NOWOŚCI

Najnowsze teksty

piątek, 10 listopada 2017

Książka #469: Arsen, aut. Mia Asher


   Nigdy nie sądziłam, że jakaś książka będzie potrafiła rozedrzeć mnie na strzępy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę płakać jak dziecko i tylko siłą woli powstrzymywać się od autentycznego zanoszenia się od płaczu. To niesamowite, że są powieści, które dotykają najwrażliwszych tematów, ubierają je w nasycone erotyzmem sceny, a przy okazji całkowicie obdzierają czytelnika z emocji. Właśnie ta niełatwa sztuka udała się Mii Asher, spod której pióra wyszedł „Arsen”, czyli opowieść o jednej z najbardziej nieszczęśliwych historii miłosnych, jaką miałam okazję czytać w swoim życiu.

     Poznali się we wczesnej młodości i od razu zakochali się po uszy. Teraz po 11 latach Cathy i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im jednak jednego- ukochanego dziecka, które wciąż nie chce z nim pozostać z nimi na tyle długo, aby w końcu mogli trzymać je razem w ramionach. Cathy czuje, że każde kolejne poronienie coraz bardziej oddala ją od jej ukochanego męża, więc kiedy znowu zachodzi w ciążę obawia się, że jego utrata położy kres wszystkiemu. Jednakże to co następuje całkowicie ją przerasta, a z otępienia wyrwać może ją nie jej idealny mąż, a ten drugi- niebieskooki, blond przystojniak o imieniu Arsen, który pożerał ją wzrokiem od chwili, gdy tylko się poznali.
     Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Przy lekturze „Arsena” towarzyszą nam wręcz nieustępliwie. Różnego rodzaju, o różnym natężeniu, ale jakie to były emocje. Emocje, które wyciskały łzy z oczu z niemocy, z oczekiwania, a nawet nienawiści. Łzy nad niedolą każdego z bohaterów, nawet tych, których nie darzymy do końca sympatią, a jednak wzbiera w nas litość nad nimi. Gdyby była to zwykła historia osadzona w teraźniejszości, to myślę, że nie dałaby aż takiego kopa w żebra. Owszem, opowieść o niepowodzeniach Cathy przy donoszeniu dzieci, przy poronieniach, oczywiście jak najbardziej jest przejmująca, w szczególności, gdy samemu jest się matką. Jednakże tak naprawdę to jej rozpacz i rozpacz Bena determinują całą tą tragedię. Nawet nie tyle rozpacz Bena, co miłość jaką potrafi obdarzyć Cathy nawet w tak straszliwej chwili. To jest tak piękne a zarazem bolesne, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Każda kobieta zazdrościć jej będzie takiego męża. Faceta, z którym można porozmawiać i poważnie i lubieżnie. Faceta, który będzie płonął na nasz widok, a my płonąć będziemy na jego. Faceta, który będzie się martwił i troszczył o nas w każdej sekundzie naszego życia, nawet gdy damy mu w twarz i będziemy strasznymi zołzami. Całość zyskuje na jeszcze większej tragiczności, gdy ta teraźniejszość zestawiana jest z przeszłością. Z tymi wszystkimi uroczymi chwilami, gdy Cathy i Ben się poznali, gdy doświadczali swojego pierwszego razu, zaręczali się, i tak dalej. Fascynacja tą miłością jest obezwładniająca, dlatego w obliczu dalszych wydarzeń... ciężko jest nie płakać i nie chcieć zamknąć się w samotności, aby móc przetrawić to, co ta Cathy właściwie wyprawia!
     Gdzieś pomiędzy tymi koszmarnymi dramatami rozgrywa się romans. Romans, w którym pełno jest erotyzmu, wulgarności, zachłanności i pasji. Może nawet uwielbienia. Romans, który działa niczym wybawienie, który pomaga zapomnieć, a także oddychać. To jest niesamowite ile kobiecie dać może taka odskocznie. Niekiedy może ją uratować, innym razem zniszczyć i to nie tylko osobę zdradzającą, ale przede wszystkim zdradzaną. A gdy zdradzanym jest ideał, a podejrzenia i ból, które wywołują w jego oczach, w jego twarzy... nie da się nie płakać. Co z tego, że romans jest płomienny. Co z tego, że każda kobieta zapłonie zaczytując się w tych bardzo barwnych i jakże realistycznych opisach wszystkich figlów, których Cathy doświadczała z Arsenem. Wszystko to mogłoby zachwycać, mogłoby nawet podniecać, ale co z tego... skoro przejmujemy się cały czas Benem. Skoro Cathy się nim nie przejmuje, to my musimy martwić się za nią. Nie cieszy to tak, jak powinno. Dławi nas to niemalże tak samo jak główną bohaterkę. Mnie przynajmniej dławiło. Te niesamowite wrażenia nietypowego utożsamiania się z bohaterką towarzyszyły mi przez całą lekturę. Cały ten ból, cała fascynacja, ale jednocześnie kotłująca się z tyłu głowy myśl, że to jest złe. Z jednej strony nie trudno jest zrozumieć powody Cathy, ale z drugiej... przecież Ben jest idealny! Więc jeszcze łatwiej jest ją znienawidzić, tak jak ona sama siebie nienawidzi.
    Dawno już nie zagłębiłam się w taką historię, która wywołałaby we mnie tak wiele emocji, a one pozostawałyby żywe jeszcze przez kilka dni. Zachwycające jest to jak wiele dają tej powieści powroty do przeszłości. Mia Asher buduje niesamowitą historię miłosną, idealną parę, którą pokochają wszyscy. Do tego pojawia się też ten drugi, ze swoją własną historia, z nieszczęśliwą miłością, która na swój sposób obezwładnia i jest hipnotyzująca. „Arsen” to powieść niezwykła, pokazująca całe spektrum emocji, jakie może odczuć czytelnik podczas lektury. Od zauroczenia, poprzez współczucie, aż po nienawiść do bohaterów (Cathy... dlaczego!?)- długa jest to droga, bardzo wyboista, a niekiedy ognista. Takich właśnie chwil z książką oczekuję i świecie... życzę sobie takich emocji jeszcze więcej!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!


Tytuł oryginalny: Arsen: A Broken Love Story / Tłumaczenie: Iga Wiśniewska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-39-5 / Ilość stron: 512 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2017 (Polska)

Premiera: 15 listopada 2017


niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

środa, 1 listopada 2017

Książka #468: Consolation, aut. Corinne Michaels

    Trudno jest o prawdziwie zachwycającą książkę. Nie jakąś wybitną lekturę traktującą o ludzkiej egzystencji, nagrodzoną Noblami i innymi prestiżowymi nagrodami, a zwyczajną powieść, która chwyci za serce i dostarczy ponadprzeciętnych wrażeń. Obok twórczości Colleen Hoover próżno było szukać podobnych emocji. Aż do teraz! Przyszedł czas na Corinne Michaels oraz jej duety z serii “Salvation”. Na polskim rynku zaczynamy je wraz z Lee oraz Liamem z tytułu Consolation”.
    Natalie jest zakochana do szaleństwa w swoim mężu, komandosie SEAL imieniem Aaron. Właśnie oczekują dziecka, kiedy na kobietę spada straszliwa wiadomość- jej ukochany ginie na misji w Afganistanie. Tylko dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół jest w stanie przeżywać kolejne dni, jednakże dopiero narodziny córeczki dają jej prawdziwą siłę do działania. Gdy u progu jej drzwi staje wieloletni przyjaciel jej męża- Liam, który oferuje jej pomocą dłoń, nieoczekiwanie staje się tym, czego najbardziej potrzebowała- oparciem, a także powodem ponownego uśmiechu. Nie sądziła, że dzięki Liamowi znowu zacznie oddychać.
    Corinne Michaels tworzy historię, której nie życzylibyśmy największemu wrogowi. A możecie mi wierzyć, pierwsze strony tej powieści to zaledwie początek szokujących rewelacji, których doświadcza Natalie. Wszystko rozgrywa się na przestrzeni naprawdę niedużego odstępu czasu- przynajmniej dla czytelnika, gdyż mamy magiczną moc przesuwania kartek i przyspieszania przebiegu akcji lub zwalniania, kiedy tylko nam się tak podoba. Jednakże nie popełniajcie tego błędu, co ja. Nie patrzcie na ostatnie zdanie powieści, kiedy jesteście w jej niespełna połowie. Stwierdzicie bowiem, że nie możecie iść uśpić dziecka, nie możecie iść spać, nie możecie ruszyć się do pracy, bo jedyne o czym marzycie to dowiedzieć się, jak doszło do tego ostatniego zdania! Długa jest do tego długa i bardzo emocjonująca. Nie jest to jedynie typowa opowieść o romantycznych uniesieniach, czułym dotykaniu ramion, przygryzania ucha, czy opiekowania się malutką istotką. Consolation” to historia o oddaniu, ale też o zrywaniu z duchami przeszłości. Oczywiście, łatwo się mówi trudniej się robi. Bohaterowie też o tym wspominają. Ona bowiem walczy z uczuciami do Liama, a on boi się, że łamie wojskowy kodeks, co do romansów z żonami kolegów z ekipy. Za każdym razem wisi nad nimi widmo Aarona i muszę przyznać, że na pewnym etapie jest już to z lekka irytujące. W szczególności, gdy weźmie się pod uwagę wszystkie cienie, które wychodzą na światło dzienne.
Muszę przyznać, że nie raz miałam ochotę wziąć książkę i pacnąć nią w głowę Aarona. Jakby to powiedział Liam: “gdyby żył, to bym go stłukł na kwaśne jabłko!”. Jednakże z drugiej strony mam wrażenie, że jest to chyba najbardziej realna z postaci jakie pojawiają się w tej książce. Natalie bywa straszliwie uciążliwa. Serio nie rozumiem, jak Liama może do niej ciągnąć- musi być chyba zniewalająco piękna. Pomimo tego, że jest mądra, to jednak zachowuje się jak głupia idiotka, która sama nie wie czego chce i nie widzi tego, co ma przed oczami. Liam z kolei, jako facet idealny, jest całkowicie nierealny. Ciężko uwierzyć w to, że jakikolwiek mężczyzna jest w stanie tak otwarcie mówić o swoich emocjach, a jednocześnie spełniać wszelkie oczekiwania kobiety i być tak troskliwym, jakim jest on. Oboje mają za to cudownych przyjaciół. Reanell jako najlepsza psiółka Natalie, jest praktycznie na każde jej zawołanie. Gdyby nie ona, to relacja z Liamem w ogóle by się nie rozwinęła, no bo… w końcu kobieta ma małego niemowlaka! Taka przyjaciółka, to prawdziwy skarb.
Autorka, to kobieta bardzo podobna do bohaterki swojej własnej powieści. W końcu ona też należy do społeczności żon wojskowych, które miesiącami czekają na swoich ukochanych. Z tych też powodów Consolation” to bardzo bolesne wyzwolenie kotłujących się w głowach takich kobiet obaw. Na szczęście Corinne Michaels okrasiła swoją historią tym, co najlepszego ma do zaoferowania ten świat, czyli miłością w najczystszej i najniewinniejszej postaci. Tym samym, choć powieść momentami irytuje nachalnością powtórzeń, a także banałami do kwadratu, to gwarantuje najbardziej niesamowite emocje, jakie zaserwować może czytelnikowi ten rodzaj literatury. Kobieta nie ma litości dla swoich bohaterów, a szczerze się Wam przyznam, że podpatrzyłam już co dzieje się w kontynuacji i nie mogę się doczekać. Sama dla siebie również litości nie mam!
   
Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!

Tytuł oryginalny: Consolation / Tłumaczenie: Kinga Markiewicz / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-13-5 / Ilość stron: 348 / Format: 143x205mm


Rok wydania: 2015 (Świat), 2017 (Polska)

sobota, 28 października 2017

Książka #467: Megasztuczki dla małych magików, aut. Joshua Jay

     Nie jest trudno o wynalezienie specjalnego hobby dla męskiego potomka naszego rodu. Co innego może ich zachwycić poza samochodami i dinozaurami? Oczywiście, MAGIA! Wszyscy dorośli są jednak świadomi, że pojęcie to jest całkowitą bujdą na resorach, ale do dziś zachwycają się nad sztuczkami iluzjonistycznymi. To właśnie dla takich rodziców, ale przede wszystkim ich dzieci znanej sławy magik Joshua Jay stworzył zbiór podstawowych „Megasztuczek dla małych magików”.
     Sztuczki magiczne zawsze fascynowały na całym świecie, a istniały na nim niemalże od samego jego początków. Od czasów Houdiniego i innym jego podobnych minęło całkiem sporo czasu, a więc oczywistym jest, że wszystkie pokazy potrzebowały coraz nowszych atrakcji, coraz ciekawszych trików, które wciąż przykuwałyby uwagę widowni. Jednakże każdy wielki magik iluzjonista musiał od czegoś zaczynać, bo w końcu nie każdy rodzi się od razu Davidem Copperfieldem. Niektórzy przekazują nabytą przez lata wiedzę i doświadczenie potomnym, i tak też czyni Joshua Jay, który jest wzorem dla nowego pokolenia miłośników magii.
     Autor publikacji „Megasztuczki dla małych magików” już od samego początku wchodzi w lekką konspirację wraz z rodzicami. W końcu to właśnie oni są najlepszymi asystentami dla początkujących magików. Nie tylko trzymają rekwizyty i przecinają na pół sąsiadów, czasami również przydaje się ich wprawne oko i zdolności manualne do tworzenia nowych gadżetów, które ułatwiają pracę każdemu artyście. Rodzic jest obecny na każdym etapie pracy małego sympatyka sztuczek magicznych, nie tylko udostępniając pomieszczenia na pokazy, ale przede wszystkim wspierając dziecko przy ewentualnych niepowodzeniach. Takie przygotowania to idealny pretekst do zacieśniania więzi, ale też do wspólnej zabawy. Obmyślanie nowych sztuczek, kreowanie nowych rekwizytów- wydaje się, że nie ma lepszego sposobu na wspólne spędzanie czasu. Bardzo dobrze, że autor właśnie rodziców wskazuje na to stanowisko doradcze małego magika i przygotowuje dla nich mały wstęp.
     W dalszej części tej pracy odnajdziemy aż 25 różnych magicznych sztuczek. Są to atrakcje o różnym stopniu skomplikowania. Począwszy od takich, co to nie wymagają większego przygotowania i można zaimprowizować je na każdym kroku, a skończywszy na bardziej pracochłonnych, do których niezbędne będą nam różne rekwizyty- często takie, które będziemy musieli wykonać sami. Na szczęście autor przeprowadza nas przez kolejne fazy zarówno tworzenia gadżetów, jak i późniejszej realizacji całej sztuczki. I tutaj jest to jedno jedyne „ale” w całej tej książce- niektóre etapy nie są do końca czytelne i zrozumiałe. Dla dorosłego... a co dopiero dla dziecka- kolejny punkt przemawiającym na korzyść rodzica w roli asystenta! Większość tych trików to nie jest nic wymyślnego- efekciarska zabawa w znikanie. Jest mały tego minus, bowiem teraz już nic z takich pokazów nie będzie dla nas zaskakujące, przecież po lekturze „Megasztuczki dla małych magików” mamy rozpracowany cały mechanizm tego przedsięwzięcia. Niestety, wśród tego zbioru nie znajdziemy niczego wielce spektakularnego, ale jest to oczywiste z uwagi na grupę docelową i ogólne założenie tej publikacji. W końcu mają to być sztuczki, które każdy będzie w stanie wykonać bez większych problemów. Z pewnością jest to niemała frajda dla dziecka i dla całej rodziny.
Źródło: Egmont

     Publikacja stworzona przez Joshuę Jaya, to nie tylko zbiór sztuczek magicznych, ale przede wszystkim kompendium wiedzy na ich temat. Znajdziemy tutaj również informacje na temat najsławniejszych magików (z założenia, bo David Copperfield gdzieś się zapodział!), a także wiele różnych porad. Najbardziej zachwycającą częścią jest ta, w której magik rozpisuje zalety tego, że dziecko chce wystawiać pokazy magii. Tym bardziej jest mu więc potrzebne wsparcie ze strony rodziców, którzy będą dodawać mu otuchy i kibicować z pierwszego rzędu.
     „Megasztuczki dla małych magików” to przede wszystkim zbiór kilkudziesięciu najbardziej rozpoznawalnych trików, jakie mieliśmy okazję oglądać. Uzbrojone w potężną dawkę prostych ilustracji, krok po kroku obnażają się przed nami, aby móc stać się bardziej przyswajalnymi dla nowego pokolenia magików. W tym całym czarno-biało-czerwonym harmidrze Joshua Jay nie zapomina o bardzo istotnej, jak nawet nie najistotniejszej, roli rodzica w całej tej zabawie, bo poprzez niego tym ma się stać magia- zabawą, a nie przykrym obowiązkiem, czy też powodem do stresu. Magik nie stroni od licznych opisów, a także ciekawostek z iluzjonistycznego świata, które jeszcze bardziej zaintrygują młodych czytelników i... przyszłych iluzjonistów!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!


Tytuł oryginalny: Big Magic for Little Hands / Tłumaczenie: Magdalena Koziej / Ilustracje: Kyle Hamilton / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce, poradnik / ISBN 978-83-281-2542-1 / Ilość stron: 112 / Format: 250x335mm
Rok wydania: 2014 (Świat) ,2017 (Polska)

niedziela, 22 października 2017

Książka #466: Lifeblood. Krew życia, aut. Gena Showalter

     Po bardzo udanym wprowadzeniu do Wiecznego życia, Gena Showalter zabiera sympatyków serii „Evelife” do krainy po śmierci. Wszyscy pokochali losy rozdartej pomiędzy dwoma światami dziewczyny, wszyscy wraz z nią przeżywali jej skrajne emocje, aby teraz towarzyszyć jej w pierwszych krokach w nieznane i na polu bitwy. „Lifeblood. Krew życia” to godna kontynuacja pierwszego tomu, nie tak porywająca, ale równie zachwycająca i interesująca.
     Tenley na łożu śmierci sprzymierzyła się z Trojką. Pomimo tego, Miriada nie ustaje w próbach przeciągnięcia jej na swoją stronę i przygotowuje się do tego realizując niecny plan. Tymczasem dziewczyna stawia pierwsze kroki jako przyszły Przewodnik, a może nawet i Generał. Nie budzi jednak zbyt wielkiej sympatii wśród kolegów, którzy powątpiewają w jej oddanie swoim ludziom z uwagi na przebywanie Kiliana po przeciwnej stronie. Kiedy jednak wśród ludzi zaczyna się pojawiać tajemnicza infekcja zwana Półcieniem- może to zagrozić obu stronom konfliktu. Wszyscy z niecierpliwością wyczekują pojawienia się tajemniczego daru, którzy może być zbawieniem dla wszystkich.
     Zabieranie się za kontynuację poza życiowych poczynań Tenley, kiedy wrażenia po pierwszym tomie są jeszcze świeże, jest najgenialniejszym pomysłem. Brawa za to, że nie trzeba czekać kilku lat na ukazanie się dalszych przygód. Dzięki temu od razu przeskakujemy do nowej rzeczywistości, bez konieczności odświeżania sobie tego, co wydarzyło się wcześniej i doprowadziło do tego stanu rzeczy. A trzeba przyznać... się dzieje! Oczywiście, mamy nowe tereny więc konieczne jest słowo wstępu. Niestety... trochę za bardzo rozwleka się to w czasie, bo Ten musi przejść trening, poznać tereny, poznać nowych ludzi, docierać się z nowymi ludźmi i tak dalej, i tak dalej. I kiedy już myślimy, że nic ciekawego się nie wydarzy, nadchodzi... BUM! Akcja za akcją. Walka za walką. Śmierć za śmiercią. W sensie... druga śmierć. Dużo tego się kumuluje i wydaje mi się, że genialnie wyglądałoby to na ekranie, w szczególności, gdyby reżyserią zajął się Peter Jackson. Przy „Władcy Pierścieni” pokazał, że ma talent do scen batalistycznych. To by było coś. A tak to tworzymy sobie w głowie swoją własną ekranizację. Krew się leje, flaki latają, dywanik z zamordowanych Skorup się ściele... A do tego wszystkiego niesamowita moc wrażeń romantycznych i wciąż kotłujące się w głowie pytanie: „Czy to prawda, czy tylko gra?”. W zasadzie do ostatniej chwili nie wiemy, co jest prawdą. Kilian dał już się poznać jako mężczyzna pełen sprzeczności, więc nie powinno dziwić, że nie do końca darzymy go zaufaniem. Dziwne, że Ten darzy... miłość jest ślepa. Czekać trzeba tylko na finał, gdzie nastąpi zapewne wielki zwrot akcji, który wyrwie nam serca z klatek piersiowych! Albo i nie.
    Fabuła rozwija się w bardzo ciekawym kierunku. To dobrze rokuje na przyszłość Tenley w Trojce, a także jej relacje z Kilianem. Autorka pozostawiła nas ze sporym niedopowiedzeniem na koniec tego tomu. Z jednej strony zapowiada prawdziwe COŚ, z drugiej spodziewać można się niesamowitych emocji i całych litrów wylanych łez- nie, żeby przy lekturze „Firstlife” i „Lifeblood” nie zabrakło nam chusteczek. Najlepsze jest w tej chwili wyczekiwanie. Najgorsze co może zrobić Showalter to osiąść na laurach i dać nam zwykłego zapychacza czasu niegodnego całej tej serii i nie będącego idealną jego kwintesencją. Oczekuję czegoś mrocznego, równie, a może nawet bardziej wstrząsającego niż to co otrzymaliśmy przy starciach Trojki i Miriady.
     Koniec końców, pod wieloma względami, „Lifeblood” bije na głowę „Firstlife”. Jest bardziej brutalnie, a gęstniejące napięcie ciąć można nożem. Rozwijają się bohaterowie- oczywiście ci co przetrwali te wszystkie niespodziewane ataki, autorka wprowadza zupełnie inne pojęcie zdrady oraz poświęcenia. Te dwa dojmujące i potęgujące inne emocje uczucia spychają na dalszy plan pojęcie życia po życiu, odwiecznego starcia dobra ze złem, które było wszechobecne w poprzednim tomie. Nie umniejsza to jednak całości, bowiem historia ma nadal sporo do przekazania. Pozostaje nam czekać na to, jak dalej potoczą się losy walczących ze sobą Trojki i Miriady. Szkoda tylko, że na odpowiedź która z nich wygra, jak rozwinie się związek Ten i Kiliana, a także kto powróci z martwych... przyjdzie nam trochę poczekać. A ja wyczekiwać będę tego z niecierpliwością.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!
harpercollins.pl
Tytuł oryginalny: Lifeblood / Tłumaczenie: Jacek Żuławnik / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-276-3051-3 / Ilość stron: 432 / Format: 145x215mm
Rok wydania: 2017 (Świat) 2017 (Polska)

czwartek, 19 października 2017

1240. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara, reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg

     Martwi głosu nie mają i patrząc po piątej już odsłonie Piratów z Karaibów trzeba stwierdzić, że także i norwescy reżyserzy- twórcy m.in. przebojowego serialu „Marco Polo” nie powinni go mieć. Seria o przygodach Jacka Sparrowa, kapitana Jacka Sparrowa powinna skończyć się na pierwszym filmie. Z bólem serca przetrwaliśmy trzy tytuły z udziałem żwawej ekipy, ale gdy zabrakło w obsadzie Blooma i Knightley produkcja straciła serce. Ekipa Rønning i Sandberg próbują odbudować zgliszcza... niestety, z marnym skutkiem, bo nawet zatrudnienie takiej gwiazdy jak Javier Bardem nie przyniosło „Zemście Salazara” zamierzonego sukcesu.
Źródło: Galapagos Films
     Jack Sparrow (Johnny Depp), kapitan Jack Sparrow, znowu powraca. Tym razem zapijaczony pirat porzuca swój ukochany kompas, który pozwalał odnaleźć mu „szczęście”. Chwilę później z Diabelskiego Trójkąta uwalnia się stary wróg- kapitan Salazar (Javier Bardem), który wraz ze swoją umarłą załogą wyrusza w pogoń za znienawidzonym piracie, aby dokonać zemsty. Tymczasem Jack obiecuje potomkowi jego wiernych przyjaciół odnaleźć legendarny Trójząb Posejdona, mającego władzę nad morzami, który ponoć ma pomóc wyzwolić go spod klątwy Latającego Holendra. W ich wyprawie towarzyszy im niezwykła kobieta, przez jednych uznawana za czarownicę, a drugich wspaniałą uczoną.
     Można by zadawać pytania, na coż kręcą tyle tych filmów? Prawda jest taka, że zawsze znajdą się tacy, którzy połaszczą się na kolejne przygody Jacka Sparrowa. Ja zdecydowanie do nich należę, pomimo tego, że opinie nie były zbyt zachęcające. Ostatnie dwie produkcje spod pirackiej bandery zdecydowanie pokazują, że ta seria bez Turnera i Swan w ogóle nie ma racji bytu. Twórcy uznali najwyraźniej, że Jack Sparrow wystarczy, bo w końcu on jest tym najzabawniejszym w swoim zapijaczonym wizerunku. Rzeczywistość okazała się brutalna i najwyraźniej w świecie coś przestało tutaj grać. „Zemsta Salazara” to kolejny już tzw. zmarnowany tytuł, który oferował wielkie nadzieje, pokazywał, że będzie się dużo i fajnie dziać, a w konsekwencji dostajemy zwyczajny zapychacz czasu, który nie jest też do końca rozrywką. No chyba, że wyłączy się myślenie i zapomni o tym, że kiedykolwiek oglądało się trzy poprzednie filmy z całkiem fajnymi czarnymi charakterami. Z drugiej zaś strony, po co o nich pamiętać, skoro nawet i truposze mają serca, bo w końcu kiedyś byli ludźmi, więc wiadomo, że kilka filmów później musi dojść do jakiegoś pokrętnego zwrotu akcji, który dał nam dodatkowe atrakcje do seansu.
Źródło: Galapagos Films
Żeby nie było, obraz Rønninga i Sandberga ma swoje ciekawe momenty, do których z pewnością należy scena otwierająca nadająca zupełnie nowe znaczenie wyrażeniu „napad na bank”. Fajnie, że zombiastyczną załogę Czarnej Perły biegającą pod wodą zamienioną na taką, co stąpa sobie wartko po wodzie. Idealnym jednak elementem, które rzucił całkiem nowe światło na cały ten seans było jego zakończenie. Daje to nowe nadzieje, choć z drugiej strony może być też zamknięciem idealnym! Natomiast całkowitą przesadą było starcie na oceanie, nie mówiąc o tym, że wciąż nie rozumiem zależności „kompas-Salazar”. Albo mnie coś ominęło, albo ten scenariusz jest głupi i ma dziury. Totalnie dziwacznym pomysłem było dopowiedzenie do historii Barbossy, mniejsza z tym, że sprawa całkowicie do przewidzenia. Tego, czego najbardziej tu jednak brakuje... to oczywistej logiki scenariusza, no i przede wszystkim poczucia humoru nadającego lekkości całej strukturze. Oglądało się przyjemnie, ale jakoś tak... kanciasto.
     Przerażające jest w „Zemście Salazara” to, że efekty komputerowe utknęły na etapie pierwszego filmu. Znowu mamy żywe truposze, które z jednej strony wyglądają zachwycająco, a z drugiej widać tam spore niedopracowanie, które czyni z nich raczej karykatury ich samym, aniżeli przerażające potwory. Fajnie prezentuje się sam kapitan Salazar, choć można było bardziej go dopucować. Za to pięknie prezentował się Diabelski Trójkąt. Miał w sobie tę całą grozę i mrok.
Źródło: Galapagos Films
Reszta to powtórki z rozrywki. Znowu zabawy z morzem i od razu w Mesjasza, jakieś gigantyczne poczwary, które chcielibyśmy odzobaczyć i to bardziej ze względu na okropność realizacji niżeli ich przerażające oblicza. Szkoda, szkoda, bo historia i jej oprawa naprawdę miały potencjał. A tak to pozostaje nam jedynie zachwycać się kultowym już utworem przewodnim skomponowanym przez Klausa Badelta, na tle tych mało wyróżniających się kompozycji Geoffa Zanelliego.
     Przy kolejnych filmach w ramach tej samej serii najbardziej boli to, jak psuje się ukochana postać. Kapitan Jack Sparrow to persona, której mamy już po prostu przesyt. Kreacja Johnny'ego Deppa była genialna na etapie pierwszego, dwóch pierwszych filmów. Potem zaczęło się dziać coś niedobrego, a „Zemsta Salazara” pokazała, że Sparrow całkowicie stracił serce. Przestał już bawić, a jego wygłupy zaczęły bardziej irytować. Jego maniera stała się już nazbyt wymuszona, a tym samym ciężko jest polubić go na nowo po dłuższej przerwie. Nie na takiego Jacka Sparrowa czekaliśmy, nie na takiego! Do tego Barbossa, czyli sam Geoffrey Rush, który też postanowił przestać być człowiekiem, którego wszyscy nienawidzą. Stracił pazura, a tym samym stracił to, za co pokochaliśmy go przy „Czarnej Perle”. Javier Bardem całkiem nieźle sobie radził na ekranie, ale przyznać trzeba, że jego dykcja – ciężko stwierdzić czy faktyczna, czy jedynie odebrana, pozostawiała wiele do życzenia. Koniec końców bardziej sobą męczył i denerwował niż wzbudzał większe emocje.
Źródło: Galapagos Films
     „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” nie utrzymuje poziomu pierwszych filmów, pomimo tego, że fabularnie bardzo do nich nawiązuje. Wszystko wskazuje na to, że Johnny Depp stracił już serce do Jacka Sparrowa, a także i my nie bawimy się już tak dobrze jak kiedyś. Film okazał się być bardzo przewidywalny, wymusza na widzu konkretne emocje i paradoksalnie całkowicie mu je odbiera. Nie ma tutaj, niestety, wartkich akcji, a te kilka fascynujących scen nie zbudują całego filmu. Świetnie było zobaczyć trio Depp, Rush i Bardem na jednym ekranie, ale nawet ta odrobina hiszpańskiej krwi nie zdoła wywindować najnowszej produkcji Rønning i Sandberg. Dobrze by było, abyśmy na tym poprzestali przeżywanie przygód z karaibskimi piratami, bo choć i tak obejrzelibyśmy kolejne, to i tak zakończy się to klapą.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Piraci z Kraibów: Zemsta Salazara” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Pirates of Carribean. Dead Men Tell No Tales / Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg / Scenariusz: Jeff Nathanson / Zdjęcia: Paul Cameron / Muzyka: Geoff Zanelli / Obsada: Johnny Depp, Javier Bardem, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites, Kaya Scodelario, Kevin McNally, Golshifteh Farahani / Kraj: USA, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 11 maja 2017 (Świat) 26 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 27 września 2017

sobota, 7 października 2017

Książka #465: Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe, aut. Michał Leśniewski

     Zaszczepienie w dziecku pasji jest jedną z najważniejszych ról rodzica. Oczywiście, nasi najmłodsi sami zdecydują, w którym kierunku podążą ich zainteresowania, ale dobrze jest przedstawić im jakieś opcje. O tym, co kryje w sobie świat dowiedzą się przecież od własnych rodziców, ale również i twórców książek przygotowanych specjalnie dla naszych milusińskich. Jeżeli widzicie, że Wasze dziecko uwielbia rozbijać się samochodzikami, a przejście pół metra chodnikiem zabiera kilkanaście minut z uwagi na ciągłe „brum, bruuum, bruum”, to znak, że książka Michała Leśniewskiego jest zdecydowanie dla niego.
     „Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe” to publikacja dla wszystkich miłośników motoryzacji- dużych i małych, ale z większym naciskiem na tych drugich. Książka zawiera w sobie sporą ilość wielobarwnych opowiadań, które przedstawią samochód od podszewki. Ten zbiór powie nam o początkach motoryzacji, kiedy to w 1769 Joseph Cugnot wymyślił dziwaczny i mało poręczny pojazd, ale też o całym procesie powstawania aut. Jednakże samochody to nie tylko historia, ale przede wszystkim praktyka, więc każdy dowie się co w dawnych czasach potrzebne było prowadzącemu- począwszy od narzędzi, poprzez dodatku do samochodu, a po odzienie skończywszy. Bardzo ciekawie wypadają również opowieści praktyczne, przykładowo o sposobie włączania silnika. Zaczytywanie się w opowieściach o starodawnych modelach samochodów, odkrywaniu jak nadawać im prędkości, czy też o powstaniu opony samochodowej jest niezwykle frapujące i budzi rodzi jeszcze więcej pytań. Szkoda tylko, że nie na wszystkie otrzymamy odpowiedź. Książka ta nie oferuje kompleksowej wiedzy o automobilach i jego budowie- jedynie strzępki informacji, mniej bądź bardziej znaczących. Bo czy kogoś naprawdę obchodzi czas pierwszych w historii wyścigów? Cóż, tych kluczowych w Monte Carlo może i owszem, ale zwyczajnych zawodów w Paryżu? Szczerze wątpię. Jednakże naprawdę świetnym pomysłem jest chronologiczność opowieści, w których podkreśla się najważniejsze etapy samochodowej historii. Od pierwszego autopodobnego tworu, przez pierwszą produkcję, skrzydełkową modę u Cadilaca, aż po polskiego Fiata, a nawet elektroniczny mózg każdego współczesnego auta. Bardzo dobrze, że autorowi udało się uaktualnić treść książki, dodając również ciekawostki pod postacią zestawienia najszybszych samochodów, jakie istnieją aktualnie na świecie. Do zakochania!
     Książce nie można odmówić uroku. „Ale auta!” to naprawdę auta przez duże A i z wykrzyknikiem na końcu. Przepięknie wydana, na genialnym papierze, który tylko uwydatnia wspaniałą paletę barw. Zdecydowanie podnosi atrakcyjność i tak rewelacyjnych ilustracji stworzonych przez Macieja Szymanowicza. Wyrysowane przez niego samochody prezentują się niebywale zachwycająco. Są wielobarwne i bardzo szczegółowe. Jest się nad czym zachwycać, w szczególności jeżeli chodzi o dzieci. Opływowe kształty i kontrastowa kolorystyka przykuwają uwagę każdego. Dziecko ma aż ochotę powyrywać kartki, zmiąć je piąstkami i nosić w kieszonce na pamiątkę.
Źródło: Egmont
     Jestem szczerze zachwycona książką „Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe”. Publikacje z serii ART Egmont nigdy nie zawodzą swoją wizualnością, gdyż angażują do tworzenia najbardziej wybitnych ilustratorów. Teraz śmiało mogę stwierdzić, że Maciej Szymanowicz znalazł się wśród moich ulubieńców. Sama treść książki jest bardzo różnorodna i z pewnością bardzo ciekawa dla każdego maniaka motoryzacji. Bardzo ciekawym pomysłem okazało się ubranie zwykłych, suchych faktów w historyjki, które zainteresują najmłodszych czytelników. Nie, żeby w ogóle potrafili się na nich skupić otoczeni feerią barw i niesamowitymi kształtami rysunków spoglądających na nich z kart książki. Jest to wyjątkowa lektura, która powinna znaleźć się w biblioteczce każdego chłopca, bo dostarczy mu rozrywki na wiele dni.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!



Tytuł oryginalny: Ale auta! Odjazdowe historie samochodowe / Ilustracje: Maciej Szymanowicza / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-281-1456-2 / Ilość stron: 88 / Format: 240x270mm

Rok wydania: 2017 (Polska)

sobota, 30 września 2017

1239. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn

     Kinowe Uniwersum Marvela rozszalało się na dobre, kiedy do ekipy dołączyli „Strażnicy Galaktyki”. 3 lata temu wzbudzali zachwyt wśród widowni i krytyków, którzy pokochali nie tylko historię, ale przede wszystkim nietuzinkowych bohaterów. Teraz James Gunn powraca z najnowszą odsłoną ich przygód, bowiem ta nietypowa rodzina wyrzutków społecznych ponownie ratuje wszechświat przed złem i nikczemnością. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to film z kategorii „bardziej”- bardziej emocjonujący, bardziej dynamiczny i jeszcze bardziej zakręcony.
Źródło: Galapagos Films

     Ekipa Star-Lorda (Chris Pratt) zyskała sławę po tym jak ostatnim razem udało im się ocalić galaktykę przed Ronanem oraz kamieniem nieskończoności. Teraz dostają kolejne zlecenia, ale ich nieokrzesane zachowanie ściąga na nich gniew zleceniodawców, którzy ścigają ich przez połowę kosmosu. Przed zbliżającą się zgubą ratuje ich tajemniczy mężczyzna. Oni sami jednak uszkadzają statek i zmuszeni są lądować na nieznanej sobie planecie. Podczas gdy Rocket (Bradley Cooper) wraz z Grootem (Vin Diesel) próbują podreperować statek, Peter wraz zresztą drużyny wyrusza na planetę Ego (Kurt Russell), gdzie poznaje swoje korzenie oraz przeznaczenie. Tymczasem poprzez galaktykę pędzą za nimi najemnicy z Yondu (Michael Rooker) na czele, którzy nie cofną się przed niczym, aby sowicie zarobić na zleceniu.
     James Gunn nie osiada na laurach. Świadomy tego, że postawił sobie wysoko poprzeczkę chciał przeskoczyć pierwszy film albo chociaż uczynić go równie zaskakującym i zachwycającym co pierwszy. Ewidentnie widać, że plany skończyły się sukcesem i pod wieloma względami „Strażnicy Galaktyki vol. 2” przebijają pierwszy film. Co najbardziej zaskakujące, udaje się tutaj uniknąć problemów wielu innych sequeli, ponieważ ten jeszcze bardziej rozbudowuje swoich bohaterów, prezentuje ich przemianę w najlepszy z możliwych sposobów, a do tego dokłada równie porywającą historię przewodnią wokół, której kumulują się działania postaci filmu. Nie jest to ten sam kotlet odgrzany ponownie, to pełnoprawna kontynuacja mogąca szczycić się najlepszą wśród tegorocznych sequeli.
Źródło: Galapagos Films

Wszystko co niedopowiedziane w części pierwszej w końcu znajduje rozwiązanie. W najnowszym filmie Gunna bohaterowie będą jednoczyć się w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia Petera Quilla. I już na tym etapie fabuła ciekawie się rozwarstwia. Nie tylko poznajemy ojca, ale również odnajdujemy nowego Star-Lorda i wyjaśnienie jego przetrwania po akcji z kamieniem nieskończoności. Nie tylko dostajemy potężnego złoczyńce, ale zostaje on zestawiony również ze skokami w przeszłość. Zaledwie jeden wątek z wielu w tym filmie, a dostarcza najrozmaitszych emocji, tak bardzo ze sobą sprzecznych. Przy okazji tej historii wychodzi zupełnie inna relacja, która przyprawia o zawrót głowy, ale przede wszystkim o potok łez.
Zawieszona w kosmosie opowieść Gamory i Nebuli również znajduje swój ciąg w tym tytule. W końcu mamy okazję poznać bliżej niebieską część córeczek Thanosa, a także zrozumieć motywy jej działania. Nierzadko była też obiektem drwin ze strony towarzyszy podróży, co akurat nie jest dziwne, a i jej towarzysze raczej czarne poczucie humoru mają. Czasami odnosi się wrażenie, że jej postać jest jedynie zapychaczem, aby inni mieli okazję się wykazać, ale na szczęście szybko to mija, gdy przychodzi do faktycznej rozgrywki.
Źródło: Galapagos Films

Największą przemianę przeszła chyba postać Draxa. Oczywiście, twórcy nie zapominają dlaczego w ogóle znalazł się w tej bandzie nieszczęśników, ale dają mu coś innego- poczucie humoru. Tym sposobem przy większości wiekopomnych chwil, czy chociażby każdej innej sytuacji wymagającej powagi, wkracza Drax ze swoim pokrętnym wtrąceniem rozwalającym cały system i rozśmieszającym wszystkich, na sali oczywiście. Niby śmiertelnie poważny, ale tak bardzo nieporęczny z wyczuciem chwili. O dziwo to bawi, ale co jeszcze dziwniejsze momentami też drażni, gdy sięga do przesady. Nie mniej, jego dyskusja na temat brzydoty Mantis to największy hit tej odsłony „Strażników...”. Takich scen jest za dużo, aby wszystkie wymieniać, ale koniec końców tym razem to Drax jest tym, który skupia najwięcej uwagi, bo najbardziej bawi swoimi komentarzami. Inną istotą, mogącą bardziej zachwycać niż on jest sam Groot. On zachwyca bezustannie, ale teraz jest małym drzewkowym dzieciątkiem. Jego zachowania porównywać można z półtorarocznym dzieckiem, który teoretycznie rozumie, ale jakby nie do końca. Wzbudza największe instynkty macierzyńskie, kiedy dzieje mu się krzywda. Aż ma się ochotę wejść na plan i poklepać go pocieszająco po ramieniu, ewentualnie ululać do snu.
Film porusza jeszcze całą masę innych tematów, czy to bunt załogi Yondu, jego odrzucenie z kręgu najemników- jego prawdziwej rodziny, jego niesamowitą relację z Rocketem, czy też dziwaczne zachowania Sprzymierzonych (BTW co to w ogóle za jedni?!). I co zaskakujące, pomimo tego, że jest tutaj cała masa historii pobocznych, wszystkie idealnie się ze sobą przeplatają, wzajemnie uzupełniają i dzięki temu nie ma się wrażenia przeładowania- wręcz przeciwnie, jest jeszcze bardziej intrygująco i dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

    Dorównując swojemu poprzednikowi „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są równie dynamiczni, równie kolorowi i równie zachwycający muzycznie. Efekciarstwo w tym filmie jest pierwszorzędne, aczkolwiek przeładowanie grafiką znajduje również ujście w jakiejś pokrace. Niestety, nie udało się tego uniknąć i niestety finałowa akcja na Ego jest tego przykładem. Mocno rozdrażniający pokaz mocy, który jest ukłonem dla lat osiemdziesiątych, z tym muszę się zgodzić, ale finalnie jak dla mnie jest jedynie zapychającą i przesadną popisówką. Pięknie natomiast wygląda tutaj kosmos. Każda jedna planeta, a planeta Ego to już w ogóle pokaz najcudowniejszych piękności wszechświata. Zachwycają barwy, zachwyca animacja, która wygląda naprawdę realistycznie, jakbyśmy siedzieli na jednej z tych asteroidek i obserwowali z niej bezmiar cudownego kosmosu. A dużo się w nim dzieje. Szalone pościgi, jeszcze bardziej szalone wybuchy i od groma innych kosmicznych atrakcji, które przyciągną uwagę każdego.
Bezzaprzeczalną zaletą „Strażników Galaktyki” jest ich oprawa muzyczna. Z jednej strony genialny podkład muzyczny Tylera Batesa, a z drugiej... rewelacyjny zlepek najlepszych kawałków muzycznych. Do tego świetnie dopasowane do scen akcji, jak chociażby wspaniała akcja na statku Yondu w rytmie „Come a Little Bit Closer” w wykonaniu Jay and the Americans, też „Mr. Blue Sky” z niezwykłym układem tanecznym Groota i szalejącą w tle walką z gigantycznym potworaskiem, czy też „The Chain” nadający grozy chwilowemu rozstaniu przyjaciół. Utwory mniej lub bardziej znane współczesnemu odbiorcy, które latami biegały po falach radiowych lub też nie. Świetnie tutaj spełniają swoją rolę i udowadniają, że kompozycje niekoniecznie tematycznie powiązane z fabuła filmu, czy jej linią czasową, mogą idealnie się sprawdzić i nadawać dodatkowego charakteru.
Źródło: Galapagos Films

     „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to autentycznie film niezwykły. Czysta rozrywka podrasowana intrygującą fabułą. James Gunn poszedł o krok dalej, chcąc dać widzowi nowe powody do miłości do tego filmu, a być może nawet przekonać do niego jego zagorzałych przeciwników. Niegdysiejsi wrogowie stają się sojusznikami, a wszystko przez coraz większy rozwój postaci oraz ich relacji. To nie są ci sami Strażnicy co w pierwszymi filmie. Są mądrzejsi o nowe doświadczenia, a co za tym idzie jeszcze bardziej zabawni, jeszcze bardziej angażujący się oraz bardziej intrygujący. To wszystko, jak zawsze, w najwspanialszej oprawie studia Marvela, czyli masa wybuchów, feeria światła i barw, a także rewelacyjny dobór ścieżki dźwiękowej. I to wszystko zawstydzić powinno inny największy, kosmiczny hit- „Star Wars”.
Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Strażnicy Galaktyki vol. 2” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray oraz Blu_Ray 3D.

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Guardians of the Galaxy vol. 2 / Reżyseria: James Gunn / Scenariusz: James Gunn / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Tyler Bates / Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Kurt Russell, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 19 kwietnia 2017 (Świat) 05 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 20 września 2017