NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 12 grudnia 2017

Książka #471: Zostać panią Parrish, aut. Liv Constantine

     Zawsze fajnie poczytać o psychopatycznych zapędach z najwyższej półki. Nie dość, że intryga, to jeszcze to wszystko w świecie pięknych i bogatych, znanych też pod pseudonimem naiwnych i zobojętniałych. Jednakże jeżeli ktoś myśli, że rozszyfrował powieść „Zostać panią Parrish” już po samym blurbie... to grubo się pomyli. Duet siostrzany Lynne i Valerie Constantine, skrócony do Liv Constantine, poprzez swój literacki debiut przenosi czytelników na nowe wyżyny manipulacji i szaleństwa, pokazując, że nic nie jest takie, jakim się z początku wydaje.
     Daphne Parrish ma życie jak ze snów. Jej bogaty mąż nie szczędzi grosza na to, aby ją uszczęśliwić i zapewnić życie w komforcie, czy też wakacje jej marzeń. Kobieta bywa na najważniejszych imprezach i zna najważniejszych ludzi. Ma dwie wspaniałe córeczki, które dają radość im obojgu. Każda chciałaby być na miejscu Daphne Parrish i mieć takiego męża jak Jackson. Każda chciałaby mieć ciuchy najlepszych projektantów i jadać u najlepszych szefów kuchni. Tym każdym jest też Amber Patterson, pochodząca z biednej rodziny, której marzy się życie księżniczki. Ta kobieta postanawia uknuć perfidną intrygę, aby raz na zawsze wkupić się w łaski przystojnego biznesmana i zająć miejsce jego żony, Daphne.
     Czyta sobie człowiek taką książkę i rzuca bluzgi w każdy możliwy kąt mieszając Amber z błotem i życząc jej najgorszego, a potem z kolei denerwując się na głupią Daphne, która z taką łatwością daje się wkręcić. Co z tego, że „łączy” jest przeszłość i dzielą ten sam problem? Co z tego, że dziewczyna jest miła i sumienna? Chyba są jakieś granice ile człowiek może przyjąć na głowę bredni?! Siedzenie w głowie Amber, to jest jakiś koszmar. Wyrafinowana pannica, która po trupach dąży do celu. Jej punkt widzenia jest bardzo prosty, ale przy tym bardzo okrutny. Nie do końca rozbudowane są tutaj przyczyny jej postępowania, a niby mówi się, że to książka psychologiczna. Tia. Jej powódki są proste- była biedna, chce być bogata. Zaczytujemy się więc w jej intrydze i myślimy, że przecież to nie może być fabuła klasyfikująca książkę do thrillera. No i macie rację, bowiem jest to zaledwie połowa historii widziana oczami tylko jednej ze stron tej intrygi. Okazuje się, że za drugimi drzwiami dzieje się coś całkowicie bardziej przerażającego.
     Kiedy przechodzimy do drugiej części opowieści patrzymy na nią oczami Daphne. Widzieliśmy starania o miejsce przy tronie, a teraz czytamy o tym, jak to wielkie życie się prezentuje. Życie przy boku tego bogatego, tego któremu pieniądze wyżarły mózg. To jest problematyka typu Christiana Greya, ale bardziej złożona, nie z takim finałem i w ogóle trochę w innym charakterze. Nie poddaje się jednak psychologicznej analizie jego postawy, bo też nie jest do końca wiadome skąd się to wzięło. Ostatecznie okazuje się, że aktualna pani Parrish jest wątkiem, któremu trzeba się przyjrzeć od samego początku. To ona jest tutaj główną bohaterką i jak się okazuje w trakcie- wzorem do naśladowania. Jej postać bardzo się rozwija, a wraz z tym rozwojem transformacji ulegają również emocje czytelnika. Opowieść Daphne jest o wiele bardziej przejmująca, chwytająca za serce i przerażające. I wtedy BAM! Przychodzi obrót akcji i potem to już człowiek aż podśmiechuje się pod nosem, gdy następuje utarcie innego nosa.
    „Zostać panią Parrish” jest książką o dwóch twarzach. Z jednej strony jest wyrafinowaną, zimną oszustką, a z drugiej stłamszoną i zniszczoną przez zło, które czai się za zamkniętymi, złotymi drzwiami. Druga twarz zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, jest przepełniona emocjami, strachem i bólem. Ma prawdziwą fabułę- wspaniały i romantyczny początek, przerażające rozwinięcie i obolałe zamknięcie. Lynne i Valerie stworzyły trzy bardzo ciekawe postaci, która każda jest inna i zupełnie inaczej odbierana przez czytelników. Razem wzajemnie się uzupełniają, ale osobno niektórzy są nie do zniesienia. Nie jest to do końca książka psychologiczna, jeżeli tak to bardzo niskich lotów, jednakże kreowanie intryg i problematyka rodziny Parrishów to zdecydowanie coś, co potrafi czytelnikowi uszkodzić psychikę. Oby więcej takich opowieści, ale tylko na papierze proszę!

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins!


Tytuł oryginalny: The Last Mrs. Parrish / Tłumaczenie: Marta Brzezicka / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: romans, thiller / ISBN 978-83-276-3063-6 / Ilość stron: 384 / Format: 145x215mm
Rok wydania: 2017 (Świat), 2017 (Polska)


czwartek, 7 grudnia 2017

1242. Mroczna wieża, reż. Nikolaj Arcel

     Ten rok jest szczęśliwym dla wszystkich sympatyków Stephena Kinga. Z każdej strony bombardowani jesteśmy ekranizacjami powieści tego poczytnego autora, z różnym efektem. Nie dość, że możemy oglądać jego bohaterów na ekranach telewizorów, to w dodatku możemy zachwycać się historiami na kinowych salach. Jednakże zawiedzeni będą długodystansowi sympatycy „Mrocznej wieży”, której wielotomowa seria uwięziona została w niespełna dwugodzinnym seansie. 
     Jeden wielki wszechświat, zamieszkiwany przez najróżniejsze istoty w ich niesamowitych krainach. Na straży tych światów, w samym ich centrum, stoi potężna, mroczna wieża, która odgradza je od wielkiej Ciemności. Jest jednak pewien czarnoksiężnik- Walter (Matthew McConaughey), korzystający z potęgi dziecięcych umysłów i chcący obalić za ich pomocą wspomnianą wieżę, aby wpuścić za barierę krwiożercze potwory. Od zarania dziejów wieży tej strzeże stowarzyszenie Rewolwerowców, do którego należy też Roland (Idris Elba), a przynajmniej należał dopóki nie zawładnęła nim żądza zemsty. Do ich świata przybywa młody chłopak- Jake (Tom Taylor), który od śmierci swojego ojca gnębiony jest straszliwymi wizjami.
      Należę wśród tych szczęśliwców, którym obca jest seria Mrocznej wieży od Kinga. Przeczytałam raz jedno opowiadanie w tym temacie i totalnie zniechęciłam się do dalszej lektury. Nie mniej, kiedy rozszalało się info o ekranizacji, a z plakatu złowieszczo spoglądał Idris Elba wiedziałam, że to muszę to zobaczyć! I tak oto weszłam na salę pozbawiona wszelkich nadziei na sukces po wszystkich tych negatywnych opiniach. Wyszłam natomiast podekscytowana z jednym credo krzątającym mi się to głowie.
     „Mroczna wieża” zaintrygowała mnie od samego początku swoją historią. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo po wspomnianym opowiadaniu zapamiętałam jedynie Rolanda i wampiry bodajże. O filmie wiedziałam tylko tyle, że będzie tam wieża. Mroczna wieża. Tyle z fabuły. Wciągnęła mnie historia młodego Jake'a- takiego typowego odludka, którego nikt nie rozumie, nawet jego własna matka, który walczy o każdy jeden dzień, aby nie skończyć w wariatkowie. No i teoretycznie mu się udaje, ale tak jakby nie do końca. Jego wątek jest idealnie dramatyczny, w szczególności, gdy spojrzy się na końcowe atrakcje, które wyciskają łzy z oczu. Oczywiście, jego rolę w całym tym przedsięwzięciu można było rozpracować już w chwili, gdy się pojawia na ekranie, ale ja byłam pochłonięta trawieniem przedmowy o Wieży, szokującym wejściem itp. Historia kupiła mnie na starcie choć tak naprawdę spodziewałam się bardziej jałowych terenów i lekko klimatów postapokaliptycznych, a nie zatłoczonego i pełnego chaosu Nowego Jorku. Początkowo przeplatanie akcji z Jakiem, a rozgrywek Waltera z Rolandem sprawiały wrażenie faktycznej podstawy na fabułę. Z początku z lekka dziwnie to wyglądało, ale wkrótce skręciło we właściwym kierunku. Postać Rolanda i Waltera wprowadzają motyw odwiecznej walki dobra ze złem, choć na moje oko to oboje wyglądają na nie do końca dobrych obywateli tego świata. Chęć zemsty, chęć władzy... w tym nie ma ani krztyny szlachetności. Jednakże są chwile, są chwile, które zapierają dech w piersi.
     Uwielbiam ujęcia, w których Roland wycisza siebie, swoje myśli, swoje ciało, kiedy wyostrza słuch, kiedy szpanuje swoimi rewolwerowymi zdolnościami, to jest to na co czeka się cały film i włos się od tego jeży. Cudowne! W szczególności, że nie są to jakieś pokraczne slow motion, tylko takie chwile, gdzie można napawać się zachwytem wywoływanym przez konkretną scenę. Podobało mi się to. Ten film ma niesamowity klimat, niby taka zwyczajna szara rzeczywistość każdego z nas, w którą wkrada się cień zła i paranormalnych łap. Oczywiście, nie udało uniknąć się przesady, jak chociażby te wszystkie dziwaczne istoty, które były aż nazbyt karykaturalne. Zachwycająco wyglądało za to niebo, a Wieża prezentowała się naprawdę... wzniośle! Do tego wszystkiego ciekawe kompozycje muzyczne, a w ich realizacji oczywiście sam wielki Junkie XL, który robi z tego prawdziwą magię.
     Przyznaję się bez bicia, że po seansie potężnie mnie wzięło na Idrisa Elbę. Jego dobra rola w „Pacific Rim” poszła na bok w obliczu Rolanda. Rewolwerowiec, jego credo, jego wyciszanie, jego stylizacja, cały Idris i więcej Idrisa, i pozostaje tylko Idris. Ze swoją powagą, lekką nonszalancją, z całą tą charyzmą stał się naprawdę idealnym Rolandem i kandydatem na obrońcę ludzkości. Nie mogę jednak zapomnieć o pięknym Matthew McConaughey, który lata swojej piękności miał już za sobą, a teraz zaprezentował się nam w skrojonym na miarę image a'la „man in black”. Ma w sobie pazur, ale udało mu się oddać lekkie znużenie całą tą postawą i tym, jak on się musi namęczyć, aby odnaleźć to jedno jedyne światło, które obali mroczną Wieżę. Tom Taylor dzielnie dotrzymuje tym panom towarzystwa, aż człowiekowi zaczyna obchodzić jego los. I na pewnym etapie nie dziwi już, że jest współczesnym synem samej Lagerthy. Tak... przez pół filmu myślałam nad tym skąd ja znam tę piękną buzię.
     „Mroczna wieża” zdecydowanie wpisał się w moje gusta. Nie zachwycał może jakoś specjalnie fabułą, ale jej wielowarstwowość wystarczyła, aby zaspokoić moje pragnienia. Pewnie, że momentami było nudno i abstrakcyjnie, aż do bólu. Całość kupiła mnie jednak klimatem, który dało się wykreować dzięki pięknej scenografii, muzyce, czy stylizacji bohaterów. W dodatku kto, jak kto, ale Idris Elba zdecydowanie przyciąga uwagę nawet najbardziej zagorzałych pacyfistów. Mnie ujął charyzmą i niezmienną barwą swojego głosu, bo w jego ustach nawet reklama psiej karmy byłaby najlepszym credo, które warto byłoby wcielić w swoje życie!

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł:  The Dark Tower / Reżyseria: Nikolaj Arcel / Scenariusz: Nikolaj Arcel, Akiva Goldsman, Anders Thomas Jensen, Jeff Pinkner / Zdjęcia: Rasmus Videbæk / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Idris Elba, Matthew McConaughey, Tom Taylor, Claudia Kim, Jackie Earle Haley, Dennis Haysbert / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Fantasy
Premiera: 27 lipca 2017 (Świat) 11 sierpnia 2017 (Polska)

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Książka #470: Conviction, aut. Corinne Michaels

     Niesamowitym uczuciem jest, gdy kończysz czytać książkę, która dopiero zaczyna przygodę pełną wrażeń, a na półce masz kontynuację. Szczerze się cieszę, że miałam pod ręką „Conviction” zaraz po skończeniu „Consolation” i mocno współczuję tym, którzy nie mają takiej możliwości. Emocje, których dostarcza nam Corinne Michaels pierwszym tomem o duecie Lee i Liama, możemy pielęgnować, a nawet rozwijać, ale przede wszystkim przetrawić i zaspokoić swoją nieposkromioną ciekawość dzięki kolejnej książce.
     Rok po tragicznej utracie ukochanego męża Natalie pogodziła się z jego stratą i postanowiła ruszyć dalej ze swoim życiem, u boku Liama- najlepszego przyjaciela jej męża. Teraz ten sam zamordowany na misji mąż staje na progu ich wspólnego domu, cały, zdrowy i przede wszystkim szczęśliwy, że powrócił do swoich dziewczyn. Ale czy Natalie i ich córka Aarabelle wciąż należą do niego? Lee ciężko jest wybaczyć Aaronowi to rewelacje o których dowiedziała się podczas jego nieobecności. Jego trudy odzyskania ukochanej i  utworzenia ponownie rodziny mogą okazać się bezskuteczne, gdyż jego żona oddała już serce innemu. Niestety, ten drugi wyjechać musi na półroczną misję. Będzie to próba dla ich krótkiego związku, która da im odpowiedź czy naprawdę są sobie pisani.
     Sama nie do końca pojmuję dlaczego lubię torturować się takimi książkami. Dlaczego inni lubią zagłębiać się w takie emocje, które dostarczają pisarki pokroju Corinne Michaels. Czy naprawdę tak trudno jest nam doświadczyć podobnych wrażeń, że musimy sięgać po literaturę? Na to pytanie nie mam zamiaru odpowiadać, bo w tym sens, skoro jedyne czego pragnę to nadal czytać takie powieści jak „Duet Consolation”. Historia całkowicie niebanalna, osadzona w bardzo interesującej społeczności żołnierzy armii amerykańskiej i ich rodzin. Jednakże jest to jedynie tło dla rozgrywającej się serii dramatów. Tło, ale jakże wyraziste z tym całym wsparciem, graniem dla drużyny i tego typu patetycznych akcentów. A dramaty? Hm. W zasadzie jest ich o wiele mniej niż przy „Consolation”. Tym razem wszystko rozbija się o wybory Natalie, co jest dość dziwne, bo musi podjąć zaledwie jedną decyzję, którą wydaje się, że podjęła w poprzedniej części. Za mało tutaj dramatyzmu. Owszem, jest jedna wyciskająca łzy z oczu scena, ale to wszystko. Za mało tutaj demonów, które powinny targać Aaronem po powrocie z wojny, po powrocie z niewoli. Autorka jedynie nadmienia o tym i po pewnym czasie temat się urywa, aby znów Natalie mogła walić pouczającą przemowę o tytule „nie mogę z Tobą być, bo oddałam serce Liamowi”. Na pewnym etapie staje się to irytujące, tak jakby Aaron cofnął się w rozwoju umysłowym podczas eskapady do Afganistanu. Tajemnica, którą odznaczono w poprzednim tomie nadal pozostaje nierozwikłana. Być może finalny tom całej serii „Salvation” daje odpowiedzi.     
    Problem zaczynają stanowić również bohaterowie. Natalie stała się już monotematyczna, w przeciwieństwie do Liama, który jest uosobieniem wszystkiego co dobre. Nigdy nie sądziłam, że można jakąś poboczną postać traktować tak oschle, jak ja traktuję Aarona, ale jest to chyba jedna z najbardziej irytujących postaci „Conviction”. Tak jakby nie potrafił zdecydować się, czy woli walczyć o Natalie, czy jednak dąsać się całymi dniami.
     Pomimo kilku wad, które zliczyć można na palcach jednej ręki powieść pozostaje ciepłą i emocjonalną. Ciężko sprecyzować wywoływane przez nią uczucia, które graniczą gdzieś pomiędzy zachwytem, a rozpaczą. Na szczęście wszystkie nieszczęśliwości zapychane są przez duet Natalie i Liama, którzy są naprawdę uroczy. Prawdziwą przyjemnością jest towarzyszyć im i spoglądać jak ich miłość rozkwita. Ta dwójka ma do siebie niebywały szacunek, przez co staną się ideałem w oczach każdej kobiety, a może też i mężczyzny. Jest z kogo brać przykład, bo oto uosobienie związku idealnego, pokazującego jakie cuda potrafi zdziałać zwyczajny dialog międzyludzki.
     „Conviction” staje w czołówce moich ulubionych książek z tego roku. Zdecydowanie wzbudza bardzo wiele emocji i to totalnie odmiennych od tych, które dawał poprzednik. Dzięki dołączenie trzeciej osoby w związku mamy możliwość spojrzenia na problem Natalie i Liama z całkiem nowej strony. Bardzo fajnie zaczytuje się w tą historię, choć nie jest to zbytnio porywająca lektura. Nie mamy odczucia, że ciężko jest nam się z nią rozstać, a wrażenia po przeczytaniu dość szybko się ulatniają. Nie ma tutaj większej traumy, bo wszystko jest piękne, pełne ciekawości, namiętności i przede wszystkim zrozumienia.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!


Tytuł oryginalny: Conviction / Tłumaczenie: Kinga Markiewicz / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-44-9 / Ilość stron: 358 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2017 (Polska)

P R E M I E R A : 05. grudnia 2017

sobota, 2 grudnia 2017

[Relacje]: Zaczytany tłum badający granice wytrzymałości i elegant zawstydzający innych, czyli wyprawa na Targi do Krakowa


     Każdego roku, gdy tylko moja stopa staje na powierzchni EXPO w Krakowie powtarzam, że to jest mój ostatni raz. Zmasakrowana przez dziki tłum, który usilnie zderzał się z moim brzuchem ciążowym sprzed dwóch lat, a także przegrzana przez nadmiar ludzi w zeszłym roku, postanowiłam ponownie pojawić się w Krakowie. Jednakże teraz było inaczej!
     Zawsze zastanawiałam się po co ja w ogóle jadę na te durne targi. Książki kupić mogę wszędzie, niejednokrotnie po atrakcyjniejszych cenach niż tych na książkowym międzynarodowym wydarzeniu. Nie mniej, człowiek nie jedzie tam tylko dla książek- tak... zawsze przyjeżdżam obładowana, ale nie o to chodzi. Przede wszystkim chodzi o ludzi. I nie jakiś pisarzy, bo w tym zakresie to organizatorzy nie mieli zazwyczaj nic do zaoferowania- poza niektórymi przypadkami, ale mądry Polak po szkodzie. Najważniejsi byli znajomi czytelnicy, którzy też z chęcią pojawiali się u wrót EXPO.
    Po raz pierwszy od kilku lat pojechałam na Targi nie po książki, nie na spotkania blogerskie, a... zobaczyć się z pisarzami. Nie zmienia to faktu, że i tak przyjechałam z walizką książek i spotkałam się z blogerami. Początkowo myślałam, że będzie to spotkanie z jednym pisarzem. Z człowiekiem, który stworzył niesamowitą serię thrillerów przygodowych przepełnionych zagadkami. Książki Dana Browna były jednymi z pierwszych, które przeczytałam w całości więc oczywistym jest, że darzę go ogromnym sentymentem. Gdy tylko dowiedziałam się, że będzie w Krakowie w ramach festiwalu Conrada i że wejście będzie darmowe, stało się oczywiste- „Muszę tam być!”. Koleżanka załatwiła wejście, ja zarezerwowałam nocleg i mogłam cierpliwie czekać na realizację marzenia. Kilka dni później zwaliła mi się na głowę informacja, że otóż dnia następnego po moim spotkaniu z Brownem, na samych Targach Książki pojawi się sam Nicholas Sparks! Nie dowierzałam. To naprawdę niesamowite, że przez tyle lat nie było na Targach nikogo wartego mojej uwagi, a tu proszę- dwa, a nawet trzy dni pod rząd (bo w sobotę był także Eric-Emmanuel Schmitt- ale to już byłby za długi czas bez Mikusia!), mogę spotkać się z moimi ulubionymi pisarzami. Pełna ekscytacji i lekkiego zdenerwowania dotarłam do Krakowa. I chociaż podróż nie przebiegała bezproblemowo nie byłam w ogóle przygotowana na to, co spotkało mnie w tych przepięknym mieście.
     Na starcie przeceniłam wytrzymałość swojego telefonu, który po obfoceniu targów książki i kilku strategicznych stoisk zaczął do mnie krzyczeć „Kobieto! Opanuj się! Masz tylko 15% baterii!”. Hm. No, ale cóż zrobić, że na targach pojawiły się epickie dziewczyny a zakładki były tak osom, że trzeba było obcykać stoisko. Nic nie mogłam poradzić również na to, że na hali spotkałam również Roberta Cichowlasa, który ponownie pamiętał mnie- choć widzieliśmy się rok, dwa lata temu (przecież ja z Mikim w ciąży byłam!), no więc przeszliśmy na „ty” i choć nie miałam przy sobie żadnej jego książki zgodził się zrobić sobie ze mnie selfiaczka.
Sami rozumiecie- telefon nie miał szans przetrwać przy takiej eksploatacji. Zważywszy na to, że po targach planowałam jedynie wpaść na chwilę do hostelu, rzucić gratami o podłogę i wyruszyć na Rynek coś zjeść, po drodze do Kijów Centrum na spotkanie z Brownem, stanowiło to pewien problem. Nawet spory. Udało mi się trochę podładować, ale w sumie dawno w mieście nie byłam więc trzeba było strzelać selfiki na każdym kroku. Potem pobiegałam po pobliskich knajpach szukając czegoś lekkostrawnego do jedzenia, co nie zamorduje mojej wątroby, bo w końcu woreczka nie mam zaledwie od pół roku, a także kontaktu, gdzie będę mogła podłączyć ładowarkę. Nic się nie martwcie. W Kijów Centrum podłączyłam się również do listwy przypodłogowej, a i tak bateria zdychała mi zanim weszłam na salę. Przez to skutecznie udaremniłam sobie spotkanie z koleżanką, która pisząc do mnie na Facebooku nie skontaktowała się ze mną, bo co chwilę wyłączałam przesyłanie danych- próbując zaoszczędzić baterię, bo a nuż widelec Dan Brown da sobie strzelić ze mną selfika, a mnie akurat telefon odmówi posłuszeństwa. Ostatecznie nic takiego nie miało miejsca, ale kogo to obchodzi.

     Spotkanie z Danem Brownem przebiegło bardzo sympatycznie. Tłumy nie postanowiły mnie staranować, pomimo tego, że byłam jedną z pierwszych osób w kolejce (choć może to być też kwestia rozwarstwienia się kolejki na trzy gałęzie- do trzech różnych wejść). Wszyscy, no dobra- większość, odbierali słuchaweczki, gdzie mogli słuchać głosu tłumacza, podpisywali oświadczenia, a ja stwierdziłam, że w końcu nie po to pół życia uczyłam się angielskiego, żeby teraz nie skorzystać z moich magicznych zdolności. Dobrze zrobiłam, bo mogłam się w pełni skupić na wykładzie i głosie Dana Browna- choć niektórzy tłumaczenie mieli tak głośno zapuszczone, że z każdej strony otaczał mnie szept. Nie! To nie były głosy w mojej głowie!
     Kiedy pisarz wszedł na scenę, przeżyłam jedno z najbardziej niesamowitych uczuć, jakie było mi dane doświadczyć- czystą ekscytację połączoną ze wzruszeniem. Możecie się śmiać, ale autentycznie oczy zaszkliły mi się od wzruszenia, bo po raz pierwszy mogę na żywo zobaczyć kogoś takiej sławy. Dan Brown okazał się być bardzo dobrze wychowanym człowiekiem, w przeciwieństwie do prowadzącego spotkanie Bartka Węglarczyka, który postanowił cały czas wisieć nad pisarzem, pomimo przygotowanego miejsca siedzącego tuż obok. Niby go krępował. A mnie niezręcznie było patrzeć na ten cyrk! Niesamowicie popisali się też fotoreporterzy. Strzelali fotki ze swoich potężnych aparatów z prędkością karabinu maszynowego, na co Dan Brown dowalił im tak, że aż im w pięty poszło i zaprowadziło daleko od sceny. Rozpoczął się wykład. Cała sala zamilkła i zaczęła się magia, od której na pewnym etapie zaczęły mi się oczy kleić. Zawsze tak mam, gdy ktoś za długo mówi o rzeczach, o których nie mam pojęcia. Niestety, „Początku” jeszcze nie czytałam. Nawet sam Bruce Willis nie skupiłby na tyle mojej uwagi, gdyby gadał o tym co Dan Brown. Nie mniej, okazał się być człowiekiem bardzo inteligentnym i dowcipnym, w ten mój ulubiony sarkastyczny sposób. Żadnego pytania nie pozostawiał bez odpowiedzi, bo po zakończonym wykładzie, w trakcie którego trochę się śmialiśmy, trochę wzruszaliśmy, a trochę nudziliśmy, był czas na serię pytań. Każdy zgłaszający się mógł liczy na komentarz. Niestety, każdy. Miałam niefart siedzieć koło człowieka, z najgłupszym pytaniem we wszechświecie. Żałowałam, że nie mogę się zapaść pod ziemię i osłaniając się szalikiem niczym tarczą Wonder Woman krzyczałam w duchu do Browna, że nie mam nic wspólnego z tym kosmitą, który wypala z tekstem typu: „Czy nie czujesz się już trochę stary?!”. Po czym stwierdza, że pracuje nad pomysłem i żeby dał mu namiar do siebie w celu przedyskutowania, itp., itd. Serio? Człowiek wyglądał na całkiem ogarniętego, dopóki nie wstał i nie przemówił. Dan Brown był o tyle kulturalny, że odpowiedział na to dziwne pytanie. Tak, nawet na to. Oczywiście, ludzie chcieli wiedzieć wiele rzeczy. Dziewczyny mówiły o tym, jak książki pisarza zmieniły ich życie ukierunkowując kariery. Inni chcieli wiedzieć, co pisarz myśli o problemie dzisiejszego świata, w którym każdy wierzy w co chce, a jeszcze inni pragnęli, aby Langdon przyjechał na misję do Polski- w końcu tyle jest tu pięknych zabytków. Bardzo dużo fajnych pytań, na pewno łechtających ego autora. Kiedy jednak padło pytanie z publiczności, czy chłopaczek dostanie autograf na książce, gdy Brown powiedział, że nie ma szans, a Węglarczyk dowalił, że pod trzema fotelami są naklejki i te osoby dostaną autograf- nie wiedziałam czy się modlić o to, aby tej naklejki tam nie było, czy żeby jednak się pojawiła- najlepiej z egzemplarzem książki, bo przecież swojego nie brałam- skoro i tak miało nie być podpisów. Odeszłam bez książki, ale za to z całą masą emocji i wspomnień, które trzymają się mnie po dziś.

    Piątek był dniem, który z zamysłu miał być mocno zakręcony. Zjedzenie śniadania w okolicy Rynku (Tutaj muszę wtrącić, że w Bistro Bene jadłam najwspanialsze gofry na świecie. Pysznie waniliowe z karmelizowanymi owocami, serkiem wiejskim i syropem klonowym- MNIAM!), ogarnięcie smoka dla Mikusia, wymeldowanie się na czas, odeskortowanie bagażu na przydworcową przechowalnię i dojazd do EXPO, gdzie miałam spotkać się z Nicholasem Sparksem. Oczywiście po drodze umyśliłam sobie, że skoro i tak mam być wcześniej, to równie dobrze mogę przyspieszyć kroku i uderzyć na spotkanie blogerów z domem wydawniczym Publicat. Bo taki miałam kaprys i już. I tak miałam sterczeć w gigantycznej kolejce do Sparksa, więc stwierdziłam, że trochę spożytkuję ten czas. Niestety, marsze dnia poprzedniego sprawiły, że moje durne białe trampki mnie obtarły i nie do końca udało mi się wymierzyć czas dotarcia. Wobec czego dotarłam zmaltretowana do sali lwowskiej, gdzie doczekałam spokojnie spotkania. Koło mnie młoda mama karmiąca, z dzieckiem- sorka, ale nigdy tego nie zrozumiem. Ja bym tak małego dziecka nie zabrała w takie zatłoczone miejsce. Pamiętacie zapewne, że rok temu mój wówczas ponad półroczny beboczek został z tatą swoim w samochodzie, kiedy ja buszowałam szaleńczo po hali wystawienniczej. Anyway... spotkanie ciekawe. Postanowiłam znowu rozruszać swoje kontakty z wydawcą, a że Pani Małgosia bardzo do tego zachęcała- również cudownymi podarunkami, moja tęsknota jest usprawiedliwiona. Po tym spotkaniu nastąpiła długo wyczekiwana chwila- ustawienie się w kolejce do podpisywania książek przez Nicholasa Sparksa.
     Już na starcie zobaczyłam jedną dziewczynę, w której teczce kątem oka dostrzegłam książkę Sparksa więc niczym Sherlock a'la Poirot wywnioskowałam, że tu jest właściwa kolejka i trzeba zagadać. Byłam 5 w kolejce. Jednakże wiecie... my formowałyśmy kolejkę dla tych do podpisu, a pół godziny wcześniej było jeszcze spotkanie VIPowskie dla wybranych, więc wiadomo- ich ta kolejka nie dotyczyła. Półtorej godziny stania w kolejce (bo w końcu stałam tam praktycznie od 13), zdążyłam poznać kilku ciekawych ludzi. Chłopaka, który stał tam specjalnie dla żony. Kobietę, która nauczyła się języka angielskiego tylko po to, żeby przeczytać książki Nicholasa, a potem sama skończyła jako nauczycielka. Każdy z nich miał różne książki. Ja wzięłam oczywiście „Jesienną miłość”, bo to moja pierwsza książka jaką kupiłam sobie za własne pieniądze, podczas wycieczki w liceum do Krakowa. I to nie zakupiona w jakimś Empiku, a małej księgarence przy Rynku. Piękne czasy. Drugą był „Pamiętnik”. Uwielbiam tę historię. W oczekiwaniu dowiedziałam się, że autor podpisuje maksymalnie 3 książki. No więc się mieściłam. Niektórzy przynieśli ich aż 11 i próbowali poupychać tym, którzy nie mieli wielkiej trójki. No, ale takie spędy rządzą się swoimi prawami, a organizatorzy najwyraźniej nie spodziewali się takiego nawału, bo to co działo się na godzinę przed planowanym podpisywaniem książek przeszło moje i zapewne organizatorów oczekiwania, ale to tylko ja użyłam wulgarnych słów, aby dać upust swojej agresji wobec durnego tłumu, dzikiego tłumu, z pozoru oczytanych i całkiem kulturalnych ludzi. Nieważnym jest, że z drugiej strony drzwi zaczęła się formować odrębna kolejka, bo ludzie z zaproszeniami na VIPowe spotkanie zaczęli się zbierać. Jak widać okazja czyni cwaniaka, w szczególności w sytuacjach, gdy mamy spotkać ulubionego pisarza. Takie wydarzenie zabiera ludziom maniery, a przede wszystkim zdrowy rozsądek i zamiast przejść na koniec kolejki, jak nakazywała ochrona, pchali się na przód, czyli na ludzi na przodzie, których po jednej strony mieli napierający tłum, a po drugiej betonową ścianę. Dziwicie się czemu wybuchłam? I jeszcze te komentarze: „Ale o co Pani chodzi? My tutaj staliśmy od 14, tylko, że z boku”. Jak można nie dogadać takim ludziom: „Serio? To ciekawe, bo ja tu stoję od 13, nikogo wokół mnie nie było poza 4 osobami”. A chciałam zaznaczyć, że przez pierwsze półtorej godziny formowała się całkiem zgrabna kolejeczka za nami. Stwierdzam, że takie wydarzenia to nie dla mnie. Na początku tworzenia tej masy ludzi byłam 5 w kolejce. Na salę weszłam jako 20, mniej więcej. Ważne, że weszłam i mogłam oddychać. Na sali okazało się, że Sparks podpisze tylko jedną książkę: „Wybierzcie Państwo swoją ulubioną. Pan Sparks tylko podpisuje książki, bez dedykacji”. Potem jeszcze pamiątkowe zdjęcie- tak jestem na nim! Nadeszła moja kolej. Szybkie podanie telefonu Pani Agacie, podanie książki Sparksowi z uśmiechniętym „Hi”. Uśmiech do zdjęcia „Thank you” za podpisanie książki, ano jakże, i tyle. Nie trwało to chyba nawet 2 minut. A ja tutaj ćwiczyłam całą litanię, żeby opowiedzieć czemu ta książka. Ćwiczyłam jak przeliterować „Agniecha”. Napisałam na karteczce swój pseudonim... Ech. Przynajmniej mam podpisaną „Jesienną miłość”. To był wybór oczywisty! Wypadłam zdyszana.

Jestem wśród pierwszych uciętych głów!
Źródło: fan page Wydawnictwa Albatros
Pierwszy plan z "Jesienną miłością" w ręce
Źródło: fan page Wydawnictwa Albatros

      Poleciałam do szatni, zabrałam manele i ruszyłam w drogę powrotną. Oczywiście, w biegu. Najwyraźniej krakowiacy nie mają rozmienić kasy na tramwaj. No cóż. Najwyraźniej wydarzyły się na drogach w piątkowy wieczór jakieś dramatyczne rzeczy, bo autobus się spóźniał. Nogi praktycznie miałam w tyłku po dwóch dniach chodzenia. Nie mówiąc o tym, jak bardzo byłam zmęczona i głodna, bo przecież żyłam praktycznie na obwarzankach- w szczególności w piątek, bo poza pysznym goferowym śniadaniem zjadłam tylko obwarzanka na targach i obwarzanka w busie. Cud, że w ogóle od niego wsiadłam. Na ostatnie miejsce siedzące. Byłam gotowa koczować na dworcu kolejną godzinę w oczekiwaniu na następny, bo nie było szans, żebym ustała w mikrobusie półtorej godziny (jak się później okazało, przez korki podróż wydłużyła się do 2,5h). Dobrze, że miałam walizkę, a w niej większość książek, które kupiłam w czwartek.

     Zmęczona dotarłam do domu o 20, a miałam być godzinę wcześniej. Mikuś już spał. Miałam nadzieję przywitać go pluszowym smoczkiem Wawelskim, którego upolowałam dla niego w Sukiennicach. Przywitał się z nim dopiero na następny dzień. Poza tym smokiem i książkami została mi masa różnorakich wrażeń z pobytu w Krakowie, a także kilka wniosków. Na pewno nigdy więcej nie pojadę tam sama (nieważne, że na przyszły rok ostatni czwartek i piątek października zaplanowałam urlop), następnym razem powinnam wziąć dwie walizki, muszę wracać wcześniejszym autobusem (a najlepiej w sobotę rano), koniecznie muszę zaopatrzyć się w powerbanka na wypadek awarii energetycznych telefonu, muszę kupić wcześniej bilety komunikacyjne, muszę poćwiczyć panowanie nad agresją i rozwścieczonym tłumem, zabrać książkę Roberta Cichowlasa do podpisu. Nie oszukujmy się, za rok na pewno tam będzie. ZNÓW! Poza tym w tym roku zrobiłam o tyle dobrze, że ogarnęłam targi przed weekendem. Brawo ja! 

piątek, 10 listopada 2017

Książka #469: Arsen, aut. Mia Asher


   Nigdy nie sądziłam, że jakaś książka będzie potrafiła rozedrzeć mnie na strzępy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę płakać jak dziecko i tylko siłą woli powstrzymywać się od autentycznego zanoszenia się od płaczu. To niesamowite, że są powieści, które dotykają najwrażliwszych tematów, ubierają je w nasycone erotyzmem sceny, a przy okazji całkowicie obdzierają czytelnika z emocji. Właśnie ta niełatwa sztuka udała się Mii Asher, spod której pióra wyszedł „Arsen”, czyli opowieść o jednej z najbardziej nieszczęśliwych historii miłosnych, jaką miałam okazję czytać w swoim życiu.

     Poznali się we wczesnej młodości i od razu zakochali się po uszy. Teraz po 11 latach Cathy i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im jednak jednego- ukochanego dziecka, które wciąż nie chce z nim pozostać z nimi na tyle długo, aby w końcu mogli trzymać je razem w ramionach. Cathy czuje, że każde kolejne poronienie coraz bardziej oddala ją od jej ukochanego męża, więc kiedy znowu zachodzi w ciążę obawia się, że jego utrata położy kres wszystkiemu. Jednakże to co następuje całkowicie ją przerasta, a z otępienia wyrwać może ją nie jej idealny mąż, a ten drugi- niebieskooki, blond przystojniak o imieniu Arsen, który pożerał ją wzrokiem od chwili, gdy tylko się poznali.
     Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Przy lekturze „Arsena” towarzyszą nam wręcz nieustępliwie. Różnego rodzaju, o różnym natężeniu, ale jakie to były emocje. Emocje, które wyciskały łzy z oczu z niemocy, z oczekiwania, a nawet nienawiści. Łzy nad niedolą każdego z bohaterów, nawet tych, których nie darzymy do końca sympatią, a jednak wzbiera w nas litość nad nimi. Gdyby była to zwykła historia osadzona w teraźniejszości, to myślę, że nie dałaby aż takiego kopa w żebra. Owszem, opowieść o niepowodzeniach Cathy przy donoszeniu dzieci, przy poronieniach, oczywiście jak najbardziej jest przejmująca, w szczególności, gdy samemu jest się matką. Jednakże tak naprawdę to jej rozpacz i rozpacz Bena determinują całą tą tragedię. Nawet nie tyle rozpacz Bena, co miłość jaką potrafi obdarzyć Cathy nawet w tak straszliwej chwili. To jest tak piękne a zarazem bolesne, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Każda kobieta zazdrościć jej będzie takiego męża. Faceta, z którym można porozmawiać i poważnie i lubieżnie. Faceta, który będzie płonął na nasz widok, a my płonąć będziemy na jego. Faceta, który będzie się martwił i troszczył o nas w każdej sekundzie naszego życia, nawet gdy damy mu w twarz i będziemy strasznymi zołzami. Całość zyskuje na jeszcze większej tragiczności, gdy ta teraźniejszość zestawiana jest z przeszłością. Z tymi wszystkimi uroczymi chwilami, gdy Cathy i Ben się poznali, gdy doświadczali swojego pierwszego razu, zaręczali się, i tak dalej. Fascynacja tą miłością jest obezwładniająca, dlatego w obliczu dalszych wydarzeń... ciężko jest nie płakać i nie chcieć zamknąć się w samotności, aby móc przetrawić to, co ta Cathy właściwie wyprawia!
     Gdzieś pomiędzy tymi koszmarnymi dramatami rozgrywa się romans. Romans, w którym pełno jest erotyzmu, wulgarności, zachłanności i pasji. Może nawet uwielbienia. Romans, który działa niczym wybawienie, który pomaga zapomnieć, a także oddychać. To jest niesamowite ile kobiecie dać może taka odskocznie. Niekiedy może ją uratować, innym razem zniszczyć i to nie tylko osobę zdradzającą, ale przede wszystkim zdradzaną. A gdy zdradzanym jest ideał, a podejrzenia i ból, które wywołują w jego oczach, w jego twarzy... nie da się nie płakać. Co z tego, że romans jest płomienny. Co z tego, że każda kobieta zapłonie zaczytując się w tych bardzo barwnych i jakże realistycznych opisach wszystkich figlów, których Cathy doświadczała z Arsenem. Wszystko to mogłoby zachwycać, mogłoby nawet podniecać, ale co z tego... skoro przejmujemy się cały czas Benem. Skoro Cathy się nim nie przejmuje, to my musimy martwić się za nią. Nie cieszy to tak, jak powinno. Dławi nas to niemalże tak samo jak główną bohaterkę. Mnie przynajmniej dławiło. Te niesamowite wrażenia nietypowego utożsamiania się z bohaterką towarzyszyły mi przez całą lekturę. Cały ten ból, cała fascynacja, ale jednocześnie kotłująca się z tyłu głowy myśl, że to jest złe. Z jednej strony nie trudno jest zrozumieć powody Cathy, ale z drugiej... przecież Ben jest idealny! Więc jeszcze łatwiej jest ją znienawidzić, tak jak ona sama siebie nienawidzi.
    Dawno już nie zagłębiłam się w taką historię, która wywołałaby we mnie tak wiele emocji, a one pozostawałyby żywe jeszcze przez kilka dni. Zachwycające jest to jak wiele dają tej powieści powroty do przeszłości. Mia Asher buduje niesamowitą historię miłosną, idealną parę, którą pokochają wszyscy. Do tego pojawia się też ten drugi, ze swoją własną historia, z nieszczęśliwą miłością, która na swój sposób obezwładnia i jest hipnotyzująca. „Arsen” to powieść niezwykła, pokazująca całe spektrum emocji, jakie może odczuć czytelnik podczas lektury. Od zauroczenia, poprzez współczucie, aż po nienawiść do bohaterów (Cathy... dlaczego!?)- długa jest to droga, bardzo wyboista, a niekiedy ognista. Takich właśnie chwil z książką oczekuję i świecie... życzę sobie takich emocji jeszcze więcej!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!


Tytuł oryginalny: Arsen: A Broken Love Story / Tłumaczenie: Iga Wiśniewska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-39-5 / Ilość stron: 512 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2017 (Polska)

Premiera: 15 listopada 2017


niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

środa, 1 listopada 2017

Książka #468: Consolation, aut. Corinne Michaels

    Trudno jest o prawdziwie zachwycającą książkę. Nie jakąś wybitną lekturę traktującą o ludzkiej egzystencji, nagrodzoną Noblami i innymi prestiżowymi nagrodami, a zwyczajną powieść, która chwyci za serce i dostarczy ponadprzeciętnych wrażeń. Obok twórczości Colleen Hoover próżno było szukać podobnych emocji. Aż do teraz! Przyszedł czas na Corinne Michaels oraz jej duety z serii “Salvation”. Na polskim rynku zaczynamy je wraz z Lee oraz Liamem z tytułu Consolation”.
    Natalie jest zakochana do szaleństwa w swoim mężu, komandosie SEAL imieniem Aaron. Właśnie oczekują dziecka, kiedy na kobietę spada straszliwa wiadomość- jej ukochany ginie na misji w Afganistanie. Tylko dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół jest w stanie przeżywać kolejne dni, jednakże dopiero narodziny córeczki dają jej prawdziwą siłę do działania. Gdy u progu jej drzwi staje wieloletni przyjaciel jej męża- Liam, który oferuje jej pomocą dłoń, nieoczekiwanie staje się tym, czego najbardziej potrzebowała- oparciem, a także powodem ponownego uśmiechu. Nie sądziła, że dzięki Liamowi znowu zacznie oddychać.
    Corinne Michaels tworzy historię, której nie życzylibyśmy największemu wrogowi. A możecie mi wierzyć, pierwsze strony tej powieści to zaledwie początek szokujących rewelacji, których doświadcza Natalie. Wszystko rozgrywa się na przestrzeni naprawdę niedużego odstępu czasu- przynajmniej dla czytelnika, gdyż mamy magiczną moc przesuwania kartek i przyspieszania przebiegu akcji lub zwalniania, kiedy tylko nam się tak podoba. Jednakże nie popełniajcie tego błędu, co ja. Nie patrzcie na ostatnie zdanie powieści, kiedy jesteście w jej niespełna połowie. Stwierdzicie bowiem, że nie możecie iść uśpić dziecka, nie możecie iść spać, nie możecie ruszyć się do pracy, bo jedyne o czym marzycie to dowiedzieć się, jak doszło do tego ostatniego zdania! Długa jest do tego długa i bardzo emocjonująca. Nie jest to jedynie typowa opowieść o romantycznych uniesieniach, czułym dotykaniu ramion, przygryzania ucha, czy opiekowania się malutką istotką. Consolation” to historia o oddaniu, ale też o zrywaniu z duchami przeszłości. Oczywiście, łatwo się mówi trudniej się robi. Bohaterowie też o tym wspominają. Ona bowiem walczy z uczuciami do Liama, a on boi się, że łamie wojskowy kodeks, co do romansów z żonami kolegów z ekipy. Za każdym razem wisi nad nimi widmo Aarona i muszę przyznać, że na pewnym etapie jest już to z lekka irytujące. W szczególności, gdy weźmie się pod uwagę wszystkie cienie, które wychodzą na światło dzienne.
Muszę przyznać, że nie raz miałam ochotę wziąć książkę i pacnąć nią w głowę Aarona. Jakby to powiedział Liam: “gdyby żył, to bym go stłukł na kwaśne jabłko!”. Jednakże z drugiej strony mam wrażenie, że jest to chyba najbardziej realna z postaci jakie pojawiają się w tej książce. Natalie bywa straszliwie uciążliwa. Serio nie rozumiem, jak Liama może do niej ciągnąć- musi być chyba zniewalająco piękna. Pomimo tego, że jest mądra, to jednak zachowuje się jak głupia idiotka, która sama nie wie czego chce i nie widzi tego, co ma przed oczami. Liam z kolei, jako facet idealny, jest całkowicie nierealny. Ciężko uwierzyć w to, że jakikolwiek mężczyzna jest w stanie tak otwarcie mówić o swoich emocjach, a jednocześnie spełniać wszelkie oczekiwania kobiety i być tak troskliwym, jakim jest on. Oboje mają za to cudownych przyjaciół. Reanell jako najlepsza psiółka Natalie, jest praktycznie na każde jej zawołanie. Gdyby nie ona, to relacja z Liamem w ogóle by się nie rozwinęła, no bo… w końcu kobieta ma małego niemowlaka! Taka przyjaciółka, to prawdziwy skarb.
Autorka, to kobieta bardzo podobna do bohaterki swojej własnej powieści. W końcu ona też należy do społeczności żon wojskowych, które miesiącami czekają na swoich ukochanych. Z tych też powodów Consolation” to bardzo bolesne wyzwolenie kotłujących się w głowach takich kobiet obaw. Na szczęście Corinne Michaels okrasiła swoją historią tym, co najlepszego ma do zaoferowania ten świat, czyli miłością w najczystszej i najniewinniejszej postaci. Tym samym, choć powieść momentami irytuje nachalnością powtórzeń, a także banałami do kwadratu, to gwarantuje najbardziej niesamowite emocje, jakie zaserwować może czytelnikowi ten rodzaj literatury. Kobieta nie ma litości dla swoich bohaterów, a szczerze się Wam przyznam, że podpatrzyłam już co dzieje się w kontynuacji i nie mogę się doczekać. Sama dla siebie również litości nie mam!
   
Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!

Tytuł oryginalny: Consolation / Tłumaczenie: Kinga Markiewicz / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-13-5 / Ilość stron: 348 / Format: 143x205mm


Rok wydania: 2015 (Świat), 2017 (Polska)