NOWOŚCI

Najnowsze teksty

wtorek, 2 maja 2017

Książka #443: Złota różdżka, czyli bajki dla niegrzecznych dzieci, aut. Heinrich Hoffman

     Skończył się czas bajek dla dzieci, gdzie morały i wartości trzeba było doszukiwać się pomiędzy wierszami. Skończył się czas pozytywnego bajerowania, happy endów i głaskania dzieci po ich niegrzecznych główkach. Teraz do łask powracają wierszowanki-rymowanki, które dosadnie mówią dzieciom „Nie wolno!”. To nie jest książka z bajkami braci Grimm, to nie śmieszne historyjki Juliana Tuwima, to coś zupełnie niezwykłego- bajki skierowane do dzieci niegrzecznych lub kandydujących o to miano. Przyszedł czas na XIX-wiecznego niemieckiego pisarza, Heinricha Hoffmanna, który powraca dzięki serii wydawnictwa Egmont ART, wraz z najsłynniejszym tytułem „Złota różdżka”.
     Nie mogąc znaleźć idealnego prezentu dla swojego synka, lekarz psychiatra, postanowił stworzyć własną- pełną rozmaitych anegdot ubranych w rymy oraz kontrowersyjne rysunki, książkę. Temat tych wierszyków o wątpliwej urokliwości dotyczył jednego- posłuszeństwa! W dobie niesfornych dzieciaków, gdzie co trzecie terroryzuje dorosłych i nie do końca pojmuje różnice między dobrymi, i złymi uczynkami, mądrości spisane przez Heinricha Hoffmanna zawarte w tekstach dla synka wydają się być lekarstwem idealnym.
     Zamiast na okrągło, aż do znudzenia, powtarzać dziecku „Nie wolno! Nie ruszaj! Nie rób tak!”, zamiast wymyślać coraz to ciekawsze sposoby na tłumaczenie jakimi konsekwencjami skutkować może nieposłuszeństwo, zamiast łajać za każdy zły uczynek wystarczy poczytać mu książeczkę. I to nie taką kolorową, zabawną, gdzie musi się domyślać puenty, a rodzic znowu musi się wysilać na tłumaczeniu dziecku tego, co przecież jest oczywiste. Idealną propozycją dla dorosłych, rodziców nieokrzesanych i nieposłusznych dzieci staje się „Złota różdżka”. Dziecko nie przestaje bawić się rzeczami, które zagrażają jego bezpieczeństwu? Przykładowo... zapałkami? Wystarczy sięgnąć po pełną makabry i brutalnych opisów „Straszną historię o Hani i zapałkach”. Najmłodsi odmawiają zjedzenia posiłków? Trzeba im pokazać, czym może skutkować niejedzenie, na przykładzie „O Kacperku, który wzgardził zupą”. Zamiast bić dziecko za każdym razem, gdy zawini wystarczy pokazać, że jest taka opcja i wcale nie jest to żartem. Może wezmą sobie do własnych rozumków i serca nasze groźby, gdy przeczytamy im historyjkę „O Filipie, co się bujał”. Owszem, niektóre z tych opowieści są bardzo okrutne, opierając się na laniu pasem, odcinaniu paluchów, czy spalaniu malutkich ciałek, inne jednakże koncentrują się na mniej złowieszczych konsekwencjach. Uczą pokory wobec rodziców, tolerancji wobec rówieśników, czy życzliwości wobec istot żywych- nie tylko ludzi, ale również i zwierząt. Są to opowieści, które krytykują nie tylko ewidentne złe zachowania robiące krzywdy innym, ale też nieuwagę, czy brak higieny. Wszystko to za pomocą rymów, które pięknie rozbrzmiewają w ustach. Pomagają modulować głosem oddając charakter konkretnych opowieści, przez co możemy im nadać jeszcze więcej grozy, czy zaskoczenia. Tym też sposobem nauki płynące z tych krótkich wierszyków mogą jeszcze lepiej trafić do młodego odbiorcy.
Źródło: Egmont

     Najnowsze wydanie książki jest niezwykle zaskakujące! Króciutkie wierszyki rozrosły się do ponad 100 stron i to w naprawdę dużym formacie. Czcionka nie za duża, aczkolwiek bardzo czytelna- pomimo rozmaitej kolorystyki. Każda z historii ozdobiona niesamowitymi ilustracjami autorstwa Justyny Sokołowskiej. Zadziwiająco barwnymi, jak na publikację o takim charakterze. Zdecydowanie ciekawiej wyglądałyby makabryczne kontrasty, gdzie królowałaby czerń, szarości, krwawa czerwień i ognista żółć. Nie mniej, mogłoby to być zdecydowanie za dużo jak na dziecięce umysły, a przecież nie chodzi o przyprawienie najmłodszych o koszmary senne. Karty są sztywne, a rysunki nie zawierają zbyt wiele elementów. Kluczowe są tutaj kontury, wystarczające dla wzbudzenia niepokoju u dzieci. Bardzo to ekstrawaganckie, takie nowoczesne i jakże pokraczne. Super!
     Cudownym jest to, że ktoś postanowił odświeżyć stare opowieści autorstwa Heinricha Hoffmanna. W nowej, współczesnej aranżacji polskich pisarzy, a także przy współpracy z rewelacyjną ilustratorką, „Złota różdżka” ma szansę stać się przebojem na rynku wydawniczym. Z niekonwencjonalnym podejściem do wychowania dzieci, przepełniona makabrą i nieposłuszeństwem może zostać przydatnym, a przede wszystkim skutecznym narzędziem wychowawczym w rękach rodziców. Już nie trzeba posuwać się do kar cielesnych. Na pewno wystarczającym odkupieniem za przewinienie będzie konieczność zapoznania się z wybranym rymowanym wierszykiem, które pomoże zrozumieć jak tragicznie mogły skończyć się wygłupy malucha. A to, że jest pięknie wydana... to już mała zachęta dla rodziców, którzy dla zwykłej rozrywki sięgną po tę ARTystyczną propozycję.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

egmont.pl

Tytuł oryginalny: Der Struwwelpeter / Tłumaczenie: Anna Bieńkowska, Karolina Iwaszkiewicz, Zuzanna Naczyńska, Adam Pluszka, Michał Rusinek, Marcin Wróbel / Ilustracje: Justyna Sokołowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-281-2438-7 / Ilość stron: 112 / Format: 240x270mm
Rok wydania: 1845 (Świat), 2017 (Polska)

poniedziałek, 1 maja 2017

GeeKolekcja #83: Otwarcie roku 2017

    Z lekkim opóźnieniem, ale jest! Sami rozumiecie... Problemy ze zdrowiem zrobiły swoje i trochę rozchwiały moją blogową działalność. Pomimo tego, że mój macierzyński, chorobowe i zaległy urlop wypoczynkowy dobiegły końca, mogłam wiele nadrobić... tak się, niestety, nie stało. Nie mniej, dziś pierwszy dzień maja i mam okazję zrobić zbiorcze zestawienie tego co udało mi się kupić i dostać przez te cztery miesiące. Jak wiadomo, w kwietniu były moje urodziny, a więc w tym miesiącu obłowiłam się w najwięcej rzeczy. Do mojego zbioru dołączyły książki, filmy, kilka gadżetów... a także pamiątkowy już bilet z koncertu "Harry Potter in concert". Znalazł się również i zakup koszulkowy z OtherTees, odrobinę za duży, bo okazuje się, że choroba odrobinę mnie skurczyła. Tak więc... poniżej geekowe zdobycze!

1. Mroczna materia, aut. Blake Crouch - zakupione u niePrzeczytane.pl jeszcze w starym roku, aby dostać kalendarz na biurko na 2017 rok
2. Zniewoleni, aut. Emma Chase - j.w.
3. Proszę mnie przytulić, aut. Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak - zakup dla Mikusia u niePrzeczytane.pl
4. Kto się kryje w wodzie?, aut. Eryl Norris - j.w.
5. Osobliwe i cudowne przypadki Avery Lavender, aut. Leslye Walton - zakup na NiePrzeczytane.pl przy okazji promocji na książki SQN
6. Klucz niebios, aut. James Frey - j.w.

7. Pucio mówi pierwsze słowa, aut. Marta Galewska-Kustra - do recenzji od Naszej Księgarni
8. Przygody dzieci z ulicy Awanturników, aut. Astrid Lindgren - j.w.
9. Atlas miast, aut. Georgia Cherry, Martin Haake - j.w.
10. Czerwony Kapturek, aut. Gabriela Mistral - j.w.
11. Śpiąca królewna, aut. Gabriela Mistral - j.w.

12. Sklepik z marzeniami, aut. Stephen King - zakup nowego wydania, niby niekieszonkowego...
13. Nowy patrol, aut. Siergiej Łukjanienko - zakup po promocyjnej cenie 9,90zł w Stokrotce
14. Raz na zawsze, aut. Andreas Pfluger - prezent od wydawnictwa Otwarte za udział w ankiecie
15. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów. Blu-Ray, reż. Joe i Anthony Russo - zakup w ramach promocji w Empiku
16. Harry Potter i Insygnia Śmierci. Część 2. 2-płytowa edycja specjalna, reż. David Yates - j.w. , w końcu kolekcja filmów jest pełna!
17. Zwariowane pojazdy, aut. Artur Gulewicz - do recenzji od Naszej Księgarni
18. Mity greckie dla dzieci w obrazkach, aut. Nikola Kucharska - j.w.
19. Atlas przygód zwierząt, aut. Emily Hawkins, Rachel Williams - j.w.

20. Opowiastki do czytania z mamą, praca zbiorowa - zakup na promocji w Biedronce
21. Opowiastki o małych zwierzątkach, praca zbiorowa - j.w.
22. Opowiastki o wiejskich zwierzętach, praca zbiorowa - j.w.
23. Korona, aut. Kiera Cass - j.w. po szokującej cenie 6,44zł
24. Warcraft. Początek, reż. Duncan Jones - j.w.
25. Kosogłos. Część 2, reż. Francis Lawrence - j.w.
26. Bociany, reż. Nicholas Stoller, Doug Sweetland - do recenzji od Galapagosa
27. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson - j.w.
28. Mój przyjaciel smok, reż. David Lowery - j.w.
29. Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie, aut. Katy Collins - do recenzji od HarperCollins Polska
30. Firstlife. Pierwsze życie, aut. Gena Showalter - j.w.
31. Magonia, aut. Maria Dahvana Headley - zakup na promocji u Galerii Książki
32. Ironia losu, aut. Katarzyna Misiołek - do recenzji od wydawnictwa MUZA

+ poszewki na poduszki z Thorem i Iron Manem - Aliexpress

+ Dziennik Harry Potter. Hogwarts - prezent urodzinowy od przyjaciółki,
+ bilet na "Harry Potter in concert" w Krakowie - prezent urodzinowy od rodziców i siostry,

33. Strażnicy Galaktyki. Tom 1. Kosmiczni Avengers, aut. Bendis Brian M. - prezent urodzinowy od Szymalana

34. Fobos. Tom 2, aut. Victor Dixen - prezent urodzinowy od Aneczki
35. Niesamowite 1000x połącz kropki. Superbohaterowie Marvela, aut. Thomas Pavitte - zakup w Livro
36. W spojrzeniu wroga, aut. Amie Kaufman, Meagan Spooner - zakup prezentowy ode mnie na stronie Moondrive po promocyjnej cenie w duecie z tomem 3
37. W sercu światła, aut. Amie Kaufman, Meagan Spooner - j.w. w duecie z tomem 2
38. Zakazane życzenie, aut. Jessica Khoury - zakup urodzinowy ode mnie dla mnie samej na niePrzeczytane.pl
39. Zły Romeo, aut. Leisa Raven - j.w.

+ plastikowa obudowa na telefon z motywem Sailor Moon,
+ długopisy z Totoro,

40. Mad Max: Na drodze gniewu, reż. George Miller - zakup na stoisku w Galerii Katowickiej za 12zł
41. Jupiter: Intronizacja, reż. Lana i Andy Wachowscy - j.w.
42. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski - do recenzji od Galapagos

43. Złota różdżka, czyli bajki dla niegrzecznych dzieci, aut. Heinrich Hoffman - do recenzji od Egmont
44. Rycerz Lwie Serce, aut. Delphine Chedru - do recenzji od Naszej Księgarni
45. Poczytam ci, mamo. Elementarz przyrodniczy, aut. Beata Ostrowicka - j.w.


Na zakończenie, oczywiście, koszuleczka z motywem zombie. Standardowo od OtherTees.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Książka #442: Poczytam ci, mamo. Elementarz przyrodniczy, aut. Beata Ostrowicka

     Mówi się, że dzieci najlepiej uczą się poprzez zabawę. Z drugiej zaś strony czytanie książek również pomaga nam pogłębiać wiedzę. Jak połączyć te dwa elementy? Wystarczy stworzyć publikację pełną historyjek, które będą zarówno rozrywką, jak i nauką. W taki właśnie sposób powstała najnowsza książka Beaty Ostrowickiej we współpracy z obiecującą ilustratorką dziecięcą- Katarzyną Kołodziej, która jest kolejną z serii elementarzy. Tym razem autorka skupia się na tematyce przyrodniczej, prezentując w „Elementarzu przyrodniczym” podstawowe wątki z tego zakresu.

     Standardowo, jak to przy elementarzach od tej autorki bywa, książka jest zlepkiem najrozmaitszych historyjek małych dzieci, grona znajomych, których spotykają niesamowite przygody. Każdego dnia zdobywają nową wiedzę, którą zaszczepiają im rodzice i nauczyciele. Tym razem dowiadują się najrozmaitszych rzeczy o swoim otoczeniu, o przyrodzie, która żyje wokół nich. Poznają cykle życia i sekrety naszej planety, wykonują ciekawe doświadczenia, a także uczą się segregacji odpadów. Dzięki temu poznają czym jest ekologia i jak dbać o nasz świat.
     „Elementarz przyrodniczy” Beaty Ostrowickiej nie jest tym, czym wydaje się być. Oczywiście, czytając poprzednie części elementarza znamy już nietypowy jego charakter. Za pomocą różnych historyjek autorka stara się przekazać dzieciakom pewne mądrości, naukę, którą mogą wykorzystać w przyszłości. Oczywiście, jest to coś bardziej na kształt oswajania się z tematem niżeli prawdziwa nauka, ale takie książki również są potrzebne. Jednakże tematyka przyrodnicza jest tutaj dość... ogólna. Tak naprawdę nie będziemy poznawać budowy poszczególnego zwierzątka- no może poza psem Dodkiem, nie dowiemy się jak zbudowany jest człowiek, czy tego że ryby pożywiają się planktonem. Jest to materiał dla podstawówki więc są to naprawdę ogólne ogóły. Pomijając fakt tego, że plany nauczania wyglądają teraz zupełnie inaczej niż 25 lat temu, to jednak lektura odbiega znacznie od tego, co spodziewalibyśmy się tam znaleźć. O dziwo znajdziemy jeden, dosłownie JEDEN eksperyment, który na chwilę rozbudzi w nas chęć poznawania nauki. Więcej przykładów dzieciaki będą musiały poznać w szkole. Tutaj dowiedzą się jedynie jak wyhodować fasolkę, a w szkole tworzyć będą pleśń, czy kryształki solne na nitce. Szkoda, że nie ma tego więcej. Mogłaby to być naprawdę nie lada rozrywka. Tymczasem książka skupia się bardziej na prawieniu morałów. Oczywiście, dowiemy się tutaj odrobinę o tym, dlaczego woda jest potrzebna do życia lub tego, że dżdżownica to całkiem pożyteczne żyjątko. Aczkolwiek więcej uwagi skupia się na prawidłowym odżywianiu, dbaniu o planetę i zwierzątka. Innymi słowy nurt proEKO rządzi nawet i w książkach dla dzieci. Z jednej strony jest to całkowicie zrozumiałe, bo gdy zaszczepimy już od dziecka umiejętność poprawnego sortowania odpadów lub wyjaśnimy, że Ziemia to nasz dom, o który musimy dbać, to wykreujemy tym sposobem nowe, świadome i przede wszystkim odpowiedzialne społeczeństwo, które nie wpędzi naszej planety w kolejną epokę lodowcową, ale da jej odetchnąć, da jej nowe życie. Wiadomym jej jednak, że czytanie książek dzieciom i uświadamianie ich, to nie wszystko. Najważniejsze jest dawanie właściwego przykładu.
     Oprawa książki zachowuje ten sam schemat, co poprzednicy. Trwała oprawa, która przetrwa lata- no chyba, że dostanie się w ręce bobasa, oraz kolorowe kartki zapisane odpowiedniej wielkości czcionką i zamalowane kolorowymi ilustracjami Katarzyny Kołodziej. Dla dzieci jest to coś fajnego, bo kolorowego i przykuwającego uwagę. Odrobinę przypomina notatki samych dzieci porobione na stronach tuż obok uroczych rysunków. Jest to coś co z pewnością będzie czytelne dla naszych pociech, a w dodatku będzie przykuwać ich uwagę.
     „Poczytam ci, mamo. Elementarz przyrodniczy” to książka, która z pozoru niczym się nie wyróżnia. Większość zapewne przejdzie obok niej obojętnie, bowiem jest to coś na czym skupi się konkretna grupa odbiorców Warto jednak kształtować w dzieciakach pewną ekologiczną świadomość, dlatego też idealnym byłoby prezentować im historyjki zawarte w tej książce jak najwcześniej. Poza wartością edukacyjną, są również dobrą rozrywką. W końcu nic tak nie bawi jak niesforne dzieciaki, których drobne błędy rzutują na cały eksperyment. Jest lekko, zabawnie, ale przede wszystkim... przyrodniczo.


Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Poczytam ci, mamo. Elementarz przyrodniczy / Ilustracje: Katarzyna Kołodziej / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-13089-1 / Ilość stron: 160 / Format: 220x200mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 25 kwietnia 2017

Książka #441: Rycerz Lwie Serce, aut. Delphine Chedru

     Francuska ilustratorka, autorka komiksów, wielokrotnie nagradzana pisarka dziecięca, która stworzyła wiele przebojowych książeczek dla najmłodszych. Na polski rynek wydawniczy trafiła właśnie jedna z publikacji Delphine Chedru, zbierająca najrozmaitsze opinie. „Rycerz Lwie Serce” urzeka swoją prostotą, ale również i zachwyca sposobem w jaki angażuje czytelnika w fabułę.
     Mały rycerzyk Lwie Serce był najdzielniejszym wojownikiem w swojej krainie. Niestety, pewnego dnia zapodział gdzieś swoją odwagę i teraz właśnie czytelnicy muszą pomóc ją odnaleźć. Wykonując najrozmaitsze zadania wymagające sprytu i hartu ducha, muszą doprowadzić go szczęśliwego i całego na metę, gdzie odzyska to, co najważniejsze w jego profesji.
     Książka bardzo prosta w swojej konstrukcji, ale dobrze spełniająca swoje zadanie. Nazywana „książką-grą” zabiera czytelnika w niezapomnianą podróż po średniowiecznym świecie pełnym rycerzy, smoków i innych tajemniczych bestii. Przepełniona symbolami, godłami i innymi różnobarwnymi elementami zdecydowanie przykuwa uwagę, ale też może doprowadzić do lekkiego oczopląsu. Zasada książki jest prosta. Wykonujemy konkretne zadania, aby wybrać kierunek, w którym podążać będzie nasz mały rycerzyk. Zawsze mamy możliwość wyboru bezpiecznej opcji, bądź bardziej odważnego rozwiązania. Nie zapominając o prawdziwym celu tej przygody nie zdziwmy się, że docierając do konkretnego punktu znowu będziemy musieli powrócić do początku, aby przemyśleć swoje postępowanie i wybrać inną drogę. Wiele książek osiąga sukces wykorzystując tego rodzaju schemat. Jednakże tutaj? Można wpaść w niekończący się wir niewłaściwych decyzji przez co spędzimy nad książką o wiele więcej czasu niż początkowo zamierzaliśmy. Dla jednych może być to ciekawą rozrywką, jednakże dla innych, to ciągłe powtarzanie tego samego i spamiętywanie jakich wyborów dokonaliśmy wcześniej, może stać się niesamowicie frustrujące. O wiele lepszym sposobem byłoby uzależnienie wyboru konkretnych dróg od efektów jakie uzyskujemy wykonując zadania. Zmniejszyłoby to ryzyko ciągłego kręcenia się w kółko. Zadania są na tyle ciekawe i różnorodne, że spokojnie ten sposób dałby egzamin, a przynajmniej wykonywanie ich miałoby jakikolwiek cel. W innym razi są to jedyne zwykłe zapychacze. Oczywiście, dla pewności możemy sprawdzić rozwiązania zagadek, które znajdziemy na końcu książki. Jednakże nawet i z tą pomocą niektóre ciężko będzie doprowadzić do końca.
     Na szczególną uwagę zasługuje oprawa wizualna publikacji. Delphine Chedru w bardzo wymyślny sposób bawi się różnymi kolorami zestawiając je ze sobą na zasadzie kontrastów. Tym sposobem rysunki są bardziej czytelne, a najmłodsi mają większą możliwość na dostrzeżenie drobnych elementów, które są istotne przy realizacji wielu zadań. Jednakże, na pewnym etapie, nietrudno tutaj o oczopląs. W szczególności, gdy wyszukujemy jednego dziwnego elementu i ciężko jest nam go dostrzec. Niekiedy trzeba więc skorzystać z dystansowania, aby zobaczyć więcej i lepiej. Ilustracje przybierają najrozmaitsze kształty, niekonwencjonalne obwody, zachwiane zostają proporcje. Takie niebanalne podejście do rysunku jest rzeczywiście zachwycające. Może się spodobać.
     „Rycerz Lwie Serce”, czyli książka-gra, która ma szansę zachwycić wszystkich. Jednakże okazuje się być bardzo prostą w swoim wyglądzie, aż nazbyt prostą w swojej strukturze publikacją, która nie do końca spełnia narzucone na nią oczekiwania. Oczywiście, intrygujące zadania i niekonwencjonalny schemat nakręcania fabuły zdecydowanie przemawia na korzyść książki, aczkolwiek sposób w jaki może się to zapętlić, nietypowa nieskończoność i powtarzalność zadań może doprowadzić do frustracji. Całość ratują ciekawe ilustracje, które pozwalają Delphine Chedru i jej książce wybić się ponad inne publikacje tego typu.


Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: La Chevalier Courage! / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustrator: Delphine Chedru / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-13196-6 / Ilość stron: 40 / Format: 205x323mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2017 (Polska)

niedziela, 23 kwietnia 2017

1224. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski

     Najnowszy film mistrza polskiego kina Wojciecha Smarzowskiego, który w szczery i niezwykle brutalny sposób przedstawia prawdziwe oblicze rzeźni dokonanej na wołyńskiej społeczności. Tworząc scenariusz filmu Wojciech Smarzowski wielokrotnie konsultował się z autorem zbioru opowiadań „Nienawiść”, w którym to Stanisław Srokowski zawarł relacje świadków krwawej masakry. Tym sposobem powstał jeden z najbardziej wstrząsających i okrutnych filmów w karierze reżysera- „Wołyń”.
Źródło: Galapagos Films
     Na przynależnej do Polski w roku 1943 krainie wołyńskiej młoda Zosia (Michalina Łabacz) zakochuje się do szaleństwa w ukraińskim młodzieńcu- Petrze (Vasili Vasylyk). Ich los zostaje jednak rozdzielony, gdy rodzice dziewczyny oddają jej rękę dużo starszemu, acz bogatemu wdowcowi z dwójką dzieci (Arkadiusz Jakubik). Gdy nadchodzi wojna dziewczyna musi stawiać czoło samotnemu rodzicielstwu, ale również okrucieństwu, które czyha tuż za drzwiami. Nikt się bowiem nie spodziewa, że fanatycznie podążający za wolnością ukraińscy nacjonaliści doprowadzą do jednej z największych i najbardziej krwawych masakr na Polakach w historii.
    Najdroższy, największy i zdecydowanie najbardziej wstrząsający film wyreżyserowany przez Wojciecha Smarzowskiego, wyreżyserowany przez jakiegokolwiek Polaka w historii. „Wołyń” przełamuje wszelkie granice i choć słysząc wcześniejsze opinie podchodzimy do seansu, w żaden sposób nie można się przygotować na to, co zobaczymy na ekranie. Dość długi film wypełniony zostaje po brzegi, wykorzystując każdą jedną chwilę na wprowadzenie widza w świat w jakim przyszło żyć niewinnym ludziom na ziemi wołyńskiej. Przechodząca z rąk do rąk, od Polaków przez ręce władz ZSRR, aż do III Rzeszy, próbuje odzyskać swoje miejsce w świecie i w świadomości ukraińskich obywateli. Trwa to przez większość seansu, gdzie widz próbuje zrozumieć na co właściwie patrzy. Istota ukryta w bardzo niewielu detalach, które dla nie znających historii mogą zdecydowanie utrudnić odbiór przekazu całego filmu. Przez cały czas spoglądamy na względnie sielankowe życie, gdzie największym problemem zdają się być rozczarowania miłosne, żal o wszystko i o nic, jak to w tradycyjnych polskich rodzinach i związkach. Bardzo trudno dostrzec tu można próby gnębienia polskiej mniejszości, ciężko jest też zorientować się przeskokach czasowych i zmianach własności Wołynia. Tylko dobrze zorientowani w historii będą kojarzyli co, kto, gdzie i komu. Jednakże to co następuje u finału... czytelne jest dla każdego! Stworzone ugrupowanie nacjonalistów ukraińskich przestępuje do działania, wydziera z ziemi wołyńskiej to co rodzime, zabierając jej niewinność. Nie szczędzą nikogo, a konsekwencja i brutalność ich czynów nie tylko wyrywa łzy zaskoczenia i przerażenia w naszych oczach, ale również i nasze, silnie bijące serca. Zaledwie tych kilka minut wystarcza, abyśmy mieli dość patrzenia na to, a jednak... ci ludzie cierpieli godzinami, torturowani przez swoich sąsiadów, z którymi żyli i pracowali dzień w dzień.
Źródło: Galapagos Films
    Całej tej brutalności towarzyszy surowość w całej oprawie filmu. Cudowne zdjęcia ukazujące prostotę wiejskiego życia na Wołyniu, na które nieśmiało wkrada się słońce rozświetlając urocze i jakże niewinne oblicze Michaliny Łabacz. Szybko przechodzą w przepełnione nędzą i rozpaczą szarocienie wojennych ujęć. Nic jednak nie przebija tych, gdzie w ciemność siłą wdziera się ogień ukazując ludzkie bestialstwo. Czerwień krwi, wilgotność strumyków, zieleń drzew dających schronienie. Drobne elementy budujące cały klimat, całą realność tego filmu. Do tego dochodzi muzyka genialnego Mikołaja Trzaski... pełna zgrzytów, krzyków, mocnych uderzeń, która zadaje silne ciosy naszym zmysłom, wywołując drżenie każdej komórki naszego ciała.
     Młoda obsada aktorska filmu zachwyciła krytyków całego świata. Najwięcej pochwał zbiera Michalina Łabacz, która przechodzi niesamowitą przemianę w ciągu całego obrazu. Z niewinnej i uroczej dziewczyny zamienia się w starganą życiem i ludzkim okrucieństwem kobietę, która musi chronić nie tylko siebie, ale przede wszystkim swoje dzieci. Patrząc na nią ubrudzoną błotem i krwią, z wielką siłą trzymającą swoje dziecko przy piersi, każda matka dostrzeże siebie. Michalina Łabacz świetnie poradziła sobie z tą kreacją. Największym wyzwaniem w takich filmach zawsze jest zaangażowanie do produkcji dzieci. Niestety, historia ich nie oszczędza więc musiały pojawić się na planie. Nawet w tak okrutnych scenach. Reżyser zagwarantował jednak opiekę psychologa, aby najmłodsi mogli przepracować problem. Szkoda tylko, że nie ma takiej gwarancji dla widza, któremu sceny z dziećmi będą towarzyszyć już zawsze. 
Źródło: Galapagos Films
     Tak jak Polacy i Ukraińcy chcieliby zapomnieć o tych wydarzeniach, tak i ja chciałabym wyprzeć z głowy sceny, które zobaczyłam. „Wołyń” będzie mnie prześladował jeszcze wiele dni, za każdym razem gdy spoglądać będę na swojego synka otwierać będzie się ta rana w sercu, która zostanie na długo. Z pozoru niewinna produkcja, której punkt kulminacyjny przychodzi dopiero na pół godziny przed zakończeniem filmu, całkowicie szarga ludzkie nerwy. Wojciech Smarzowski stworzył chyba najważniejszy w swojej karierze film i zrobił to bez zbędnych melodramatów i bez cukru. Świetnie buduje napięcie przy wykorzystaniu surowych i brutalnych ujęć, które łączy z niezwykle przejmującą, zgrzytliwą muzyką, która działa na wyobraźnię i zmysły. Kończy tę masakrę bez fajerwerków, w zaciszu własnego serca i umysłu, pozostawiając widza z wielkim szokiem na twarzy i z problemem... jak teraz funkcjonować dalej.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Wołyń” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD oraz Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: Wołyń / Reżyseria: Wojciech Smarzowski / Scenariusz: Wojciech Smarzowski / Zdjęcia: Piotr Sobociński Jr. / Muzyka: Mikołaj Trzaska / Obsada: Michalina Łabacz, Arkadiusz Jakubik, Vasili Vasylyk, Adrian Zaremba, Izabela Kuna, Jacek Braciak, Maria Sobocińska, Oleksandr Zbarazkyi, Lech Dyblik, Roman Skorovskiy / Kraj: Polska / Gatunek: Dramat wojenny
Premiera kinowa: 23 września 2016 (Świat) 07 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 29 marca 2017

sobota, 15 kwietnia 2017

Książka #440: Ironia losu, aut. Katarzyna Misiołek

 
    Pochodząca z Krakowa autorka, Katarzyna Misiołek, już od trzech powieści szarpała za nasze emocje z ogromną zawziętością. Tworząc literaturę obyczajową i sięgając po coraz bardziej zaskakujące pomysły, w końcu musiała wziąć na warsztat jeden z najbardziej intymnych sekretów ludzi, ale wciąż najczęstszy z powodów rozwodów. Jej czwarta, z kolei, powieść o tytule „Ironia losu” oferuje historię z pozoru dość lekką, ale nie pozbawioną brutalnego realizmu.
     Marzena ma z pozoru szczęśliwe i proste życie- spokojna praca, cudowny dom i kochający mąż Hubert. Jednakże tylko z pozoru, bowiem bardzo często daje sobie zachwiać tę równowagę, gdy ukradkiem wymyka się na spotkanie ze swoim młodym kochankiem, dzięki któremu czuje się pożądana. Powoli dystansuje się od znajomych, a także i zapracowanego w szpitalu męża. Do czasu, gdy drzwi obok wprowadza się nowa sąsiadka- młoda i piękna Patrycja. Dzięki niej kobieta uzmysławia sobie co może stracić, choć wciąż nie może odpuścić sobie adrenaliny, którą dają jej potajemne schadzki z Jackiem.
     Jeszcze nigdy powieść Katarzyny Misiołek nie wprawiła mnie w taką konsternację. A przecież znam każdą jej książkę! Każdą jedną historię. I choć poznałyśmy się, gdy dotykała bardzo osobistego dla mnie tematu, tak tym razem poszło to o krok dalej- tym razem nie potrafiłam zrozumieć tej historii, a właściwie- zachowania głównej bohaterki, Marzeny. Tematyka zdrady zawsze jest bardzo śliska. W każdym kręgu, także czytelniczym, znajdzie się osoba zdradzona, zdradzana bądź znająca takie osoby. Jest to tak powszechny temat, że aż dziwnie błahy. Można nawet podejrzewać, że co drugie małżeństwo kończy się rozwodem z tego powodu. I choć da się zrozumieć dreszczyk emocji towarzyszący tajemnicy, schadzkom, czy nawet ryzyku nakrycia, tak aż takiego uzależnienia jakie pokazywała Marzena, już niekoniecznie. Zaniedbane kobiety popełniają głupstwa. Zaniedbani mężczyźni popełniają głupstwa. Rzadko z takich głupstw da się stworzyć coś dobrego, realnego i szczerego. Oczywisty jest więc finał wydarzeń w powieści, choć można było jeszcze bardziej „pojechać po bandzie”. Sięgnąć po naprawdę mroczny akcent ludzkiej psychiki. Pozostaje nam zaczytywać się w rozdartej duszy Marzeny i patrzeć jak z każdą kolejną stroną zatraca się w swoim kłamstwie trując nim wszystkich wokół.
      Autorka słynie jednak z nieoczywistych rozwiązań i sama przyznaje, że jej powieści nigdy nie kończą się w banalny sposób- czyli typowym happy endem dla romansów. Jednakże z „Ironią losu” to już lekka przesada. Oczywiście, fajnie, że historia rozwija się w wielu kierunkach, że nie skupia się jedynie na moralnych dylematach Marzeny. Autorka bardzo zgrabnie rozprawia się z mentalnością małych społeczeństw i wścibstwem sąsiadów, dając tym drugim pstryczka w nos i pokazując, gdzie jest ich miejsce. Dobrym pomysłem jest też poświęcenie uwagi drugiej istotnej postaci tej powieści, jaką jest Patrycja. To ona przyjmuje cios uformowany z ludzkiej obsesji, który powinien uderzyć w jej najlepszą przyjaciółkę- wtedy byłoby jeszcze dramatycznie. Jednakże to właśnie ona wnosi do historii spory bagaż doświadczeń więc i dostarcza wielu emocji.
      Patrząc na wielopłaszczyznowość najnowszej powieści Katarzyny Misiołek ciężko jest zrozumieć tak zaskakujący jej finał. Z jednej strony nieoczywistości są tu oczywiste, ale z drugiej... motyw ten pojawił się praktycznie znikąd. Nie mówiąc już o pokracznym zachowaniu Marzeny, która do tej pory wydawała się być względnie stabilna emocjonalnie, a przynajmniej psychicznie. Trochę zaburza to cały wizerunek tej postaci wykreowany przez te 400 stron. Nie do końca wykorzystany został również potencjał Jacka. Mógł być tutaj naprawdę ciekawą postacią, a poza drobnymi incydentami pozostał jedynie dosłowną odskocznią od najistotniejszych kwestii tej historii i głównych problemów Marzeny. Szkoda.
     Zazwyczaj kończąc lekturę pióra Katarzyny Misiołek rozpływam się w zachwytach. Za każdym razem uderzała w samo sedno, a książka wydawała się opowiadać moją własną historię. Jednakże „Ironia losu” oferuje coś zupełnie innego, daje możliwość wejścia w psychikę kobiety zdradzającej i tym jak próbuje żyć z tak przytłaczającym sekretem. Autorka porusza temat tak osobisty, że aż prosiło się, aby pokazać go właśnie od tej strony. Dobrze jednak, że nie jest to jedyny wątek w tej powieści. Znajdziemy tutaj elementy obsesyjnej miłości, skrajnej rozpaczy, a nawet i kobiecej przyjaźni. Szkoda tylko, że niektóre z wątków potraktowane są po macoszemu. Pojawiając się tylko po to, aby wypełnić historię, być dopowiedzeniem dającym pewną ciągłość fabularną, ale nie będącym na tyle frapującym, aby zakończyć go we właściwy sposób. I choć wciąż jestem rozdarta- nawet po kilku dniach od lektury, i choć jestem zaskoczona finałem, jego nieoczywistym pojawieniem się, i choć wciąż nie do końca rozumiem dlaczego, to jednak spędziłam przyjemne chwile podczas potajemnych schadzek z tą książką.


Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa MUZA!

muza.com.pl


Tytuł oryginalny: Ironia losu / Redakcja: Małgorzata Bułakiewicz / Wydawca: MUZA / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-287-0570-8 / Ilość stron: 416 / Format: 130x200mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 11 kwietnia 2017

Książka #439: Akademia antypatii, aut. Lemony Snicket

     Piąta księga przygód rodzeństwa Baudelaire. Lektura, która fascynuje młodych na całym świecie, doczekała się aż 13 tomów. Jak więc widać, nie jestem nawet w połowie, a „Seria niefortunnych zdarzeń” stała się irytująca. Muszę jednak przyznać, że w „Akademii antypatii” ani razu nie padło słowo „wizytówka” i nie było głupawych rozkmin w tym stylu. Czyżby droga ku lepszemu?
     Sierotki Baudelaire- Wioletka, Klaus i Słoneczko, tym razem nie trafiają do nowego opiekuna. Zostają za to umieszczone w szkole z internatem imienia Prufrocka. Tam mają się pilnie uczyć, a dyrektor ma zapewniać im bezpieczeństwo przed zbiegłym Hrabią Olafem, który czyha tylko na ich majątek. Niestety, obietnice obietnicami, ale sierotkom wcale nie jest tam ani tak dobrze, ani bezpiecznie jak mogłoby się wydawać. Jednakże pomimo nieprzyjemności jakich zaznają ze strony okropnej Karmelity Plujko, a także poniżej od strony wicedyrektora, udaje im się odnaleźć przyjaciół w osobach trojaczków Bagiennych. Oczywiście, sielanka nie trwa zbyt długo, gdy u progu szkoły staje nowy nauczyciel w-fu.
      Trzeba przyznać Lemony'emu Snicketowi- potrafi sfrustrować czytelnika do granic możliwości. Aczkolwiek błędem może być też nadrabianie wszystkich kolejnych tomów jego powieści w tak krótkich odstępach czasowych, kiedy schematyczność aż bije po oczach, a infantylność ciężka jest do przetrawienia. Prawdę mówiąc, „Akademia antypatii” trochę tutaj wybija się na tle poprzedników. Już sam fakt nieposiadania opiekuna frapuje z każdą kolejną chwilą, gdyż im głębiej w lekturę, tym bardziej odczuwalny staje się owy brak. Sierotki zostają poddane najrozmaitszym próbom, które wystawiają na próbę ich cierpliwość, ale też i zdrowie. Nikt normalny nie wytrzymałby absurdów szkoły, w której przyszło im się uczyć. Od dziwacznych kar za spóźnianie się na lekcje, poprzez obowiązek uczestnictwa w sześciogodzinnym recitalu wicedyrektora, który zamiast melodii wydobywa ze swych skrzypiec kakofonię dźwięku, aż po przydzieleniu najbardziej dziwacznego obowiązku małemu dzieciątku, jakim jest Słoneczko. Absurd goni absurd, a groteskowość całej opowieści jest na tyle widoczna, że ciężko jest się z nią pogodzić. Szczęśliwie, w tym całym bajzlu i nagromadzeniu dziwaczności zjawiają się dwa promyczki nadziei, czyli trojaczki Bagienne. Nie jest to oczywiście żadna pomyłka, bowiem Bagienni przypominają bardzo Baudelaire swoją sytuacją życiową, z tym, że byli trojaczkami, gdyż ich malutki braciszek zginął w pożarze. O! Lampka się zapala. Uważacie, że to dziwaczny zbieg okoliczności, że historia Bagiennych jest tak bardzo podobna do historii naszych sierotek? No cóż... niestety będzie miało swój dramatyczny finał, którego można się bez problemu domyślić, gdy tylko poznajemy nowe rodzeństwo.
      A jak tym razem mają się czarne charaktery? Całkiem dobrze, powiedzmy. Najwięcej nieprzyjemności naszym dzieciakom daje wicedyrektor, który jest chyba najgorszym człowiekiem i pedagogiem, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Zapatrzony w siebie, przekonany o swojej świetności, a jego domniemany talent nie umywa się nawet do zdolności najgorszych grajków. Przedrzeźniacz, którego strategia jest tak bardzo irytująca, że aż dziw bierze jak sierotki były w stanie to znosić. Zachowanie, jak u pięciolatka, nie ma co! Mogliby sobie podać rękę z nauczycielem Dżingisem. W końcu to najbardziej złowieszczy czarny charakter książkowy EVER! Pazerny na cudze majątki i co ciekawe... nie tylko sierotek Baudelaire. W interesującym kierunku podąża rozwój jego osoby, a tak naprawdę odkrywanie jego wcześniejszych występków, które jedynie przekonają nas we wcześniejszym stwierdzeniu, że Hrabia Olaf złym człowiekiem jest. Aż interesujące, co z tego może wyniknąć dalej.
     „Akademia antypatii” zawodzi na swój sposób, ale z zupełnie odmiennych powodów potrafi również zaskoczyć. Standardowo powiela schemat, ale to już wiadome i raczej trzeba się oswoić z myślą, że inaczej nie będzie. Jednakże pojawia się tutaj kilka motywów, które na nowo starają się rozbujać fabułę. Nowi bohaterowie- i negatywni i pozytywni, a ci drudzy tak, jakby mieli zawitać na odrobinę dłużej. Zaskakujący rozwój wydarzeń, który co prawda dałoby się przewidzieć wcześniej, ale przecież i tak przynoszą frajdę. Interesująca, już nie tak bardzo banalna, ale zastanawiająca w niektórych uderzeniach w czytelnika. Nie kończy się w sposób, taki jak pozostałe tomy. Aż ciekawość bierze, co to się pojawi w następnym tomie.

Ocena: 3/6

Tytuł oryginalny: The Austere Academy / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-1695-1 / Ilość stron: 248 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2000 (Świat), 2003 (Polska)

środa, 5 kwietnia 2017

1223. Doktor Strange, reż. Scott Derrickson

     Epoka filmowego uniwersum Marvela trwa w najlepsze. Wielkimi krokami zbliżamy się do „Infinity War” więc studio musi się spieszyć z wprowadzaniem nowych bohaterów, którzy mają się pojawić w starciu Avengers z Thanosem. „Doktor Strange” jest jedną z bardziej enigmatycznych postaci, równie zapatrzoną w siebie jak Iron Man, a film o nim jest jeszcze bardziej strange niż on sam. Scott Derrickson też jest w sumie strange. Tak samo, jak i dwa jego wcześniejsze horrory.
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Stephen Strange (Benedict Cumberbatch) jest jednym z najgenialniejszych neurochirurgów jakiego widział świat, widząc ratunek tam, gdzie inni spisali pacjenta na straty. Niestety, ulega poważnemu wypadkowi, który uszkadza nerwy w jego rękach- wyrok jest okrutny, neurochirurgia musi odejść w zapomnienie. Szukając pomocy trafia do Nepalu, gdzie trenując pod czujnym okiem Starożytnej (Tilda Swinton) próbuje sięgnąć dalej niż ludzki umysł i wziąć w posiadanie kosmiczną materie, która wspomoże jego leczenie. Nieoczekiwanie znajdzie się pośrodku wojny z byłym mistrzem Kaeciliusem (Mads Mikkelsen), który chce sprowadzić do naszego świata złego i bezdusznego pożeracza światów.
      Po raz pierwszy od czasu „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz” pojawił się u mnie problem z przetrawieniem filmu Marvela. Zapytacie, ale jak to?! Ty... Geek Marvela ma mieszane uczucia co do seansu z udziałem tak genialnej postaci jak Doktor Strange?! Zaskakujące, ale prawdziwe. W szczególności, że sama produkcja ma bardzo wiele płaszczyzn, z czego jedna przemawia do mnie bardziej, druga już zdecydowanie mniej. „Doktor Strange” bowiem okazał się być swoistym- ciekawym, acz bardzo... dziwnym, połączeniem „House'a”, „Incepcji” i „Siedem lat w Tybecie”. I jak etap neurochirurgicznych poczynań tego Strange'a uważam za całkiem fascynujące, a w dodatku uznaję go za naprawdę wkurzającą, acz intrygującą postać, tak etapu joginistycznego nie potrafię ogarnąć. Całkowicie naciągany wydaje mi się wątek projekcji astralnych, czakr i innych dziwnych reinkarnacji- tak jak tytułowy bohater, jestem totalnie ograniczona rozumowo w tym zakresie. Nie przyjmuję do wiadomości takich możliwości, a tym bardziej w wykonaniu Marvela, który ostro pojechał po bandzie. Atrakcje rodem z „Incepcji” choć spektakularne, wydają się być bezsensowne. Dzięki nim mamy tutaj troszkę akcji, kiedy w końcu skończą się te filozoficzne treningi i rozważania. Twórcy nie stronią również od humoru. Rozbrajające są akcje z lewitującą pelerynką, a i nawet najbardziej makabryczna sekwencja rozluźniona została lekkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
     Strange, jedno słowo, które idealnie opisuje wrażenia po tym filmie- także wizualne, o dziwo. Tutaj w najbardziej absurdalnych momentach przypomina odrobinę „Ant-Mana”- w jego najbardziej absurdalnych wizualnie scenach. Po prostu... było to za ciężkie, zbyt przytłaczające, co nie oznacza, że nie piękne. Łamanie Nowego Jorku, aż za bardzo przypomina ujęcia z „Incepcji”. Spektakularne, zachwycające i konieczne do obejrzenia w 3D. Może wtedy jakaś ściana biurowca nas przygniecie dla podsycenia atmosfery. Wygląda to jednak bardzo poprawnie, bardzo gładko i o dziwo... realistycznie. Jak na typową marvelową bajeczkę przystało nie zabrakło i malowniczym detali. Te niekoniecznie trafiają w gusta. Główny boss, z którym przychodzi zmierzyć się naszym protagonistom wygląda jeszcze gorzej niż Thanos, a te wszędobylskie obłoczki z materii są komicznie kolorowe. Dziwnie wygląda również wątek astralny. Serio. Dziwnie. Po prostu. Niby ładnie, ale zbyt przesadnie. Efekty są więc na przyzwoitym poziomie, w szczególności, gdy skupiają się na tworzeniu rozetek z kamienic.
     To co naprawdę jest tutaj wyjątkowe, to muzyka Michaela Giacchino. To co ten człowiek robi z dźwiękami jest obezwładniające. Idealnie podkreślające atmosferę, dramatyzm i waleczność kolejnych scen. Podsyca mistyczną atmosferę, nadaje duchowości, a także orientalności. Każdy jeden dźwięk stopniuje napięcie i wyzwala skrywane emocje. Jest czym się zachwycić. Zdecydowanie!
Źródło: Galapagos Films
     Doktor Strange nie jest jakimś niezwykłym superbohaterem. Jego moc nie wynika z tego, że ugryzł go pająk, albo pijawka, która pojawiła się w rzeczce. Nie natchnęło go, kiedy uległ wypadkowi, a uderzenie nie przestawiło mu kręgu, odblokowując magiczną klepkę w mózgu odpowiadającą za czary. Wszystko to zostaje przez niego przestudiowane i wyuczone. Więc skoro supermocą Batmana jest to, że jest bogaty, tak u Strange'a jest to genialny umysł. W tej roli pojawia się Sherlock Holmes, który idealnie się tutaj sprawdza. Benedict miał więc już do czynienia z trochę separacyjnym umysłem, który się wielbi za jego wielkość, ale nie pomaga w pokochaniu go. Zapatrzony w siebie, uważający się za Boga. Przystojny, ale lekko chamowaty. Och, zupełnie jak Tony Stark- ten na szczęście się ogarnął, może w końcu dojrzał. W opozycji do niego stawia się bohaterów całkiem wyblakłych. Na ich czele stoi Rachel McAdams, która niby jest, a równie dobrze mogłoby jej nie być. Lepszy duet udało się Cumberbatchowi stworzyć z lewitującą pelerynką. Miło było znowu popatrzeć na Madsa Mikkelsena, a Tilda Swinton idealnie wpasowała się urodą w Starożytną mniszkę.
Źródło: Galapagos Films
     „Doktor Strange” to film, wobec którego mam naprawdę mieszane uczucia. Typowe rozdarcie pomiędzy byciem wiernym fanem Marvela, świetną postacią i dość niemrawą akcją. Pierwsza połowa za bardzo monotonna, ale szybko nabiera rozpędu, aby doprowadzić widza do zaskakującego finału. Za dużo tutaj nawiązań do innych obrazów, za dużo warstw filmu, które o dziwo tworzą spójną całość. Pomimo wszystko jest to interesująca historia z rewelacyjnymi rozwiązaniami wizualnymi. Ciekawe zabawy z czasem, przestrzenią oraz materią, zabarwione humorem w idealnej wręcz proporcji. Postaci mogłyby być bardziej zaangażowane w relacje z innymi bohaterami, ale za czerwoną pelerynkę, która wybrała Stephena Strange'a, niczym różdżka Olivandera postawiła na Harry'ego Pottera, zdecydowanie na plus. Rozdarcie trwa, nawet po dwóch seansach.


Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Doktor Strange” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D. Tę ostatnią można otrzymać również w Steelbooku.


Oryginalny tytuł: Doctor Strange / Reżyseria: Scott Derrickson / Scenariusz: Scott Derrickson, C. Robert Cargilll, Jon Spaihts / Na podstawie: komiksu Steve'a Ditko / Zdjęcia: Ben Davis / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Benedict Cumberbatch, Chiwetel Ejiofor, Rachel McAdams, Benedict Wong, Tilda Swinton, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Przygoda, Sci-Fi
Premiera kinowa: 22 września 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)
Premiera DVD: 15 marca 2017