NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 25 kwietnia 2017

Książka #441: Rycerz Lwie Serce, aut. Delphine Chedru

     Francuska ilustratorka, autorka komiksów, wielokrotnie nagradzana pisarka dziecięca, która stworzyła wiele przebojowych książeczek dla najmłodszych. Na polski rynek wydawniczy trafiła właśnie jedna z publikacji Delphine Chedru, zbierająca najrozmaitsze opinie. „Rycerz Lwie Serce” urzeka swoją prostotą, ale również i zachwyca sposobem w jaki angażuje czytelnika w fabułę.
     Mały rycerzyk Lwie Serce był najdzielniejszym wojownikiem w swojej krainie. Niestety, pewnego dnia zapodział gdzieś swoją odwagę i teraz właśnie czytelnicy muszą pomóc ją odnaleźć. Wykonując najrozmaitsze zadania wymagające sprytu i hartu ducha, muszą doprowadzić go szczęśliwego i całego na metę, gdzie odzyska to, co najważniejsze w jego profesji.
     Książka bardzo prosta w swojej konstrukcji, ale dobrze spełniająca swoje zadanie. Nazywana „książką-grą” zabiera czytelnika w niezapomnianą podróż po średniowiecznym świecie pełnym rycerzy, smoków i innych tajemniczych bestii. Przepełniona symbolami, godłami i innymi różnobarwnymi elementami zdecydowanie przykuwa uwagę, ale też może doprowadzić do lekkiego oczopląsu. Zasada książki jest prosta. Wykonujemy konkretne zadania, aby wybrać kierunek, w którym podążać będzie nasz mały rycerzyk. Zawsze mamy możliwość wyboru bezpiecznej opcji, bądź bardziej odważnego rozwiązania. Nie zapominając o prawdziwym celu tej przygody nie zdziwmy się, że docierając do konkretnego punktu znowu będziemy musieli powrócić do początku, aby przemyśleć swoje postępowanie i wybrać inną drogę. Wiele książek osiąga sukces wykorzystując tego rodzaju schemat. Jednakże tutaj? Można wpaść w niekończący się wir niewłaściwych decyzji przez co spędzimy nad książką o wiele więcej czasu niż początkowo zamierzaliśmy. Dla jednych może być to ciekawą rozrywką, jednakże dla innych, to ciągłe powtarzanie tego samego i spamiętywanie jakich wyborów dokonaliśmy wcześniej, może stać się niesamowicie frustrujące. O wiele lepszym sposobem byłoby uzależnienie wyboru konkretnych dróg od efektów jakie uzyskujemy wykonując zadania. Zmniejszyłoby to ryzyko ciągłego kręcenia się w kółko. Zadania są na tyle ciekawe i różnorodne, że spokojnie ten sposób dałby egzamin, a przynajmniej wykonywanie ich miałoby jakikolwiek cel. W innym razi są to jedyne zwykłe zapychacze. Oczywiście, dla pewności możemy sprawdzić rozwiązania zagadek, które znajdziemy na końcu książki. Jednakże nawet i z tą pomocą niektóre ciężko będzie doprowadzić do końca.
     Na szczególną uwagę zasługuje oprawa wizualna publikacji. Delphine Chedru w bardzo wymyślny sposób bawi się różnymi kolorami zestawiając je ze sobą na zasadzie kontrastów. Tym sposobem rysunki są bardziej czytelne, a najmłodsi mają większą możliwość na dostrzeżenie drobnych elementów, które są istotne przy realizacji wielu zadań. Jednakże, na pewnym etapie, nietrudno tutaj o oczopląs. W szczególności, gdy wyszukujemy jednego dziwnego elementu i ciężko jest nam go dostrzec. Niekiedy trzeba więc skorzystać z dystansowania, aby zobaczyć więcej i lepiej. Ilustracje przybierają najrozmaitsze kształty, niekonwencjonalne obwody, zachwiane zostają proporcje. Takie niebanalne podejście do rysunku jest rzeczywiście zachwycające. Może się spodobać.
     „Rycerz Lwie Serce”, czyli książka-gra, która ma szansę zachwycić wszystkich. Jednakże okazuje się być bardzo prostą w swoim wyglądzie, aż nazbyt prostą w swojej strukturze publikacją, która nie do końca spełnia narzucone na nią oczekiwania. Oczywiście, intrygujące zadania i niekonwencjonalny schemat nakręcania fabuły zdecydowanie przemawia na korzyść książki, aczkolwiek sposób w jaki może się to zapętlić, nietypowa nieskończoność i powtarzalność zadań może doprowadzić do frustracji. Całość ratują ciekawe ilustracje, które pozwalają Delphine Chedru i jej książce wybić się ponad inne publikacje tego typu.


Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: La Chevalier Courage! / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustrator: Delphine Chedru / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-13196-6 / Ilość stron: 40 / Format: 205x323mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2017 (Polska)

niedziela, 23 kwietnia 2017

1224. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski

     Najnowszy film mistrza polskiego kina Wojciecha Smarzowskiego, który w szczery i niezwykle brutalny sposób przedstawia prawdziwe oblicze rzeźni dokonanej na wołyńskiej społeczności. Tworząc scenariusz filmu Wojciech Smarzowski wielokrotnie konsultował się z autorem zbioru opowiadań „Nienawiść”, w którym to Stanisław Srokowski zawarł relacje świadków krwawej masakry. Tym sposobem powstał jeden z najbardziej wstrząsających i okrutnych filmów w karierze reżysera- „Wołyń”.
Źródło: Galapagos Films
     Na przynależnej do Polski w roku 1943 krainie wołyńskiej młoda Zosia (Michalina Łabacz) zakochuje się do szaleństwa w ukraińskim młodzieńcu- Petrze (Vasili Vasylyk). Ich los zostaje jednak rozdzielony, gdy rodzice dziewczyny oddają jej rękę dużo starszemu, acz bogatemu wdowcowi z dwójką dzieci (Arkadiusz Jakubik). Gdy nadchodzi wojna dziewczyna musi stawiać czoło samotnemu rodzicielstwu, ale również okrucieństwu, które czyha tuż za drzwiami. Nikt się bowiem nie spodziewa, że fanatycznie podążający za wolnością ukraińscy nacjonaliści doprowadzą do jednej z największych i najbardziej krwawych masakr na Polakach w historii.
    Najdroższy, największy i zdecydowanie najbardziej wstrząsający film wyreżyserowany przez Wojciecha Smarzowskiego, wyreżyserowany przez jakiegokolwiek Polaka w historii. „Wołyń” przełamuje wszelkie granice i choć słysząc wcześniejsze opinie podchodzimy do seansu, w żaden sposób nie można się przygotować na to, co zobaczymy na ekranie. Dość długi film wypełniony zostaje po brzegi, wykorzystując każdą jedną chwilę na wprowadzenie widza w świat w jakim przyszło żyć niewinnym ludziom na ziemi wołyńskiej. Przechodząca z rąk do rąk, od Polaków przez ręce władz ZSRR, aż do III Rzeszy, próbuje odzyskać swoje miejsce w świecie i w świadomości ukraińskich obywateli. Trwa to przez większość seansu, gdzie widz próbuje zrozumieć na co właściwie patrzy. Istota ukryta w bardzo niewielu detalach, które dla nie znających historii mogą zdecydowanie utrudnić odbiór przekazu całego filmu. Przez cały czas spoglądamy na względnie sielankowe życie, gdzie największym problemem zdają się być rozczarowania miłosne, żal o wszystko i o nic, jak to w tradycyjnych polskich rodzinach i związkach. Bardzo trudno dostrzec tu można próby gnębienia polskiej mniejszości, ciężko jest też zorientować się przeskokach czasowych i zmianach własności Wołynia. Tylko dobrze zorientowani w historii będą kojarzyli co, kto, gdzie i komu. Jednakże to co następuje u finału... czytelne jest dla każdego! Stworzone ugrupowanie nacjonalistów ukraińskich przestępuje do działania, wydziera z ziemi wołyńskiej to co rodzime, zabierając jej niewinność. Nie szczędzą nikogo, a konsekwencja i brutalność ich czynów nie tylko wyrywa łzy zaskoczenia i przerażenia w naszych oczach, ale również i nasze, silnie bijące serca. Zaledwie tych kilka minut wystarcza, abyśmy mieli dość patrzenia na to, a jednak... ci ludzie cierpieli godzinami, torturowani przez swoich sąsiadów, z którymi żyli i pracowali dzień w dzień.
Źródło: Galapagos Films
    Całej tej brutalności towarzyszy surowość w całej oprawie filmu. Cudowne zdjęcia ukazujące prostotę wiejskiego życia na Wołyniu, na które nieśmiało wkrada się słońce rozświetlając urocze i jakże niewinne oblicze Michaliny Łabacz. Szybko przechodzą w przepełnione nędzą i rozpaczą szarocienie wojennych ujęć. Nic jednak nie przebija tych, gdzie w ciemność siłą wdziera się ogień ukazując ludzkie bestialstwo. Czerwień krwi, wilgotność strumyków, zieleń drzew dających schronienie. Drobne elementy budujące cały klimat, całą realność tego filmu. Do tego dochodzi muzyka genialnego Mikołaja Trzaski... pełna zgrzytów, krzyków, mocnych uderzeń, która zadaje silne ciosy naszym zmysłom, wywołując drżenie każdej komórki naszego ciała.
     Młoda obsada aktorska filmu zachwyciła krytyków całego świata. Najwięcej pochwał zbiera Michalina Łabacz, która przechodzi niesamowitą przemianę w ciągu całego obrazu. Z niewinnej i uroczej dziewczyny zamienia się w starganą życiem i ludzkim okrucieństwem kobietę, która musi chronić nie tylko siebie, ale przede wszystkim swoje dzieci. Patrząc na nią ubrudzoną błotem i krwią, z wielką siłą trzymającą swoje dziecko przy piersi, każda matka dostrzeże siebie. Michalina Łabacz świetnie poradziła sobie z tą kreacją. Największym wyzwaniem w takich filmach zawsze jest zaangażowanie do produkcji dzieci. Niestety, historia ich nie oszczędza więc musiały pojawić się na planie. Nawet w tak okrutnych scenach. Reżyser zagwarantował jednak opiekę psychologa, aby najmłodsi mogli przepracować problem. Szkoda tylko, że nie ma takiej gwarancji dla widza, któremu sceny z dziećmi będą towarzyszyć już zawsze. 
Źródło: Galapagos Films
     Tak jak Polacy i Ukraińcy chcieliby zapomnieć o tych wydarzeniach, tak i ja chciałabym wyprzeć z głowy sceny, które zobaczyłam. „Wołyń” będzie mnie prześladował jeszcze wiele dni, za każdym razem gdy spoglądać będę na swojego synka otwierać będzie się ta rana w sercu, która zostanie na długo. Z pozoru niewinna produkcja, której punkt kulminacyjny przychodzi dopiero na pół godziny przed zakończeniem filmu, całkowicie szarga ludzkie nerwy. Wojciech Smarzowski stworzył chyba najważniejszy w swojej karierze film i zrobił to bez zbędnych melodramatów i bez cukru. Świetnie buduje napięcie przy wykorzystaniu surowych i brutalnych ujęć, które łączy z niezwykle przejmującą, zgrzytliwą muzyką, która działa na wyobraźnię i zmysły. Kończy tę masakrę bez fajerwerków, w zaciszu własnego serca i umysłu, pozostawiając widza z wielkim szokiem na twarzy i z problemem... jak teraz funkcjonować dalej.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Wołyń” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD oraz Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: Wołyń / Reżyseria: Wojciech Smarzowski / Scenariusz: Wojciech Smarzowski / Zdjęcia: Piotr Sobociński Jr. / Muzyka: Mikołaj Trzaska / Obsada: Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Vasili Vasylyk, Adrian Zaremba, Izabela Kuna, Jacek Braciak, Maria Sobocińska, Oleksandr Zbarazkyi, Lech Dyblik, Roman Skorovskiy / Kraj: Polska / Gatunek: Dramat wojenny
Premiera kinowa: 23 września 2016 (Świat) 07 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 29 marca 2017

sobota, 15 kwietnia 2017

Książka #440: Ironia losu, aut. Katarzyna Misiołek

 
    Pochodząca z Krakowa autorka, Katarzyna Misiołek, już od trzech powieści szarpała za nasze emocje z ogromną zawziętością. Tworząc literaturę obyczajową i sięgając po coraz bardziej zaskakujące pomysły, w końcu musiała wziąć na warsztat jeden z najbardziej intymnych sekretów ludzi, ale wciąż najczęstszy z powodów rozwodów. Jej czwarta, z kolei, powieść o tytule „Ironia losu” oferuje historię z pozoru dość lekką, ale nie pozbawioną brutalnego realizmu.
     Marzena ma z pozoru szczęśliwe i proste życie- spokojna praca, cudowny dom i kochający mąż Hubert. Jednakże tylko z pozoru, bowiem bardzo często daje sobie zachwiać tę równowagę, gdy ukradkiem wymyka się na spotkanie ze swoim młodym kochankiem, dzięki któremu czuje się pożądana. Powoli dystansuje się od znajomych, a także i zapracowanego w szpitalu męża. Do czasu, gdy drzwi obok wprowadza się nowa sąsiadka- młoda i piękna Patrycja. Dzięki niej kobieta uzmysławia sobie co może stracić, choć wciąż nie może odpuścić sobie adrenaliny, którą dają jej potajemne schadzki z Jackiem.
     Jeszcze nigdy powieść Katarzyny Misiołek nie wprawiła mnie w taką konsternację. A przecież znam każdą jej książkę! Każdą jedną historię. I choć poznałyśmy się, gdy dotykała bardzo osobistego dla mnie tematu, tak tym razem poszło to o krok dalej- tym razem nie potrafiłam zrozumieć tej historii, a właściwie- zachowania głównej bohaterki, Marzeny. Tematyka zdrady zawsze jest bardzo śliska. W każdym kręgu, także czytelniczym, znajdzie się osoba zdradzona, zdradzana bądź znająca takie osoby. Jest to tak powszechny temat, że aż dziwnie błahy. Można nawet podejrzewać, że co drugie małżeństwo kończy się rozwodem z tego powodu. I choć da się zrozumieć dreszczyk emocji towarzyszący tajemnicy, schadzkom, czy nawet ryzyku nakrycia, tak aż takiego uzależnienia jakie pokazywała Marzena, już niekoniecznie. Zaniedbane kobiety popełniają głupstwa. Zaniedbani mężczyźni popełniają głupstwa. Rzadko z takich głupstw da się stworzyć coś dobrego, realnego i szczerego. Oczywisty jest więc finał wydarzeń w powieści, choć można było jeszcze bardziej „pojechać po bandzie”. Sięgnąć po naprawdę mroczny akcent ludzkiej psychiki. Pozostaje nam zaczytywać się w rozdartej duszy Marzeny i patrzeć jak z każdą kolejną stroną zatraca się w swoim kłamstwie trując nim wszystkich wokół.
      Autorka słynie jednak z nieoczywistych rozwiązań i sama przyznaje, że jej powieści nigdy nie kończą się w banalny sposób- czyli typowym happy endem dla romansów. Jednakże z „Ironią losu” to już lekka przesada. Oczywiście, fajnie, że historia rozwija się w wielu kierunkach, że nie skupia się jedynie na moralnych dylematach Marzeny. Autorka bardzo zgrabnie rozprawia się z mentalnością małych społeczeństw i wścibstwem sąsiadów, dając tym drugim pstryczka w nos i pokazując, gdzie jest ich miejsce. Dobrym pomysłem jest też poświęcenie uwagi drugiej istotnej postaci tej powieści, jaką jest Patrycja. To ona przyjmuje cios uformowany z ludzkiej obsesji, który powinien uderzyć w jej najlepszą przyjaciółkę- wtedy byłoby jeszcze dramatycznie. Jednakże to właśnie ona wnosi do historii spory bagaż doświadczeń więc i dostarcza wielu emocji.
      Patrząc na wielopłaszczyznowość najnowszej powieści Katarzyny Misiołek ciężko jest zrozumieć tak zaskakujący jej finał. Z jednej strony nieoczywistości są tu oczywiste, ale z drugiej... motyw ten pojawił się praktycznie znikąd. Nie mówiąc już o pokracznym zachowaniu Marzeny, która do tej pory wydawała się być względnie stabilna emocjonalnie, a przynajmniej psychicznie. Trochę zaburza to cały wizerunek tej postaci wykreowany przez te 400 stron. Nie do końca wykorzystany został również potencjał Jacka. Mógł być tutaj naprawdę ciekawą postacią, a poza drobnymi incydentami pozostał jedynie dosłowną odskocznią od najistotniejszych kwestii tej historii i głównych problemów Marzeny. Szkoda.
     Zazwyczaj kończąc lekturę pióra Katarzyny Misiołek rozpływam się w zachwytach. Za każdym razem uderzała w samo sedno, a książka wydawała się opowiadać moją własną historię. Jednakże „Ironia losu” oferuje coś zupełnie innego, daje możliwość wejścia w psychikę kobiety zdradzającej i tym jak próbuje żyć z tak przytłaczającym sekretem. Autorka porusza temat tak osobisty, że aż prosiło się, aby pokazać go właśnie od tej strony. Dobrze jednak, że nie jest to jedyny wątek w tej powieści. Znajdziemy tutaj elementy obsesyjnej miłości, skrajnej rozpaczy, a nawet i kobiecej przyjaźni. Szkoda tylko, że niektóre z wątków potraktowane są po macoszemu. Pojawiając się tylko po to, aby wypełnić historię, być dopowiedzeniem dającym pewną ciągłość fabularną, ale nie będącym na tyle frapującym, aby zakończyć go we właściwy sposób. I choć wciąż jestem rozdarta- nawet po kilku dniach od lektury, i choć jestem zaskoczona finałem, jego nieoczywistym pojawieniem się, i choć wciąż nie do końca rozumiem dlaczego, to jednak spędziłam przyjemne chwile podczas potajemnych schadzek z tą książką.


Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa MUZA!

muza.com.pl


Tytuł oryginalny: Ironia losu / Redakcja: Małgorzata Bułakiewicz / Wydawca: MUZA / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-287-0570-8 / Ilość stron: 416 / Format: 130x200mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 11 kwietnia 2017

Książka #439: Akademia antypatii, aut. Lemony Snicket

     Piąta księga przygód rodzeństwa Baudelaire. Lektura, która fascynuje młodych na całym świecie, doczekała się aż 13 tomów. Jak więc widać, nie jestem nawet w połowie, a „Seria niefortunnych zdarzeń” stała się irytująca. Muszę jednak przyznać, że w „Akademii antypatii” ani razu nie padło słowo „wizytówka” i nie było głupawych rozkmin w tym stylu. Czyżby droga ku lepszemu?
     Sierotki Baudelaire- Wioletka, Klaus i Słoneczko, tym razem nie trafiają do nowego opiekuna. Zostają za to umieszczone w szkole z internatem imienia Prufrocka. Tam mają się pilnie uczyć, a dyrektor ma zapewniać im bezpieczeństwo przed zbiegłym Hrabią Olafem, który czyha tylko na ich majątek. Niestety, obietnice obietnicami, ale sierotkom wcale nie jest tam ani tak dobrze, ani bezpiecznie jak mogłoby się wydawać. Jednakże pomimo nieprzyjemności jakich zaznają ze strony okropnej Karmelity Plujko, a także poniżej od strony wicedyrektora, udaje im się odnaleźć przyjaciół w osobach trojaczków Bagiennych. Oczywiście, sielanka nie trwa zbyt długo, gdy u progu szkoły staje nowy nauczyciel w-fu.
      Trzeba przyznać Lemony'emu Snicketowi- potrafi sfrustrować czytelnika do granic możliwości. Aczkolwiek błędem może być też nadrabianie wszystkich kolejnych tomów jego powieści w tak krótkich odstępach czasowych, kiedy schematyczność aż bije po oczach, a infantylność ciężka jest do przetrawienia. Prawdę mówiąc, „Akademia antypatii” trochę tutaj wybija się na tle poprzedników. Już sam fakt nieposiadania opiekuna frapuje z każdą kolejną chwilą, gdyż im głębiej w lekturę, tym bardziej odczuwalny staje się owy brak. Sierotki zostają poddane najrozmaitszym próbom, które wystawiają na próbę ich cierpliwość, ale też i zdrowie. Nikt normalny nie wytrzymałby absurdów szkoły, w której przyszło im się uczyć. Od dziwacznych kar za spóźnianie się na lekcje, poprzez obowiązek uczestnictwa w sześciogodzinnym recitalu wicedyrektora, który zamiast melodii wydobywa ze swych skrzypiec kakofonię dźwięku, aż po przydzieleniu najbardziej dziwacznego obowiązku małemu dzieciątku, jakim jest Słoneczko. Absurd goni absurd, a groteskowość całej opowieści jest na tyle widoczna, że ciężko jest się z nią pogodzić. Szczęśliwie, w tym całym bajzlu i nagromadzeniu dziwaczności zjawiają się dwa promyczki nadziei, czyli trojaczki Bagienne. Nie jest to oczywiście żadna pomyłka, bowiem Bagienni przypominają bardzo Baudelaire swoją sytuacją życiową, z tym, że byli trojaczkami, gdyż ich malutki braciszek zginął w pożarze. O! Lampka się zapala. Uważacie, że to dziwaczny zbieg okoliczności, że historia Bagiennych jest tak bardzo podobna do historii naszych sierotek? No cóż... niestety będzie miało swój dramatyczny finał, którego można się bez problemu domyślić, gdy tylko poznajemy nowe rodzeństwo.
      A jak tym razem mają się czarne charaktery? Całkiem dobrze, powiedzmy. Najwięcej nieprzyjemności naszym dzieciakom daje wicedyrektor, który jest chyba najgorszym człowiekiem i pedagogiem, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Zapatrzony w siebie, przekonany o swojej świetności, a jego domniemany talent nie umywa się nawet do zdolności najgorszych grajków. Przedrzeźniacz, którego strategia jest tak bardzo irytująca, że aż dziw bierze jak sierotki były w stanie to znosić. Zachowanie, jak u pięciolatka, nie ma co! Mogliby sobie podać rękę z nauczycielem Dżingisem. W końcu to najbardziej złowieszczy czarny charakter książkowy EVER! Pazerny na cudze majątki i co ciekawe... nie tylko sierotek Baudelaire. W interesującym kierunku podąża rozwój jego osoby, a tak naprawdę odkrywanie jego wcześniejszych występków, które jedynie przekonają nas we wcześniejszym stwierdzeniu, że Hrabia Olaf złym człowiekiem jest. Aż interesujące, co z tego może wyniknąć dalej.
     „Akademia antypatii” zawodzi na swój sposób, ale z zupełnie odmiennych powodów potrafi również zaskoczyć. Standardowo powiela schemat, ale to już wiadome i raczej trzeba się oswoić z myślą, że inaczej nie będzie. Jednakże pojawia się tutaj kilka motywów, które na nowo starają się rozbujać fabułę. Nowi bohaterowie- i negatywni i pozytywni, a ci drudzy tak, jakby mieli zawitać na odrobinę dłużej. Zaskakujący rozwój wydarzeń, który co prawda dałoby się przewidzieć wcześniej, ale przecież i tak przynoszą frajdę. Interesująca, już nie tak bardzo banalna, ale zastanawiająca w niektórych uderzeniach w czytelnika. Nie kończy się w sposób, taki jak pozostałe tomy. Aż ciekawość bierze, co to się pojawi w następnym tomie.

Ocena: 3/6

Tytuł oryginalny: The Austere Academy / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-1695-1 / Ilość stron: 248 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2000 (Świat), 2003 (Polska)

środa, 5 kwietnia 2017

1223. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson

     Epoka filmowego uniwersum Marvela trwa w najlepsze. Wielkimi krokami zbliżamy się do „Infinity War” więc studio musi się spieszyć z wprowadzaniem nowych bohaterów, którzy mają się pojawić w starciu Avengers z Thanosem. „Doktor Strange” jest jedną z bardziej enigmatycznych postaci, równie zapatrzoną w siebie jak Iron Man, a film o nim jest jeszcze bardziej strange niż on sam. Scott Derrickson też jest w sumie strange. Tak samo, jak i dwa jego wcześniejsze horrory.
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest jednym z najgenialniejszych neurochirurgów jakiego widział świat, widząc ratunek tam, gdzie inni spisali pacjenta na straty. Niestety, ulega poważnemu wypadkowi, który uszkadza nerwy w jego rękach- wyrok jest okrutny, neurochirurgia musi odejść w zapomnienie. Szukając pomocy trafia do Nepalu, gdzie trenując pod czujnym okiem Starożytnej (Tilda Swinton) próbuje sięgnąć dalej niż ludzki umysł i wziąć w posiadanie kosmiczną materie, która wspomoże jego leczenie. Nieoczekiwanie znajdzie się pośrodku wojny z byłym mistrzem Kaeciliusem (Mads Mikkelsen), który chce sprowadzić do naszego świata złego i bezdusznego pożeracza światów.
      Po raz pierwszy od czasu „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” pojawił się u mnie problem z przetrawieniem filmu Marvela. Zapytacie, ale jak to?! Ty... Geek Marvela ma mieszane uczucia co do seansu z udziałem tak genialnej postaci jak Doktor Strange?! Zaskakujące, ale prawdziwe. W szczególności, że sama produkcja ma bardzo wiele płaszczyzn, z czego jedna przemawia do mnie bardziej, druga już zdecydowanie mniej. „Doktor Strange” bowiem okazał się być swoistym- ciekawym, acz bardzo... dziwnym, połączeniem „House'a”, „Incepcji” i „Siedem lat w Tybecie”. I jak etap neurochirurgicznych poczynań tego Strange'a uważam za całkiem fascynujące, a w dodatku uznaję go za naprawdę wkurzającą, acz intrygującą postać, tak etapu joginistycznego nie potrafię ogarnąć. Całkowicie naciągany wydaje mi się wątek projekcji astralnych, czakr i innych dziwnych reinkarnacji- tak jak tytułowy bohater, jestem totalnie ograniczona rozumowo w tym zakresie. Nie przyjmuję do wiadomości takich możliwości, a tym bardziej w wykonaniu Marvela, który ostro pojechał po bandzie. Atrakcje rodem z „Incepcji” choć spektakularne, wydają się być bezsensowne. Dzięki nim mamy tutaj troszkę akcji, kiedy w końcu skończą się te filozoficzne treningi i rozważania. Twórcy nie stronią również od humoru. Rozbrajające są akcje z lewitującą pelerynką, a i nawet najbardziej makabryczna sekwencja rozluźniona została lekkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
     Strange, jedno słowo, które idealnie opisuje wrażenia po tym filmie- także wizualne, o dziwo. Tutaj w najbardziej absurdalnych momentach przypomina odrobinę „Ant-Mana”- w jego najbardziej absurdalnych wizualnie scenach. Po prostu... było to za ciężkie, zbyt przytłaczające, co nie oznacza, że nie piękne. Łamanie Nowego Jorku, aż za bardzo przypomina ujęcia z „Incepcji”. Spektakularne, zachwycające i konieczne do obejrzenia w 3D. Może wtedy jakaś ściana biurowca nas przygniecie dla podsycenia atmosfery. Wygląda to jednak bardzo poprawnie, bardzo gładko i o dziwo... realistycznie. Jak na typową marvelową bajeczkę przystało nie zabrakło i malowniczym detali. Te niekoniecznie trafiają w gusta. Główny boss, z którym przychodzi zmierzyć się naszym protagonistom wygląda jeszcze gorzej niż Thanos, a te wszędobylskie obłoczki z materii są komicznie kolorowe. Dziwnie wygląda również wątek astralny. Serio. Dziwnie. Po prostu. Niby ładnie, ale zbyt przesadnie. Efekty są więc na przyzwoitym poziomie, w szczególności, gdy skupiają się na tworzeniu rozetek z kamienic.
     To co naprawdę jest tutaj wyjątkowe, to muzyka Michaela Giacchino. To co ten człowiek robi z dźwiękami jest obezwładniające. Idealnie podkreślające atmosferę, dramatyzm i waleczność kolejnych scen. Podsyca mistyczną atmosferę, nadaje duchowości, a także orientalności. Każdy jeden dźwięk stopniuje napięcie i wyzwala skrywane emocje. Jest czym się zachwycić. Zdecydowanie!
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Strange nie jest jakimś niezwykłym superbohaterem. Jego moc nie wynika z tego, że ugryzł go pająk, albo pijawka, która pojawiła się w rzeczce. Nie natchnęło go, kiedy uległ wypadkowi, a uderzenie nie przestawiło mu kręgu, odblokowując magiczną klepkę w mózgu odpowiadającą za czary. Wszystko to zostaje przez niego przestudiowane i wyuczone. Więc skoro supermocą Batmana jest to, że jest bogaty, tak u Strange'a jest to genialny umysł. W tej roli pojawia się Sherlock Holmes, który idealnie się tutaj sprawdza. Benedict miał więc już do czynienia z trochę separacyjnym umysłem, który się wielbi za jego wielkość, ale nie pomaga w pokochaniu go. Zapatrzony w siebie, uważający się za Boga. Przystojny, ale lekko chamowaty. Och, zupełnie jak Tony Stark- ten na szczęście się ogarnął, może w końcu dojrzał. W opozycji do niego stawia się bohaterów całkiem wyblakłych. Na ich czele stoi Rachel McAdams, która niby jest, a równie dobrze mogłoby jej nie być. Lepszy duet udało się Cumberbatchowi stworzyć z lewitującą pelerynką. Miło było znowu popatrzeć na Madsa Mikkelsena, a Tilda Swinton idealnie wpasowała się urodą w Starożytną mniszkę.
Źródło: Galapagos Films
     „Doktor Strange” to film, wobec którego mam naprawdę mieszane uczucia. Typowe rozdarcie pomiędzy byciem wiernym fanem Marvela, świetną postacią i dość niemrawą akcją. Pierwsza połowa za bardzo monotonna, ale szybko nabiera rozpędu, aby doprowadzić widza do zaskakującego finału. Za dużo tutaj nawiązań do innych obrazów, za dużo warstw filmu, które o dziwo tworzą spójną całość. Pomimo wszystko jest to interesująca historia z rewelacyjnymi rozwiązaniami wizualnymi. Ciekawe zabawy z czasem, przestrzenią oraz materią, zabarwione humorem w idealnej wręcz proporcji. Postaci mogłyby być bardziej zaangażowane w relacje z innymi bohaterami, ale za czerwoną pelerynkę, która wybrała Stephena Strange'a, niczym różdżka Olivandera postawiła na Harry'ego Pottera, zdecydowanie na plus. Rozdarcie trwa, nawet po dwóch seansach.


Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Doktor Strange” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D. Tę ostatnią można otrzymać również w Steelbooku.


Oryginalny tytuł: Doctor Strange / Reżyseria: Scott Derrickson / Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargilll, Jon Spaihts / Na podstawie: komiksu Steve'a Ditko / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Przygoda, Sci-Fi
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 15 marca 2017

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Książka #438: Firstlife. Pierwsze życie, aut. Gena Showalter

     Autorka sympatyzująca z zombiakami, a z drugiej strony miłośniczka Pisma Świętego. Dzięki takim fascynującym połączeniom Gena Showalter tworzy niezapomniane historie z nietuzinkowymi bohaterami. Po jej mocno uwspółcześnionej wersji „Alicji w krainie czarów” przyszedł czas na coś o wiele bardziej... duchowego, śmiercionośnego. Tym sposobem zafascynowała wszystkich swoją najnowszą książką „Firstlife. Pierwsze życie”. Pierwszą z trylogii Everlife, którą ma zamiar podbić także polski rynek wydawniczy.
      Świat, w którym życie to dopiero początek, a śmierć nie oznacza jego końca. Dwie sfery, Miriada i Trojka, walczą o ludzkie dusze, bowiem to od decyzji konkretnego człowieka zależy, w której z nich spędzi Wieczne Życie. Los Tanley Lockwood wydaje się być przesądzony już od czasu narodzin, ale dziewczyna wciąż waha się ze swoim wyborem, nie zdając sobie sprawy, jak wiele od niego zależy. Obie sfery rozpoczynają zaciekłą walkę o życie dziewczyny wysyłając na misję swoich najlepszych Robotników.
      Uwielbiam takie nieoczywiste książki. Wiążesz z jakąś powieścią wielkie oczekiwania i już na starcie załamujesz ręce, gdy pierwsze strony są mocno rozczarowujące. Nie dość, że mało wciągające, to w dodatku język mocno wulgarny, a jego charakter wymuszony. Masz jednak nadzieję i tym razem cię nie zawodzi, bowiem fabuła “Firstlife” mocno się rozkręca, dostarczając niespodziewanych emocji. I ciężko stwierdzić, czy to za sprawą pojawienia się wątku romantycznego, czy chwytu uderzającego prosto w serce każdej matki, ale naprawdę zaczyna nam zależeć na bohaterach. Rozwój wydarzeń, bądź co bądź bardzo makabryczny, nie pozostawia zbyt wielu złudzeń- koniec może być tylko jeden.
      To po której stronie stanąć to tak naprawdę wielka loteria, gdyż i Trojka i Miriada ma swoje mocne, jak i słabe strony. Tenley ma jednak dodatkowe powody, aby wstąpić do jednej i drugiej. Nie mniej, odkrywanie kolejnych tajemnic, a także szokujące wydarzenia, mocno mieszają jej w głowie i naprawdę, ciężko jej się dziwić. Każdy miałby na jej miejscu rozterki czy wstąpić do przepełnionej miłością i oddaniem Trojki, czy do zaciekłej Miriady, w której może być naprawdę kimś. Tanley nie ustaje w swoim uporze, chce poczekać z decyzją do dnia poprzedzającego ukończenie przez nią pełnoletności. Bardzo ryzykowne, zważywszy na to, że na każdym kroku ktoś dybie na jej życie. Czy to odwaga, czy głupota, czy jej upór dyktowany jest egoizmem, czy altruizmem… nie nam to oceniać. Każdemu byłoby ciężko z taką decyzją wiedząc z czym to się wiąże.
       Autorka zaczytuje się w Piśmie Świętym i nie ukrywa, że stanowiło ono sporą inspirację przy tworzeniu tej powieści. Co rusz odnajdziemy tutaj odwołania, do wiary chrześcijańskiej, do sfery duchowej każdego człowieka, gdzie sfery to odzwierciedlenie Nieba, w którym ostatecznie zjednoczymy się z naszymi ukochanymi, natomiast Niezwerbowani lądują w swoistym Piekle wśród szkarad i tortur, a dwójka wysłanników tj. Archer i Killian, to nietypowi aniołowie stróżowie. Z jednej strony tematyka jest interesującą, ale z drugiej dość ciężkostrawna. Niektóre rozwiązania są męczące, inne sytuacje- w szczególności ich powtórki mocno irytujące.
      Bohaterowie niemalże tacy jak inni z literatury młodzieżowej. Nieokiełznani nastolatkowie szarpani hormonami. Dużo w nich gniewu, jeszcze więcej miłości i oddania. Aż serce się kraje. Tanley bardzo zawzięta, uparta, ale też i odważna. Próbuje rozważyć wszystkie opcje zanim podejmie ostateczną decyzję, która zaważy na jej życiu. Niestety, na pewnym etapie staje się w tym już nużąca. Dość zaskakującą postacią jest Archer, którego poznajemy w całkowicie odmiennej formie. Mocno zaskakujący, niezwykle oddany i tak skory do poświęceń. Jest gotów sprzymierzyć się z wrogiem byleby tylko uchronić ukochaną osobę. Za to Killian jako typowy Miriadczyk jest bardzo zawzięty. Dla niego liczy się tylko zwycięstwo bez względu na koszty. Jest typowym złym chłopcem, przez co staje się niezwykle pociągający. Jednakże to właśnie on przechodzi największą przemianę w tej całej historii.
      Są takie powieści, które wywołują bardzo wiele skrajnych emocji. Podczas lektury będziemy płakać rzewnymi łzami, a autorka nie będzie miała obaw, żeby wyrwać nam serce. Taką książką jest właśnie “Firstlife”, która pomimo wielu odniesień do sfery duchowej potrafi być możliwie maksymalnie zaskakująca. Co rusz zmusza nas do refleksji, jednocześnie coraz bardziej wciągając w fabułę. Sprawia, że zakochujemy się w bohaterach i nienawidzimy ich wrogów. A na finiszu po prostu rzucimy książką w kąt, dosłownie, nie mogąc uwierzyć w to, że zostawiono nas z krwawiącym sercem.


Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!

harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Firstlife / Tłumaczenie: Jacek Żuławik / Wydawca: HarperCollins Polska / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-276-2503-8 / Ilość stron: 432 / Format: 145x215mm
Rok wydania: 2017 (Polska) 2016 (Świat)

piątek, 24 marca 2017

Książka #437: Atlas przygód zwierząt, aut. Emily Hawkins, Rachel Williams

 
     Po pełnej przygód wyprawie po atrakcjach największych miast całego świata przyszła pora na wycieczkę przyrodniczą w trakcie której zobaczymy najbardziej i najmniej rozpoznawalne zwierzęta, jakie żyją na naszym globie. „Atlas przygód zwierząt” to pomysł autorek licznych książeczek dla dzieci, opowieści o dinozaurach i o podwodnych krainach. Zrealizowana we współpracy z utalentowaną ilustratorką pracującą przy tworzeniu innych atlasów to kolejna z propozycji dla najmłodszych poszukiwaczy przygód.

      Konstrukcja książki jest bardzo prosta, jak każdego jednego atlasu- mapa świata, mapa kontynentu i ewentualne mapy państw z rozpisanymi miastami. W publikacji autorek Emily Hawkins i Rachel Williams kończymy na tych drugich rodzajach mapek, a tam zamiast miast znajdziemy zwierzęcy wysyp. Kiedy już dowiemy się jakie osobniki spotkać można w jakim kraju, możemy przejść do bliższego zapoznania się z niektórymi z nich, aby naszą przygodę zwieńczyć małym testem z tego jak wiele wyciągnęliśmy z tej przyrodniczej wyprawy.
     Książka oferuje całą masę przygód, niczym biuro podróży czekając na wybranie przez nas kontynentu, tudzież kraju, który pragniemy odwiedzić. Dla ułatwienia podjęcia decyzji niektóre z nich zebrane zostały w czytelny spis treści z podziałem kontynentalnym. I tak dla przykładu w Afryce będziemy mogli popływać z sardynkami, a w Azji czekać będzie na nas okazja wspinaczki górskiej z pandami wielkimi. Dla spragnionych ekstremalnych wrażeń idealna może być wyprawa do Ameryki Południowej, gdzie można zaryzykować zjedzenie obiadu wraz z anakondą. Szkoda jedynie, że autorki same podejmują z czytelnika decyzję o jakich zwierzętach chciałby poczytać więcej. Może zamiast szukania nowego domu z pszczołami miodnymi wolelibyśmy zmieniać wygląd z traszką marmurkową. Albo syczeć i wyć z diabłami tasmańskimi, a nie budować z altannikami. W końcu w prawdziwym atlasie również nie mamy map przypadkowych krajów. Powinny znaleźć się tutaj wszystkie wymienione na mapie zwierzęta. Proste. Ostatecznie, zazwyczaj wybierane są te już nam znane, o których prawią najrozmaitsze animacje, zamiast przybliżyć nam te bardziej chronione gatunki, o których świat już dawno zdążył zapomnieć.
Źródło: Nasza Księgarnia
      Treść jest jak najbardziej przystępna, w dodatku wypisana sporą i bardzo czytelną czcionką. Ma sporą wartość edukacyjną, bo dzięki niej możemy się dowiedzieć więcej o zwierzętach, o których wydawało nam się, że wiemy już niemalże wszystko. Możemy sięgnąć dalej niż moglibyśmy przypuszczać. Zobaczymy układy tańców godowych rajskich ptaków, poznamy znaki szczególne pomagające odróżnić płeć łosia, a także dowiemy się, że panda za noworodka wygląda niczym różowa świnka. Jest tutaj cała masa ciekawostek, bardzo krótkich ciekawostek, które nie przemęczą, a z łatwością zapadną w pamięć. Brakuje tu odrobiny lekkości, odrobiny humoru.
      Niestety, nawet ilustracje są zdecydowanie za poważne, ale przynajmniej przedstawiają rzecz taką jaka jest. Linie są proste, choć nie trudno dostrzec tu figlarność rysowniczki. Wkrada się lekka asymetria, nawet wręcz niedbałość o szczegóły, ale tak naprawdę nikt na to uwagi nie zwraca. Powodem tego jest wielobarwność każdej ze stron. Gdy już zanurzamy się w poszczególne kraje na nasze wycieczki, to pochłonie nas cała paleta barw- żywych, jak najbardziej energetyzujących. Wszystko po to, aby dać nam porządnego kopa do działania i chęci poznania świata. Udaje się to. Nie jest to jakaś spektakularna oprawa, nie wywołuje zbytnich „ochów” i „achów”, ale przynajmniej nie poraża kanciastością, czy nieumiejętnością doboru barw.
      „Atlas przygód zwierząt” być może nie jest wymarzoną publikacją dla najmłodszych dzieci. Nie spotkamy tutaj fikuśnych anakond uśmiechających się do nas serdecznie, ani niesfornych dzięciołów pukających nas w głowę prosto z kartek książki. Brakuje tutaj pewnej konsekwencji, a przede wszystkim treści powiązanej zresztą przyrodniczej oferty turystycznej. Nie mniej, dzięki wspólnej pracy trzech utalentowanych kobiet otrzymujemy atlas, który zabierze nas w nieznane krainy, prosto do mniej bądź bardziej znanych gatunków zwierząt. A z takimi nietrudno o sporo atrakcji, które zajmą wiele godzin.


Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Atlas przygód zwierząt / Tłumaczenie: Maria Pstrągowska / Ilustracje: Lucy Letherland / Wydawca: NaszaKsięgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13162-1 / Ilość stron: 88 / Format: 272x370mm
Rok wydania: 2017 (Polska)