NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 9 sierpnia 2016

Komiks #2: Deadpool. Martwi prezydenci, aut. Brian Posehn, Gerry Duggan

     Chyba każdy spodziewał się, że film o nieokrzesanym typku w czerwonym kostiumie zyska sympatię wielu fanów superbohaterów. Każdy wie, że początki jego poczynań wyczytać można w komiksach prosto od Marvela. Jednakże wraz z lutową, polską premierą filmu „Deadpool” na półkach polskich księgarń pojawiła się jedna z komiksowych propozycji- „Martwi prezydenci”. Tytuł ten otwiera serię publikacji o tym mrocznym bohaterze, do których prawa wykupiło wydawnictwo Egmont.
     Deadpool, a w zasadzie Wade Wilson, na skutek eksperymentu nabył umiejętność regeneracji, a więc stał się nieśmiertelny. Ta zdolność staje się bardzo przydatna w jego profesji, bowiem mężczyzna jest najemnikiem. Tym razem do ważnego zadania wynajmuje go agencja S.H.I.E.L.D., która próbuje powstrzymać inwazję umarłych, byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Powołani do ponownego życia przez tajemniczego nekromantę pragną oni zniszczyć swój rodzimy kraj. Deadpool bierze więc w ręce swoje kosy, a także spluwy, zakłada maskę... i błaga o pomoc Doktora Strange, który ze swoją czarodziejską mocą wydaje się być idealnym towarzyszem podczas tej misji.
     Pierwszy pełnoprawny komiks, który dorwałam w swoje ręce. Pierwsze spotkanie z papierowym Marvelem i drugie z jednym z najbardziej fascynujących bohaterów komiksowych. Szkoda jedynie, że... nie są to początki Deadpoola, a jedynie kontynuacja jego krwawych perypetii bez zbędnych wstępów, a z jakże porywającym rozwojem wydarzeń. Choć jest to postać raczej z uniwersum X-menów, to nie przeszkadzało twórcom wrzucić go w świat Avengersów, gdzie istnieje agencja S.H.I.E.L.D. Hulk, Thor, a nawet Doktor Strange, czyli kilka kluczowych postaci, które poznaliśmy już dużo wcześniej pojawiają się epizodycznie, ale jednak stanowią ciekawe uzupełnienie. Bowiem całość fabuły skupia się na zupełnie innym wątku, dość zaskakującym- tak naprawdę. W końcu inwazja byłych prezydentów zombie to raczej niezwykłe zjawisko i bardzo nadnaturalne, jak na takiego przyziemnego bohatera, którym jest Deadpool. O dziwo, tempo akcji jest na stałym poziomie i z radością zaczytujemy się w kolejne dymki i spoglądamy na kolejne rysunki. Mamy tutaj taki mały przegląd historyczny USA, bo przecież co niektórzy władający nie omieszkali wspomnieć o swoich dokonaniach i wygrażać pięścią w stronę aktualnie rządzących, co to poczynili z krajem, o który oni tak zaciekle walczyli. Patriotyzm pełną parą, jak na Amerykanów przystało!
     Komiksowy Deadpool zachwyca swoim dowcipem, który jest równie cięty jak jego filmowego odpowiednika. Okazuje się bowiem, że łamanie czwartej ściany nie jest niczym niezwykłym dla tego świata, a wzięło się to najwyraźniej z komiksu. Tłumaczenie tego, że dymki są zdecydowanie za małe, aby tłumaczyć innym bohaterom dlaczego Deadpool zwraca się do nas w swoich wypowiedziach, jest niesamowicie zabawne. Tak samo jak naśmiewanie się z różnych elementów aktualnej popkultury oraz wydarzeń na świecie. Tony Moore nadał temu antybohaterowi całkiem inny wizerunek. Ma zdecydowanie najbardziej paskudną mordeczkę w historii, a jego trupio żółte zęby i oczy wzbudzają jeszcze większe obrzydzenie. Rysownik nie szczędzi krwi i jak w filmie latały sobie głowy, tak w komiksie flaki wylewają się niemalże z każdego, a że Deadpool jest nieśmiertelny, to wiadomo, że często stawał się przedmiotem krwawych zabaw Moore'a.
     Cudownie jest zaczytywać się w dymkach, wypływających z ust Deadpoola. Jeszcze wspanialej ogląda się każdy osobny rysunek, który wyszedł spod ołówka Tony'ego Moore. I choć nigdy do końca nie pojmowałam przekładania odgłosów wydawanych przez ludzi w trakcie upadków, czy też broń, na stos literek, to przygody zamaskowanego elokwentnego typka przypadła mi do gustu. „Deadpool” jest wyjątkowy w każdym calu, choć „Martwi prezydenci” nie wydają się być aż tak bardzo porywający. Prawdopodobnie wina leży w tym dziwacznym połączeniu fantastyki z opowieścią historyczną, gdzie te dwa światy bardzo się ze sobą gryzą. Ostatecznie jednak, traktując to z przymrużeniem oka można uznać, że historia ta jest ciekawa i przyjemna w jej poznawaniu, choć niezwykle zaskakująca w swoim finale.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: Deadpool. Dead Presidents / Tłumaczenie: Oskar Rogowski / Rysunki: Tony Moore / Wydawca: Egmont / Gatunek: akcja, sci-fi / ISBN 978-83-281-1625-2 / Ilość stron: 132 / Format: 167x255mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2016 (Polska)

niedziela, 7 sierpnia 2016

SZORTy #39: Kiedy ją spotkałem, Love Rosie, Wesele w Sorrento

Oryginalny tytuł: Jab We Met | Reżyseria: Imatiaz Ali | Scenariusz: Imatiaz Ali | Obsada: Shahid Kapoor, Kareena Kapoor, Kamal Tiwari, Dara Singh, Tarun Arora, Kiran Juneja, Pavan Malhotra | Kraj: Indie | Gatunek: Komedia romantyczna, Bollywood
Premiera: 26 października 2007 (Świat)
Ocena: 7/10

     Jeden z najbardziej pozytywnych i pokręconych bollywoodów jakie przyszło mi oglądać. Imatiaz Ali stworzył dobry obraz międzyludzkich relacji z duetem Kapoor&Kapoor w kultowym filmie „Kiedy ją spotkałem”.
     Młody mężczyzna przechodzi ciężkie chwile, kiedy jego ukochana bierze ślub z innym. Wsiada więc do byle jakiego pociągu i rusza przed siebie. Kiedy nagle do wagonu trafia gadatliwa, energiczna i bardzo sympatyczna dziewczyna, nie spodziewa się, że jego życie całkowicie się odmieni.
     Pozytywny, niesamowicie kolorowy, tak bardzo przejmujący i różnorodny. Stęskniłam się całym sercem i ciałem za kinem prosto z Bombaju. Produkcja Imatiaza Ali jest kwintesencją gatunku, kumulacją wszystkiego co w nim najlepsze. Ma bardzo wyraziste postacie, jak dla mnie jest to pierwszy film z Kareeną jaki widziałam, ale jej bohaterka jest tak pozytywnie zakręcona, że wprowadza najwięcej humoru. Wystarczy na nią spojrzeć i już buźka sama się cieszy. Genialna! Do tego super przystojny Shahid, którego ma się ochotę schrupać. Duet nie do przebicia! Razem tworzą historię bardzo banalną, bo w końcu miłosną, z lekkimi turbulencjami po drodze. Tu ślub, tam nie ślub, ślub nie z tym co trzeba, a może jednak z tym odpowiednim. Pokręcone to na maksa! Potrafi być za to przejmująco, bohaterzy oczywiście po czasie rozumieją co ich połączyło, a po tylu miesiącach może być trudno o ponowne roziskrzenie. To pomieszanie humoru z dramatyzmem świetnie robi historii, która staje się idealnie zbalansowana. Jak przystało na rasowy bollywood pełno tutaj cudowności, choć piosenek wpadających w ucho jest naprawdę niewiele. Do moich ulubionych należy „Yeh Ishaq Hai”. Radosna, rytmiczna, a klip niezwykle żywy i barwny. Czegoż chcieć więcej? Może bardziej zjawiskowej opowieści, bo przyjaźń przeradzająca się w miłość to nic nowego.

Oryginalny tytuł: Love, Rosie | Reżyseria: Christian Ditter | Scenariusz: Juliette Towhidi | Obsada: Lily Collins, Sam Claflin, Christian Cooke, Jaime Winstone, Suki Waterhouse | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 17 października 2014 (Świat) 05 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 8/10

     W jego karierze nie pojawił się dotąd żaden kultowy film. Ditter jednak poszedł w ślady swoich kolegów po fachu i pokusił się o ekranizację poruszającej powieści Cecile Ahern. Jego „Love, Rosie” w wersji filmowej nie mogło się nie udać.
     Są przyjaciółmi od małego dziecka. Kiedy dorastają razem chodzą na imprezy i nadal mówią sobie o wszystkim. Wszystko się zmienia po balu szkolnym, który daje dziewczynie coś, czym nie jest w stanie podzielić się z przyjacielem, aby nie psuć jego marzeń. Wtedy wyjeżdża on na studia, a ich przyjaźń zostanie wystawiony na ogromną próbę.
     Teoretycznie jest to historia jak każda inna. Opowieść o wielkiej, nierozłącznej przyjaźni pomiędzy dziewczyną i chłopakiem, która w końcu musi stanąć przed pytaniem, czy wciąż jest to przyjaźń, czy jest to już kochanie. W „Love, Rosie” bohaterowie wydają się być całkowicie ślepi na znaki przesyłane przez drugą stronę, te krótkie spojrzenia świadczące o zazdrości, te nieskrywane wybuchy złości mogące znaczyć jedynie dozgonną miłość i złamane serca. Problemy, które ich dotykają wydają się być szalenie przyziemne, ale dzięki temu film staje się o tyle prawdziwszy. Klimat jest niesamowicie senny, choć z pewnością całość nie jest pozbawiona energii. Gdzieś pomiędzy brytyjskimi uliczkami kreuje się bardzo niecodzienny świat, ludzkie emocje, szkolne zawody, ale przede wszystkim tak niesamowite mijanie się dwóch bliźniaczych dusz. Zaskakującym jest jak wiele ta dwójka musi przejść, aby w końcu zrozumieć, że są dla siebie najważniejsi. Całość jest wobec tego bardzo przewidywalna, bo tego właśnie można byłoby spodziewać się po rasowym romansie. Aczkolwiek trzeba przyznać, że te wydłużające się lata rozłąki wydają się być aż nadto nienormalne, w szczególności, że po połowie filmu mamy wrażenie, jakbyśmy spędzili przy nim pół dnia. Wiele się tu mieści, a zapewne jeszcze więcej treści dałoby się wsadzić, gdy człowiek upewni się, że przestrzeń czasową skrócono z półwiecza do zaledwie dwunastu lat. Coś jest w tym obrazie magnetycznego, coś niesłychanie uroczego, coś co pozostawia jak najbardziej przyjemne uczucia. Nie mniej, nie ma się co oszukiwać- takich związków próżno szukać w prawdziwym świecie.

Oryginalny tytuł: Den Skaldede frisør | Reżyseria: Susanne Bier | Scenariusz: Anders Thomas Jensen | Obsada: Pierce Brosnan, Trine Dyrholm, Molly Blixt Engelind, Sebastian Jessen, Paprika Steen, Kim Bodnia | Kraj: Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 02 września 2012 (Świat) 01 lutego 2013 (Polska)
Ocena: 5/10

     Duńska reżyserka, Susanne Bier, twórczyni kultowych „Braci”, doceniana przez krytyków tworzy zaskakująco przeciętny film w włoskim klimacie. „Wesele w Sorrento”, niespodziewanie, dalekie jest od ideału.
     Udało jej się wyrwać ze szponów śmierci, kiedy pokonała raka. Niestety, po powrocie z kolejnej wizyty w szpitalu zastaje męża w jednoznacznej sytuacji z jego księgową. To zwiastuje koniec ich małżeństwa, pomimo tego, że za chwilę spotkają się na ślubie swojej córki we Włoszech. Tam kobieta poznaje przystojnego ojca pana młodego i od razu znajdują wspólny język.
     Film, jak gdyby, zupełnie o niczym. Zwykła opowieść o rodzinie, zmaganiach z chorobą, a także kilkoma zaskoczeniami. Bez większych emocji, bez większych rewelacji. „Wesele w Sorrento”- jak sama nazwa wskazuje, mogłoby się skupić bardziej na weseleniu się w Sorrento. Wszystko jednak rozbija się o główną bohaterkę, której choroba zniszczyła jej życie. Teoretycznie. Pozbawiła włosów, pozbawiła poczucia własnej wartości, no i pozbawiła męża. Szczęśliwie na swojej drodze spotyka Philipa, który trzeźwo patrzy na świat, momentami zbyt... rozważnie, a nie romantycznie, przez co wydaje się być dla niej idealnym oparciem. Widać rozkwitające między nimi emocje, ale jest to bardzo subtelny zabieg, a nie jakiś wielki wybuch namiętności. Ich wspólne chwile są chyba najjaśniejszymi promieniami w filmie. Scenariusz serwuje kilka abstrakcyjnych wątków, jak chociażby mąż zabierający swoją kochankę na ślub córki. Heloooł?! Przecież nawet nie są w oficjalnej separacji z Idą! Dziwne i co najmniej nieetyczne. Piękne w tym filmie są na pewno włoskie scenerie. Piękne pomarańczowe sady, z których aż czuć zapach cytrusów. Cudowne budynki, wspaniałe terany zielone. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Długo bym się nie zastanawiała gdyby Philip poprosił mnie o zamieszkanie tam. Raczej. Nie jest to zaskakujący film, jest wręcz bardzo schematyczny i banalny. Szkoda, bo mogłoby powstać z tego coś naprawdę interesującego. Jest lekki, ale do tego tak bardzo nużący, że aż szkoda dla niego czasu.

piątek, 5 sierpnia 2016

Książka #413: Między kreskami, aut. Marzena Mackiewicz

     Kiedy wydaje ci się, że pokolorowałeś już wszystkie możliwe wzorki jakie pojawiły się na rynku, zgłębiłeś najrozmaitsze mandale i udałeś się w dalekie kolorowe podróże, okazuje się, że ten magiczny świat może cię jeszcze czymś zaskoczyć- w szczególności ze strony polskiej twórczości. Młoda kobieta, która sama jest kolorofanką stworzyła coś czego jeszcze nie było (przynajmniej w moich rękach)- wzorzyste zwierzęta, początkowo publikując ich wizerunki w sieci. Ostatecznie doczekały się wydania przez Naszą Księgarnię, a zbiór ten dostał enigmatyczny tytuł- „Między kreskami”.
     Jedną ze wspaniałości jaką oferują nam kolorowanki jest fakt, że od razu rzuca się w oczy, czy dana tematyka przypadnie nam do gustu czy nie. Prace Marzeny Mackiewicz ewidentnie należą do tej pierwszej grupy, bo ciężko nie zakochać się w uroczych konturach najrozmaitszych zwierząt. W jej wizji nawet ośmiorniczka potrafi być śliczna, a hipcio rozbrajający. Nie trudno jest ulec tej magii i oczywistym jest, że każdy chciałby ubarwić na swój sposób te prace. Szybko jednak pojawiają się rozterki, czy aby mój styl kolorowania nie zniszczy cudowności rysunków ilustratorki. Ciężko jest się przełamać do wypełniania szkiców, bo już one same zachwycają. Pierwotne plany podążania za naturalnością konkretnych zwierząt szybko zostają odstawione na bok, bo ich wygląd- wzory, które je wypełniają, aż się prosi o to, aby poszaleć kolorami. Można dać się całkowicie ponieść wyobraźni i tworzyć różowe ośmiornice, niebiesko-fioletowe żyrafy, czy pstrokate pszczoły, a można zastosować również kolor bazowy, a bardziej ożywić drobne elementy. Ile ludzi na świecie, tyle pomysłów na ubarwianie tych niesamowitych obrazków.
     Najważniejszą zaletą jest jednak to, że zarówno miłośnicy drobiazgów, jak i większych formatów odnajdą się przy tej publikacji. Nie tylko za sprawą elementów różnego rozmiaru, ale przede wszystkim możliwości tworzenia. Rysunki zajmujące większą część strony można pociągnąć w większości jednym kolorem- pomimo podzielenia ich na mniejsze części, ale znajdą się tutaj też takie prace, które wymagają już drobiazgowości, gdyż całe strony wypełniają np. liczne owady. Bez względu jednak na to, jaki styl kolorowania wybierzemy „Między kreskami” jest bardzo chłonnym zbiorowiskiem ilustracji- zabierającym czas i energię!
     Choć jednak rysunki są przepięknej urody, to sama publikacja do idealnych nie należy. Wydana jest mniej więcej w ten sam sposób co „Inwazja bazgrołów”, czy „Planeta bazgrołów”- każda ilustracja zajmuje jedną kartkę, jednostronnie. Według mnie, jest to idealne rozwiązanie przy kolorowankach. Z łatwością możemy wyrwać swoją pracę- w szczególności, że pojedyncze kartki są klejone, oprawić w ramkę i powiesić w pokoju. Dzięki temu nie musimy się też przejmować, że pisaki, czy farbki przebiją nam na drugą stronę, lub... no właśnie, lub że dociśniemy kredką tak mocno do kartki, że kontury następnego obrazka staną się częścią tyłu naszej pokolorowanki. Papier ma dość dziwną fakturę, dotychczas przeze mnie nieznaną po przygodach z „Inwazją bazgrołów”, czy kolorowankami Johanny Basford. Wygląda na o wiele bardziej giętki i o wiele gładszy, a przez to kredki momentami lubią się po nim poślizgać. Przy tym można odnieść wrażenie, że kredka bardziej się ściera i szybciej marnuje. Szkoda.
     „Między kreskami” jest to publikacja do pokochania już od pierwszego wejrzenia. Pomimo drobnych wad i problemów z papierem, ilustracje wynagradzają wszelkie niedoróbki. Możliwości na ich ubarwianie jest bardzo wiele, a ogranicza nas już jedynie nasza wyobraźnia, no i ewentualnie zasób artykułów plastycznych. Bez względu na to ile kredek na to wykorzystamy, bez względu na to ile czasu poświęcimy na wypełnianie kolorami piesków, flamingów, hipopotamków, czy żyraf pewne jest to, że nie będzie to marnotrawstwo. Potem z uwielbieniem przyjdzie nam podziwiać efekt naszych prac, a może i pochwalimy się przed innymi, aby dalej szerzyć miłość do kolorowanek!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Między kreskami / Ilustracje: Marzena Mackiewicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: kolorowanka / ISBN 978-83-10-12981-9 / Ilość stron: 64 / Format: 210x297mm
Rok wydania: 2016 (Polska)

niedziela, 31 lipca 2016

SZORTy #38: Oculus, Diabelska tablica Ouija, Zbaw nas ode złego

Oryginalny tytuł: Oculus | Reżyseria: Mike Flanagan | Scenariusz: Mike Flanagan, Jeff Howard | Obsada: Karen Gillan, Brenton Thwaites, Katee Sackhoff, Rory Cochrane, Annalise Basso, Garrett Ryan, James Lafferty | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 08 września 2013 (Świat) 27 marca 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Trudno teraz o dobry horror, który potrafiłby zainteresować fabułą, ale również i przestraszyć. Najnowsza propozycja od Flanagana wydaje się łączyć te dwie cechy, w szczególności, że jest to pełnometrażowy obraz jego dawnej produkcji.
     Mija jedenaście lat od tragicznych wydarzeń w domu Russellów. Pozostała przy życiu córka stara się oczyścić swojego brata z zarzutów zamordowania swoich rodziców. Wierzy ona, że za jej rodzinnym dramatem stoją mroczne siły kryjące się w lustrze. Przy pomocy brata, który dopiero co opuścił zakład psychiatryczny ma zamiar udowodnić swoje racje.
     Już na wstępie trzeba przyznać, że „Oculus” nie jest filmem najwyższych lotów. Nie oznacza to jednak, iż nie potrafi zaintrygować widza pomysłem- wręcz przeciwnie. Jest jednym z najbardziej niekonwencjonalnych i z pewnością nieoczekiwanych wątków, jakie mogłyby pojawić się w horrorach ostatnich lat. Przede wszystkim jednak jest to świetnie wykorzystane dla zbudowania klimatu. Gdyby była to jedynie zwykła opowieść o zabójczym lustrze, to może faktycznie, nie byłoby to wystarczające dla przykucia naszej uwagi. Jednak jeżeli mowa jest już o przedmiocie mającym możliwość zmieniania naszego świata, a przynajmniej tego jak go postrzegamy... to już zaczyna się robić enigmatycznie. Nie dość, że rodzeństwo musi walczyć z demonami przeszłości, to dodatkowo dochodzi do starcia z prawdziwymi siłami zła. Biorąc pod uwagę, że nieźle potrafią namieszać w umysłach nie możemy być pewni, co jest prawdą a co jedynie wyobrażeniem. Czy zjadamy jabłko, czy może jednak żarówkę? Mamy w ręce kawałek szkła mogący zabić drugiego człowieka, czy może w ogóle nie rozbijaliśmy donicy? Świetne pomieszanie z poplątaniem. Twórcy do takiego stopnia nakręcili widzów, że z łatwością można było się pogubić i zatracić we własnym logicznym myśleniu. Takie zabawy to ja uwielbiam! A takich filmów jest zdecydowanie za mało. W dodatku tak bardzo klimatycznych!

Oryginalny tytuł: Ouija | Reżyseria: Stiles White | Scenariusz: Juliet Snowden, Stiels White | Obsada: Olivia Cooke, Ana Coto, Daren Kagasoff, Bianca A. Santos, Douglas Smith, Shelley Henning | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 października 2014 (Świat) 24 października 2014 (Polska)
Ocena: 3/10

     Tablica Ouija jest jednym z najbardziej popularnych gadżetów okultystycznych. Często wykorzystywana do seansów spirytystycznych stała się oczywistym przedmiotem wielu filmów fantastycznych. A co gdyby zrobić z tego horror? Stiles White pokazuje, że „Diabelska tablica Ouija” wcale nie jest taka... diabelska.
     Przyjaciółki od dziecka, urozmaicające sobie czas zabawą tablicą Ouija. Zasad jest kilka, a między nimi to, aby nigdy nie bawić się nią w pojedynkę. Gdy dziewczyny dorastają coś się zmienia, a kiedy jedna z nich ginie, druga nie może otrząsnąć się z szoku. Wkrótce okaże się, że za wszystkim stoi ulubiona zabawka z dzieciństwa.
     Film, którego fabuła sprawia wrażenie interesującej. Aczkolwiek to co z pozoru wydaje się być intrygujące szybko przemienia się w coś niesłychanie banalnego, coś na co ciężko jest patrzeć i przy czym trudno jest wytrwać do końca. Trudno nazywać „Ouija” horrorem, bowiem niewiele wspólnego ma to z tytułami tworzącymi grozę. Twórcy myśleli najwyraźniej, że jak wyłączą kilka razy światło, zarzucą jakąś groźną mordą w otchłani ciemności lub po prostu zaczną mordować ludzi w dziwny sposób to tym samym zbudują jakąkolwiek grozę. I pewnie plan by się powiódł, gdyby nie fakt, że koniec historii zmierza w tak bardzo głupawym kierunku. Już od pewnego momentu można się domyśleć, że coś tutaj jest w tej opowieści nie tak. Nagle mamy twist sytuacyjny, który z założenia sprawić ma, że albo dostaniemy zawału, albo padniemy z wrażenia. Niestety, zadanie nie zostaje dobrze wykonanie, bo jedyne co wydarzenia generują to niekontrolowane napady chichotu. A jak jeszcze do sytuacji dołącza jedna z bohaterek, to już po prostu trąci dennym paranormalem. Innymi słowy, film White'a dłuży się niemiłosiernie, a zamiast straszyć to zanudza na śmierć. Szkoda, bo koncepcja całkiem fajna...

Oryginalny tytuł: Deliver Us from Hell | Reżyseria: Scott Derrickson | Scenariusz: Scott Derrickson, Paul Harris Boardman | Obsada: Eric Bana, Édgar Ramírez, Olivia Munn, Joel McHale, Sean Harris, Chris Coy | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Kryminał
Premiera: 04 lipca 2014 (Świat) 04 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Co wyjdzie z połączenia kina grozy z dość monotonnym kryminałem? Jakaś paranormalno- przyziemna sieczka lasująca mózg, a stworzona przez Derricksona. I pozostaje tylko pytanie, jak ktoś kto dał życie klimatycznemu „Sinisterowi” tworzy takiego średniaka, jak „Zbaw nas ode złego”.
     Dwóch policjantów na służbie. Trafiają w wir dziwacznych wydarzeń prowadzących do kobiety, która w ZOO wyrzuciła swoje dziecko do zagrody z lwami. Śledztwo, do którego dołącza nie taki święty ksiądz doprowadza do tajnej wojskowej misji i demonicznych zapisków.
     Kiedy wydaje nam się, że widzieliśmy już chyba wszystkie odsłony filmów o opętaniach i egzorcyzmach pojawia się coś takiego jak „Zbaw nas ode złego” i całkowicie przestawia nasz światopogląd. Świetny pomysł na fabułę poprowadzony w tak dramatycznie nijaki sposób, że zamiast się bać trzeba walczyć z chęcią zamknięcia oczu i zapadnięcia w głęboki sen. Powiązanie kryminalnych elementów z fabułą budzącą grozę oraz motywami wojskowymi nie do końca wydaje się tu sprawdzać. Bardziej to nuży niżeli rozbudza zainteresowanie, aczkolwiek trzeba przyznać, że jest kilka ciekawych scen, które zmrożą krew w żyłach. Jednakże, gdyby nie finałowa scena trudno byłoby nie uznać tego filmu za porażkę. Te kilkadziesiąt ostatnich minut jest naprawdę mocnych i na swój sposób przerażających, a także rozczulających. Wtedy następuje właśnie kumulacja naszych emocji. Do tego czasu musimy zawiesić na czymś oko i chyba właśnie po to wprowadzono postać księżulka o mrocznej przeszłości. Przystojny i tak bardzo męski totalnie przyćmiewa Erika Banę. Szkoda tylko, że jest to jeden z bardzo nielicznych plusów produkcji, bo choć udaje się tutaj stworzyć klimat tajemnicy i grozy, to jednak nie do końca można się na to złapać. Spodziewałam się czegoś lepszego. I to o wiele lepszego!

piątek, 29 lipca 2016

Książka #412: Moja pierwsza encyklopedia obrazkowa, aut. Jan Kallwejt

     Cóż to za dziwaczne miejsce, w którym możemy jednocześnie zobaczyć nos, radiowóz policyjny, czy spodenki. Takimi zbiorowiskami rozmaitych niezwykłości są oczywiście wszelkiego rodzaju encyklopedie. Te opasłe tomiska będące kłębowiskiem wyjaśnień i słów dotychczas nam nieznanych, to zabawa dla dorosłych, a przynajmniej czytających osobników. A co pozostaje tym najmłodszym? Obrazki! Z tego też powodu Jan Kallwejt wyszedł do świata z ciekawą propozycją- „Moją pierwszą encyklopedią obrazkową”.
     Książka podzielona stronicami na kilka różnych zbiorów, w których znaleźć możemy zarówno części garderoby, jak też kształty, czy najrozmaitsze elementy prosto z naszych domostw- także ukochane potrawy. Rysunkami upstrzone są całe strony, przykuwając uwagę i zmuszając do myślenia, a także wypracowują spostrzegawczość nie tylko najmłodszych, ale też i rodziców, którzy z uporem maniaka próbują odszukać wszystkie elementy, które będą mogli przekazać swoim dzieciom.
     Na tym właśnie polega mały problem tej książki. Nie jest źródłem naukowym samym w sobie. Małe dziecko nie weźmie jej do ręki i nie będzie wiedziało na co patrzy, dopóki rodzic nie przedstawi mu tego w odpowiedni sposób. Z drugiej zaś strony daje to sporą dowolność przy przekazie informacji, bowiem możemy opisywać dziecku wszystko i uczyć go wszystkiego związanego z danym przedmiotem. Pokazując maluszkowi krówkę na żółtej stronie, możemy powiedzieć, że nie jest to tylko krowa, ale również nazwać kolory, którymi jest upstrzona, a przy okazji nawet i powydawać dźwięki, czy opowiedzieć jaki pożytek jest z tej krowy. Wszystko co dziecko dowie się o krowie uzależnione jest od tego, co wie jego rodzic lub ktoś inny prezentujący mu kolejne elementy. Ma to swój urok, bowiem zawsze dopowiedzieć można jakąś ciekawą historyjkę. Encyklopedia ta może być więc różnorako interpretowana, a co za tym idzie będzie pobudzać kreatywność dorosłego, co przełoży się oczywiście na zdolności małej pociechy.
     Cała publikacja jest stworzona tak, aby nie tylko podobała się dzieciom, ale również przetrwała ich niszczycielskie zapędy. Solidna oprawa, kartonowe strony, całość sklejona tak, aby nie utrudniała pracy z książką, a przy okazji dała możliwość zobaczenia pełnych ilustracji. Rysunki stworzone przez Jana Kallwejta są bardzo proste, ale jest to urzekająca prostota. Niekiedy widać w nich bardziej zacięcie twórcy do grafiki niż typowego ilustrowania książeczek dziecięcych. Wszystko z uwagi na nieskomplikowane spojrzenie na dany przedmiot, czy istotę. Słoń nie ma zbędnych marszczeń skóry- wygląda po prostu jak wyrysowane konkretne elementy złożone w całość. Tym samym nie ma przeładowania kolorami, bo to przy takim stylu mogłoby spowodować oczopląs. Są to nieprzekombinowane prace, które z pewnością trafią w gusta młodych czytelników.
     Z całym moim zamiłowaniem do książeczek dziecięcych, pełnych barw i różnych pomysłów, które rodzą się w głowach współczesnych autorów muszę powiedzieć, że „Moja pierwsza encyklopedia obrazkowa” odrobinę zawodzi. Doceniam koncepcję, doceniam cel takiej publikacji i jestem za niego bardzo wdzięczna. Rzadko kiedy jakaś książka wymaga aż tak wielkiego zaangażowania od rodzica, ale też i opiera się na jego osobistej wiedzy oraz doświadczeniu. Nie mniej, wydaje się być to stosunkowo za mało, za mało informacji, które można byłoby przekazać małemu dziecku. Ono za to będzie zadowolone, bo w końcu ma w rękach coś kolorowego i coś prostego!

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Moja pierwsza encyklopedia obrazkowa / Ilustrator: Jan Kallwejt / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13038-9 / Ilość stron: 28 / Format: 200x200mm
Rok wydania: 2016 (Polska)

wtorek, 26 lipca 2016

SZORTy #37: Ostatnia piosenka, Jak dogonić szczęście, Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu

Oryginalny tytuł: The Last Song | Reżyseria: Julie Anne Robinson | Scenariusz: Nicholas Sparks, Jeff Van Wie | Obsada: Miley Cyrus, Liam Hemsworth, Greg Kinnear, Bobby Coleman, Kelly Preston | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat
Premiera: 31 marca 2010 (Świat) 08 października 2010 (Polska)
Ocena: 6/10

     Kolejny z tytułów filmowych powstałych na podstawie powieści genialnego twórcy cudownych melodramatów- Nicholasa Sparksa. Tym razem padło na zupełnie inną historię, z zupełnie innym finałem, tak niecodziennym do tych, które poznaliśmy.
     Nastolatka zostaje zesłana wraz ze swoim bratem na wakacje do ojca mieszkającego w domu nad morzem. Dziewczyna nie może pogodzić się z odejściem człowieka, którego kochała, ale stara się odnaleźć w nowym otoczeniu. Opiekując się żółwiami poznaje przystojnego chłopaka, który daje jej oparcie w najcięższych chwilach. Nie wie jednak, że najgorsze dopiero przed nią.
    Sparks ma to do siebie, że zawsze musi zdewastować czytelnika posyłając jego uczucia w najmroczniejszy z kątów. Rzadko się zdarza, aby w jego tworach nie doszło do dramatycznych wydarzeń, które będą rzutować na przyszłości bohaterów, a także na ich emocjach. O dziwo, w „Ostatniej piosence” nie jest to aż tak traumatyczne, wydaje się być to wręcz naturalną koleją rzeczy. Dziwne jest to tym bardziej, że nie do końca udaje się wzruszyć widza. Może to być jednak też wina historii, która nie do końca się rozwinęła, spychając gdzieś na bok swój potencjał. Wszystko rozbija się o rozwydrzoną nastolatkę o dobrym sercu, a także jej dziwaczny, wakacyjny romans z chłopakiem. Aczkolwiek na pierwszy rzut oka niewielu zda sobie sprawę, że jest to zaledwie wątek poboczny, bowiem w historii chodzi o coś całkowicie innego- odbudowywanie relacji z ojcem. Kiedy już człowiek zda sobie sprawę z prawdziwego motywu przewodniego od razu domyśli się zakończenia, tego sparksowskiego kopnięcia w piszczel, który pozostawi ślad na zawsze. I choć tak jest, to prawda jest taka, że ta opowieść nie do końca ujmuje. Jeżeli o mnie chodzi całą winę zwaliłabym na Miley Cyrus, która jest tutaj wręcz tragiczna. Jej ciągle suszące się zęby i wygląd niespełna rozumu nastolatki odbierają powagę całej historii. Gdyby tak zapomnieć o jej istnieniu film jest całkiem znośny, ale niestety... daleko mu od wcześniejszych przełomowych filmów na podstawie prozy Sparksa.

Oryginalny tytuł: Hector and the Search for Happiness | Reżyseria: Peter Chelsom | Scenariusz: Peter Chelsom | Obsada: Simon Pegg, Rosamund Pike, Toni Collette, Stellan Skarsgård, Jean Reno, Christopher Plummer | Kraj: Wielka Brytania, Kanada, Niemcy, RPA | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 14 sierpnia 2014 (Świat) 14 listopada 2014 (Polska)
Ocena: 7/10

     Niektóre filmy działają jak antydepresanty. Tym właśnie próbuje być najnowsza propozycja od Petera Chelsoma „Jak dogonić szczęście”, która swoje źródło znajduje w powieści Françoisa Lelorda.
     Pewien brytyjski psychiatra próbuje zrozumieć czym jest prawdziwe szczęście, aby móc jeszcze lepiej pomagać swoim pacjentom. W tym celu zostawia dziewczynę w domu i wyjeżdża w podróż swojego życia, licząc na to, że uda mu się osiągnąć swój cel.
     Film, który z pozoru wydaje się być totalnie nijaki, niczego sobą nie prezentujący, a jednak rozkręca się na tyle szybko, abyśmy mogli poczuć klimat opowieści. Psychiatryczne zagrywki to akurat aspekt, któremu niewiele poświęca się uwagi. Najważniejsze jest tutaj szczęście, a przede wszystkim podróże, które mają pomóc je odnaleźć. Świetnie buduje się tutaj fabułę, a zapisywane przez psychiatrę spostrzeżenia rozkosznie i zabawnie podrygują na ekranie, dając nam tym samym kolejne rady, co robić ze swoim życiem. Film Chelsoma pozwala otwierać się na nowe doznania, a przede wszystkim wyzbywać się wszelkich zahamowań, które mogłyby nas ograniczać. Czasami musi się przekonać o tym też i człowiek, który od lat bada problem. Atutem z pewnością jest ogólny, bardzooo pozytywny wydźwięk filmu, który choć przez chwilę będzie starał się wytworzyć tyle szczęścia, aby nas nim zarazić. Niesamowite podróże, poznawanie tak wielu najrozmaitszych miejsc, ale przede wszystkim doświadczanie tak niezliczonej ilości przygód, które pomogą docenić to, czym my sami dysponujemy, i być może pomogą cieszyć się życiem. O dziwo nie zabraknie tutaj historii mrożących krew w żyłach, kiedy to bohater będzie o włos od egzekucji, ale ogólnie to pod warstwą fabularną kryje się dużo humoru i ciepła, które wyzwalają się u finału podróży. Film nie jest może arcydziełem, ale z pewnością jest jedną z ciekawszych propozycji dla widzów. Mnie urzekł, choć nie przepadam za Peggiem.

Oryginalny tytuł: The Chronicles of Narnia. The Voyage of the Dawn Treader | Reżyseria: Michael Apted | Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely, Michael Petroni | Obsada: Georgie Henley, Skandar Keynes, Ben Barnes, Will Poulter, Gary Sweet | Kraj: Wielka Brytania, USA | Gatunek: Fantasy, Przygodowy, Familijny
Premiera: 02 grudnia 2010 (Świat) 25 grudnia 2010 (Polska)
Ocena: 4/10

     Nie wiem ile jeszcze części „Opowieści z Narnii” przetrwam, wiem natomiast, że twórcy szykują kolejne ekranizacje. Ciężko jest darzyć sympatią nowe obrazy, skoro wcześniejsze nie trafiły w nasze gusta. Michael Apted nie powinien ruszać czegoś, co nie powinno już istnieć...
      Czasy wojenne. Podczas gdy dwójka starszego rodzeństwa dzielnie pomaga w obronie, to młodzi znowu trafiają do świata Narnii. Lądują na statku swojego księcia i liczą na kolejną przygodę. Tym razem trafia tam z nimi ich kuzyn, który sceptycznie podchodził do ich szalonych opowieści.
      Zastanawia mnie czasem, czy długo zamierzają dręczyć widzów takimi seriami. Kiedy Harry Potter był ciekawy, a „Zmierzch” względnie znośny, to Narnia jest ciężka do przeżycia. Jest to chyba najnudniejsza seria młodzieżowa jaka została zekranizowana. Szokujące, bo historia w sumie nie taka głupia, wręcz magiczna. Natomiast wykonanie i aktorstwo dalekie jest od ideału. Prowadzenie fabuły jest mocno niemrawe, nie mówiąc już o jakiejkolwiek sensowności wprowadzania nowych wątków. Tym samym pod koniec seansu „Podróży Wędrowca do Świtu” stwierdzamy, że ten film był zasadniczo o niczym! Poszukiwanie kolejnych mieczy cudem znajdujących się pod nosem bohaterów, dziwaczne wprowadzenie postaci kuzyna i jego jeszcze dziwaczniejszej przemiany... No okej, przygoda jest to całkiem nie najgorsza, ale mocno nużąca. Do tego te koszmarne efekty. Trudno uwierzyć, że w dzisiejszych czasach powstają jeszcze takie karykaturalne produkcje, gdzie nawet głupiego Lwa nie są w stanie porządnie dopracować. Szkoda czasu na to tracić, w szczególności, że mogło być tak widowiskowo... Niestety, rzeczywistość wygląda inaczej, kiedy i bohaterowie ciężcy są do przetrawienia.

niedziela, 24 lipca 2016

Książka #411: Szopięta, aut. Ewa Kozyra-Pawlak

 
    Tak wiele bajek na polskim rynku, tak wiele książeczek dla najmłodszych, które zazwyczaj mają stanowić rozrywkę poprzez rymowanki, rzadziej faktycznie czegoś nauczyć. Na przeciw miłośnikom literatury, która coś za sobą niesie Ewa Kozyra-Pawlak- artystka, która maluje, szyje i pisze, stworzyła książeczkę o tytule „Szopięta”, łączącej jej pasje.
     Historia skupia się na małej rodzince szopów praczów, którzy z zamiłowaniem wykonują swoje czystościowe obowiązki. Przynajmniej rodzice, mama i tata szop, bo ich dzieciom, małym szopiętom w głowach jedynie zabawa. Jednakże jedno złowrogie wydarzenie sprawia, że ich świat obraca się do góry nogami i w końcu zauważają, co jest w życiu najważniejsze.
     „Szopięta” to opowiastka dość błaha, nie przebierająca w słowach, a jednocześnie tak idealnie trafiająca w sedno. Świetnie odnajduje się w dzisiejszych czasach symbolicznie ukazując największy problem współczesnych rodzin. Rodzice tak bardzo zaaferowani swoimi obowiązkami, spieszącymi za karierami, tak bardzo wykończonymi całymi dniami, że u ich końca nie mają czasu, chęci, czy też siły zająć się swoimi pociechami. Zupełnie jak mama i tata szop. Jednakże tak, jak i w prawdziwym świecie, tak też i na łamach tej niezwykłej książeczki przychodzi pewno dramatyczne wydarzenie, które odmieni nasze rozumowanie i sprawi, że dokładniej przyjrzymy się naszemu rodzicielstwu. Oczywiście, nikt nikomu nie życzy, aby odbywało się to w taki sposób i lepiej nie tracić tego, co dla nas najważniejsze, aby zrozumieć, jak bardzo jest istotne w naszym życiu. Z tego też powodu, książeczka ta to nie tylko luźna historyjka dla dzieci, do poczytania na dobranoc, ale również i sporo nauki dla naszych pociech. Zawiera w sobie odrobinę grozy, ale również i humoru. Nie jest co prawda rymowana, a wszechobecne pranie trochę przytłacza, ale i tak nietrudno zauważyć jej walory.
     Poza mocą moralizatorską książeczka niesie za sobą również wspaniałości wizualne. Ilustracje, które zdobią opowieść, to cudowne szopy pracze, które wyglądają jak wyszywanki z różnych rodzajów materiałów. Wygląda to naprawdę niesamowicie, a dotykając kartek można sobie wyobrazić to uczucie pod palcami. Starannie wykonane i naprawdę sympatyczne w swojej wizualności. Do tego zdjęcia bardzo ładnie poukładanych kolorowych kawałków materiałów, które zdobią pierwsze i ostatnie strony czytanki. Wspaniałe i dodatkowo przykuwające uwagę nawet najbardziej rozbrykanego niemowlaka. A wszystko to solidnie oprawione, aby mogło przetrwać lata.
     Książeczka dla dzieci stworzona w pełni przez Ewę Kozyrę-Pawlak zajmuje honorowe miejsce w biblioteczce mojego Mikołajka. „Szopięta” idealnie nadają się nie tylko dla malutkich czytelników, którzy ekscytować będą się wielobarwnością tej propozycji, ale również i dla przedszkolaków, którzy to już bardziej docenią wartości płynące z tej lektury. Dbałość o porządki i poszanowanie swojej rodziny to jedne z wielu nauk, które wyciągną podczas czytania, najlepiej z rodzicami, aby także i oni docenili jak wspaniałe mają dzieciaczki, wymagające ich uwagi.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Szopięta / Ilustracje: Ewa Kozyra-Pawlak / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13036-5 / Ilość stron: 32 / Format: 240x240mm
Rok wydania: 2016 (Polska)

czwartek, 14 lipca 2016

Książka #410: Zacznij od dziś. Poznaj siebie, aut. Meera Lee Patel

     Chcąc dokonać wielkich zmian w swoim życiu trzeba najpierw zacząć od siebie i swojego własnego otoczenia. Droga do poznawania własnych pragnień, zalet oraz wad jest bardzo długa i kręta, dlatego więc trudno jest się czasem obejść bez pomocy specjalisty. Stawiając sobie za cel pracę nad sobą sięgamy po kolejny poradnik, który ma nam ułatwić zadanie. Ostatnio jednak lepiej w tym zakresie sprawiają się książki kreatywne, z pomocą barw i konkretnych zaleceń dających szansę na rozwój. Nie inaczej jest z publikacją opartą o ilustracje Meery Lee Patel, które zebrane zostały w książce „Zacznij od dziś. Poznaj siebie”.
     Książka ta jest niezwykła już w chwili, gdy na nią spojrzymy. Uwagę przyciąga piękna oprawa, gdzie na bladej okładce barwią się cudowne listki. Nie trudno jest oszołomić potencjalnego nabywcę, bo już w chwili, gdy tylko ją otworzy od razu uderzy go jej piękno i prostota.
Publikacja ma prosty układ- na jednej stronie znajduje się prześliczne i niesamowicie kolorowe malowidło stworzone przez Meerę Lee Patel, zawierające w sobie ciekawy cytat w wersji oryginalnej i przetłumaczony na nasz ojczysty język u dołu, a na drugiej jedno jasne polecenie- zadanie do wykonania, które oczywiście nawiązuje do cytatu znajdującego się przy rysunku. Część zadań jest banalnie prosta, inna za to bardziej skomplikowana. Niektóre wymagają koncentracji na bieżących wydarzeniach, a inne zmuszają nas do podróży w głąb siebie i do własnych wspomnień- często zamazanych. Zadań jest całkiem sporo, angażujących zupełnie inne nasze umiejętności. Podstawą jednych jest przelewanie na stronice naszych radości, innych z kolei podążanie za pragnieniami po wyznaczonym torze. Niektóre przyjmują formy otwarte, celem innych jest zaznaczenie tego, co nam odpowiada, a jeszcze inne nabierają bardziej tabelowatego kształtu.
  
     To wszystko ma nam pomóc. Każdemu z nas, kto oczywiście jest na to gotowy. Kto znajdzie chwilę czasu, aby chociaż mały odcinek czasu każdego dnia poświęcić na uzupełnianie kolejnych stronic. Dzięki temu bardziej poznamy siebie- swoje własne radości, swoje smutki, zobaczymy co możemy w sobie poprawić, a czemu dać spokój, bo przecież zadręczamy się czymś bez większego sensu. Mamy niespełnione marzenie? Czemu nie zapisać go na kartce, wrzucić do butelki, a następnie ją wyrzucić w siną dal, czy też w morskie fale. Równie dobrze możemy to upozorować w tej właśnie książce. W końcu mamy papier, na pewno w domu znajdziemy jakieś materiały piśmiennicze, a więc nic nie stoi nam na przeszkodzie, abyśmy dali się ponieść fantazji i wyrysowali wszystko w miejscu do tego przeznaczonym. Przynajmniej pozostanie faktyczna pamiątka na postęp w pracy nad sobą. To jest właśnie ogromna zaleta książki. Pomimo tego, że daje się zadanie, które teoretycznie nie wymaga opracowania w „Zacznij od dziś” spokojnie znajdziemy miejsce na kartce, aby tam się uzewnętrznić. A gdy rozpiszemy się za bardzo? Cóż... zawsze można podoklejać dodatkowe miejsce do pisania albo po prostu zrobić kolaż swoich emocji, czy powyklejać stronę hasłami znalezionymi w czasopiśmie.
 
     Ewidentnie publikacja Meery Lee Patel pomoże rozwinąć naszą kreatywność, a to już będzie ogromny sukces. Jeżeli przy okazji dowiemy się czegoś więcej o samych sobie, to będziemy mogli stanąć na naszym osobistym podium. „Zacznij od dziś. Poznaj siebie” to książka, która funduje nam całkiem ciekawą terapię przy użyciu nie tylko prac domowych, zadań do wykonania, ale również przepięknych malowideł i prawdziwych złotych myśli różnych znanych i kochanych. To czy złapiemy za jej strony i zaczniemy zabawę z książką zależy już tylko od nas. Natomiast na to, czy da oczekiwane efekty być może będziemy musieli odrobinę poczekać.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa MUZA!

muza.com.pl

Tytuł oryginalny: Start Where You Are / Tłumaczenie: Anna Rajca-Salata / Wydawca: MUZA / Gatunek: poradnik / ISBN 978-83-287-0447-3 / Ilość stron: 128 / Format: 145x210mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 11 lipca 2016

1209. Zwierzogród, reż. Byron Howard, Rich Moore

      W kwestii animacji Disney nigdy nie zawodzi! Kiedy więc świat obiegła wiadomość, że twórca „Zaplątanych” wraz z człowiekiem od „Ralpha demolki” połączą siły i stworzą zwierzęcy świat o nazwie „Zwierzogród” oczywistym stało się, że każdy fan bajek będzie musiał się zapoznać z najnowszą propozycją. Nominacja do Oscara jest niemalże pewna, bowiem film ma szansę stać się kultowy, a dialogi z niego mogą wejść do życia codziennego nie tylko dzieci, ale również i dorosłych.
Źródło: Galapagos Films
     Świat przyszłości, gdzie dzikie zwierzęta stłumiły swoje pierwotne instynkty i mogą robić ze swoim życiem, co tylko pragną. Mała króliczka Judy Hops (Julia Kamińska) wiąże wielkie nadzieje z powstającym właśnie Zwierzogrodem. Liczy na to, że jak dorośnie zostanie funkcjonariuszką policji i będzie nie tylko strzegła porządku, ale również zmieniała świat. Kiedy w końcu udaje jej się spełnić marzenia zostaje sprowadzona na ziemię, a dokładnie do fascynującego pilnowania parkometrów. Zrządzeniem losu udaje jej się dostać sprawę zaginionej wydry, w czym pomaga jej cwany lis imieniem Nick Bajer (Paweł Domagała). Wkrótce okazuje się, że zaginieni to najmniejszy problem z jakim borykać musi się miasto.
     Genialne postaci, fascynująca fabuła z morałem, ale przede wszystkim świetna zabawa z popkulturą, czego można chcieć więcej? Zawsze mogłoby być jeszcze więcej ciekawie wykorzystanych wątków z innych filmów i jeszcze więcej humoru. „Zwierzogród” jednakże jest niczym kwintesencja wszystkich dotychczasowych bajek Disneya. Prostota w przekazie, gdzie w końcu fabuła nie kręci się wokół wątku miłosnego, czy jakichś innych dramatów. Tematyka bardzo na czasie, dotykająca głównie podziałów rasowych i uprzedzeń, które są przyczyną tego stanu. Poza tym, bardzo wprawnie pokazuje się tutaj drogę do realizowania własnych marzeń, satyrycznie patrząc na nią pod postacią zwierząt, bo przecież jeżeli lisek marzy o tym, że w dorosłości zostanie słoniem, to nawet i jego marzenie ma szansę się spełnić!
Źródło: Galapagos Films
Ostatecznie jednak film pozostaje bardzo dobrą komedią, w dodatku sensacyjną, bo przecież rzadko kiedy wykorzystuje się w animacjach wykorzystuje się wątki przestępcze i wrzuca do akcji policjantów. Każda rozgrywka wydaje się mieć wpływ na dalszy rozwój wydarzeń, więc nie można liczyć tutaj na zapychacze. Ciekawie również pokazuje się tok śledztwa, który jest chyba najgenialniejszym i najzabawniejszym ciągiem zdarzeń jaki powstał w animacji. Począwszy od ponownego spotkania Judy z Nickiem, poprzez wizytę u golusieńkich joginistów, poprzez genialną akcję w rozleniwionym wydziale komunikacji (serio... śmiech Flasha, to mistrzostwo świata, które rozbawi największego ponuraka!), aż na spotkaniu z wielkim gangsterem skończywszy (nie ma to jak gobelin z kłaków z tyłka skunksa!). A potem wcale nie jest nudniej! Akcja szybko przeskakuje z jedną na drugą, a wydarzenia, które wydają się być finiszem stają się jedynie wstępem do grubszej rozgrywki. Bardzo dobrze buduje się tutaj napięcie, które w pewnym momencie sięga zenitu. Dobrze, że wprawnie wprowadzone dowcipy i gagi rozluźniają atmosferę.
Źródło: Galapagos Films
     Często jest tak, że animacje nawiązują do aktualnych wydarzeń w świecie- a żarty, które się do nich odnoszą zazwyczaj rozumiane są jedynie przez obeznanych w tymże obcym świecie lub po prostu mieszkańców danego kraju, którego dotyczą. Dlatego też Bartosz Wierzbięta ponownie świetnie poradził sobie z polskimi dialogami, nadając tej amerykańskiej animacji odrobinę polskiego ducha. Jednakże „Zwierzogród” posuwa się o krok dalej. Daje sposobność nie tylko dla twórców dubbingu, ale film sam w sobie jest odwołaniem do bardzo wielu najrozmaitszych filmów, seriali, a nawet i gier. Patrząc na podążające za sobą na ślepo gryzonie od razu na myśl mamy Lemingi, a widząc Pana Be i śledząc jego debiut na ekranie... cóż... szczurzy Ojciec chrzestny jest równie genialny, jak Marlon Brando. Rewelacja, po prostu!
     Wspominając o Panu Be koniecznie jest zwrócenie uwagi również i na Flasha, czy Pazurjana, bo te trzy postacie zdecydowanie stanowią kwintesencję humoru całego filmu. Wojciech Paszkowski jak zwykle pokazał mistrzostwo w dubbingu nadając Panu Be charakter typowo mafijny i tak bardzo brandowski. Nie tylko on jest tutaj świetnie obsadzony. Polscy aktorzy zaangażowani do „Zwierzogrodu” to naprawdę fantastyczna sprawa. Julia Kamińska jako Judy Hops... nie brak jej słodyczy, ale i charakteru! Bardzo dobra zabawa głosem i te podśmiechiwania w wydziale komunikacji... Cudo! Paweł Domagała w ciele lisa Nicka Bajera również nieźle sobie poczyna, choć to nie na nim skupia się nasza uwaga. Wiktora Zborowskiego nie trudno jest nie zauważyć. Ten jego głos wydobywający się z lwiego burmistrza. Od razu budzi respekt!
Źródło: Galapagos Films
     Mówiąc o „Zwierzogrodzie” trudno byłoby nie mówić o animacji samej w sobie. Po jednej stronie barykady drapieżniki, a po drugiej niewinne stworzonka. Wszystkie te postaci wyglądają naprawdę zjawiskowo, dopracowane w każdym calu, ale to co naprawdę zachwyca to pomysł na stworzenie miasta, a w zasadzie całej krainy. Ciekawy sposób na stworzenie pustynnych rejonów, które tak bardzo kontrastują z tymi śnieżnymi i deszczowymi. Typowa dzicz! Natomiast cywilizowane miasto... przepiękne i tak bardzo dostosowane do potrzeb nawet tych najmniejszych. Wszystko takie kolorowe i niekiedy wyglądające jak żywe! Świetna rozrywka dla wszystkich widzów. A jeżeli już mowa o rozrywce... w oryginalnej wersji językowej jedną z ról gra Shakira, która podkłada głos do Gazelli- popularnej piosenkarki. Jej utwór „Try Everything” w polskiej wersji wykonany przez Paulinę Przybysz i przybierający nazwę „Nie bój się chcieć”, to coś co daje niezwykły zastrzyk energii. Bardzo dynamiczny i rytmiczny kawałek, który szybko wpada w ucho i podczas seansu usłyszeć możemy go właśnie w dwóch wersjach. I dobrze, bo bardzo szybko można się od niego uzależnić.
Źródło: Galapagos Films
     Animacja stworzona przez duet Howarda i Moore'a, to jedna z najlepszych animacji jakie powstały w ostatnich latach. W niektórych aspektach „Zwierzogród” bije na głowę poprzednie twory studia Disneya. Zachwyca lekkością z jaką opowiada się tutaj bardzo mądrą historię nie tylko o podążaniu za marzeniami, ale również tolerancji i nie podążaniu za stereotypami- bez względu na to, czy są lukrowane, czy zlane deszczem. Produkcja stanowi rewelacyjną rozrywkę niemalże na każdym poziomie i dla każdego. Najmłodszych rozbroją urocze postaci i ich wielobarwność, a dorośli widzowie docenią odniesienia do klasycznych produkcji nie tylko światowych, ale też polskich. Świetne dialogi i naprawdę genialne postaci, to coś co nie daje o sobie zapomnieć. Aż ma się ochotę oglądać ten film każdego jednego dnia- do znudzenia. Oby więcej takich filmów!

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Zwierzogród” – dystrybucja Galapagos Films!
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray


Oryginalny tytuł: Zootopia / Reżyseria: Byron Howard, Rich Moore / Scenariusz: Jared Bush, Phil Johnson / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Julia Kamińska, Paweł Domagała, Krzysztof Stelmaszyk, Barbara Kurdej-Szatan, Sebastian Perdek, Wiktor Zborowski, Izabela Dąbrowska, Krzysztof Szczepaniak, Anna Wodzyńska, Grzegorz Pawlak, Wojciech Paszkowski / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Komedia sensacyjna
Premiera: 10 lutego 2016 (Świat) 19 lutego 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-Ray: 20 czerwca 2016