z zamiłowaniem do sztuki. Wszystko to niby przebiega spójnie, fajnie się na to patrzy, ale z drugiej strony wlecze się to niemiłosiernie. Gdzieniegdzie dorwie nas element zaskoczenia, o którym teoretycznie się nie myśli podczas trwania filmu, ale jak już dochodzi do rozwikłania to wydaje się to w sumie logiczne. Gdzieniegdzie dopadnie nas żałość i całkowita utrata nadziei. Nie zabraknie tutaj również i absurdalnych wątków, które to zakrawają o niezłą zabawę ludzkim losem i psychiką. Szkoda tylko, że nie jest to otoczone większą tajemniczością, a napięcie koncentruje się jedynie w czasie ostatnich kilku scen.
Źródło: TheHollywoodNews
     Porywającą jest z pewnością spójność realizacji całej fabuły i filmu. Nic nie dzieje się z przypadku, a kierunek obrany, to kierunek realizowany. Zawsze fajnie było pobawić się w kulturalnego detektywa wraz z Langdonem i pobiegać po Francji, czy Rzymie w poszukiwaniu śladów a wykorzystując do tego swoją znajomość historii sztuki. Przy “Infernie” to również jest istotne, ale nie mniej niż zdolność łączenia wątków, a z tym u Langdona było ciężko tym razem. Oczywiście kojarzenie niektórych faktów jest mocno naciągane do woli twórcy, ale jednak akcja musi się toczyć. Dzięki niej mogliśmy poznać kolejne cuda klasyki sztuki, zobaczyć kolejne cuda włoskiej architektury, a przede wszystkim bliżej przyjrzeć się Piekłu według Dantego. Genialnym było wmanewrowanie w to piekielnych wizji Langdona, skrywających wskazówki. Fajny pomysł, zrealizowany w mocno groteskowy sposób, aby podkreślić grozę sytuacji, a przy okazji odzwierciedlić także charakter Inferna. Piękne i makabryczne zarazem.
     Tom Hanks ponownie szaleje na ekranie i choć mega się postarzał to wciąż zachował w żyłach wigor specjalisty od symboli, choć po skałkach to on się wspinać nie potrafi (nie żebym ja była w tym wprawiona). Z jakąkolwiek kobietą nie pojawi się w duecie, świetnie z nią współpracuje i tym samym jedno nie przyćmiewa drugiego. Postać Felicity Jones jest bardzo frapująca od samego początku jej pojawienia się. Dziewczyna trochę irytuje, ale szybko i łatwo jej się to wybacza. Na ekranie zobaczymy również Omara Sy, który już dawno nie zagrał takiej zaskakującej roli, choć jemu za to zabrakło ikry. Niestety. Jego przeciwieństwem jest Irrfan Khan, który wciela się w niezwykle zagadkową, ale i jakże ułożoną postać. To chyba jedna z najlepszych kreacji w tym filmie.
Źródło: TheHollywoodNews
     “Inferno” ma swoje lepsze i gorsze chwile, zupełnie jak jego pierwowzór. Nie jest to produkcja ani szczególnie porywająca ani zachwycająca. W tych kategoriach wypada słabo w porównaniu do poprzedników. Nie mniej, temat bardzo na czasie, bardzo istotny dla nas wszystkich, bo problem staje się coraz bardziej realny. Trochę zawodzi tempo akcji, a także sam schemat fabularny, choć twisty, które się pojawiają są bardzo ożywcze i dają mega kopa. Na szczęście piękne widoki, cudowne dzieła sztuki i muzyka Hansa Zimmera tuszuje mankamenty filmu.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Inferno / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: David Koepp / Na podstawie: powieści Dana Browna „Inferno” [recenzja] / Zdjęcia: Salvatore Totino / Muzyka: Hans Zimmer / Obsada: Tom Hanks, Felicity Jones, Omar Sy, Irrfan Khan, Sidse Babett Knudsen, Ben Foster, Ana Ularu / Kraj: USA, Japonia, Turcja, Węgry / Gatunek: Thriller

Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)


poniedziałek, 28 listopada 2016

Książka #421: Piąta fala, aut. Rick Yancey

      Książka z gatunku young adult, która niewiele różni się od innych w tym gatunku. Twórczość Ricka Yancey miałam już okazję poznać przy okazji „Badacz potworów”, który mnie nie porwał. Z „Piątą falą” jest podobnie choć miała swoje momenty. Coś jednak musi być w tej serii skoro podjęto decyzję o jej ekranizacji.
     Inwazja kosmitów odbyła się w czterech falach. Najpierw zabrali ludziom energetykę, potem zalano ich wodą, aby zaraz po tym spustoszyć ludzkość tajemniczym wirusem. Wtem przyszedł czas na tajniaków, którzy odnajdywali niedobitków i likwidowali ich. Przy okazji czwartek fali ocalono dzieci, a wśród nich brata Cassie- Sammy'ego. Dziewczyna cudem uchodzi z życiem z masowej rzezi, czego nie można powiedzieć o ich ojcu. Z pomocą przychodzi jej tajemniczy chłopak, który skrywa ogromny sekret. Wspólnymi siłami chcą odnaleźć jej brata, nie wiedząc, że wylądował w tajnej bazie wojskowej, aby szykować się na nadejście piątej fali.
     W świcie filmu i literatury najlepiej sprzedają się najprostsze schematy, których i w „Piątej fali” nie brakuje. Początkowo fabuła zapowiada porywającą opowieść rodem ze starego sci-fi- kosmici, inwazje, panika i wszechobecna groza. Wydawałoby się, że aż się prosi o dynamiczny rozwój wydarzeń. Jednak autor skupia się zupełnie na czymś innym- wojskowych przygotowaniach i - o zgrozo! - problemach sercowych nastolatków. No, ale czegoż innego się spodziewać skoro jest to jakby przywara tej grupy ludzkości, a akcja kręci się się właśnie wokół nich. Oczywiście i tak dobija pytanie, czy dzieciaki nie potrafią myśleć o czymś bardziej rozgarniętym w obliczu zbliżającej się zagłady ludzkości. Najwyraźniej NIE! Szkoda, bo fajnie prezentuje się tutaj temat straty doświadczanej przez młodą dziewczynę. Dodatkowo serce się kraje, gdy uwaga skupia się na jej 5-letnim braciszku Sammy'm. Szkoda, że nie widać większego zaangażowania ocalałych w swoje własne przeżycie, próby przetrwania- przynajmniej póki co! Choć bardzo przeszkadza mi w tym wszystkim wątek miłosny, to paradoksalnie on skupia najwięcej mojej uwagi podczas lektury. Wszystko przez to, że z taką łatwością i dramatyzmem powiela schemat paranormali typu 'człowiek+wampir= wielka miłość do grobowej deski'. Tutaj, romans ten jest jeszcze bardziej obezwładniający, bo przecież zagrożenie jest o wiele bardziej realne. Rozczulają wszystkie romantyczne fragmenty i pozwalają zapomnieć o reszcie fabuły- choć to akurat może stanowić problem.
     Yancey tworzy realistyczne postaci i całkiem przyswalajny, choć straszliwie przerażający świat, ale czy to znaczy, że to wszystko jest pamiętliwe i zjawiskowe? Bynajmniej. Cassie to postać bardziej złożona i ewidentnie widać, że jeszcze do końca się nie rozwinęła. Sammy to taka bardziej maskotka drużyny, nad którą wypłakujemy sobie oczy, gdy dzieje się coś złego. Evan to typ bohatera, w którym dość łatwo jest się zakochać. To właśnie takich przystojniaków, w dodatku niebezpiecznych, bierze się za fikcyjnych mężów. Reszta ekipy też dokłada swoje 3 grosze, ale ich egzystencja jest mi- póki co, obojętna.
     „Piąta fala” nie jest powieścią idealną. Zarysem fabularnym dość mocno przypomina inną lekturę young adult o tytule „Intruz”. Nie jest to więc nic nowego, choć na niektórych płaszczyznach potrafi zaintrygować. Jeżeli fabuła rozwinie się w przyszłych tomach, to będzie naprawdę super akcja, która mocno da nam po kościach i rozbudzi wyobraźnię. Chyba, że Yancey znowu rozpisze się na mało znaczące tematy, nie mające wpływu na postęp akcji, czy rozbudowanie relacji między postaciami. Póki co... jestem rozdarta.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The 5th Wave / Tłumaczenie: Marcin Wróbel / Wydawca: Otwarte / Gatunek: sci-fi / ISBN 978-83-7515-090-2 / Ilość stron: 512 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)

sobota, 12 listopada 2016

Książka #420: Dziewczyna, która przepadła, aut. Katarzyna Misiołek

     Pierwsza książka, o smaku hiszpańskiej mandarynki, pozostawiła czytelników w osłupieniu. Nikt nie spodziewał się takiego finału “Ostatniego dnia roku”. Nikt nie spodziewał się też, że urocza krakowianka- Kasia Misiołek, wysłucha swoich fanek i stworzy kontynuację tej dramatycznej historii. Jednakże prawdziwe zaskoczenie przychodzi po pierwszych stronach drugiego tomu, bowiem “Dziewczyna, która przepadła” daje zupełnie inne, nowe, realne spojrzenie na tragedię, która swój początek miała tego feralnego Sylwestra.
      Wyszła z domu w mroźny, sylwestrowy wieczór. Nie sądziła, że ta jedna pomyłka przysporzy jej tyle problemów. Gdyby wtedy nie znalazła się na drodze szalony samotnik nie zaciągnął by jej podstępem do samochodu i nie zrobił z niej służalczego więźnia na tak wiele lat. Jednakże po 8 latach udręki, kiedy to porywacz robił z Moniką wszystko na co tylko miał ochotę, kobiecie udaje się odzyskać wolność. Niestety, będzie musiała stawić czoła nowej rzeczywistości, gdzie nie jest już szczupłą blondynką, jej mąż rozpoczął nowe życie z kimś innym, a najukochańsza siostra dorosła i założyła własną rodzinę. Czy Monika odzyska stracony czas i czy w ogóle będzie chciała wracać do tego co było kiedyś?
      Już od pierwszych stron uzmysławiamy sobie, że ta książka nie będzie tym, czego się spodziewaliśmy. Będzie o wiele, wiele lepsza! I choć sama autorka dzieli fabułę na dwie zasadnicze części, oczywistym jest, że to pierwsza najbardziej uderza w czytelnika. Katarzyna Misiołek zrobiła coś niesamowitego. Po zakończeniu pierwszego tomu tej serii dała nam możliwość przeżycia na nowo traumatycznych chwil, ale z punktu widzenia porwanej, Moniki. Historia zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, ale sposobność spoglądania na nią z punktu widzenia ofiary daje całkiem nowe emocje. Dzięki temu możemy bardziej zagłębić się w jej psychikę. To już nie tylko historia opowiedziana z pierwszej ręki, ale i z pierwszej ręki doświadczona w związku z tym możemy na bieżąco śledzić umysł osoby przetrzymywanej. Wraz z Moniką oczekujemy w napięciu na to, co się wydarzy. Wraz z naszą bohaterką mamy rozterki i wraz z nią przeżywamy każdą chwilę. Z drugiej strony jest też Józek. Świetnie wyrysowana postać gnębiona demonami przeszłości, nie mogąca się od nich uwolnić, co rzutuje na jego problemy z kobietami i jego psychiką w ogóle. Człowiek o bardzo wielu twarzach począwszy od psychopatycznego sadysty, przez bajkopisarza, aż po opiekuńczego dupka. Dla każdego coś… niemiłego.
      Ta pierwsza połowa zdecydowanie buduje napięcie i odwala całą robotę za resztę treści. Bowiem po tych chwilach, kiedy z zafascynowaniem przekręcamy kartki wyczekując mocnego zakończenia, przychodzi czas na ułagodzenie opowieści. Czytelnik sam zdecyduje, która połowa bardziej przypadnie mu do gustu. Po tym, co się działo przez te 8 lat u Józefa spodziewamy się, że Monika będzie zdewastowana psychicznie lub choć trochę nadwątlona. Tymczasem ona czym prędzej wsiada do autobusu i jedzie. Czasem udaje jej się wzdrygnąć, gdy ktoś podejrzanie za blisko niej podjeżdża, ale...serio? Tak wygląda ludzka psychika po tylu latach niewoli i separacji od świata? Oczywiście, Monika udowodniła, że ma silny charakter, w końcu przetrwała to piekło, ale zaskakujące jest to, że dziewczyny po o wiele krótszym przetrzymywaniu miały większe problemy z adaptacją. Spodziewać można się naprawdę mrożących krew w żyłach scen. Niemożność poradzenia sobie ze stratą tak wielu lat życia musi być o wiele bardziej przytłaczająca. Z drugiej strony jest jeszcze ta sytuacja Kuby. Świetnie, że zmusza się czytelnika do refleksji, bo cóż zrobić w tak patowej sytuacji. Idealne jest to, że pisarka nie trzyma się ogólnie przyjętej poprawności i nie próbuje nam mydlić oczu wymuszony “szczęśliwym zakończeniem”. Pozostawia wszystko w zawieszeniu pokazując, że życie toczy się dalej. Nawet i po takiej tragedii. Pozostawia więc nam dowolność na dopowiedzenie sobie finiszu. To już tylko w naszej wyobraźni narodzić może się nowy romans, ożywić dawny lub po prostu… wszystko może się skończyć.
      Przyznaję się bez bicia, że “Dziewczyna, która przepadła” zrobiła na mnie przeogromne wrażenie. Po idealnym, mocnym początku, przyszedł czas na łagodniejsze tony, chyba z powodu ryzyka zejścia na zawał przez czytelnika. Tym sposobem mamy dwie różne w swojej dynamice części, które tworzą jedną spójną i zachwycającą całość. Intryguje nie tylko świetnym pomysłem na prezentację tej historii, zmianą narratora, ale przede wszystkim postaciami, które bez problemu wciągają nas w ten świat. Jednakże to, co najbardziej zachwyca to, że nie jest to kolejna opowieść o sile prawdziwej miłości, ale o rodzinie i sile kobiet, a w zasadzie to sile siostrzanej więzi. Dzięki temu książkę pochłonąć można w jeden dzień, bo świetnie się ją czyta!


Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa MUZA!
muza.com.pl


Tytuł oryginalny: Dziewczyna, która przepadła / Redakcja: Małgorzata Burakiewicz / Wydawca: MUZA / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-278-0420-6 / Ilość stron: 464 / Format: 130x200mm
Rok wydania: 2016 (Polska)

wtorek, 1 listopada 2016

1212. Alicja po drugiej stronie lustra, reż. James Bobin

      O pierwszym filmie o Alicji w reżyserii Tima Burtona mówiono różnie. Jednych zachwycał (w tym mnie), a inni uważali go za najgorszy z kinematografii mistrza groteski. To jednak wcale nie zniechęciło filmowców i już 6 lat później temat Krainy Czarów powrócił. Rękę do ponownego ożywienia postaci Lewisa Carrolla przyłożył James Bobin- bardziej znany fanom Aliego G oraz Muppetów. Dzięki niemu podziwiać możemy wielobarwny świat w kontynuacji przygód dorosłej Alicji w tytule „Alicja po drugiej stronie lustra”.
Źródło: Galapagos Films
     Alicja Kingsleigh (Mia Wasikowska) po stracie ojca wciąż pielęgnuje swoją pasję i żegluje po całym świecie. Kiedy wraca z kolejnej swojej podróży zmuszona jest stawić czoło przeszłości i podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w jej życiu. Akurat jak na zawołanie pojawia się Absolem, który ponownie przeprowadza ją do Krainy Czarów- tym razem przez magiczne lustro. Tam będzie musiała pomóc swojemu staremu przyjacielowi- Szalonemu Kapelusznikowi (Johnny Depp), który mocno podupadł na zdrowiu. Aby to zrobić, dziewczyna zadrze z samym Czasem (Sacha Baron Cohen), nie spodziewając się jakie przyniesie to konsekwencje dla niej samej, jak i całej Krainy.
     W przypadku tego rodzaju filmów nie spodziewamy się zbyt wiele patrząc na ich kontynuację, a w zasadzie- spodziewamy się... wszystkiego co najgorsze. W szczególności, gdy widzimy zwiastun, który pluje na nas efektami co drugi kadr, a nazwisko ulubionego Tima Burtona znika z produkcji. Co zaskakujące, ani jedno ani drugie nie wydaje się szkodzić filmowi, a wręcz można chwalić, że utrzymany jest dokładnie w tym samym stylu co pierwszy pomimo tego, że przedsięwzięciem zajmuje się zupełnie ktoś inny. Nie narzekamy tutaj na wygląd, choć oczywiście czasami wywołuje w nas niekontrolowane przewracanie oczami, ale bardziej na samą fabułę. Podróże w czasie... serio? Już dziwniej być chyba nie może, a przecież sama Kraina Czarów do najnormalniejszych nie należy. Postanowiono pójść o krok dalej i pokazać Krainę z zupełnie innych perspektyw, która jest miejscem nie tylko dla tych dobrych, ale także i złych, która widziała dlaczego dobrzy stali się źli i dlaczego dobrzy mogą być również źli. Choć sama koncepcja „czasu” jest tutaj dość abstrakcyjna, to jednak wykorzystana zostaje w dobrym celu i może się spodobać. Z drugiej zaś strony te całe podróże otwierają zupełnie nowe drzwi najrozmaitszym wątkom, na pewnym etapie powodując spore przeładowanie tematyczne. Dzięki temu możemy jednak poczuć najrozmaitsze emocje- od napięcia, poprzez rozbawienie, ale również i współczucie wobec postaci, które na pierwszy rzut oka nie zasługują na nie. A co za tym idzie... nawet w tej materii film potrafi sprawić widzowi nie lada niespodzianki.
Źródło: Galapagos Films
     O dziwo, bardzo fajnie patrzy się na ten film. Jest to jeden wielki chodzący efekt grafiki komputerowej, ale czy to ważne? Skoro wygląda tak magicznie, a przy tym wydaje się być całkowicie naturalne- to nie ma się czego przyczepić. Kraina Czarów nadal pozostaje cudowna, ale prawdziwie czarująca jest siedziba Czasu. Niemalże wszelkie ujęcia- no dobra... może poza tymi z koszmarnymi robocikami, są cudowne. Czas i jego zegarkowa kraina... zjawisko! Oczywiście, nic nie przebije ostatnich minut w krainie jego... czasowatości. Rewelacja! Warto zwrócić uwagę na jeden drobny detal filmu, a w zasadzie całą masę detali. Mowa oczywiście o niesamowitych kostiumach stworzonych przez Colleen Atwood. Kobieta pracowała niemalże przy każdym filmie Burtona i to dzięki niej, a w zasadzie kreacjom przez nią stworzonym, postaci zyskiwały więcej charakteru, tego specyficznego charakteru tak typowego u bohaterów Burtona. Na pierwszy rzut oka widać niezwykłość strojów- chociażby inspirowanego Azją wdzianka Alicji, czyli morderczej sukni Czerwonej Królowej, ale nawet kamera nie dostrzeże tych detali, nad którymi pracują kostiumolodzy, a czyniących całość jeszcze bardziej spektakularną. Więcej tych drobiazgów zobaczyć można w materiałach dodatkowych wydania DVD filmu „Alicja po drugiej stronie lustra”. Warto!
     Każdy z nas wie, że bardzo dużą część roboty przy filmie, o ile nie największą, odgrywają postaci i ci, którzy się w nie wcielają. Poza starymi wyjadaczami, czyli- wciąż dla mnie przeciętną, Mią Wasikowską i jej mdłą Alicją (choć zastanawiam się, czy to po prostu nie kwestia dubbingu Marty Wierzbickiej), cudownym Johnnym Deppem i jego stukniętym Kapelusznikiem, czy zabójczą Heleną Bonham Carter i krwiożerczą Królową, zobaczymy również sam Czas- a w tej roli rewelacyjny Sacha Baron Cohen. Tutaj znowu... lepiej brzmi w oryginale niż z głosem Jarosława Boberka. Niestety, ten drugi za bardzo kojarzy się z królem Julianem, a to już zupełnie zaburza mi koncepcję. Czas to postać bardzo enigmatyczna, a oceniając go możemy bardzo się pomylić. Z pewnością nadaje charakteru całej produkcji, bo jest bardzo charyzmatycznym bohaterem, tak jak i sam Sacha, który przykuwa uwagę. Nie tylko z powodu kreacji, której dokonuje, ale również samego wyglądu. Wyglądający niczym chodzący czasomierz wzbudza bardzo sprzeczne emocje, od tych pozytywnych, po prawdziwą grozę. Lepiej nie można było obsadzić tej roli.
Źródło: Galapagos Films
     Mam bardzo mieszane uczucia względem nowej „Alicji po drugiej stronie lustra”. Wszystko wydaje się być przecież idealne, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wielowarstwowa fabuła zapełnia każdą minutę najrozmaitszymi uczuciami, ale z drugiej strony nie ma tutaj swoistej płynności, kleju, który nadałby wszystkiemu większego sensu poza rozrywką. Cały obraz to cudownie wypracowany grafiką świat, pełen barw, gładkości i momentami tak bardzo przesadzony w swoich detalach. Wygląda to niczym wielka, kolorowa reklama zabawek dla dzieci. Film może byłby większą klapą, gdyby nie postać Czasu, a w zasadzie to Sacha Baron Cohen, bo choć sam wątek podróży w czasie jest dość... dziwacznie poprowadzony, to jednak sam pomysł jest jak najbardziej na tak! Nie ma rewelacji, ale film ten dostarcza przynajmniej bardzo dużo rozrywki.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Alicja po drugiej stronie lustra” - dystrybucja Galapagos Films
Oryginalny tytuł: Alice Through the Looking Glass / Reżyseria: James Bobin / Scenariusz: Linda Woolverton / Zdjęcia: Stuart Dryburgh / Muzyka: Danny Elfman / Obsada: Johnny Depp, Mia Wasikowska, Helena Bonham Carter, Anne Hathaway, Sacha Baron Cohen, Rhys Ifans, Matt Lucas, Lindsay Duncan / Kraj: USA / Gatunek: Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera kinowa: 10 maja 2016 (Świat) 26 maja 2016 (Polska)
Premiera DVD: 09 października 2016