NOWOŚCI

Najnowsze teksty

czwartek, 21 września 2017

1238. Kong: Wyspa Czaszki, reż. Jordan Vogt-Roberts

     Swoje pierwsze kroki na wielkim ekranie stawiał w 1933 roku. Od tamtej pory siał zamęt i zniszczenie w Nowym Jorku, bowiem to tam upatrzył sobie wysoką Empire State Buidling, gdzie zabierał na małe randez-vous urocze blondyneczki. Jednakże wraz z XXI wiekiem wielki goryl z tajemniczej wyspy dokonuje wielkich zmian w ludzkim światopoglądzie, bo nie dość, że stracił głowę dla szatynki, to w dodatku nie dał się zaciągnąć na zamurowany ląd. Jordan Vogt-Roberts, obiecujący reżyser młodego pokolenia, zabiera nas w niesamowitą podróż po najcudowniejszych zakątkach świata, abyśmy mogli na własne oczy zobaczyć sekrety, które „skrywa” nasza planeta w najnowszym filmie „Kong: Wyspa Czaszki”.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Czasy Zimnej Wojny, kiedy to Stany Zjednoczone walczyły o władzę z Rosją. Chcąc ubiec swoich rywali Rząd amerykański postanawia wysłać ekipę badaczy na nowo odkrytą wyspę, aby móc szczycić się tym, co tam odnajdą. Wyprawie przewodzi agent Bill Randa (John Goodman), który wraz z najlepszym tropicielem- kapitanem Jamesem Conradem (Tom Hiddleston), fotoreporterką wojenną (Brie Larson), a także ekipą żołnierzy dowodzoną przez podpułkownika Packarda (Samuel L. Jackson) dostają się na wyspę, która dotychczas pozostawała niewidoczna dla ludzkiego oka. Jednakże już na starcie badania geologiczne zamieniają się w walkę o przetrwanie, gdy podróżnikom przyjdzie stawić czoło mitycznym stworzeniom zamieszkującym wyspę, a także... ich królem!
     Po filmie „Kong: Wyspa Czaszki” spodziewać można się było wszystkiego. Jednakże biorąc pod uwagę to, co dostawaliśmy do tej pory, niewielu raczej oczekiwało takiego fantastycznego filmu, przy którym można się znakomicie bawić. Owszem, twórcy nie unikają klasycznego problemu z przewidywalnością scenariusza, jednakże rozrywka jaką dostarczają zdecydowanie rekompensuje wszelkie mankamenty. Powracamy do początków wielkiego potworasa. W końcu wiemy skąd się wziął i dlaczego był tak bardzo wzburzony przez większość swojego filmowego życia. Nadal nie pojmujemy sentymentu do kobiet, bo jakoś ciężko jest to podciągnąć pod matczyną problematykę- ze względu na rozbieżność rozmiarów, ale kto tam zrozumie goryla. Świetnie za to pokazuje się schematyczność działania określonych typów bohaterów- zawsze jakiś teoretycznie niczego nieświadomy odkrywca, zawsze jakiś wybawiciel dzięki któremu spora część ekipy przetrwa starcie z drapieżnikiem, tudzież zabójczymi Czaszkołazami (nazwa głupia, ale fajnie brzmi!), no i zawsze też trzeba w takich rozgrywkach upchać narwańca, który ma ochotę zrównać z ziemią całą wyspę, bo głupia duże coś zabiło mu żołnierzy. Oczywiście, ten ostatni typek ma ciekawą psychologiczną postawę, którą osobiście lubię nazwać mianem zboczenia zawodowego, czy też swoistego pracoholizmu. Na szczęście, dzięki materiałom znajdującym się nawet na wydaniu DVD poznamy wyciętą scenę, która jeszcze dokładniej wyjaśnia takie pokrętne zachowanie Packarda wobec Chapmana.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
Bardzo fajnym pomysłem okazało się rozdzielenie ekipy podróżników, z czego każdy mierzył się z innymi „problemami”, ale ostatecznie wszyscy stanęli przed jednym- wynośmy-się-stąd-w-cholerę problemem. Standardowo w filmie przygodowym bohaterowie sami muszą się prosić o dodatkowe atrakcje przywołujące widza o mikro zawały serca, więc rozrywka jest tutaj zapewniona począwszy od humoru, przez gigantyczne napięcie, aż na wzruszeniach kończywszy. Dlatego tak wspaniałym jest tutaj załączenie dodatkowego wątku, który czai się pobocznie, pomimo tego że jest jednocześnie otwarciem, co i zakończeniem całego obrazu. 
     Wiele wcieleń króla Konga widzieliśmy dotychczas. Jedne były bardziej straszne, inne mniej śmieszne, a ten spod skrzydeł Jordana Vogt-Robertsa jest po prostu najbardziej realistyczną istoto człekopodobną jaka stąpała po ekranie kinowym. Jest to najlepiej wykreowany Kong, z jakim przyszło mi się zapoznać. Nie dość, że wygląda dostojnie, to w dodatku zachowania ma jednocześnie ludzkie oraz zwierzęce. Z pewnością ekipa, która pracowała nad ostatecznym wyglądem Konga przez półtora roku nie zmarnowała tego czasu. Zdecydowanie można powiedzieć, że jest to najbardziej realistyczna małpa w kinie, oczywiście poza tymi żywymi małpami. Oddano każdy jej ruch i rzeczywiście wygląda jak żywa. Dodatkowo je zachowania, jej delikatność wobec Weaver, drapieżność wobec innych bestii, czy zacięta rywalizacja względem Packarda- czynią ją najbardziej ludzką z ludzkich małp.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Pamiętać trzeba jednak, że „Wyspa Czaszki” to nie tylko Kong. Król bowiem chroni równowagę tej wspaniałej pływającej skały przed okrutnymi istotami. Potwory najrozmaitsze od wodnych bawołów, przez gigantyczne pająki o odnóżach mylących się z bambusami dopóki nie przebiją nam gardła, aż po dziwaczne jaszczurki o jęzorach tak długich, że nie ma przed nimi ucieczki. Aż przykre, że zamieszkują tak specjalne. A są to miejsca niezwykle cudowne, bowiem zdjęcia robiono zarówno w australijskich lasach, jak i wietnamskich dżunglach. Ukazują całe piękno tych miejsc, jednocześnie podsycając klimat całej opowieści. Bardzo dużym atutem tego obrazu są same zdjęcia i zabawa kamerą. Można wręcz powiedzieć, że wykorzystano możliwości scen do samego końca. Dlatego tak bardzo genialne są wszystkie ujęcia Konga na tle zachodzącego słońca, ale największe wrażenie robi pierwszy atak i ujęcia z wewnątrz śmigłowca. Genialna zabawa, genialnie zrealizowane zdjęcia i świetna perspektywa nadająca realności. Dzięki takim zabiegom widz o wiele szybciej angażuje się w całą historię i staje się uczestnikiem wyprawy. Takie rzeczy tylko w kinie, o ile kogoś nie kręcą faktyczne wyprawy!
     Po swoich przygodach w filmie „Thor” nie wydaje się, aby ktokolwiek lepiej nadawał się do roli tropiciela jak sam Tom Hiddlestone w towarzystwie swojego brytyjskiego akcentu. Na ekranie towarzyszy mu ostatni z możliwych wyborów, który okazuje się być bardzo trafionym, czyli sama zdobywczyni Oscara Brie Larson. Duet bardzo zgrany, świetnie się dogadujący i rewelacyjnie wyglądający razem na ekranie. Pobić ich może jedynie duet Brie-Kong. Znowu cudownie jest zobaczyć Johna Goodmana w jakimś całkiem ciekawym filmie i to w nawet zaskakującej roli. Jednakże ciepło niezmiennie od niego bije więc chyba pozostaje moim filmowym faworytem na wiele wiele lat. Samuel L. Jackson oczywiście bez większych zaskoczeń. Standardowo narwany, standardowo hałaśliwy i standardowo rozwalę-ci-zaraz-łeb. Rola wręcz stworzona dla niego, ale jak sobie człowiek pomyśli, że tym wojskowym mógłby zostać sam J.K. Simmons i przypomni sobie jego rolę w „Whiplash” to stwierdzi, że mogłoby to być minimalnie lepszym wyborem.
http://www.wbep.pl/
Źródło: Warner Bros.
     Zaskakujące w „Kong: Wyspa Czaszki” jest to, że przyjemnie się patrzyło na ten film. Pomimo tak wielu pokracznych pokrak, które zobaczyliśmy na ekranie, pomimo wielu absurdów, które z łatwością można byłoby wyśmiać trzeba stwierdzić, że jest to rasowe kino przygodowe z nutką romansu i grozy w tle. Przede wszystkim jest to bardzo dobrze zrealizowany obraz, który na długo zagości w pamięci. Nie stanowi może zbyt wielkiego pola do rozważań, ale nie jest to główny cel blockbusterów. Nie oznacza to jednak, że nie zwraca uwagi na problematyki osamotnienia potworów, czy też żołnierzy naznaczonych piętnem wojny. Zdecydowanie faworyt do obejrzenia nawet z całą rodziną o każdej porze dnia i nocy. W szczególności, że majestatyczny i z pozoru groźny Kong wzbudza jak najbardziej przyjacielskie uczucia.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD "Kong: Wyspa Czaszki" - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray, a także w wersji Blu-Ray 3D oraz 4K HD. 

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Kong. Skull Island / Reżyseria: Jordan Vogt-Roberts / Scenariusz: Max Borenstein, Dan Gilroy, Derek Connolly / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Tom Hiddleston, Samuel L. Jackson, Brie Larson, John C. Reilly, John Goodman, Corey Hawkins, Tian Jing, John Ortiz / Kraj: USA, Kanada, Chiny, Wietnam, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 28 lutego 2017 (Świat) 10 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 30 sierpnia 2017

poniedziałek, 4 września 2017

1237. Piękna i Bestia, reż. Bill Condon

     Magiczne to uczucie móc przeżywać te same emocje, których doznawało się za dziecka. Pokolenie wychowane na bajkach Disneya ma ostatnimi czasy prawdziwą uciechę, kiedy to ich ulubiona wytwórnia wypuszcza na ekrany unowocześnione i jak najbardziej żywe reprodukcje znanych i ukochanych historii. Spośród tak wielu, to „Piękna i Bestia” zasługuje na szczególną uwagę. Oczarowała nas przed laty i ponownie czaruje- scenografią, nowymi piosenkami, a także... niesamowitą obsadą. Miłość odżywa, nie tylko na ekranie, ale również w naszych sercach.
Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Bella (Emma Watson), bez matki, ale za to z najbardziej natrętnym adoratorem w mieście. Powszechnie uznawana za „dziwną”, ale również niesamowicie piękną skradła serce Gastonowi (Luke Evans). Kiedy jej ojciec zostaje pojmany przez straszliwą bestię i uwięziony w mrocznym pałacu za kradzież róży, bez mrugnięcia okiem zajmuje jego miejsce za kratami. Początkowo okrutny i agresywny książę zaklęty w Bestię, szybko zmienia swoje oblicze kiedy wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności wzajemnie ratują sobie z Bellą życie. Od tamtej chwili stają się nierozłączni, a zarówno dla Bestii, jak i jego przyjaciół zaklętych w pałacowe sprzęty użytkowe pojawia się nadzieja na zdjęcie straszliwego czaru zanim opadnie ostatni płatek róży.
     Historia „Pięknej i Bestii” jest wciąż żywa. Wciąż niesie za sobą ponadczasowe przesłanie, które sprawdzało się kilka wieków temu, sprawdzające się również i teraz. Opowieść o miłości do pozazdroszczenia, o miłości ponad podziałami i pomimo wszelakich przeszkód- z czego największą jest straszliwa klątwa rzucona na przystojnego księcia, a czyniącego z niego przerażającą Bestię. To też film dający pstryczka w nos narcyzmowi, ale uaktualniona do współczesnych wciąż problematycznych tematów LGBT. I choć można by się przyczepić do tych minimalnych zmian fabularnych w filmie, to nie można im zarzucić bezcelowości, czy braku logiki. Rewelacyjnym pomysłem staje się odnowiona wersja wstępu do filmu i przedstawienie historii Bestii, rozszerzenie wizyty Maurycego w zamku Bestii, a jeszcze bardziej genialnie wypada jeden z prezentów od wróżki, który rzuca zupełnie nowe światło na postać Belli, która dotychczas była taka, bo tak! Wszystkie te udoskonalone wydarzenia stają się idealnym tłem na urozmaicenie filmowych postaci. Dodają im dramatyzmu u finału historii, gdzie twórcy postanowili pójść o krok dalej niż ci od animacji z 1991 roku. Jednakże najbardziej magiczne w tym filmie jest zobaczenie cudowności, jakie oferuje współczesne kino, a które było mocno ograniczone na poziomie animacji. Sceny wyczekiwane przez nas przez lata, upragnione do obejrzenia na wielkim ekranie, upamiętnione przez prawdziwe kamery i, co oczywiste, efekty grafiki komputerowej, które robią spektakularne wrażenie.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie tego na wielkim ekranie kinowym, a potem ponownie przeżywanie tych emocji w domowym zaciszu jest prawdziwym wydarzeniem. Wizualnie film dopieszczony jest pod każdym możliwym względem. Co prawda dogłaszczanie Bestii poszło w niebezpiecznym kierunku, momentami zakrawając o pewną przesadę, ale i tak nie zmienia faktu, że idealnie komponował się do całego wizerunku filmu i tego osiemastowiecznego obrazu Francji. Przepiękne scenografie pełne zamkowego przepychu, postawione naprzeciw subtelności zwyczajnej prowincji. Wszystkie lokalizacji niesamowicie malownicze i jakże magiczne, z tymi okwieconymi polanami, zaśnieżonymi lasami, czy oświetlonymi blaskiem świec pałacowymi korytarzami i salami. Na tym tle dzieją się rzeczy niezwykłe. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali sceny obiadowej będącej kwintesencją całej magii filmu, gdzie efekty leją się strumieniami, a widz chyba tylko cudem nie doznaje oczopląsu. I tylko tańczącej w rytm muzyki Belli zabrakło w tym wydaniu. Wszyscy z zapartym tchem spoglądali na scenę na sali balowej, która jak najbardziej spełniła oczekiwania nie tylko emocjonalne, ale również i wizualne. Udana zabawa światłem i cieniem, i złotem, i chabrem. Cudowności! Kostiumolodzy również nie próżnowali. Naszych bohaterów obdarzyli najpiękniejszymi strojami, jakie można było zobaczyć w filmach fabularyzowanych na podstawie klasycznych animacji. Nowy wizerunek Belli zachwycał i dodawał jej lekkiego pazura. Złota suknia balowa stała się jeszcze bardziej złota niż można było sobie wyobrazić! Dla panów również skapnęło kilka przepięknych kombinacji, a zważywszy na czasy osiemnastowiecznej Francji, w których to akcja się toczy, twórcy mogli puścić wodze fantazji materiałowej i kolorystycznej, i wspaniale ubrać zarówno księcia, jak i Bestię, a nawet i nieokiełznanego Gastona, który prezentował się o wiele lepiej niż w wersji animowanej.
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” miała chyba najbardziej zachwycającą muzykę i piosenki ze wszystkich animacji Disneya. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Oprawa muzyczna ponownie wynosi film na wyżyny, a my ponownie usłyszymy najbardziej ulubione motywy. Gdyby tego było mało powracają również kultowe piosenki, w całkiem ciekawym brzmieniu w wykonaniu aktorów („Belle” w wersji Emmy Watson, czy chociażby „Be Our Guest” a'la Ewan McGregor), a także odrobinę urozmaicone, jak w przypadku „Gaston”. Jednakże to co najbardziej zachwyca to zupełnie nowe utwory, które z marszu wpadają w ucho i stają się jednością z pozostałymi. Subtelność Kevina Claine'a śpiewającego „How Does a Moment Last Forever”, czy niezwykle przejmujący aranż Dana Stevensa w piosence „Evermore”. Pojawił się jednak pewien koszmarek, który jest ledwo znośny w oryginale, a całkowicie nie do strawienia w wersji polskiej w głosie Małgorzaty Walewskiej. „Aria”, o tobie mówię! I to nie dlatego, że nie przepadam za operami, to po prostu strasznie odstaje od reszty. Szczęśliwie jednak dla całego filmu tragedia ta ma miejsce u początku seansu więc szybko zostaje zgnieciona przez pozostałe genialne utwory.
Źródło: Galapagos Films
     Czasami chciałoby się zapomnieć o tym, że niektóre produkcje filmowe zostają zmasakrowane dubbingiem. Nigdy nie rozumiałam sensu podkładania głosu do filmu, gdzie przecież patrzymy na żywych ludzi i w większości sytuacjach wiemy, jak brzmią ich głosy. Cóż. Dlatego wspaniałością jest posiadanie własnego egzemplarza filmu, gdzie będzie można wybrać wersję w jakiej chce się go obejrzeć. Widząc „Piękną i Bestię” w obu wersjach stwierdzam, że oryginał wypada milion razy lepiej! Po prostu. Luke Evans jest totalnie seksowny, a jednocześnie denerwujący w swoim lukeowoevansowym brzmieniu i wyglądzie. Emma Watson wciąż jest odrobinę beznamiętna, ale za to wyjątkowo piękna w wersji a'la Bella. Natomiast Dan Stevens to zupełnie inny przypadek. Ja wiem, że wiele kobiet zachwycało się jego personą po seansie „Gość”, ale osobiście nie uznaję go za wyjątkowo pięknego. Jak dla mnie wygląda na lekkiego szaleńca, co podkreśla jedynie słuszność wyboru go do roli Davida w serialu „Legion”. To tylko podkreślało wrażenia obłąkania, kiedy w końcu ujrzeliśmy jego niebestyjne lico!
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” nie jest tym filmem sprzed lat. Brak mu tego czegoś, co sprawia, że seans jest momentami dość męczący. Może powód kryje się w przydługich wstępach, przeładowaniu wątkami, czy licznymi zmianami wprowadzonymi przez nowych scenarzystów, a może po prostu zbyt wielkie emocje łączą nas z poprzednikiem. Wciąż pamiętam cudowną oryginalną wersję animacji, nieprzykrytą polskim dubbingiem, a jedynie lektorem. Pamiętam tę niesamowitą kreskę, tutaj zastąpioną efektami komputerowymi, które robią nie mniejsze wrażenie. Nadal zachwycają piosenki, które pokochał cały świat i cały świat nuci pod nosem. Wielbiciele wersji Kirka Wise'a i Gary'ego Trousdale (w tym ja) mogą być jednak zadowoleni z tego, co zrobił Bill Condon. Wniósł współczesnej świeżości do tej klasycznej historii, nadając jej zupełnie nowym wymiar i pokazując bohaterów w zupełnie innym świetle.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Piękna i Bestia” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray

Oryginalny tytuł: Beauty and the Beast / Reżyseria: Bill Condon / Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos / Zdjęcia: Tobias A. Schliessler / Muzyka: Alan Menken / Obsada: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Kevin Kline, Josh Gad, Ewan McGregor, Ian McKellen, Emma Thompson / Dubbing polski: Olga Kalicka, Kamil Kula, Damian Aleksander, Krzysztof Dracz, Jacek Bończyk, Marian Opania, Małgorzata Walewska / Kraj: USA / Gatunek: Romans, Musical, Fantasy
Premiera kinowa: 23 lutego 2017 (Świat) 17 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 17 sierpnia 2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

GeeKolekcja #84: Drugi kwartał wspaniałości

     Stwierdzam, że sporządzanie zestawienia zdobyczy raz na cztery miesiące, to jakaś porażka. Nie dość, że człowiek nie pamięta co nabył w jakim czasie, to dodatkowo musi nadrabiać w fotografowaniu tych zapominajek. Nie mniej...
    Postanowiłam ograniczyć zarówno zakup książek, jak i egzemplarze do recenzji na rzecz nadrabiania zaległości. Tym sposobem kilka starych pozycji znalazło nowe domy, a ja mogłam poczytać podczas pobytu w szpitalu i rekonwalescencji po operacji. Filmów pojawiło się więcej, w szczególności, że na Facebooku pojawiła się grupa umożliwiająca sprzedaż i wymianę płyt DVD i innych. Fajna sprawa, sama nad nią myślałam. Poza tym sami rozumiecie... wyprzedaże w Biedronce naprawdę robią robotę. Do tego wzbogaciłam kolekcję zakładek, a także gadżetów filmowo-serialowych (czytaj: kolekcję FunkoPop!). Wygrałam nawet, co nieco w konkursie. Co prawda wciąż czekam na wymianę bluzy na większą, ale... 

Poniżej możecie pooglądać cudeńka. 



1. Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks, aut. Jan Brzechwa - egzemplarz recenzencki od Naszej Księgarni
2. Królewna Śnieżka u krasnoludków, aut. Gabriela Mistral - j.w.
3. Kopciuszek, aut. Gabriela Mistral - j.w.
4. Apollo i boskie próby. Mroczna przepowiednia, aut. Rick Riordan - zakup u Galerii Książki
5. Noc Oczyszczenia: Czas wyboru, reż. James DeMonaco - na promocji w Biedronce
6. Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka, reż. Rob Cohen - j.w.


7. Przekleństwo Soni, aut. Kathryn Purdie - przedpremierowy zakup u Moondrive wraz z zakładką magnetyczną i dołączoną gratis bransoletką książkoholika,
8. Illuminae, aut. Amie Kaufman, Jay Kristoff - przedpremierowy zakup u Moondrive (cegiełka Deluxe) wraz z zestawem gadżetów, tj. przypinką, zakładkami, naklejkami, pocztówkami, torbą oraz plecakiem,


9. Gizelle. Moje życie z bardzo dużym psem, aut. Lauren Fern Watt - egzemplarz od HarperCollins 
10. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates - prezent od Galapagos Films
11. Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie, reż. Gareth Edwards - egzemplarz od Galapagos Films
12. Vaiana: Skarb oceanu, reż. Ron Clements, John Musker - j.w.
13. Anioły i Demony, reż. Ron Howard - na promocji w Biedronce
14. X-Men: Przeszłość, która nadejdzie, reż. Bryan Singer - j.w.
15. Niesamowity SpiderMan, reż. Marc Webb - j.w.
16. Niesamowity Spiderman 2, reż. Marc Webb - j.w.


17. Confess, aut. Colleen Hoover - zakupy u niePrzeczytane.pl
18. Charlie Ciuch-Ciuch, aut. Beryl Evans - j.w.
19. Światło, które utraciliśmy, aut. Jill Santopolo - j.w.
20. Moulin Rouge!, reż. Baz Luhrmann - zakup na FB
21. Piąty element, reż. Luc Besson - j.w.
22. Jak wytresować smoka, reż. Dean DeBlois, Chris Sanders- j.w.
23. Jak wytresować smoka 2, reż. Dean DeBlois - j.w.
24. Lego. Batman, reż. Chris McKay - egzemplarz od Galapagos Films


 25. Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile, aut. Katy Colins - egzemplarz od HarperCollins
26. Indeks szczęścia. Juniper Lemon, aut. Julie Israel - wymiana na Lubimy Czytać

27. Nowy początek, reż. Denis Villeneuve - zakup na promocji w Empiku
28. Transformers: Wiek zagłady, reż. Michael Bay - j.w.
29. Piękna i Bestia, reż. Bill Condon - egzemplarz od Galapagos Films

30. Iron Man 2, reż. Jon Favreau - zakup na FB
31. Dirty Dancing 2, reż. Guy Ferland - j.w.
32. 50 pierwszych randek, reż. Peter Segal - j.w.


Epickie zakładki magnetyczne

Ostatnio mam manię kupowania zakładek magnetycznych z moimi ulubionymi bohaterami. Przez ostatnie cztery miesiące do skromnej kolekcji dołączył również Niuchacz, Dean Winchester, Lord Vader, Zombie, Sailor Moon, Deadpool (bo gdzieś zgubił się poprzedni- pewnie jeździ na jakimś unicornie), Jednorożec, Totoro, Luna, Wolverine, Mulan oraz Stephen King- we własnej osobie. Oczywiście, zakładki te to nie tylko zakładki do książek, ale również fajna ozdoba w geekowym kąciku. Jedną z takich aranżacji zobaczycie na poniższym zdjęciu. Zakładki zakupić możecie na epikpage.pl

Figurki FunkoPop!

Ostatnio zaczęłam żałować, że nie kupiłam sobie wszystkich Friendsów, bo teraz of kors nigdzie już ich nie mogę dostać. Wykupuję więc póki jeszcze są unikatowe egzemplarze. Do towarzystwa zakrwawionego Deana Winchestera i Sailor Moon z Luną dołączyli również Freddy Krueger, Jack Sparrow edycja Dead Man Tells no Tales, Regina z kulą ognia oraz Albus Dumbledore. Tych pozycji nie mogłam nigdzie już dostać poza emp-shop.pl.

sobota, 26 sierpnia 2017

Książka #463: Harry Potter i Przeklęte dziecko, aut. John Tiffany, Jack Thorne


   Harry Potter to pewna epoka, która wydawała się zakończyć dawno temu. Jednakże rok 2016 był rokiem wielkich powrotów klasyków, a już od dłuższego czasu słychać było o pomyśle stworzenia przedstawienia scenicznego, będącego kontynuacją przygód małego czarodzieja. Nie każdy Potteromaniak ma okazję jechać do Londynu na sztukę, ale dzisiejszego dnia każdy może poznać jej fabułę poprzez książkę “Harry Potter i Przeklęte dziecko”.

     Czas Harry’ego Pottera w Hogwarcie już dawno się skończył, ale jego historia pozostaje żywa. Daje się to we znaki jego synowi, Albusowi Severusowi, który właśnie rozpoczyna naukę w szkole Magii i Czarodziejstwa. Ku zaskoczeniu wszystkich bardzo szybko zaprzyjaźnia się z synem Malfoya i obaj chłopcy trafiają do Slytherinu. Problemy w komunikacji z ojcem i chęć dorównania jego świetności sprawiają, że chłopak posuwa się do czynu, który na zawsze może odmienić nie tylko ich życie, ale również zmienić losy całego świata.
     Gdy kończy się historia taka jak “Harry Potter” każdy fan potrzebuje swojego domknięcia. Można powiedzieć, że “Insygnia Śmierci” miały przecież zadowalający finał, ale jednocześnie otworzyły furtkę do możliwości kontynuowania magicznych przygód Potterów i ich przyjaciół. Trudno z tego nie skorzystać, więc kwestią czasu było aż ktoś złapie haczyk. Szkoda tylko, że najpierw powstała sztuka. Szkoda, że tekstu nie napisała Rowling. Szkoda, że tak bardzo naciągana jest ta historia, ale…
     Nie zmienia to faktu, że jest to kolejna książka ze świata Pottera, a dla sentymentalnego i utęsknionego fana tylko tyle wystarczy, aby pokochać ją całym sercem od pierwszego spojrzenia na okładkę. Przymyka się więc oko na fabułę opierającą się o tę z jednego z wcześniejszych tomów, która momentami zaczyna drażnić. Docenić można jednak te oczywiste rozważania o tytule “Co by było gdyby…”. Ciekawie jest w końcu poczuć świat, gdyby wydarzenia z ostatniego tomu potoczyły się inaczej. Dostajemy odpowiedzi na pytania, które z pewnością nie raz kłębiły nam się w głowie a my po prostu baliśmy się je zadać. Przy okazji stawia się czytelnika przed standardowym dylematem moralnym, czy zmieniłby jedno wydarzenie ze swojego życia, gdyby tylko miał taką możliwość. W dodatku pojawia się tu tajemnica “Przeklętego Dziecka”. Kto nim jest i jak bardzo nabruździ w życiu bohaterów? Oczywiście odpowiedź nie jest tak oczywista jak się narzuca czytelnikowi, a i samo rozwikłanie tej zagadki nie jest szczególnie porywające.
     Ta książka pokazuje jak ważne jest zauważanie i słuchanie swoich dzieci. To przede wszystkim problemy z komunikacją, ciągłe niedomówienia i kłótnie o nic doprowadzają do podziału rodziny, a dzieci szukają wtedy sposobów na udowodnienie swojej wartości. Oczywiście, w realnym świecie nikt nie zrobi tego co Albus Severus i Scorpius, ale i tak może być dramatycznie.
     Książka, która zmienia się z prozy pisanej w coś na wzór dramatu, tudzież scenariusza nie jest całkiem chybionym pomysłem. Dzięki temu czyta się zgrabnie i szybko, choć z początku trudno jest się przyzwyczaić do zmian bohaterów i lektura idzie dość topornie. Podział na akty, sceny. Mamy tu nawet didaskalia, a na końcu rozpiskę obsady. Prawie jak napisy końcowe.
   Uznałabym, że “Harry Potter i Przeklęte Dziecko” to względnie udana książka. Dzięki niej możemy znowu poczuć smak magii i zagrożenia, a także spojrzeć na ulubionych bohaterów dzieciństwa z innej perspektywy. Jednakże za mało tu przygody w przygodzie a za dużo naciągania fabuły pod konkretne pomysły. Brak w tym serca J.K. Rowling, brak humoru i takiej swoistej lekkości. Nie mniej, sentyment pozostaje więc i miłość pozostaje niezmienna.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: Harry Potter and the Cursed Child / Tłumaczenie: Piotr Budkiewicz, Małgorzata Hesko-Kołodzińska / Wydawca: Media Rodzina / Gatunek: fantasy, przygodowe / ISBN 978-83-8008-227-4 / Ilość stron: 368 / Format: 135x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat) 2017 (Polska)

czwartek, 24 sierpnia 2017

1236. 666 Park Avenue, aut. David Wilcox

     Kiedy stacja ABC ogłosiła swoją ramówkę na sezon 2012/2013, a wraz z nią kilka premier wśród seriali telewizyjnych jeden tytuł przykuł moją uwagę. Jako sympatyczna wszelkich paranormalnych tworów nikogo nie zdziwiło, gdy produkcja pomysłu Davida Wilcoxa, który wzorował się na debiutanckiej powieści Gabrielli Pierce, o mrocznym i wymownym tytule „666 Park Avenue” trafiła w moje gusta. Z ciekawą fabułą, interesującymi postaciami, ale przede wszystkim niepowtarzalnym klimatem była jedną z nielicznych, na której kolejne epizody wyczekiwałam z utęsknieniem.
Źródło: Fanpop.com
     Pod adresem 666 Park Avenue stoi ogromny, stylowy apartamentowiec o bogatej historii- Drake. Jego właścicielem jest bardzo wpływowy i potężny człowiek- Gavin Doran (Terry O'Quinn), u którego boku wiernie trwa piękna małżonka Olivia (Vanessa Williams). Na pierwszy rzut oka majestatyczny, choć niepozorny budynek skrywa ogromną tajemnicę, którą znają jedynie jego mieszkańcy- w tym apartamentowcu dochodzi do dziwnych wydarzeń, a ich sprawcą wydaje się być właściciel. To właśnie do tego miejsca wprowadza się młoda para, rozpoczynająca swoja karierę w Nowym Jorku. Henry rozpoczyna karierę polityczną (Dave Annable), a jego ukochana Jane (Rachael Taylor) staje się nowym zarządcą Drake'a. Nie wiedzą jednak, że w chwili gdy podpisali umowę najmu, zawarli pakt z samym diabłem.
     „666 Park Avenue”, czyli bardzo diaboliczny serial z mrocznymi epizodami. Wszystkie tworzą jedną wielką całość, może niekoniecznie spójną, może niekoniecznie logiczną, czy porywającą, ale z pewnością każdy drobny element, każda fabuła najmniejszego odcinka odciska się piętnem na całym obrazie. Jak wiadomo, na początku podróży z debiutującymi serialami wszystko jest cudowne, wszystko nas intryguje, a każdy element układanki wydaje się mieć całkowity sens. Tak wszystko toczy się gdzieś do połowy sezonu, po którym fabuła leci na łeb na szyje. Twórcy coraz bardziej naciągają swoją opowieść, udziwniając, odkrywając coraz to nowsze karty mające wprowadzić widza w dezorientację, czy zapewnić kolejny twist w akcji. Prawda jest jednak taka, że zaczynają się odrobinę gubić we własnym pomyśle. Obraz, który zapowiadał się na demoniczne zabawy z paktami i terroryzowaniem bohaterów, zamienił się w zmiękczoną opowieść o niedoścignionych marzeniach, straconych szansach i zaufaniu. Pojawiają się rodzinne tragedie, momentami totalnie tandetny motyw zdrady, a cała otoczka intrygi i tajemnicy tkwiącej w samych cyrografach gdzieś się rozmywa- innymi słowy za bardzo skupiał się na wybranej grupce postaci, zamiast rozwijać motywy reszty mieszkańców. Przez to zamienia się w nudną gadaninę, gdzie pojawianie się kolejnych postaci z przeszłości, odkrywanie kolejnych brudnych i mrocznych sekretów apartamentowca przestaje być na tyle interesujące, aby zachęcić do tego pomysłu innych maniaków telewizyjnych produkcji. Tak też serial, który zaliczył bardzo ciekawy pilotowy odcinek, bardzo burzliwe, nierówne rozwinięcie, u końca swojej przygody zamienił się w kiczowatą opowieść z dość mocno przesadzonym finałem, który chyba każdego wstrząsnął swoją głupotą. A szkoda, bo miał tak wielki potencjał. Nic dziwnego, że zrezygnowano z jego kontynuacji.
Źródło: Fanpop.com
     Nie mniej, z jakichś powodów cenię sobie ten tytuł. „666 Park Avenue” ma przede wszystkim niesamowity klimat, który zachęca do dalszych seansów. Może to, a może bardziej tajemnica spoczywająca na Drake'u, która wciąż pozostaje nierozwikłana. Nie mniej, od samego początku towarzyszy nam groza, uczucie dyskomfortu, pewna klaustrofobiczna niecodzienność, którą odurza nas apartamentowiec, choć być może jest to też wina niesamowitego, acz minimalistycznego intro. W większości akcja rozgrywa się w jego murach i bez względu na to, czy stoimy w rozświetlonym holu, czy lunatykowaliśmy w stronę piwnicy, która wydaje się być epicentrum wydarzeń, wciąż będziemy odczuwać napięcie, budowane w dużej mierze nie tylko przez zdjęcia, ale również ścieżkę dźwiękową. Dobrze jednak, że twórcy nie postawili na bardziej paranormalne elementy opowieści. Chwali się, że darowali sobie nadmierność efektów specjalnych i ograniczyli się jedynie do niezbędnych elementów. Przez to obraz zachowuje swoją prawdziwość.
      W obsadzie aktorów jest co niemiara. Każdy odgrywa mniej bądź bardziej ważną rolę, każdy bohater oddaje część siebie- w mniej bądź bardziej drastyczny sposób. Władcą marionetek zostaje tutaj Terry O'Quinn i mówcie co chcecie, ale po wydarzeniach z „Lost” naprawdę wzbudza dyskomfort jako Doran. Trudno stwierdzić w czym tkwi jego sekret. Czy to w przeszywającym spojrzeniu, mimice twarzy, czy sposób w jaki się wypowiada, pewne jest jednak to, że źle mu z oczu patrzy- przynajmniej w chwili, gdy się z nim zadrze. Na co dzień pogodna persona, choć dość kontrowersyjna. Nie inaczej jest z Vanessą Williams, o której do tej pory nie wiem co mam myśleć. Prawdziwą perełką staje się tu jednak Rachael Taylor, czyli bohaterka pierwszego starcia z filmem „Transformers”. Ze swoim nietypowym akcentem idealnie komponuje się z niebanalną opowieścią. Choć przez większość epizodów nawet się sprawdza, to od pewnego momentu zaczyna irytować. Jej delikatność staje się coraz bardziej przesadzona, a głupkowatość nie tak urocza, jak można by oczekiwać. Z pewnością wypada jednak lepiej niżeli Dave Annable, który jest tak przezroczysty, że jedynie dzięki Taylor staje się momentami zauważalny. To samo dotyczy zresztą innych postaci, na szczęście niektórzy kończą bardzo źle.
Źródło: Fanpop.com
      Serialowa przygoda ABC z cyrografami i apartamentowcem dobiegła końca już na początku 2013 roku. Wyemitowano jedynie pierwszy, trzynastoodcinkowy sezon i na tym poprzestano. Patrząc na nierówności „666 Park Avenue” nie dziwne, że widzowie szybko skreślili wspólne spotkania z tym serialem. Na pewno było to coś ciekawego, na pewno zachwycało klimatem i potencjałem, ale niestety- każdy kolejny sezon gorszy był od poprzedniego i jedynie sympatia do niektórych bohaterów, a także chęć rozwikłania zagadki Drake'a były w stanie utrzymać nas lojalnie do ostatniej zagrywki. Szkoda jedynie, że finał okazał się być ciosem poniżej pasa, gdzie tanią zagrywką twórcy pokazali, że nie mieli pomysłu na zamknięcie historii. Pozostawia to spory niesmak i choć początek produkcji był całkiem obiecujący, to jednak ocenia się po tym, jak coś się kończy, a mieszkańcy z 666 Park Avenue nie skończyli zbyt dobrze.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: 666 Park Avenue / Reżyseria: Alex Graves, Robert Duncan McNeill / Scenariusz: David Wilcox / Na podstawie: powieści Gabrielli Pierce / Zdjęcia: Derick V. Underschultz, Anette Haellmigk / Muzyka: Trevor Morris / Obsada: Terry O'Quinn, Vanessa Williams, Rachael Taylor, Dave Annable, Robert Buckley, Mercedes Masöhn, Mark Palladino, Samantha Logan / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Sci-Fi, Dramat / Ilość odcinków: 13
Premiera: 30 września 2012 (ABC) 25 września 2013 (13th Street Universal)

wtorek, 22 sierpnia 2017

Książka #462: Słodkie kłopoty, aut. Susan Mallery


   Najgorszym jest kontynuowanie serii po kilku latach od lektury poprzedniej książki. Najwyraźniej jeszcze gorszym pomysłem jest pisanie o tej książce, po 3 miesiącach. Ostatnie moje spotkanie z siostrami Keyes odbyło się około 3 lat temu. W końcu jednak znalazłam chwilę czasu na zakończenie trylogii o wyjątkowych kobietach w biznesie cukierniczym, o tytule „Słodkie kłopoty”.

     Trzeci tom koncentruje się na losach najmłodszej z sióstr- Jesse. Po konflikcie z siostrą, a także z ukochanym odeszła z cukierni odziedziczonej wraz z pozostałymi siostrami po rodzicach, spakowała walizki i wyjechała z miasta. Słuch po niej zaginął, aż do teraz. Buntownicza siostrzyczka powraca pewna siebie, poukładana i z nowym pomysłem na życie, a także z małym kawalerem u boku- swoim synem. Chce, aby Gabe poznał swoją rodzinę, łącznie z ciotką oraz ojcem, którzy przed laty odwrócili się od Jesse.
     Każdy zna to cudowne, acz trochę niepokojące uczucie, gdy kończy się jedną ze swoich ulubionych serii. Dominuje wtedy uczucie przejęcia, spełnienia pomieszane z tęsknotą i żalem, że to już koniec. Nie mniej, „Słodkie kłopoty” oferują jeszcze szersze spektrum emocji, dając bohaterów bardzo porywczych i niekiedy totalnie niezrozumiałych dla zwykłego śmiertelnika zaczytanego w podobnych historiach. Pomimo lekkiej amnezji po lekturze „Słodkiej wolności” można było czerpać pełną przyjemność z lektury, w szczególności, że w trakcie czytania wspomnienia zdają się powracać. Świetne w tym tomie jest możliwość spojrzenia na nieprawdopodobne wydarzenia z tomu poprzedniego z punktu widzenia samej winowajczyni. Mamy szansę zrozumieć jej postępowanie, co nie znaczy, że koniecznie mamy to zrobić. Fabularnie jest to więc niezwykły rollercoaster. Bardzo szybko przejmujemy uczucia głównej bohaterki wraz z nią stresując się z powodu powrotu do domu, z którego ją wyrzucono. Wzgardzona i zhańbiona powraca jednak w pełni sił, wszystkich zaskakując- nawet czytelników. Musi jednak naprawić relację z siostrą- po tym jak odeszła z cukierni i zabrała ze sobą przepis na ciasto czekoladowe. Tak... sławetne ciasto czekoladowe rodu Keyes. Nie będzie to łatwe, w końcu na nowo musi zdobyć jej zaufanie, a tak naprawdę pokazać, że jest coś warta, a tym samym dać sposobność do tego, aby w końcu można było ją zrozumieć i uwierzyć jej słowom. Tym bardzo ciekawym próbom udowodnienia siostrze swoją wartość przeciwstawia się problematykę miłosną. Tutaj jest ona dwojaka, gdyż z jednej strony mamy bardzo pasjonującą relację Jesse z Matem, a z drugiej pokraczne postanowienie gościa na daniu w kość swojej byłej ukochanej. W pewnym momencie nieistotne staje się zdanie dziecka, nieistotna jest przeszłość, która łączyła tę dwójkę- wszystko przyćmiewa przeogromna chęć zemsty. To zaprawdę szokujące i dobija za każdym razem, gdy Mat w myślach, choć w zasadzie to na głos, snuje kolejne plany jak tu skrzywdzić Jesse. Wywołuje to cały pokład emocji, bo mamy ochotę wziąć laleczkę VooDoo przypominającą tego kolesia i wykręcać mu rączki we wszystkie strony, tudzież pozbawić męskości. Fajne jest jednak to, w jaki sposób prezentuje się tutaj tematykę rodzicielstwa- wyrzeczenia jakich ono wymaga, a także radości, które oddaje w zamian. Autorka rozbudowuje również stronę romantyczną, w końcu to także jest ważne w związku- nawet w takim gdzie żyje dziecko. Świetnie udaje się tu wkomponować również wątek odkupienia win, czego uosobieniem jest matka Mata- niegdyś patrząca z pogardą na Jesse, a teraz mogąca wydrapać oczy każdemu, kto chciałby ją skrzywdzić- nawet własnemu synowi. Potencjał tej historii i jej wątków pobocznych był przeogromny, i na szczęście został w pełni wykorzystany.
     Z prawdziwą przyjemnością przychodzi mi zaczytywać się w książkach typu „Słodkie kłopoty”. To nie są typowe powieści romantyczne, a powieści traktujące o szukaniu swojego miejsca w życiu i trudach jakie trzeba przejść, aby je odnaleźć. Susan Mallery udało się stworzyć wielopłaszczyznową opowieść z naprawdę wieloma postaciami, w których każdy odnajdzie uosobienie samego siebie. Mamy chwile na refleksje, na danie upust negatywnym emocjom, ale również i chwile prawdziwego relaksu, no i oczywiście rozrywki. Pewnym jest, że powieść gwarantuje wzruszenie, daje pewność emocjonującej lektury, która będzie stanowić genialne zakończenie trylogii. I nawet na finał zakręci się łezka w oku, gdy dotrze do nas zmierzch cukierniczych i miłosnych losów sióstr Keyes.

Ocena: 6/6

Tytuł oryginalny: Sweet Trouble / Tłumaczenie: Alicja Rosłan / Wydawca: Harlequin / Gatunek: romans / ISBN 978-83-238-6655-8 / Ilość stron: 384 / Format: -
Rok wydania: 2008 (Świat), 2010 (Polska) 

niedziela, 20 sierpnia 2017

SZORTy #45: Nieodebrane połączenie, Następny jesteś Ty, Inkarnacja

Oryginalny tytuł: One Missed Call | Reżyseria: Eric Valette | Scenariusz: Andrew Klavan | Obsada: Shannyn Sossamon, Edward Burns, Ana Claudia Talancón, Ray Wse, Azura Skye, Johnny Lewis, Margaret Cho, Jason Beghe | Kraj: USA, Niemcy, Japonia | Gatunek: Horror
Premiera: 04 stycznia 2008 (Świat) 11 kwietnia 2008 (Polska)
Ocena: 2/10
     Ekranizowanie azjatyckich horrorów nie jest żadnego rodzaju ewenementem. Jedne zóry filmów wypadają lepiej, inne gorzej. Do tej drugi kategorii zalicza się na pewno „Nieodebrane połączenie”, które z niezwykle klimatycznego horroru stało się parodią nie wartą nawet uśmiechu.
     W małym mieście w makabrycznych okolicznościach giną młodzi ludzie. Każda kolejna ofiara znajduje na swojej poczcie głosowej nieodebraną wiadomość, zapowiedź swojej własnej śmierci. Szybko okazuje się, że osoby te znajdowały się w kontaktach na telefonach komórkowych poprzednio zamordowanych. Sprawą interesuje się młody detektyw, który próbuje rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry.
     Historia, która idealnie sprawdzała się w filmie azjatyckim, nawet w trzech kolejnych jego odsłonach, w Ameryce kuleje już przy pierwszym podejściu. Powód? Japońskie mordy są po prostu straszne! A Amerykańskie jedynie tylko wtedy, gdy aktorzy przesadzą z operacjami plastycznymi. To było oczywiste już od dawna, że to właśnie w tym tkwi sekret sukcesu azjatyckich filmów. Twórcy potrafią budować napięcie, stopniując wrażenia i przy okazji odkrywając kolejne elementy układanki. W filmie Valette tego nie ma zasadniczo nic nie ma sensu. Nie ma typowego śledztwa, które doprowadza do szokującej prawdy, nie ma odsłaniania kolejnych sekretów. Wszystko jest owiane tajemnicą i widz nie może stać się detektywem w tej sprawie. Kiedy dochodzi do wielkiej „kumulacji” wrażeń miejsce ma mocno fantastyczna scena, której wykonanie w ten sposób jest całkowicie zbędne, pozbawione jakiegokolwiek klimatu. Tym samym film staje się kolejnym slasherem, w którym młodzi ludzie giną z ręki mordercy. Wcześniej zabijały kasety, strony internetowe, a teraz telefony komórkowe. Oczywisty ruch ze strony ludzi, którzy uważają, że ludzkości odebrany został rozum, kiedy tylko sięgnęli po te luksusowe dobra. Film pozbawiony atmosfery grozy, pozbawiony sensu, a przy tym straszliwie nudny.

Oryginalny tytuł: You're Next | Reżyseria: Adam Wingard | Scenariusz: Simon Barrett | Obsada: Sharni Vinson, Nicholas Tucci, Wendy Glenn, AJ Bowen, Joe Swanberg, Margaret Laney, Amy Seimetz, Ti West, Bob Moran, Barbara Crampton | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 10 września 2011 (Świat) 06 września 2013 (Polska)
Ocena: 4/10
     Wydawałoby się, że era slasherów już dawno minęła. I wtem pojawia się „Następny jesteś Ty” licząc na to, że będzie kolejnym cravenowym hiciorem. Wingard jednak się przeliczył, bo film pozbawiony jest duszy.
     Kobieta wyjeżdża wraz ze swoim narzeczonym na kolację do posiadłości jego rodziców, na której poznać ma całą jego rodzinę. Na miejscu nie jest jednak tak przyjemnie jak sądziła i choć obwiniać można by o to członków rodziny skaczących sobie do gardeł, to jednak głównymi sprawcami stają się uzbrojeni po uszy psychole.
     Film dość niemrawo podąża naprzód. Każdy z utęsknieniem wyczekuje na dreszczyk emocji inni niż ten towarzyszący rodzinnym kłótniom. I wtem staje się! Rozpoczyna się krwawa rzeźnia zapoczątkowana strzałem z kuszy między oczy szwagra. Tak by się przynajmniej wydawało, ale od jednego zabójstwa do drugiego minąć musi zdecydowanie zbyt długa chwila. Nie ma co się jednak dziwić, bowiem potencjalnych ofiar jest względnie niewiele. Aczkolwiek... sposoby na ukatrupienie rodziny dość niekonwencjonalne, w szczególności jeden spośród nich jest wyjątkowy. Zaskakująco dynamiczny i teoretycznie trzymający z lekka w napięciu, ale głupota goni głupotę, jak zwykle przy tego typu filmach więc nic się nie zmienia, niestety. Objawia się tutaj gwiazda morderstwa, Sharni Vinson, której powódki też są totalnie dziwaczne. Mocno naciągana fabuła nie pomaga, tak samo zresztą jak dziwaczny klimat budowany komicznymi maskami. Jak jednak wiadomo, takowe przerażają najbardziej, ale nie wtedy kiedy tak często korzystano z tego pomysłu. Cały czas liczyłam na jakiś twist. Teoretycznie finał oferuje taki, ale niestety... nie jest to coś czego nie można było przewidzieć. Innymi słowy film nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom i niczym się nie różni od klasyków gatunku.

Oryginalny tytuł: Shelter | Reżyseria: Björn Stein, Måns Mårlind | Scenariusz: Michael Cooney | Obsada: Julianne Moore, Jonathan Rhys Meyers, Jeffrey DeMunn, Frances Conroy, Nate Corddry, Brooklynn Proulx | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 27 marca 2010 (Świat) 23 września 2011 (Polska)
Ocena: 7/10
     Szwedzcy twórcy stawiający pierwsze kroki w kinie grozy. Najpierw „Inkarnacja”, a za chwile kolejna odsłona „Underworld”. I choć sam tytuł przyniósł więcej strat niż zysków, to i tak śmiało można powiedzieć, że jest to jedno z filmowych zaskoczeń.
     Pani psychiatra, specjalizująca się w zaburzeniach osobowości mnogiej. Po utracie męża próbuje na nowo zdefiniować swoje życie wraz z córką. Aby mogła na nowo odnaleźć siebie jej ojciec prosi ją o poradę w sprawie jednego z pacjentów, wykazujący więcej niż jedną osobowość. Prowadząc badania i zagłębiając się coraz bardziej w jego psychikę z przerażeniem odkrywa, że prawdziwą przyczynę jego problemów.
     Lubię oglądać filmy, które okazują się być lepsze niż człowiek początkowo przypuszczał. „Inkarnacja” nie zapowiadała się na nic szczególnego. Film, który premierę miał jakiś czas temu i przeszedł praktycznie bez echa. Słaba promocja, nikt nic o nim nie mówił, czyli zazwyczaj niewielu ludzi po niego sięga. Widać to po słabych wynikach boxoffice. Jednakże okazuje się, że obraz ten staje się zupełnie czymś innym. Świetna gra psychologiczna, która z każdą minutą zamienia się w niesamowity dreszczowiec. Jeżeli ktokolwiek przypuszcza, że bohater Meyersa ma problem z głową... oj, będzie bardzo zaskoczony u finału produkcji! Takie niesamowite twisty sytuacyjne są czymś upragnionym w kinie. Coś co ma drugie dno i nigdy nie jest tym czym wydaje się być, może mocno pokiereszować ludzką psychikę. Duet Moore i Meyers udaje się dopiąć celu. Tworzą specyficzną parę, która igra z naszymi emocjami. Szwedzkim twórcom udało się stworzyć niesamowicie klimatyczny film, który u końca zaczyna lekko gubić się w swoim zamyśle. Psychologiczne igraszki wydają się być tutaj niczym w porównaniu ze starymi wierzeniami i mistyczne rytuały. Finał mocno szokujący i obezwładniający, choć na pewnym poziomie z pewnością do przewidzenia. Gdyby tylko cały motyw poprowadzony został tak jak do połowy filmu, byłoby to arcydzieło kina grozy. Zdecydowanie jest to jeden z tych filmów, który daje nam więcej niżeli moglibyśmy się po nim spodziewać!