NOWOŚCI

Najnowsze teksty

czwartek, 9 sierpnia 2018

Książka #484: Poświęcenie, aut. Adriana Locke

     Adriana Locke wpada na polski rynek wydawniczy wraz z jedną ze swoich pierwszych powieści, z prawdziwym hukiem. Poprzedni rok, kiedy to wydawnictwo Szósty Zmysł rozpoczynało swoje podboje w branży literackiej, należał do mężczyzn zamiłowanych w wojsku- w większości przypadków. Ten natomiast próbuje łączyć spokojne kobiety ze sportowcami. Osobiście bardziej gustuję w tym pierwszym temacie i pewnie dlatego najnowsze propozycje nie wywołują we mnie większego zachwytu. „Poświęcenie” to jednak powieść wyjątkowa, bo uderza w najczulszy kobiecy punkt- w instynkt macierzyński.

     Julia musiała zmierzyć się z niesłychaną tragedią- traci najlepszego przyjaciela, swojego życiowego partnera i męża. Za tragedię obwinia jego brata- Crew, który pomimo wyczuwalnej niechęci ze strony szwagierki robi wszystko, aby troszczyć się o nią i jej córkę Everleigh. Wtedy dochodzi do kolejnego dramatu w rodzinie, usuwając wszystkim grunt spod nóg i mogąc doprowadzić do jej zniszczenia. Wyzwanie, przed którym zostają postawieni Julia i Crew zmusza ich do wielkich poświęceń, które niespodziewanie zaczyna ich zbliżać do siebie ponownie. Wówczas Crew ryzykuje wszystkim co ma, aby wygrać przyszłość dla swoich dziewczyn.

     Przyznaję, tematyka sportowa w książkach za specjalnie mnie nie kręci. Oczywiście, jest to bardzo ciekawe urozmaicenie, wzbogaca to walory książki, ale w większości przypadków nie ma większego wpływu na akcję. Inaczej jest w przypadku „Poświęcenia”, tutaj wątek walk pojawia się w konkretnym celu, wobec czego jestem w stanie wybaczyć autorce fakt jego pojawienia się. Pomimo wszystko uwaga czytelnika skupia się zupełnie na czymś innym. Nie jest to jednak kwitnący romans obojga bohaterów, których łączy wspólna przeszłość, a którzy jednoczą się w obliczu tragedii. To właśnie ta tragedia wyciska z człowieka cierpliwość, pokazuje ból istnienia, a także okrucieństwo tego świata. Ten wątek uderza w najczulszy punkt każdej kobiety- w jej instynkt macierzyński. Większości pęka serce, gdy dzieje się tragedia małym zwierzaczkom, nie ważne, że w filmie ludzie się topią wkoło, najważniejszy jest pies, który nie może się uratować. Tutaj miejsce psa zastępuje bezbronne dziecko, które wrzucone jest w najmroczniejsze z przeżyć, jakie tylko może doświadczyć w swoim krótkim życiu. Ta świadomość rani, ta świadomość wręcz zabija- wizja tych wszystkich straszliwych chwil, których nie chce przeżywać żaden rodzic, żadna matka, żadna osoba, która ma jakiekolwiek emocje i potrafi kochać. Z drugiej strony pokazuje to też ludzką siłę, że pomimo wszystko, pomimo tej tragedii pozostajemy razem, wspierając się wzajemnie. Trzymamy za rękę i choć serce nam pęka, a świat wiruje dookoła to jesteśmy razem. Takie wydarzenia pokazują prawdę o człowieku i nawet ten najbardziej zadufany w sobie, najbardziej zamknięty, w końcu wyjdzie ze swojej skorupy dając siebie i swoje oparcie światu, jego światu.

     Historia jest momentami bardzo przewidywalna, ale bohaterowie... godni podziwu. Można uznać ich za prawdziwych bohaterów w ich fikcyjnych życiach. Julia to typowa silna matka walcząca o dziecko. Pomimo ciężkich przeżyć, które mogłyby odebrać moc każdemu, ona walczy, bo ma po co. Z drugiej strony barykady jest Crew. Mężczyzna o popapranej, nieodgadnionej przeszłości, który wydoroślał i jest zdolny do największych poświęceń. Aczkolwiek gubi go też jego brawura. A pomiędzy tą dwójką jest ona, małe epicentrum wszystkich wydarzeń- córka i bratanica, którą kochają wszyscy. Mała rezolutna Everleigh, która ma więcej rozumku niż większość dzieci w jej wieku, a która może sporo nauczyć swoich rodziców. Ta trójka razem wygląda wspaniale, daje przykład prawdziwej rodziny, którą każdy chciałby mieć i którą każdy chciałby stworzyć.

     Powieść zdecydowanie wzbudza niesamowite emocje, z jednej strony łamiące, ale z drugiej dające sporo nadziei i ukojenie. Kiedy wprowadzenie z lekka przynudza, rozwinięcie łamie nam serca. Kiedy już wszystkie serca pękną z rozpaczy przybywa kolejna fala- pełna wyczekiwania, napięcia... I jeszcze ten finał! Tak dobry w swojej nieoczywistości, zaskakujący ponad miarę, ale również generujący podejrzenie, że takich tanich chwytów może pojawiać się więcej w prozie Adriany Locke. Nie mniej, jeżeli choć połowa powieści autorki jest równie dobra i wzruszająca jak „Poświęcenie”, to biorę je wszystkie w ciemno!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!
Tytuł oryginalny: Sacrifice / Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-65830-60-9 / Ilość stron: 446 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2015 (Świat)

niedziela, 8 lipca 2018

Książka #483: Wielka księga wartości, aut. Teresa Blanch, Anna Gasol

    
Wychowując swoje pociechy dorośli nie zawsze odnajdują dobry środek, aby zrobić bo najlepiej. Wszelkie ważne wartości poznaje właśnie dzięki swoim rodzicom. Ci z kolei mogą korzystać z rad wszystkich dookoła, ale najlepiej byłoby mieć je zebrane w jednym miejscu, prawda? Nic tak nie trafia do młodego człowieka jak nauka przez zabawę, więc teoretycznie nic nie powinno być bardziej pomocne w wychowaniu wartościowego człowieka, jak czytanie mu najrozmaitszych treści z ukrytą puentą. Tym też tokiem poszedł duet pisarski – Teresa Blanch oraz Anna Gasol, który to od lat współpracuje na hiszpańskim rynku. Ich „Wielka księga wartości” porywa od pierwszych stronic.

     Publikacja autorek to zbiór kilkunastu opowiadań ukazujących największe wartości w życiu człowieka zebranych w wielką księgę. Może nie specjalnie opasłą, ale za to rosłą. Szesnaście tekstów traktuje o siedmiu najważniejszych w życiu człowieka wartościach. Są to tolerancja, życzliwość, wysiłek, wspólnota, uczciwość, poczucie własnej wartości i empatia.

     Jak to zwykle bywa w antologiach, tak i jest w tej skierowanej dla najmłodszych. Nie wszystkie opowiadania muszą wszystkim przypasować. Jedne lepiej trafiają do człowieka, inne mniej. Inne są bardziej zrozumiałe, inne bardziej zagmatwane lub z mętnym przesłaniem. Czasami zdarza się tak, że gdyby nie nazewnictwo to w ogóle nie wiedzielibyśmy jakiej wartości dotyczy wybrane opowiadanie. Do moich ulubionych na pewno należą te o tolerancji, u której boku zawsze stoję na straży. Dwa ujmujące teksty, w których kluczową rolę grają dzieci i to ze strony dzieci inne dzieci doświadczają okrutnych zachowań. A to wnuczek nie chce zaakceptować chłopca o śniadej twarzy i kręconych czarnych włosach, który również mieszka u jego dziadków, a to dwójka rodzeństwa ma problemy ze zrozumieniem dlaczego mama darzy sympatią dziewczynkę- przybłędę, która nawet nie ma stałego domu. Już po tych pierwszych opowiadaniach dostrzegamy jakiego rodzaju będzie to książka, bowiem nic nie trafia do dzieci, jak patrzenie na inne dzieci, które dostają nauczkę.

Uwagę sympatyków słodkości zwróci przede wszystkim opowiadanie o człowieku, który traci pracę, a potem pracuje z wielkim zapałem, aby utrzymać rodzinę. W końcu rodzi się z tego konkretny pomysł na biznes, który zabiera jeszcze więcej czasu. Tak, ta historia opowiada o ludzkim wysiłki. Pełne uroku jest za to opowiadanie o uroczej dziewczynce, jej tenisówkach i pewnym bezdomnym. Bardzo wyraźnie ukazuje życzliwość wobec innych osób, patrzenie ponad swoje własne potrzeby i chęć niesienia pomocy innym. Jednym z najbardziej przejmujących opowieści poza tą o córce blacharza, jest ta o poczuciu własnej wartości w połączeniu z uczuciem niewidzialności. Mocno trafi do tych, którzy faktycznie czują się podobnie, jakby mieli super moc. Kolejnym z tej kategorii tekstów jest ten o nowej dziewczynce w szkole, która nie miała nikogo. To konkretnie przekazuje dzieciom wartość empatii, o które tak ciężko w dzisiejszych czasach, gdy każdy biegnie przed siebie każdego dnia.

     Wszystkie opowieści zawarte w tej publikacji są opowiedziane oczami dzieci i do dzieci skierowane. Nie oznacza to jednak, że są infantylne, czy napisane dziecinnym językiem. Wręcz przeciwnie, to lektura skierowana do odrobinę starszych dzieci z prostym przekazem. Przekazem, który zrozumie każdy i który każdego może czegoś nauczyć, pomóc zrozumieć jak być lepszym. Choć proste, historie są niezwykle interesujące. Każda z nich kręci się wokół innej tematyki, w związku z czym każdy z młody czytelników trafi na coś dla siebie i ostatecznie coś w nim zostanie z tej lektury.

     Prawdziwą gratką w tej książce są nie tylko wartości, które serwuje czytelnikowi, ale również przepiękne ilustracje Valentiego Gubianasa. Ten hiszpański artysta zachwyca swoimi pracami. Jego twórczość zdobi nie tylko przepiękne książki, ale również spektakularne murale, czy witryny ciekawych sklepów. Barwne, urocze i po prostu wyjątkowe. Każde nacechowane są poczuciem humoru i nostalgią. Choć mają nieregularne kształty, niekiedy dość makabryczne, to nie wywołują grozy. Idealnie komponują się z opowieścią, której dotyczą, bardzo dobrze podkreślając jej przesłanie. Jest się czym zachwycać.

      „Wielka księga wartości” zbiera w sobie najważniejsze wartości każdego człowieka. Teresa Blanch i Anna Gasol tworzą cudowne historie z myślą o dzieciach, aby nauczyć ich moralnych zachowań i wykształtować z nich dobrych ludzi. Opowieści wielokrotnie wzbudzają bardzo pozytywne emocje, przynajmniej u ich finału. Wzruszają, bawią, ale przede wszystkim zmuszają do refleksji, nie tylko tych najmłodszych, ale też i starszych czytelników. Bardzo dobrze się je czyta, a dzięki przecudownym rysunkom autorstwa Valentiego Gubianasa bardzo dobrze się na nie patrzy. Pobudzają również zmysł wzroku dostarczając estetycznych wrażeń. Razem komponują się w całość idealną, do której chce się wrócić i nad którą wciąż chce się zachwycać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: El libro de los valores para ninos / Tłumaczenie: Marta Szafrańska-Brandt / Ilustracje: Valenti Gubians / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13343-4 / Ilość stron: 144 / Format: 200x267mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

czwartek, 5 lipca 2018

1251. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler

     Ponowne seanse niektórych filmów potrafią całkowicie odmienić nasze wrażenia. Cudownie jeżeli kolejne spotkanie z bohaterami pomoże nam odkryć nowe płaszczyzny wspaniałości i wielkie zalety. Gorzej kiedy następna randka z tytułem zmusza nas do myślenia „co my takiego w nim widzieliśmy?”. Najnowszy film Marvela, który mamy okazję odnaleźć na sklepowych półkach, plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi, bo choć „Czarna Pantera” ma całą masę zalet i jest naprawdę wyjątkową postacią, to jednak... coś tutaj nie gra. 
Źródło: Galapagos Films

    Mieszkańcy Wakandy, tajemnej afrykańskiej krainy, od pokoleń strzegli swojego dziedzictwa. Robili wszystko, aby sekrety ich domu pozostały nieznane reszcie świata. Kiedy w straszliwych okolicznościach ginie król- T'Chaka (John Kani), to jego syn T'Challa (Chadwick Boseman) ma zasiąść na tronie i stać się nową Czarną Panterą. Jednakże, gdy na horyzoncie pokazuje się inny prawowity dziedzic, porzucony przed laty na łaskę i niełaskę ludzi, losy Wakandy mogą się diametralnie zmienić. T'Challa musi staną do rytualnej walki z nowo przybyłym kuzynem Erikiem (Michael B. Jordan), a gdy wynik jest odmienny od oczekiwanego będzie musiał połączyć ze sobą różne plemiona, spajając tradycję i nowoczesną technologię napędzaną wibranium, aby zawalczyć o wolność swojego domu.

      Najbardziej boli chyba jak film Waszego ulubionego uniwersum nie do końca Wam przypasuje. A najgorzej, jak ciężko rozwikłać w czym tkwi problem danej produkcji. Zasadniczo „Czarna Pantera” był filmem, na który czekałam od czasu „KA: Wojna bohaterów”. Od kiedy poznałam tę postać zostałam nią zauroczona. No i masz! Indywidualny film, tak niedługo po premierze. I co? Jedno wielkie „meeeeh”. To smutne, gdy wrażenia po seansie takiego filmu porównuje się do tych z przygody z Kapitanem Ameryką, do którego uprzedziłam się na całe życie. Chyba. Ciężko powiedzieć, że Pantera jest filmem marnym, ale... coś tutaj nie zagrało. Fabuła, która nie do końca porywa, to bazująca na prastarych problemach rodzinnych i schematach opowieść. Powrót „marnotrawnego syna” tutaj przybiera bardziej formę powrót zaginionego członka rodziny, który oczywiście musi upominać się o swoje. Dla zasady. Dodaje to sporo pazura z bardzo wielu powodów. Robi się o wiele dramatyczniej i o wiele bardziej dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

     Bardzo zachwycają te afrykańskie tradycje. Rytualne walki, a później tajemne obrządki nadawania mocy Czarnej Pantery. Bardzo dużo tutaj kolorów, różnych elementów charakterystycznych dla konkretnych plemion. Jednakże... jest to już za bardzo zagrane na pograniczu fantazji. Atrakcje niczym z „Króla lwa”, do którego bez oporów porównywano film po premierze, to zdecydowanie była za duża przesada. Nie mniej, jeżeli to przebolejemy, to przecież pozostaje najważniejszy problem- wsadzenie do tego fantazyjnego świata, opartego na magii, tradycji i niezwykłej etniczności mieszkańców Wakandy, nowoczesnych technologii napędzanych wibranium. Z łatwością można to zrozumieć, bo przecież twórcy dosadnie wyjaśniają co, skąd i dlaczego, ale nie każdemu łatwo będzie przetrawić to oczywiste zderzenie nowego ze starym. Dobrze, że podejmują tę próbę, ale jak w moim mniemaniu za bardzo razi to w oczy, niestety.

     Nie oznacza to jednak, że źle się na to patrzy. Fajnie to wszystko wygląda, chociaż momentami odrobinę przypomina sceny walki z gry niż dopracowaną nierzeczywistość. Robią wrażenie wszystkie te gadżety napędzane wibranium, stworzone przez księżniczkę Shuri, a będące na wyposażeniu Czarnej Pantery. To taki afrykański Agent 007! Ewentualnie... marvelowski Batman. Dzięki tym gadżetom nasz czarny bohater nabiera dynamizmu i barwy. Dostarcza zdecydowanie więcej atrakcji, m.in. przez swój nadzwyczajny kostium. Oczy cieszą się również na widok wszelkich walk, choć trzeba przyznać, że z tą finałową to zdecydowanie przedobrzyli. Po co?! Do tego wszystkiego nie mają one żadnego ciekawego podkładu. Kompozytor za bardzo się tutaj nie wykazał, ale na uznanie zasługują kawałki nawiązujące do klimatu harlemowskich dzielnic Nowego Jorku. Od razu nabiera to bardziej gangsterskiego wydźwięku. 
Źródło: Galapagos Films

     W „Czarnej Panterze” większość obsady to afroamerykanie. Przyjmuje to formę ukłonu w stronę ich korzeni. Dlatego do filmu zaangażowano najlepszych za najlepszych, a przynajmniej tych bardziej znanych. Chadwick Boseman jest księciem z niesamowicie pięknym akcentem. Do pokochania. Idealnie nadaje się na postać Czarnej Pantery. Jego przeciwnikiem staje się Michael B. Jordan, który ponownie wkracza na ring, tym razem jako spadkobierca dosłownego tronu. On chyba pokazuje największy charakterek i jest naprawdę wyrazistym czarnym charakterem. Jednakże jego oddanie sprawie zdecydowanie budzi spory respekt. Wśród kobiet pojawiają się same czarnoskóre piękności. Króluje im Angela Bassett, która swobodnie się czuje w takiej dostojnej stylizacji. Lupita Nyong'o również ma swoje pięć minut, zupełnie jak Letitia Wright, którą kojarzyć mogą fani Netflixa z serialu „Black Mirror”. Jednakże spośród nich najjaśniej świeciła Danai Gurira. Może to kwestia roli, a może po prostu jej charyzmy. Niesamowicie waleczna, niczym w „The Walking Dead”, bardzo oddana sprawie- kobieta z zasadami, pani generał. Zachwyca kocimi ruchami, stanowczością i błyskotliwością. Idealna obrończyni narodów!
Źródło: Galapagos Films

     Największą zaletą, a jednocześnie problemem „Czarnej Pantery” jest jej indywidualność. Prezentuje sobą coś zupełnie innego niż dotychczas otrzymywaliśmy ze strony Marvela. Nie dość, że dostajemy ludzi odmiennych rasowo, z niesamowitymi obrzędami i historią, które gwarantują niesłychane wrażenia wizualne, to dodatkowo próbuje się to scalić z najwyższą możliwą technologią. Ponadto bohaterskość tego tytułu dociera do zupełnie innego grona odbiorców, zwracają uwagę na zupełnie inne wartości niż dla przeciętnego człowieka. To, poza nieco bardziej stonowaną warstwą wizualną i muzyczną, zdecydowanie odmienia go od poprzednich marvelowskich produkcji.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Czarna Pantera” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Black Panther / Reżyseria: Ryan Coogler / Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler / Zdjęcia: Rachel Morrison / Muzyka: Ludwig Göransson / Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Letitia Wright, Winston Duke / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi

Premiera kinowa: 29 stycznia 2018 (Świat) 14 lutego 2018 (Polska)
Premiera DVD: 20 czerwca 2018

środa, 4 lipca 2018

Książka #482: Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, aut. Sergio Olivotti

     Czytanie niektórych książek sprawia nam ogromną przyjemność. Inne pomagają wzbogacić słownictwo, a jeszcze inne... denerwują nas swoją obecnością na rynku. Wśród tych ostatnich najgorszym gatunkiem są te, które obiecują gruszki na wierzbie a wychodzi coś zupełnie innego. To dokładnie ta sama sytuacja, gdy oglądamy zapowiedź jakiegoś filmu i wszystkie najlepsze fragmenty zawarte są właśnie w tej zapowiedzi. Znacie to, prawda? Niestety, ale „Zwierzoobjaśniarka” jest czymś bardzo podobnym. Co z tego, że według włoskiego pisarza i rysownika Sergio Olivottiego jest to coś wielce odkrywczego, skoro tak naprawdę nie mamy okazji tego doświadczyć.

     Przed wieloma wieloma laty żył sobie wymyślony człowieczek o wymyślonym imieniu Bonawentura Karczoch. Miał on wielkie ambicje, wielkie pomysły i jeszcze większe projekty. Kiedy po wielu trudach wpadł na najgenialniejszy w świecie pomysł wynalezienia przyrządu do rozumienia zwierząt jego wymyślone słupki popularności skoczyły w górę. Teoretycznie ten wynalazek funkcjonuje do dziś, w naszych głowach- zwany intuicją.

     Nie lubię kiedy książka obiecuje coś czym nie jest. Ewentualnie to kwestia dwuznaczności i tak naprawdę nie naprowadzenia czytelnika czego może spodziewać się po książce. Okazuje się bowiem, że „Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat” to nie jest tak naprawdę zwierzoobjaśniarka, a jedynie opowieść o zwierzoobjaśniarce. Wielką jest to bolączką kiedy oczekujemy zabawnej lektury, innowacyjnej wręcz, która na swój zabawny sposób pokaże nam w jaki sposób rozmawiać, a w zasadzie rozumieć swoich zwierzęcych pupili. W końcu, wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały, że tak właśnie będzie. No, ale... okazuje się, że to tylko zlepek wymyślonych bzdur o wymyślonym ludziku, który stworzył wymyślony przyrząd do komunikacji. Szkoda, bardzo szkoda. Oczywiście, jest to pewien sposób na książkę i też należy mieć talent, aby wpaść na taki pomysł, ale niewiele to wnosi do naszego życia. Nie dość, że musimy brać margines bezpieczeństwa, to jeszcze na nas spocznie obowiązek wyjaśnienia dziecku, któremu książkę tę przeczytamy, że pomimo tego iż wskazuje się tutaj istnienie Zwierzoobjaśniarki, to takie urządzenia naprawdę nie istnieje. W końcu, każde dziecko chciałoby mieć taki gadżet- choćby nawet tonę ważył. Książka imituje prawdziwą genezę powstania wynalazku- przesłanki, dla których go stworzono, jest też trochę nowinek o życiu wynalazcy, no i oczywiście, ostatecznie, to na co czekaliśmy całą publikację, czyli mała próbka jego działania. Bardzo mała. Za mała. Niestety.

     Przyznać jednak trzeba, że bardzo rzadko można spotkać na rynku tak piękną książkę. W zasadzie to wydanie jest dość schematyczne. Twarda oprawa, normalne papierowe stronice. Jednakże to co zawierają, to jest zdecydowanie warte uwagi każdego. Najpiękniejsze we wszechświecie rysunki Sergio Olivottiego, zachwycają! Szkice konstrukcji utrzymane w bardzo steampunkowym charakterze. Dodatkowo najrozmaitsze zwierzęta o najróżniejszych cechach charakterystycznych, każdy z innej bajki. Wszystko wygląda jakby potraktowano je sepią, bowiem nie ma tutaj wyrazistych kolorów- minują żółcie, pomarańcze, beże i brązy. Aby dodatkowo podkreślić ten klimat publikacji nie skorzystano ze zwyczajnej czcionki typu Arial. Ma swój unikatowy charakter, a dzięki jej dużemu formatowi jest bardzo czytelna.

     Patrząc na „Zwierzoobjaśniarkę” można przyczepić się do bardzo wielu jej elementów. Najbardziej boli fakt, że książka jest zupełnie czymś innym niż miała być. Nie oczekiwałam wykładu na temat genezy tego wynalazku, ale czegoś dla dzieci, co faktycznie odpowie na potrzebę kontaktu ze zwierzętami. Z tego też powodu, choć napisana czytelnym, łatwym językiem szybko stała się po prostu nużąca. Nie pomogły tutaj nawet spektakularne ilustracje, nad którymi można się zachwycać godzinami. Dlatego też, jeżeli ktoś lubi mieć w jednym miejscu portfolio utalentowanego grafika, to zdecydowanie powinien sprawić sobie prace Sergio Olivottiego wraz ze „Zwierzoobjaśniarką”.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Lo Zooblatore. L'invenzione che cambiò la storia / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Sergio Olivotti / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13345-8 / Ilość stron: 80 / Format: 165x230mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

niedziela, 1 lipca 2018

1250. Atak paniki, reż. Paweł Maślona

     Kiedy 4 lata temu oglądałam argentyńskie „Dzikie historie” wydawało mi się, że nikt nie jest w stanie lepiej przedstawić agresji w człowieku niż Damián Szifrón. Film sympatię krytyków, a także i moją. Teraz polski młody reżyser zainspirowany tamtym scenariuszem tworzy podobny przebój kinowy tym razem skupiając się na panice. „Atak paniki” jako jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku w końcu doczekał się swojej premiery na DVD i Blu-Ray. Teraz każdy z nas może popanikować razem z bohaterami tej zakręconej, spanikowanej historii.
Źródło: Galapagos Films

     Małżeństwo (Artur Żmijewski, Magdalena Segda) wraca z urlopu w Egipcie w towarzystwie trupa na pokładzie samolotu. Ich syn (Olaf Marchwicki) upala się wraz z przyjaciółmi i wycina numer jednemu maniakowi gier komputerowych (Barłomiej Kotschedoff). Ten z kolei próbuje uratować swoje cybernetyczne imperium z matką za sterami myszki i klawiatury, bo on sam obsługiwać musi jedno z wesel. Panna młoda (Julia Wyszyńska) jest w ciąży, a jej nowy mąż (Grzegorz Damięcki) gdzieś znika. Pewnie rozmyśla nad swoim pożegnaniem ze swoją byłą żoną (Magdalena Popławska), kiedy to zabrał ją na obiad pod pretekstem podpisania papierów rozwodowych. Na dłuższą chwilę przed weselem dawna przyjaciółka (Aleksandra Pisula) panny młodej próbuje ukryć swoją prawdziwe zajęcie, nie wytrzymując presji pakuje torbę i ucieka.

     Bardzo łatwo przyrównywać „Atak paniki” do „Dzikich historii”, w końcu jest to podobny zamysł fabularny i w dodatku podobnej formie. Cały film poszatkowany jest na kilka elementów, historii, które w odróżnieniu od argentyńskiego hitu przeplatają się wzajemnie, wiążąc bohaterów ze sobą, a nie stanowią sześciu sekwencji zaczynających się jedna po drugiej. Oczywiście, że nie w każdym przypadku wiadomo jak łączą się bohaterowie, w zasadzie to niekiedy w jednej historii znajdzie się kilku bohaterów z poprzednich, a innym razem jeden z nich pojawi się w kilku. Początkowo jednak twórcy zachowują ten sekret dla siebie. Zaskakują innymi rozwiązaniami, które zdecydowanie są mocno abstrakcyjne, ale niekoniecznie niemożliwymi do wydarzenia się. 
Źródło: Galapagos Films

     W końcu rzadko spotykane są podobne przypadki w samolotach jakiej doświadczyło małżeństwo wracając z urlopu. Aczkolwiek już powód, dla którego ma to miejsce wydaje się już bardziej przyziemny i łatwiejszy do zrozumienia dla każdego kto pracuje. Najbardziej zadziwiająca i bardzo na czasie jest opowieść o graczu komputerowym, tak bardzo poświęconemu swojej pasji, tak bardzo uzależnionemu, że agresja aż z niego kipi. Wielka kulminacja następuje na weselu i o dziwo wzbudza chyba najwięcej emocji. Chociaż... jest jeszcze historia małżeństwa w separacji, które ostatecznie ma się rozejść. Jest to przede wszystkim rewelacyjnie zagrana sekwencja, króluje tutaj Magdalena Popławska, która stworzyła bardzo realną, znerwicowaną postać. Cudownie się patrzy na jej emocje, bo zaraża nas nimi i aktualnie zaczynamy kobiecie współczuć. Niesamowicie charyzmatyczna rola. Najdurniejszym z epizodów jest ten dotyczący upalenia się dzieciaków, w zasadzie najmniej interesujący i chyba sami twórcy byli tego świadomi, bo temu wątkowi poświęcili najmniej uwagi. Zdecydowanie za mało emocji wywołują również fragmenty z internetową gwiazdką porno. Szkoda, bo potencjał był przeogromny. Fajne jest jednak to, że każda z tych sytuacji popycha człowieka na skraj wytrzymałości. Przy takim uderzeniu napięcia wiele osób potrafi wybuchnąć. W szczególności, gdy jest się na ślubie w zaawansowanej ciąży i istnieje obawa o poród w trakcie. Nie ma tutaj jednak takich absurdów, na które aż podśmiewujemy się z poddenerwowania. Nie ma takich sytuacji, w obliczu których śmialibyśmy się z niedowierzania. Zdecydowanie nie jest to tak hardkorowe, jak w przypadku „Dzikich historii”, a można było bardziej podkręcić klimat. 
Źródło: Galapagos Films

     Sporym problemem prawdziwego zaangażowania się w akcje jest aktorstwo. Twórcy nie do końca poradzili sobie z nagromadzeniem takiej ilości postaci w jednym filmie. Trzeba się postarać i uczynić je na tyle wyrazistymi, aby nie zaginęły w tłumie. W tym przypadku wyróżnia się jedynie wspomniana wcześniej kreacja Magdaleny Popławskiej. Nic dziwnego, że została wyróżniona za tę rolę, w pełni zasłużenie. Jednakże wszelkie zachwyty nad Bartłomiejem Kotschedoffem dla mnie są bezsensowne. Owszem, miał bardzo ciekawą kreację, ale tak jak w przypadku Aleksandry Pisuli mam wrażenie, że był aż nadto przejaskrawiony. Zdecydowanie nie wypadało to naturalnie, nie było w tym większego realizmu, który można by odnaleźć w każdym z nas.

     Początkowo miałam nadzieję, że chociaż formatem „Atak paniki” przypominać będzie argentyńską produkcję. Szybko jednak pojęłam zamysł twórców i przeszłam nad tym do porządku w pełni koncentrując się na filmie. Przyznam się jednak, że takie przeplatanie różnych wątków, które nie są ulokowane w tym samym czasie, i mam tutaj na myśli przynajmniej kilka dni, a nie kilka miesięcy, może doprowadzić do sporej konsternacji i rzeczywistego zagubienia w czasie. Jedyne co jesteśmy w stanie doprecyzować, to czy coś działo się przed tym wydarzeniem, czy po. Jednakże w sytuacji małżeństw w kontakcie z synem... u mnie nastąpiła czarna dziura w próbie ulokowania w czasie tej imprezy, a w zasadzie to ich podróży samolotem, a może... tak, takie zagubienie mi towarzyszyło u końca tego seansu. Nie mówiąc już o wielkim finale, który stanowił ogromny zlepek finałów wszystkich historii i nie było to finałem na miarę kina nolanowskiego, niestety. Był to finał na miarę „O rety! Zaraz mi głowa eksploduje!”. Oczopląs gwarantowany... Wkradł się tutaj zbędny chaos, który pozostawia w myśli to co się obejrzało, ale z drugiej strony ma się ochotę wypchnąć go z odmętów pamięci.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza produkcja Pawła Maślony to coś nowego w polskiej kinematografii. Oczywiście, antologii próbowało wcześniej już bardzo wielu twórców, ale niewielu podeszło do tego tak ambitnie chcąc przekazać prawdziwy problem. „Atak paniki” nie jest filmem wyjątkowym, ale z pewnością zachwyca pod pewnymi względami. Nie trąci banalnością, zaskakuje, a momentami nawet rozśmiesza swoją durnością. Niestety, nie jest to film dla każdego, jak już przekonałam się patrząc na mojego męża. Nie do każdego trafić musi tak chaotyczna i agresywna forma przekazu. Pewnym jest jednak, że dzięki temu na długo pozostaje w pamięci, bo w końcu jest to coś innego, coś świeżego w naszym polskim kinie.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Atak paniki” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Atak paniki / Reżyseria: Paweł Maślona / Scenariusz: Paweł Maślona, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula / Zdjęcia: Cezary Stolecki / Muzyka: Radzimir Dębski / Obsada: Artur Żmijewski, Dorota Segda, Olaf Marchwicki, Bartłomiej Kotschedoff, Julia Wyszyńska, Grzegorz Damięcki, Magdalena Popławska, Aleksandra Pisula / Kraj: Polska / Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera kinowa: 17 sierpnia 2017 (Świat) 19 stycznia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 06 czerwca 2018

sobota, 30 czerwca 2018

Książka #481: Pucked, aut. Helena Hunting

     Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Pomimo tego, że przepełnione były miłością po same brzegi, to zawsze gdzieś czaiła się swoista dramaturgia. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. Helena Hunting stworzyła powieść dość powierzchowną, która nie wzbudza aż takich emocji jak pozostałe tytuły, ale „Pucked” z pewnością należy do tych łatwoprzyswajalnych.

     Violet wiedzie spokojne życie z dala od sportowego świata. Nauczona przez lata, obserwując swojego brata hokeistę, który przebiera w kobietach nigdy nie sądziła, że chociażby spojrzy w kierunku podobnych do niego. Jednakże, gdy spotyka na swojej drodze Alexa Watersa miękną jej kolana, i nie tylko one. Ideał mężczyzny, z najpiękniejszym uśmiechem i największym... Cały świat wywraca się dziewczynie do góry nogami, bo choć podchodzi z dystansem do znajomości ze światowej sławy hokeistą, to nie daje się zmanipulować i zranić.

     Żałuję, że idąc za przykładem poprzednich książek nie mogę powiedzieć, iż „Pucked” to powieść idealna. Muszę wręcz przyznać, że momentami odrobinę się nudziłam i „przewijałam” do bardziej pikantnej treści. Szkoda, bo powieść Heleny Hunting zapowiadała się dość obiecująco, choć czy z drugiej strony naprawdę tak było? Chyba jednak nie. Już sama sportowa tematyka może odstraszać co niektóre czytelniczki. Nie ma jednak co oszukiwać, nie jest to książka sportowa. Samego hokeja jest tutaj naprawdę, jak na lekarstwo, bowiem autorka skupia się bardziej na stereotypach dotyczących sportowców i celebrytów, a także na relacjach między nimi.

     Dla lepszej prezentacji tego problemu wprowadza oczywiście uroczą, młodą i zabawną niewiastę. Oczywiście koniecznie niebrzydką. W końcu musi chociaż odrobinę podchodzić pod ideał takiego machosportowca. Początkowo dziewczyna nie wydaje się być specjalnie bystra, z powodu jej pierwszego spotkania z Alexem. Później jednak nabiera trochę rozumu, choć czy naprawdę można zrozumieć jej postępowanie? Chyba niekoniecznie. Z jednej strony idzie na pierwszej randce do łóżka z hokeistą, a później ma pretensje o to, że mógłby traktować ją jak inne? Dość powierzchowne i mocno niezdecydowane zachowanie.

      Oczywiście, sama relacja Violet i Alexa pełna jest uroku. On jest tak urokliwie niezgrabny w tym co robi, ale z drugiej strony ta nieporadność bywa irytująca, wręcz męcząca. W końcu ileż można być nieogarniętym związkowo mężczyzną? Dobrze chociaż, że umie prezenty dawać, to udaje mu się zadośćuczynić błędy, które popełnia wystawiając na szwank kobiecą godność i uczucia. Jednakże cała magia kryje się w tych łóżkowych scenach, które wywołują silny rumieniec. Niestety, bardzo szybko o nich zapominamy, bo nie rozpalają zmysłów aż tak bardzo. Szkoda!

     Miałam wielkie nadzieje co do tej powieści. Patrząc na poprzednie projekty wydawnictwa liczyłam na coś „wow!”. W zamian za to dostałam zwyczajną historyjkę bez żadnego twista, nie wywołującą większych emocji, rozbawiając zaledwie odrobinę. Być może mózg od razu przyjął strategię defensywną licząc na to, że za wiele nie można spodziewać się po powieści o hokeistach. Z drugiej zaś strony pokazał prawdziwe oblicze sławy i pracy mediów, gdzie słowa wyrwane z kontekstu mogą zranić drugą osobę. „Pucked” nie zrobił na mnie większego wrażenia. Przyjemnie się czyta, ale to taka historia do przeczytania na jeden raz. Przeczytania i zapomnienia, niestety.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Pucked / Tłumaczenie: Magdalena Siewczyńska-Konieczny / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans, erotyka / ISBN 978-83-65830-56-2/ Ilość stron: 456 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2018 (Polska) 2015 (Świat)

środa, 27 czerwca 2018

Gra #3: Kieszonkowce - Nowa forma rozrywki dla maniaków filmowych (i nie tylko!)

     Wiadomym jest, że sympatyk kina to bardzo rozrywkowy człowiek. Nie dość, że w każdy piątek czekają na niego minimum 3 premiery kinowe, nie dość, że może zaczytywać się w stosie książek tematycznych, to w dodatku powstają gry z przeznaczeniem dla maniaków filmowych. Każdy z nas zaopatrzyć może się w specjalną edycję Monopoly (tego na rynku jest cała masa, bo i wersja The Walking Dead, Friends, czy Avengers), pograć na komórce z przyjaciółmi w „Heads Up!” z opcją dla filmowców, a do tego na rynku pojawiła się kolejna nowinka. Tym razem jest to niesamowita gra karciana od wydawnictwa Edgard – Kieszonkowce.

     Firma specjalizująca się w dokształcaniu swoich odbiorców z zakresu języków obcych za pomocą powieści obcojęzycznych z tłumaczeniami, kursami audio, czy fiszkami, teraz rozszerza swoją działalność o małe quizy tematyczne. Zamysł jest bardzo prosty- wpakować rozrywkę do kieszeni i zabrać ją ze sobą wszędzie. Z uwagi na swój poręczny format Kieszonkowce dobre będą nie tylko na imprezę u przyjaciół, ale również do wykorzystania podczas podróży. Uwaga sympatyków kina powinna skupić się na dwóch najważniejszych quizowych taliach kart.

      Pierwszą i chyba najważniejszą z nich jest Kieszonkowiec filmowy „Kamera Akcja!”. Jak sama nazwa wskazuje idealnie uderzy w gust maniaków filmowych. Talia zawiera 165 pytań oraz odpowiedzi, wzbogaconych o najrozmaitsze ciekawostki ze świata kina, z czego mój kochany synuś zgubił mi już 6 kart, czyli pozbawił mnie aż 18 fascynujących faktów dotyczących mojej pasji. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że większość z nich była mi znana. Dowiemy się między innymi co łączy Jacka Nicholsona, Jareda Leto i Heatha Ledgera, a także jak ma się do tego pośmiertnie otrzymana nagroda tego ostatniego, poznamy też przeszłość twórcy muzyki do „Noża w wodzie”. Ten Kieszonkowiec to nie tylko ciekawostki z treści filmów, czy znajomości postaci, ale także wiele informacji na temat samej produkcji wybranych, kultowych obrazów. Przykładowo niewielu chyba wie w jaki sposób sterowano Yodą, oczywiście we wcześniejszych filmach, a nie z czasów kiedy wszystko można wrzucić do wielkiego komputera, który odwali za nas całą robotę. Autorami tego Kieszonkowca są Lena Dąbkowska, Anna Początek oraz Piotr Szygalski.
Źródło: Edgard, jezykiobce.pl

Inną propozycją, która może spotkać się z zainteresowaniem lubujących ruchome obrazki jest inny produkt z gamy kieszonkowców- Kieszonkowiec rozrywkowy „Popkultura”. Ten quiz karciany składa się z 54 kart, zawiera więc 3 pytania mniej od pierwszej opisywanej talii. Pomimo swojego popkulturowego charakteru obejmującego również ciekawostki dotyczące celebrytów, sportu, czy muzyki- dostaniemy tutaj również bardzo wiele informacji z zakresu historii filmu. Obok treści dotyczących różnic pomiędzy powieścią Kinga, a jej ekranizacją w wykonaniu Kubricka stawia się historię hitu szwedzkiego zespołu. Twórcy pytań i ciekawostek zahaczyli o filmową interpretację katolicyzmu, aby zaraz przejść do znanego hasła reklamowego uskrzydlonego napoju energetycznego. Takie pomieszanie z poplątaniem jest wręcz idealną rozrywką, bowiem koncentruje się na zupełnie różnych aspektach naszego życia naładowanego kulturą. Autorzy w osobach Tomasza Gardzińskiego i Andrzeja Jędrzejczaka zadają pytania, na które odpowiedzi zna większość z nas. Jednakże to jak zawsze ciekawostki wzbudzają najwięcej emocji, dopełniając naszą dotychczasową wiedzę.
Źródło: Edgard, jezykiobce.pl

Kieszonkowce to bardzo dobra zabawa na późne wieczory z przyjaciółmi, na podróże z rodziną, czy rozerwanie się w okienku pomiędzy kolejnymi zajęciami. Ze względu na swój miniaturowy rozmiar dają się zabrać zawsze i wszędzie, bowiem z łatwością wchodzą do kieszeni spodni, a do damskiej torebki zmieszczą się z pewnością! Dzięki tym quizom karcianym nie tylko odrobinę się zabawimy, ale również wzbogacimy swoją wiedzę w najrozmaitszych tematach. W końcu, nie można zapominać, że w ofercie wydawnictwa Edgard znajdują się nie tylko talie z kartami dla filmomaniaków, ale również sentymentalnych sympatyków PRLu, czy lubujących się w zoologii. Kieszonkowce mają w swoich zasobach również łamigłówki, ciekawostki z futbolu, czy zadania matematyczne, no i oczywiście, jak przystało na tę firmę, nie mogło również zabraknąć wydań związanych stricte z nauką języków. Oferta jest dość bogata więc z pewnością każdy znajdzie coś dla siebie. Do mnie oczywiście najbardziej do gustu przypadły „Kamera akcja!” oraz „Popkultura” i te będę gorąco polecać wszystkim tym, którzy zakochali się w kinie.

Ocena 6/6
Tekst powstał dzięki współpracy z wydawnictwem Edgard! 





Tytuł oryginalny: Kieszonkowiec filmowy. Kamera Akcja! / Ilustracje: Maciej Łazowski / Wydawca: Edgard / Gatunek: quiz karciany / ISBN 978-83-6588-417-6 / Ilość graczy: 2-8 / Ilość kart: 55 / Format: 76x125mm / Rok wydania: 2018






Tytuł oryginalny: Kieszonkowiec rozrywkowy. Popkultura / Ilustracje: Maciej Łazowski / Wydawca: Edgard / Gatunek: quiz karciany / ISBN 978-83-6588-468-8 / Ilość graczy: 2-8 / Ilość kart: 54 / Format: 76x125mm / Rok wydania: 2018

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

sobota, 2 czerwca 2018

Książka #480: Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie, aut. Kelsey Oseid

     Kosmos niezbadany, przeogromny i jakże fascynujący, od tysięcy lat jest przedmiotem zainteresowania ludzkości. Ja sama uległam tej fascynacji, która zaskutkowała prezentem od rodziców na zakończenie podstawówki pod postacią teleskopu. Teraz każdy rodzic, który choć trochę pała zamiłowaniem do wszechświata i białych świecących punkcików na niebie ma możliwość przekazania tego bakcyla swoim pociechom poprzez cudownie wydaną książkę amerykańskiej graficzki. Wykorzystując swoją wiedzę o kosmosie i niezwykły talent odpowiada na pytanie „Co widzimy w gwiazdach?”.

      Publikacja Kelsey Oseid zawiera w sobie wszystko, co najmłodszy czytelnik poznający świat i wszechświat powinien o nim wiedzieć. Autorka prowadzi poprzez podstawowe wyjaśnienia opisując to, na co w rzeczywistości patrzymy spoglądając w nieboskłon nocą, aż po bardziej szczegółowe i niekiedy też bardzo śmiałe teorie. Co wisi nad naszymi głowami, co jest tam od milionów lat, ale także jak zmieniają się co niektóre podejścia do kosmosu i tego, co się w nim znajduje.

      Wszechświat pełen jest niezbadanych rejonów. Kiedyś nie były potrzebne sondy, aby spoglądać w niebo i coś na nim dostrzegać, ale kiedyś nie było też aż takiego sztucznego oświetlenia, które zanieczyszczałoby widok kosmosu. Wtedy to Ptolemeusze mogli patrzeć, widzieć białe punkciki na niebie, zbierać je w konstelacje i nazywać swoimi pokrętnymi nazwami, które zrozumiałe były dla wielu w starożytnym Egipcie. Było to tak wiele lat temu, że nawet nie wiedziano czym jest to, na co się patrzy, a do dziś posługujemy się tymi określeniami. Książka Kelsey Oseid również powiela tematy gwiazdozbiorów przy okazji tłumacząc wiele naukowych odniesień z tym związanych. Wraz z przytaczaniem konkretnych konstelacji gwiazd, tłumaczy również pochodzenie ich nazwy, przy okazji wskazując najjaśniejszy ich punkt. Dzięki temu młodzi czytelnicy dowiedzą się również czegoś z mitologii- nie tylko z astronomii. Ten katalog zajmuje największą część publikacji, tak samo jak i gwiazdozbiory zajmują zdecydowanie większą część naszego nieba.
Źródło: Nasza Księgarnia
W dalszej części autorka skupia się na podstawach astronomii- prezentując kolejne składowe naszej galaktyki, jaką jest Droga Mleczna, zbliżając się coraz bliżej naszego miejsca w kosmosie. W końcu niebo to nie tylko gwiazdy, ale również i planety, czy śmieci kosmiczne składające się ze skał, lodu, czy pyłu, typu meteoridy, planetoidy oraz komety. Dzięki tej książce poznamy różnicę pomiędzy nimi, a także dowiemy się czym różni się meteroid od meteoru i meteorytu, które ja (aż wstyd się przyznać) traktowałam na równi. Część pracy koncentruje się również na Słońcu oraz Księżycu, a także różnych zjawiskach i ich interakcjach, które możemy zaobserwować gołym okiem.
Astronomia to nie tylko ciała niebieskie i na szczęście Kelsey Oseid nie zapomina o tym. W swojej książce powołuje bardzo mały podrozdział dotyczący przestrzeni kosmicznej, gdzie poczytamy trochę o wyprawach w kosmos, a także reszcie tajemniczości, która skrywa się w reszcie wszechświata poza naszą galaktyką. Najbardziej urokliwym tematem jest ukłon dla sympatyków fantastyki naukowej skupiającej się na życiu pozaziemskim. Szkoda, że zajmuje zaledwie stronę.

      Książka ta jest bardzo mroczną publikacją z punktu widzenia jej wizualności. Oczywiście, cały kosmos jest mroczny- przynajmniej na pierwszy rzut oka z Ziemi, a jedyne kolory jakie go wypełniają to czerń, granat i małe punkciki bieli. W takich tonacjach zachowana jest więc barwa całej książki. Rysunki prezentujące konstelacje, rozrysowywanie faz Księżyca, czy też prezentacja poszczególnych planet- pięknie wyrysowane, bardzo pomysłowe oraz sugestywne. Jest na czym skupić uwagę. Mnie jednak najbardziej podoba się sama okładka, jej przenikliwość. To w zasadzie same gwiazdozbiory, ale jak wykonane. Konkretne gwiazdy w tych schematach błyszczą srebrem i zdecydowanie wyróżniają się na tle umownych wizerunków, które je prezentują. Daje to spektakularny efekt i szkoda, że wewnątrz książki również nie wykorzystano podobnej filozofii.

     Przeglądając i zaczytując się w kolejnych stronach publikacji „Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie” stwierdzić można, że astronomia jest jedną z najbardziej fascynujących i najcięższych do zbadania nauk. Z jednej strony wydaje się być to niesamowicie nużące, bo przecież tyle tych nazw ciężkich do spamiętania, prosto ze starożytnego języka, którym dzisiaj już nikt się nie posługuje chyba, że w odniesieniu do takich dziedzictw cywilizacyjnych. Jednakże z drugiej, kiedy taki człowieczek zda sobie sprawę z ogromu całego nieboskłonu, który wisi nad nim- ile to on mieści, bo przecież duża część wciąż pozostaje niezbadana i może za tysiące lat dowiemy się więcej, to poczuje się naprawdę bardzo, bardzo mały. Egoistycznym jest więc myśleć, że w tak ogromnym systemie jesteśmy jedynymi żywymi organizmami, jedynymi rozumnymi organizmami.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: What We See in the Stars: An Illustrated Tour of the Night Sky / Tłumaczenie: Magdalena Korobkiewicz / Ilustracje: Kelsey Oseid / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13312-0 / Ilość stron: 160 / Format: 203x203mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2017 (Świat)

czwartek, 31 maja 2018

Książka #479: Nie bój się i pocałuj mnie, aut. Nastja Holtfreter

     W bajkach, jak i w życiu, lepiej nie zadzierać z wiedźmami. Nigdy nie wiadomo o co chodzić może każdej z nich, a można być pewnym, że konsekwencje będą dramatyczne. O takich konsekwencjach tworzy książeczkę niemiecka graficzka, która na warsztat bierze popularną historyjkę o zamianie księcia w żabę. Trochę ją urozmaica i tym sposobem udaje jej się stworzyć książkę dla najmłodszych czytelników o tytule „Nie bój się i pocałuj mnie!”.

     Bohaterem opowieści jest młody książę, który pada ofiarą straszliwej wiedźmy. Zamienia go w żabę, a pomóc może mu jedynie pocałunek od dziecka. Oczywiście, nic nie jest takie na jakie wygląda wobec czego mali czytelnicy będą musieli naoglądać się kilku rozmaitych stworzeń zanim ich działanie da zamierzony efekt.

     Książeczka ta, to przede wszystkim sposobność do nauczenia dziecka pewnej wrażliwości emocjonalnej. Idealnie zmusza najmłodszych do interakcji, zachęcając do pocałunku dając nadzieję na odmianę. Uroczo obserwuje się chwile, kiedy dzieciaczek wycałowuje książkę pod każdym kątem, żeby tylko książę stał się znowu księciem. Na swój sposób publikacja traktuje o odmienności, a przede wszystkim ignorowaniu różnic, patrzeniu ponadto i rozumieniu, że każdy jest taki sam- każdy potrzebuje uczuciowości. Niesamowita sprawa.
 Źródło: Nasza Księgarnia

Dodatkowo historia nie jest zbyt skomplikowana a bazuje na klasycznej baśni o zamianie księcia w żabę. Tutaj przedstawiona w bardzo infantylny sposób, zrozumiały dla tych najmłodszych, ale nie głupi. Wpadająca w ucho rymowanka zdecydowanie wypełnia swój cel, a momentami jest niezwykle zabawna i zadziorna. Minimum tekstu, duża czcionka, niekiedy wielobarwna- innymi słowy twór idealny dla małych dzieci, nie tylko do oswajania go z tematem pocałunków, ale również z czytaniem.

      Zdecydowanie jednym z największych atrybutów tej książki to jest jej wygląd. Twarda oprawa z kartonowymi stronicami, takie coś jest w stanie sporo przetrwać- nawet najbardziej soczyste buziaczki, czy też napad złości u maluszka chcącego rozedrzeć ją brutalnie na strzępy. Kolejną zaletą jest wizualność. Wielobarwne, kształtne elementy pobudzają wyobraźnię. Dodatkowo każdy kolejny pocałunek odsłania kolejne zwierzę. Nie tylko o różnych kolorach, ale i różnorakiej charakteryzacji. Nie jest to może szczyt artystyczności ludzkiej, ale zdecydowanie wpada w oko grupy docelowej.

     „Nie bój się i pocałuj mnie” jest książeczką bardzo niepozorną, dającą dziecku nie tylko szansę na zabawę z nią, ale przede wszystkim naukę nowych rzeczy. O bardzo prostej budowie z jeszcze większą determinacją dociera do tych najbardziej zainteresowanych. Kolorowe zwierzęta, przejrzysty krój i śpiewne rymowanki, to coś co przykuwa uwagę i zachęca do powrotów do książeczki, nie tylko po to, aby nauczyć dziecko okazywania uczuć, ale przede wszystkim dostarczyć mu rozrywki. Bardzo pomysłowa koncepcja!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Sei kein Frosch und kuess mich! / Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka / Ilustracje: Nastja Holtfreter / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13314-4 / Ilość stron: 22 / Format: 175x175mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)