NOWOŚCI

Najnowsze teksty

piątek, 18 sierpnia 2017

Książka #461: Krew Olimpu, aut. Rick Riordan

    W końcu jest! W końcu nastał koniec serii „Olimpijscy herosi” autorstwa Ricka Riordana. Zamknięty został kolejny cykl wykorzystujący mitologię grecką, a kręcący się wokół postaci syna Posejdona- Perseusza Jacksona. Jednakże jako finał całej opowieści „Krew Olimpu” odrobinę zawodzi. Wydaje się, że pod tym względem poprzednia seria powieści o tytule „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” była bardziej emocjonujący.
     Już wkrótce przepowiednia Apollina ma się spełnić, a z długiego snu przebudzić ma się Matka Ziemia- Gaja. Wszyscy herosi łączą siły, aby stoczyć walkę z jej dziećmi i uniemożliwić jej powstanie. Ekipa wybranych herosów dzieli się na grupy, aby wykonać zadania mające pomóc im w wygranej, podczas gdy przywódca rzymskiego Obozu Jupiter- Oktawian, postanawia wytoczyć wojnę greckiego Obozowi Herosów. Przed wszystkimi jednak wielki sprawdzian ich solidarności, ale przede wszystkim odwagi, kiedy będą musieli poświęcić wszystko dla dobra ogółu.
     Kiedy w końcu nadchodzi chwila, że możemy zasiąść do długo wyczekiwanego finału ulubionego cyklu mamy wobec niego bardzo wielkie oczekiwania. Ostatecznie, nie wylewa się tak wiele słów, nie tworzy tak wielu elementów układanki, aby zakończenie nie miało nas spiorunować, totalnie zmasakrować emocjonalnie. To jest jednak wielki problem „Krwi Olimpu” i w ogóle całej serii o „Olimpijskich herosach”. Przez poprzednie tomy na bohaterów czeka cała masa przygód, zadań, które teoretycznie mają przybliżyć ich do rozwikłania wielkiej przepowiedni, w której będą mieli swój znaczący udział, ale przede wszystkim pomóc w rozegraniu kluczowej walki. Wydaje się więc, że ostatnia książka skupiać będzie się już na wielkich przygotowaniach, wielkich scenach i wielkich melodramatach. Niestety, większa część książki to kolejne podróże, niby mające jakieś znaczenie, ale i niekoniecznie. Do najbardziej istotnych należy z pewnością wyprawa do boga Asklepiosa (o dziwo całkowicie mi nieznanego). Ten fragment dostarczył najwięcej humoru, nieprzewidywalnych wydarzeń, no i oczywiście sprzecznych emocji.
     Cała fabuła podzielona jest na perspektywy różnych bohaterów, gdzie niemalże każdy z nich ma inne zadanie do wykonania. Nico musi uporać się ze swoimi emocjami wobec potomka boga mórz, a także dostarczyć posąg Ateny do Obozu Herosów. Reyna musi się głowić nad tym jak udobruchać rozjuszonego Oktawiana, rządnego władzy i pałającego chęcią zniszczenia greckiego obozu. Natomiast kluczowe postaci, takie jak Leo, Piper, czy Jason- których dotyczy najważniejsza część przepowiedni robią wszystko, aby znaleźć sposób na przeżycie starcia z olbrzymami i mającą narodzić się Gają. Wiadomo, najlepiej byłoby w ogóle nie dopuścić do jej powstania, ale serio... czy ktokolwiek sądził, że finał może obyć się bez takiego atrakcyjnego wydarzenia? No właśnie.
      Niestety, owe atrakcyjne wydarzenie sprowadzone jest o kilku dramatycznych opisów, które napinają nasze skołatane nerwy do granic możliwości, aczkolwiek sposób rozwiązania problemu jest totalnie nijaki. Finał, na który wyczekiwaliśmy tak długo, to wielkie starcie- mocno zawodzi. Co prawda są fajerwerki, ale niestety tylko w dosłownym tego stopnia znaczeniu, natomiast odbywa się to bez większych emocji. Dopełnienie przepowiedni także powinno doprowadzić do złamania ludzkich serc i choć może pojawią się uczucia smutku, a samotna łza spłynie po policzku, to jednak wszystkie te emocje musiały zostać zaprzepaszczone na rzecz dopełnienia pewnej obietnicy. Samo zakończenie pozostawia spore pole do manewru dla autora, bo niby zamyka sporo wątków, ale nie całą opowieść dając sobie tym samym sposobność do ewentualnego powrotu do greckiej mitologii, kiedy już znudzi mu się bieganie po innych wierzeniach.
     „Krew Olimpu” dawało sporo nadziei na coś niesamowitego. W końcu to Matka Ziemia, matka wszystkich bogów, Gaja, ma powstać po wielowiekowym spoczynku. Człowiek spodziewałby się wielkich emocji, takich, które sprawią, że nie będzie można zasnąć. Niestety, tom zamykający serię nie jest spełnieniem tych obietnic. Jest jakby kolejną częścią przygodowej serii, pozostawiając na finał i możliwość doświadczenia kalejdoskopu wrażeń bardzo mało miejsca. Ostatecznie, zanim akcja na dobre się rozkręci, to już się kończy. A szkoda! Czytając w ogóle nie ma się odczucia zamknięcia kolejnego etapu, a kończąc go ma się niemalże pewność, że ciąg dalszy nastąpi.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book Five. The Blood of Olympus / Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-64297-34-2 / Ilość stron: 496 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2014 (Świat), 2014 (Polska)

środa, 16 sierpnia 2017

1235. Artysta, reż. Michel Hazanavicius

     Świat, w którym aktualnie żyjemy to świat zdominowany przez technologię, trójwymiar i płaskie ekrany telewizyjne. Jest to świat, gdzie już od ponad 80 lat nie tworzy się filmów niemych, bo przecież nie po to powstał „Śpiewak jazzbandu”, aby teraz cofać się w rozwoju. Aczkolwiek to właśnie czyni francuski reżyser i scenarzysta- Michel Hazanavicius, który powrócił do korzeni i stworzył przełomowy, i zachwycający, czarno biały, i w dodatku niemy film o tytule „Artysta”. Okazało się być to kolejną receptą na sukces i zgarnięcie najważniejszych nagród w najważniejszych kategoriach.
    George Valentin (Jean Dujardin) jest najznakomitszą gwiazdą kina niemego od Kinograph Studios. Pewnego dnia na skutek zabawnego zbiegu wydarzeń poznaje uroczą Peppy Miller (Bérénice Bejo), która od razu zyskuje sympatię publiki oraz samego Valentina. Wkrótce po tym Hollywood musi wyjść naprzeciw postępującym zmianom, czyli przestawić się z kina niemego, na mówione. Na skutek tego Peppy pnie się coraz wyżej po szczeblach swojej kariery, podczas gdy Valentin, który zrobił z niej prawdziwą aktorkę nie może odnaleźć się w nowym świecie. Choć wokół niego wszystko kręci się wokół dźwięku, on sam bierze sprawy w swoje ręce i postanawia stworzyć kolejny film niemy.
     Niektóre filmy nie potrzebują dodatkowego rozgłosu, filmy te bronią się same niesamowitą historią, wspaniałymi kreacjami aktorskimi, czy też niepowtarzalną prezentacją. Oczywiście, „Artysta” nie oferuje widzowi wszystkich tych aspektów na jak najwyższym poziomie, ale nie czyni go to filmem złym. Tutaj mamy przede wszystkim aktorów, którzy, jakby nie było, stanowią najważniejszy element w kinie niemym. Zawsze tak było, jest i będzie. Obraz Hazanaviciusa nie różni się w tym niczym od klasyków światowej kinematografii. Taki Dujardin bardzo przypomina swojego kolegę po fachu Gene'a Kelly'ego, który zagrał w podobnym tematycznie filmie. Mężczyzna niesłychanie przystojny i do tego naładowany emocjami i zaangażowaniem w projekt. Do tego dochodzi oczywiście Bérénice Bejo, która stworzyła wraz z nim niesamowity duet. Jednakże jako jednostka chwilami bardziej irytowała niż się podobała, bo jest różnica pomiędzy wyrażeniem swoich myśli poprzez gesty, a przesadą. Bez względu na wszystko to właśnie ta dwójka wyrażała siebie oraz fabułę nie poprzez dialogi, ale przede wszystkim przez gesty i mimikę twarzy. Tutaj nie potrzeba było żadnych słów, oni sami byli słowami, wypowiadanymi zdaniami. I jeżeli ktoś kiedykolwiek obawiał się kina niemego i tego, że nie zrozumie co bohaterowie pragną mu przekazać, to jego niepokój jest całkowicie bezpodstawny.
      Aktorzy przekazują widzowi przede wszystkim bardzo dobrą historię, która być może poruszy wielu, aczkolwiek nie jest to coś czego nie widzieliśmy już wcześniej. Bardzo wiele klasyków porusza temat wejścia w życie filmów dźwiękowych, a tym samym problem większości aktorów kina niemego z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. I tak właśnie George Valentin wpada w pewnego rodzaju depresję, czując się bezużytecznym, a przy okazji pozbawionym adoracji swoich fanów. Ich wszystkich podkradła mu sama Peppy Miller,którą sam darzy bardzo wielką sympatią. Z początku jest to dość niewinna relacja, ale później przeradza się w coś interesującego. W pewnym momencie mamy wrażenie, że dziewczyna popada w lekką obsesję, ale jak sama tłumaczy chciała się jedynie zaopiekować swoim „przyjacielem”. Romans, który się tu zradza nie jest aż tak oczywisty, bo w końcu Valentin ma żonę, a Miller jest o wiele młodsza. Nie ma tutaj przyrostu nadmiernych gestów, czy pocałunków. Wszystko opiera się na przeciągłych spojrzeniach i rosnących w naszych głowach wzdychaniach.
     Generalnie rzecz ujmując, w „Artyście” nie ma mowy o najazdach na odczucia piękna w oczach widza. Nie mamy migotliwych światełek, wielobarwnych kreacji, ani przekombinowania z efektami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że i film w czarno-białej kolorystyce nie potrafi być widowiskowy. Choć ten od Hazanaviciusa nie jest może szczytem geniuszu dizajnerskiego, to jednak scenografie oraz zdjęcia oddają wszystko, cały klimat. Wydaje się jednak, że uwaga widza, a przy okazji słuchacza skupia się na zupełnie innym elemencie. Wszyscy świadomi są tego, że aktorzy to nie jedyny element do budowania struktury filmu i jego bazy emocjonalnej. Nawet w zwyczajnych kolorowych, gadanych filmach fabularnych muzyka sprzyja wylęganiu się pozytywnych, czy też negatywnych emocji. Wrażliwszy widz od razu wyłapie co ciekawsze brzmienia, które pozostaną z nim na dłuższą chwilę. A co dopiero przy takim kinie niemym, gdzie jedyne co słyszymy to zaledwie muzyka Ludovica Bource'a. Na marginesie należy dodać, że bardzo sprawnie wyprowadzono „Artystę” z kina niemego na dźwiękowy. Muzyka ta okazuje się być kwintesencją całego obrazu. Elementem sprzyjającym rozwojowi wydarzeń, ale przede wszystkim pomagającym w opowiedzeniu całej historii. Utwory są więc bardzo wyraziste, jednakże dość szybko znikają z naszej pamięci. Nic nie zapisuje się w umyśle na dłużej i można tego pożałować. Nie mniej, świadczy to jedynie o sile przebicia się kompozytora.
     Film, który obsypany został tak licznymi nagrodami, i to w dodatku tak prestiżowymi, to obraz, który trzeba zobaczyć chociażby się paliło i waliło. Jednakże „Artysta” nie do końca spełnia oczekiwania. Wszyscy wydają się zachwycać powrotem do przeszłości, bo oczywiście nie ma to jak odświeżenie klasyki w świecie zdominowanym przez komputery, ale w moim mniemaniu był to kolejny tani chwyt na zdobycie sympatii widzów i czytelników. Oczywiście, pod względem fabuły film jest bardzo mocny, to samo dotyczy aktorstwa, ale wydaje się, że twórcy znaleźli sobie przepis na oscarowy film. Jak nie temat tabu, to znowuż ukłon w stronę pierwszych kroków kina. Mnie osobiście produkcja ta dość znacząco wymęczyła, a bardziej od Dujardina zachwycałam się Goodmanem, czy uroczym pieskiem. Film do obejrzenia na jeden raz, choć nie wykluczam powrotu do niego w przyszłości.
Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: The Artist / Reżyseria: Michel Hazanavicius / Scenariusz: Michel Hazanavicius / Zdjęcia: Guillaume Schiffman / Muzyka: Ludovic Bource / Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Penelope Ann Miller, Missi Pyle, Beth Grant, Ed Lauter / Kraj: USA, Belgia, Francja / Gatunek: Dramat, Romans, Niemy
Premiera kinowa: 15 maja 2011 (Świat) 10 lutego 2012 (Polska)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Książka #460: Dom Hadesa, aut. Rick Riordan


     Powoli zbliżamy się do końca. Atmosfera się zagęszcza, kolejne linijki wielkiej przepowiedni zostają odkryte, a więc wszystko wskazuje na to, że lada chwila odkryta zostanie wielka zagadka, a tym samym dojdzie do kolejnej wielkiej bitwy herosów i bogów Olimpu. Rick Riordan kontynuuje wątki rozpoczęte w trzecim tomie serii „Olimpijscy herosi”, a tym samym zbliża nas do zamknięcia wraz z tomem „Dom Hadesa”, gdzie to spotkamy najmroczniejszych z najgorszych.
     Annabeth zdobyła posąg swojej matki Ateny, ale przypłaciła to upadkiem swoim i Percy'ego w czeluście Tartaru. Muszą zrobić wszystko, aby dotrzeć do Wrót, dzięki którym przedostaną się do świata żywych, a przy okazji zamkną drogę ucieczki z Podziemi wszystkim bogom, tytanom i olbrzymom, którzy od dłuższego czasu terroryzują Ziemię za sprawą swojej matki Gai. Po stronie żywych ich przyjaciele znajdujący się na Argo II muszą przetransportować bezpiecznie posąg Ateny do Obozu Herosów, a przy okazji pomóc znajdującym się w Otchłani przyjaciołom. Zarówno jedni, jak i drudzy nie będą mieli zbyt łatwo.
     Rick Riordan chyba wszystkich zaskoczył tym, jak zakończył „Znak Ateny”. Fani serii wstrząśnięci rozwojem wydarzeń ze swoistą niecierpliwością wyczekiwali kolejnej odsłony przygód młodych herosów. Szczęśliwcami są ci, którzy czekać nie musieli, bo zabrali się za serię już po jej zakończeniu, a więc mieli możliwość czytania tom za tomem. W gronie tych szczęśliwców jestem też i ja. Wstrząsające wydarzenia z poprzedniego tomu dały przynajmniej początek nowemu wątkowi, któremu w połowie uwagę poświęca „Dom Hadesa”. Życie herosów nie należy do najlepszych, a już na pewno do najbardziej sielskich, nic więc dziwnego, że autor poddaje swoich bohaterów kolejnemu wyzwaniu. Jego wybór trafił więc na najbardziej wytrawnych w boju, czyli Percy'ego i Annabeth. I tak oto, gdy trafiają do Tartaru otwiera się caaaała gama możliwości, co do wprowadzenia interesujących postaci pełnych mroku. Wśród nich spotkamy nie tylko samego władcę otchłani, ale również boginię, której obecności poświęcona jest inna seria książek- dla fanów wampirycznych opowieści, a mianowicie „Dom Nocy”. Wszyscy, którzy ją znają będą wiedzieli, że mowa o Nyks, która według Riordana nie jest tak sympatyczną i pomocną boginią nocy, jak w historii stworzonej przez panią Kristen i P.C. Cast. Oprócz niej bohaterowie spotykają wszystko, co tylko najgorsze, same potworności i mierzą się nie tylko z bogami i innymi mitycznymi stworzeniami, ale też i całą masą klątw. Z drugiej zaś strony mamy też ich przyjaciół, którzy toczą własne batalie, aby pomóc tym, którzy utknęli za Wrotami Śmierci. Standardowo czeka na nich bardzo wiele wyzwań, przygód, z którymi muszą się mierzyć. Powracają starzy wrogowie, którzy nie dają o sobie zapomnieć, a ich obecność przywodzi na myśl najzimniejszą z zim. Najciekawszym jednak elementem jest powrót Leo na pewną tajemniczą wyspę, którą mogliśmy odwiedzić już we wcześniejszej serii Riordana. Wywołuje to bardzo wiele fajnych emocji, bardzo skrajnych emocji i daje coś ciekawego dla całej powieści, kiedy tak jedna postać odłącza się od grupy i fabuła dzieli się na kolejne wątki.
    „Dom Hadesa” stanowi bardzo interesującą rozrywkę. Akcja ma bardzo dobre tempo i choć główny wątek pozostaje bez zmian, to jednak wątki poboczne idealnie uzupełniają całość dając dodatkowego kopa i dodając emocji. Świetnym pomysłem jest podzielenie fabuły na trzy różne ścieżki i bardzo dobrze, że każdej z nich poświęca się tyle samo uwagi. Dzięki temu mamy możliwość śledzenia jednocześnie losy różnych bohaterów. Ten dom zwraca naszą szczególną uwagę dzięki wszechobecności mroku i jego najstraszliwszych postaci. Spotkanie z Tartarem, czy samą Nyks jest zaiste przerażające, ale również i fascynujące. Te i inne wydarzenia ciekawie wpływają na nasze emocje, a to tylko świadczy o tym, jak wielką więź można wytworzyć nie tylko z głównymi bohaterami, ale także postaciami pobocznymi, gdzie nie podejrzewalibyśmy się o sympatię do nich. Innymi słowy, lektura oferuje całe spektrum wrażeń na najrozmaitszych poziomach. Jest czym się pozachwycać!

Ocena: 5/6


Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book Four. The House of Hades / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-64297-03-8 / Ilość stron: 592 / Format: 125x195mm

Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)

sobota, 12 sierpnia 2017

1234. Dawno, dawno temu (sezon 1), aut. Adam Horowitz, Edward Kitsis

     Baśnie znane są nam nie od dziś. Od dziesiątków lat stanowią element wychowawczy dla dzieci, a przy okazji są dla nich dobrą rozrywką. Będąc ciągłą inspiracją dla twórców nie powinno dziwić, że zabrano się za serialową adaptację. W sezonie 2011/2012 Amerykanie mogli oglądać dwie różne produkcje z baśniowym motywem. Jedną z nich jest "Once Upon a Time", stacji ABC pomysłu Adama Horowitza oraz Edwarda Kitsisa, która przenosi świat baśni do świata bez magii, świata rzeczywistego.
     Pewnego dnia pod drzwiami Emmy Swan (Jennifer Morrison), łowczyni nagród, staje mały chłopiec imieniem Henry (Jared Golmore). Twierdząc, że jest jej synem- oddanym przez nią do adopcji przed wielu laty, informuje ją, że jest jedynym wybawieniem dla mieszkańców jego miasta- Storybrooke. Dzierżąc w rękach opasły tom baśni chłopiec sądzi, że mieszkańcy miasteczka to w rzeczywistości postacie ze znanych bajek, na których klątwę rzuciła Zła Królowa, jego matka i burmistrz jednocześnie- Regina (Lana Parilla). Kiedy przyjeżdżają do miasta coś zaczyna się zmieniać, w szczególności, gdy Emma postanawia zostać. Sprowadza tym na siebie gniew pani burmistrz, która jako jedyna wie, że będąca córką Śnieżki (Ginnifer Goodwin) i Księcia (Josh Dallas), Emma, jako jedyna może złamać klątwę i przypomnieć mieszkańcom o ich dotychczasowym życiu.
    Twórcy serialu postanowili trochę urozmaicić swoją produkcję przeplatając świat rzeczywisty z baśniowym. Nie są to jednak całkowicie różne tematy. Oba światy pozostają ze sobą w harmonii. Każdy odcinek jest o czymś innym, opowiada zupełnie inną bajkę i prezentuje inne wartości. Mają jednak wspólny motyw przewodni, każdy z nich dotyka problemu klątwy i dążenia do jej złamania. Nie jest to jedynie temat samego jej istnienia, ale przede wszystkim uwierzenia przez Emmę, iż jest jedyną nadzieją na ocalenie dla baśniowych bohaterów. Z drugiej zaś strony chodzi i o to, aby uwierzyła nie tylko w magię, ale i w to, że jest gotowa na zostanie matką Henry'ego. Wobec czego jej osobista walka ze Złą Królową odbywa się na poziomie macierzyństwa. Innym istotnym wątkiem jest niezwykła i dobrze nam znana miłość Śnieżki i Księcia. W świecie bez magii wszyscy pozbawieni są swoich uczuć do ukochanych osób, w ogóle ich nie pamiętając. I choć każdy z nich w pewien sposób łączy się z bliskim, wypełnia swój cel, to jednak nadrzędny wątek Mary Margaret i Jamesa pozostaje nierozwiązany. Jak baśnie, tak też i serial ma swoje szczęśliwe zakończenie, choć i nie do końca. Jakoś trzeba było zakończyć sezon i chyba lepszego finału nie można było sobie wymyślić. Kończy jedną część i jednocześnie jest początkiem nowej opowieści. Zapowiada się naprawdę bardzo ciekawy i magiczny drugi sezon.
     Serial porywa nie tylko fabułą, ale również i wyglądem. Zachwyca nie tylko świat baśniowy, ale i rzeczywisty. W magicznej krainie urzekają nas kreacje, przede wszystkim te znalezione w szafie Złej Królowej, ale też i zamki, malownicze krajobrazy, czy magiczne istoty. Nie jest to oczywiście szczyt efekciarstwa, ale jak na serialową produkcję wizualne efekty są o wiele lepsze niż w średniej klasy serialu kanału SyFy. Świat bez magii oczaruje nas przede wszystkim aranżacją wnętrz i scenografią plenerową. Jako, że bez czarów pozbawieni jesteśmy cyfrowych bajerów, cały urok tkwi w postaciach, zdjęciach i scenografii. Nie bez wpływu na atmosferę jest też ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Marka Ishama. Podkreśla charakter chwili, przede wszystkim przy wątkach miłosnych, ale co najważniejsze, idealnie podkreśla magiczny klimat historii.
     Przez te 22 odcinki przez serial przewija się bardzo wielu bohaterów. Poznamy nowy wizerunek Czerwonego Kapturka, Pinokia, czy Świerszcza Jimmy'ego. Nie zabraknie też i tego złego- Rumpelstinskina, czy Dżina z lampy. Wielokrotnie zmienia się tak bardzo dobrze znane nam baśnie. Żadna z nich nie wygląda tak, jak ją znamy z dzieciństwa. Wzbogaca się historię Śnieżki, czy nawet i Świerszcza. Nadaje się większego charakteru Pinokio, czy Łowcy. Zaskakująco pojawiają się też inne postaci, których próżno szukać w klasycznych bajkach. Takim przykładem jest choćby Szalony Kapelusznik. Wszystkie postaci są charakterne, a obsada do nich całkiem nie najgorzej dobrana. Trzeba jednak przyznać, że Śnieżka, w wykonaniu Ginnifer Goodwin, zaczyna irytować swoją niewinnością. Dlatego też za ulubioną postać możemy sobie obrać Emmę, w tej roli podopieczna doktora House'a- Jennifer Morrison. Szybko jednak zapominamy o Cameron i całkowicie poświęcamy się podglądaniu ciągłych zmian, które zachodzą w Emmie. Jednakże największe pole do popisu miały czarne charaktery. W tym serialu jest ich aż dwójka, przez co twórcy każą nam wybierać, które z nich stanowi mniejsze zło. A tu przede wszystkim Lana Parrilla w roli Reginy. Kobieta, której szczęście zniszczono i która zaczyna niszczyć innych. Pełna ekspresji i nikczemności, jest, obok Rumpelstinskina, najciekawszą z postaci. On sam z kolei jest dosyć rozdarty. Robert Carlyle zupełnie inaczej gra Rumpela, a inaczej pana Golda- odpowiednika w świecie rzeczywistym. Rewelacyjnie ukazał różnicę pomiędzy tymi dwoma mrocznymi wcieleniami, a to czyni go największą gwiazdą tego serialu, a przynajmniej pierwszego sezonu.
     Choć początkowo "Once Upon a Time" trochę irytował, ze względu na rozwlekłość i ciągłe gonienie za prawdą, to jednak każdy kto tylko przeżyje do półmetka sezonu doczeka się prawdziwych rewelacji. Scenarzyści bardzo dobrze wykorzystali znane od wieków historie, dla podkreślenia dramatów bohaterów świata rzeczywistego. Oba te światy, choć całkiem różne, współgrają ze sobą, a to idealnie odzwierciedla jak istotne znaczenie dla świata mają mądrości zawarte w baśniach Grimmów, czy Andersena, a nawet historiach orientalnych. Dobrze wykonany wielowątkowy serial jest idealnym rozwiązaniem dla znudzonego widza. Z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji w nowym sezonie.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Once Upon a Time / Reżyseria: Mark Mylod, Greg Beeman i inni / Scenariusz: Adam Horowitz, Edward Kitsis / Zdjęcia: Steven Fierberg, Stephen Jackson / Muzyka: Mark Isham / Obsada: Jennifer Morrison, Robert Carlyle, Lana Parrilla, Josh Dallas, Ginnifer Goodwin, Jared Gilmore, Emilie De Ravin, Giancarlo Esposito, David Anders, Jamie Dornan i inni / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy, Dramat / Ilość odcinków: 22

Premiera: 23 października 2011 (ABC) 08 lipca 2012 (FOX Polska) 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Książka #459: Znak Ateny, aut. Rick Riordan

     Kolejna z serii „Olimpijskich herosów” książka, skupiająca się na konkretnym bohaterze. Rick Riordan odsuwa na chwilę na bok syna Neptuna, a także syna Jupitera, aby skupić się na żeńskiej części siedmiorga herosów z przepowiedni. „Znak Ateny” już w tytule zwiastuje na czym, a w zasadzie na kim, skupia się cały tom, a całość zdecydowanie intryguje.
     Ekipa z Obozu Herosów przybywa do Obozu Jupitera. Na miejscu poznają szczegóły dotyczące stanu pojmanego syna Hadesa- Nico, a także poznają nową przepowiednię dotyczącą tajemniczego znaku Ateny. Niestety, dochodzi do konfliktu między obozem rzymskim a greckim, który wywołany zostaje przez Leo zawładniętego przez złe duchy. Siedmioro najrozsądniejszych herosów z obu obozów łączy siły i wyrusza w misję, aby odzyskać przyjaciela, a także poznać szczegóły nowej przepowiedni.
     Oj, jakie to wszystko przewidywalne. Już na etapie poznawania bohaterów drugiego tomu można było się domyśleć, co za osobniki będą wchodziły w skład herosów z przepowiedni. Nie ma tutaj żadnych zaskoczeń, bo przecież po coś te postaci zostały wprowadzone, w sensie... wszystkie poboczne poza Percym i Annabeth. Od początku również wiadomo, że w dużej części fabuła tej części skupiać będzie się na tej młodej heroinie, bo w końcu to ona jest potomkinią tytułowej bogini. Tajemnicą pozostawała jednak cała otoczka, czyli kogo z mitologii Riordan zaciągnie do zabawy tym razem.
     Gaja oczywiście wciąż przejawia się w jakichś dziwacznych głosach przemawiających do młodych bohaterów, ale kto by tam zwracał na nią uwagę, kiedy do akcji wkraczają prawdziwe legendy mitologii. Aż dziwne, że autor do tej pory tak skutecznie unikał takiej postaci jak Narcyz. Ciężko stwierdzić jak jego pojawienie się może mieć wpływ na akcję, ale przynajmniej stanowił rozbrajający element w tej opowieści, od razu przywołując na myśl animację Disneya i słowa Hermesa podczas boskiej imprezy „Nie widziałem tyle miłości od kiedy Narcyz odkrył sam siebie!”. W końcu od pierwszej książki serii martwi powracają z krainy umarłych, więc w sumie nie ma się co dziwić na pojawienie się takiej sławnej persony. Bardziej zaskakuje pojawienie się pewnego herosa, który po śmierci trafił na Olimp jako jeden z pomniejszych bogów- Heraklesa. Jego objawienie się również nie ma większego sensu, ale przynajmniej mogliśmy zagłębić się bardziej w historię jego życia. Autor nie zapomina również i o gigantach zrodzonych z Gai. Bardzo fascynujące postacie, z którymi muszą mierzyć się nasi mali bohaterowie. Riordan, jak zawsze, świetnie wplata wątki mitologiczne w swoje powieści. W tej serii wciąż bardzo dobrze łączy mity rzymskie, jak i greckie- tworząc nietypowy miks. Czy ma to jednak wpływ na fabułę? Ostatecznie, jak najbardziej. Tworzy tym kolejne przygody dla bohaterów, dając im nowe sposobności na wykorzystanie swoich zdolności. Jednakże to chyba ostateczna rozgrywka Annabeth najbardziej wykazuje jej inteligencję i spryt, podczas gdy inni ograniczają się jedynie do intryg. Całość bardzo dynamiczna, co chwilę podnosi się napięcie, aby skumulować się u finału powieści! To co dzieje się u jej końca... autentycznie wzrusza, ale też i otwiera bramkę dla kontynuacji, której tytuł jest nam oczywiście znany.
     Kolejna powieść i kolejny wstęp do dalszych zabaw młodych herosów. W końcu udało się połączyć siły dwóch obozów, ale liczę na to, że ta współpraca jeszcze bardziej się rozwinie. „Znak Ateny” to przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych, finałowych tomach. Przepowiednia coraz bardziej się spełnia, zagrywki ze strony Gai są coraz ostrzejsze i bardziej niebezpieczne, więc i Olimp przestaje być już obojętny. Rośnie więc napięcie, bohaterowie przeżywają coraz większe rozterki, a na swojej drodze spotykają coraz to bardziej intrygujące postaci mitologiczne. Tempo akcji nie ulega zmianie, a jeżeli już to biegnie w dobrą stronę. Jest się czym zachwycać, bo trzeci tom zdecydowanie wciąga! Stajemy się coraz bardziej niecierpliwi, ale nie ma się co dziwić, skoro Rick Riordan serwuje nam taki finał...

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Mark of Athena / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-58-6 / Ilość stron: 544 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2012 (Świat), 2012 (Polska)

wtorek, 8 sierpnia 2017

SZORTy #44: Gamer, Lockout, Klucz do wieczności


Oryginalny tytuł: Gamer | Reżyseria: Mark Neveldine, Brian Taylor | Scenariusz: Mark Neveldine, Brian Taylor | Obsada: Gerard Butler, Michael C. Hall, Alison Lohman, Kyra Sedgwick, Amber Valletta, Terry Crews | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 03 września 2009 (Świat) 23 października 2009 (Polska)
Ocena: 3/10
     Duet Neveldine & Taylor jest specyficzny. Nie każdemu musi przypaść do gustu sieka jaką serwuje ta dwójka, a którą zademonstrowali już przy okazji serii ze Stathamem. Wrócili z nowym tytułem- „Gamer”. Nie wiem dlaczego oczekiwałam, że mi się to spodoba...
     Świat przyszłości, w którym skazańcy mogą wykupić sobie drogę na wolność poprzez udział w grze na żywo. Przy pomocy nanotechnologii bogaci gracze mogą przejmować kontrolę nad ich umysłami i brać udział w rozgrywkach na śmierć i życie. Kiedy jeden z więźniów jest już bliski ukończenia swojej gry znajdzie się na celowniku twórcy całego wynalazku.
     Koncepcja baaardzo ciekawa. Niczym połączenie „Death Race” z „Surogatami”. Genialnie przerażająca wizja świata przyszłości, kiedy to nasze umysły miałyby być kontrolowane przez tych, którzy dadzą więcej kasy i to tylko dla swojej własnej przyjemności. Z początku powstająca Społeczność przeradza się w Zabójców, gdzie nie ważne staje się już przekuwanie w rzeczywistość swoich fantazji, także erotycznych, ale gra toczy się o większą stawkę- o życie. Ta rozrywka dotyczy tylko skazańców, którzy mogą wykupić sobie drogę na wolność? Brzmi znajomo? Statham również szalał w podobnej zabawie tylko nie strzelał do innych z karabinu, a jedynie rozwalał fury swoją bryką. To akurat jest mocno wtórne, ale i tak budzi pewien strach, powoduje dyskomfort. Jednakże poza samym pomysłem film nie oferuje absolutnie nic. Jest tak samo chaotyczny jak poprzednie produkcje. Całość wygląda jak jedna montażowa sieczka, która straszliwie męczy i wyzwala chęć na rozwalenie telewizora już po kilkudziesięciu minutach. Za dużo migania, za dużo abstrakcyjności, za dużo szatkowania, które przyprawia o ból głowy, a wręcz okropnie drażni. Do tego na pewnym etapie traci się gdzieś sens całej tej opowieści, a beznadziejne aktorstwo wcale nie polepsza sytuacji. Jedyne czym można się zachwycić to postać Michaela C. Halla- tak samo psychopatyczny, jak i jego Dexter. Problem tylko w tym, że ostatnie minuty z jego udziałem są totalnie nielogiczne. Zapowiadało się naprawdę ciekawie, ale tylko na interesującym zarysie się skończyło. Reszta jest ciężka do przetrawienia i przetrwania.

Oryginalny tytuł: Lockout | Reżyseria: James Mather, Stephen St. Leger | Scenariusz: James Mather, Stephen St. Leger, Luc Besson | Obsada: Guy Pearce, Maggie Grace, Vincent Regan, Joseph Gilgun, Lennie James, Peter Stormare, Jacky Ido | Kraj: Francja | Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 07 kwietnia 2012 (Świat) 03 sierpnia 2012 (Polska)
Ocena: 5/10
     Kino akcji w najlepszym wydaniu, w dodatku całkowicie wkupuje się w łaski współczesności z uwagi na swój fantastyczny charakterek. Luc Besson powraca z nowym hitem o tytule „Lockout”.
     Banda psychopatycznych skazańców przejmuje władzę w więzieniu orbitalnym. Zanim zniszczą całą stację kosmiczną muszę znaleźć sposób na wydostanie stamtąd córki prezydenta. W tym celu władze wysyłają na miejsce tajnego agenta, który liczy na to, że przy okazji załatwi swoje prywatne sprawy z jedną z więzionych tam osób.
     Kolejny film o więzieniu, z którego ktoś próbuje się wydostać, albo próbuje wejść do środka. Zmienna? Tym razem akcja rozgrywa się w kosmosie, więc ewidentnie jest to bardzo przyszłościowy film z dość ciekawą koncepcją wyzbycia się najgroźniejszych skazańców z powierzchni Ziemi. Do tego ciekawa intryga w związku ze skazańcami, bo co jeden gorszy jest od drugiego. Jedna samotna kobietka pomiędzy bandą zwyrodnialców? Nie trudno o konkretne i niezbyt pozytywne wnioski. Maggie Grace gra tutaj typową kobietkę, którą trzeba ratować z opresji. Nic zaskakującego. Nie mniej, gdy do akcji wkracza agent Snow przynajmniej robi się zabawnie, gdyż do tej pory jedynie wiało grozą. Pearce pokazuje się z zupełnie innej strony, takiej jego twarzy próżno szukać w innych filmach, bo widać, że tutaj dobrze się bawi. Całość bardzo fajnie się ogląda, wszelkie dłużyzny rozluźnione zostają sarkastycznymi uwagami, przez co nie ma opcji znużenia. Momentami zaskakuje, kiedy serwuje nagłe zwroty w akcji, albo prezentuje kolejne odchyły psychopatów. Ciekawy film, choć czegoś ewidentnie mu brak- stawiam na dynamizm!

Oryginalny tytuł: Self/less | Reżyseria: Tarsem Singh | Scenariusz: David Pastor, Àlex Pastor | Obsada: Ryan Reynolds, Natalie Martinez, Matthew Goode, Ben Kingsley, Victor Garber, Derek Luke | Kraj: USA | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 10 lipca 2015 (Świat) 24 lipca 2015 (Polska)
Ocena: 4/10
     Hinduski reżyser, który ma na swoim koncie bardzo skrajne produkcje- od „Celi”, aż po „Śnieżkę”. Najnowszy tytuł do skrajnych może nie należy, ale z pewnością zmusza do refleksji.
     Zamożny biznesman coraz gorzej znosi postępującą chorobę. Postanawia podjąć ryzyko przeniesienia jego świadomości do młodszego ciała, wyhodowanego syntetycznie w tym celu w laboratorium. Od tamtej pory nawiedzają go obce wspomnienia, więc chce poznać tego przyczynę.
      „Klucz do wieczności” wyglądał na całkiem interesujący i przede wszystkim dynamiczny film. Pozory jednak ponownie mnie zmyliły. Fabuła nadal pozostaje zastanawiająca i mocno niepokojąca, tak samo jak i wszystkie obrazy, które naruszają tematykę ludzkiej świadomości, ale cały wątek jest poprowadzony tak leniwie, że siłą trzeba się powstrzymywać przed przerwaniem seansu. Na szczęście człowiek jest bestią niezwykle ciekawską, a każdego z pewnością zaintryguje fakt tajemniczych wspomnień, a na pewnym etapie – jak postąpi główny bohater. To pytanie, które trzyma nas przed ekranem, bo na pewno nie jest to Ryan Reynolds choć wydaje się być o wiele mniej drażliwy niż w dotychczasowych filmach. Tajemnica, która jest raczej do przewidzenia, a która nasuwa kolejne znaki zapytania. I choć bohater nie należy do jakichś szczególnie charyzmatycznych, to i tak wyczekujemy na rozwój jego losów. Trzeba przyznać niestety, że ta kolejka w tej poczekalni dłuży się niemiłosiernie, a my marzymy o pochwyceniu w rękę jakiejś gry w ramach rozrywki. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że z tak ciekawego pomysłu, który mógł dać początki rozważań na temat człowieczeństwa, ale również być inspiracją do ciekawych, dynamicznych akcji, powstała taka mimoza, która broni się jedynie zakończeniem. Hm. Dziwaczny to twór jest, po raz kolejny. Brawo Tarsem!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Książka #458: Syn Neptuna, aut. Rick Riordan

     Drugi tom z kolejnej, po „Percym Jacksonie i bogach olimpijskich”, serii, w której króluje mitologia grecka. Rick Riordan dba o swoich fanów i tym razem łączy mitologię grecką z rzymską. „Syn Neptuna” jednak powiela trochę pierwszą książkę cyklu, a przy okazji skupia się na naszym ulubionym czołowym bohaterze wcześniejszych książek.
     Kiedy Jason dzielnie sobie poczyna w Obozie Herosów Percy Jackson, również pozbawiony swoich wspomnień, trafia do Obozu Jupiter- rzymskiego jego odpowiednika. Tam poznaje nowych przyjaciół, a także tajemniczą przepowiednię o siedmiorgu herosach. Kiedy oczywistym staje się, że umarli nie trafiają do świata podziemia, a za wszystkim stoi pojmanie Tanatosa, wyrusza na misję, aby go wyzwolić. U jego boku staje potomek Marsa- dzielny Frank, a także powstała z martwych potomkini Plutona, siostra Nico imieniem Hazel.
     Rozpoczynając nową serię o greckich herosach wydawałoby się, że nie spotkamy już znanych nam bohaterów. Z drugiej zaś strony, dlaczego nie? W końcu to ta sama tematyka, a kontynuowanie losów postaci z cyklu „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” wydaje się być tutaj całkiem logiczne. Nie mniej, może gdzieś na bocznym planie, jako postacie wspierające, tak jak to było przy okazji tomu „Zagubiony heros”, a nie na froncie, jak to jest w kolejnym. Percy Jackson znowu się pojawia! Dla jednych będzie to powrót bardzo udany, a dla innych stanowić będzie jedynie pewne tło dla faktycznych wydarzeń istotnych dla serii „Olimpijscy herosi”. Już w poprzednim tomie sugerowano nam, na czym bazować będzie drugi. Skoro Jason z Obozu Jupitera trafił do Chajrona, to oczywistym było, że trzeba będzie poznać również drug stronę medalu, czyli Percy'ego, który trafia pod oko Lupy. I choć wydarzenia zostają jako tako zapowiedziane, to jednak chyba nikt nie spodziewałby się takiej schematyczności. Znowu utrata pamięci, znowu trafienie do obozu i wyruszenie na misję, w której towarzyszy dwójka innych herosów, o dość niejasnych przesłankach swojego działania. Można było bardziej to urozmaicić, no i oczywiście Rick Riordan nie byłby sobą, gdyby tego nie robił. Niestety, rozpraszacze pod postacią kolejnych wrogów i misji pobocznych, nie sprawią, że schematy biją po oczach i znowu głównym celem uratowanie jest jakiegoś boga z niewoli. Tym razem trzeba ratować Tanatosa, bez którego ani dobrzy, ani źli ludzie nie mogą umierać i stawać pod bramami Hadesu. W dodatku Ci co zmarli nie są w żaden sposób kontrolowani więc mogą krążyć w tę i z powrotem. To wyjaśniałoby kilka sytuacji z pierwszego tomu serii. Nie zmienia to jednak faktu, że fabuła wygląda niemalże jak kalka poprzednika, gdzie zmieniają się jedynie bohaterowie i otoczenie.
     Skoro poznaliśmy już Obóz Jupitera oczywistym stało się wprowadzenie rzymskich odpowiedników greckich bogów i nie tylko. To z pewnością się wyróżnia w tym tomie, choć już na swój sposób nakreślone zostało u poprzednika. W obozie spotkamy herosów o rzymskich imionach, a bogów poznamy od ich rzymskiej strony. Należy bowiem pamiętać, że Mars, to nie ta sama postać, co jego rzymski odpowiednik Ares. Na każdym kroku podkreśla się te różnice. Łatwo się jednak pogubić w tym wszystkim, kiedy w głowie mamy greckie odpowiedniki. Szkoda, że nie wykorzystuje się póki co żadnych rzymskich mitów. Rick Riordan bardzo dobrze radzi sobie z kreowaniem postaci, a także świata, który je otacza. Każda jego postać jest wyrazista, a tutaj dodatkowo tworzy dodatkowe dla nich historie i poświęca im więcej czasu niż zazwyczaj- nie tylko w teraźniejszości. Ze sporą szczegółowością powraca do przeszłości Hazel, która jest odleglejsza niż można by się spodziewać. Dużo uwagi poświęca również Frankowi, niespodziewającego się kim jest jego ojciec.
     Do tego ciężko jest nie poddać się mitologicznej atmosferze. Klimat jest tutaj obezwładniający, a autor nie pozwala zapomnieć z jakim typem literatury mamy do czynienia. Cała masa przygód, których doświadczają bohaterowie. Wielkie wyzwania, przed którymi stają, a dzięki którym stają się twardsi, bardziej rozumni, no i oczywiście doroślejsi. Wchodzą w ciekawe gierki, sporo ryzykując, ale przy tym pokazując jak wielkie mają charaktery i jak wielka cechuje ich odwaga. O czym świadczyć może chociaż starcie Percy'ego na fiolki ze ślepym wrogiem. Niezła zagrywka, która mocno wbija się w pamięć. Dynamicznie toczą się również zamykające wydarzenia, dostarczając tym samym sporo emocji i atrakcji.
     Pomimo kilka wad, cechujących „Syna Neptuna”, do których trudno nie zaliczyć schematyczności, ale przede wszystkim powielactwa pierwszego tomu kolejnej serii, trzeba przyznać, że lektura wciąż pozostaje fascynująca. Jeżeli ktoś z zamiłowaniem śledzi mitologię grecką, będzie zauroczony kolejnymi wydarzeniami z wykorzystaniem znanych mu mitów. Znowu spotkamy znanych nam bohaterów, ale poznamy także nowych, uzupełniających ten krąg herosów. Rick Riordan świetnie rozkręca akcję, której tempo nie siada ani przez chwilę. Powieść urozmaica o nowe elementy, a przez to z jeszcze większą zachłannością zaczytujemy się w kolejne stronice. Bardzo zadowalająca kontynuacja!

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Son of Neptune / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-35-7 / Ilość stron: 480 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2012 (Polska)

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)

środa, 2 sierpnia 2017

Książka #457: Zagubiony heros, aut. Rick Riordan

   
   Długa przerwa od konkretnych serii bardzo dobrze robi czytelnikowi. Ma szansę zatęsknić, a później na nowo przeżywać porywającą lekturę. Tak jest w przypadku kolejnych powieści Ricka Riordana. Po „Percym Jacksonie i bogach olimpijskich” powraca do mitologii greckiej, łączy ją odrobinę z rzymską i daje całkiem nowy wątek „Zagubionego herosa”, którym rozpoczyna kolejną heroiczną przygodę w serii „Olimpijscy herosi”.

     Źle się dzieje wśród greckich bogów i ich herosów. Olimp całkowicie odciął się od swoich dzieci, nie dostają już żadnych informacji od swoich boskich rodziców i sami muszą radzić sobie z problemami. Wtem u bram Obozu Herosów staje trójka nowicjuszy- Jason, Piper i Leo. Stanowią nie lada sensację, gdyż udało im się przeżyć bez uznania ze strony rodzica zdecydowanie za długo. Największą zagadką jest jednak pierwszy z nich, który obudził się pewnego dnia w autobusie tuż obok swoich przyjaciół, całkowicie pozbawiony wspomnień, a do tego posługuje się rzymskimi imionami greckich bogów. Nie przeszkadza mu to jednak wziąć udział w niebezpiecznej misji, gdy jedna z Wyroczni ma wizję o uwięzionej królowej bogów Herze. Tymczasem inna część obozowiczów wyrusza w drogę, aby odnaleźć zaginionego herosa- Percy'ego Jacksona.
     Kronos został pokonany, i co? Najwyraźniej nic skoro po Ziemi mogą biegać sobie jeszcze gorsze zagrożenia, a w zasadzie nie tyle biegać, co czyhać na własne powstanie. Jak się okazuje, zawsze może być gorzej! W ten jakże interesujący sposób Rick Riordan rozpoczyna kolejną serię przygód o młodych herosach. Wcześniej skupiając się bardziej na bogach, teraz dał upust wyobraźni herosom, ale czy na pewno? W zasadzie wydawać by się mogło, że to po prostu spełnienie marzeń czytelników, aby nie musieli się jeszcze żegnać ze swoimi greckimi idolami. „Zagubiony heros” idealnie łączy się z finałem serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”. Już niemalże na starcie powracają znani nam bohaterowie, no i oczywiście nazwisko syna Posejdona. Nie obywa się bez licznych nawiązań do finału tejże serii, a jak się okazuje może mieć ona dodatkowe znaczenie dla nowego początku. Świetne rozwiązanie, które zachwyca z każdą stroną coraz bardziej.
     Rick Riordan nie unika schematów, które rządzą się powieściami przygodowymi, nie mniej, on wykorzystuje je na swoje korzyść i czyni swoje twory jeszcze bardziej fascynującymi. „Zagubiony heros” przesiąknięty jest całą masą wydarzeń, które płynnie przechodzą z jednego w drugie. Zaskakujące jest ile rzeczy może przejść młody człowiek, ale nie zapominajmy... to w końcu herosi! Kłopoty najwyraźniej bardzo się z nimi lubią. Ich misja jest typowa dla tego rodzaju przygód i z pewnością nie jest niczym innowacyjnym w stosunku do historii o Percym Jacksonie. Jak nie wylądują będą musieli opierać się urokom Medei, to znowu wpadną w ręce boga wiatrów- Eola. Niebezpieczeństwo czyha na każdym rogu, a wydaje się, że ocalenie się z tych nieszczęsnych sytuacji sprawdza charakter każdego z młodych herosów. Wtedy bowiem objawiają się kolejne ich moce, wtedy poznają prawdziwą siłę więzi, która ich łączy, no i zaczyna się tworzyć nowa liga bohaterów, na miarę Percy'ego, Annabeth, Thalii i ich towarzyszy. Sceny te niejednokrotnie są emocjonujące, wzbudzają sporo napięcia i aż czekamy na to jak te wydarzenia potoczą się dalej! Oczywiście, w natłoku wrażeń możemy zapomnieć o właściwym celu, ale to tylko świadczy o tym, jak porywające są sceny akcji! W dodatku zagadka, którą przychodzi nam rozwiązać wraz z bohaterami, a dotycząca Jasona jest na swój sposób fascynująca, bowiem idealnie łączy mitologię grecką z rzymską i daje wiele możliwości na poprowadzenie dalszej fabuły w serii. Aż ciekawość bierze na myśl, co może z tego dalej wyniknąć. A co z tytułowym „Zagubionym herosem”? Tu kwestia jest dwuznaczna, bo zarówno sprawa Percy'ego, jak i Jasona wciąż pozostaje otwarta.
     Najnowsi bohaterowie, których Rick Riordan daje nam w „Zagubionym herosie” to przedstawiciele całkiem nowych domów. Jest tu potomek Hefajstosa oraz Afrodyty, a także kogoś znacznie potężniejszego. W ciekawy sposób ujawniają się kolejne ich moce, powodując przy tym wielki rozgardiasz. Dają dodatkowego kopa do działania, a dla czytelnika to idealny element, na którym można się zawiesić. Z nich wszystkich jeszcze nikt nie wybija się na pierwszy plan, choć oczywistym staje się, że to Jason jest typem przywódcy. Piper odrobinę irytuje swoim nastawieniem, a jej zachowanie wobec przyjaciół jest niedopuszczalne. Dobrze, że w końcu idzie po rozum do głowy. Najwięcej humoru dostarcza oczywiście trener Hedge. Jako satyr potrafi zabawiać i zdecydowanie jest chyba jedyną postacią, która wywołuje uśmiech na twarzy.
      Kolejna powieść Ricka Riordana z serii greckiej mitologii, nie jest niczym przełomowym- to pewne. Oczywistym jest jednak to, że autor ma dar do tworzenia niesamowitych opowieści i chociażby pisał o rodzinie mrówek, to zrobiłby z tego rewelacyjną przygodę. W serii o „Olimpijskich herosach” znowu może poszaleć z wyobraźnią i mitami, a w „Zagubionym herosie” wykorzystuje ich całą masę. Szkoda tylko, że wszystko musi tłumaczyć za sprawą swojej bohaterki, zamiast dać czytelnikowi szanse na samodzielne poszukiwania i odkrywanie tych historii. Nie mniej, powieść porywa, stawia bardzo wiele pytań i tworzy wymyślne zagadki, które ponownie napędzają opowieść i intrygują do samego końca. Aż chciałoby się przeczytać już całą resztę serii.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Lost Hero / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-27-2 / Ilość stron: 520 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2010 (Świat), 2011 (Polska)