NOWOŚCI

Najnowsze teksty

niedziela, 16 czerwca 2019

Książka #500 #501: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem, aut. Marta Galewska-Kustra



     Trzy i pół roku dały mi czas na to, bym uzmysłowiła sobie, że słaby ze mnie logopeda. Na nic się zdało mówienie do dziecka, czytanie do poduszki, czytanie kiedy mały biegał. Wszyscy w koło powtarzali: „Czytaj mu, bo nawet jak Ci się wydaje, że nie słucha, to słucha”. Efekt tego taki, że młody w sierpniu kończy 3,5 roku, a jedyne co potrafi wydobyć z mowy to naśladowanie niektórych dźwięków, no i oczywiście monosylabizmy. Uwielbiam... Pucio z każdym dniem przykuwa coraz większą uwagę mojego dziecka, sam sięga po książeczki i sam dopraszał się o układanie puzzli. I bardzo dobrze, bowiem to właśnie ta postać literacka stworzona została przez Martę Galewską-Kustrę oraz Joannę Kłos, aby pobudzić mowę u dzieci. Urocza postać miała zmobilizować malców do mówienia, a autorka z ilustratorką wymyślały coraz to nowsze pomysły, żeby to uczynić.

     Po serii książek i puzzli przyszedł czas na małe książeczki o tytułach „Co robi Pucio?” oraz „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”. Obie propozycje dla najmłodszych zmieszczono w bardzo poręcznych wydaniach, dzięki czemu można je zapakować do matczynej torebki, czy też plecaczka malucha. Można zabrać je wszędzie i miło spędzić czas lub zabić go wykorzystując na naukę mowy. Nie są to bowiem książeczki przygodowe. Przedstawiają zwroty znane nam z codziennego życia w uzbrojeniu rysunków idealnie je odzwierciedlających.

     Pierwsza mini-książeczka, to „Co robi Pucio?”. Nie trudno się domyślić, że ma ona nie tylko wspomagać mowę, ale również i logiczne myślenie. Na jednej karcie mamy bowiem rysunek przedmiotu codziennego użytku, a na drugim czynność, którą Pucio wykonuje dzięki tej rzeczy. Oczywiście, kreatywność dzieci nie zna granic wobec czego mój brzdąc bawi się w odnajdywanie przedmiotów na rysunku i ekscytowanie się wniebogłosy, że odnalazł coś co było zasadniczo nie do odnalezienia. Zuch chłopak!
Natomiast kolejna propozycja dla najmłodszych, „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”, ma już zgoła odmienny charakter. Tak naprawdę, to właśnie ten tytuł powinien znaleźć się u dziecka od najmłodszych lat, bowiem zawiera w sobie to, co każdy zna od lat, a mój Mikuś łapie to w trymiga. Z jednej strony jest to znowuż szereg sytuacji, z którymi dziecko nie powinno mieć problemu. Z drugiej zaś spora ilość sylabizmów i naśladownictwa dźwięków. Małe brzdące zdecydowanie szybko łapią takie formy wyrażania myśli, a mój to już w szczególności, więc jak już sobie zaszczepią to w głowie, to ciężko będzie się tego pozbyć.

     Książki od Marty Galewskiej-Kustra wzbudzają wiele entuzjazmu nie tylko z powodu tego, co przekazują małym czytelnikom i ich rodzicom, ale przede wszystkim w jaki sposób to robią. Joanna Kłos stworzyła niebanalną postać małego chłopca, o bardzo prostej konstrukcji, ale bardzo dużym sercu. Rysunki zachwycają przede wszystkim minimalizmem i kolorystyką. Nie potrzeba większej ilości udziwnień i rozpraszaczy. To, co widzimy absolutnie spełnia swoją rolę, zachęcając coraz większą ilość czytelników do sięgnięcia po logopedyczne spotkania z Puciem. 

     Opiniowanie skuteczności książki jest raczej niemożliwe za sprawą jednego posiedzenia. Pewnym jest natomiast to, że skupia na sobie uwagę najmłodszego z czytelników i frapuje na tyle, że jest w stanie wejść z książeczką w interakcję. Czy jednak wpływa na poprawę mowy lub chociaż stanie się magicznym guzikiem, po wciśnięciu którego maluszek zacznie mówić? Cóż, u nas się to nie sprawdziło, ale może u innych... Na pewno wiele ulatnia więc zasadniczo można wydać te niewielkie pieniądze, aby przede wszystkim sprawić radość swojemu dziecku spotkaniami z ulubionym bohaterem ich literackiego świata. Świetne jest to, że obie książeczki dostosowane są do różnych potrzeb dzieci- takich, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem oraz takich, które chcą ją rozwinąć we właściwym kierunku. Jak dla mnie, super!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13469-1, 978-83-10-13468-4 / Ilość stron: 28 / Format: 135x135mm

Rok wydania: 2019 

sobota, 1 czerwca 2019

Książka #499: Zapisane w bliznach, aut. Adriana Locke


     „Zapisane w bliznach”, to nie pierwsza książka autorstwa Adriany Locke, z którą polscy czytelnicy mieli okazję się zapoznać. Wcześniej w księgarniach czekało na nich „Poświęcenie”, które mogliśmy przeczytać również za sprawą wydawnictwa Szósty Zmysł. Po sukcesie pierwszego tytułu biegniemy do sklepów z nadzieją w sercu, że znowu przyjdzie nam przeżywać emocjonalny rollercoaster. W moim odczuciu, nie jest ten sam poziom dramatyzmu, ale to już kwestia gustu i faktu, co kogo wzrusza.

     Elin i Tyler to para marzeń. Poznali się w szkole, zakochali się w sobie i ostatecznie wzięli ze sobą ślub. Wieli z pozoru szczęśliwe życie, jednakże gdy nie mogli spełnić swoich marzeń coś zaczęło się między nimi psuć. Ostatnią kroplą do czary goryczy okazuje się być wypadek Tylera na kopalni, który rozdziela kochanków na długi czas. Kiedy znowu przychodzi im się spotkać przypominają sobie o dawnym uczuciu i robią wszystko, aby na zawsze pozostać już razem.

     Skłamałabym, gdybym powiedziała, że „Zapisane w bliznach” to książka zła. Byłabym bezduszną zołzą, gdybym stwierdziła, że historia tutaj zaprezentowana nie poruszyła mojego serca. Pewnym jest jednak to, że wzruszyła mnie i zainteresowała mnie mniej niż poprzednia powieść Adriany Locke, którą miałam okazję czytać. Historia tutaj jest wielowątkowa. Mamy przede wszystkim ukochaną parę, która wydaje się być wzorem do naśladowania, w końcu cała opowieść krąży wokół nich. Przeżywamy rozstania, przeżywamy powody tych rozstań, a także niezwykłe chwile uniesień. Powieść nakreśla wątek macierzyństwa i ogromnej potrzeby spełnienia się w tej roli. Jest też jego druga strona, bardzo delikatna i niekoniecznie każdy chce stawiać jej czoła. Różnie ludzie na to zareagują, ale raczej nigdy negatywnie. Może wzruszać, zdecydowanie bardziej od drugiego przewodniego tematu. Z nim pewnie więcej ludzi będzie się utożsamiać, w szczególności ci, którzy mieli w swojej rodzinie górników pracujących pod ziemią. Podziała to na czytelników, którzy każdego dnia czekali w obawie, czy ukochana osoba powróci z pracy. Ten wątek bardzo rzadko pojawia się w literaturze tego typu. Szczerze, ja się spotykam z nim po raz pierwszy. Fajnie, że się go porusza i dobrze, że poświęca się mu więcej czasu niżeli jedynie krótkie wspomnienie. Wprowadzenie czytelnika w dramaturgię całej sytuacji, pomagając mu odczuć to co czują zarówno górnicy, jak i ich rodziny, sprawdza się tutaj idealnie.

     Pomiędzy wierszami wyczytać można coś jeszcze. Jest to niezwykła przyjaźń, która potrafi połączyć ze sobą ludzi, dając im ogromną siłę. Każdy szuka swojego miejsca w życiu, a czytając o tych bohaterach ma się wrażenie, że oni swoje znaleźli. Pokazali aż nadto, że zdolni są do wszystkiego dla tej drugiej osoby, da się odczuć to wielkie wsparcie i miłość, jakie sobie okazują. Na takim fundamencie zbudowane są bardzo mocne i charakterne postaci. Elin i Tyler wspierani są przez swoich najlepszych przyjaciół: frywolnego Corda, który chciałby kiedyś kochać kogoś, tak jak kocha się dwójka jego przyjaciół; najlepszego człowieka pod słońcem, brata Elin- Jiggsa; no i oczywiście jego przepiękną żonę, która lada moment urodzi mu dziecko, a jest niczym siostra dla Elin- Lindsay. Niekiedy zdarzają się przypadki, że samemu można sobie wybrać rodzinę- to jest jeden z takich przypadków.

     Nie mogę powiedzieć, aby „Zapisane w bliznach” było książką idealną. Owszem, przyjemnie się czyta, dostarcza baardzo wielu złożonych emocji i wielu wrażeń z powodu wielopłaszczyznowej opowieści, ale jakoś...nie ujmuje serca. Oczywiście, wylewamy może łez wraz z Elin, mamy ochotę zaserwować prawy sierpowy Tylerowi, a także z całego serca ukochać Corda, ale mam wrażenie, że pomimo całej sympatii do bohaterów, opowieść zaginie pomiędzy innymi obyczajówkami. Pomimo wątku górnictwa, które dość rzadko pojawia się w literaturze tego typu, wspomnienie o tym może się ulotnić. Nie mniej, dla zwyczajnej rozrywki, która pomoże oderwać się od codzienności warto sięgnąć i się z nią zapoznać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Written in the Scars / Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowy / ISBN 978-83-65830-62-3 / Ilość stron: 380 / Format: 150x200mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2016 (Świat)

sobota, 11 maja 2019

Książka #498: To, co zakazane, aut. Tabitha Suzuma


     Ostatnio stałam się bardzo wybrednym miłośnikiem książek, filmów i seriali; dość trudno jest mnie zadowolić. Gdy pojawiła się informacja o nowościach wydawniczych dzieci Papierowego Księżyca byłam sceptycznie nastawiona, w szczególności do jednego z tytułów „To, co zakazane”. Hasła typu „Ta historia łamie serce” nigdy mnie nie kusiły, gdyż zazwyczaj się nie sprawdzały. Kilka słów nakreślające fabułę wydawało się intrygujących, ale kierujących moje myśli tylko w jedną stronę: „Skończy się tak, jak zawsze!”. Po przeczytaniu najnowszej powieści Tabithy Suzumy całkowicie zmieniam swoje zdanie.

     Siedemnastoletni Lochan i szesnastoletnia Maya to dwójka najstarszego rodzeństwa wśród pięciorga dzieci porzuconej kobiety u kresu wytrzymałości. Tych dwoje zawsze było dla siebie czymś więcej niż tylko bratem i siostrą. Razem płakali, razem się śmiali, razem opiekowali się swoimi młodszymi braćmi i siostrą; stali się dla nich rodzicami. Robią wszystko, aby tylko opieka społeczna nie dowiedziała się o tym, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami ich domostwa; razem wymyślają najrozmaitsze historie usprawiedliwiające nieobecność ich matki. Nic więc dziwnego, że między tą dwójką rodzi się coś więcej niż przyjaźń. Coś bardzo niewinnego, acz...zakazanego przez obyczaje i prawnie.

     W swojej powieści autorka porusza bardzo kontrowersyjny temat. Temat, który bardzo rzadko jest podejmowany; no może jedynie poza „Grą o tron”, bo tam stosują go nagminnie. Kazirodztwo to nie jest łatwy temat. Wszystko dlatego, że zakazuje tego wiara, przyjęte obyczaje, przyjęte prawa... Każdy kraj stawia krzyżyk na takich relacjach, także i w Polsce, choć to oczywiście nie jest zaskakujące. W naszym kraju kazirodztwo jest przestępstwem przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, zgodnie z art. 201 Kodeksu karnego, za które grozi pozbawienie wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Dotyczy to zarówno rodzeństw, jak i rodziców, a nawet i przybieranej rodziny. Znam się trochę na prawie, co nie? Nie mniej, mnie samej (choć uważam się za osobę niezwykle tolerancyjną) ciężko było przebrnąć przez wszelkie sceny okazywania sobie miłości. Nie było łatwo czytać o zbliżeniach, o wszelkich czułościach; jedynym rozwiązaniem okazało się być całkowite odcięcie myślenia i zapomnienie o tym, że jest to rodzeństwo. To było świetne posunięcie zważywszy na ostatnie sceny tej opowieści.

     Jednakże kazirodztwo to nie jest jedyny problem tej książki, a w zasadzie nie jest to nawet główny problem. Najgorszym do przetrawienia, zrozumienia okazał się by dramat tej rodziny. Każda chwila, w której matka nie była matką; każda scena, gdzie wolała nowego chłopaka od swoich dzieci; każdy możliwy fragment przywołujący przeczytane bajki na dobranoc, nieucałowane czoła, nieutulone dzieci; wszystko to wywoływało we mnie fizyczny ból. Sytuacje, które zmusiły najstarsze z dzieci do szybkiego wkroczenia w dorosłość i zastępowania dorosłych w najważniejszej życiowej roli, rozdzierały serce. W szczególności, jak przypomni się człowiekowi, gdy spędził półtora miesiąca w szpitalu z dala od swojego dziecka i każdego dnia za nim płakał. Nie znosiłam „matki” tej piątki dzieciaków, którzy jej potrzebowali. Nie znosiłam tego, że musieli kombinować, żeby nie odkryć się przez pomocą społeczną, żeby nie rozdzielili ich rodzeństwa.

     Oba powyższe wątki kumulują się w pewnym momencie, gdzie dochodzi do prawdziwego wybuchu emocji u czytelnika. Wtedy powieść wchodzi na zupełnie nową płaszczyznę, której chyba nikt się nie spodziewał. Oprócz mnie, ale sama jestem sobie winna, bo w trakcie czytania skoczyłam sobie na końcówkę (muszę przestać to robić!). Zupełnie jakbyśmy wsiedli do prawdziwego emocjonalnego rollercoastera i zapomnieliśmy zapiąć pasów; mamy tutaj wszystkie emocje od miłości, przez przerażenie, aż do pogardy.

     Spodziewałam się, że ta lektura nie będzie dla mnie łatwa. Nie sądziłam jednak, że „To, co zakazane” będzie taką jazdą bez trzymanki. Oczekiwałam po tym tytule bardzo wiele, o wiele więcej zostało mi oddane w zamian. Odnalazłam w sobie podziw dla bohaterów, zarówno ten negatywny, jak i pozytywny; bohaterów, których doceniam za odwagę, doceniam za siłę, bo nie łatwo jest się podnieść po takich doświadczeniach. To nie jest łatwa w odbiorze książka, jest niezwykle kontrowersyjna i myślę, że każdemu ciężko będzie znaleźć w sobie ten magiczny wyłącznik, który pomoże spojrzeć na tę historię z nieco innej perspektywy i zrozumieć. Ja ją pokochałam i znienawidziłam jednocześnie. Pokazała mi siłę rodziny, ale również słabości współczesnego, zacofanego świata.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Młodzieżówka!

Tytuł oryginalny: Forbidden / Tłumaczenie: Joanna Krystyna Radosz / Wydawca: Młodzieżówka / Gatunek: obyczajowy / ISBN 978-83-65830-51-7 / Ilość stron: 376 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2010 (Świat)

czwartek, 2 maja 2019

Książka #497: Świat obok świata, aut. Liz Braswell

 „Małej Syrence” na opak, to tom „Mrocznej baśni”, który ukazał się jako drugi na polskim rynku wydawniczym. Szkoda, że przygodę z tą serią zaczęłam od „Dawno, dawno temu... we śnie”, bo książka odrobinę zniechęciła mnie to do dalszych lektur. Nie mniej, miesiąc później i: „BAM!”, wciągnęłam się bez reszty. Zawsze byłam sympatykiem Ariel i jej ziemsko-morskich przygód, dlatego z łatwością przyjęłam wygraną Vanessy i z pewnym zaciekawieniem spoglądałam na świat, w którym to królewska syrenka nie zdobywa księcia.
   Opowieść o

    Może i jestem brutalna, może nawet jestem sadystką, ale czy może być coś ciekawszego niż szczęśliwe zakończenia dla złoczyńców? Wszyscy pamiętają okrutną wiedźmę morską, która dała syrence nogi i trzy dni na rozkochanie w sobie księcia. Disney zaserwował Arielce szczęśliwe zakończenie pod postacią pokonanej wiedźmy, nóg i oczywiście przystojnego księcia za męża. Klasyka nie była aż taka łaskawa. Z kolei Liz Braswell bardziej skłania się ku tej drugiej opcji i postanawia zaserwować syrence przegraną, zabierając jej przy tym głos, księcia, no i ojca. Syrenka zostaje królową wśród syrenich pobratymców, ale gdy pojawia się cień nadziei, że jej ojciec żyje nie waha się na nowo stawić czoła Urszuli, znanej w lądowym świecie jako Vanessa.

     Oj, co to była za opowieść! Tak samo fascynująca, jak disneyowski pierwowzór. Zastajemy Ariel w bardzo ciężkiej sytuacji. Jej ojciec, król Tryton, został uznany za zmarłego, więc to ona musiała zasiąść na tronie. Książę Eryk przegrał walkę z Vanessą więc ta rzuciła urok na wszystkich, całkowicie pozwalając im zapomnieć u czerwonowłosej syrence, a z siebie robiąc jego małżonkę księcia. Ariel musi zatem bezgłośnie walczyć o dobro swojego królestwa, a może też i lądowego świata? Historia jak z koszmaru? Prawie, bo w sumie można to traktować niemalże tak, jakby to wyglądało w rzeczywistym świecie, gdzie nie zawsze wygrywa dobro, a złoczyńcy nie dostają zasłużonej kary i życie toczy się dalej. Historia ta pozbawiona jest większych melodramatów, natomiast nie brak jej grozy, w szczególności, gdy na jaw wychodzą prawdziwe zamiary Urszuli. Szczęśliwie (lub też nieszczęśliwie) dość szybko nadciąga nowa nadzieja i już wiemy, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Tak, bardzo ciężkie było to do przewidzenia. Przecież ostatecznie, w baśniach, dobro zawsze musi zwyciężyć.

     Nie ma tutaj większych objawień, choć fajnie, że przemyca się odrobinę tematu „na czasie” dbania o środowisko zarówno lądowe, jak i wodne. Trochę, jak w najnowszym „Aquamanie”. W pewnym momencie ma miejsce naprawdę epicka scena, którą zobaczyłam oczami widza na sali kinowej i wydaje mi się, że mógłby być z tego niezły film katastroficzny, a o tej scenie gadaliby naprawdę wszyscy. Reszta to natomiast takie przepychanie się, budowanie strategii, która opiera się zasadniczo na jednym durnym pomyśle, który w każdej chwili może polecieć na łeb, na szyję.

       Cudownie jest spotkać się ze starymi postaciami, które odrobinę się postarzały. Arielka i Eryk nie są już tymi samymi ludźmi sprzed lat. Niosą dodatkowy bagaż, choć mam wrażenie, że wewnętrznie pozostało w nich coś z przeszłości. Vanessa budzi odrobinę więcej podziwu, ale przede wszystkim przerażenia. Dość interesujący jest udział służby, która miała okazję przed laty pomóc dostosować się syrence do ludzkich obyczajów. Kto mówi, że teraz nie może być równie pomocna. Z drugiej strony jest też i pewna postać, którą bardzo ciężko rozgryźć. Niby służąca wiedźmy, niby konspiratorka o nieprzeniknionej sympatii Ariel. Trochę ona niepokojąca i wygląda na to, jakoby miało się kontynuować jej wątek gdzieś, kiedyś.

     Seria „Mroczna baśń” całkowicie mnie do siebie przekonuje. Uwielbiam ten zamysł na zwycięstwa złoczyńców i pochowanych po kątach bohaterów. „Świat obok świata” odebrałam o wiele lepiej niżeli „Dawno, dawno temu... we śnie”. Winę zrzucam nie na samą autorkę, ale na historię bazową. Syrenka zawsze bardziej mi odpowiadała niż Śpiąca Królewna. O dziwo, to co spotyka nową Ariel jest bardzo porywające i o wiele bardziej przyswajalne. Mamy trochę morza, trochę lądu, trochę zła, trochę dobra. Tutaj choć odrobinę próbuje się poznać przyczyny problemów, dlaczego w zasadzie Urszula stała się wiedźmą morską. Nie sprawia to jednak, że historia jest mniej makabryczna i w żaden sposób nie usprawiedliwia to naszej wiedźmy, ale o dziwo dobrze się to czyta i odzyskuje się nadzieję w stare dobre baśnie. Polecam sympatykom Disneya i baśni!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Part of Your World / Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / Ilość stron: 416 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2018 (Świat)

sobota, 27 kwietnia 2019

Książka #496: Dawno, dawno temu... we śnie, aut. Liz Braswell

    Baśnie to jeden z tych nielicznych tworów literackich, które zna chyba każdy. W oryginalnej, disneyowskiej, czy filmowej wersji budzi zainteresowanie wśród najmłodszych i najstarszych odbiorców. Ostatnimi czasy popularne stają się opowieści na opak, ujmowane z perspektywy antagonistów, ukazujących ich w zupełnie innym świetle. Jak bowiem wyglądałyby losy królewien i książąt, gdyby ziścił się plan Rumpelstiltskina z „Once Upon a Time” i złoczyńcy dostaliby swoje „szczęśliwe” zakończenia? Liz Braswell rozpoczyna serię „Mroczna baśń”, gdzie biorąc pod lupę dobrze znane nam opowieści sprawia, że losy bohaterów nie kończą się na ślubie i magicznych, ożywiających pocałunkach. 

     Pierwszą z pokręconych baśni, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, dzięki Egmontowi, jest przeróbka „Śpiącej Królewny”. Losy Diaboliny, Aurory i księcia Filipa znane są wszystkim. Klątwa, miłość, wrzeciono, ukłucie, sen, książę, pokonanie wroga, pocałunek „prawdziwej miłości” i „Żyli długo i szczęśliwie”. Wróć... a gdyby tak zabicie Diaboliny nie pomogło, a pocałunek zamiast wybudzić Aurorę uśpiłoby dodatkowo księcia Filipa? Brzmi koszmarnie, ale kto powiedział, że dobro zawsze musi wygrywać. Teraz bohaterowie będą musieli przejść świat snów rządzony przez resztki duszy wiedźmy, aby zmierzyć się ze swoimi koszmarami i raz na zawsze pokonać wroga.

     Oryginalny tytuł powieści od razu wskazuje baśń, którą wzięto na warsztat. „Once Upon a Dream” to nic innego jak tytuł świetnej piosenki prosto z filmu Disneya „Śpiąca Królewna”. Z drugiej zaś strony sen jest chyba najbardziej popularnym atrybutem tej historii, poza oczywiście wrzecionem. Ta opowieść nigdy nie należała do moich ulubionych, miała w sobie tę nutę, która wprawiała mnie w psychiczny dyskomfort. Dyskomfort ten urósł z małego leminga, do gigantycznego T-Rexa przybierając formę powieści Liz Braswell. Zdecydowanie nie pomogło mi to w odbiorze, a wręcz mocno przemęczyłam się z wątkami wyciągniętymi prosto z horroru. Gdyby tak przerobić tę wersję na film, z pewnością pełny byłby grozy, gotyckiego surowego klimatu, no i oczywiście makabrycznych istot. Tak to bowiem wyglądało w mojej głowie podczas lektury. Nie wzbudzało to tyle przerażenia, co bardziej niepokój. W szczególności, że to przecież świat snu, w którym wydarzyć może się wszystko. Ten nietypowy nastrój uczynił książkę odrobinę zbyt ciężką, która wyposażona jest w bardzo obrazowe opisy, czego Liz Braswell nigdy nie można było zarzucić. Dla wszystkich, którzy lubią przeciągające się budowanie klimatu i otoczenia będzie to prawdziwa przyjemność. Dla mnie, miłośniczki mocnych wrażeń i konkretnej akcji- było raczej ciężkostrawną przeprawą.

     Natomiast rewelacją jest sam pomysł na opowieść. Wielu tworzyło historie po „szczęśliwym zakończeniu”, ale niewielu uderzało w najbardziej newralgiczne punkty, najbardziej wątpliwe elementy, wychodząc poza utarte schematy. Trzeba przyznać, że Liz Braswell dobitnie pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, a to zauroczenie do którego wówczas dochodzi często jest bardzo złudne. Często podążamy za nim ślepo, nie próbując nawet przyjąć do wiadomości prawdy o drugim człowieku. Później natomiast jesteśmy rozczarowani, że ten ktoś wydaje się być zupełnie inną osobą niż ta, w której się zakochaliśmy. W końcu Aurora, to nie tylko roztańczona śpiewaczka leśna, która powinna zająć się zawodowo utrzymywaniem równowagi podczas wirowania wraz z ptaszkami, ale przede wszystkim porzucona młoda kobieta, zagubiona pośród drzew królewna, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca w otaczającym ją świecie.

     Senna wersja klasycznej opowieści jest dość... demoniczna, można by rzec. Dużo tutaj pokracznych istot, które raczej sympatii nie wzbudzają, dużo smutku, cierni i mroku. Krew się leje, jest brutalnie, no ale w końcu jest to świat rządzony przez Diabolinę. Imię zobowiązuje! Innymi słowy opowieści z punktu widzenia tych mrocznych bohaterów nie należą do najbardziej rozśpiewanych i kolorowych. Ptaszki nie ćwierkają radośnie, a pocałunki „prawdziwej miłości” nie działają. Czy można sobie wyobrazić większy koszmar senny? No chyba tylko taki, gdy jesteś świadom, że śnisz taką makabrę i nie potrafisz się wybudzić, aby zakończyć to, co mordowało cię od środka od wielu lat... Czy mnie to przekonuje? Z pewnością jest to coś nowego, coś co zostało fajnie opowiedziane i jest względnie spójne. Natomiast moje osobiste wrażenia wciąż pozostają dla mnie nieodgadnione, gdyż jak zawsze w takich przypadkach podczas lektury toczy się we mnie wewnętrzna walka na śmierć i życie- fascynacji ze śmiertelnym znużeniem. A może, po prostu, wyrosłam już z takich bajek?

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Once Upon a Dream / Tłumaczenie: Dorota Radzimińska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-281-3146-0 / Ilość stron: 392 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2016 (Polska) 2019 (Świat)

środa, 20 marca 2019

Rzuć dziecko na głęboką wodę, czyli o poprawności korzystania z puzzli z Puciem

     Jako matka terrorystka robię zazwyczaj wszystko na opak. Działam zanim przeczytam instrukcję obsługi, działam zanim w ogóle zdążę pomyśleć- z tego właśnie wychodzi jaką męczącą matką jestem. Mój Mikołaj nie ma ze mną lekko, a pojawienie się na rynku puzzli od Naszej Księgarni z Puciem wcale nie ułatwiło mu życia. Gdy tylko zobaczyłam ten produkt od razu wiedziałam- „Muszę to mieć!” (czyt. „Miki musi to mieć!”), w końcu mały jest sympatykiem tej książki, pomimo tego, że nadal ma opory przed układaniem słów polskich, a nie bobasowych.

    Układanki z serii „Pucio. Puzzle” to odwzorowane sceny z ulubionych logopedycznych książeczek dla dzieci, w których głównym bohaterem jest uroczy chłopiec w wieku przedszkolnym – Pucio. W nasze ręce wpadły dwa zestawy, a mianowicie „Co tu pasuje?”, „Czego brakuje?”. Te egzemplarze zdecydowanie najbardziej przykuły moją uwagę, gdyż pomimo swojej formy pełnią również formę edukacyjną, a to zdecydowanie przydaje się najmłodszym.
Pucio. Puzzle "Czego brakuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     I już na etapie zabaw z puzzlami okazało się, że czasami warto przeczytać instrukcję obsługi, aby wiedzieć jak z dzieckiem bawić się danym przedmiotem. Ja tego oczywiście nie zrobiłam, a więc okazało się, że bezdusznie rzuciłam własne dziecko na głęboką wodę. Zaleca się dawanie dziecku wyboru pomiędzy dwoma elementami pasującymi do przedstawionej sytuacji i stopniowe ich zwiększanie. Ja oczywiście poszłam w innym kierunku, który miał wspólny mianownik dla obu układanek. Początkowo dzieliłam puzzle na dwie kupki – pierwszą była ta przedstawiająca sytuacje, a drugą elementy do dopasowania. Zadanie było oczywiste- „Dopasuj jedno do drugiego”. Czasem się udawało, czasem nie.

     Przypadek „Czego brakuje” bardzo nam się rozwinął podczas zabawy. Od samego początku punktem wyjścia była scenka z kolejką. Mikołaj jako miłośnik „fufu” zawsze od tego zestawu musi zaczynać. Zabawa ta ewoluowała nam w zaskakującym kierunku, kiedy to Mikołaj wykorzystywał samochodzik i zdobywając kolejne punkty przesuwał go na kolejno połączone duety puzzli. Okazało się to być sporą motywacją dla malucha, aby kontynuować układanie a nie porzucić go na rzecz zderzania samochodzików.

     Zupełnie inna sytuacja ma miejsce przy „Co tu pasuje?”. Okrągłe puzzle ze scenkami, do których trzeba dopasować elementy znajdujące się na obrazku. Tutaj pojawił się spory problem, ale o tym za chwilę. Ta gra dodatkowo pobudza zmysł obserwacji i spostrzegawczości. Dziecko szybko odnajduje na rysunkach elementy i próbuje je dopasować. I na tym etapie pojawia się problem- nie wiem czy to kwestia wykonania, czy nieudolności pracy na linii matka-syn, ale niektóre elementy były niedopasowywalne. I z jednej strony okej, można byłoby to tak rozwiązać, ale raczej nie przy tej formule, gdzie głównym zamysłem jest odnajdywanie właściwych elementów niż faktyczne dopasowanie ich do koła. Tym sposobem dziecko szybko traci cierpliwość, puzzle latają po całym pokoju, a co za tym idzie – koniec z układaniem.
Pucio. Puzzle "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     Pomijając wszelkie przytoczone za i przeciw konkluzja jest jedna. Tego typu układanki zawsze będą polecane dla dzieci, gdyż idealnie stymulują ich rozwój. Pamiętajcie jednak, żeby zapoznać się najpierw z instrukcją obsługi i zacznijcie od prostszych sposobów na edukację poprzez zabawę. Może zdarzyć się tak, że Wasze dziecko jest geniuszem i ogarnie temat w 5 sekund, ale lepiej uzbroić się w cierpliwość, gdy poskładane puzzle staną się wybiegiem dla lalek Barbie, czy torem wyścigowym dla samochodów. Ja jeszcze nie opanowałam głębokiego oddechu w takich sytuacjach, ale układanki „Co tu pasuje” i „Czego brakuje” mamy z Mikołajem rozpracowane prawie do perfekcji i to w bardzo wielu wariantach trudności. Gorąco Wam polecamy! 


Pucio. Puzzle "Czego brakuje?" oraz "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, dla dzieci 2+, z wykorzystaniem postaci z książek Marty Galewskiej-Kustry oraz rysunków Joanny Kłos

czwartek, 21 lutego 2019

GeeKolekcja #87: Geekowa druga połowa roku 2018

Dawno nie było tutaj takiego luźnego postu o wszystkim i o niczym. Totalnie nie wiem, czy w ogóle chcecie oglądać wpisy tego typu, ale szczerze się przyznam, że jest to bardziej dla mnie niż dla Was. Jako osoba, która ostatnio może być określona mianem rybki Dory, dość często zapominam o wielu rzeczach, a posiadając taką biblioteczkę i filmotekę jaką posiadam ja, ciężko się nie pogubić w posiadanych zbiorach. Niejednokrotnie takie zestawienie "stosów" filmowo-książkowych uchroniło mnie przed powtórnym zakupem filmu tudzież książki. Drugie półrocze 2018 roku to oczywiście Targi Książki zarówno w Krakowie, jak i Katowicach. Z Katowic zawsze sprawniej przewieźć mi rzeczy niż z Krakowa- z oczywistych powodów, dlatego to co mogłam kupiłam właśnie w sąsiednim mieście. Ubiegły rok to rok figurek Funko POP przynajmniej u mniej, bo nastąpiła u mnie prawdziwa rozrzutność w tym kierunku. Nie przedłużając dłużej zapraszam do rzucenia okiem na moje geekowskie zdobycze.

1. Trylogia Władcy Pierścieni, aut. J.R.R. Tolkien: "Drużyna Pierścienia", "Dwie wieże", "Powrót króla" - do kolekcji 
2. "Pucio na wakacjach", aut. Marta Galewska-Kustra - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
3. "Pucio uczy się mówić", aut. Marta Galewska-Kustra - zakupione do uzupełnienia kolekcji

4. "Gemina", aut. Amie Kaufman, Jay Kristoff - w zestawie wraz z dodatkami zakupione w ramach akcji Wydawnictwa Moondrive

+ zakładki od EpikPage: Batman, Iron Man, Doktor Strange, Yoda oraz Chewie.

 5. "Niebo na własność", aut. Luke Allnutt - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Otwartego
6. "Zabawa w chwanego", aut. Jack Ketchum - zakup na Targach Książki w Krakowie u Wydawnictwa Papierowy Księżyc
7. "Mam tak samo" oraz "Wygodniej być sobą", aut. Sarah Anderson - zakup na Targach Książki u Wydawnictwa Moondrive - do tego torba "Jeszcze tylko jeden rozdział" oraz kalendarz w gratisie,

+ zakładki od EpikPage: Wonder Woman, Thanos, Spiderman oraz Lordzio Voldemordzio,
+ skarpetki i zakładki od Molom.pl

8. "Elmer", aut. David McKee - zakup na Targach Książki w Krakowie u grupy wydawniczej Publicat
9. "Dzielna Małpka", aut. Marta Altes - zakup na TKK u wydawnictwa TAKO

+ puzzle z przeciwieństwami i progresywne z pojazdami zakupione na TKK u CzuCzu.

10. "Upiorna opowieść", aut. Peter Straub - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
11. "Ostatnie dni Jacka Sparksa", aut. Jason Arnopp - zakup na Targach Książki w Katowicach u wydawnictwa Vesper,
12. "Krasnoludki. Fakty, mity, głupoty", aut. Maciej Szymanowicz - do recenzji od Wydawnictwa Nasza Księgarnia
13. "Wojna Światów", aut. H.G. Wells - zakup na promocji u wydawnictwa Vesper,
14. "Mały miliarder", aut. David Walliams - uzupełnienie kolekcji, 
15. "Everlife. Wieczne życie", aut. Gena Showalter - do recenzji od HarperCollins Polska,
16. "Simon oraz inni homo sapiens", aut. Becky Albertalli - do recenzji od Papierowego Księżyca

17. "Wojna o planetę małp", reż. Matt Reeves - na promocji w Biedronce
18. "Jutro będziemy szczęśliwi", reż. Hugo Gelin - j.w.
19. "Avengers. Wojna bez granic", reż. Anthony Russo, Joe Russo - do recenzji od Galapagos Films

+ figurki Funko POP: Elijah z "The Walking Dead", Deadpool, Venom, Immoran Joe z "Mad Max: Fury Road", Corvus Glaive oraz Ebony Maw do kolekcji dzieci z "Avengers. Infinity War", Olaf z kotkami z "Przygoda Olafa", Nocny Król na smoku z "Gry o tron",


20. "Atlas mitów", aut. Thiago Morales - do recenzji od Naszej Księgarni
21. "Zwierzęta, które zniknęły", aut. Nikola Kucharska - j.w. 
22. "Księga Opowieści. Zaklęcie życzeń", aut. Chris Colfer - do recenzji od wydawnictwa Młodzieżówka
23. "Nienawiść, którą dajesz", aut. Angie Thomas - od wydawnictwa Papierowy Księżyc
24. "Małe ogniska", aut. Celeste Ng - j.w.
25. "Powiedz, że zostaniesz", aut. Corinne Michaels - od wydawnictwa Szósty zmysł
26. "Uniesienie", aut. Stephen King - mój prezent mikołajkowy

27. "Ocean's 8", reż. Gary Ross - do recenzji od Galapagos Films
28. "Iniemamocni 2", reż. Brad Bird - j.w.
29. "Pacific Rim. Rebelia", reż Steven S. Knight - zakup mikołajkowy
30. "Ant-Man i Osa", reż. Payton Reed - do recenzji od Galapagos Films

+ "My little book planner" - planner dla książkoholika od wydawnictwa Od deski do deski, w prezencie świątecznym od rodziców,
+ bluza MARVEL - prezent świąteczny od siostry,
+ skarpetki Disneya z Myszką Minnie - prezent gwiazdkowy od przyjaciółki,
+ figurki FunkoPOP: nowa Mary Poppins w prezencie gwiazdkowym od przyjaciółki, Hades z animacji "Hercules" oraz Faun z "Labiryntu Fauna". 









niedziela, 17 lutego 2019

Książka #495: Piorun, aut. Angel Payne

     Dawno już nie czytałam powieści z tego gatunku, który niegdyś pochłaniałam tytuł za tytułem. Zatem, gdy tylko pojawiła się propozycja nieznanej mi autorki Angel Payne od wydawnictwa Edipresse od razu podjęłam decyzję o lekturze. W szczególności, że w grę wchodził wątek romansu z szefem- moim ulubionym! Jednakże nic nie wskazywało na to, że opowieść otrze się o inny ulubiony motyw w popkulturze. Dlaczego więc „Piorun” nie zostanie moją ulubioną książką?

     Reece Richards jest bogatym i rozpieszczonym przez ojca młodym mężczyzną, którego życia diametralnie się zmienia podczas jednej z jego romantycznych eskapad. Teraz jest właścicielem jednego z najprężniej rozwijających się hoteli w Los Angeles, w którym na nocną zmianę zatrudnia się urocza Emma. Tych dwoje od razu łączy nić porozumienia, a ich igraszki zyskują zupełnie niespodziewanej dla nich obojga mocy. Dla Reece'a to nowość móc otworzyć się przed kobietą, a dla Emmy zaskakującym będzie drugie oblicze jej szefa.

     Zapomniałam już jak prosta jest konstrukcja powieści tego kalibru. Co niektórzy nazywają takie twory pornografią na papierze i wcale mnie to nie dziwi. Szczątkowa lub zerowa fabuła i masa stron ociekających seksem... no i świetnie! Komuś to przeszkadza? Takim typem literatury jest również i „Piorun”. Powieść całkowicie pozbawiona przekazu, za to będąca idealną rozrywką. W końcu kino superbohaterskie to nie jest studium psychologiczne nad wyborami wybranych postaci i ich dramatycznym życiem. A jednak książka Angel Payne wyróżnia się na tle innych w swoim gatunku. Czytając blurba na końcu książki, gdy to sama główna bohaterka opowiada o swoich początkach znajomości ze swoim ukochanym, zwracając się do niego określeniem per „superbohater” nikt nie spodziewa się, że gra serio będzie się toczyć o superbohatera. I to nie byle jakiego, a takiego który dostarczy Wam elektryczność do domów i do Waszych majtek oraz rozpędzi się w okamgnieniu, co z jednej strony może być zaletą a z drugiej wadą- w zależności od tego pod jakim kątem na to spojrzeć. I zasadniczo problemy pojawiają się tutaj takie same jak u każdego superbohatera, czyli wielki dylemat czy porzucić ukochaną chcąc ją chronić przed ewentualnymi zwyrolami, którzy chcąc dopaść jego dopadną ją, czy po prostu cieszyć się uroczą miłością obfitującą w serduszka i jednorożce z cukrzycą wymiotujące tęczą. Wybór tak ciężki, jak miażdżenie człowieka siłą zelektryzowanego umysłu. Sama elektryczność superbohaterska podąża w dość zadziwiającą stronę dodając nieziemskich doznań, a autorce idealnie udaje się odzwierciedlić domniemany stan poprzez słowo pisane.

     Jednakże poza tymi superbohaterskimi elementami znajdującymi się w „Piorunie”, nie ma tutaj nic takiego, co mogłoby przykuć uwagę lub w zasadzie wyróżnić ten tytuł na tle innych. Jest cała masa łóżkowych scen, ale w gruncie rzeczy nie jest to coś specjalnie wymyślnego, fantazyjnego- no może poza jedną z pierwszych scen. Później nawet i ta cząstka zostaje zepchnięta na dalszy plan, tylko po to, aby udowodnić, że ze zwierzęcego seksu może się wziąć coś więcej, prawdziwa miłość pełna czułości, miłych słów i całej masy słodkiej czekolady. W konsekwencji staje się to mega nużące i zniechęcające, ale i tak trzyma to przy życiu, a w zasadzie przy książce, czytelników, który wciąż mają nadzieję na więcej doznań.

     Bohaterowie to nie jest jakiś szczyt możliwości pisarskiej. Dziewczyna niby niezależna, niby taka dziarska, a jednak jej potrzeby sprowadzają się do pierwotnych żądz. Do tego klasyczny przypadek kobiecych fantazji, czyli romans z szefem i zabawy w miejscu pracy. Dość banalne, tak jak i sama Emma. Z kolei Reece... ucieleśnienie seksu i tajemniczości. Mężczyzna o dwóch twarzach i dwóch życiach. Czuły, zachłanny, spragniony. Typowy przystojniaczek w typowych lekturach erotycznych. W prawdziwym świecie takie rzeczy się nie zdarzają.

     Rozdarcie podczas lektury „Pioruna” jest chyba już czymś normalnym wśród czytelniczek. Z jednej strony to całkowity pornos na papierze, bez wkładu w nasze życiorysy, a z drugiej strony dostarcza tyle zabawy i emocji, że trudno się oderwać od tego banału. Nieistotne, że ten schemat znamy już z dziesięciu innych powieści tego pokroju. Istotnym jest to, że wciąż zagłębiamy się w nie z wypiekami na twarzy i uśmiechem na ustach. Romans z szefem? Któż o nim nie marzy! Romans z superbohaterem? Wiadomo, nigdy się nie zdarzy. Książkę polecam dla oderwania się od szarej rzeczywistości, ale nie spodziewajcie się wiekopomnego arcydzieła światowej literatury.

Ocena: 2/6
Recenzja dla wydawnictwa Edipresse Polska!

Tytuł oryginalny: Misadventures with a Super Hero / Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy / Wydawca: Edipresse Polska / Gatunek: erotyk, romans / ISBN 978-83-8117-652-1 / Ilość stron: 296 / Format: 135x215mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2017 (Świat)

piątek, 15 lutego 2019

1256. Mała Stopa, reż. Karey Kirkpatrick

     Zima w pełni wobec czego zimowe klimaty w kinematografii są jak najbardziej trafione. W szczególności, gdy dotyczą animacji, bo śnieżne opowieści dostarczać mogą wiele frajdy zarówno małym, jak i dużym widzom. „Mała Stopa” stworzona przez Kareya Kirkpatricka zdecydowanie do takich należy, bo przecież porusza temat fascynujący ludzkość od dziesiątków lat- opowieści o Yeti, przedstawiona z całkiem innej perspektywy, a do tego świetnie wyglądająca wzbudza sympatię i ciekawość.
Źródło: Galapagos Films

     Migo (Stefan Pawłowski) jest synem tego, który każdego poranka musi wybudzić Słońce ze snu uderzając głową w wielki gong. Każdy wśród ich małej, górskiej społeczności ma w swoim życiu jakiś cel, aby przysłużyć się dobru ogółu. Jedyne czego się obawiają, to nie tylko proroctwa z tajemniczych kamieni zawieszonych na szyi wielkiego wodza, ale również i „Małej Stopy”. Dlatego też, gdy podczas swoich starań odnalezienia miejsca w życiu Migo trafia do świata małych stóp, zarówno jego życie, jak i żywot Percy'ego (Sebastian Stankiewicz) ulegnie diametralnej zmianie.

     Podobają mi się współczesne animacje i ich złożoność. To już nie są jedynie bajki dla dzieci, z lekkim morałem przyswajalnym przez każdego, to naprawdę mądre kino, które zadowoli także dorosłego widza. „Mała Stopa” to historia opowiedziana z całkiem innej perspektyw. Do tej pory to ludzie fascynowali się pogłoskami o istnieniu Yeti, wzajemnie się nakręcając i tworząc coś na skraju lokalnej legendy, a wręcz budząc strach. A gdyby tak sytuacja się odwróciła, gdyby to ludzie byli tym tajemniczym gatunkiem żyjącym gdzieś pod wielką chmurką i o którym szepcze się, że istnieje lub też nie. Świetny pomysł, który znajduje ujście w naprawdę przezabawnych scenach związanych z pierwszym spotkaniem, próbą komunikacji, czy zachwytem Wielkiej stopy nad Małą stopą. Urocze i zabawne jednocześnie. Przy tym naprawdę można się świetnie bawić. Jednakże gdzieś pomiędzy tą zabawą pojawia się również czas na refleksję i to refleksję ocierającą się nie tylko o tolerancję, strach przed odmiennością i starciem rzeczywistości z legendą. To coś znacznie głębszego. Animacja budzi lekką trwogę w widzu, przyrównując wierzenia Yeti do naszych własnych chrześcijańskich. To już jest temat bardzo „śliski”, który może rzutować na odbiór filmu u jednej z grup odbiorców. Mądrości zapisane na kamiennych tablicach, brzmi znajomo? Tutaj twórcy podejmują bardzo odważną decyzję pójścia o krok dalej i pokazania drugiej strony tych zasad, czy jak to tam zwać.
Źródło: Galapagos Films

     „Mała Stopa” bardzo fajnie prezentuje się pod względem wizualnym. Utrzymana w zdecydowanie zimowych barwach bardzo dobrze buduje cały klimat. Wszędzie śnieg, do tego górzyste tereny- plenery więc magiczne. Nawet wtedy, gdy sielskie leśne klimaty zamieniamy w metropolię- lekki kontrast, ale i tak komponuje się do całości. W tym wszystkim urocze istoty, które może urodą swoją nie zachwycają, ale postarano się o ich niesamowity wygląd. Każdy z Yetich jest inny, ma inne cechy charakteru, a co za tym idzie inne cechy wizualne. Nie trudno więc stwierdzić, że produkcja dostarcza przyjemnych wrażeń dla oka.

     Dubbing nigdy nie jest łatwą rzeczą, ale problemem jest w przypadku produkcji aktorskich. W sytuacji animacji nie ma większego wyzwań, gdyż postać jest taka jaką ją usłyszymy, jakie cechy charakteru zaserwuje jej aktor wraz ze swoją interpretacją. W „Małej Stopie” pierwsze skrzypce grają Migo wraz z Percym, a więc Stefan Pawłowski i Sebastian Stankiewicz. Ciężko oceniać poza stwierdzeniem, że świetnie się spisali, bowiem ich głosy dobrze tutaj zagrały dając uczucie spełnienia dla tych właśnie postaci. Zaskakującym okazało się zepchnięcie na dalszy plan towarzyszki Percy'ego, bowiem Brenda mogła sporo namieszać w fabule. Twórcy najwyraźniej poszli innym tropem i to bardzo dobrym w dodatku. Reszta postaci stanowiła bardzo dobre tło, motor do działania, wizualizację pewnych pragnień i obaw. A obsada dubbingująca? Urzeczywistniła te emocje. 
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza animacja Kareya Kirkpatricka to nie jest żadne objawienie, niestety. Owszem, film jest bardzo pomysłowy w swojej interpretacji, z pewnością dostarcza wielu bardzo złożonych emocji, jednakże czegoś mi tutaj brakuje. I nie mowa tu o złocistej kresce Disneya, ale zwyczajnego ducha w opowieści. „Mała Stopa” i owszem porusza ważne tematy, w szczególności dla małego dziecka, które dopiero poznaje świat, próbuje również robić to w dość zabawny i przystępny sposób, ale całe go zagłębianie się w inną kulturę wydaje się dość lakoniczne. Coś takiego jest w tej animacji, co nie pozwala zapamiętać jej na dłużej. Nie robi aż tak spektakularnego wrażenia, choć nie można jej odmówić, że przyjemnie się ją ogląda.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Mała Stopa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Smallfoot / Reżyseria: Karey Kirkpatrick / Scenariusz: Karey Kirkpatrick, John Requa, Glenn Ficarra / Muzyka: Heitor Pereira / Dubbing polski: Sebastian Stankiewicz, Stefan Pawłowski, Jacek Król, Małgorzata Kozłowska, Anna Smołowik, Jakub Wieczorek, Wojciech Mecwaldowski, Arkadiusz Jakubik / Kraj: USA / Gatunek: Animacja

Premiera kinowa: 13 września 2018 (Świat) 28 września 2018 (Polska)
Premiera DVD: 30 stycznia 2019

środa, 6 lutego 2019

Książka #494: Małe ogniska, aut. Celeste Ng

     „Małe ogniska” to dopiero druga powieść Celeste Ng, która swoim fanom dała się poznać jako kobieta dotykająca trudnego tematu podziałów rasowych. Znając dokładnie specyfikę społeczności osiedlonej na przedmieściach oraz postaw wobec różnych ras zamieszkujących Amerykę nie ma problemu z podjęciem próby naprawienia społeczeństwa i jego uprzedzeń. Czy udaje jej się osiągnąć cel poprzez najnowszą powieść? 

      Spokojne Shaker Heights na przedmieściach Cleveland w stanie Ohio wydaje się być rajem na Ziemi. To właśnie to miejsce obrała za swój nowy dom Mia Warren wraz ze swoją nastoletnią córką imieniem Pearl. Matka to zdecydowanie artystyczna dusza, która czyni magię za sprawą zwyczajnych fotografii. Natomiast córka, to genialna młoda kobieta, pragnąca jedynie swojego miejsca na Ziemi. Dostrzega to też właścicielka wynajmowanego przez nie mieszkania- Elena Richardson, i jako znana, szanowana mieszkanka osiedla od razu oferuje im swoją pomoc w dostosowaniu się. Jednakże okazuje się, że nowe lokatorki mogą przysporzyć sporo problemów, ciągnąc za sobą pewien sekret z przeszłości. 

     Jest to jedna z tych historii, które rozwijają się w zaskakującym kierunku. Początkowo dość banalna, zwyczajna opowieść o niezwyczajnych ludziach, która po pewnym czasie zaczyna sygnalizować swoje drugie oblicze. 

Powieść traktuje o nierówności społecznej na tle finansowym oraz rasowym, a za miejsce rozgrywania się dramatów obiera sobie jedno z najspokojniejszych przedmieść jakie można sobie wyobrazić. Jakich dramatów? W sumie takich, które kryją się pod każdym takim na pozór idealnym miejscem, gdzie rządzą tajemnice a jeden drugiemu życzy dobrze, dopóki nie zalezie mu za skórę. Takie miejsca cechują się swoistą klaustrofobią, gdzie mieszkańcy dziwnie patrzą na przybyszów z zewnątrz, ale z drugiej strony pokazują swoją gościnność i robią wszystko, aby pomóc się dostosować. Właśnie w takie miejsce trafia na pozór idealna Mia ze swoją genialną córką Pearl. Początkowo wydaje się to być jedynie opowieść o blaskach i cieniach życia na przedmieściu, prawach rządzących społecznością nie do końca biednych ludzi, w którą wkraczają niezbyt bogaci ludzie. Do tego oczywiście dramaty nastolatek, bo przecież oni też mają prawo do miłości i do swoich oczekiwań względem rodziców. Wszystko to zostaje zawoalowane pod niesamowitym artystycznym talentem Mii Warren, której fotograficzne, i nie tylko, cuda robią furorę w całym kraju. Oczywiście, pomimo tej całej otoczki czytelnik już zaczyna myśleć, że to przecież zbyt idealne, żeby było prawdziwe- musi się za tym wszystkim kryć jakiś sekret, który da nam wielkie “bum!“. 

I wtedy pojawia się wątek Bebe, całkowicie znikąd, a jednak zaburza wszystko- spokój mieszkańców, nadzieje na stabilizację, no i to co najważniejsze oczekiwania czytelnika względem opowieści. Ten wątek wprowadza nowy temat do rozważań, oparty o różnice rasowe, bo ciężko tu mówić o jakiś uprzedzeniach. Wątek, który sporo miesza, gdyż odkrywa karty pozostałych bohaterów tej historii. Wtedy rozpoczyna się prawdziwy dramat walki rodzica o dziecko, o słuszność racji, odwieczne pytanie czy rodzicem jest ten, który dał życie, czy ten który wychował. Na tle tego wszystkiego rodzi się inny wątek, który będzie zaskakujący, choć nie dla tych, którym znana jest twór o tytule “Opowieści podręcznej"

Jak się jednak okazuje, nawet po wielkim finale i teoretycznym zamknięciu historii może wydarzyć się może jeszcze coś. Coś co zaskoczy, coś co zafascynuje, innymi słowy wzbudzi dodatkowe emocje. Niczym scena po napisach końcowych w trakcie seansu filmowego. 

    Uwielbiam sytuacje, w których opinie z okładek powielają się z moimi własnymi. Oczywiście, “Małych ognisk” nie przeczytałam jednym wdechu, ale faktem jest, że nie mogłam się oderwać. Wydawało się, że będzie to lekka lektura z jakimś elementem zaskoczenia, który dla mnie samej zaskoczeniem nie będzie. I choć początkowo teorie spiskowe się sprawdzały tak w ostatecznym rozrachunku nawet i ja przejęłam się rozwojem sytuacji i jej finałem. Prawdopodobnie odbieram to tak samo, jak większość matek, bowiem koniec końców właśnie to było tematem tej historii- macierzyństwo. Pokazane z zupełnie różnych stron, z zupełnie różnymi problemami jakie mogą dotknąć matki, ale jednak powieść traktuje o matczynej miłości i poświęceniu, które zawsze poruszą i wielokrotnie zaskoczą.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Papierowy Księżyc!

Tytuł oryginalny: Little Fires Everywhere / Tłumaczenie: Anna Standowicz-Chojnacka / Wydawca: Papierowy Księżyc / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-65830-61-6 / Ilość stron: 423 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2017 (Polska) 2018 (Świat)