NOWOŚCI

Najnowsze teksty

sobota, 24 czerwca 2017

SZORTy #41: Skóra, w której żyję, Misery, Kwiat pustyni

Oryginalny tytuł: La Piel que habito | Reżyseria: Pedro Almodóvar | Scenariusz: Pedro Almodóvar | Obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet Roberto Álamo, Eduard Fernández | Kraj: Hiszpania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 19 maja 2011 (Świat) 16 września 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Jeden z najchętniej oglądanych i najpopularniejszych hiszpańskich reżyserów. Pedro Almodóvar daje kolejne genialne dzieło, bazując na szokującej powieści autorstwa Thierry'ego Jonqueta „Tarantula”.
     Hiszpański chirurg plastyczny pracuje nad syntetyczną, odporną na uszkodzenia skórą. Swoje testy przeprowadza na tajemniczej kobiecie, pięknej kobiecie, którą przetrzymuje w swoim domu.
     Jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jakie przyszło mi oglądać. Szokujących, a przy tym mocno zdeprawowanych i przerażających. „Skóra, w której żyję” rozpoczyna się zdecydowanie za bardzo spokojnie. Od razu zapala się lampka ostrzegająca, bo coś tutaj nie gra. Mocno medyczny charakter, z precyzją chemika dobieranie struktur dających pożądany efekt, pożądany produkt. Wystąpienia na konferencjach, a potem? Cóż... potem włamanie, dziwaczne w skutkach, które szokuje. Jednakże jak myślicie, że na tym skończą się zwroty w akcji to bardzo się mylicie. Tego co ma nadejść nikt się nie spodziewa, no bo jak? Nie mniej, od pewnego momentu z łatwością można się domyślić w czym tkwi sekret tej produkcji, co jest jej drugim dnem. Świetnie jest to zmontowane, Almodóvar sprawnie buduje napięcie- to pewne. Bierze na barki historię, która wstrząsała czytelnikami, a niczego nie świadomy widz zaplątał się w siatkę tajemnic filmowych. Stworzenie psychologicznej warstwy filmu również się udało, choć nie dla każdego będzie to wystarczające. Można było co prawda bardziej popracować nad ludzkimi relacjami, stworzyć większą problematykę postaci, ale i tak efekt jest zachwycający. Świetnie się to ogląda, film wciąga jak niewiele produkcji. Zdecydowanie godny polecenia z uwagi na historię i jej poprowadzenie. Godny polecenia z uwagi na swoją moc w przekazie, no i klimat, klimat tajemnicy, który jest tutaj traumatyzujący.

Oryginalny tytuł: Misery | Reżyseria: Rob Reiner | Scenariusz: William Goldman | Obsada: Kathy Bates, James Caan, Richard Farnsworth, Frances Sternhagen, Lauren Bacall, Graham Jarvis | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 30 listopada 1990 (Świat) 31 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 7/10

     Klasyka kina grozy, zekranizowana na podstawie kultowej powieści Stephena Kinga. Nieprzeciętna „Misery” będąca odskocznią od aktorskiej kariery Reinera, natomiast dla Kathy Bates stała się przełomem.
     Poczytny pisarz ulega wypadkowi podczas śnieżycy. Odnajduje go i pomaga mu tajemnicza pielęgniarka, która okazuje się być najwierniejszą fanką jego twórczości, w szczególności tej związanej z postacią Misery.
     Interesująca produkcja, utrzymana w dość kiczowatym klimacie, ale tak bardzo oddająca charakter przełomu lat 80tych i 90tych ubiegłego wieku. Fabularnie jest to zdecydowanie coś dla miłośników książek, którzy tym seansem ustrzec się mogą od pewnej psychozy wywołanej nadmierną fascynacją treścią ulubionych powieści. Tutaj zdecydowanie podziałał czynnik zbyt poważnego potraktowania książki i nadmiernego przywiązania do jej głównej bohaterki. Jest to przykład genialnego złoczyńcy wykreowanego przez świat, którego zamiłowaniem stały się powieści konkretnego autora. Typowy stalker, który tworzy ołtarzyki z ukochanym pisarzem i marzy o podejściu z nim do ślubnego kobierca. Trzeba przyznać, że motyw całkiem przedni wywołujący sporo niepokoju w człowieku. Jednakże trzeba przyznać również, że jest to tytuł mocno przewidywalny, niczym nie zaskakujący widza, aczkolwiek pewnie w ówczesnych czasach ktoś jeszcze mógł uwierzyć uroczej buźce Annie. Rozwój wydarzeń bardzo dobrze buduje napięcie, gdyż nie do końca wiadomo, co stanie się ze wspomnianym pisarzem. Aż ciężko rozmyślać nad tym, czy i sam Stephen King przeżył podobne chwile grozy. Hm. Jest tutaj również kilka scen, które kumulują w nas emocje, jak chociażby wykradanie się z pokoju, a później prędkie do niego wracanie, przed powrotem Annie. Takich emocji człowiek nie chciałby doświadczyć w realu. Jak dla mnie jest to naprawdę bardzo fajny film, który potrafi zaintrygować i przykuć uwagę widza. Nietuzinkowy, a z drugiej strony na tyle życiowy, aby poczuć się nim całkowicie omamionym.

Oryginalny tytuł: Desert Flower | Reżyseria: Sherry Hormann | Scenariusz: Sherry Hormann | Obsada: Liya Kebede, Sally Hawkins, Craig Parkinson, Meera Syal, Anthony Mackie, Juliet Stevenson, Timothy Spall | Kraj: Wielka Brytania, Austria, Niemcy | Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 05 września 2009 (Świat) 26 marca 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

     Produkcja Sherry Hormann, amerykańskiej reżyserki cichych obrazów, która u swoich podstaw ma wstrząsającą historię modelki Waris Dirie. Kobieta po latach postanowiła opowiedzieć całemu światu o dramacie somalijskich dziewcząt, a przyjęło to powieść jej autobiograficznej powieści o tytule- „Kwiat pustyni”.
     Młoda i piękna dziewczyna, ucieka ze swojego rodzinnego domu w Somalii i przyjeżdża na Wyspy Brytyjskie. Kiedy po sześciu latach, rodzina, u której się zatrzymała postanawia powrócić do kraju, ona szuka swojego szczęścia gdzie indziej. Przypadkowo wkracza w świat mody, choć piętno tego co jej zrobiono w dzieciństwie, nie pozwala jej otworzyć się na ludzi.
     Czasami słyszymy historie, które wydają się nam bardzo obce. Historie, które dotykają małych zakątków naszego świata. Często są to historie, o których w ogóle się nie mówi z uwagi na religijne, plemienne przekonania. Czasami ktoś się przełamie i potem powstają takie traumatyczne książki, jak „Kwiat pustyni”, na podstawie których robi się filmy. Obraz Sherry Hormann przesycony jest emocjami. Prezentuje obraz wycofanej dziewczyny, która nie włada dobrze językiem angielskim, a pęta jej przeszłości nie ograniczają jej swobodę w kontaktach z innymi ludźmi- w szczególności mężczyznami. Jak można bowiem żyć z taką krzywdą wyrządzoną przez bliskich? I to jeszcze w tak młodym wieku? Waris jakoś żyła i radziła sobie z tym świetnie, choć i nie bez skrępowania. Ze łzami w oczach obserwujemy jak traumatyczne są to dla niej wspomnienia. Ze łzami w oczach obserwujemy relację z tej straszliwej chwili. Inaczej nie da się na to patrzeć. Oczywistym jest, że takie sceny zawsze najbardziej będą poruszać i wydaje się, że są to jedyne chwile, które wzbudzają większe emocje w widzu. Nie mniej, kogo nie cieszą postępy dziewczyny w świecie mody? Kogo nie ucieszy przemiana jaką przechodzi? Może i nie jest to poprowadzone dynamicznie, bo jakże może skoro to dramat, ale z pewnością jest w stanie przykuć uwagę. W szczególności, że Waris jest niesamowicie piękna. Każda sesja z jej udziałem uwydatnia jej urodę coraz bardziej, choć nie trudno oprzeć się wrażeniu, że modelka trafiła do jakiegoś zupełnie innego światka modelingu. Na ekranie towarzyszy jej cudowna Sally Hawkins, która stara się realizować tu swoje własne marzenia, ale znajomość z Waris nie pozostała bez wpływu na nią samą. Kolejna cudowna przemiana. Film może i nie jest jakiś wielce wybitny, może momentami zanudza, a innym razem ułagadza fakty. Pewne jest jednak to, że porusza i to niejednokrotnie, a fakt, że rytualne okaleczanie dziewczynek jest wciąż praktykowane, nawet po interwencji Waris w ONZ jest po prostu... obezwładniające.

wtorek, 13 czerwca 2017

Książka #447: Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem, aut. Lauren Fern Watt

     Świat dzieli się na trzy typy ludzi- tych, którzy kochają psy, tych, którzy wolą koty, a także takich co mają gdzieś istoty żywe i robią im krzywdę na każdym kroku. Osobiście należę do tej pierwszej grupy i cieszę się, że są na tym świecie tacy ludzie jak Lauren Fern Watt. Młoda kobieta, która przed 20stką poznała swoją najlepszą przyjaciółkę i była z nią w jej najpiękniejszych chwilach. W końcu napisała książkę o ich wspólnych przygodach, nadając jej tytuł „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem”.

      Gdy Lauren miała 19 lat matka, która sama przed sobą nie chciała się przyznać do problemu alkoholowego, sprawiła jej uroczego szczeniaka. Dała jej na imię Gizelle, na część księżniczki Disneya, która trafiła ze swojego bezpiecznego bajkowego świata prosto do miejskiej rzeczywistej dżungli. Szybko się okazało, że suczka będzie gigantycznym psem, jak to mają w zwyczaju mastify angielskie, gdy już jako 3-miesięczny szczeniak ważyła 22kg. Lauren i Gizelle były niemalże nierozłączne. Dziewczyna zabrała swojego psiaka nawet do Nowego Jorku, gdzie przeniosła się zaraz po skończeniu college'u. Kiedy na psią towarzyszkę spadła straszliwa diagnoza, Lauren postanowiła spełnić jej największe marzenia.
     „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” jest jedną z takich książek, że od razu staje się oczywiste- wypłaczemy sobie na niej oczy. Oczywiście ci, którzy choć odrobinę lubią zwierzaki, bo bezduszne zwyrodnialce będą się naśmiewać nawet z takiej historii. Jednakże, zanim spadnie na nas straszliwa trauma, którą odczuwać będziemy wraz z bohaterką i jednocześnie autorką musimy wpierw pokochać ten duet. Jak można tego nie poczuć kiedy jest się z dziewczynami od pierwszej ich wspólnej chwili. Cieszymy się każdą ich radością i smucimy każdą tragedią. Na szczęście tych drugich było bardzo niewiele, dzięki czemu możemy nauczyć się dokładnie tego samego co Lauren- radości z życia. Tę młodą kobietę i jej ukochanego psa połączyła niesamowita więź. Więź, której pozazdrości im każdy, a niewielu ma szansę doświadczyć- bez względu na to czy z psem, czy z człowiekiem. Jest to rewelacyjny przykład na terapeutyczną moc psiaków, których bezwarunkowa miłość dodaje nam skrzydeł i motywuje do zmian, do stawania się lepszymi. Lauren, piękna i młoda o wielu marzeniach i niekoniecznie wysokiej wierze w siebie. Sporo przeżyła podczas tych wspólnych lat z Gizelle i z zawziętością odhaczała kolejne punkty z listy rzeczy do zrobienia. Mieszkanie? Praca? Mężczyzna przy boku? Najlepsza przyjaciółka? Wszystko jest! Jednakże dopiero, gdy przychodzi do realizacji marzeń suczki odczuwamy prawdziwą moc tej powieści. To nie tylko siła jaką znalazła w sobie Lauren, aby w końcu dorosnąć i inaczej spojrzeć na swoje życie, ale również i przepiękna siła więzi z Gizelle, które odmieniła jej życie i dała moc do działania.
     Nie mniej, na pewnym etapie historii, a w zasadzie przez zdecydowaną większość uwaga zdecydowanie bardziej skupia się na Lauren. Oczywiście, psiak istnieje w jej życiu i nie daje o sobie zapomnieć, ale z drugiej strony nie poświęca się jej aż tak dużo uwagi. Można by oczekiwać, że miłość do Gizelle będzie się aż wylewać z każdej kartki... Jednakże odmiana ma przyjść dopiero później. Rozsądnym jest wzięcie pod uwagę, że skupia całej uwagi na relacjach z psem mogłoby być na dłuższą matę męczące, dlatego też Fernie inaczej poprowadziła tę historię. Dzięki temu mamy w niej niemalże wszystko, czego można oczekiwać od powieści obyczajowych i rasowych wyciskaczy łez. Trudno będzie to przyznać, ale książki o zwierzętach lubią wyciskać łzy, a „Gizelle” sprawia, że zalewamy się nimi jeszcze na długo przed pożegnaniem.
     Czytanie książek opartych o wydarzenia prawdziwe jest o tyle fajne, że można się spokojnie odnaleźć w rzeczywistości w jakiej rozgrywa się akcja. Jeśli jest to jeszcze książka biograficzna lub autobiograficzna, a autor uraczy nas jakimiś smaczkami, to wykorzystując moc internetu można odnaleźć właściwe elementy układanki. Lauren odsyła nas do swojego Instagrama, a przy okazji bombarduje nas solidną dawką zdjęć, dzięki czemu poznać można zarówno ją, jak i Gizelle, a dodatkowo można zobaczyć te niesamowite proporcje, przez które nazywa swojego psiaka „minicooperem”. Urocze.
     „Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem” to naprawdę wyjątkowa historia. Niepozorna dziewczyna i jej przyjaciółka, zdecydowanie należąca do tych, co przytłaczają swoimi gabarytami. Połączyła je niezwykła więź, a teraz czytelnicy mogą poczuć tę magię wraz z nimi. Ta powieść to również rzesza wspaniałych ludzi, których ta dwójka spotkała na drodze, ale przede wszystkim jest to ciepła opowieść, która nie boi się wyrwać ludziom serca i utopić ich we własnych łzach. Łatwo jest pokochać duet Lauren- Gizelle, łatwo jest cierpieć wraz z nimi, łatwo jej wraz z nimi się śmiać i bawić. Zdecydowanie warta uwagi historia, która wzruszy każdego.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!
harpercollins.pl
Tytuł oryginalny: Gizelle's Bucket List. My Life with a Very Large Dog / Tłumaczenie: Dorota Stadnik / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowe, biografie / ISBN 978-83-276-2936-4 / Ilość stron: 208 / Format: 195x205mm
Rok wydania: 2017

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Książka #446: Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks, aut. Jan Brzechwa

      Niezwykła persona, którą zna niemalże każdy Polak. Zdarzy się nawet, że i dla kogoś ze świata nie będzie on kimś obcym. Stworzył go nie kto inny, jak sam Jan Brzechwa, który uwielbia historie fantastyczne i nietuzinkowych ludzi. Aczkolwiek według wielu życia dodał mu sam Piotr Fronczewski, który wcielił się w tę postać na wielkim ekranie. Pan Ambroży Kleks znowu powraca na półki księgarń, aby zapoznać nowe pokolenie z niezwykłościami, które pojawiły się zanim świat usłyszał o Harrym Potterze i Szkole Magii i Czarodziejstwa.
     Młody chłopiec, Adam Niezgódka, trafia do najbardziej niesamowitej szkoły, jaką ktokolwiek z nas mógłby poznać. Jej dyrektorem i jednocześnie nauczycielem jest ekscentryczny, ale jakże dostojny i miły człowiek, pan Ambroży Kleks. W towarzystwie swojego szpaka Mateusza prowadzi lekcje, zarządza akademią i boryka się z najrozmaitszymi problemami. Nigdy nie może zapomnieć, aby się napompować po malutkiej nocy, czy oprószyć swój nos i policzki piegami. Jego życie pełne jest niesamowitych przygód, o których czytelnikom opowie zarówno on sam, jak i jeden z jego najpilniejszych uczniów- wspomniany wcześniej Adam.
      Dziś opowieści o Panu Kleksie stały się już klasyką, nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. W wielu współczesnych powieściach młodzieżowych znajdziemy ułamki pomysłowości Jana Brzechwy. Nic dziwnego, bowiem rzadko trafia się na takie wyjątkowe i jednocześnie fantastyczne pomysły, które zaintrygują nawet młodych czytelników. Wszystko rozpoczyna się od przygody w szkole, „Akademii Pana Kleksa”, bo każdy z nas największą życiową wyprawę rozpoczyna właśnie tam. Niesamowitości skrywa ona całą masę, a młodzi uczniowie wydają się świetnie poruszać w tych tajemniczościach. Dziwaczne zwyczaje Pana Kleksa to jedna rzecz, a to co kryje się w sekretnych kątach akademii to rzecz zupełnie inna. Magia, która okrywa szpaka Mateusza, historia która towarzyszy jego istnieniu- to jedna z bardzo wielu fascynujących rzeczy. Jednakże to co najbardziej podoba się w tej części opowieści to nawiązanie do bardzo wielu pobocznych bajek z najrozmaitszych zakątków świata. Chyba nie ma co się dziwić skoro Brzechwa dał Kleksowi klucz, który otwiera drzwi do każdej jednej bajki. To musi być niezwykłe wydarzenie móc odwiedzić Królewnę Śnieżkę, czy Dziewczynkę z zapałkami. Może nie tak niezwykłe jak wizyta w Fabryce Dziur i Dziurek, ale zawsze to jakaś odskocznia od absurdalnego i zaskakującego życia w akademii. To zdecydowanie najbardziej naładowana fantastyką część z całej książki. Nie dość, że odkrywa magiczne zapędy pana Kleksa, to w dodatku konfunduje, gdy dochodzi do najrozmaitszych i najciekawszych zajęć szkolnych.
Źródło: Nasza Księgarnia
     Kiedy już bajka ta dobiegnie końca rozpocznie się zupełnie inna- „Podróże Pana Kleksa”. Ta, której początek da pragnienie posiadania atramentu. I to nie takiego białego jak kiedyś, a czarnego jak niegdysiejsza kreda. W końcu trzeba było doprowadzić to do porządku, bo ileż można podpisywać ważne dokumenty niewidzialnym atramentem. Nie kto inny musiał się wybrać w pełną niezwykłości podróż w poszukiwaniu barwnika do atramentu, jak niezwykły uczony Ambroży Kleks. Podczas tej wyjątkowej wycieczki odwiedzi naprawdę niespotykane miejsca. Spotka ludzi, których życie odbywa się całkowicie na niby, a także takich co zapamiętują tysiące recept- zamiast po prostu używać atramentu. Nic jednak nie pobije psychopatycznych wynalazców, którzy będą zmieniać innych w maszyny, bo przecież ktoś musi lizać znaczki! Niektóre z tych spotkań będą naturalną koleją rzeczy, inne będą o wiele bardziej zaskakujące ze względu na powiązania z „Akademią Pana Kleksa”. Zaskakujący jest za to finał całej tej publikacji. Po całym milczeniu znowu powracamy do akademii, gdzie pożegnamy uczniów, gdzie znowu spotkamy Niezgódkę. Nie mniej „Tryumf Pana Kleksa” znowu skupić musi się na człowieku orkiestrze, miłośniku piegów i kleksografii. Ta część również przybiera formę luźnych opowiadań, ale bardziej powiązanych ze sobą niż poprzednie. Wraz z „Podróżami Pana Kleksa” stanowi świetną historię z bardzo dużą ilością przygód- możne nawet zbyt dużą. Mamy nawet kilka wątków przewodnich, począwszy od poszukiwań pięknej dziewczyny, a kończąc na osobistych powódkach Niezgódki, który chce odnaleźć swoją rodzinę. Oczywiście, nie można zapominać, że nad wszystkimi cały czas wisi niedomknięta sprawa, która zapewne wciąż będzie rozdrapywać stare rany.
Finałowa część jest o tyle bardziej wyjątkowa, że powstało w niej coś niecodziennego- nowy język. Szczęśliwie nie aż tak specjalnie wymyślny, ale za to mocno komplikujący wymowę, ale przede wszystkim odbiór czytanej treści. Wymaga to sporej koncentracji, aby zrozumieć co dany mówca chciał przekazać. Tym samym wymaga się od czytelnika większej uwagi, ale z drugiej strony może stanowić świetną inspirację do wymyślnej zabawy.
Źródło: Nasza Księgarnia

     Na najnowszą publikację od Naszej Księgarni bardzo przyjemnie się patrzy. Marianna Sztyma zaangażowana do zilustrowania najnowszego wydania Pana Kleksa stworzyła naprawdę rewelacyjne obrazy. Nie ma tutaj przypadkowości, a jest za to cała gama stonowanych, pastelowych barw i zdecydowany pomysł na niekonwencjonalny rysunek. Nie ma tutaj charakterystycznych kresek, są za to rysunki wykonane niczym przez małe dziecko. Kilka maziajek, zatarte linie... i bardzo kontrastowe zestawienia kolorystyczne. Zdecydowanie imponują swoją nienachalnością i subtelnością. Nie biją po oczach, nie próbują być nowym Picassem. Oczywiście, niektóre z nich są bardziej niebanalne, ukazując zaledwie rąbek tajemnicy, ale przez to jeszcze idealnie wpasowują się swoją nieoczywistością w charakter książki. Wyglądają cudownie!
     Pan Kleks wraz z tymi swoimi fantastycznymi zapędami i ekscentrycznym wyglądem zawsze wywoływał mieszane uczucia, przynajmniej we mnie. Nawet w kreacji Piotra Fronczewskiego był on aż nazbyt nietuzinkowy, momentami nawet siejący grozę. Tak samo jest z postacią literacką, która bardziej zaskakuje i budzi trwogę niż wywołuje ciepłe uczucia. Książka z jego przygodami z pewnością nie zanudzi, przynajmniej nie chłopięcą część odbiorców, bo to oni są targetem dla tych wszystkich mechanicznych i fantastycznych fanaberii. Dla innych może być to cięższy orzech do przełknięcia, ale dzięki pięknym ilustracjom Marianny Sztymy i melodyjnym, choć prostym językiem Brzechwy, okaże się być lekturą do ogarnięcia.


Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks / Redakcja: Katarzyna Lajborek / Ilustracje: Marianna Sztyma / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-12962-8 / Ilość stron: 336 / Format: 195x254mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

sobota, 10 czerwca 2017

1226. Vaiana: Skarb oceanu, reż. Ron Clements, John Musker

     Wytwórnia Disneya wypuściła na świat najrozmaitsze historie z różnorakich stron świata. Opowieści kosmiczne, o indiańskiej duszy, czy pięknych księżniczek z najbardziej rozpoznawalnych klasycznych baśni, to nic wobec mitologicznych wierzeń starych plemion. Niesamowity duet reżyserski Clements- Musker, którzy sprezentowali małym widzom „Małą Syrenkę”, „Aladyna”, czy „Planetę skarbów”, teraz wyruszają w tereny Oceanii, aby sięgnąć po jej dobrodziejstwa- kulturę, muzykę i mitologię, i stworzyć swój najnowszy hit, „Vaianę: Skarb oceanu”.

Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Vaiana (Weronika Bochat) jest jedną z potomkiń dawnego ludu, który przed wieloma laty odkrywał nowe lądy podczas wypraw morskich. Córkę wodza od małego fascynowało morze, ale ojciec skutecznie udaremniał jej wszelkie z nim kontakty. Po tym jak potężny półbóg Maui (Igor Kwiatkowski) skradł serce jednej z wysp oceanu- Té Fiti, uznane zostało za skrajnie niebezpieczne do jakiejkolwiek żeglugi. Niestety, rodzinna wyspa Vaiany znajduje się w niebezpieczeństwie, a dziewczyna nie cofnie się przed niczym, aby ją uratować. Dlatego też odnajduje łódź i wyrusza w ocean na poszukiwanie Mauiego, licząc na to, że pomoże jej zwrócić serce bogini Té Fiti, aby na świat mogły powrócić jasność i urodzaj.
     Kolejny film od Disneya, kolejna niesamowita historia i kolejna silna księżniczka. „Vaianie” daleko jest do klasycznych animacji, które budowały nasze systemy wartości, gdy byliśmy dziećmi. Teraz, idąc z duchem czasu, animacje pomagają tworzyć nowe hierarchie wartości, a przede wszystkim poznawać nowe kultury. Najnowszy film Clementsa i Muskera jest tutaj idealnym do tego przykładem. Nie tylko prezentuje nowy typ księżniczki- niezależnej i odważnej, ale przede wszystkim buduje historię, w której szacunkiem darzy się dziedzictwo kulturowe. Z pozoru opowieść wydawać się może nazbyt banalna, w końcu cóż w niej takiego wyjątkowego poza zwykłymi i niezwykłymi przygodami, które spotkać mogą na oceanie każdego korsarza. Tutaj jednak te wszystkie wydarzenia bardzo dobrze budują postać dając jej nowe doświadczenia i wzbogacając wiedzę. Subtelnie pokazują, że kobieta nie potrzebuje mężczyzny, żeby sobie poradzić, a już na pewno nie półboga (!), ale wciąż powinna umieć przyjąć pomoc, gdy wie, że jej potrzebuje. Morskie wojaże uczą Vaianę nie tylko sztuki dyplomacji, ale również i przekształcają jej świat. Odnajduje w sobie odwagę i zdolność do poświęcenia dla dobra sprawy. Tacy bohaterowie zawsze są godni, aby ich naśladować.
Źródło: Galapagos Films
     Z drugiej zaś strony film niesie za sobą pewną mądrość, a nawet i może być dobrą pomocą naukową w przypadku zbierania wiedzy o dawnych plemionach Oceanii. Twórcy fabułę zbudowali na zagadkowej tysiącletniej przerwie w odkrywczej działalności tamtejszych mieszkańców. Nie bez wpływu pozostają tu również ich wierzenia, które dały życie boskiej postaci Mauiego. „Vaiana” to jednak nie tylko opowieści rodem z Nowej Zelandii, ale przede wszystkim kultura tamtejszych regionów. Ekipa filmowa wybrała się na wyprawę po wyspach, aby poznać tamtą roślinność, tradycję- innymi słowy tamto życie, aby jak najlepiej przenieść to do filmu. Dzięki współpracy z wspaniałymi animatorami udało im się oddać piękno, zieleń i wielobarwność okolic Tahiti, a nawet odrobinę je podkręcić. Również na Tahiti podejrzeli ludowe tańce, które wspaniale ubarwiają produkcję już od pierwszych jej chwil. Jeszcze większą magię buduje najbardziej klimatyczna muzyka, jaka powstać mogła w animacji. Takiego muzycznego fenomenu u Disneya nie było od czasu „Pocahontas”. Tak bardzo przesiąkniętej kulturą polinezyjską muzyki dawno nie słyszał świat. Efekt ten udało się uzyskać genialnej ekipie - Markowi Mancina i Lin-Manuelowi Mirandzie, którzy przy współpracy z Opetaia Foaʻi, wokalistą zespołu Te Vaka wykonującego muzykę świata, stworzyli bardzo radosne, bardzo polinezyjskie, gorące kompozycje. Poza tym niezwykłym podkładem muzycznym usłyszymy również świetne piosenki, z czego w ucho najbardziej wpadają trzy: „Pół kroku stąd (How Far I'll Go)”, „Drobnostka (You're Welcome)” oraz „Błyszczeć (Shiny)”. Wszystkie wykonywane przez obsadę, zarówno w polskiej, jak i oryginalnej wersji językowej. Utwory bardzo melodyjne, choć bardziej przemawiające do człowieka w oryginale. Zawsze fajnie jest posłuchać Maleńczuka, ale skoczność „You're Welcome” z wizją śpiewającego Dwayne'a „The Rocka” Johnsona zdecydowanie jest bardziej skuteczne w swoim przesłaniu.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie animacji z dubbingiem pierwotnym zawsze jest rewelacyjnym pomysłem. Nie trzeba płakać nad tym, że ewentualne dowcipy nie są dopasowane do polskich realiów, bowiem uwaga skupia się na tym jak perfekcyjnie dopasowano animację postaci do aktorów użyczających im głosu. Zrozumie to każdy, kto widział „Króla Skorpiona” z Dwaynem Johnsonem i pamięta jego biegnącą do góry brew, a później zobaczył ten sam gest na twarzy Mauiego. Oczywiście, polski dubbing sprawdza się bardzo dobrze przy każdej animacji i tutaj nie jest inaczej. Weronika Bochat nie jest może Auli'i Cravalho o hawajskiej urodzie pasującej do filmu, ale jej głos bardzo dobrze radzi sobie w starciu z tą młodą dziewczyną. Igor Kwiatkowski przy okazji występów mariolkowych w Paranienormalnych pokazał nie raz, że potrafi się świetnie bawić zarówno sobą, jak i głosem więc nie miał problemu wcielić się w postać zapatrzonego w siebie, ale też i silnego Mauiego. Maciej Maleńczuk świetnie rozegrał zarówno partie gadane, jak i śpiewane kraba Tamatoy. Z polskiej ekipy ciężko wyobrazić sobie kogoś, kto lepiej pasowałby w to miejsce.

Źródło: Galapagos Films
     „Vaiana: Skarb oceanu” nie jest może wiekopomnym arcydziełem na miarę „Króla lwa”, jest za to kolejnym krokiem, kolejną podróżą po niezbadanych nam lądach. To nie tylko odważna animacja przygodowa pełna niebezpieczeństw i zakrętów, ale również historia, która rozbudzi ciekawość świata oraz wzbogaci naszą wiedzę o kulturę i technikę dawnych plemion wysp pacyficznych. Najnowsza animacja od duetu Clements- Musker z całą siłą poszarpie nas za wszystkie zmysły. Zachwyci nas barwami i realnością przepięknej polinezyjskiej flory, przerazi nas ogromnymi stworami, ale też zainspiruje wyjątkowo radosnymi i skocznymi utworami muzycznymi, które mają w sobie więcej pacyficznego klimatu niż cokolwiek innego w tym filmie. Ekipie rewelacyjnie udało się odwzorować tamtejsze realia, które stanowiły solidny grunt dla opowieści pełnej niebezpieczeństw i humoru.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Vaiana: Skarb oceanu” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray i Blu-Ray 3D.


Oryginalny tytuł: Moana / Reżyseria: Ron Clements, John Musker / Scenariusz: Jared Bush / Muzyka: Mark Mancina, Lin-Manuel Miranda, Opetaia Foaʻi / Polski dubbing: Weronika Bochat, Igor Kwiatkowski, Piotr Grabowski, Dorota Stalińska, Magdalena Turczeniewicz, Maciej Maleńczuk / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowy, Familijny
Premiera kinowa: 23 listopada 2016 (Świat) 25 listopada 2016 (Polska)
Premiera DVD: 10 maja 2017

czwartek, 8 czerwca 2017

Książka #445: Kopciuszek, aut. Gabriela Mistral

     Kto jeszcze nie zna historii Kopciuszka. Tak wiele razy opowiadana od nowa klasyczna baśń Charlesa Perraulta doczekała się zupełnie odświeżonej i niezwykłej wersji. Jej sprawczynią jest chilijska noblistka imieniem Gabriela Mistral, której miłość do baśni znalazła swoje odzwierciedlenie w krótkich tekstach pisanych do lokalnych dzienników w latach 20tych. Teraz, po niemalże 100 latach, także i my mamy możliwość zapoznania się z jej twórczością w ilustrowanych książeczkach. Wśród nich nie mogło zabraknąć także kultowego „Kopciuszka”.

      Ślicznej urody młoda dziewczyna skazana na życie z okrutną macochą i jej okropnymi córkami. Każdego dnia umorusana, wykorzystywana do granic możliwości. Wtem pojawia się wielki dzień, kiedy to książę organizuje bal spraszając na nie wszystkie okoliczne damy. Dzięki pomocy wróżki chrzestnej także i dziewczyna udaje się na bal.
     Kolejna klasyczna baśń w rękach Gabrieli Mistral i kolejny raz zaskoczenie. „Kopciuszka” zna chyba każdy, w każdej możliwej wersji. Tak by się przynajmniej wydawało. Znamy bowiem twór braci Grimm, znamy opowieść z ust Disneya, ale teraz- dzięki tej chilijskiej poetce, możemy sięgnąć jeszcze bardziej wstecz, do czasów gdy powstawała ta baśń, do czasów gdy opowiadał ją sam Charles Perrault. Bowiem to właśnie jego wersją inspirowała się kobieta. Świadczy o tym powtórzenie balu, którego nie spotykamy nigdy później, w zasadzie w ogóle jest nam to nieznane. Ten zabieg stosowany był w czasach Perraulta bardzo często, dla podkreślenia estetyki utworu. Czy tym razem trzeba go było tak ukwiecać? Wydaje się, że same opisy autorki, które utwierdzają w przekonaniu o pełnym przepychu barokowym charakterze tekstu mogłyby wystarczyć. Dynia, która staje się „karocą z masy perłowej”, ciało Kopciuszka ubrane „w tkaninę złotą, w amarant i szkarłat” i cudowność sali balowej będącej „misterium srebra i miedzi” - to tylko niektóre z opisów oddające nie tylko bogactwo tamtego okresu, ale również i języka pisarki. Cała moc tkwi w tym niesamowitych epitetach, tych całkiem przyziemnych, ale też i zaskakujących porównaniach - „tańczą niezgrabnie jak kaczki”, „stópkę podaje wąską, jak migdał i małą”. Można się w tym zaczytywać na okrągło godzinami, bo bije z tego wiele piękna i fascynacji.
     Takiego „Kopciuszka” jeszcze nie czytaliśmy. Nie wiemy nic o ojcu, nie ma tutaj makabry braci Grimm, nie ma tutaj gadających myszek i śpiewających ptaszków, które szyją balową sukienkę. Są za to przepiękne opisy i równie cudowne ilustracje Bernardity Ojeda. W jej wykonaniu Kopciuszek, choć umorusany, wciąż wygląda subtelnie i świeżo. Prześlicznie prezentuje się jej kreacja balowa, która również nawiązuje do barokowego, pełnego złota i szkarłatu, strojnictwa. Ciemne włosy, rozmazane niczym sadza, usmarowane sadzą policzki- innymi słowy zatarcie wszelkich granic, to coś co budzi zaskakująco pozytywne uczucia i nadaje odrobiny lekkości. Jest to idealna równowaga dla mocnych balowych stronic.
     Książka jest rewelacyjna pod każdym względem. Historia „Kopciuszka” opowiedziana jest może za bardzo powierzchownie, ale tu liczy się język poetycki. A trzeba przyznać, że z takimi cudownymi środkami Gabriela Mistral zrobiła tutaj świetną robotę. Można wpadać w zachwyt nad stylem języka wraz z każdym kolejnym wersem. Można przy każdej stronie powzdychać nad pięknem ilustracji. Można tę rymowaną opowieść czytać bez końca, bo przecież to zaledwie kilka kart, które z taką łatwością rozbudzają nasze zmysły. Jest to prawdziwy balsam dla duszy!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: La Cenicienta / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Bernardita Ojeda / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13182-9 / Ilość stron: 32 / Format: 190x270mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

sobota, 3 czerwca 2017

Książka #444: Królewna Śnieżka u krasnoludków, aut. Gabriela Mistral

     Gabriela Mistral, chilijska poetka, która uwielbia klasyczne baśnie. W latach 20tych wydawała swoje własne wersje znanych historii w lokalnych dziennikach. Po niemalże 100 latach jej opowieści trafiły do szerszej publiki w przepięknie ilustrowanych książeczkach. „Królewna Śnieżka u krasnoludków” jest kolejną z nich, a do współpracy przy ich ilustracji zaangażowano Carlesa Ballesterosa.
     Młoda dziewczyna, w dodatku królewna, uciekając przed myśliwym trafia do małego domku głęboko w lesie. Zachwycona obfitością stołu próbuje smakołyków, a następnie zasypia na uroczych małych łóżeczkach. Kiedy siedmioro mieszkańców wraca do swojego domostwa odnajdują niezwykłego intruza.
     Do tej pory Gabriela Mistral nie stosowała takowego zabiegu, jak przy „Królewnie Śnieżce u krasnoludków”. Pierwszy raz skupia się na jednym wybranym aspekcie z opowiadanych historii. Co zaskakujące porzuca makabryczną oprawę całej historii, odrzuca postać Łowcy, Macochy, a także pościgu za dziewczyną, czy nawet symbol tej bajki, jakim jest zatrute jabłko. Nie ma tutaj księcia z bajki, który przybywa na ratunek na białym rumaku i pocałunkiem prawdziwej miłości ratuje ukochaną z opresji. Idealnie, że pozbywa się tego mało zrozumiałego wątku, który stawia wiele pytań i nie daje żadnych odpowiedzi. Poetka koncentruje się na jednym elemencie, na przybyciu Śnieżki do domku krasnoludków. Akcentuje pytania krasnoludków „-Kto siedział ma moim krzesełku? -Kto jadł z mojego talerza?”, aby jeszcze bardziej podkreślić to istotne w życiu Śnieżki wydarzenie- spotkanie z krasnoludkami, które jest kluczowe dla całej opowieści i przeszło już do kanonu, jako jedna z najbardziej ulubionych scen najmłodszych. Jednakże, czy na tej jednej scenie można zbudować historię? W zasadzie nie można i jest to jeden z mankamentów tej książki.
     Czyta się to w zasadzie tylko dla pięknego języka, cudownych opisów, których chilijska pisarka nam nie szczędzi. Wszystko jest jeszcze bardziej magiczne, wszystko jest jeszcze bardziej urokliwe i zachwycające. Nawet najzwyklejsze czynności zyskują na znaczeniu, gdy opisuje je Mistral: „i bicie jej serca słychać jak świerszcza skrytego w pudełku”. Nietypowe porównania („Siedem łóżeczek w niej stoi delikatnych jak bita śmietanka”, „Noc rozrasta się śpiesznie, jak czarna kałuża na niebie.”), zaskakujące epitety, nadawanie życia przedmiotom martwym („dom oniemiały”)- autorka postarała się także i tym razem. Jest czym nacieszyć ucho i swoje własne wrażenia estetyczne.
     Dużo doznań dostarczają również dość... intrygujące. Takich prac, jak te od Carlesa Ballesterosa, nie spotyka się co dzień. Brak im typowej dziecięcej delikatności, infantylności i gładkości. Dużo tutaj kantów, kontrastów, typowych choć nieoczywistych zestawień kolorystycznych. Strony pozbawione większych prac budzących radość żywymi kolorami, czy lekką nocną grozę przyciemnieniami, ozdobione zostają drobnymi elementami nawiązującymi do treści. Pośród nich znajdziemy leśne choinki, krasnoludkowe lampeczki, czy nawet krasnoludkowe piżamki. Ma to sporo uroku i charakteru. Jest idealnym ozdobnikiem dla opowieści, która przykuwa uwagę i pomaga bardziej poczuć klimat.
     Chilijska noblistka znowu zaskakuje. Tym razem cała książka „Królewna Śnieżka u krasnoludków” jest zaskoczeniem z uwagi na samą opowieść a nie jej formę. Zaskakujące, że autorka skupiła się tylko na jednym małym aspekcie całej historii, kluczowym, aczkolwiek nie jedynym. Nadała tym zupełnie inny charakter tej klasycznej baśni. Brak tutaj typowej dla niej dozy grozy. Wszystko jest tutaj delikatne, urocze i wspaniałe. Wspaniały język, niebanalne ilustracje- to jedne z wielu elementów, które czynią publikację idealną dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Blanca Nieve en la Casa de los Enanos / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Carles Ballesteros / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13183-6 / Ilość stron: 32 / Format: 190x270mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

środa, 31 maja 2017

1225. Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie, reż. Gareth Edwards

     Wychodząc naprzeciw miłości starych fanów, ale też i potencjalnym sympatykom wśród nowego pokolenia wytwórnia Lucas Film realizuje nie lada projekt, który zakłada wypuszczanie na ekrany kin kolejnego filmu z serii każdego jednego roku. Saga jest tylko jedna, ale historia która stanowi jej uzupełnienie... może rozchodzić się w bardzo wielu kierunkach. Dlatego pomiędzy „Przebudzeniem mocy”, a „Ostatnim Jedi” możemy rozkoszować się spin-offem o bohaterskim „Łotrze 1”, który zaspokoi nasz starwarsowy głód.
Źródło: Galapagos Films

     Gdzieś w odległej galaktyce, gdzieś pomiędzy czasem, gdy Lord Vader wpatrywał się w rosnącą na jego oczach Gwiazdę Śmierci, a Lukiem Skywalkerem dążącym do jej zniszczenia, grupa śmiałków wdarła się do tajnej bazy Imperium, aby zdobyć jej plany. To właśnie córka Galena Erso (Mads Mikkelsen)- Jyn (Felicity Jones) otrzymuje od swojego ojca wiadomość, która może odmienić losy wszechświata i udaremnić mroczne plany Sithów. Grupa odważnych mężczyzn sprzeciwia się rozkazom i postanawia dołączyć do dziewczyny. Wspólnie kradną statek, który chrzczą mianem Łotra 1 i udają się w samozwańczą misję, aby wesprzeć rebelię w walce z Imperium.
     „Łotr 1” jest zupełnie innym filmem niż reszta serii. Dla Star Wars jest tym samym, co „Logan” dla X-menów. Koncentruje się głównie na dramatyzmie historii, bardziej niż na widowiskowości wybuchów i reszty efektów. Jedno trzeba jednak zarzucić filmowi... wlecze się niemiłosiernie. Nie potrafi zbyt długo pochwycić uwagi widza, przynajmniej przez 2/3 filmu. Wydarzenia bywają porywcze i zaskakujące, ale nie wywierają większego wrażenia. Owszem, każdy wie o czym jest historia, szkoda tylko, że cała uwaga skupia się na tym jednym aspekcie fabuły. Oczywiście, gdzieniegdzie scenariusz próbuje zboczyć na wątki poboczne- chociażby dramatu rodzinnego Jyn, ale z marnym skutkiem. Zdecydowanie akcja zagęszcza się u finału podróży. Dynamiczne sceny walki, wiele powodów do wzruszeń, przy których dopiero dostrzegamy tragizm całej wyprawy. Dla fanatycznych wyjadaczy będzie to oczywisty ruch, ale dla wrażliwców z zacięciem do romantyzmu wydaje się to być aż nazbyt dramatyczne. Wkrada się lekkie niezadowolenie, lekki zawód, ale w sumie bardziej przesiąkniętego heroizmem i jednocześnie patosem zamknięcia nie można sobie wyobrazić.
Źródło: Galapagos Films

     Cieszą oko i serce każdego geeka te elementy, spoiwa łączące konkretne filmy z kolejnych trylogii sagi. Lord Vader jak najbardziej króluje i zachwycił nawet samego Kylo Rena. Aczkolwiek jego dziarski chód i złowieszczo powiewająca na wietrze (w kosmosie) czarna pelerynka trochę kłócą się z ogólnie przyjętym wizerunkiem postaci, której wdzianko wydawało się mocno ciążyć niemalże w każdym filmie. Niby nie jak Vader, ale w sumie wciąż w brzmieniu głosu Jamesa Earla Jonesa. Sporym zaskoczeniem, ale w sumie logicznym ruchem jest postać pojawiająca się w ostatnich minutach filmu. Z początku wielkie „Whaaat?!” a zaraz po nim „Acha, no w sumie...”. Przy dzisiejszej technologii robienie takich rzeczy wydaje się nie być problematyczne, choć z drugiej może okazać się, że zaraz spadnie zatrudnienie wśród aktorów. Dziwna rzecz. Efekt sam w sobie też wymagałby dopracowania, bowiem było to pierwsze użyte w filmie CGI, które wypadło mocno karykaturalnie.
     Najnowszy film Garetha Edwardsa to z pewnością obraz, na który przyjemnie się patrzy. Cudowne zdjęcia Greiga Frasera swoją epickością wypełniają całe kadry. Przepięknie musiało to wyglądać na wielkim ekranie, wręcz majestatycznie. W szczególności baza na Scarif. Przepiękna planeta i te zdjęcia oddające jej charakter. Nie brakuje tutaj klasycznego starwarsowego „pow-pow-pow”. Laserowe strzały, świetlne miecze- choć ten jedynie w użyciu Vadera- stare, dobre i jak najbardziej udane efekty dźwiękowe. Po raz pierwszy widać również rozmach z jakim działa Gwiazda Śmierci. To jest dopiero spektakularne zjawisko! Do tych wszystkich mniej lub bardziej subtelnych efektów pięknie komponuje się muzyka napisana przez niesamowitego Michaela Giacchino. Oczywiście, wykorzystane zostały również kultowe już brzmienia Johna Williamsa, ale Giacchino stworzył coś równie pięknego, lirycznego, a momentami nawet odrobinę bardziej dramatycznego. Balsam dla uszu!
Źródło: Galapagos Films

      Produkcja cierpi na jedną zasadniczą chorobę- za mało tutaj wyrazistych postaci, a za dużo zbędnego gadania, które niewiele wnosi do opowieści. Okazuje się, że nawet użycie robota nie jest aż tak fascynujące jak to zwykle bywa. Oczywiście, K miał całkiem niewybredne poczucie humoru, momentami wzbudzał naprawdę skrajne emocje, ale było tego zdecydowanie za mało, aby oznaczyć go mianem ulubionego starwarsowego robota. Nie mniej, podkładanie tu głosu przez Alana Tudyka wypada bardzo ciekawie. Te charakterystyczny komik o rozpoznawalnej zabawie własnym głosem dał uczucia tej maszynie i z pewnością uczynił ją jedną z najbardziej świetlistych postaci Łotra 1. Ciężko jest jednak zaakceptować częsty fakt, że postacie drugoplanowe a nawet zrobotyzowane przyćmiewają tych grających pierwsze skrzypce. Przyzwyczailiśmy się już do subtelnych i stonowanych kreacji Felicity Jones więc trudno jest wyobrazić sobie ją jako zatwardziałą bojowniczkę o wolność. Wojownika nie na słowa, ale na faktyczne czyny! I rzeczywiście, odgrywanie przez nią tej roli nie jest do końca realistyczne. Ze swoim delikatnym głosikiem i dziewczęcą postawą wojowniczka z niej żadna. Bardziej charakterna wydaje się być męska część załogi Łotr 1, gdzie każdy oferuje sobą coś zupełnie innego- chociażby ze względu na zamiłowania i zadziorność.
Źródło: Galapagos Films

      „Łotr 1” jest dla serii Star Wars bardzo ożywczą produkcją. To stonowany film, który daleki jest od tych wybuchowych, przepełnionych zbędnym efekciarstwem współczesnych produkcji. Zdecydowanie stanowi bardziej dramatyczne oblicze całej serii, co widać nie tylko w fabule, czy grze aktorskiej, ale również poetyckiej oprawie– lirycznej muzyce, czy majestatycznym ujęciom malowniczych krajobrazów. Lekko okraszony humorem, intrygującymi personami i szlachetnymi wyczynami stanowi idealny łącznik pomiędzy starą i nową trylogią.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray i Blu-Ray 3D.


Oryginalny tytuł: Rouge One: A Star Wars Story / Reżyseria: Gareth Edwards / Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy / Zdjęcia: Greig Fraser / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Felicity Jones, Diego Luna, Alan Tudyk, Donnie Yen, Wen Jiang, Riz Ahmed, Ben Mendelsohn, Guy Henry, Forest Whitaker, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera kinowa: 10 grudnia 2016 (Świat) 15 grudnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 26 kwietnia 2017