NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 3 stycznia 2017

1218. Gdzie jest Dory, reż. Andrew Stanton

      Rybich bohaterów przebojowej animacji Gdzie jest Nemo?” stworzył 13 lat temu. Andrew Stanton do serca wziął sobie sympatię milionów widzów z całego świata i ponownie wziął do ręki eleganckie rybki akwariowe i rzucił je w wielki oceaniczny świat, aby znowu mogły przeżyć morskie przygody. Jednakże Gdzie jest Dory” daleko do poprzednika, choć nawet i on nie wywoływał we mnie większego entuzjazmu.
Źródło: Galapagos Films
      Dory (Joanna Trzepiecińska), urokliwa niebieska rybka z brakiem pamięci krótkotrwałej miała cudowne dzieciństwo. Szkoda tylko, że niewiele z niego pamięta- zapomniała nawet o swoich rodzicach. Gdy jednak pewnego dnia wpada jej do głowy swobodne wspomnienie sprzed lat kurczowo trzyma się go z jednym postanowieniem- musi odnaleźć swoich rodziców. Liczy na to, że ponowna wyprawa za ocean wraz z Marlinem (Rafał Sisicki) i jego synem Nemo (Karol Kwiatkowski) przyniesie odpowiednie rezultaty i znowu będzie mogła spędzać czas w płetwach swoich rodziców.
      Nigdy nie przepadałam za kontynuacjami od Disneya. Klasyka powinna zostać klasyką i bez sensu odświeżać ją dowalając kolejne filmy, które zaburzają obraz całości. Dziwne więc, że powstał sequel “Gdzie jest Nemo”, który zauroczył, ale serca mojego nie podbił. Nie jest jednak zaskoczeniem, że skupia się na światełku poprzednika, czyli mega komicznej i fantastycznej Dory, która intryguje także i tym razem. Wkupuje się w nasze serca z łatwością bowiem mamy tutaj zaserwowany największy rozmiękczacz na świecie, czyli bobaskową rybkę. Czy jest coś bardziej słodkiego i uroczego niż pyzaty główny bohater mówiący słodkie bobasowe rzeczy?  Nawet jeżeli jest rybą? Ano, nie ma! Zabawna i słodka za młodu wciąż taką pozostaje. I tyle w temacie Dory, bo reszta jest dobrze znana z pierwszego filmu. Ciągłe zapominalstwo rybci odchodzi trochę na dalszy plan, co odrobinę zadziwia. Najwyraźniej wspomnienie rodziców stało się jakąś magiczną kotwicą dla reszty. A może po prostu za mocno się uderzyła w głowę i piąta klepka wskoczyła na właściwe miejsce. Wygłupom nie ma tutaj końca, aczkolwiek nie jest to w większości przypadków aż tak zabawne. Choć trzeba przyznać, że udawanie śledzia było intrygujące. Nie ma tutaj też i większych zwrotów w akcji, choć poszukiwanie rodziców i swojego dawnego domu przybrało dość ciekawy obrót. Nie mniej, bez zachwytów. 
Źródło: Galapagos Films
      Wciąż jest to piękna animacja. Pełno tu niezwykłych kolorów, których nazw zapewne nie znamy. Wielobarwność morskich stworzeń jest ujmująca, istna plątanina, od której po dłuższym czasie bolą oczy. A same stworzonka… nigdy nie przestanie mnie zadziwiać pomysłowość artystów pracujących dla Disneya i Pixara. Morskim żyjątkom daje się bardzo dużo charakteru i nawet takich bohaterów jak ośmiornica, czy wieloryb można polubić. Przy takich filmach ciężko o realność, ale takie fałszerstwo jestem w stanie zaakceptować. Z takimi odgłosami morskich otchłani cudownie zgrała się muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana. Przyjemnie się tego słucha.
      Dubbing do filmu również dobrze się spisał. Znowu usłyszymy Joannę Trzepiecińską, która z pełnym zaangażowaniem i przy świetnej zabawie daje charakternego kopa niezwykłej rybce jaką jest Dory. Niestety, Globisza zastąpił Rafał Sisicki, którego Marlin brzmi zaskakująco podobnie! Kajetan niestety zdążył dorosnąć, więc nie mógł już użyczyć głosu małemu Nemo, ale dzielnie zastępuje go młody kolega Kwiatkowski, który mógłby być jego głosowym bliźniakiem. Wśród nowych bohaterów mamy Hanka ośmiornicę, a wraz z nim charakterystyczny głos Ferdka Kiepskiego aka Andrzej Grabowski. A także i Annę Cieślak, dzięki której dobrze bawiliśmy się w towarzystwie ślepawej wielorybnicy. 
Źródło: Galapagos Films
      Tytuł Gdzie jest Dory” nie urzekł mnie na tyle, aby chcieć do niego wracać. Więcej emocji wywołał seans krótkometrażowego Pisklaka”, którego odnajdziemy na płycie DVD z filmem. Sama Dory jest postacią arcy ciekawą,  taką gwiazdą wśród rybek, ale nie udaje się na tym zbudować kolejnego wielkiego hitu. Mnie przynajmniej to nie przekonuje. Pomimo tego, że jest to wartościowe kino o poszukiwaniu siebie i rodziny.  Fajnie się ogląda, bo jest to dobra rozrywka, w dodatku przyjemna dla oka i dla ucha, ale momentami strasznie trąci banałem a niekiedy nawet i nudą.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Gdzie jest Dory” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray


Oryginalny tytuł: Finding Dory / Reżyseria: Andrew Stanton / Scenariusz: Andrew Stanton / Zdjęcia: Jeremy Lasky / Muzyka: Thomas Newman / Dubbing polski: Joanna Trzepiecińska, Rafał Sisicki, Karol Kwiatkowski, Andrzej Grabowski, Anna Cieślak, Rafał Cieszyński, Ewa Błaszczyk, Marek Barbasiewicz, Krzysztof Stelaszyk, Zbigniew Zamachowski, Rudi Schubert / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowe, Familijne, Komedia
Premiera kinowa: 08 czerwca 2016 (Świat) 17czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 23 listopada 2016

sobota, 31 grudnia 2016

Książka #427: Wielka ucieczka dziadka, aut. David Walliams

     Wśród wielu powieści zawsze muszą pojawić się takie, poprzez które autorzy wracają do swoich początków. Dla polskiego rynku wydawniczego i dla polskich fanów twórczości Davida Walliamsa takim początkiem była Babcia rabuś”. Teraz, po kilku latach, powracamy do staruszków okazując im należny szacunek i możemy zaczytywać się w najnowszym tytule autora- Wielkiej ucieczce dziadka”.
    Jack jest zwyczajnym chłopcem, takich jakich wielu spotkać można w szkolnych ścianach. Jest w nim jednak coś niezwykłego- ma niesamowitego dziadka, bohatera wojennego. Ten niestety lata świetności ma już dawno za sobą, ale i tak stanowi źródło fascynacji dla swojego wnuka. Chłopiec uwielbia opowieści dziadka o czasach drugiej wojny światowej i jego służbie w lotnictwie, z przyjemnością chłonie je zdobywając niezbędną wiedzę. Niestety, dziadek coraz bardziej podupada na zdrowiu i nie rozróżnia już czasów wojennych od teraźniejszości. Kiedy rodzice Jacka chcą wysłać go do domu nie-tak-spokojnej-starości, chłopiec zrobi wszystko, aby pomóc ukochanemu dziadkowi i temu zapobiec.
    Kiedy David Walliams skupił się na szacunku do starszych i tym, jakie ciekawe może być życie sędziwej staruszki, czytelnik mógł zastanawiał się nad tym dlaczego to nie dziadek stał się inspiracją i motorem do działania. Autor jednak nie pozostaje dłużny i w nie tak dalekiej przyszłości po Babci Rabuś” stworzył iście dziadkową opowieść. Inspirując się życiem swojego własnego dziadka udało mu się nakreślić nie tylko fascynującą i wzruszającą, ale przede wszystkim bohaterską historię z nauką dla najmłodszych czytelników.
    “Wielka ucieczka dziadka” to przede wszystkim lekkie potraktowanie trudnego problemu jakim jest demencja starcza. Serce się kraje na wspomnienie kolejnych sytuacji, w których to rodzina dziadka przeżywała stresy na skutek jego szybowania po przestworzach wspomnień wojennych. Niektóre z nich były prawdziwie niebezpieczne. I choć każda z nich prezentowała zupełnie nowy element dziadkowej porywającej przeszłości, to i tak przyspieszały bicie serca. Bynajmniej z ekscytacji. Poza problemami dziadka opowieść dostarcza bardzo wielu atrakcji. Dziwaczne wyskoki to jedna rzecz, a zupełnie czymś innym jest akcja w domu starczym.
    Mały Jack powinien być wzorem do naśladowania dla każdego dziecka, ale również i dorosłego. Jego zamiłowanie do dziadka historii i do niego samego jest naprawdę niesłychane. Kryje się za tym ogromna miłość do staruszka, uznanie dla jego zasług i szacunek. Chęć poświęcenia się dla niego, umiejętność komunikowania się z nim udowodniły, że jako jedyny potrafił dotrzeć do niego poprzez meandry jego świata i wyciągnąć z największych opresji. Sam dziadek, choć mocno zakotwiczony w czasach drugiej wojny światowej dostarczał wielu skrajnych emocji. Zupełnie takich samych, jakich odczuwalibyśmy gdyby naszą babcię, czy dziadka dopadła ta przypadłość. Dziadek Jacka jest odzwierciedleniem wszystkich strachów, które odczuwamy i moglibyśmy odczuwać. Z drugiej zaś strony udowadnia, jak ciekawi i pełni mądrości są ludzie starsi, i jak wiele możemy się od nich nauczyć.
    David Walliams po raz kolejny próbuje nas czegoś nauczyć. Niczym dobry nauczyciel chce, abyśmy nabyli zdolność zanikającą w dzisiejszych czasach- szacunku dla starszych i tolerancji dla inności.Wielka ucieczka dziadka” to kolejny przykład na to, jak dobra historia ze świetnymi postaciami może wpłynąć na człowieka. Za pomocą humoru, lekkości i zabawy stara się trafić do najmłodszych czytelników, żeby to oni najwięcej wynieśli z tych nauk. Jednakże przygoda Jacka i jego dziadka znajdzie uznanie również u starszych czytelników. I choć tematyka wojenna wydaje się być stricte męska, to nawet i płeć piękna wpadnie w nią bez większych problemów.


Ocena: 6/6
Recenzja dla domu wydawniczego Mała Kurka!
malakurka.pl


Tytuł oryginalny: Grandpa's Great Escape / Tłumaczenie: Karolina Zaremba / Wydawca: Mała Kurka / Gatunek: dziecięce, przygodowe / ISBN 978-83-62745-24-1 / Ilość stron: 464 / Format: 136x208mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

1217. Legion samobójców, reż. David Ayer

      Superbohaterowie. Bohaterowie walczący z szumowinami. Bohaterowie walczący ramię w ramię, a także przeciwko sobie. Dużo tego było zarówno po stronie Marvela, jak i DC. A gdyby tak wszystkich stłamszonych przez protagonistów złoczyńców pogłaskać i utworzyć z nich ekipę wybawicieli? Taki Legion Samobójców” z pewnością świetnie by sobie poradził nie tylko na łamach komiksu, ale przede wszystkim na ekranie. Marzenie to spełnił David Ayer, za co znienawidzili go chyba wszyscy miłośnicy ciemnej strony DC Comics.
Źródło: Galapagos Films
      Miasto Gotham dało się wszystkim mocno we znaki. Batman dopiekł nie tylko Deadshotowi (Will Smith), ale również mocno namieszał w planach Harley Quinn i Jokera (Margot Robbie, Jared Leto). Na domiar złego świat boi się latającego kosmity z wielkim “S” na wyrzeźbionej klatce piersiowej. Rząd postanawia działać i chronić świat przed nadludzkimi istotami i problemami, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić. Rodzi się więc zakręcony plan stworzenia ekipy mającej pomagającej światu, a składającej się z… największych szumowin nie bojących się ruszyć ma samobójczą misję. Akurat nadarza się okazja sprawdzenia jak sobie poradzą, bo ze smyczy zrywa się jedna z nich, ta która trzyma z wiekowymi wiedźmami.
      Takie filmy, jak najnowsza produkcja Davida Ayera, muszą się spodobać. A przynajmniej tym, którzy cenią sobie dobrą zabawę i potrafią patrzeć na podobne obrazy z lekkim, no dobra- sporym, dystansem. Legion samobójców” nigdy nie będzie takim filmem, jak marvelowskie hity, nigdy nie będzie arcydziełem, którego będzie chciało się cytować w rozmowach z przyjaciółmi. Najlepsze, że nawet nie próbował taki być. Trudno bowiem nie dostrzec tandetnej fabuły, o wizualności nie wspominając. Sama koncepcja jest całkiem w porządku, bo w końcu jest to coś odmiennego od znanych nam superbohaterskich filmów. Aczkolwiek sposób w jaki zaprezentowane zostają postaci jest początkiem niespójności całego scenariusza. Najpierw o jednym, potem o drugim, a potem znowu o tym pierwszym, acha, no ale przecież jest jeszcze trzeci i czwarty i n-ty złoczyńca, który przyłącza się do tego absurdalnego gangu. Kolejną wtop jest motyw Enchantress. Świetnie wprowadzony, klimatyczny i enigmatyczny, a tak straszliwie zrujnowany. Strzałem w dziesiątkę okazało się być pokazanie złoczyńców jako zwykłych ludzi. Ludzi, którzy mają rodziny, którzy kochają i pragną być kochani. Na swój sposób przestali przerażać, kiedy okazali się być zwykłymi wrażliwcami, którzy gdzieś zboczyli ze swojej drogi życiowej.
Źródło: Galapagos Films
      Najważniejsze, że jest zabawa. A jak jest zabawa, to musi być kolorowo i wkroczyć winny efekty wizualne. Pod tym względem film Ayera to kicz na kiczu kiczem poganiany. Począwszy od zaćpanych i szalonych retrospekcji ze wspólnego życia Harley i Jokera, przez pokracznego boskiego brata Enchantress, na samej Enchantress skończywszy. Pierwsze zdecydowanie nie, choć stylizacja tej dwójki jest świetna- szczególnie Harley. Drugie robi wrażenie, ale takie w stylu rozgrywki rodem z Diablo III”. Trzecie… było naprawdę super. Rewelacja z każdorazowym 0przejmowaniem ciała June, rewelacja z wizualizacją Enchantress- tyle w niej było mroku, aż po totalnie tandetny jej obraz w drugiej połowie filmu. Smutne, bo to akurat mogło być coś.
      Po seansie z pewnością jedna rzecz rzuca się w oczy. Przyrównywanie Jokera w wykonaniu Ledgera do kreacji Leto jest istnym nieporozumieniem. Serio? To była najbardziej karykaturalna i nieznośna wizja złoczyńcy jaką kiedykolwiek widziałam. Postrach z niego żaden, sympatii również nie wzbudza- może za mało było nam dane czasu razem. Zdecydowanie nie. Nie wspominając już o braku chemii pomiędzy Leto i Robbie. Margot śliczna, ale jej Harley również do mnie nie przemawiała. Ta dwójka wyglądała na najbardziej sztuczną parę kochanków i nieprzekonujące jednostki jakie kiedykolwiek pojawiły się w kinie bohaterskim. Już lepsze emocje wywoływał Wilk Smith ze swoim Deadshotem, którego historia naprawdę porwała i skradła cały film. Zaraz po nim najbardziej realny okazał się być Kapitan Boomerang. Bez tej dwójki nie dałoby się przymknąć oka na tragizmy aktorskie pozostałych.
Źródło: Galapagos Films
      “Legion samobójców” zdecydowanie jest wielkim rozczarowaniem, ale jeszcze większą niespodzianką. Poza tandetnymi scenami przypominającymi starcia bossów z gry wideo dostarczył bardzo wiele ciekawych rozwiązań cieszących oko. Scenariusz siadł już praktycznie na początku historii, gdzie zabrakło logiki i płynności. Za swobodnych ujęć, mogących być osobnymi filmami- winię za to montażystów. Jednakże z bardzo fajnie dobranymi kawałkami znanymi wszystkim i bagażem emocjonalnym noszonym przez jednostkowe postaci film staje się nie tylko znośny, ale też zaskakująco intrygujący. No i ten Batek!

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Legion samobójców” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: Suicide Squad / Reżyseria: David Ayer / Scenariusz: David Ayer / Na podstawie: komiksu Johna Ostrandera / Zdjęcia: Roman Vasyanov / Muzyka: Steven Price / Obsada: Will Smith, Margot Robbie, Jared Leto, Jai Courtney, Jay Hernandez, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Cara Delevingne, Adam Beach, Karen Fukuhara, Joel Kinnaman, Viola Davis, Common / Kraj: USA, Kanada / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 05 lipca 2016 (Świat) 05 sierpnia 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 05 grudnia 2016

wtorek, 27 grudnia 2016

Książka #426: Szczuroburger, aut. David Walliams

      W karierze każdego artysty przychodzi czas na twór, który może okazać się jego najsłabszym. Brytyjski pisarz o uroczym poczuciu humoru- David Walliams, za bardzo przyzwyczaił nas do powieści dziecięcych, z których płynął oczywisty morał. Przyszedł jednak czas na książkę, która bardziej zadziwia brutalnością niż ma coś wnieść w nasze żywota. A tytuł jej… Szczuroburger”.
      Mała dziewczynka imieniem Zoe mieszka wraz ze swoim ojcem i nieznośną uzależnioną od krewetkowych prażynek macochą. Szkolne życie to ciągła udręka z powodu dręczącej jej Tiny. Jedynym pocieszeniem staje się mały chomiczek o fikuśnym imieniu Pierniczek, którego Zoe wytresowała i oswoiła jako swojego przyjaciela. Niestety, pupil ginie w tajemniczych okolicznościach, a dziewczynka pogrąża się w rozpaczy. Wtem pewnego dnia spotyka na swojej drodze uroczego szczurka, którego przygarnia. Nie spodziewa się, że przyniesie jej on tyle zmartwień, a także rzuci jej pod mieszkanie obwoźnego sprzedawcę najgorszych burgerów na całej planecie.
      Najnowsza książka Davida Walliamsa okazała się być niezwykle zaskakująca. Co dziwne, z zupełnie innych powodów niż można było się spodziewać. Szczuroburger” zdecydowanie różni się od poprzednich książek autora, aczkolwiek odrobinę dotyka tematycznie Demonicznej dentystki”. Nie jest to typowa lektura z typowym przekazem, ale Walliams nigdy nie trzymał się utartych schematów. Wciąż jest to literatura dziecięca, gdzie najważniejszą rolę odgrywa dziecko. Nadal jest to historia z tego samego miasta, bo hinduski sklepikarz Raj rządzi! Co się więc zmienia? Sama historia. Początkowo to typowa opowieść o dziewczynce, która traci swoje zwierzątko. Z czasem poznajemy kluczowe problemy małej Zoe jakimi są nie tylko bycie ofiarą szyderstw rówieśniczki, ale konieczność odnalezienia się w świecie, w którym zabrakło jej matki. Autor skupia się na problematyce tej straty, która oddziałuje na wszystkich bliskich. Z drugiej zaś strony w ciekawy sposób przemyca dorosłe wątki chociażby bezrobocia i jego konsekwencjach, dzięki czemu książka wydaje się ciekawsza. Te początki jakby zupełnie rozmijają się z tytułem, wskazującym na coś innego. Aż w końcu pojawia się obwoźny sprzedawca hamburgerów. I choć wydawca załącza kupon na burgera z wozu Burta, ale spokojnie przestał być ważny 30 lat temu, to zdecydowanie odradzam korzystanie z niego. W szczególności, że za Burtem podąża historia, która zmrozi krew w żyłach i najwięksi twórcy kryminałów nie wpadli by na taką makabrę. Czy można bardziej zniechęcić młodych ludzi do jedzenia tego fast foodowego specjału? Chyba nie. Pozostał więc motyw moralizatorski? Owszem! Czy pojawił się wątek grozy? Jak najbardziej!
      Autor wciąż tworzy niebanalne opowieści, z których aż wylewa się jego niewybredne poczucie humoru. Nie jest to może dowcip, z którego można boki zrywać, wpływa raczej na ogólny odbiór powieści. W akompaniamencie rysunków Tony’ego Rossa tworzy się z tego niezła satyra, która bardziej ma wyśmiewać niektóre zachowania niż rzeczywiście się z nich śmiać. Ich przerysowany charakter wprowadza sporo niedowierzania, sprawiając wrażenie jakby była to powieść fantastyczna a nie przygodowa z wątkami dramatycznymi.
      “Szczuroburger” to powieść o bardzo wielu twarzach. Niektóre z nich zaskoczą młodych czytelników mniej, inne bardziej, szczególnie tych przyzwyczajonych do poprzednich historii autora. David Walliams znów tworzy charakterystycznych antagonistów, nadając im mocno groteskowy wydźwięk. Gdzieś w trakcie tej opowieści o radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby, a także stawianiu czoła trudnej codzienności wypełza na wierzch odrobina makabry i obrzydzenia, która zmieni nasze spojrzenie na szczury i burgery.


Ocena: 5/6
Recenzja dla domu wydawniczego Mała Kurka!

malakurka.pl


Tytuł oryginalny: Ratburger / Tłumaczenie: Karolina Zaremba / Wydawca: Mała Kurka / Gatunek: dziecięce, przygodowe / ISBN 978-83-62745-22-7 / Ilość stron: 320 / Format: 136x208mm
Rok wydania: 2012 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Wyniki konkursu: Święta z Harrym Potterem

Koniec konkursu nastąpił.
W konkursie wzięła udział zastraszająca liczba osób. Można się domyślać, że większość fanów Pottera już dawno weszło w posiadanie książki "Harry Potter i Przeklęte dziecko".

Nie mniej znalazła się osoba, która jej nie ma i skoro jako jedyna zgłosiła się do konkursu, losowanie było zbędne. Harry Potter idzie do...

Magdaleny Cz.

Gratuluję wygranej!

środa, 21 grudnia 2016

Książka #425: Zanim się pojawiłeś, aut. Jojo Moyes

     Prawdziwy bestseller, którego popularność ciężko jest pojąć. Jakiś czas temu przeszła praktycznie bez echa, a fanów znalazła wśród miłośników dramatycznych historii romantycznych. Wystarczyło jednak, aby prawa do ekranizacji wykupiła znana wytwórnia, obsadziła w głównych rolach przystojniaka i ślicznotkę z „Gry o tron”, aby znowu z hukiem podbijała rynek i to w dodatku z filmową okładką. I bardzo dobrze! Bowiem dzięki tej reanimacji jeszcze więcej osób sięgnie po rewelacyjną Jojo Moyes i jej druzgocącą powieść „Zanim się pojawiłeś”.
     Louise Clark jest wyjątkową kobietą o specyficznym guście jeżeli chodzi o doborze ubioru. Prowadzi spokojne życie w rodzinnym domu, w którym pomieszkuje również jej dorosła siostra z synkiem, a także dziadek, którymi opiekują się rodzice. Fundamenty jej mało ambitnego świata zaczynają się walić, kiedy traci wieloletnią posadę w kawiarni. Zmuszona do poszukiwania nowego zajęcia trafia do zamożnej i dystyngowanej rodziny Treynorów. Pomimo braku doświadczenia zawodowego zostaje przyjęta jako opiekunka do ich syna- Williama, który został sparaliżowany w wyniku wypadku. Na jej barkach spoczywa ogromny ciężar, musi zrobić wszystko, aby poprawić mężczyźnie humor i przywrócić mu chęć do życia.
     To dopiero była przejmująca historia. Fabuła odrobinę za bardzo podobna do opowieści Sparksa, w szczególności do jednej z nich „Jesienna miłość”. Jednakże tutaj lista celów, rzeczy do zrobienia przed śmiercią, przybiera bardziej formę mapy szczęścia, które mają przywrócić młodemu mężczyźnie wiarę w siebie i swoje nowe życie. Czy jest to jednak możliwe, kiedy aktywny, czerpiący z życia pełnymi garściami przystojny mężczyzna zostaje na łasce bądź niełasce innych ludzi? Często obcych ludzi? Czy komuś, którego świat ograniczony został do wózka można poszerzyć horyzonty? Ciężko jest spoglądać na to ze strony osoby, która nie zna tego problemu. Jednakże wraz z postępem wydarzeń z poznawaniem postaci można zmienić swoje nastawienie do wielu rzeczy, także do decyzji tejże postaci. Początkowo wydaje się, że „Zanim się pojawiłeś” to historia typowo miłosna. Szybko jednak przekonamy się, że bardziej dotyczy ludzkiej niepełnosprawności i to bardziej jej ciemnej strony, tej dotkniętej chorobą, tej muszącej polegać na innych, tej zamkniętej w sobie... Dobrze jednak, że wraz z pojawieniem się Lou w życiu Willa ten świat znowu nabiera kolorów, nie jest ograniczony jedynie do szarości. I to jest piękne! Z prawdziwą radością zaczytujemy się w kolejnych pomysłach dziewczyny, jak urozmaicić życie młodego Treynora, choć łezka nie raz się kręci w oku, kiedy doświadczamy również jej niepowodzeń. Czy jednak można zalewać się przy tej powieści łzami, tak jak zarzekają się niektóre czytelniczki? Owszem można, ale jeżeli tego nie robicie, to nie pędźcie do psychiatry, że coś jest z wami nie tak. Każdy odnajduje w tej powieści coś innego, co może go poruszyć. Drobne gesty, które Will czyni w stronę Lou- jak chociażby zakup rajstop, również potrafią być ujmujące i poruszające. Dla innych punktem kulminacyjnym będą wakacje życia, wielkie wyznanie Lou i wielkie rozdarcie serc- nie tylko jej, ale i wielu czytelniczek. Jeszcze inni uronią łezkę u finału ich wspólnej podróży, która obezwładnia.
     Autorce można zarzucić bardzo wiele, między innymi brak wrażliwości objawiającej się poparciem decyzji Williama, której doszukują się co niektórzy. A może wręcz przeciwnie- chodziło tu bardziej o próbę zaprezentowania tego ze strony osoby poszkodowanej. Może celem było jeszcze większe uwrażliwienie człowieka na takie tragedie, bo może jedna osoba podniesie się po takim wypadku, ale inna zdecydowanie się poddaje i nic nie będzie można na to poradzić poza okazywaniem wsparcia i cieszeniem się wspólnymi chwilami. Oczywiście, ciężko sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś odrzuca wszystko, co mu się oferuje na skutek trzymania się swojej przeszłości, swojego wygodnego życia. Taki jest właśnie Will Treynor. Można powiedzieć, że taki lekkoduch, człowiek sukcesu, który niestety skończył w nieciekawy sposób. Wobec jego osoby zestawia się uroczą Louise, która dwoi się i troi, żeby tylko polepszyć jego żywot. Oczywiście, za sprawą pieniędzy rodziny Treynorów (ach, to nowobogackie życie). Z łatwością można jednak dostrzec jak wielkiej przemianie ulega sama dziewczyna. Rozbudził się w niej zmysł organizacji, ale przede wszystkim zmieniło się podejście do życia. Niegdyś od razu odmówiłaby zabiegów pielęgnacyjnych, ale praca przy Willu sprawiła, że wreszcie dojrzała i stała się odpowiedzialna. Ostatecznie, znajomość ta dała jej to również potężnego kopa do działania! I to jest chyba najbardziej niesamowita ze zmian. Nauczyła się korzystać z życia i w końcu zrozumiała, że ma prawdo z niego korzystać i zadbać o siebie samą! Ta dwójka świetnie się razem dogadywała. Niby takie przeciwieństwa, a jednak idealnie się zazębiały. Ich wzajemne przekomarzanie się było przeurocze i trzeba przyznać, że nie trzeba było mieć wystawionego jak na tacy typowych miłosnych gestów, aby zrozumieć co połączyło tę dwójkę. Początkowa przyjaźń przerodziła się w coś więcej i może to tak bardzo boli!
     „Zanim się pojawiłeś” jest dość zaskakującą powieścią. Daleko jej do typowych romansów, które przesłodzą aż nas zemdli. Jej wielobarwność jest zachwycająca. Fabuła w ciekawy sposób skupia swoją uwagę na niemalże każdym z bohaterów idealnie kreując ich charakter. Fajnie jest więc niekiedy poczytać o aktualnych wydarzeniach z perspektywy innych postaci. Nie mniej, najważniejsi są tutaj Lou i Will, którzy grają pierwsze skrzypce i grają w naszych sercach. Szybko zakochujemy się w nich samych, więc z prawdziwą trwogą śledzimy, w jaką stronę zmierza ta historia. Wielokrotnie wzrusza, często również bawi, ale przede wszystkim zmusza do refleksji i to nie tylko nad własną wrażliwością, ale przede wszystkim moralnością! Autorka szokuje, gdyż serwuje nam nietypowy happy end. Happy end, który jednym złamie serca, drugich zbulwersuje, a u innych będzie bodźcem do działań!

Ocena: 6/6

Tytuł oryginalny: Me Before You / Tłumaczenie: Dominika Cieśla-Szymańska / Wydawca: Świat Książki / Gatunek: melodramat / ISBN 978-83-8031-588-4 / Ilość stron: 382 / Format: 135x215mm
Rok wydania: 2012 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Konkurs: Święta z Harrym Potterem

Moi kochani,

dla wszystkich fanów mojego bloga (wciąż wierzę, że jacyś istnieją), a przede wszystkim dla fanów niesamowitej serii o młodym czarodzieju, wraz z Galapagos Films - oficjalnym polskim dystrybutorem filmów "Harry Potter", przygotowaliśmy mały konkurs. Możecie sprawić sobie świąteczny prezent i dzięki nam stać się posiadaczem całkiem nowego egzemplarza najnowszej, magicznej powieści "Harry Potter i Przeklęte dziecko". Zapoznajcie się więc z poniższym zadaniem, a także zasadami konkursu, a Nowy Rok będziecie mogli przywitać w objęciach kontynuacji fantastycznych przygód ze świata magii i czarodziejstwa.


1. Należy polubić fan page bloga [klik], a także Galapagos Films [klik]
2. Koniecznym jest udostępnienie posta konkursowego na swojej tablicy na Facebooku.
3. W komentarzu pod postem odpowiedzieć na pytanie, a w zasadzie dokończyć zdanie: 
"Harry Potter" jest dla mnie...


Zasady:
1. Organizatorem konkursu jest blog Według Agniechy we współpracy z firmą Galapagos Films.
2. Konkurs trwa do 25 grudnia 2016 r. do godziny 24:00 .
3. Odpowiedzi należy udzielać tylko i wyłącznie w komentarzach do postu Do odpowiedzi należy dołączyć adres e-mail w celach kontaktowych.
4. Spośród zgłoszeń zostanie wylosowany jeden zwycięzca.
5. Wyniki zostaną ogłoszone dzień po zakończeniu konkursu, czyli 26 grudnia 2016 r. Zwycięzca zostanie poinformowany o wygranej mailowo.
6. Nagroda zostanie wysłana następnego dnia po otrzymaniu kompletnych danych do wysyłki.

Powodzenia!

1216. Tarzan: Legenda, reż. David Yates

      Kiedy reżyser w jednym roku kalendarzowym próbuje zapanować nad więcej niż jednym filmem niemal pewnym jest, że co najmniej jeden z nich będzie ciężki do przełknięcia. O ile nie wszystkie. Nawet taki twórca jak David Yates, który zafascynował nas swoją filmową wizją Harry’ego Pottera, może zaliczyć podobną wpadkę. Więc gdy doszły nas słuchy, że w tym roku miały pojawić się dwie jego produkcje z pewnym dystansem podchodziliśmy do realizacji- w szczególności, że jeden z nich to kolejny tytuł z czarodziejskiego świata. Oczywiście druga propozycja na tym ucierpiała, a Tarzan: Legenda”, nawet przy udziale Skarsgårda i Robbie, nie sprostał oczekiwaniom.
Źródło: Galapagos Films
      Tarzan (Alexander Skarsgård) i jego ukochana Jane (Margot Robbie) opuścili afrykańską dżunglę, aby osiedlić się w Londynie. On przybrał imię John, pobrali się, zamieszkali w rezydencji przodków Greystoke i wiodą na pozór szczęśliwe życie. Niestety, nie mogą założyć pełnej rodziny więc gdy nadarza się okazja powrotu do Afryki i ukochanej dżungli Konga oboje nie zastanawiają się ani przez chwilę. Na miejscu zajmować mają się sprawami handlowymi we współpracy z belgijskim kapitanem Leonem Romem (Christoph Waltz), nie wiedząc, że zmienił ich dawny dom nie do poznania. Nie chcąc brać udziału w jego nikczemnym planie kolonizacji Konga będą musieli zjednoczyć się ze swoimi dawnymi rodzinami, a nawet i wrogami, aby wyzwolić Afrykę z niewoli.
      Wszyscy znamy historię Tarzana. A przynajmniej myślimy, że ją znamy, bo doświadczenie z disneyowską wizją niewiele nam pomoże przy Tarzan: Legenda”. Nowe oblicze kultowej postaci to dalsze jego losy, które w połączeniu z rzeczywistymi wydarzeniami stanowić mają nie lada atrakcję. I choć sam pomysł połączenia historii człowieka małpy z kolonizacją Konga jest niezwykle poruszający, to z wykonaniem już nie jest aż tak dobrze. Fabuła nie da rady utrzymać widza w ciągłym zainteresowaniu, gdy cała jego uwaga skupić ma się na kilku oklepanych chwytach. W pierwszej połowie filmu można się zanudzić niemalże na śmierć. Nie dzieje się tutaj nic konkretnego a chwila nieuwagi wywołana rozpraszającym bobasem potrafi wytrącić człowieka z rytmu i zagubić w wątkach. W szczególności, że retrospekcje z afrykańskiego życia Tarzana i Jane pojawiały się znikąd i były co najmniej dziwne. Zupełnie odbiegały od znanej nam przeszłości dwojga bohaterów. Świetnie jednak pokazuje się tu kupieckie zapędy Belgów, którzy spragnieni kongijskich dóbr niewolili i mordowali tubylców. Okazało się to być dobrym pomysłem dzięki któremu fantastyczna fabuła zyskała więcej realizmu. Prawdziwy wybuch rewelacji nastąpił w dalszej części filmu. Jakieś dziwne romantyczne odruchy Kapitana Roma wobec Jane, a do tego pojawił się motyw zemsty i to w najbardziej instynktownym jego charakterze. Nie obyło się bez wzruszeń, ale najważniejsze, że ostatecznie akcja się rozruszała wywołując lekkie palpitacje serca.
Źródło: Galapagos Films
      Kiedy patrzy się na nowego Tarzana” nie trudno porównywać go do czarodziejskiego świata. To tak jakby Potter przybrał gatki o kolorze ziemi i biegał sobie po lianach. Tak samo wygląda to wizualnie. Zupełnie jakby zasoby i znajomości Yatesa ugrzęzły na etapie Insygniów Śmierci” i nie mogły nabrać więcej realności. Gdzie tam dżungli do magii i autentyczności Księgi dżungli”. Przecież wiadomo, że zwierzęta nie mogą być żywe. Ale serio… za każdym razem, gdy Tarzan łapał za lianę- często również nieskończenie długą, i odwalał swoje podniebne tańce, to aż miało się ochotę zamknąć oczy. Takie rzeczy mogą przejść tylko przy okazji filmów o Harrym Potterze”. Nie mniej, zdjęcia cudowne. Te spojrzenia na kongijską dżunglę… aż chciałoby się tam pojechać. Na uwagę zasługuje również cała stylizacja ówczesnych czasów. Te wnętrza i stroje naprawdę oddają ich charakter. Aczkolwiek trzeba przyznać, że najwięcej uwagi przykuwa nie ubieranie bohaterów a ich rozbieranie. W szczególności Alexa. Im mniej ma na sobie tym bardziej zaangażowany się staje.
      Alexander Skarsgård nie byłby moim pierwszym wyborem do nowego Tarzana, ale po tym co pokazał przy okazji Czystej krwi” z rozgorączkowaniem wyczekiwałam jego dzikiej kreacji. Można by pomyśleć, że dzikszy od Erica już nie będzie a jednak im więcej John zrzuca ciuchów, tym bardziej Alex angażuje się w odgrywanie kultowej postaci Tarzana. Ze swoją muskulaturą, którą wywijał na wierzch tuż przed każdą sceną, gdzie musiał odsłonić swój tors, prezentował się znakomicie. Tym sposobem można mu wybaczyć lekkie niedoróbki aktorskie, które ogarnął pod koniec filmu. Lepiej późno niż wcale. Margot Robbie też się nie popisała. Mało charyzmatyczna jej kreacja, ale chociaż ładnie się prezentowała. Sporym zaskoczeniem okazał się Christoph Waltz, który chyba po raz pierwszy niewiele wniósł do filmu, w którym się pojawił. Podobnie do Samuela L. Jacksona, którego początkowo ciężko rozpoznać. Najlepiej wypada Djimon Hounsou. Szkoda, że pojawia się na ekranie w dwóch scenach.
Źródło: Galapagos Films
      Opowieść o chłopcu wychowanym przez małpy jest chyba największym hołdem wobec natury jaki mogła wydać na świat literatura i kinematografia. Filmów było sporo, a Tarzan: Legenda” jest kolejną z ciekawych wizji. Cudowność i zieloność dżungli w połączeniu z suchą i krwawą historią przejmowania Konga daje coś odkrywczego i odświeżającego. Szkoda jedynie, że fabularnie film osiada na mieliźnie nudy, oferując poszatkowane wstawki nie dające niemal nic, rozkręcając się dopiero u finału. Słabo zbudowane napięcie, które ostatecznie daje o sobie znać. Wizualnie też mogłoby być zdecydowanie lepiej, bardziej realistycznie, a nie tak groteskowo. Dobrze, że chociaż można sobie popatrzeć na duet Skarsgård i Robbie, bo choć słabo między nimi iskrzy, to przynajmniej zachwycają publikę.

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Tarzan: Legenda” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: The Legend of Tarzan / Reżyseria: David Yates / Scenariusz: Craig Brewer, Adam Cozad / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Alexander Skarsgård, Margot Robbie, Samuel L. Jackson, Christop Waltz, Djimon Hounsou, Jim Broadbent, Ben Chaplin / Kraj: USA, Wielka Brytania, Kanada / Gatunek: Przygodowe
Premiera kinowa: 27 czerwca 2016 (Świat) 01 lipca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 09 listopad 2016