NOWOŚCI

Najnowsze teksty

piątek, 24 marca 2017

Książka #437: Atlas przygód zwierząt, aut. Emily Hawkins, Rachel Williams

 
     Po pełnej przygód wyprawie po atrakcjach największych miast całego świata przyszła pora na wycieczkę przyrodniczą w trakcie której zobaczymy najbardziej i najmniej rozpoznawalne zwierzęta, jakie żyją na naszym globie. „Atlas przygód zwierząt” to pomysł autorek licznych książeczek dla dzieci, opowieści o dinozaurach i o podwodnych krainach. Zrealizowana we współpracy z utalentowaną ilustratorką pracującą przy tworzeniu innych atlasów to kolejna z propozycji dla najmłodszych poszukiwaczy przygód.

      Konstrukcja książki jest bardzo prosta, jak każdego jednego atlasu- mapa świata, mapa kontynentu i ewentualne mapy państw z rozpisanymi miastami. W publikacji autorek Emily Hawkins i Rachel Williams kończymy na tych drugich rodzajach mapek, a tam zamiast miast znajdziemy zwierzęcy wysyp. Kiedy już dowiemy się jakie osobniki spotkać można w jakim kraju, możemy przejść do bliższego zapoznania się z niektórymi z nich, aby naszą przygodę zwieńczyć małym testem z tego jak wiele wyciągnęliśmy z tej przyrodniczej wyprawy.
     Książka oferuje całą masę przygód, niczym biuro podróży czekając na wybranie przez nas kontynentu, tudzież kraju, który pragniemy odwiedzić. Dla ułatwienia podjęcia decyzji niektóre z nich zebrane zostały w czytelny spis treści z podziałem kontynentalnym. I tak dla przykładu w Afryce będziemy mogli popływać z sardynkami, a w Azji czekać będzie na nas okazja wspinaczki górskiej z pandami wielkimi. Dla spragnionych ekstremalnych wrażeń idealna może być wyprawa do Ameryki Południowej, gdzie można zaryzykować zjedzenie obiadu wraz z anakondą. Szkoda jedynie, że autorki same podejmują z czytelnika decyzję o jakich zwierzętach chciałby poczytać więcej. Może zamiast szukania nowego domu z pszczołami miodnymi wolelibyśmy zmieniać wygląd z traszką marmurkową. Albo syczeć i wyć z diabłami tasmańskimi, a nie budować z altannikami. W końcu w prawdziwym atlasie również nie mamy map przypadkowych krajów. Powinny znaleźć się tutaj wszystkie wymienione na mapie zwierzęta. Proste. Ostatecznie, zazwyczaj wybierane są te już nam znane, o których prawią najrozmaitsze animacje, zamiast przybliżyć nam te bardziej chronione gatunki, o których świat już dawno zdążył zapomnieć.
Źródło: Nasza Księgarnia
      Treść jest jak najbardziej przystępna, w dodatku wypisana sporą i bardzo czytelną czcionką. Ma sporą wartość edukacyjną, bo dzięki niej możemy się dowiedzieć więcej o zwierzętach, o których wydawało nam się, że wiemy już niemalże wszystko. Możemy sięgnąć dalej niż moglibyśmy przypuszczać. Zobaczymy układy tańców godowych rajskich ptaków, poznamy znaki szczególne pomagające odróżnić płeć łosia, a także dowiemy się, że panda za noworodka wygląda niczym różowa świnka. Jest tutaj cała masa ciekawostek, bardzo krótkich ciekawostek, które nie przemęczą, a z łatwością zapadną w pamięć. Brakuje tu odrobiny lekkości, odrobiny humoru.
      Niestety, nawet ilustracje są zdecydowanie za poważne, ale przynajmniej przedstawiają rzecz taką jaka jest. Linie są proste, choć nie trudno dostrzec tu figlarność rysowniczki. Wkrada się lekka asymetria, nawet wręcz niedbałość o szczegóły, ale tak naprawdę nikt na to uwagi nie zwraca. Powodem tego jest wielobarwność każdej ze stron. Gdy już zanurzamy się w poszczególne kraje na nasze wycieczki, to pochłonie nas cała paleta barw- żywych, jak najbardziej energetyzujących. Wszystko po to, aby dać nam porządnego kopa do działania i chęci poznania świata. Udaje się to. Nie jest to jakaś spektakularna oprawa, nie wywołuje zbytnich „ochów” i „achów”, ale przynajmniej nie poraża kanciastością, czy nieumiejętnością doboru barw.
      „Atlas przygód zwierząt” być może nie jest wymarzoną publikacją dla najmłodszych dzieci. Nie spotkamy tutaj fikuśnych anakond uśmiechających się do nas serdecznie, ani niesfornych dzięciołów pukających nas w głowę prosto z kartek książki. Brakuje tutaj pewnej konsekwencji, a przede wszystkim treści powiązanej zresztą przyrodniczej oferty turystycznej. Nie mniej, dzięki wspólnej pracy trzech utalentowanych kobiet otrzymujemy atlas, który zabierze nas w nieznane krainy, prosto do mniej bądź bardziej znanych gatunków zwierząt. A z takimi nietrudno o sporo atrakcji, które zajmą wiele godzin.


Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Atlas przygód zwierząt / Tłumaczenie: Maria Pstrągowska / Ilustracje: Lucy Letherland / Wydawca: NaszaKsięgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13162-1 / Ilość stron: 88 / Format: 272x370mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

środa, 22 marca 2017

1222. Bociany, reż. Nicholas Stoller, Doug Sweetland

     Zastanawialiście się kiedyś, co się stało z tymi bocianami, które to według historyjek opowiadanych nam przez rodziców, dostarczały dzieci do rąk własnych? Cóż... odkryto ciążę i porody. Tak przynajmniej twierdzą twórcy animacji studia Warner Bros.- Nicholas Stoller oraz Doug Sweetland, którzy wspólnie z ekipą specjalistów zrealizowali niezwykle dowcipny, rodzinny film o tytule „Bociany”.
Źródło: Galapagos Films

      Świat, gdzie bociany porzuciły dostarczanie dzieci, a zajęły się usługami kurierskimi. W tym świecie jest jedna, ludzka sierotka o krok od dorosłości (Dominika Kluźniak) oraz jeden ambitny bocian (Grzegorz Kwiecień), aspirujący na szefa firmy kurierskiej. Dwójka nietuzinkowych współpracowników stawi czoło ogromnemu kryzysowi, jakim jest omyłkowe wytworzenie w fabryce pierwszego dziecka od wielu, wielu lat. Gdzieś poza spojrzeniem aktualnego szefa muszą wynieść dziecko z firmy i dostarczyć na czas do nowej rodziny, której najmłodszy przedstawiciel (Bernard Lewandowski) z utęsknieniem czeka na swojego braciszka o umiejętnościach ninja.
      Genialnym pomysłem na fabułę animacji, przede wszystkim dla dzieci, jest rozwianie wszelkich wątpliwości odnośnie ich pochodzenia. Teoretycznie. Stoller jednak postanawia nas przenieść do alternatywnego świata, gdzie dzieci faktycznie przynoszone są przez bociany, a w zasadzie były, bo teraz... zajmują się roznoszeniem paczek. I to w jakim ekspresowym tempie! Przebranżowienie jak się patrzy, trochę zaskakujący kierunek, ale czegoż nie zrobi się dla podtrzymania gatunkowego biznesu. Świetna lekcja przedsiębiorczości. Jednakże tak naprawdę „Bociany” to film o czymś zupełnie innym. To przede wszystkim świetnie zbudowana opowieść o rodzinie.
Źródło: Galapagos Films

Mamy tutaj dwa spojrzenia, a w zasadzie to nawet kilka spojrzeń na ten jeden wątek. Nie tylko znajdziemy go już na poziomie korporacyjnej hierarchii, gdzie to Junior próbuje wkraść się w łaski swojego szefa, tym samym zastępując sobie relację syn-ojciec. Mamy tutaj też i nietypową rodzinę stworzoną przez Juniora i Tulip dla małej różowej Tetrowej księżniczki. Gdyby tego było mało jest jeszcze i wilcza rodzina. Wataha... wilcza rodzina! Oj tak, ci ostatni byli najkomiczniejsi. Zasadniczo dostarczali najwięcej humoru. To całe słodziakowanie i watahowanie... Absurdalność i urok w jednym. Jest jednak też i inna strona medalu tej opowieści, tak samo jak i w pracy bociana. Po drugiej stronie barykady mamy rodzinę, która czeka. Uwaga skupia się na małym chłopcu czekającym na ukochanego małego braciszka. Wciąż licząc na to, że bociany mu go dostarczą. Cudowna jest tutaj postawa rodziców, która jest jak bardziej wspierająca pomimo tego, że znają prawdę. Z takiego też powodu akurat ten film powinno się oglądać całą rodziną, aby jedna i druga strona mogła się czegoś nauczyć i wcielić to w życie. Nieistotne jest to jaka jest prawda, ale to żeby wspierać swoje dziecko- oczywiście, w granicach rozsądku, które w tym przypadku zostały mocno nagięte.
Źródło: Galapagos Films

     „Bociany” to animacja całkiem przyjemna dla oka. Dużo w niej korporacyjnej surowości, ale również i niemowlęcej słodyczy. Twórcy bawią się proporcjami, ale też i kolorystyką. Zwyczajne rzeczy połączone z nietypową paletą barw dają o wiele ciekawszy efekt. W szczególności, że dzięki temu animacja jest o wiele żywsza. Nie ma tutaj większych spektakularnych wizualnych wrażeń, choć trzeba przyznać, że poczynania watahy zakrawają o lekkie szaleństwo dla naszych wielkich oczu. Do tego cudownie ogląda się całą tę maszynerię odpowiedzialną za produkcję dzieci. Stanowi to kwintesencję całego filmu.
     Dubbing toleruję jedynie w animacjach, a trzeba przyznać, że reżyser polskiej wersji językowej – Dariusz Błażejewski, spisał się na medal. Zatrudnienie Dominiki Kluźniak zawsze jest rewelacyjnym pomysłem. Bardzo dobrze, że to właśnie ona użycza głosu Tulip, która jest najbardziej wyrazistą i chyba najbardziej nieokrzesaną postacią tego filmu- tzn. poza tetrową księżniczką. Jej monolog w sortowni listów jest jedną z najśmieszniejszych scen tej ptasiej produkcji. Sam reżyser podkłada głos do drugiej w kolejności intrygującej postaci, czyli gołąbka Lizusa. Oczywiście, jego imię zdradza o nim wszystko, więc nie ma sensu tego komentować. Jednakże... akcent dodany przez Błażejewskiego zrobił swoje i sprawił, że jego postać zdecydowanie zapisze się w pamięci po seansie.
Źródło: Galapagos Films
      Najnowsza animacja duetu Stoller-Sweetland nie jest szczególnie fascynującym filmem. „Bociany” to bardzo schematyczna opowieść osadzona w ptasich realiach, opierających się na wmawianym nam od dziecka mitom. Genialnym pomysłem jest wzięcie tego na warsztat, a także zrobienie z tego kina przygodowego, w którym kluczową rolę odgrywa rodzina, również ta nietypowa. Można czerpać prawdziwą przyjemność z tego filmu, gdy bez końca wciągniemy się w poczucie humoru, a także perypetie Tulip i Juniora, którzy stanowią parę idealną. Do tego urocze bobaski, które zawsze sprawiają, że człowiekowi mięknie serce. Tani chwyt, ale jakże skuteczny. Zdecydowanie film do obejrzenia w rodzinne popołudnie.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Bociany” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray, Blu-Ray 3D oraz 4K Ultra HD.


Oryginalny tytuł: Storks / Reżyseria: Nicholas Stoller, Doug Sweetland / Scenariusz: Nicholas Stoller / Zdjęcia: Simon Dunsdon / Muzyka: Jeff Danna, Mychael Danna / Dubbing polski: Grzegorz Kwiecień, Dominika Kluźniak, Jacek Lenartowicz, Dariusz Błażejewski, Bernard Lewandowski, Joanna Brodzik, Paweł Wilczak, Adam Ferency, Cezary Żak, Krzysztof Kowalewski / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Komedia
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 01 marca 2017

sobota, 18 marca 2017

Książka #436: Zwariowane pojazdy, aut. Artur Gulewicz

     Tradycyjne pojazdy to już przeżytek. Samochody jeżdżące na drogach, samoloty latające po niebie to coś co wkrótce odejdzie w niepamięć. Teraz, dzięki Arturowi Gulewiczowi, przyszła pora na „Zwariowane pojazdy”. Nietypową książkę, która będzie nie lada atrakcją dla każdego, nie tylko dla maluchów.
     Najnowsza propozycja od wydawnictwa Nasza Księgarnia jest niezwykłą publikacją, która pozwala na niemalże dowolne łączenie elementów. Dzięki niej możemy nie tylko nadawać znanym nam środkom lokomocji nowe cechy, ale również i przeznaczyć je na całkowicie zaskakujący cel. Pora rozpocząć przygodę nie z tej ziemi, gdzie z lokomotywy stworzymy taksówkę, która będzie woziła pasażerów nie tylko po miejskich drogach, ale nawet i nad naszym nieboskłonem.
     Genialna książka, która będzie frajdą dla każdego kto weźmie ją w rękę. Przedstawia całkiem alternatywny świat, możliwy do stworzenia przez dowolnego czytelnika. Wszystko uzależnione jest jedynie od ludzkiej kreatywności, ale też, niestety, od ilości stron. Jest więc idealną odskocznią dla dzieci, bowiem zabawa może zająć im długie godziny. Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych. Przykładowo dołożymy do taksówki ogon samolotu i już będzie mogła spełniać swój cel w górach. Oczywiście, można pójść też tradycyjnym torem szukając po kolejnych stronach odpowiednich elementów, aby złożyć konkretną i bardziej logiczną, realną całość.
     Praca z tą publikacją jest niezwykle prosta. Przybiera ona formę kartonowych stron pociętych na trzy części. Każdy z kartoników zawiera jeden rodzaj pojazdu począwszy od samolotu, przez amfibię, na nieznanym obiekcie latającym skończywszy. Znajdziemy na nich również działania, takie jak ratowanie ludzi, czy kołowanie. Ostatecznym celem przypisanie jest im konkretnego miejsca, a do wyboru mamy planetę, wieś, czy peron. Możemy przekładać kartoniki w nieskończoność, aż coś wpadnie nam w oko. Zabawy jest przy tym co niemiara, nie tylko z dopasowywaniem, ale już na etapie przekładania kolejnych elementów. W szczególności ci najmniejsi będą mieli z tym dużo frajdy, bo przecież jeszcze nie ogarniają co powinno iść z czym w parze, tudzież... trójkącie. Rysunki są bardzo proste, nie ma tutaj żadnych wymysłów. Proste linie, prosta kolorystyka, bardzo proste i czytelne linie liter. Całość bardzo czytelna i niezwykle kolorowa. Z pewnością przykuje wzrok każdego, ale pobudzi również i najmłodszych poszukiwaczy zabaw.
     „Zwariowane pojazdy” już od pierwszego spojrzenia przykuwa uwagę gwarantując wiele godzin niesamowitej rozrywki. W pełni spełnia te oczekiwania, dając nam szansę na rozbudowywanie naszej kreatywności i pobudzenie wyobraźni. Bardzo prosta w swojej trwałej oprawie, a przy tym zasypująca kolorami, zainteresuje i sprawi, że trudno będzie się od niej oderwać. Szkoda jedynie, że twórca nie sięgnął po bardziej wymyślne pojazdy, czy bardziej wyszukane miejsca. Możliwości wyboru mogłoby być wtedy o wiele, wiele więcej. Nie mniej, książka spełnia swoje zadanie już nawet w takim kształcie, w jakim ją dostajemy. Pozostaje jedynie siąść i rozpocząć najbardziej zwariowaną przejażdżkę w życiu.


Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Zwariowane pojazdy / Ilustracje: Artur Gulewicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13157-7 / Ilość stron: 18 / Format: 190x300mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

czwartek, 16 marca 2017

Książka #435: Mity greckie dla dzieci w obrazkach, aut. Nikola Kucharska

     Mitologia, w szczególności grecka, budzi fascynację wielu ludzi. Jej motywy wykorzystywane w grach, filmach i serialach, tylko pielęgnują tę miłość. Bardzo często na rynku pojawiają się coraz to nowsze sposoby na zaprezentowanie mitów greckich tym najmłodszym. Wydaje się zatem, że nie ma lepszego sposobu niż ilustrowane wydanie historii będących niegdyś podstawą wiary Greków, jakim jest książka „Mity greckie dla dzieci w obrazkach” stworzona przez Nikolę Kucharską.

    Ta sporych rozmiarów publikacja to bardzo mały zbiór najbardziej powszechnych, najbardziej znanych mitów greckich. Począwszy od powstania świata, przez prezentację wszystkich bogów, aż po przybliżenie historii kilku wybranych herosów i bogów. Znajdziemy tutaj opowieść o pracach Heraklesa, a także mity o Dedalu i Ikarze, czy o Demeter i Korze. W dobry sposób wprowadzają dzieci w świat, w który zagłębią się dopiero w szkole.
     Na pierwszy rzut oka książka jest naprawdę niesamowita. Świetnie wykonana, w bardzo trwałej tekturowej oprawie, która przetrwa ataki nawet najbardziej niszczycielskich dzieci, a przede wszystkim z cudownymi, niezwykle barwnymi ilustracjami Nikoli Kucharskiej, które zachwycą nie tylko dzieci, ale też i dorosłych. Z prawdziwym uczuciem będziemy muskać palcami te piękne obrazki, niejednokrotnie przystając i próbując odnaleźć wszystkie kluczowe elementy całej planszy. Jedna historia zawarta jest na dwóch takich stronach, a w zależności od prezentowanej historii przybiera formę poziomą lub pionową. Ilustratorka wykazała się niezwykłą pomysłowością w szczególności w przypadku mitu o Dedalu i Ikarze, gdzie udało jej się zawrzeć dwie zupełnie różne historie w jednej planszy. W końcu Dedal to nie tylko ojciec Ikara, ale również i twórca labiryntu, w którym czaił się okrutny Minotaur. Świetna koncepcja, która dobrze się sprawdziła. Rysunki są naprawdę starannie wykonane, udaje im się ukazać emocje bohaterów opowieści, a także podkreślić ich charakter oraz największe atuty. Jedyną wadą takiego rozwiązania jest zdecydowanie zbyt duża ilość elementów, która może stanowić spore utrudnienie podczas lektury.
      Prezentacja mitów przybiera trzy formy. Pierwszą są oczywiście wspomniane rysunki, druga to streszczenie siedmiu mitów, natomiast trzecia część przyjmuje formę komiksu zawierającego dialogi. I jak druga jest bardzo dobrze czytelna- choć jest to naprawdę ekspresowe streszczenie, to tak pierwsza w połączeniu z drugą trochę leży. Wspomniane wcześniej przeładowanie elementami ilustrowanymi, a do tego ilością dymków staje się bardzo chaotyczne. Zagubił się gdzieś sens rozczytywania komiksów i trudno było się połapać, które z dialogów powinny być pierwsze, a które ostatnie. Pomimo tego, że poszczególne sceny zostały ponumerowane i jednocześnie odsyłały do kolejnej, tak rozstrzygnięcie, które rysunki i postacie były elementami pierwszej sceny, a które trzeciej czy dziesiątej było chwilami niemożliwe. Bardzo utrudniało to czytanie, które mogło trwać tak naprawdę chwilę, a zabawa w detektywa zamieniła je w, co najmniej, godzinne poszukiwania właściwych treści, odbierając tym samym całkowitą radość płynącą z lektury. Szkoda! Nie mówią już o poziomie tekstów w „chmurkach”. Wiadomo, że jest to książka dla dzieci, ale niektóre zwroty były zdecydowanie zbyt ckliwe, infantylne, po prostu... nieznośne. Niestety.
     „Mity greckie dla dzieci w obrazkach” to książka, która może bardzo dużo zaoferować swoim czytelnikom. Z pewnością uda się wprowadzić dzieciaki w ten starożytny świat pełen magii i nauki, a i sami rodzice czytając ją dostrzegą, że i oni mogą dowiedzieć się czegoś nowego o greckiej mitologii. Nikola Kucharska obmyśliła tę publikację od początku do końca, bawiąc się sposobami na prezentowanie treści, a tym samym stwarzając możliwość trafienia w gusta większej ilości odbiorców. Niestety, wkradło się tutaj trochę chaosu, który odrobinę przeszkadza w pełnej radości z lektury, ale tę małą wpadkę można wybaczyć z uwagi na wartości poznawcze, ale przede wszystkim... zachwycające ilustracje. Szkoda jedynie, że nie zinterpretowano większej ilości mitów.
Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
Tytuł oryginalny: Mity greckie dla dzieci w obrazkach / Ilustracje: Nikola Kucharska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce, mitologia / ISBN 978-83-10-13127-0 / Ilość stron: 16 / Format: 231x310mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

niedziela, 5 marca 2017

Książka #434: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie, aut. Katy Colins


     Pierwsza część książki prosto z Biura Podróży Samotnych Serc zachwyciła czytelników połączeniem gorącego romansu z niesamowitą przygodą w egzotycznym kraju. Katy Colins przelewa na swoje powieści własne doświadczenia zebrane podczas licznych podróży. „Kierunek: Indie” to druga z serii historia pełna pasji, przedstawiająca jeden z najmagiczniejszych i najbarwniejszych krajów na świecie.
     Po ekscytującej podróży po Tajlandii Georgia Green rzuciła się w wir pracy. Biuro podróży, które założyła wraz z poznanym w podróży Benem odnosi ogromny sukces. Niestety, kobieta bierze na siebie zbyt dużo obowiązków i przytłoczona nimi zaczyna zaniedbywać przyjaciół, rodzinę, ale przede wszystkim siebie samą. Gdy w sieci pojawia się straszliwie niepochlebna recenzja ich wycieczki do Indii z żalu upija się wraz z przyjaciółką Shelly. Wspólnie podejmują decyzję o wzięciu udziału w zbliżającej się wycieczce do tego pięknego kraju, aby zbadać na czym tkwi problem, ale też by odnaleźć siebie i spokój ducha.
     Najnowszy tom z serii Biura Podróży Samotnych Serc gwarantuje zupełnie nowe doznania. Historia przybiera całkiem inny kierunek. Nie chodzi już jedynie o zaleczenie złamanego serca. Na pierwszy plan wysuwa się dobro interesu Georgii. Problematyka prowadzenia biura podróży, a wraz z nim szereg pobocznych kłopotów, które spotkać mogą każdego pracoholika. Począwszy od izolacji od najbliższych- brak kontaktu z przyjaciółmi, zaniedbywanie świąt rodziców, czy nawet oziębłość, a w zasadzie służbowa etykieta wobec ukochanych, aż po zaniedbywanie samego siebie- nie dawanie sobie nawet chwili wytchnienia. Poznajemy zupełnie inną Georgię i z przerażeniem łapiemy się za głowę myśląc nad tym cóż też ta dziewczyna wyprawia! Całkowite zatracenie w pracy, co z jednej strony jest zrozumiałe, gdy dopiero rozpoczyna się własny biznes. Cała lawina problemów, która na nią spada, decyzji, które musi podjąć, potrafi być przygniatająca. I wtedy pojawia się ta sposobność wyjazdu do Indii. Czy może być coś bardziej ekscytującego? Pewnie może, ale to właśnie Indie oferują niesamowite atrakcje, których nie doświadczymy nigdzie indziej.
     Hinduska część jest równie ekscytująca jak ta z angielska. Oferuje z pewnością więcej barw, więcej emocji. Katy Colins oczami Georgii pokazuje nam zupełnie inny świat. Pokazuje, że Indie są jednym z piękniejszych krajów, ale niestety są też zdecydowanie jednym z najbiedniejszych. Tak, jak i w przypadku „Kierunek: Tajlandia” tę opowieść podróżniczą dzielimy na dwa etapy. Z początku zderzamy się z zatłoczonym, ubogim obrazem kraju, który dotychczas znaliśmy z roztańczonych filmów Bollywoodu. Dzieci zmuszane do żebrania o pieniądze, wątpliwej higieny toalety publiczne, okropnie zatłoczone ulice oraz pociągowe wagony. Jest jednak i druga strona medalu- tak jak i w każdym innym miejscu. Czasem słońce, czasem deszcz- jak mówi tytuł jednego z filmów Karana Johara. Zwiedzamy cudowne miejsca, które znane są na całym świecie ze słyszenia, czy chociażby ze zdjęć- szkoda jednak, że jest ich tak mało. Wraz z bohaterami doświadczamy rzeczy, których doświadczyć możemy jedynie w Indiach, takich chociażby jak zbyt ostre curry, czy zniszczenie ciuchów kolorowym proszkiem. Momentami kryje się tutaj sporo niedopowiedzeń, historia jest momentami dość naciągana na potrzeby podtrzymania fabuły, a właściwie to odpowiedniego jej ukierunkowania. Bowiem część hinduska to nie tylko zwiedzanie, ostre jedzenie, czy oglądanie na żywo filmu bollywoodzkiego, ale też i rozwiązywanie problemów. Niestety, są one tak bardzo trywialne, że sama Georgia Green nie mogła uwierzyć w ich błahość i to jak bardzo mogą zaszkodzić innym.
     „Kierunek: Indie” to niezwykle wciągająca powieść. Historia, która toczy się na tak wielu płaszczyznach, że dostarcza wielu różnorodnych emocji. Potrafi zmartwić zachowaniem głównej bohaterki, nie zbraknie jej odrobiny humoru, gdy dochodzi do przekomicznych wpadek, ale też i napawa przerażeniem, gdy dochodzi do kolejnego zwrotu akcji, który wytrąca wszystko z równowagi. Przede wszystkim jednak pokazuje różne oblicza Indii, nie mydląc oczu ani bohaterom, ani czytelnikom. Pasja z jaką autorka wprowadza nas w ten niezwykły świat, hinduski świat pełen smaku, zapachów i barw, a także w problematyczny świat prowadzenia własnego biznesu jest tak zaraźliwa, że trudno oderwać się od niej na dłuższą chwilę.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins!

harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Destination: India / Tłumaczenie: Maria Zawadzka / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-276-2392-8 / Ilość stron: 320 / Format: 145x215mm

Rok wydania: 2016 (Świat) 2017 (Polska)

środa, 1 marca 2017

1221. Mój przyjaciel smok, reż. David Lowery

      Wielu zastanawia się jak stworzyć idealny film dla całej rodziny, który będzie porywał serca, a jednocześnie będzie się kryć za nim mądrość życiowa. Nie od dziś wiadomo, że Disney ma w tym aspekcie spore doświadczenie, co dowiodła m.in. „Mary Poppins”. Swego czasu serca podbijał również uroczy zielony smok Elliott, a wraz z nim cała ekipa rozśpiewanej produkcji Dona Chaffeya. Po prawie 40 latach David Lowery postanawia ponowić sukces i ponownie powraca do tytułu „Mój przyjaciel smok” nadając mu nowy ponadczasowy charakter.
Źródło: Galapagos Films
     Na skutek nieszczęśliwych wydarzeń, mały chłopiec imieniem Pete (Oakes Fegley) ląduje samotnie w ogromnym i mrocznym lesie. Naprzeciw niemu wychodzi niezwykłe stworzenie, zielony smok, który od razu oferuje mu pomoc. Od ich pierwszego spotkania mija 6 lat, a ta dwójka jest nierozłączna. Do czasu, gdy na drodze małego chłopca nie stanie piękna Grace (Bryce Dallas Howard), której ojciec (Robert Redford) opowiada dzieciom w mieście o groźnym smoku mieszkającym w pobliskim lesie, a także urocza Natalie (Oona Lauence), której ojciec kieruje wycinką lasu. Żadne z nich nie zdaje sobie sprawy jak bardzo zmieni się ich życie po tym spotkaniu.
      Nowa wersja „Mój przyjaciel smok”

jest zdecydowanie czymś innym niż pierwowzór z 1977 roku. Na pewno nie jest musicalem- to widać na pierwszy rzut oka. Z pewnością też nie mamy do czynienia z rysunkowym smokiem, a jedynie animowanym, co akurat jest nie do uniknięcia z uwagi na fantastyczny charakter tejże postaci. Nie zmienia się to, że jest to nadal film familijny, który niesie za sobą sporą dozę wartości. W najnowszym filmie kluczowym jest motyw rodziny, chęci przynależenia do społeczności, ale przede wszystkim radzenia sobie z trudnościami napotykanymi w życiu, jakimi z pewnością jest utrata bliskich osób. Niezwykła przyjaźń jaka łączy małego Pete'a i jego smoka- Elliota, staje się typowym wypełniaczem, balsamem na gorejącą ranę. To typowa przyjaźń na śmierć i życie, która niczym nie różni się od tej miłości, którą swojego pana darzy jego pies. Co by nie było, że jest to tylko banalna historyjka, której zakończenie można śmiało przewidzieć już w pierwszej sekundzie po tym jak stopa Grace staje w lesie w okolicy Pete'a koniecznym jest wprowadzenie pewnego napięcia.
Źródło: Galapagos Films

Sposób w jaki buduje je w filmie David Lowery również nie zaskakuje. Chęć zysku i strach przed nieznanym zawsze bierze górę nad rozsądkiem i emocjami. Sceny jak z „Transformers”, czy „King Konga”, które zawsze łapią za serce i wyciskają łzy, sprawdzają się także i tutaj. W czasach proeko nie może również zabraknąć i motywu typu „ratujmy Ziemię i drzewa zostawmy w spokoju”. To już jest mocno przesadzone, ale na szczęście względnie subtelnie to przedstawiono. Względnie.
     Film ma niesamowity klimat porównywalny niemalże z tym z „Władcy Pierścieni”. Całą robotę wykonują tutaj przepiękne zdjęcia krajobrazów. Nie od parady porównanie do filmu Jacksona, bowiem także i „Mój przyjaciel smok” kręcony był w Nowej Zelandii. Niesamowitość gór, cudowność fikcyjnego miasteczka, piękno lasów. Wszystko takie jakie stworzyła natura. Nie to, co w przypadku Elliotta. Choć studio odpowiedzialne za jego ożywienie również ma siedzibę w Nowej Zelandii, to cały wykonany został przez specjalistów od efektów wizualnych. Spora liczba osób pracowała nad nadaniem życia każdemu pojedynczemu włoskowi z 15 milionów znajdujących się na jego skórze. Musiał budzić choć odrobinę sympatii, co niekoniecznie mogłoby się udać, gdyby pokryty był paskudnymi łuskami od stóp do głów. Wytwór fantazji twórców spełnił swój cel. Miał bawić, miał straszyć, miał rozczulać, a przede wszystkim pozostawiać widza z niezrozumiałym uczuciem miłości do tego uroczego stworzenia, które ma w sobie coś z psa, czy kota. To zdecydowanie był najradośniejszy i najbardziej oddany smok, jakiego ostatnimi czasy mogliśmy zobaczyć w kinie. Trudno więc było nie obdarzyć go sympatią i wraz z nim przeżywać wszystkie sytuacje. Z pewnością najlepsza postać filmu.
Źródło: Galapagos Films
     Zdecydowanie smok imieniem Elliott kradnie cały film. Jego emocje widać jak na dłoni, o ile oczywiście obraz nie jest w tym miejscu zbyt ciemny. Obok niego rewelacyjnie radzi sobie mały Oakes Fagley, którego sierocy wygląd i historia zdecydowanie uderzają w najczulsze struny i wzbudzają w człowieku matczyne uczucia. Nic dziwnego, że poszła na to Bryce Dallas Howard, która zazwyczaj charakteryzuje się obojętnymi rolami, momentami zbyt przesadzonymi, a tutaj idealnie komponuje się z klimatem i charakterem swojej postaci. No może jest odrobinę przesłodzona i taka delikatna, że aż strach pomyśleć, czy ją źdźbło trawy nie zabije. Zaskakującą rolę spełnia tutaj Karl Urban, który wypada bardzo atrakcyjnie, a przy okazji charakternie. Co innego Wes Bentley, który chyba całą swoją tajemniczość i osobowość zostawił na planie serialu „American Horror Story”.
Źródło: Galapagos Films
     „Mój przyjaciel smok” wywołuje bardzo skrajne emocje. Niczym prawdziwy wyjadacz kina familijnego potrafi rozczulić, rozbawić, a także wykrzesać odrobinę grozy. Trudno jest stwierdzić, czy podobny efekt udałoby się uzyskać, gdyby nie postać Elliotta. Choć historia Pete'a jest wstrząsająca i już od pierwszych minut wyciska łzy z oczu, to smok nadaje całej opowieści sporo uroku i magii. To ostatnie udało się osiągnąć również dzięki muzyce Daniela Harta oraz wspaniałym nowozelandzkim plenerom. Film nie pozostawia pustki po seansie- wręcz przeciwnie. Finał nie pozostawia złudzeń, typowy dla tytułów jego pokroju. Ma pozostawiać widza z przyjemnymi uczuciami i z takimi je właśnie pozostawia.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Mój przyjaciel smok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Pete's Dragon / Reżyseria: David Lowery / Scenariusz: Toby Halbrooks, David Lowery / Zdjęcia: Bojan Bazelli / Muzyka: Daniel Hart / Obsada: Oakes Fegley, Bryce Dallas Howard, Robert Redford, Oona Laurence, Wes Bentley, Karl Urban / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowe, Fantasy, Familijne
Premiera kinowa: 10 sierpnia 2016 (Świat) 12 sierpnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 18 stycznia 2017

niedziela, 26 lutego 2017

Książka #433: Atlas miast, aut. Georgia Cherry

     Gdy wyruszamy w podróż do jakiegoś egzotycznego kraju, innego niż nasz własny, dobrze mieć plan nie tylko na to, do jakiego miasta wyruszyć, ale również co takiego warto w nim zobaczyć. Idealnie jest mieć do tego przewodnik, ale dla najmłodszych takie publikacji zawierają za dużo tekstu, a za mało obrazków. Naprzeciw tym potrzebom wyszła Georgie Cherry, brytyjska autorka książek dla dzieci, i stworzyła obrazkowy „Atlas miast”.
     Książka, która jest zbiorem 30 wielkich miast całego świata od Meksyku, przez Barcelonę i Warszawę, aż po Tokio oraz Sydney. Każda karta tej książki utrzymana w klimacie konkretnego miasta, opatrzona informacją o kraju, w którym się znajduje, obowiązującym języku, liczebnością populacji oraz… flagą. Najważniejsze jednak jest to, że przy każdym mieście zobaczymy całą masę miejsc, które należy zobaczyć, osoby warte poznać, czy smakołyki, których po prostu trzeba spróbować!
      Genialny pomysł na stworzenie publikacji, która zabierze nas w podróż po całym świecie bez konieczności wychodzenia z domu. Szerokie spektrum rzeczy, które trzeba zrobić w danym mieście. Znajdzie się tutaj coś dla miłośników wędrówek po muzeach, sympatyków zwiedzania zabytków, czy fanów kultury. Czytelnicy, którzy ze swoich wypraw czerpią pełnymi garściami nie tylko wzrokowo, ale również i smakowo również będą zadowoleni. Coś dla siebie odnajdą też i miłośnicy spędzania czasu na świeżym powietrzu, ale też i… siedzenia przed telewizorem, czy na kanapie z książką. Okazuje się, że na świecie znajduje się spora ilość miejsc, gdzie fani kultury będą wręcz zachwyceni. Chcecie zwiedzić dom Sherlocka Holmesa w Londynie, a może Pippi Pończoszanki w Sztokholmie? Książka ma spore walory edukacyjne, bo możemy dzięki niej dowiedzieć się, że istnieje takie miejsce jak Muzeum ABBY, w którym możecie zostać królami tańca, a w jednym ze sklepów w Nowym Jorku można zaopatrzyć się w proszek na niewidzialność. A tak serio, to przy okazji poznamy kulturę konkretnego kraju- jego lokalne specjały, największe zabytki, a także rzeczy, z których słynie na cały świat. Autorka zadbała również o element ćwiczeniowy dla najmłodszych, choć i starsi czytelnicy również mogą poćwiczyć swoją spostrzegawczość. Wraz z podróżą do nowego miasta dostaniemy zadanie, które polega na odnalezienie kilku powtarzających się atrybutów każdego z nich. Często głęboko pochowane, czasem aż nazbyt oczywiście widoczny. Nie mniej, każdy będzie zadowolony!
Źródło: Nasza Księgarnia

     Ogromny problem pojawia się, gdy przyjdzie do wyjazdu i będziemy chcieli zabrać nasz uroczy przewodnik po cudownych miastach i stolicach całego świata. Z uwagi na ogromny format książka staje się straszliwie nieporęczna. Trzeba by się nieźle nagimnastykować, aby spakować publikację do walizki, a o podręcznej listonoszce można już całkowicie zapomnieć. Jej oprawa stanowi również spore zagrożenie dla dziecka. Zaciekawienie nią dziecka, bez zrobienia mu krzywdy okazuje się być ogromnym wyzwaniem. Jednakże oprawa nie jest aż tak wielkim problemem, gdy spojrzymy na samą stylizację książki. Ilustracje Martina Haake oddają klimat każdego jednego kraju. Pod tym względem cudownie prezentuje się zmrożone Oslo otrzymane w niebieskościach i bielach. Każdy rysunek prezentuje się niezwykle. Są one barwne, wyraźne, kanciaste… innymi słowy przykuwają oko.
      “Atlas miast” nie jest może najporęczniejszym przewodnikiem po krajach, które chcemy zwiedzić. Jednakże trzeba pamiętać, że z zamysłu jest to obrazkowy atlas, a jak wszyscy wiemy atlasy zawsze są potężne, żeby pomieścić wystarczającą ilość informacji. Podczas kolejnych podróży po niesamowitych miastach wciąż zadajemy sobie pytania dlaczego akurat te trzydzieści miast zostało wybrane do atlasu. Dlaczego akurat Montreal zasłużył na znalezienie się tu, a zabrakło przykładowo Kairu, czy innej egipskiej mieściny. Te pytania jednak schodzą na dalszy plan, gdy złapiemy bakcyla podróży i wraz z autorką doświadczymy najważniejszych wrażeń, jakich możemy oczekiwać od danego miejsca. I to jeszcze w takiej aranżacji wizualnej.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: City Atlas. Travel the World with 30 City Maps / Tłumaczenie: Anna Garbal / Ilustracje: Martin Haake / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13161-4 / Ilość stron: 64 / Format: 280x340mm
Rok wydania: 2015 (Świat) 2017 (Polska)

piątek, 24 lutego 2017

Książka #432: Śpiąca Królewna, aut. Gabriela Mistral


     Wydawnictwo Nasza Księgarnia przywołała na polski rynek wydawniczy niezwykłą serię, której celem jest przekazanie nowemu pokoleniu klasycznych, znanych wszystkim baśni, w zupełnie odmienionej wersji. Dlatego też odszukano publikacje znanej na całej świat chilijskiej poetki, laureatki literackiego Nobla, Gabrieli Mistral i zaangażowano do tłumaczenia urodzoną we Lwowie polską jej odpowiedniczkę. „Śpiąca Królewna” to już druga z cyklu książka, która tchnie nowe życie w klasyczną opowieść.
     Pewnego razu pewna królewna urodziła niezwykle urodziwą córeczkę. Radości nie było końca, a na chrzciny dziewczynki zjechały się najważniejsze głowy z całej krainy, w tym także siedem wróżek, które obdarzyło malutką najrozmaitszymi prezentami. Niestety, zapomniana czarownica rzuciła na nią straszliwą klątwę w wyniku, której ma zapaść w wieczny sen, a wraz z nią całe królestwo. Jedyne co będzie ją mogło zbudzić to miłość.
     „Śpiąca Królewna” to bardzo chętnie ekranizowana baśń. Przez tak wiele lat przeszła już całkowitą przemianę i ciężko teraz przywołać w swojej pamięci, która jest najbliższa oryginałowi. Gabriela Mistral ponownie zamienia znaną nam wersję prozą pisaną, w poetycki majstersztyk- momentami zrozumiały jedynie dla nielicznych. Zaczyna się niewinnie, tak jak to każda bajka opowiadana dzieciakom na dobranoc, od „Dawno, dawno temu...”. Nic nie zapowiada grozy, która ma nadejść- nic poza naszą osobistą znajomością tej historii. Zachowano wiele klasycznych jej elementów, więc wydaje się, jakby nic praktycznie się nie zmieniło- poza drobnymi detalami. Historia staje się o wiele bardziej barwna, bo jako, że za dzieło wzięła się kultowa poetka to nie może zabraknąć liryzmu i niesamowitych epitetów. Pełno jest tu porównań dość zwyczajnych- „I król zadrżał niczym źdźbło trawy”, a także tych bardziej niezwykłych - „zasnęła ta, co opowiada, jak kamień, który wypadł z ręki”. Najbardziej zaskakujące w tej historii jest wprowadzenie do fabuły wzmianki o postaci z zupełnie innej klasycznej baśni- „Kapturek obok lasu przeszedł, żegnając się- bo taki straszny”. Bardzo nietypowe w literaturze, jakby to powiedziano dziś- stworzenie jednego uniwersum dla znanych postaci. Aż ciekawość bierze, czy w kolejnych baśniowych tworach Mistral zastosowano ten sam środek.


Źródło: Nasza Księgarnia
     Obok niezwykłej poezji, która nadaje nowego charakteru „Śpiącej Królewnie” są jeszcze pierwszorzędne ilustracje stworzone przez Carmen Cardemil. Ich niezwykłość polega na braku wyrazistych linii. Rozmyte krawędzie i twarze postaci, a także niewyraźne spojrzenia wyglądają odrobinę groźnie. Taki niepowtarzalny efekt uzyskała poprzez połączenie różnych środków plastycznych- wymieszanie malowania akwarelami i tempery z kolażem. Piękne prace, które podkreślają charakter całej opowieści, a także samej lirycznej treści.
     W porównaniu „Czerwonego Kapturka” autorstwa Gabrieli Mistral „Śpiąca Królewna” wypada o wiele, wiele lepiej. Nie tylko jest mniej makabryczna, ale zdecydowanie bardziej barwna i wyrazista. Jej mocny charakter widać zarówno w bogato zdobionym tekście, jak i w niebanalnych ilustracjach, które zadowolą każdego. Oczywiście poetycki wydźwięk lektury może nie do końca podejść najmłodszym czytelnikom. W szczególności, że zawiera sporo niezrozumiałych dla nich słów, ale z pewnością będzie to niezapomniana atrakcja zarówno dla młodych, jak i starszych odbiorców. Ja na pewno wyczekiwać będę kolejnych tytułów z kolekcji.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


nk.com.pl

Tytuł oryginalny: La Bella Durmiente / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Carmen Cardemil / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13181-2 / Ilość stron: 32 / Format: 205x260mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)