NOWOŚCI

Najnowsze teksty

poniedziałek, 26 września 2016

1211. Księga dżungli, reż. Jon Favreau

      Wszystkie klasyczne animacje Disneya przechodzą ostatnimi czasy wielką metamorfozę. Angażuje się najchętniej oglądane gwiazdy światowego ekranu nie po to, aby podkładały głosy znanym wszystkim postaciom, a żeby zagrały je w prawdziwym filmie aktorskim! Po racjonalnych wyborach z udziałem istot ludzkich trochę zaskakującym wydaje się być urzeczywistnienie animowanych wersji postaci z „Księgi dżungli”. Jednakże dzięki specom od animacji komputerowej klasyczne postacie z poczytnej powieści Rudyarda Kiplinga nabrały zupełnie nowego wymiaru.
Źródło: Galapagos Films
     Mały ludzki chłopiec przyprowadzony do wspaniałej dżungli przez czarną panterę nazywaną Bagheerą znajduje schronienie w watasze wilków z samcem alfa- Akelą. Nadaje mu się imię Mowgli i od tamtej pory jest najbardziej pokracznym, choć jednym z najlojalniejszych członków stada. Gdy po kilku latach na jego ślad trafia siejący postrach tygrys Shere Khan, który pragnie dostać chłopca w swoje szpony, Bagheera postanawia odprowadzić go do najbliższej wioski ludzi, gdzie będzie bezpieczny. Po drodze Mowgli spotyka osobliwych przyjaciół i doświadcza różnych przeżyć nie wiedząc, że jego koci wróg zrobi wszystko, aby ludzkie szczenię wpadło wprost w jego sidła.
     „Księga dżungli” nigdy nie należała do moich najulubieńszych animacji Disneya. W zasadzie... nie mieściła się nawet w pierwszej dziesiątce. Wszystko przez bardzo banalną fabułę, która czyniła rysunkowy pierwowzór bajką o niczym. Z tego też powodu po dziecięcym zawodzie nigdy nie powróciłam do tego tytułu, jednakże tak wiele pozytywnych opinii o najnowszym filmie Jona Favreau skłoniłoby do seansu nawet najbardziej zagorzałego przeciwnika.
Fabularnie niewiele uległo zmianie. Nadal pozostaje to ta sama ckliwa opowieść o lojalności i chęci przynależności do „stada”. Dość to takie... żadne i bez charakteru. Sceny, które denerwowały wcześniej wciąż to robią tylko w zupełnie nowym wymiarze. To co nudziło, nadal wywołuje te same emocje- mam na myśli m.in. akcję z królem Louiem, więc nawet wielokrotne powiększenie bohatera małpiej akcji, a także wprowadzenie rozróby na miarę filmu „2012” nie sprawiło, że można by piać z zachwytu. Pomimo wszystko fajnie, że obraz oferuje szerokie spektrum emocji i nie tylko nudzi, ale poza tym potrafi też świetnie budować napięcie. Nie można też nie wspomnieć o humorze w wykonaniu uzależnionego od miodziku Baloo- to te chwile kiedy naprawdę można się odprężyć i cieszyć z produkcji, bowiem powraca beztroski klimat. Szkoda tylko, że finał jest rozczarowujący. Nie ze względu na odejście od znanego nam zamknięcia, a raczej z powodu kierunku, w którym podążył.
Źródło: Galapagos Films
     Pewne jest jednak to, że film koniecznie trzeba obejrzeć, ale z zupełnie innego powodu niż historia. Bowiem tworząc go postawiono na zupełnie unikatową formę animacji. Cały film to tylko jeden człowiek, kilka rekwizytów i cała masa komputerowej iluzji. To niesamowite jakim sprzętem dysponujemy w dzisiejszych czasach, że potrafi stworzyć coś z niczego i jeszcze tak bardzo to urzeczywistnić. Bo czy ktokolwiek podczas seansu pomyślał, że patrzy na sztuczne liście indyjskiej dżungli? Za to właśnie kochamy kino, za magię, której nam dostarcza. Jeśli jeszcze zobaczymy film w 3D (jakimś cudownym sposobem), to będziemy mogli poczuć jakbyśmy naprawdę przyjechali do dżungli. Każdy jeden liść na każdej jednej palmie, każda jedna kropla deszczu- wszystko wygenerowane bądź zmodyfikowane komputerowo. Inną sprawą są zwierzęta- to raczej oczywiste, że nikt nie wytrenowałby pantery, aby tak przytulała się do dziecka lub niedźwiedzia, żeby dał małemu pływać po rzece na swoim brzuchu. Cóż... mieć świadomość ich animacji to jedno, ale zobaczyć jak to wygląda w filmie to zupełnie coś innego. Każdy ten egzotyczny zwierzak wygląda nie tylko zjawiskowo, ale tak bardzo realnie jakbyśmy oglądali film przyrodniczy. Oczywiście, twórcy wzorowali się na prawdziwych zwierzętach, aby jeszcze bardziej urzeczywistnić postacie. Trzeba przyznać, że efekt jest zachwycający. Zasadniczo to już na etapie załączenia płyty DVD można było być pewnym, że film będzie bardzo udany pod względem wizualnym, bowiem już samo intro zachwycało budową, a także i muzyczną oprawą Johna Debneya.
Źródło: Galapagos Films
     W filmie pojawiają się postaci bardzo dobrze wszystkim znane, a reprezentujące różne oblicza egzotycznej dżungli. To przede wszystkim niesforny, acz bardzo bystry Mowgli, a w tej roli debiutujący- choć jakoś dziwnie znajomy z twarzy Neel Sethi. Ciężko jest mu teraz wróżyć większą karierę aktorską, ale potencjał jest. Tutaj jednak przytłoczony został przez rewelacyjne zwierzęce postaci. Cudowny Bagheera, czyli wielki opiekun w wersji polskiej mówiący bardzo przyjemnym głosem Jana Peszka, który przede wszystkim intryguje swoim wyglądem. Zabawowy, całkowicie wyluzowany misiek zbierający miodek na zimę bez zimy, czyli Baloo to synonim beztroski. Chyba ciekawej brzmi w polskiej wersji w wykonaniu Jerzego Kryszaka. Sporym problemem jest hipnotyzujący wąż Kaa, który najwyraźniej stał się kobietą i niestety... był tak samo beznamiętny jako Scarlett Johanson, jak i Anna Dereszowska. Nie można było tego bardziej wysssssyczeć? Już Harry Potter w „Komnacie tajemnic” miał lepsze syczenie w rękawie. Niebezpieczny Shere Khan był świetnym postrachem nie tylko z wyglądu, ale i z brzmienia zarówno głosem Idrisa Elby, jak i Jana Frycza. Aczkolwiek ten pierwszy ma większą moc. Z kolei dubbingowanie małpiego i jakże chciwego króla Louiego lepiej wyszło Christopherowi Walkenowi. Bardzo sobie cenię zabawy głosowe Piotra Fronczewskiego, którego potrafię rozpoznać w każdej animacji, ale barwa Walkena bardziej pasowała do szalonej małpy rasy King Kong, najwyraźniej. Serio... co to za małpa?!
Źródło: Galapagos Films
     Każdy kto choć raz widział „Księgę dżungli” wie, czego można się spodziewać, więc nie ma opcji o żadne rozczarowanie. Jest to ta sama historia, ale technicznie podkręcona do granic możliwości. Dalej królują te same ukochane piosenki, w lekko odświeżonej formie, a także symbolizm zwierzęcych postaci. Nadal bawią nas pełne radości sceny z misiem Baloo frustruje zachłanność Louiego, a Bagheera jest wzorem do naśladowania. Schematy pozostały te same, ale jak to teraz wygląda... Jeżeli wszystkie filmy animowane zdominowane przez florę i faunę będą się tak prezentować, to ja chcę więcej tej magii, tej zieleni i pojedynczego włosa na sierści wilka, czy tygrysa. I choćby dla cudowności jaką zapewnili spece od efektów trzeba to zobaczyć. Wówczas pewnym jest, że zobaczyliście już w kinematografii zobaczyliście już chyba wszystko, a takich wrażeń nie tylko się nie zapomina, ale też i nie żałuje.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Księga dżungli” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: The Jungle Book / Reżyseria: Jon Favreau / Scenariusz: Justin Marks / Na podstawie: powieści Rudyarda Kiplinga „Księga dżungli” / Zdjęcia: Bill Pope / Muzyka: John Debney / Dubbing polski: Bernard Lewandowski, Jan Peszek, Jerzy Kryszak, Jan Frycz, Lidia Sadowska, Artur Żmijewski, Anna Dereszowska, Piotr Fronczewski / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy
Premiera kinowa: 04 kwietnia 2016 (Świat) 15 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 31 sierpnia 2016

Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D

wtorek, 20 września 2016

Książka #415: Never Never, aut. Colleen Hoover, Tarryn Fisher

    Każdy kto kiedykolwiek spotkał się z twórczością Colleen Hoover doskonale wie, jakie huśtawki emocjonalne potrafi ona zaserwować swoim bohaterom, jak i czytelnikom ich historii. Autorka przebojowej powieści „Hopeless” oraz „Maybe someday” powraca, aby uderzyć ze zdwojoną siłą. Do pomocy zaprzęga Tarryn Fisher i razem tworzą niesamowicie wciągającą i enigmatyczną opowieść miłosną o tytule „Never Never”, która jeszcze długo po lekturze nie daje o sobie zapomnieć.
     Para nastolatków, którą połączyło wielkie uczucie. Jeden dzień, który ma już na zawsze wszystko odmienić. Charlie i Silas znają się od dziecka, po czternastu latach zakochują się w sobie i stają się jeszcze bardziej nierozłączni. Jednakże pewnego przedpołudnia wszystko to znika. Nie ma już Charlie, nie ma Silasa. Zamiast nich pozostaje dwójka całkowicie obcych sobie ludzi, nie wiedzących kim są, nie znających siebie wzajemnie i nie wiedzących o miłości, która ich łączy. Mają jeden cel- dowiedzieć się co im się przydarzyło i dlaczego w ogóle ich to spotkało. Czy jednak naprawdę pragną wiedzieć kim byli wcześniej i przypomnieć sobie to, co odmieniło ich życie?
     Jeżeli o mnie chodzi, to półki księgarniane mogłyby być od góry do dołu wypchane powieściami takimi jak „Never Never”, czyli wciągającymi, wielowątkowymi historiami, które na zawsze odmieniają oblicze klasycznego romansu. Nie da się ukryć, że jest to miłosna opowieść, jednakże to, co autorki robią z okolicznościami budowania emocji jest niesamowite, wręcz niezwykłe. Już sama koncepcja utraty przez bohaterów pamięci zyskuje wymiaru nadnaturalnego, choć chwilami zastanawiamy się, czy nie ma to znamiona sytuacji rodem z filmu „50 pierwszych randek”. Do tego dochodzi cała masa wątków pobocznych począwszy od machlojek finansowych, przez zdrady rodzinne, aż po manipulacje młodymi umysłami. Między innymi dzięki temu lektura wciąga. Jednakże sukces ten przewidzieć można już po pierwszych jej stronach, bowiem bez zbędnych wprowadzeń, bez rozciągniętych opisów i mdłych frazesów zostajemy wrzuceni w sam środek przedziwnej akcji. Sytuacji, którą bohaterowie- Charlie i Silas, będą próbowali rozwikłać przez całą powieść. Przeogromną zaletą jest udane budowanie napięcia. Żadne z nas nie wie, co spotkało bohaterów, a co więcej... żadne z nas nie wie, kim oni w ogóle są. Zarówno dla samych bohaterów, jak i czytelników są pustymi postaciami- bez wspomnień, bez doświadczeń, bez dotychczasowych emocji. Wraz z nimi odkrywamy kolejne sekrety i dzieje się wtedy rzecz magiczna- wraz z nimi dzielimy radości, smutki, jesteśmy równie zszokowani lub zaintrygowani. Już na tym etapie udaje się zbudować rewelacyjną więź czytelników z tą typową parą zakochanych. Oczywiście, można się tutaj dopatrywać tego z jaką łatwością przychodzi odnajdywanie kolejnych elementów układanki, nie mówiąc już o tym, jak wygodnym dla rozwoju fabuły było rozpoczęcie jej w szkolnej ławce, gdzie poboczni bohaterowie z łatwością mogli nakierować naszych ulubieńców na właściwe tory. Może i odrobinę naciągane, ale nikt tak naprawdę nie ma tego za złe ani Colleen Hoover, ani Tarryn Fisher.
     Charlie i Silas to ludzie, których można kochać lub nienawidzić. Jako, że nie znamy dokładnie wydarzeń, które doprowadziły do ich stanu, nie znamy początków ich związku, bo poznajemy ich na jakimś jego etapie- to wszystko sprawia, że patrzymy na nich jako na zagubionych, wymagających naszej opieki osobników. Ich postawy zmuszają nas do refleksji, czy na ich miejscu sami chcielibyśmy być nami sprzed utraty pamięci, czy na nowo określalibyśmy samych siebie. Emocje, które łączą tych dwojga są niebywałe. Nie bez powodu mówi się o takich ludziach, że są sobie pisani, tzw. bratnie dusze, które zawsze powinny być razem. Jako para są naprawdę cudowni. Ciągnie ich do siebie, a i czytelników nie pozostawiają niewzruszonych na ich umizgi. Rozczulają drobnymi gestami i uroczymi uśmiechami. Trzeba przyznać, że o wiele łatwiej o sympatię dla Silasa niżeli Charlie. On wydaje się być ułożony i choć ma bogatych rodziców- nie jest rozpieszczony. Z kolei ona sprawia wrażenie zbuntowanej i rozwydrzonej dziewczyny z problemami większymi niż Mount Everest. Jej dziwaczne zachowanie wobec Silasa irytuje niemalże każdą czytelniczkę. Na szczęście takie wydarzenia jak „magiczna utrata pamięci” pomagają na nowo ukształtować samych siebie.
     „Never Never” zachwyciło mnie od pierwszych stron! Z trudem przychodziło mi odkładać książkę na bok, aby zająć się obowiązkami. Jest tutaj wszystko to, czego oczekiwać można od powieści idealnej- fascynująca zagadka, która z każdą chwilą wydaje się być jeszcze bardziej zawiła, porywająca historia miłosna, która potrafi rozczulić do łez, ale przede wszystkim różnobarwność uczuć jakich dostarcza. Chwilami będziemy mieli ochotę płakać z radości, innym razem zapragniemy schować się w kąt z przerażenia, a momentami zapragniemy przyłożyć bohaterom w te nastoletnie głowy. Magiczna historia, cudownie opowiedziana i jakże wciągająca. Aż ciężko było się rozstawać z tymi wszystkimi emocjami!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Never Never / Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski / Wydawca: MoondriveGatunek: romans / ISBN 978-83-751-5256-2 / Ilość stron: 300 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

niedziela, 18 września 2016

Gra #3: Gobblety, aut. Thierry Denoual

     Towarzyszyła nam podczas nudnych lekcji, uczelnianych wykładów, czy wolniejszych chwil w trakcie pracy. Znana jest zarówno młodszym, jak i starszym. To ponadczasowa gra, która wymagała jedynie kartki, długopisu i kolegi obok, równie znudzonego jak my. Po latach przeszła solidną transformację przybierając formę planszową i ubraną we frapującą nazwę „Gobblety”. W tym roku pojawiła się także na polskim rynku, zbierając żniwo wśród sympatyków klasycznego „Kółka i krzyżyk”.

    Chyba nie ma na świecie prostszej od tej gry. Jej zasady, przekazywane z pokolenia na pokolenie, znane są każdemu. Zadanie jest bardzo łatwe, należy ułożyć w jednej linii (wzdłuż, w poprzek, na ukos) swoje krzyżyki lub kółka- w zależności, od tego które zostało nam przypisane. „Gobblety” dają zupełnie nową opcję- zjadania pionków swojego przeciwnika, a tym samym zajmowanie jego miejsca.
     Niegdyś wydawało się, że jak już ktoś zajmie środkowe pole- a umówmy się, każdy to robił jeżeli miał pierwszeństwo ruchu, to niemożliwością było, aby przegrał rozgrywkę. Dla drugiej osoby, wszystko wydawało się być stracone- no chyba, że nieuwaga przeciwnika nam sprzyjała. Pechowcy mogą się teraz bardzo ucieszyć, bowiem twór Thierry'ego Denouala daje możliwość wygrania nawet w takiej straszliwej sytuacji, a to wszystko dzięki... pionkom różnej wielkości. Cały pakiet gry składa się nie tylko z kratki do gry, którą należy samemu złożyć, ale również i gobbletów od małych, przez średnie, aż po duże. Jest ich aż 12, po sześć z koloru niebieskiego i sześć pomarańczowych. To właśnie dzięki różnym wielkościom możemy zjadać pionki swojego przeciwnika- oczywiście, o ile stojący na polu jest mniejszy od naszego.
  
   Ryzyko nakładania jednego na drugi może okazać również zgubna. Można bowiem robić to w trakcie całej gry, a nie tylko wtedy kiedy dochodzi do jej zakończenia, jeżeli nie chcemy, aby zasłonił nas przeciwnik zbierając tym samym punkt. Pionki można bowiem przesuwać na inne- przysłaniając swoich lub przeciwników. Musimy wtedy pamiętać, jaki kolor znajduje się pod gobbletem, bo może się okazać, że tym sposobem pomogliśmy koledze zbliżyć się do wygranej.
   Cała rozgrywka trwa parę chwil, wszystko zależy od tego, czy drzemie w nas wielki duch rywalizacji i zrobimy wszystko, aby pokonać naszego kolegę długo rozmyślając o naszym kolejnym ruchu. Na swój sposób uczy strategii, przewidywania ruchów przeciwnika i tym samym podejmowania trafnych decyzji, jak je zawczasu przyblokować. Jeżeli cechuje nas szybkie myślenie, to gra może zająć nam nawet i 5 minut, ale nie jest to nic nowego, czego nie spotkalibyśmy w trakcie klasycznej rozgrywki.
    Zaletą tego wydania jest jego mobilność. Dzięki dołączonemu woreczkowi możemy zgrabnie zapakować cały asortyment i wyruszyć z grą na wakacje. Mamy pewność, że elementy nam się nie pogubią, a my zaoszczędzimy miejsce w walizce, tudzież w plecaku nie biorąc ze sobą całego kartonu, a jedynie mały woreczek z pionkami i szczebelkami do tworzenia planszy.
    „Gobblety” jest bardzo fajną, choć nazbyt prostą grą. Pomimo tego, że wspomaga strategiczne myślenie, to nie pozwala zbyt długo cieszyć się rozgrywką. Oczywiście, wszystko zależy od naszego osobistego zaangażowania w grę, ale także i przeciwnika z jakim mamy do czynienia. Gdy już się do niej dorwiemy, to możemy być pewni, że spędzimy miło czas, choćby miało to być zaledwie kilka minut. Natomiast fakt, że można ją łatwo spakować i będzie wówczas zabierać o wiele mniej miejsca niż w pudełku da nam możliwość cieszenia się nią nawet i w podróży.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa FoxGames!

foxgames.pl

Tytuł oryginalny: Gobblet Gobblers / Tłumaczenie: Wojciech Mydel / Wydawca: FoxGames / Gatunek: strategiczna / ISBN 5907078169668 / Ilość graczy: 2 / Wiek graczy: 5+ / Format: 265x265x55mm
Rok wydania: 2002 (Świat), 2016 (Polska)

środa, 7 września 2016

Książka #414: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek Tajlandia, aut. Katy Colins

     Swoją pierwszą powieść napisała, gdy miała 11 lat. Co prawda była o psie, a recenzentem jej własny dziadek, ale najwyraźniej nie stłumiło to jej chęci do dalszego tworzenia. Jednakże to jej własne życie dostarczyło odpowiedniej podstawy do najnowszych powieści. Kiedy jej małżeństwo nie doszło do skutku, a ona postanowiła rzucić się w wir podróży- za pierwszy cel obrała Tajlandię. Brytyjskie gazety nadały jej przydomek „Bridget Jones z plecakiem”, a nazwa tak jej się spodobała, że szybko zrodził się pomysł na tworzenie bloga. Wkrótce potem Katy Colins napisała „Biuro Podróży Samotnych Serc: Kierunek Tajlandia”- smakowitą powieść inspirowaną jej własnymi doświadczeniami.
     Georgia Green nie ma najlepszego tygodnia. Na tydzień przed ślubem rozstaje się z narzeczonym. Chwilę później dowiaduje się od ojca, że związał się ze swoją sekretarką, z którą będzie mieć dziecko. Dodatkowo zostaje zwolniona z pracy, z której zasadniczo sama chciała odejść, ale nie miała na tyle odwagi. Postanawia więc odpocząć i wyruszyć na wyprawę do Tajlandii. I choć początkowo podróż znacząco odbiega od jej wyobrażeń o wakacjach marzeń, to ostatecznie- pomiędzy dżunglami i cudownymi regionalnymi smakami, udaje jej się odnaleźć siebie samą.
     Przeprawa przez tę książkę jest dokładnym odzwierciedleniem tego, co przeżywała Georgia w trakcie swojej podróży po Tajlandii. Z początku historia jest mocno naiwna, wręcz straszliwie głupia, a kolejne poczynania kobiety mocno irytują. Nie mniej, z łatwością można sobie uzmysłowić, że w zasadzie każda z kobiet pokrzywdzona przez los jest tak emocjonalnie nadwyrężona, więc z łatwością popełnia kolejne głupoty. Nie mówiąc już o tym, że jak coś się wali, to najlepiej cały świat w ciągu pięciu minut, bo skoro straciliśmy narzeczonego, to czemu wraz z nim nie stracić również domu i pracy? Nieszczęścia chodzą parami, a tym razem nawet i trójkami. Okazuje się to być jednak idealnym motorem do tego, aby całkowicie odmienić swoje życie, bo nic nie pomaga tak zaleczyć ran, jak zmiana otoczenia. Nie dziwi więc, że kobieta tak szybko podejmuje decyzję o wyjeździe. Wydaje się, że jak Georgia wyjedzie do Tajlandii, tak pięknej krainy, akcja szybko nabierze tempa, pełna będzie różnych wyskoków pełnych odwagi i tym podobnych rzeczy. I choć podobne wydarzenia mają miejsce, to jednak jakimś dziwnym sposobem nie ma w tym większych emocji. Nie odczuwa się tej ekscytacji, nie czuje się do końca ducha tego wspaniałego kraju. Musiał jednak nastać ten kulminacyjny punkt w fabule, aby zmianie uległo nie tylko postępowanie kobiety, nie tylko miejsce, ale przede wszystkim odczucia czytelnika. Najwyraźniej Georgia musiała sięgnąć dna, aby wszyscy zrozumieli prawdziwy sens tych wakacji życia.
     Wówczas wszystko odmienia się diametralnie. Kolejna zmiana otoczenia daje nam wspaniałe widoki, cudowne smaki, niesamowitych ludzi, innymi słowy całe spektrum wrażeń, odczuwanych wszystkimi posiadanymi zmysłami. Wszystko staje się o kolorowe, bardziej pozytywne! Może to również z powodu tej zmiany w psychice Georgii, która postanawia wziąć wszystko w swoje ręce i naprawdę cieszyć się tym, co daje jej sposobność bycia w tak niezwykłym miejscu. Wtedy dopiero uznać można, że faktycznie czerpie z życia pełnymi garściami, nawet jej lista życzeń szybko zaczęła się sama realizować. Widzimy więc Tajlandię nie tylko od strony wspaniałej roślinności, ale również i duchowych uniesień, których może dostarczyć.
     Trzeba przyznać, że bardziej naiwnej od Georgii postaci już dawno nie było w literaturze kobiecej. Nawet Anastasia Steel miała więcej rozumu. Nie dość, że porzucona zostaje przez faceta, z którym łączył ją niezwykle monotonny, bez emocjonalny związek, to jak tylko ląduje w Tajlandii i spotyka pierwszego lepszego przystojniaka od razu łyka każde jego słowo i wyznanie. Serio?! Wypadałoby być wtedy bardziej ostrożnym, więc skoro można zrozumieć początkowe uczuciowe wpadki, tak ciężko zrozumieć jej późniejsze irracjonalne zachowanie. To takie oszustwo internetowe bazujące na domniemanym uczuciu, tylko, że w pięknym kraju. Smutne... Dobrze, że szybko idzie po rozum do głowy, ale ewidentnie nie wyzbyła się chęci bycia z pierwszym lepszym facetem, który robił do niej maślane oczy i okazywał zainteresowanie. Początkowo całkowicie uzależniona od mężczyzny, można powiedzieć, że stłamszona zarówno przez niego, jak i jego rodzinę w końcu nabiera wiatru w skrzydła i prze do przodu niczym błyskawica. Pali za sobą mosty, które prowadzą do spopielonych już dawno krain, staje się o wiele bardziej odważna, ale przede wszystkim nie brak jej entuzjazmu i pomysłów. Jeżeli każda zmiana tak wygląda i tak właśnie wpływa Tajlandia na osamotnione kobiety, to rzucam wszystko i jadę!
     Zachęcona historią, która mogłaby przydarzyć się każdej z nas, a w dodatku ulokowana w zjawiskowej scenerii wiedziałam, że jest to książka dla mnie. Jednakże szczerze się przyznam, że bardzo szybko „Biuro Podróży Samotnych Serc” stało się dla mnie prawdziwą męką. Nudnawy początek, który zarysował strasznie naiwną postać potrafiłby zniechęcić nawet największego sympatyka egzotycznych krajów. Szczęśliwie, szybko nastąpiła zmiana klimatu- dosłownie i w przenośni, a cała masa sympatycznych postaci i cudowności, których dostarczyła nam wszystkim tajska wycieczka zaczęły się wylewać z kartek, sprawiając, że z zaciekawieniem sczytywaliśmy kolejne słowa. Najwspanialsze jest to, że nie tylko pozazdrościliśmy Katy Colins, zapragnęliśmy spakować się w plecak i wyjechać do nieznanego kraju, ale i zechcieliśmy szybko złapać w ręce kolejny tom. Na szczęście... „Kierunek Indie” już wkrótce!
Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!

harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Destination: Thailand / Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowa / ISBN 978-83-276-2398-0 / Ilość stron: 304 / Format: 147x212mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2016 (Polska)

wtorek, 30 sierpnia 2016

1210. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, reż. Zack Snyder

    „Batman v Superman” dodatkowo potwierdza znany już wszystkim fakt, że filmy DC Comics pozostają daleko w tyle za tymi od Marvela. Ci drudzy od samego początku budowali jedno wielkie uniwersum łącząc kolejne filmy o bohaterach, pokazując wielkich Avengers, czy ostatnio stawiając przeciwko sobie ulubieńców w „Wojnie bohaterów”, podczas DC raz po raz tworzyło nowego Batmana, czy Supermana i ślamazarnie wprowadzać będzie nowe postaci tego świata. Gdzie tam jeszcze „Liga Sprawiedliwych”, ale już w nowym filmie Zacka Snydera mamy jedną wielką ich zapowiedź. No tak... bo przecież po co sensownie wprowadzić nowych bohaterów, skoro można ich przemycić w takim abstrakcyjnym filmidle. Zacku Snyder... WHY?!
Źródło: Galapagos Films
     Superman, znany również jak Clark Kent (Henry Cavill) walczy na śmierć i życie z Zodem, aby uratować Ziemię przed zagładą. Nie zważając na nic i nikogo doprowadza do wielkich zniszczeń i śmierci wielu niewinnych ludzi. Dla jednych jest bogiem, dla drugich bohaterem, ale inni traktują go jako wielkie zagrożenie. Wśród tych ostatnich jest biznesman Bruce Wayne (Ben Affleck), nocą przebierający się w strój człowieka nietoperza- Batman. Tracąc bliskich w walce Supermana pragnie nie tylko się zemścić, ale pokazać kosmicie gdzie jego miejsce. Musi się jednak przygotować, bowiem nie każdego dnia zwyczajny człowiek uzbrojony po zęby w gadżety staje do walki z „bogiem”.
     Po zakończeniu seansu, do głowę dobija się tylko jedno pytanie- „Po co ten film w ogóle powstał?!”. Dla kasy? A może po prostu chciano zbudować na szybko wątek Ligi Sprawiedliwych, wprowadzić nowe postaci? Chyba tylko Warner Bros może to zrobić w tak pozbawiony emocji i sensu sposób, przy okazji tworząc film o starciu gigantów superbohaterstwa. Przede wszystkim zapomina się dać im konkretny powód do sporu. Potrzeba czegoś więcej niż jakichś psychol, który podyktował im warunki. A przy okazji Luthor w wykonaniu Eisenberga? Dramat! Oczywiście, Superman zawsze musi znaleźć się w złym miejscu o złym czasie, aby z łatwością można było nim potrząsać jak marionetką. Już nie mówiąc o ułomnych bohaterach, którymi daje się bardzo łatwo manipulować. Całość to jakiś niezrozumiały bełkot o niczym, że aż się pragnie, aby w końcu ktoś komuś przyłożył. I to zdrowo! Piękna walka... momentami równie sensowna, co praca Syzyfa. Choć przyczyny zawieszenia broni są równie banalne i zachwycające. Nic jednak straconego, bo gdyby komuś znudziło się patrzenie na starcie dwóch gladiatorów, to dorzucają nam tutaj do zestawu jakiegoś, skromnych rozmiarów, kaiju. Ciężko stwierdzić, co autorzy scenariusza mieli na myśli (na was patrzę panowie Terrio i Goyer!), bo ani nie jest on logiczny, ani spójny. Widać to aż za dobrze chociażby w przypadku wprowadzenia Wonder Woman. Piękność pojawia się na pięć sekund, aby za moment odjechać, tylko po to, aby za jakieś pół godziny znowu pokazać się na ułamek chwili, po której znowu zostaje zrzucona w otchłań niepamięci. A potem jeszcze akcja w samolocie i ten wyraz twarzy, mówiący: „Dobra... założę moje seksowne superamazonkowe wdzianko i pomogę wam już w pchnięciu tej fabuły do przodu!”. Szkoda, że jako widzowie nie znamy genezy postaci- choć wiemy, że ma chyba ze sto lat, i nie wiemy dlaczego w ogóle chce jej się ruszyć swój tyłek do pomocy dwóm peleryniastym typkom, których nie wiążą z nią żadne relacje.
Źródło: Galapagos Films

      Nie jest odkryciem, że fabuła mocno kuleje. Większość filmów stara się to jednak nadrobić efektami, a Snyder ma swój specyficzny styl, który świetnie się sprawdza w tym filmie. Jednakże nawet i on ma zdolności do przesady i tym razem nie udało się tego uniknąć. Z jednej strony wszystko ma niesamowicie mroczny klimat, trochę bardziej dorosły i poważny- a tu scenografia pogrążona w cieniach, a tu kostiumy nie bijące po oczach głębią kolorów. Wdzianko Supermana znowu opina się tam gdzie trzeba, a skąpy strój Wonder Woman podkreśla jej walory. I można by się zachwycać tym w nieskończoność warstwą wizualną, gdyby nagle zza zakrętu nie wyskoczył Iron Batman, a chwilę później wyglądający niezwykle karykaturalnie i na totalnie niedopracowanego Doomsday- taka mocarna bestia, a tak słabo się prezentująca. Jakim sposobem w tym całym rozgardiaszu znalazło się dwóch tytanów muzyki filmowej- Hans Zimmer i Junkie XL? Najwyraźniej mieli być ostatnią deską ratunku, bo ich współpraca wyszła produkcji na dobre. Świetne motywy przewodnie Lexa Luthora i Wonder Woman, choć momentami lekko niekomponującymi się do reszty ścieżki dźwiękowej. Ten pierwszy z lekka psychodeliczny jak i jego właściciel, a drugi świetnie podkreślający wojowniczą duszę WW. Cały soundtrack daje poznać po sobie, że nie stworzyła go dwójka przypadkowych ludzi, ale ci znający się na rzeczy i zachwycający publikę od lat.
     Tym razem Henry Cavill trochę osiadł na laurach. Pokazał nagą klatkę piersiową tylko raz. Czyżby onieśmieliło go moje uwielbienie do niej, jakim obdarzyłam go przy okazji „Człowieka ze stali”? Szkoda. Przez to stał się jakiś.... bardziej wyblakły. A może to ten dramat rozgrywający się wokół jego osoby? Affleck też nie poszalał. Ładnie się co prawda prezentował, pięknie postarzał, ale Batman w jego wykonaniu stał się bezpłciowy. Eisenberg dla odmiany odrobinę przesadził z kreacją Luthora, robiąc z niego kompilację Szalonego Kapelusznika, Białego Królika i kopniętego Einseina. Niby dobre, ale wyczuwa się tutaj nienaturalność, a co za tym idzie ciężko jest kupić tę wersję. Odświeżeniem miała być Gal Gadot, która wizualnie prezentował się rewelacyjnie. Jej obecność w filmie była co prawda całkowicie bezsensowna, ale trochę poskakała z mieczem, korzystała ze swoich bransoletek niczym królowa Galaxia, pobawiła się świetlnym lassem, a przy okazji powydawała bojowe dźwięki. I to wszystko oczywiście w slow motion, co by płeć męska mogła się dłużej poślinić na jej widok.
Źródło: Galapagos Films
     O dziwo „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” nie jest całkowitą porażką. No chyba, że porówna się ten film do „Wojny bohaterów”, gdzie Iron Man stanął przeciwko Kapitanowi Ameryce. DC Comics udowodniło, że nawet wielkich starć kultowych gigantów, nie potrafi zrobić ze smakiem, rozsądkiem i napięciem zadowalającym widza. Jest to bardziej abstrakcyjne spojrzenie na superbohaterów, którzy toczą walkę tylko dlatego, że mogą. Świetnie się w tym wszystkim odnajduje Jeremy Irons, dodający produkcji dostojności tym swoim brytyjskim akcentem. Cudownie prezentuje się Wonder Woman jak już zdecyduje się litościwie wziąć udział w akcji. Ogromny plus należy się za muzykę Hansa Zimmera, bo on nigdy nie zawodzi i tworzy pamiętliwe kawałki. Niestety, trzeba też przyznać, że nawet te kilka plusów nie ożywi i nie uczyni arcydzieła przegadanego filmu z komicznymi osiłkami i nielogicznością fabularną całego tego widowiska.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – dystrybucja Galapagos Films!

Oryginalny tytuł: Batman v Superman: Dawn of Justice / Reżyseria: Zack Snyder / Scenariusz: Chris Terrio, Davis S. Goyer / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL / Obsada: Ben Affleck, Henry Cavill, Jesse Eisenberg, Gal Gadot, Amy Adams, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 12 marca 2016 (Świat) 01 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 17 sierpnia 2016

wtorek, 9 sierpnia 2016

Komiks #2: Deadpool. Martwi prezydenci, aut. Brian Posehn, Gerry Duggan

     Chyba każdy spodziewał się, że film o nieokrzesanym typku w czerwonym kostiumie zyska sympatię wielu fanów superbohaterów. Każdy wie, że początki jego poczynań wyczytać można w komiksach prosto od Marvela. Jednakże wraz z lutową, polską premierą filmu „Deadpool” na półkach polskich księgarń pojawiła się jedna z komiksowych propozycji- „Martwi prezydenci”. Tytuł ten otwiera serię publikacji o tym mrocznym bohaterze, do których prawa wykupiło wydawnictwo Egmont.
     Deadpool, a w zasadzie Wade Wilson, na skutek eksperymentu nabył umiejętność regeneracji, a więc stał się nieśmiertelny. Ta zdolność staje się bardzo przydatna w jego profesji, bowiem mężczyzna jest najemnikiem. Tym razem do ważnego zadania wynajmuje go agencja S.H.I.E.L.D., która próbuje powstrzymać inwazję umarłych, byłych prezydentów Stanów Zjednoczonych. Powołani do ponownego życia przez tajemniczego nekromantę pragną oni zniszczyć swój rodzimy kraj. Deadpool bierze więc w ręce swoje kosy, a także spluwy, zakłada maskę... i błaga o pomoc Doktora Strange, który ze swoją czarodziejską mocą wydaje się być idealnym towarzyszem podczas tej misji.
     Pierwszy pełnoprawny komiks, który dorwałam w swoje ręce. Pierwsze spotkanie z papierowym Marvelem i drugie z jednym z najbardziej fascynujących bohaterów komiksowych. Szkoda jedynie, że... nie są to początki Deadpoola, a jedynie kontynuacja jego krwawych perypetii bez zbędnych wstępów, a z jakże porywającym rozwojem wydarzeń. Choć jest to postać raczej z uniwersum X-menów, to nie przeszkadzało twórcom wrzucić go w świat Avengersów, gdzie istnieje agencja S.H.I.E.L.D. Hulk, Thor, a nawet Doktor Strange, czyli kilka kluczowych postaci, które poznaliśmy już dużo wcześniej pojawiają się epizodycznie, ale jednak stanowią ciekawe uzupełnienie. Bowiem całość fabuły skupia się na zupełnie innym wątku, dość zaskakującym- tak naprawdę. W końcu inwazja byłych prezydentów zombie to raczej niezwykłe zjawisko i bardzo nadnaturalne, jak na takiego przyziemnego bohatera, którym jest Deadpool. O dziwo, tempo akcji jest na stałym poziomie i z radością zaczytujemy się w kolejne dymki i spoglądamy na kolejne rysunki. Mamy tutaj taki mały przegląd historyczny USA, bo przecież co niektórzy władający nie omieszkali wspomnieć o swoich dokonaniach i wygrażać pięścią w stronę aktualnie rządzących, co to poczynili z krajem, o który oni tak zaciekle walczyli. Patriotyzm pełną parą, jak na Amerykanów przystało!
     Komiksowy Deadpool zachwyca swoim dowcipem, który jest równie cięty jak jego filmowego odpowiednika. Okazuje się bowiem, że łamanie czwartej ściany nie jest niczym niezwykłym dla tego świata, a wzięło się to najwyraźniej z komiksu. Tłumaczenie tego, że dymki są zdecydowanie za małe, aby tłumaczyć innym bohaterom dlaczego Deadpool zwraca się do nas w swoich wypowiedziach, jest niesamowicie zabawne. Tak samo jak naśmiewanie się z różnych elementów aktualnej popkultury oraz wydarzeń na świecie. Tony Moore nadał temu antybohaterowi całkiem inny wizerunek. Ma zdecydowanie najbardziej paskudną mordeczkę w historii, a jego trupio żółte zęby i oczy wzbudzają jeszcze większe obrzydzenie. Rysownik nie szczędzi krwi i jak w filmie latały sobie głowy, tak w komiksie flaki wylewają się niemalże z każdego, a że Deadpool jest nieśmiertelny, to wiadomo, że często stawał się przedmiotem krwawych zabaw Moore'a.
     Cudownie jest zaczytywać się w dymkach, wypływających z ust Deadpoola. Jeszcze wspanialej ogląda się każdy osobny rysunek, który wyszedł spod ołówka Tony'ego Moore. I choć nigdy do końca nie pojmowałam przekładania odgłosów wydawanych przez ludzi w trakcie upadków, czy też broń, na stos literek, to przygody zamaskowanego elokwentnego typka przypadła mi do gustu. „Deadpool” jest wyjątkowy w każdym calu, choć „Martwi prezydenci” nie wydają się być aż tak bardzo porywający. Prawdopodobnie wina leży w tym dziwacznym połączeniu fantastyki z opowieścią historyczną, gdzie te dwa światy bardzo się ze sobą gryzą. Ostatecznie jednak, traktując to z przymrużeniem oka można uznać, że historia ta jest ciekawa i przyjemna w jej poznawaniu, choć niezwykle zaskakująca w swoim finale.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: Deadpool. Dead Presidents / Tłumaczenie: Oskar Rogowski / Rysunki: Tony Moore / Wydawca: Egmont / Gatunek: akcja, sci-fi / ISBN 978-83-281-1625-2 / Ilość stron: 132 / Format: 167x255mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2016 (Polska)

niedziela, 7 sierpnia 2016

SZORTy #39: Kiedy ją spotkałem, Love Rosie, Wesele w Sorrento

Oryginalny tytuł: Jab We Met | Reżyseria: Imatiaz Ali | Scenariusz: Imatiaz Ali | Obsada: Shahid Kapoor, Kareena Kapoor, Kamal Tiwari, Dara Singh, Tarun Arora, Kiran Juneja, Pavan Malhotra | Kraj: Indie | Gatunek: Komedia romantyczna, Bollywood
Premiera: 26 października 2007 (Świat)
Ocena: 7/10

     Jeden z najbardziej pozytywnych i pokręconych bollywoodów jakie przyszło mi oglądać. Imatiaz Ali stworzył dobry obraz międzyludzkich relacji z duetem Kapoor&Kapoor w kultowym filmie „Kiedy ją spotkałem”.
     Młody mężczyzna przechodzi ciężkie chwile, kiedy jego ukochana bierze ślub z innym. Wsiada więc do byle jakiego pociągu i rusza przed siebie. Kiedy nagle do wagonu trafia gadatliwa, energiczna i bardzo sympatyczna dziewczyna, nie spodziewa się, że jego życie całkowicie się odmieni.
     Pozytywny, niesamowicie kolorowy, tak bardzo przejmujący i różnorodny. Stęskniłam się całym sercem i ciałem za kinem prosto z Bombaju. Produkcja Imatiaza Ali jest kwintesencją gatunku, kumulacją wszystkiego co w nim najlepsze. Ma bardzo wyraziste postacie, jak dla mnie jest to pierwszy film z Kareeną jaki widziałam, ale jej bohaterka jest tak pozytywnie zakręcona, że wprowadza najwięcej humoru. Wystarczy na nią spojrzeć i już buźka sama się cieszy. Genialna! Do tego super przystojny Shahid, którego ma się ochotę schrupać. Duet nie do przebicia! Razem tworzą historię bardzo banalną, bo w końcu miłosną, z lekkimi turbulencjami po drodze. Tu ślub, tam nie ślub, ślub nie z tym co trzeba, a może jednak z tym odpowiednim. Pokręcone to na maksa! Potrafi być za to przejmująco, bohaterzy oczywiście po czasie rozumieją co ich połączyło, a po tylu miesiącach może być trudno o ponowne roziskrzenie. To pomieszanie humoru z dramatyzmem świetnie robi historii, która staje się idealnie zbalansowana. Jak przystało na rasowy bollywood pełno tutaj cudowności, choć piosenek wpadających w ucho jest naprawdę niewiele. Do moich ulubionych należy „Yeh Ishaq Hai”. Radosna, rytmiczna, a klip niezwykle żywy i barwny. Czegoż chcieć więcej? Może bardziej zjawiskowej opowieści, bo przyjaźń przeradzająca się w miłość to nic nowego.

Oryginalny tytuł: Love, Rosie | Reżyseria: Christian Ditter | Scenariusz: Juliette Towhidi | Obsada: Lily Collins, Sam Claflin, Christian Cooke, Jaime Winstone, Suki Waterhouse | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 17 października 2014 (Świat) 05 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 8/10

     W jego karierze nie pojawił się dotąd żaden kultowy film. Ditter jednak poszedł w ślady swoich kolegów po fachu i pokusił się o ekranizację poruszającej powieści Cecile Ahern. Jego „Love, Rosie” w wersji filmowej nie mogło się nie udać.
     Są przyjaciółmi od małego dziecka. Kiedy dorastają razem chodzą na imprezy i nadal mówią sobie o wszystkim. Wszystko się zmienia po balu szkolnym, który daje dziewczynie coś, czym nie jest w stanie podzielić się z przyjacielem, aby nie psuć jego marzeń. Wtedy wyjeżdża on na studia, a ich przyjaźń zostanie wystawiony na ogromną próbę.
     Teoretycznie jest to historia jak każda inna. Opowieść o wielkiej, nierozłącznej przyjaźni pomiędzy dziewczyną i chłopakiem, która w końcu musi stanąć przed pytaniem, czy wciąż jest to przyjaźń, czy jest to już kochanie. W „Love, Rosie” bohaterowie wydają się być całkowicie ślepi na znaki przesyłane przez drugą stronę, te krótkie spojrzenia świadczące o zazdrości, te nieskrywane wybuchy złości mogące znaczyć jedynie dozgonną miłość i złamane serca. Problemy, które ich dotykają wydają się być szalenie przyziemne, ale dzięki temu film staje się o tyle prawdziwszy. Klimat jest niesamowicie senny, choć z pewnością całość nie jest pozbawiona energii. Gdzieś pomiędzy brytyjskimi uliczkami kreuje się bardzo niecodzienny świat, ludzkie emocje, szkolne zawody, ale przede wszystkim tak niesamowite mijanie się dwóch bliźniaczych dusz. Zaskakującym jest jak wiele ta dwójka musi przejść, aby w końcu zrozumieć, że są dla siebie najważniejsi. Całość jest wobec tego bardzo przewidywalna, bo tego właśnie można byłoby spodziewać się po rasowym romansie. Aczkolwiek trzeba przyznać, że te wydłużające się lata rozłąki wydają się być aż nadto nienormalne, w szczególności, że po połowie filmu mamy wrażenie, jakbyśmy spędzili przy nim pół dnia. Wiele się tu mieści, a zapewne jeszcze więcej treści dałoby się wsadzić, gdy człowiek upewni się, że przestrzeń czasową skrócono z półwiecza do zaledwie dwunastu lat. Coś jest w tym obrazie magnetycznego, coś niesłychanie uroczego, coś co pozostawia jak najbardziej przyjemne uczucia. Nie mniej, nie ma się co oszukiwać- takich związków próżno szukać w prawdziwym świecie.

Oryginalny tytuł: Den Skaldede frisør | Reżyseria: Susanne Bier | Scenariusz: Anders Thomas Jensen | Obsada: Pierce Brosnan, Trine Dyrholm, Molly Blixt Engelind, Sebastian Jessen, Paprika Steen, Kim Bodnia | Kraj: Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 02 września 2012 (Świat) 01 lutego 2013 (Polska)
Ocena: 5/10

     Duńska reżyserka, Susanne Bier, twórczyni kultowych „Braci”, doceniana przez krytyków tworzy zaskakująco przeciętny film w włoskim klimacie. „Wesele w Sorrento”, niespodziewanie, dalekie jest od ideału.
     Udało jej się wyrwać ze szponów śmierci, kiedy pokonała raka. Niestety, po powrocie z kolejnej wizyty w szpitalu zastaje męża w jednoznacznej sytuacji z jego księgową. To zwiastuje koniec ich małżeństwa, pomimo tego, że za chwilę spotkają się na ślubie swojej córki we Włoszech. Tam kobieta poznaje przystojnego ojca pana młodego i od razu znajdują wspólny język.
     Film, jak gdyby, zupełnie o niczym. Zwykła opowieść o rodzinie, zmaganiach z chorobą, a także kilkoma zaskoczeniami. Bez większych emocji, bez większych rewelacji. „Wesele w Sorrento”- jak sama nazwa wskazuje, mogłoby się skupić bardziej na weseleniu się w Sorrento. Wszystko jednak rozbija się o główną bohaterkę, której choroba zniszczyła jej życie. Teoretycznie. Pozbawiła włosów, pozbawiła poczucia własnej wartości, no i pozbawiła męża. Szczęśliwie na swojej drodze spotyka Philipa, który trzeźwo patrzy na świat, momentami zbyt... rozważnie, a nie romantycznie, przez co wydaje się być dla niej idealnym oparciem. Widać rozkwitające między nimi emocje, ale jest to bardzo subtelny zabieg, a nie jakiś wielki wybuch namiętności. Ich wspólne chwile są chyba najjaśniejszymi promieniami w filmie. Scenariusz serwuje kilka abstrakcyjnych wątków, jak chociażby mąż zabierający swoją kochankę na ślub córki. Heloooł?! Przecież nawet nie są w oficjalnej separacji z Idą! Dziwne i co najmniej nieetyczne. Piękne w tym filmie są na pewno włoskie scenerie. Piękne pomarańczowe sady, z których aż czuć zapach cytrusów. Cudowne budynki, wspaniałe terany zielone. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Długo bym się nie zastanawiała gdyby Philip poprosił mnie o zamieszkanie tam. Raczej. Nie jest to zaskakujący film, jest wręcz bardzo schematyczny i banalny. Szkoda, bo mogłoby powstać z tego coś naprawdę interesującego. Jest lekki, ale do tego tak bardzo nużący, że aż szkoda dla niego czasu.