NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

sobota, 2 czerwca 2018

Książka #480: Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie, aut. Kelsey Oseid

     Kosmos niezbadany, przeogromny i jakże fascynujący, od tysięcy lat jest przedmiotem zainteresowania ludzkości. Ja sama uległam tej fascynacji, która zaskutkowała prezentem od rodziców na zakończenie podstawówki pod postacią teleskopu. Teraz każdy rodzic, który choć trochę pała zamiłowaniem do wszechświata i białych świecących punkcików na niebie ma możliwość przekazania tego bakcyla swoim pociechom poprzez cudownie wydaną książkę amerykańskiej graficzki. Wykorzystując swoją wiedzę o kosmosie i niezwykły talent odpowiada na pytanie „Co widzimy w gwiazdach?”.

      Publikacja Kelsey Oseid zawiera w sobie wszystko, co najmłodszy czytelnik poznający świat i wszechświat powinien o nim wiedzieć. Autorka prowadzi poprzez podstawowe wyjaśnienia opisując to, na co w rzeczywistości patrzymy spoglądając w nieboskłon nocą, aż po bardziej szczegółowe i niekiedy też bardzo śmiałe teorie. Co wisi nad naszymi głowami, co jest tam od milionów lat, ale także jak zmieniają się co niektóre podejścia do kosmosu i tego, co się w nim znajduje.

      Wszechświat pełen jest niezbadanych rejonów. Kiedyś nie były potrzebne sondy, aby spoglądać w niebo i coś na nim dostrzegać, ale kiedyś nie było też aż takiego sztucznego oświetlenia, które zanieczyszczałoby widok kosmosu. Wtedy to Ptolemeusze mogli patrzeć, widzieć białe punkciki na niebie, zbierać je w konstelacje i nazywać swoimi pokrętnymi nazwami, które zrozumiałe były dla wielu w starożytnym Egipcie. Było to tak wiele lat temu, że nawet nie wiedziano czym jest to, na co się patrzy, a do dziś posługujemy się tymi określeniami. Książka Kelsey Oseid również powiela tematy gwiazdozbiorów przy okazji tłumacząc wiele naukowych odniesień z tym związanych. Wraz z przytaczaniem konkretnych konstelacji gwiazd, tłumaczy również pochodzenie ich nazwy, przy okazji wskazując najjaśniejszy ich punkt. Dzięki temu młodzi czytelnicy dowiedzą się również czegoś z mitologii- nie tylko z astronomii. Ten katalog zajmuje największą część publikacji, tak samo jak i gwiazdozbiory zajmują zdecydowanie większą część naszego nieba.
Źródło: Nasza Księgarnia
W dalszej części autorka skupia się na podstawach astronomii- prezentując kolejne składowe naszej galaktyki, jaką jest Droga Mleczna, zbliżając się coraz bliżej naszego miejsca w kosmosie. W końcu niebo to nie tylko gwiazdy, ale również i planety, czy śmieci kosmiczne składające się ze skał, lodu, czy pyłu, typu meteoridy, planetoidy oraz komety. Dzięki tej książce poznamy różnicę pomiędzy nimi, a także dowiemy się czym różni się meteroid od meteoru i meteorytu, które ja (aż wstyd się przyznać) traktowałam na równi. Część pracy koncentruje się również na Słońcu oraz Księżycu, a także różnych zjawiskach i ich interakcjach, które możemy zaobserwować gołym okiem.
Astronomia to nie tylko ciała niebieskie i na szczęście Kelsey Oseid nie zapomina o tym. W swojej książce powołuje bardzo mały podrozdział dotyczący przestrzeni kosmicznej, gdzie poczytamy trochę o wyprawach w kosmos, a także reszcie tajemniczości, która skrywa się w reszcie wszechświata poza naszą galaktyką. Najbardziej urokliwym tematem jest ukłon dla sympatyków fantastyki naukowej skupiającej się na życiu pozaziemskim. Szkoda, że zajmuje zaledwie stronę.

      Książka ta jest bardzo mroczną publikacją z punktu widzenia jej wizualności. Oczywiście, cały kosmos jest mroczny- przynajmniej na pierwszy rzut oka z Ziemi, a jedyne kolory jakie go wypełniają to czerń, granat i małe punkciki bieli. W takich tonacjach zachowana jest więc barwa całej książki. Rysunki prezentujące konstelacje, rozrysowywanie faz Księżyca, czy też prezentacja poszczególnych planet- pięknie wyrysowane, bardzo pomysłowe oraz sugestywne. Jest na czym skupić uwagę. Mnie jednak najbardziej podoba się sama okładka, jej przenikliwość. To w zasadzie same gwiazdozbiory, ale jak wykonane. Konkretne gwiazdy w tych schematach błyszczą srebrem i zdecydowanie wyróżniają się na tle umownych wizerunków, które je prezentują. Daje to spektakularny efekt i szkoda, że wewnątrz książki również nie wykorzystano podobnej filozofii.

     Przeglądając i zaczytując się w kolejnych stronach publikacji „Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie” stwierdzić można, że astronomia jest jedną z najbardziej fascynujących i najcięższych do zbadania nauk. Z jednej strony wydaje się być to niesamowicie nużące, bo przecież tyle tych nazw ciężkich do spamiętania, prosto ze starożytnego języka, którym dzisiaj już nikt się nie posługuje chyba, że w odniesieniu do takich dziedzictw cywilizacyjnych. Jednakże z drugiej, kiedy taki człowieczek zda sobie sprawę z ogromu całego nieboskłonu, który wisi nad nim- ile to on mieści, bo przecież duża część wciąż pozostaje niezbadana i może za tysiące lat dowiemy się więcej, to poczuje się naprawdę bardzo, bardzo mały. Egoistycznym jest więc myśleć, że w tak ogromnym systemie jesteśmy jedynymi żywymi organizmami, jedynymi rozumnymi organizmami.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: What We See in the Stars: An Illustrated Tour of the Night Sky / Tłumaczenie: Magdalena Korobkiewicz / Ilustracje: Kelsey Oseid / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13312-0 / Ilość stron: 160 / Format: 203x203mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2017 (Świat)

czwartek, 31 maja 2018

Książka #479: Nie bój się i pocałuj mnie, aut. Nastja Holtfreter

     W bajkach, jak i w życiu, lepiej nie zadzierać z wiedźmami. Nigdy nie wiadomo o co chodzić może każdej z nich, a można być pewnym, że konsekwencje będą dramatyczne. O takich konsekwencjach tworzy książeczkę niemiecka graficzka, która na warsztat bierze popularną historyjkę o zamianie księcia w żabę. Trochę ją urozmaica i tym sposobem udaje jej się stworzyć książkę dla najmłodszych czytelników o tytule „Nie bój się i pocałuj mnie!”.

     Bohaterem opowieści jest młody książę, który pada ofiarą straszliwej wiedźmy. Zamienia go w żabę, a pomóc może mu jedynie pocałunek od dziecka. Oczywiście, nic nie jest takie na jakie wygląda wobec czego mali czytelnicy będą musieli naoglądać się kilku rozmaitych stworzeń zanim ich działanie da zamierzony efekt.

     Książeczka ta, to przede wszystkim sposobność do nauczenia dziecka pewnej wrażliwości emocjonalnej. Idealnie zmusza najmłodszych do interakcji, zachęcając do pocałunku dając nadzieję na odmianę. Uroczo obserwuje się chwile, kiedy dzieciaczek wycałowuje książkę pod każdym kątem, żeby tylko książę stał się znowu księciem. Na swój sposób publikacja traktuje o odmienności, a przede wszystkim ignorowaniu różnic, patrzeniu ponadto i rozumieniu, że każdy jest taki sam- każdy potrzebuje uczuciowości. Niesamowita sprawa.
 Źródło: Nasza Księgarnia

Dodatkowo historia nie jest zbyt skomplikowana a bazuje na klasycznej baśni o zamianie księcia w żabę. Tutaj przedstawiona w bardzo infantylny sposób, zrozumiały dla tych najmłodszych, ale nie głupi. Wpadająca w ucho rymowanka zdecydowanie wypełnia swój cel, a momentami jest niezwykle zabawna i zadziorna. Minimum tekstu, duża czcionka, niekiedy wielobarwna- innymi słowy twór idealny dla małych dzieci, nie tylko do oswajania go z tematem pocałunków, ale również z czytaniem.

      Zdecydowanie jednym z największych atrybutów tej książki to jest jej wygląd. Twarda oprawa z kartonowymi stronicami, takie coś jest w stanie sporo przetrwać- nawet najbardziej soczyste buziaczki, czy też napad złości u maluszka chcącego rozedrzeć ją brutalnie na strzępy. Kolejną zaletą jest wizualność. Wielobarwne, kształtne elementy pobudzają wyobraźnię. Dodatkowo każdy kolejny pocałunek odsłania kolejne zwierzę. Nie tylko o różnych kolorach, ale i różnorakiej charakteryzacji. Nie jest to może szczyt artystyczności ludzkiej, ale zdecydowanie wpada w oko grupy docelowej.

     „Nie bój się i pocałuj mnie” jest książeczką bardzo niepozorną, dającą dziecku nie tylko szansę na zabawę z nią, ale przede wszystkim naukę nowych rzeczy. O bardzo prostej budowie z jeszcze większą determinacją dociera do tych najbardziej zainteresowanych. Kolorowe zwierzęta, przejrzysty krój i śpiewne rymowanki, to coś co przykuwa uwagę i zachęca do powrotów do książeczki, nie tylko po to, aby nauczyć dziecko okazywania uczuć, ale przede wszystkim dostarczyć mu rozrywki. Bardzo pomysłowa koncepcja!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Sei kein Frosch und kuess mich! / Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka / Ilustracje: Nastja Holtfreter / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13314-4 / Ilość stron: 22 / Format: 175x175mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

poniedziałek, 28 maja 2018

Książka #478: Zupy moc, aut. Monika Mrozowska


   Każda zupa ma moc, moc witamin. Jeżeli mamy cokolwiek zjeść w ciągu dnia, coś co będzie najbardziej pożywne, to możemy mieć pewność, że zupa będzie najlepszym wyborem. Ten typ posiłku jest spotykany na całym świecie, w najrozmaitszych odsłonach- charakterystycznych dla wybranego regionu. Niewielu jednak wie, że zupy mają zbawienną moc, a odpowiednio dobierając składniki możemy wspomóc się w odchudzaniu, wzmacnianiu organizmu przed chorobami, czy też wypracować lepszą pamięć.

     Tajniki różnego rodzaju warzyw i przypraw, które prędko zamieniają się w pyszne zupy prezentuje nam sama Monika Mrozowska. Kobieta, którą wszyscy znają z serialu familijnego „Rodzina zastępcza”, a teraz sama ma własną rodzinę serwując im najrozmaitsze smakowitości. Dzieli się nimi także zresztą świata, a wśród nich znajdziemy właśnie przepisy na 70 różnych zup.

     Słowem wstępu autorka prezentuje to, od czego zaczyna się produkcję większości zup, czyli od przepisu na wywar warzywny. W każdym domostwie przyrządza się go inaczej i każdy jest z pewnością wyjątkowy, dlatego każdy będzie idealną bazą do warzywnych eksperymentów. Jednakże ku zaskoczeniu, bądź też wręcz przeciwnie, ku potwierdzeniu wielu pań domu bardzo wiele rozmaitych zup przygotować można bazując jedynie na samej wodzie- chociażby hinduska makai sorba, czy też grecka revithia. Autorka zabiera nas przez rozmaite regiony prezentując gruzińskie smakowitości, włoskie wywary pomagające uporać się z kacem, czy też pożywne japońskie miso. To niesamowite przeżycie móc wybrać się w taką kulinarną podróż nie wychodząc z domu, no może poza odwiedzinami w sklepie. Dzięki Monice Mrozowskiej możemy również unowocześnić te potrawy sprawiając, że staną się lżejsze i o wiele bardziej zdrowe, pozbywając się dodatkowych tłuszczy znajdujących się w tradycyjnych przepisach, czy też zastępując mięsa odrobiną tofu. Nie ma możliwości, aby z tak licznych przepisów nie wybrać nic dla siebie. W szczególności, że mamy tutaj do czynienia z produktami mającymi pozytywnych wpływ na nasze zdrowie. Dlatego też przy większości zup, bazujących na konkretnych produktach, mamy omówienie króla konkretnej zupy. Tak jak to jest w przypadku zupy kalafiorowej z tymiankiem, gdzie dodajemy niewielką ilość migdałów, czy też meksykańskiej zupy, w której gwiazdorzy awokado. Tym sposobem zdobywamy dodatkową wiedzę o właściwościach warzyw i przypraw, którą możemy wykorzystać tworząc własne przepisy.
Źródło: Zwierciadło

     To, co ja osobiście uwielbiam przy okazji książek kucharskich- poza oczywiście całą mocą inspiracji na posiłki, to fotografie. Trzeba przyznać, że współcześnie bardzo się dba o prezentację potraw. Wszyscy są świadomi, że takie w pierwszej kolejności uderzają do człowieka. Monika Mrozowska przechodzi samą siebie pięknie prezentując swoje zupy, które wyglądają jeszcze bardziej apetycznie. Zdecydowanie zachęca do eksperymentowania, bo jej twory przemawiają do każdego. Kolorowe, piękne najrozmaitszych akcentów z wybranego regionu. Bardzo dobrze oddają charakter konkretnej potrawy i dodatkowo podkreślają jej króla.

     „Zupy moc” to bardzo przystępna wizualnie i treścią propozycja dla sympatyków gotowania. Przepisy są proste- jak to przy zupach, i nawet najgorszy kucharz wszechświata zrozumie zamysł autora. Dodatkowo bardzo ciężko przejść obojętnie obok tych fotografii, a że są bardzo sugestywne, to dodatkowo zachęcą zarówno do przygotowywania, jak i spożywania. To zdecydowanie książka, która daje moc kucharzom i ich królikom doświadczalnym.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Zwierciadło!

Tytuł oryginalny: Zupy moc. 70 przepisów na zupy odchudzające, uodparniające, regenerujące i inne / Redakcja: Magdalena Chorębała / Zdjęcia: Monika Mrozowska / Wydawca: Zwierciadło / Gatunek: kulinaria / ISBN 978-83-8132-026-9 / Ilość stron: 224 / Format: 165x225mm

Rok wydania: 2018 (Polska)

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

piątek, 20 kwietnia 2018

1247. 7 psychopatów, reż. Martin McDonagh

     Pięciu wielkich aktorów światowego kina, mających na swoim koncie najrozmaitsze psychopatyczne role- wampirów, ześwirowanych więźniów, czy diabłów, zbierają się w jednym filmie brytyjskiego reżysera Martina McDonagh. Twórca przebojów kina „Najpierw zwiedzaj, potem strzelaj” powraca z całkowicie oderwaną od normalności produkcją, która swoim stylem przypomina absurdalność Quentina Tarantino. „7 psychopatów”, czyli niebanalna opowieść o ludzkim przywiązaniu i pasjach, która zebrała już rzeszę fanów. 
     Marty (Colin Farrell) jest obiecującym scenarzystą filmowym, aktualnie cierpiącym na bezwład twórczy. Z pomocą, świeżymi pomysłami, przychodzi mu najbliższy przyjaciel imieniem Billy (Sam Rockwell), który wraz z Hansem (Christopher Walken) zbija majątek na porywaniu cudzych psów, aby potem odebrać znaleźne. Jednakże pewnego dnia trafiają na nieodpowiedniego psa- uroczego Shih Tzu należącego do lokalnego mafiozy- Charliego (Woody Harrelson), który zrobi wszystko, aby odnaleźć swojego pupila- nawet wymorduje całe miasto.

     Kolejna produkcja i kolejny reżyser, który na kilometr pachnie Tarantino. Taka brytyjska wersja okazuje się być całkiem znośna, nawet fajna, choć zdecydowanie odrobinę bardziej nużąca. „7 psychopatów” już samym tytułem przywołuje na myśl coś, co może się podobać, ale niekoniecznie każdemu kto sięgnie po ten obraz. Tutaj nie tylko tytuł trąci szaleństwem, czy sama obsada, ale również cała fabuła. Wariactwo to osiąga taki poziom, że momentami staje się ciężkostrawne. Aczkolwiek pozostawia widza w pewnej swoistej dysharmonii, która towarzyszy tak dobrze znanym nam tarantinowskim produkcjom. 
     Fabuła dotyka przede wszystkim psychiki człowieka, która jest odmienna dla każdego z bohaterów, a także i ugruntowana w innych przesłankach. Psychopatyczne zapędy bohaterów wynikają przede wszystkim z ich otoczenia, a także niewesołej przeszłości. Jednakże żaden z nich nie wzbudza w widzu odrazy, a jedynie wzruszenie, niekiedy nawet i rozbawienie. Bo czarne poczucie humoru, to główna zaleta tego filmu. W dość groteskowy sposób bawi widza, Dlatego właśnie poza ironicznymi, niekiedy też okrutnymi, ale również inteligentnymi dialogami, na uwagę zasługuje kilka naprawdę mocnych scen. Pojawianie się seryjnego zabójcy przestępców- Waleta Kier, co urozmaica wrażenia o nowe i całkiem zaskakujące rozbryzgi krwi, niespodziewane zakańczanie żyć, czy- skoro los tego chciał- przycinanie broni mafiozy, ale przede wszystkim genialna scena malowania w głowie Billy'ego fabuły scenariusza Marty'ego, którego zasadnicza scena rozgrywa się na cmentarzu. Świetna, nowatorska i taka makabryczna w dość nietypowy humorystyczny sposób.

     Poza tym odnajdziemy tutaj nawiązanie do ludzkich wartości, do klasycznego rasizmu oraz polskich korzeni. Pobawimy się zamiłowanie do zwierzaczków, a także dowiemy się, jak jeden mały piesek może wywołać dość niespodziewane emocje w człowieku zasadniczo twardym i bezwzględnym. Ponadto poznamy kontrowersyjne formy zemsty, choć ta zastosowana przez Billy'ego specjalnie w imieniu Hansa może wydawać się być jedną z najwłaściwszych, taki „normalny” impuls. To co intryguje w tym filmie to ta niesamowita relacja, która wiąże się pomiędzy bohaterami. Nietypowa przyjaźń, która ich łączy, autentycznie potrafi nas wzruszyć, w szczególności w sytuacji wielkich poświęceń.
     A między kim nawiązują się relacje? W zasadzie to spoiwem tych wszystkich wydarzeń jest Colin Farrell, którego szczerze nie znoszę. Rolą Marty'ego wcale nie zaskarbił sobie mojego serca, choć w zasadzie nie był aż tak drażniący jak dotychczas. Wraca do swoich korzeni, słychać w jego głosie ten brytyjski akcent, więc ogólnie wydawałby się względnie przyjemny. Postać, którą kreuje to zapijaczony scenarzysta bez weny, potrzebujący kopa w tyłek, aby ruszyć do działania. Bohater potrzebujący motywacji do tego, aby być odrobinę zaledwie lepszym. Najciekawiej pokazał się tutaj Sam Rockwell, który już miał do czynienia wcześniej z tego typu rolami. Jednakże jego występ w „Zielonej mili” mocno różnił się od tego w „7 psychopatach”. Nie mniej, zachwyca najbardziej, gdyż miał tu wielkie pole do popisu. Wykorzystał z nadwyżką swoją szansę, gdyż jego ekscentryczne filmowe alter ego, o wybujałej wyobraźni i cechujące się ewidentną bezwzględnością, przykuło całą uwagę widza. Za postacią graną przez Christophera Walkena stoi przede wszystkim historia, która zachwyca od pierwszych minut. Choć jego wątek nie jest może najciekawszym w tej produkcji to jednak jego oddźwięk powala. Pełna poświęcenia i miłości postawa, a do tego tak przekonująca. Walken idealnie się tutaj sprawdził. Sporym zaskoczeniem okazał się być tutaj Woody Harrelson, który zagrał człowieka brutalnego, ale i wrażliwego zarazem. Świetnie zbalansował te dwa pierwiastki. Morał z tego taki, że choćby Farrell stanął pomiędzy najlepszymi, to jego aktorstwo nigdy nie wzniesie się na wyżyny!
     „7 psychopatów” całkowicie porozwala nasz osobisty system wartości. Choć w trakcie seansu wzbudza najskrajniejsze z emocji, to po jego zakończeniu bardzo szybko się o nich zapomina. Bez względu na dość makabryczne poczucie humoru, pomijając świetną tarantinowską scenę na cmentarzu, a nawet zapominając o świetnych kreacjach Rockwella oraz Harrelsona, opowieść ta nie potrafi wykorzystać pełni swoich możliwości. Momentami fascynuje, aby potem całkowicie nas przynudzić. W konsekwencji jest to dość męcząca produkcja, której moc dostrzegą jedynie miłośnicy czarnych komedii.

Ocena: 6/10 

Oryginalny tytuł: Seven Psychopaths / Reżyseria: Martin McDonagh / Scenariusz: Martin McDonagh / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Carter Burwell / Obsada: Colin Farrell, Sam Rockwell, Christopher Walken, Woody Harrelson, Tom Waits, Abbie Cornish, Olga Kurylenko / Kraj: Wielka Brytania / Gatunek: Komedia kryminalna

Premiera: 10 września 2012 (Świat) 30 listopada 2012 (Polska) 

czwartek, 29 marca 2018

1246. Thor: Ragnarok, reż Taika Waititi

     Zbliża się wojna ostateczna, wojna ponad podziałami, wojna gdzie będą ginąć ulubieńcy, a znienawidzeni będą na szczycie. Zanim to jednak nastąpi możemy nacieszyć oczy przepięknym Ragnarokiem, w którym to Thor odegra kluczową rolę. Za najnowszy film o asgardzkich poczynaniach boga piorunów wziął się sam Taika Waititi, który udowodnił już nie raz, że dysponuje ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Nie powinno nas więc dziwić, i nie dziwi oczywiście, że stworzył taki zaskakujący film, w którym magia, apokalipsa i humor łączą się z dźwiękami elektronicznymi muzyki z lat 80tych. Uwaga, oto nadciąga wyjątek od superbohaterskiej reguły, a na imię mu „Thor: Ragnarok”!
Źródło: Galapagos Films

     Thor (Chris Hemsworth) wraca do Asgardu po kolejnej niebezpiecznej misji. To co zastaje na miejscu przechodzi jego najśmielsze pojęcia- jego ojciec (Anthony Hopkins) wprowadza całkowicie beztroski tryb życia, ciesząc swoich podwładnych teatralnym hołdem dla jego syna- Lokiego (Tom Hidlestone). Bóg piorunów od razu demaskuje Lokiego, zmuszając go do zabrania go w miejsce przebywania ich ojca- na Ziemię. Docierają jednak za późno, a wraz z odejściem staruszka nadchodzi coś złowieszczego- ich wygnania siostra imieniem Hela (Cate Blanchett), która królowała obok ich ojca zanim jeszcze się urodzili. Teraz domaga się zadośćuczynienia- tronu i podległości wszystkich światów.

     Nic tak nie cieszy serca geeka, jak udany film z jego ulubionej kuźni. Stwierdzając, że „Thor: Ragnarok” to film rewelacyjny, nie będziemy musieli doszukiwać się przesady. To rzeczywiście jeden z najlepszych filmów od Marvela ostatnich lat, dorównywać mogą mu jedynie „Strażnicy Galaktyki”- niestety. To zdecydowanie inny rodzaj filmu niż dotychczas nam prezentowano. To zupełnie inny gatunek Thora! Nie jest tak lukrowo jak dotychczas, nie jest tak jaskrawo, jak dotychczas. Taika Waititi pokazuje całkowicie odmienione oblicze boga piorunów, a jak wiemy ma ich bardzo wiele- to jednak najlepiej podeszło pod preferencje fanów, gdyż film zbiera znakomite opinie w sieci. Może to za sprawą świetnej akcji, może za sprawą rewelacyjnych postaci, a może to po prostu przez uderzenie w nostalgiczne punkty widzów, którzy z sentymentem spoglądają wstecz do lat 80tych.
Źródło: Galapagos Films

      Fabuła nie należy do specjalnie banalnych, choć w zasadzie ciężko o bardziej okrojony wątek niż wywlekanie na wierzch sekretów rodzinnych i ponowne przywoływanie wygnanych postaci. W końcu w czym bogowie nordyccy są lepsi od zwykłych śmiertelników? Też mogą mieć podobne problemy. Poza tym jest to całkiem spory misz-masz lokalizacyjny i tematyczny. Trochę tutaj o gladiatorach i walkach na arenie, trochę o przetrwaniu w straszliwej nędzy. Za chwilę pojawia się motyw ambicji, a także walki z demonami przeszłości. Wszystko po to, aby powrócić do Asgardu i... nie da się tego zdania skończyć bez spoilerów. Panuje tutaj lekki chaos, ale na szczęście ma jakieś sensowne podwaliny, które spajają wszystko w całość. Tym fundamentem jest ratowanie świata przed Helą, a ta- jak pokazuje, nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Tym samym dzięki niej przeżywać będziemy mikrozawały, chwile rozpaczy (no bo przecież... jak to?!), ale też niezapomnianych efektów. Hela porządnie miesza w historii, a trzeba przyznać, że Cate Blanchett w tej roli spełnia się idealnie. Jest bezwzględna, ale niesamowicie piękna.

Jednakże nowy „Thor” to tak naprawdę ciągła rozrywka, nie ma co się tutaj doszukiwać większej głębi. Nafaszerowany licznymi gagami i humorem sytuacyjnym sprawia, że widz bardzo dobrze się bawi. Niestety, momentami niektóre żarty wydają się nie na miejscu, inne wypadają dość nienaturalnie i choć z uśmiechem przyjmujemy komentarz Korga odnośnie relacji Thor-Mjolnir, tak ten odnośnie Surtura w Asgardzie niekoniecznie. Wszyscy jednak zgodnie śmieją się podczas wizyty Thora u Surtura, przedstawienia w Asgardzie, sztuczki Thora i Lokiego z kategorii „Ratunku!”, no i oczywiście z genialnych, choć odrobinę odchylniętych postaci Korga i Grandmastera. Starzy wyjadacze również nie szczędzą nam chwili radości.
Źródło: Galapagos Films

Genialnym jest pojawienie się tutaj zupełnie innego superherosa, Avengera i nie mówię tutaj jedynie o Hulku- choć jego rola jest o wiele bardziej znacząca niż można by oczekiwać (scena z nalotem na psa... śmiać się można przez pięć minut, a potem jeszcze kolejne na każde wspomnienie o tym upadku!). Cudownie patrzy się na pogłębiającą się relację „najmocniejszego z Avengerów” z blondaskiem, choć nie tak bardzo głęboką i wyjątkową więź jaką miał Thor z Mjolnirem (jak to zauważyła postać Korga). Całkiem odświeżającym było zobaczenie w filmie Doktora Strange, któremu raczej nie po drodze do świata Asgardczyków, a tu proszę- dostarczył całej gamy rozrywki dla widza, a także ponadprzeciętnych wrażeń Lokiemu.

     Nie da się nie oceniać filmu Marvela bez komentarza odnośnie warstwy wizualnej, a nie ma co- efekciarstwo tutaj mamy pierwszorzędne. Wszystko bardzo realistyczne, dopracowane w najmniejszych szczegółach, a te dotyczące samego Ragnaroku wzbudzają ogromny zachwyt. Nic jednak nie przebija tych wyjątkowych ujęć, gdzie zobaczyć można starcia Heli z Walkiriami. To się nazywa idealne wykorzystanie slow-motion, a do tego ta animacja... pięknie i opływowo. Sakaar to zupełnie inna para kaloszy. Wszędzie walają się śmieci- przynajmniej w tej superbiednej części planety, natomiast ta należąca do elity- wygląda całkiem kolorowo i sympatycznie- wiadomo, kontrast musi być dla wyłapania szerszego kontekstu. Wszystko ma taki retro styl. Do tego idealnie pasuje muzyczka elektroniczna prosto z lat 80tych. Aż noga sama chodzi na dźwięki kompozycji Marka Mothersbaugha. Świetnie się to komponuje- znowu na zasadzie kontrastów, bo gdzie do takiego kosmicznego filmu, tak bardzo przyziemna muzyka. A jednak się sprawdza! Łatwo można to powiązać ze „Strażnikami Galaktyki” i to pewnie dlatego są to jedne z najbardziej wyjątkowych i niebanalnych filmów kuźni Marvela. 
Źródło: Galapagos Films

     Z każdym kolejnym filmem Marvela uważamy, że jest lepszy od poprzedniego. Jednakże w serii o Thorze jest to teza potwierdzona, bo każdy kolejny, osobny jego film jest lepszy od poprzedniego. Taika Waititi wprowadził sporo zmian wraz z „Thor: Ragnarok”. Nie dość, że całkowicie odmienił wizerunek filmu, to w dodatku przeprowadził metamorfozę tytułowej postaci. Swoje macki maczał w tym sam Stan Lee, który musi pojawić się oczywiście w każdej marvelowej produkcji. Z pewnością jest to bardzo efektowny obraz. Bardzo dużo się tu dzieje i dzieje się naprawdę pięknie. Aż łezka kręci się w oku na wspomnienie tych zjawiskowych zdjęć i stylizacji. Waititi przemyca do scenariusza odrobinę swojego poczucia humoru- lekkiego, odświeżającego, na tyle, że każdy będzie się dobrze bawił. Produkcja nie zagwarantuje nam wycieczek emocjonalnych i sesji terapeutycznych, ale wprowadzenie rozmaitych i bardzo ciekawych postaci, i wrzucenie ich w wir niezwykłych wydarzeń wzbudza sporo fascynacji. Nie ma czasu na nudę, jest za to czas na zabawę!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Thor: Ragnarok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Thor: Ragnarok / Reżyseria: Taika Waititi / Scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson / Zdjęcia: Javier Aguirreasarobe / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Benedict Cumberbatch / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Premiera: 10 października 2017 (Świat) 25 października 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 marca 2017 

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

sobota, 3 marca 2018

Książka #477: Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach, aut. Yasmeen Ismail

     Wydawnictwo Nasza Księgarnia coraz częściej stawia na artystyczne talenty swoich czytelników. Co jakiś czas wypuszcza na rynek fikuśne kolorowanki, czy uzupełnianki- nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Dobrze byłoby, aby takie publikacje niosły za sobą coś więcej niżeli tylko możliwość relaksacji. Naprzeciw tym potrzebom wyszła Yasmeen Ismail, która stworzyła cały szereg książeczek aktywizujących dla dzieci. Wśród nich znajduje się „Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach”, dzięki której najmłodsi mogą czerpać wiedzę o różnych emocjach.
    Książka ta traktuje o trzech uroczych i bardzo humorzastych zwierzętach. Mała Kicia, która uwielbia dostawać kwiatki na swoje urodziny potrafi być jednocześnie szczęśliwa, jak i zrozpaczona. Jej przyjaciel Piesek bywa podekscytowany, gdy leci samolotem, ale z drugiej strony bardzo łatwo wpada w zazdrość i zdenerwowanie. Do tej paczki należy również strachliwy Osiołek, któremu przyjaciele przysparzają wiele stresów, ale też potrafią go zaskoczyć w najodpowiedniejszych do tego momentach.
     W taki oto uroczy, ale jakże bardzo konkretny sposób „Narysuję to, co czuję” przekazuje najrozmaitsze, te najprostsze do zdefiniowania emocje. Same w sobie nie należą one do najprostszych wobec czego przed autorką było nie lada wyzwanie- jak pomóc małemu dziecku je zrozumieć. Poszła najrozsądniejszą z możliwych dróg, czyli wskazała proste przykłady czynników mogących wywołać dane uczucia. Proste? Proste! Z tego powodu układ książeczki jest dość prosty. Każde dwie karty przeznaczone są na jedną emocję. Czytelnie i wyraźnie nazwanie uczucia, obok mała lekka historyjka skutkująca nim, która płynnie przechodzi w zadanie dla odbiorcy. Niezbyt dużo treści, prawda? Owszem, bo nie tylko o tym traktuje książka.
     Publikacja ma za zadanie aktywizować artystycznie dzieciaki, a to oznacza, że trzeba odrobinę zmusić ich do wysiłku. Tutaj nie jest aż tak bardzo skomplikowany, bo w większości przypadków wystarczy jedynie dokończyć ilustrację rozpoczętą przez Yasmeen Ismail. Czasami trzeba dorysować kwiaty do łodyżek, innym razem dołożyć cukierków do słoiczka, aż do bardziej zaawansowanych zadań polegających na stworzeniu wynalazku, dorysowaniu pływających elementów w basenie. Problemem tych zadań nie jest ich wykonanie, problemem jest to, że nijak ma się to do polskiego tytułu książki. Patrząc na oryginał widać, że nie chodzi tutaj o rysowanie uczuć, a jedynie o rysowanie przy okazji czytaniu o uczuciach. Natomiast polska interpretacja wprowadzić może czytelnika w błąd. Zadania polegają bowiem na tworzeniu rzeczy, które odpowiadają za dany stan naszych zwierzęcych bohaterów.
     Sam wygląd stron nie jest jakiś szczególnie spektakularny, bowiem zostawiony jest na pastwę talentów artystycznych najmłodszych czytelników. Cała twórczość Ismail to jedynie czarne kontury na białych kartach, niekiedy wzbogacone o kolorystyczny akcent, jeden akcent! Świetnie si to prezentuje, bo w efekcie możemy pokolorować wszystko w dowolnych barwach lub po prostu zostawić to tak jak jest, a dorysować jedynie elementy z poleceń. Prosto, schludnie, innymi słowy- na pewno trafi prosto w oczy Waszych dzieci.
     Ogólnie nie przywiązuję większej wagi do podobnych książek, jeżeli oczywiście spełniają swój cel. „Narysuję to, co czuję” zdecydowanie przemawia do mnie wizualnie. Treść również jest prosta i łatwo przyswajalna dla dzieci. Z precyzją uczy najmłodszych o ludzkich emocjach, co je wywołuje, jak je określać, choć niekoniecznie jak sobie z nimi radzić. To co boli najbardziej, to że tytuł wprowadza w błąd. Z drugiej zaś strony, jak można narysować uczucia, jeżeli właśnie nie poprzez to, co je wywołuje? Innej drogi chyba nie ma, dlatego właśnie trzeba pójść na skróty za przewodnictwem Yasmeen Ismail, bo ona robi to bezbłędnie. Książka powinna znaleźć się w każdej dziecięcej biblioteczce, zdecydowanie!

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


Tytuł oryginalny: Happy, Sad, Feeling Glad: Drew & Discover / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Yasmeen Ismail / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13328-1 / Ilość stron: 56 / Format: 205x256mm
Rok wydania: 2018 (Polska), 2017 (Świat)

piątek, 2 marca 2018

SZORTY #46 - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Czas mroku, Tamte dni, tamte noce

Oryginalny tytuł: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri | Reżyseria: Martin McDonagh | Scenariusz: Martin McDonagh | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 04 września 2017 (Świat) 02 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 9/10

     Wśród stricte politycznych filmów, całkowicie poprawnych, zrealizowanych typowo pod ceremonię wręczenia najbardziej prestiżowych i totalnie nic nie znaczących nagród filmowych świata znajdują się takie twory, na które patrzy się z przyjemnością. Taki film stworzył właśnie Martin McDonagh- totalnie nieprzewidywalny i tak bardzo jaskrawy wśród tych wszystkich patetycznych rozmyślań.
     Samotnie wychowująca swoje dzieci kobieta (Frances McDormand) staje przed prawdziwą tragedią, gdy jedno z nich zostaje zgwałcone a następnie brutalnie zamordowane przez nieznanych sprawców. Po roku, kiedy śledztwa małomiasteczkowego biura szeryfa (Woody Harrelson) wciąż nie przynoszą odpowiedzi, kobieta wynajmuje pobliskie billboardy, aby przekazać wiadomość szeryfowi i całej okolicy. Nie spotyka się to z dobrym odbiorem.
     Takich filmów zawsze mi brakuje. Przewrotnych, bardzo nieoczywistych i tak bardzo kolorowych. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” od samego początku zaskakuje tajemniczością. Bliżej niesprecyzowane problemy głównej bohaterki i przesłanki jej działania, które rozjuszają każdego w mieście. No, prawie każdego. Budzi to zaskoczenie, wręcz odrazę, bo jak można nie rozumieć dramatu matki, która utraciła swoją córkę w tak bestialski sposób. Inną kwestią jest charakterność tej kobietki, bo do grzecznych i łagodnych to ona nie należy. Mildred Hayes jest kobietą silną, ale też i porywczą, co niejednokrotnie udowadnia rozbawiając widza. Jednakże nie tylko jej zachowanie jest tutaj mocno przesadzone. Do podobnych atrakcji dochodzi przy okazji spotkań z szeryfem Willoughby, czy oficerem Dixonem. A dajcie tę trójkę do jednej sceny, to trzeba będzie uprzątnąć plan zdjęciowy. Każdy z nich ma mocny charakterek, ale tylko dwa z nich przechodzą zadziwiające zmiany. To nie do końca przekonuje, bo jakżesz można się zmienić w ciągu paru minut po przeczytaniu jednego listu. Historia nie kryje się ze swoją brutalnością. Jest w tym coś ze stylu Quentina Tarantino, gdzie jak coś ma być hardkorowe, to takie właśnie będzie. McDonagh daje duże pole do popisu dla swoich bohaterów, którzy wyrzucają wynajmujących przez okna, podpalają posterunki policji, czy strzelają sobie prosto w twarz. Jest to tak bardzo przejaskrawione, że aż śmieszne, ale to dobrze, bo nie jest to film trzymający się sztywnych reguł. Wszystko tutaj jest bardzo nieprzypadkowe, wszystko tak świetnie koreluje ze sobą i tworzy naprawdę genialną całość. Całość, która dostarcza bardzo wielu ciekawych emocji, która dostarcza uśmiechu, smutku, czy przerażenia. To w końcu świetna historia, która daje wiele możliwości interpretacji i tworzenia własnych zakończeń. Historia, która sprawia, że choć jest to tytuł w walce o Oscara, to jednak cała sala kinowa śmiała się pod nosem. Świetny film, po prostu! Mój faworyt.

Oryginalny tytuł: Darkest Hour | Reżyseria: Joe Wright | Scenariusz: Anthony McCarten | Obsada: Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Lily James, Ronald Pickup, Stephen Dillane, Nicholas Jones, Samuel West | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny
Premiera: 01 września 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 6/10

     Nigdy nie przepadałam za filmami biograficznymi, a już na pewno nie za biografiami wielkich polityków. Jednakże nic tak nie skłania do seansu, jak obsadzenie genialnego Gary'ego Oldmana w roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii świata. Nic tak nie skłania do seansu, jak chęć poznania Winstona Churchilla.
     Czasy II wojny światowej, gdzie światu zagrażają naziści prowadzeni przez Adolfa Hitlera. Król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) powierza tworzenie nowego rządu Winstonowi Churchillowi (Gary Oldman), kontrowersyjnemu kandydatowi, któremu porażka w Narwiku nie przysparza poparcia wśród partyjnych kolegów. Podczas gdy jego poprzednicy i następcy w roli premierów Wielkiej Brytanii snują spiski, chcąc obalić jego urząd, mężczyzna ten robi wszystko, aby nie poddać się nazistowskiej potędze i uwolnić żołnierzy uwięzionych na plaży w Dunkierce.
     Filmy wojenne nigdy nie były moim konikiem. A jak jeszcze dochodzi do tego polityka, to już w ogóle staram się unikać szerokim łukiem. Jednakże takie tytuły zawsze będą miały poparcie wśród członków Akademii Filmowej. Zawsze! Dorzucić do tego trzeba jeszcze takiego znakomitego aktora jak Gary Oldman, reżysera też nie całkiem głupiego, bo w końcu Joe Wright dał nam „Pokutę”, czy „Dumę i uprzedzenie” i przepis na oscarowy film gotowy. Podążając za przyjętym schematem – jest dość nudno, wręcz straszliwie monotonnie, ale jest w tym jakaś ciekawość. O dziwo! Pewnie dlatego, że co jakiś czas Churchill rzuca jakimś niewybrednym dowcipem gasząc to patetyczne napięcie. Świetnie skonstruowany jest tutaj cały ten obraz zmowy a plecami premiera. Bardzo ciekawie prezentują się relacje Churchilla z królem- niby z dystansem, ale przede wszystkim z szacunkiem. Twórcy bardzo dobrze pokazują tutaj rozterki premiera, rozdartego między chęcią walki, a wymuszaniem poddaństwa. Rewelacyjna jest scena w metrze, będzie jedną z najbardziej pamiętliwych w kinie, więc tym bardziej szkoda, że nie jest poparta faktami. Gary Oldman błyszczy w tym filmie, ale prawda jest też taka, że najlepiej kreuje się postaci, których nie trzeba kreować. Churchill to taka osobowość, że nie da się tego zrobić źle, więc Oldman wyszedł z tego świetnie. Budził grozę, ale też niewątpliwą sympatię. Najbardziej żal mi, że totalnie zepchnięto na plan życie rodzinne bohatera. Postać żony Clementine wydawała się być wprowadzona do filmu dla większych celów. To samo tyczy się Lily James, która wcieliła się w postać Elizabeth Layton. Obecność tych dwóch pań okazała się być jednak całkowicie bezsensowna, niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły. Pomimo tak wielu zalet fabularnych filmu, pomimo świetnej charakteryzacji i samej gry aktorskiej Gary'ego Oldmana, nie jest to film szczególnie wybitny. Dobija swoją monotonnością, ale to może tylko kwestia preferencji oglądającego. Jak dla mnie w wyścigu po statuetkę w najważniejszej kategorii pozostaje daleko w tyle.

Oryginalny tytuł: Call Me by Your Name | Reżyseria: Luca Guadagnino | Scenariusz: James Ivory | Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar, Esther Garrel, Victoire Du Bois | Kraj: USA, Włochy, Francja, Brazylia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 22 stycznia 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 8/10

    Film, których tak bardzo brak w dzisiejszych czasach. Brak nie tylko na ekranach kin, ale przede wszystkim na galach wręczenia nagród filmowych. Tym bardziej zachwyca pojawienie się filmu Guadagnino w tej najważniejszej kategorii oscarowej, bo chyba trudno w tym roku o bardziej sielski i melancholijny film wśród nominacji.
     Gorące włoskie lato w małym miasteczku. Przystojny nastolatek zakochany w muzyce, uczący się od matki o romańskiej kulturze, czerpiący przyjemność z włoskich wakacji w starej willi. Gdy do jego ojca przyjeżdża w odwiedziny profesor specjalizujący się w lokalnej kulturze, jego świat wywraca się do góry nogami. Między chłopakiem a dorosłym mężczyzną nawiązuje się zaskakująca nić porozumienia, która budzić może spore kontrowersje wśród lokalnej społeczności.
     Podoba mi się różnorodność tegorocznych filmów walczących o Oscara dla najlepszego filmu. Podoba mi się, że takie filmy jak „Tamte dni, tamte noce” potrafią się wybić swoją historią i klimatem. Produkcja od Guadagnino zdecydowanie odstaje od reszty przede wszystkim z powodu tego błogiego uczucia, jakie wywołuje. Ten obraz to bardzo ciekawa na wielu płaszczyznach podróż po Włoszech. Wchłaniamy zapach pomarańczy, czujemy promienie włoskiego słońca na twarzy, włoskie stawy chłodzą nasze rozpalone ciała, a wszechobecna architektura zachwyca na każdym rogu. Nie obywa się również bez prezentacji charakteru Włochów, co akurat dostarcza odrobiny uśmiechu na twarzach. I w tej właśnie atmosferze rodzi się uczucie. Całkowicie zakazane, bo między mężczyzną a mężczyzną i jeszcze bardziej zakazane, bo między dorosłym mężczyzną a nastolatkiem. Budzić to może kontrowersje, bowiem akcja rozgrywa się w latach 80tych. Co za tym idzie bohaterowie muszą się ukrywać ze swoimi emocjami, co dodaje odrobiny dreszczyku. Jest nieporadnie, ale przy tym całkowicie uroczo. Niekiedy bywa też i zabawnie, choć za chwilę przerodzić może się to w prawdziwy dramat. Niewielu mogłoby pomyśleć, że takich uczuć dostarczy im podobny film. To wszystko jest zasługą cudownych aktorów, którzy swoim wyglądem i brzmieniem ich głosów rozmiękczają męskie i kobiece serca. Najpiękniejsze jest jednak w tym wszystkim jest to, co się dzieje gdy prawda wychodzi na światło dzienne. I uwierzcie... po tym filmie każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ma młody Elio. Tak bardzo otwartych, tak bardzo wyrozumiałych i tak bardzo mądrych. Końcowy monolog ojca chłopaka jest tym, który każdy chciałby usłyszeć, bo jest w nim bardzo dużo miłości i akceptacji. Szkoda jedynie, że historia kończy się w taki a nie inny sposób, bowiem piękno jakie w sobie zostawia, przy okazji brzmień słów rewelacyjnych piosenek „Mystery of Love” oraz „Visions of Gideon”, jest bezcenne.