NOWOŚCI

Najnowsze teksty

środa, 7 sierpnia 2019

Książka #505: O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci, aut. Marta Maruszczak


Każdy rodzic chce pokazać swojemu dziecku cały świat i pomóc zgłębić każdy jego sekret. Młody potomek, który rozbudza swoją ciekawość kolejnymi pytaniami, w końcu skieruje się w stronę wprawiającą rodziców w dyskomfort i zakłopotanie. Jednym z najcięższych pytań jest: „skąd się biorą dzieci?”. Większość rodziców snuje legendy opowiadane z dziada pradziada krążące wokół bocianów, kapusty, itp. Niewielu odważy się podjąć prawdziwą opowieść. Dla tych właśnie powstała najnowsza książka Marty Maruszczak- biologa, antropologa i medyka w jednym, o tytule „O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci”.

Najmłodsza w całej rodzinie, dziewczynka imieniem Mela to bardzo dociekliwa istotka. Jej aktualnie największym pragnieniem jest poznać największą tajemnicę skrywaną przez rodzinę, chce wiedzieć skąd się biorą dzieci. Na jej liczne pytania odpowiada praktycznie cała rodzina- od dziadków po starszego brata. W końcu dowiaduje się czym jest miłość, jak dochodzi do poczęcia i czy dziecku jest dobrze w mamusinym brzuszku.

Książka adresowana jest głównie do najmłodszych czytelników, ale autorka zaleca, aby najpierw sami rodzice zapoznali się z jej treścią (chyba w celu filtrowania właściwych treści), a dopiero w dalszej kolejności zapoznawali z nią swoje pociechy pozwalając im samym odkrywać kolejne strony i zadawać pytania. W końcu do tego właśnie powinna służyć ta książka. Tu jednak napotyka się pewne problemy związane głównie z określeniem grupy docelowej. Całość skierowana jest bowiem do tych najmłodszych z dzieci, czyli w przedziale wiekowym od 0 do 6 lat. Ciężko jest nawiązywać dialog z tymi z najniższej granicy, w szczególności, że nie do końca mogą rozumieć świat. Mój trzy i pół letni synek wykazał praktycznie zerowe zainteresowanie treścią, skupiając się na aspekcie wizualnym książki. Co za tym idzie, wszelkie próby podejmowania dyskusji kończą się na suchym przedstawieniu faktów.

Innym problemem książki jest jej forma oraz język w niej użyty. Wszystko wydaje się być zrozumiałe, w końcu pisze to sama specjalistka w zakresie rozmnażania, itp. Jednakże to, co jest ewidentną zaletą jest też wadą, gdyż posługuje się językiem i sformułowaniami stricte medycznymi, które nie do końca staną się zrozumiałe dla młodych czytelników. Oczywiście, inaczej jeszcze wyglądałoby to w sytuacji lepszego zobrazowania, a nie: „Jajeczko jest mniejsze niż ziarenko piasku. Plemnik jest jeszcze mniejszy, istna drobinka”. Nie ma do tego żadnych rysunków pomocniczych, itp. Używając słów dla dorosłych tłumacząc coś dzieciom, trzeba byłoby postarać się o pomoc w wizualizacji, bo jednak powyższy opis mówi tyle, co nic. Natomiast fajne i co najważniejsze ciekawe, jest to, że dotyka się bardzo wielu sfer związanych z przyjściem dziecka na świat. Nie tylko dotyczącymi samego poczęcia, ale również typowo naukowych analiz, jak to jak dziecko się odżywia w macicy, itp. Szkoda jedynie, że prezentacja nie ma innej formy, bo takie fakty niby będące częścią opowieści dla małej Meli, nie do końca przekonuje. Fajnie, gdyby czytający rodzic mógł odnosić to, do osobistej dyskusji z własnym dzieckiem. Nie mniej, patrząc na to z drugiej strony- gdy w końcu nasza pociecha będzie czytać i będzie chciała poczytać tę książkę, to forma opowieści może lepiej do niej trafić.

Ilustracje to coś, za co uwielbiam brać do ręki książeczki dziecięce. Lubię poznawać kolejnych artystów, gdyż każdy ma inny charakter i inny styl. Niekoniecznie każdy z nich odpowiada mojemu gustowi, ale Monika Filipina zdecydowanie jest wśród tych charakteryzujących się ciekawą kreską. Dzięki tej artystce książka jest bardzo pozytywna w odbiorze. Oczywiście, nie wszystko zapewne mogła wyrysować, ale i tak zrobiła dobrą robotę. Ilustracje nie są toporne, mają pewną opływowość, subtelność i wyrazistość przeplataną z mgłą. W zależności od potrzeby albo skupia się na większej szczegółowości, albo chowa się za większymi przestrzeniami. Nie mniej, robi wrażenie.

Wierzę, że „O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci” jest książką bardzo przydatną. Z pewnością nie jest to propozycja, która Was zgorszy, która zgorszy Wasze dzieci. Czasami trzeba będzie własnymi słowami złożyć o wiele szersze wyjaśnienia w kwestii danego zagadnienia, ale być może akurat nasze dzieci nie będą tak dociekliwe i zaspokoi je wiedza zaczerpnięta z książki. Ilustracje na pewno jest zainspirują, z pewnością zmuszą do działania również inne części mózgu małego dziecka. Nie jest to książka idealna, niestety, ale gdy potraktować ją dosłownie jako opowieść dla najmłodszych może połączyć przyjemne z pożytecznym. W innym przypadku, trzeba pamiętać, że się ją ma, gdy pociecha zacznie zadawać niewygodne pytania.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: O maluchu w brzuchu, czyli skąd się biorą dzieci / Ilustracje: Monika Filipina / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13429-5 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

niedziela, 28 lipca 2019

Książka #504: Pucked Up, aut. Helena Hunting

W przypadku serii książkowych zdarza się tak, że całość nas nie urzeka. Często bywa też tak, że start nie należy do szczególnie obiecujących. Dobrze jest jednak dać drugą szansę, bo może okazać się, że historia nas wciągnie i będziemy z zainteresowaniem obserwować zmagania kolejnych postaci. „Pucked” to powieść, która była raczej przeciętnym początkiem, zniechęcając do sięgnięcia po kontynuację. Jednakże coś podpowiadało, i nie było to jedynie logo wydawnictwa Szósty Zmysł, które nie zawodzi, że „Pucked Up” może dawać więcej wrażeń. Jak wyszło?

Violet i Alex po tym, jak ostatecznie obwieścili światu, że są razem rozpoczęli przygotowania do ślubu. Tymczasem jej przyrodni brat dziewczyny o reputacji największego playboya wśród zawodników NHL- Miller „Buck” Butterson, postanawia w końcu się ustatkować i wybrać sobie na partnerkę życia młodszą siostrę faceta, któremu przywalił za obściskiwanie się z jego siostrą. Sunshine, zwana również Sunny, to bardzo skromna dziewczyna, dbająca o ekologię i każdą żywą istotę, dlatego widząc różnice między sobą a swoim adoratorem nie jest do końca pewna rodzącego się między nimi uczucia. Pojawiające się w sieci zdjęcia jej chłopaka z roznegliżowanymi „króliczkami” również nie pomagają w budowaniu zaufania.

Nie jestem wielką fanką sportu, a już tym bardziej nie hokeja, dlatego cała ta seria kręcąca się wokół tej tematyki nie do końca mi podchodzi. Na szczęście historia skupia się na czymś zupełnie innym, jak można się domyślić z opisu, na wątku romantycznym. Seria „Pucked” to nie jest jednak byle jaki romans, takie książki już dawno wyszły z mody i zastąpiono je czymś bardziej agresywnym i erotycznym. To jest akurat coś, co przemawia na korzyść tych opowieści, ale... Wygłodniała czytelniczka wyczekująca na kolejne seksualne ekscesy bohaterów i jakże soczystych przy tej okazji opisów nie do końca będzie zwracać uwagę na sedno tej historii. Oczywiście, ciężko momentami o powagę i prawdziwą zadumę nad fabułą, gdy głównego bohatera pająk gryzie prosto w jaja, które puchną mu do wielkich rozmiarów przy okazji stając się sensacją w internecie. Ciężko zachowywać spokój, kiedy Miller okazuje się być magnesem na nieporozumienia i pozory. Jaki morał płynie z zachowania tej postaci? Trzeba być zawsze ogarniętym, bo nigdy nie wiadomo czy wybierając się do inwestora na imprezę charytatywną nie trafisz na roznegliżowaną myjnię samochodów, gdzie wszyscy będą robić fotki i przy okazji rujnować ci związek, który chcesz zbudować na solidny podstawach. Zaufanie to bardzo istotny wątek tego tomu. Rozbrajające jest to, jak tacy celebryci mają przerąbane z tą swoją popularnością, w szczególności, gdy są przystojnymi sportowcami o dość jednoznacznej reputacji. Wtedy każda dziewczyna się uwiesi, potem zrobi zdjęcie, że się uwiesiła na tym przystojnym ciałku, a potem wrzuca fotkę do sieci z hasztagiem #razemnawieki. Katastrofa związkowa gotowa! Takim ludziom na pewno ciężko jest zbudować związki, chyba, że spotkają osobę, która całkowicie to zaakceptuje i odetnie się od tego co mówią jej social media. Tutaj uosobieniem wszelkich wątpliwości tego rodzaju jest właśnie Sunny, która pomimo sympatii do Millera nie potrafi w pełni mu zaufać. W końcu... zdjęcia nie kłamią! Momentami jest to już przerabiane do przesady, bo przecież ileż razy można. Trochę dziecinne zabawy w związki, z zemstami, fochami, ale także tymi pozytywnymi i przyjemnymi elementami.

Bardzo podoba mi się to, co autorka robi z tą całą historią. Już w pierwszym tomie wprowadziła postać Millera, kiedy to przyłożył Alexowi w szatni. Nie do końca kojarzę Sunny, a przecież musiała się pojawić w „Pucked” jako siostra głównego bohatera. Podoba mi się, że duet Vi i Alexa nie zaginął gdzieś w przestrzeni tylko nadal się przewija przez fabułę „Pucked Up”. Świetna sprawa, bo dalej możemy śledzić ich losy. Do tego Hunting skupia uwagę na kolejnych postaciach- przyjacielu Millera imieniu Randy, oraz przyjaciółce Sunny- niejakiej Lily. Wiadomym jest również, że jeden z kolejnym tomów skupia się na rozbudowywaniu tego duetu. Bardzo mi się podoba, że nie jest to typowa kontynuacja poprzedniej historii, ale też nie separuje się od niej. Dobrze przemyślana fabuła.

Początkowo sceptycznie nastawiona, z niechęcią brnąca przez kolejne strony, szybko wskoczyłam na właściwe tory i przeczytałam „Pucked Up” w mgnieniu oka. Bardzo łatwa w odbiorze, dość prosto, acz konkretnie napisana. Z bardzo urozmaiconymi i pikantnymi opisami scen łóżkowych. Historia może bardzo banalna, bo w końcu mierząca się z problemami prawie, że wyssanymi z palca, ale pomimo tego niemożliwie bawi i wciąga czytelnika. Można wręcz powiedzieć, że jest idealna na wakacyjny romans, tzn. wyjazd! Czekam na kolejną przygodę.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Pucked Up / Tłumaczenie: Magdalena Siewczyńska-Konieczny / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-658-3053-1 / Ilość stron: 450 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2015 (Świat)

niedziela, 14 lipca 2019

Książka #503: Dusia i Psinek-Świnek. Nikt się nie boi, aut. Justyna Bednarek

 „Dusia i Psinek-Świnek” to popularna na polskim rynku wydawniczym seria książek dla najmłodszych, o małej dziewczynce i jej najlepszym przyjacielu. Za tym sukcesem stoi duet pisarsko-ilustratorski, czyli Justyna Bednarek oraz Marta Kurczewska. „Nikt się nie boi” to kolejna odsłona zwariowanych przygód, a dla mnie pierwsze zderzenie z tym duetem. 
 
     Dusia to mały przedszkolaczek, której zawsze towarzyszy jej ulubiona przytulanka Psinek-Świnek. Razem się bawią i razem słuchają bajek opowiadanych im przez rodziców dziewczynki. Jednakże pewnego wieczoru Dusia pragnie zgoła odmiennych wrażeń przed snem- strasznej historii. Od tej opowieści o Zielonym Potworze pod łóżkiem dziewczynki zaczyna się cała seria pełnych strachu wydarzeń.

     Najgorszym w czytaniu książki należącej do jakiejś serii jest nieznajomość genezy, kontekstu i bohaterów. Wówczas wszystko wydaje się nie mieć sensu, a czytający może cierpieć na lekkie zirytowanie, gdy nagle fabuła kieruje się na zupełnie inną postać, która nijak ma się do wstępu książki. Tak jest również i w tym przypadku. W pewnym momencie cała uwaga czytelnika zostaje przerzucona z Dusi na jej przedszkolną koleżankę Monikę. Wszystko to z powodu strachu, który ją dopada, czy to na widok bąbla na czole wychowawczyni, czy wypranych czarnych spodni powiewających na wietrze. Jednakże niezrozumiały jest dla mnie brak formuły przyczyna-skutek. Czyżby wydarzenia z czerwonego czajniczka coś odmieniły? Jaki to miało wpływ na Monikę? A przede wszystkim... dlaczego w ogóle miałyby mieć? Wiele pytań, bardzo mało odpowiedzi. Tylko po to, abyśmy na następnej karcie znowu wylądowali w mieszkaniu Dusi. Gdzie tu sens i logika?
Bardzo ciekawe wydaje się wprowadzenie do świata zabawek, pewnej przechowalni, w której przebywają najlepsi przyjaciele dzieci, gdy te leżakują w przedszkolu. Dlaczego akurat wśród Psinki-Świnka i jego starych druhów pojawia się Zielony Potwór z potwornej historii? Zamysł jest oczywiście jeden- kwestia oswojenia z koszmarami i strachami, i pokazanie, że czasami to one boją się nas bardziej niż my ich. Oczywiście, konkluzja jest taka, że tak naprawdę nie ma się czego bać. Aczkolwiek, jeżeli jakiemukolwiek dziecku uda się dotrzeć do takich wniosków po tej książce to wielkie brawa! Mnie by to nie przekonało, a mojego synka nawet nie zaciekawiło.

     Kiedy logiczne książeczka odrobinę kuleje, tak wizualnie robi bardzo pozytywne wrażenie. Bardzo żywe ilustracje, kolorowe, a postacie o miękkich rysach- z pewnością przykuwające oko. Dla kontrastu- jako, że to historia o strachu, musi być również mrocznie, ponuro i odrobinie kanciasto dla podkreślenia atmosfery grozy. Ilustratorka bardzo dobrze operuje zarówno światłem, jak i cieniem, a jej prace wydają się żyć własnym życiem. Może się to spodobać, w szczególności, że Marta Kurczewska okazuje się być bardzo kreatywną artystką wymyślając wiele różnych postaci- także ze świata zabawek, no i oczywiście stylizacji bohaterów. Oczywiście, dla mnie hitem będzie Psinek-Świnek i jego alterego „superprosiak”. Tworzy się nowe pokolenie superbohaterów, super-Dusiów i superprosiaków.

     Odrobinę żałuję, że przygodę Mikusia z Dusią i Psinkiem-Świnką nie zaczęłam wcześniej. Wiele nas ominęło, przede wszystkim nadzieja na zrozumienie tego, co autorka miała na myśli. Takie książeczki, jak „Nikt się nie boi” oczywiście są potrzebne, ale zupełnie inaczej można przekazać tę samą naukę i to w bardziej logiczny sposób. Tutaj brakuje odrobinę pomysłu, a odrobinę konsekwencji. Zachwycona jestem z pewnością ilustracjami. Niektóre z nich aż się prosi przerobić na plakaty motywacyjne. Psinek-Świnek to najsłodszy pluszak na świecie. Chyba każdy chciałby mieć podobnego i to w dodatku żywego. Może być inspiracją do zrobienia niespodzianki dla własnej pociechy. Książeczka mogłaby być ciekawsza, fajniejsza, bardziej kreatywna. Widywałam lepsze, ale gorsze również.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Nikt się nie boi / Ilustracje: Marta Kurczewska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13428-8 / Ilość stron: 32 / Format: 220x220mm

Rok wydania: 2019

piątek, 5 lipca 2019

Książka #502: Dlaczego mamusia przeklina. Rozterki wkurzonej mamy, aut. Gill Sims

 
   W życiu niemalże każdej kobiety przychodzi taki dzień, kiedy pragnie zaprzestać bycia kurą domową, matką na 24h/7, sprzątaczką, praczką, kucharką, kochanką i opiekunką. Każda ma swoje granice wytrzymałości, w szczególności, gdy chce od swojego życia coś więcej. Nikt nie zrozumie kobiety bardziej niż druga kobieta, nikt nie zrozumie frustracji matki, tak jak inna matka. Naprzeciw mało urokliwym wołaniom o pomstę do nieba większości matek wychodzi Gill Sims z kontynuacją swojego bestselleru „Dlaczego mamusia pije”. Gdy dołożymy do tego „Dlaczego mamusia przeklina”, a także uroczą wywieszkę na drzwi bardziej dobitnie sygnalizującą wszystkim wokół „Dajcie wy mi wszyscy w końcu święty spokój!” być może otrzymamy nie tylko zrozumienie, ale również i chwilę spokoju.


     Ellen jest typową matką na brytyjskich przedmieściach. Dwójka diabłów do ogarnięcia, niekoniecznie współpracujący mąż, no i oczywiście uroczy piesek. Po sukcesie swojej aplikacji o nazwie „Dlaczego mamusia pije” kobieta nie chce już wieść życia wiecznej utrzymanki i opiekunki, chce rozpocząć własną karierę i spełniać się w innej roli. Gdy nikt nie wierzy w powodzenie udaje jej się osiągnąć sukces, a cała jej rodzina będzie musiała przystosować się do sytuacji, w której mamy nie ma cały czas w domu. Jak pogodzić pracę, zajmowanie się dziećmi z innymi zadaniami? Ellen daje radę!

     Nie uważam tej powieści za nic odkrywczego, zwyczajny zapychacz czasu, który na swój nietypowy sposób spróbuje rozluźnić człowieka. Fabuła nie jest poprowadzona w żaden dynamiczny, czy porywający sposób. Ot, zwyczajna historia, która aż czyha za rogiem, żeby się wydarzyć i którą każdy inny ma w nosie. Wygląda to jak kartki wyrwane z pamiętnika, bo autentycznie jest zapisem co ważniejszych wydarzeń w życiu Ellen. Przepychanie się z głupimi matkami szkolnych dzieciaków, do tego wszystkiego rozpoczęcie nowej pracy, gdzie postanawia nie mówić współtowarzyszom niedoli o znacznie odbiegającym od ich norm standardzie życia. Zawsze w takich sytuacjach wątki muszą zmierzać już tylko w jednym kierunku- „Kobieto! Jesteś zła, że w ogóle myślisz o powrocie do pracy! Powinnaś siedzieć i interesować się jedynie tym ,co zrobić na obiad.” To ciągnie za sobą lawinę innych wydarzeń, które wciąż niekoniecznie robią wrażenie. Oczywiście, Gill Sims ukazuje lekko zwichrowany wizerunek rodziny, ale być może z jej badań wynika, że każda taka rodzina jest lekko odchylnięta od normy. Jest wątek porzucenia rodziny, konflikty małżeńskie o różnym natężeniu, odebranie narodzin dziecka, a więc i przełamywanie barier... wydarzeń co nie miara, a jednak wszystko jest jakieś takie mało przekonujące. Ja obwiniam tutaj samą autorkę i totalnie schematyczne podejście do tematu. Niczym się to nie wyróżnia, autentycznie.

     Być może to główna bohaterka jest tutaj największym problemem. Niby bardzo zadziorna, wulgarna, itp., a jednak zakrawa to o zbędną nijakość, a może wręcz w drugą stronę- pewną nienaturalność. Choć jakby nie było, jej niektóre komentarze potrafią rozbroić największego ponuraka. Wystarczyłoby jednak kilka fajnych postaci, a mogłoby wyjść z tego coś o wiele fajniejszego niż rodzinny dramat. Trochę można wyczuć tutaj strachu przed totalnym popuszczeniem emocji, bo kiedy już zaczyna się nakręcać jakaś akcja, zaraz wydarzy się coś, co ją ułagodzi. To nie mój typ literatury. Już nie.

     Powieść Gill Sims z pewnością odpowie na wszystkie pytania, nawet i to tytułowe „Dlaczego mamusia przeklina”. Wniosek nasuwa się sam! Dzieciaki to niewdzięczne bachory, mąż zapatrzony jest tylko w siebie , a w dodatku praca z niektórymi ludźmi z każdym dniem staje się coraz większym koszmarem. W szczególności, gdy człowiek wpada w wir kłamstw i kłamstewek. Szczerze przyznam, że trochę męczyłam się z tą książką. To świadczy tylko o jednym, nawet najbardziej fascynująca historia może zmęczyć, jeżeli nie ma najmniejszego sensu. Z jednej strony lekka opowieść, bardzo fajnie napisana, a z drugiej brak jej polotu, charakteru. Niestety, w ogóle do mnie nie trafiła, choć tematem bliska jest mojemu sercu i moim osobistym zapędom.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!

Tytuł oryginalny: Why Mummy Swears / Tłumaczenie: Marta Żbikowska / Wydawca: Harper Collins Polska / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-276-4011-6 / Ilość stron: 352 / Format: 145x215mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2018 (Świat)

niedziela, 16 czerwca 2019

Książka #500 #501: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem, aut. Marta Galewska-Kustra



     Trzy i pół roku dały mi czas na to, bym uzmysłowiła sobie, że słaby ze mnie logopeda. Na nic się zdało mówienie do dziecka, czytanie do poduszki, czytanie kiedy mały biegał. Wszyscy w koło powtarzali: „Czytaj mu, bo nawet jak Ci się wydaje, że nie słucha, to słucha”. Efekt tego taki, że młody w sierpniu kończy 3,5 roku, a jedyne co potrafi wydobyć z mowy to naśladowanie niektórych dźwięków, no i oczywiście monosylabizmy. Uwielbiam... Pucio z każdym dniem przykuwa coraz większą uwagę mojego dziecka, sam sięga po książeczki i sam dopraszał się o układanie puzzli. I bardzo dobrze, bowiem to właśnie ta postać literacka stworzona została przez Martę Galewską-Kustrę oraz Joannę Kłos, aby pobudzić mowę u dzieci. Urocza postać miała zmobilizować malców do mówienia, a autorka z ilustratorką wymyślały coraz to nowsze pomysły, żeby to uczynić.

     Po serii książek i puzzli przyszedł czas na małe książeczki o tytułach „Co robi Pucio?” oraz „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”. Obie propozycje dla najmłodszych zmieszczono w bardzo poręcznych wydaniach, dzięki czemu można je zapakować do matczynej torebki, czy też plecaczka malucha. Można zabrać je wszędzie i miło spędzić czas lub zabić go wykorzystując na naukę mowy. Nie są to bowiem książeczki przygodowe. Przedstawiają zwroty znane nam z codziennego życia w uzbrojeniu rysunków idealnie je odzwierciedlających.

     Pierwsza mini-książeczka, to „Co robi Pucio?”. Nie trudno się domyślić, że ma ona nie tylko wspomagać mowę, ale również i logiczne myślenie. Na jednej karcie mamy bowiem rysunek przedmiotu codziennego użytku, a na drugim czynność, którą Pucio wykonuje dzięki tej rzeczy. Oczywiście, kreatywność dzieci nie zna granic wobec czego mój brzdąc bawi się w odnajdywanie przedmiotów na rysunku i ekscytowanie się wniebogłosy, że odnalazł coś co było zasadniczo nie do odnalezienia. Zuch chłopak!
Natomiast kolejna propozycja dla najmłodszych, „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”, ma już zgoła odmienny charakter. Tak naprawdę, to właśnie ten tytuł powinien znaleźć się u dziecka od najmłodszych lat, bowiem zawiera w sobie to, co każdy zna od lat, a mój Mikuś łapie to w trymiga. Z jednej strony jest to znowuż szereg sytuacji, z którymi dziecko nie powinno mieć problemu. Z drugiej zaś spora ilość sylabizmów i naśladownictwa dźwięków. Małe brzdące zdecydowanie szybko łapią takie formy wyrażania myśli, a mój to już w szczególności, więc jak już sobie zaszczepią to w głowie, to ciężko będzie się tego pozbyć.

     Książki od Marty Galewskiej-Kustra wzbudzają wiele entuzjazmu nie tylko z powodu tego, co przekazują małym czytelnikom i ich rodzicom, ale przede wszystkim w jaki sposób to robią. Joanna Kłos stworzyła niebanalną postać małego chłopca, o bardzo prostej konstrukcji, ale bardzo dużym sercu. Rysunki zachwycają przede wszystkim minimalizmem i kolorystyką. Nie potrzeba większej ilości udziwnień i rozpraszaczy. To, co widzimy absolutnie spełnia swoją rolę, zachęcając coraz większą ilość czytelników do sięgnięcia po logopedyczne spotkania z Puciem. 

     Opiniowanie skuteczności książki jest raczej niemożliwe za sprawą jednego posiedzenia. Pewnym jest natomiast to, że skupia na sobie uwagę najmłodszego z czytelników i frapuje na tyle, że jest w stanie wejść z książeczką w interakcję. Czy jednak wpływa na poprawę mowy lub chociaż stanie się magicznym guzikiem, po wciśnięciu którego maluszek zacznie mówić? Cóż, u nas się to nie sprawdziło, ale może u innych... Na pewno wiele ulatnia więc zasadniczo można wydać te niewielkie pieniądze, aby przede wszystkim sprawić radość swojemu dziecku spotkaniami z ulubionym bohaterem ich literackiego świata. Świetne jest to, że obie książeczki dostosowane są do różnych potrzeb dzieci- takich, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem oraz takich, które chcą ją rozwinąć we właściwym kierunku. Jak dla mnie, super!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13469-1, 978-83-10-13468-4 / Ilość stron: 28 / Format: 135x135mm

Rok wydania: 2019 

sobota, 1 czerwca 2019

Książka #499: Zapisane w bliznach, aut. Adriana Locke


     „Zapisane w bliznach”, to nie pierwsza książka autorstwa Adriany Locke, z którą polscy czytelnicy mieli okazję się zapoznać. Wcześniej w księgarniach czekało na nich „Poświęcenie”, które mogliśmy przeczytać również za sprawą wydawnictwa Szósty Zmysł. Po sukcesie pierwszego tytułu biegniemy do sklepów z nadzieją w sercu, że znowu przyjdzie nam przeżywać emocjonalny rollercoaster. W moim odczuciu, nie jest ten sam poziom dramatyzmu, ale to już kwestia gustu i faktu, co kogo wzrusza.

     Elin i Tyler to para marzeń. Poznali się w szkole, zakochali się w sobie i ostatecznie wzięli ze sobą ślub. Wieli z pozoru szczęśliwe życie, jednakże gdy nie mogli spełnić swoich marzeń coś zaczęło się między nimi psuć. Ostatnią kroplą do czary goryczy okazuje się być wypadek Tylera na kopalni, który rozdziela kochanków na długi czas. Kiedy znowu przychodzi im się spotkać przypominają sobie o dawnym uczuciu i robią wszystko, aby na zawsze pozostać już razem.

     Skłamałabym, gdybym powiedziała, że „Zapisane w bliznach” to książka zła. Byłabym bezduszną zołzą, gdybym stwierdziła, że historia tutaj zaprezentowana nie poruszyła mojego serca. Pewnym jest jednak to, że wzruszyła mnie i zainteresowała mnie mniej niż poprzednia powieść Adriany Locke, którą miałam okazję czytać. Historia tutaj jest wielowątkowa. Mamy przede wszystkim ukochaną parę, która wydaje się być wzorem do naśladowania, w końcu cała opowieść krąży wokół nich. Przeżywamy rozstania, przeżywamy powody tych rozstań, a także niezwykłe chwile uniesień. Powieść nakreśla wątek macierzyństwa i ogromnej potrzeby spełnienia się w tej roli. Jest też jego druga strona, bardzo delikatna i niekoniecznie każdy chce stawiać jej czoła. Różnie ludzie na to zareagują, ale raczej nigdy negatywnie. Może wzruszać, zdecydowanie bardziej od drugiego przewodniego tematu. Z nim pewnie więcej ludzi będzie się utożsamiać, w szczególności ci, którzy mieli w swojej rodzinie górników pracujących pod ziemią. Podziała to na czytelników, którzy każdego dnia czekali w obawie, czy ukochana osoba powróci z pracy. Ten wątek bardzo rzadko pojawia się w literaturze tego typu. Szczerze, ja się spotykam z nim po raz pierwszy. Fajnie, że się go porusza i dobrze, że poświęca się mu więcej czasu niżeli jedynie krótkie wspomnienie. Wprowadzenie czytelnika w dramaturgię całej sytuacji, pomagając mu odczuć to co czują zarówno górnicy, jak i ich rodziny, sprawdza się tutaj idealnie.

     Pomiędzy wierszami wyczytać można coś jeszcze. Jest to niezwykła przyjaźń, która potrafi połączyć ze sobą ludzi, dając im ogromną siłę. Każdy szuka swojego miejsca w życiu, a czytając o tych bohaterach ma się wrażenie, że oni swoje znaleźli. Pokazali aż nadto, że zdolni są do wszystkiego dla tej drugiej osoby, da się odczuć to wielkie wsparcie i miłość, jakie sobie okazują. Na takim fundamencie zbudowane są bardzo mocne i charakterne postaci. Elin i Tyler wspierani są przez swoich najlepszych przyjaciół: frywolnego Corda, który chciałby kiedyś kochać kogoś, tak jak kocha się dwójka jego przyjaciół; najlepszego człowieka pod słońcem, brata Elin- Jiggsa; no i oczywiście jego przepiękną żonę, która lada moment urodzi mu dziecko, a jest niczym siostra dla Elin- Lindsay. Niekiedy zdarzają się przypadki, że samemu można sobie wybrać rodzinę- to jest jeden z takich przypadków.

     Nie mogę powiedzieć, aby „Zapisane w bliznach” było książką idealną. Owszem, przyjemnie się czyta, dostarcza baardzo wielu złożonych emocji i wielu wrażeń z powodu wielopłaszczyznowej opowieści, ale jakoś...nie ujmuje serca. Oczywiście, wylewamy może łez wraz z Elin, mamy ochotę zaserwować prawy sierpowy Tylerowi, a także z całego serca ukochać Corda, ale mam wrażenie, że pomimo całej sympatii do bohaterów, opowieść zaginie pomiędzy innymi obyczajówkami. Pomimo wątku górnictwa, które dość rzadko pojawia się w literaturze tego typu, wspomnienie o tym może się ulotnić. Nie mniej, dla zwyczajnej rozrywki, która pomoże oderwać się od codzienności warto sięgnąć i się z nią zapoznać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Written in the Scars / Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowy / ISBN 978-83-65830-62-3 / Ilość stron: 380 / Format: 150x200mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2016 (Świat)

sobota, 11 maja 2019

Książka #498: To, co zakazane, aut. Tabitha Suzuma


     Ostatnio stałam się bardzo wybrednym miłośnikiem książek, filmów i seriali; dość trudno jest mnie zadowolić. Gdy pojawiła się informacja o nowościach wydawniczych dzieci Papierowego Księżyca byłam sceptycznie nastawiona, w szczególności do jednego z tytułów „To, co zakazane”. Hasła typu „Ta historia łamie serce” nigdy mnie nie kusiły, gdyż zazwyczaj się nie sprawdzały. Kilka słów nakreślające fabułę wydawało się intrygujących, ale kierujących moje myśli tylko w jedną stronę: „Skończy się tak, jak zawsze!”. Po przeczytaniu najnowszej powieści Tabithy Suzumy całkowicie zmieniam swoje zdanie.

     Siedemnastoletni Lochan i szesnastoletnia Maya to dwójka najstarszego rodzeństwa wśród pięciorga dzieci porzuconej kobiety u kresu wytrzymałości. Tych dwoje zawsze było dla siebie czymś więcej niż tylko bratem i siostrą. Razem płakali, razem się śmiali, razem opiekowali się swoimi młodszymi braćmi i siostrą; stali się dla nich rodzicami. Robią wszystko, aby tylko opieka społeczna nie dowiedziała się o tym, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami ich domostwa; razem wymyślają najrozmaitsze historie usprawiedliwiające nieobecność ich matki. Nic więc dziwnego, że między tą dwójką rodzi się coś więcej niż przyjaźń. Coś bardzo niewinnego, acz...zakazanego przez obyczaje i prawnie.

     W swojej powieści autorka porusza bardzo kontrowersyjny temat. Temat, który bardzo rzadko jest podejmowany; no może jedynie poza „Grą o tron”, bo tam stosują go nagminnie. Kazirodztwo to nie jest łatwy temat. Wszystko dlatego, że zakazuje tego wiara, przyjęte obyczaje, przyjęte prawa... Każdy kraj stawia krzyżyk na takich relacjach, także i w Polsce, choć to oczywiście nie jest zaskakujące. W naszym kraju kazirodztwo jest przestępstwem przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, zgodnie z art. 201 Kodeksu karnego, za które grozi pozbawienie wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Dotyczy to zarówno rodzeństw, jak i rodziców, a nawet i przybieranej rodziny. Znam się trochę na prawie, co nie? Nie mniej, mnie samej (choć uważam się za osobę niezwykle tolerancyjną) ciężko było przebrnąć przez wszelkie sceny okazywania sobie miłości. Nie było łatwo czytać o zbliżeniach, o wszelkich czułościach; jedynym rozwiązaniem okazało się być całkowite odcięcie myślenia i zapomnienie o tym, że jest to rodzeństwo. To było świetne posunięcie zważywszy na ostatnie sceny tej opowieści.

     Jednakże kazirodztwo to nie jest jedyny problem tej książki, a w zasadzie nie jest to nawet główny problem. Najgorszym do przetrawienia, zrozumienia okazał się by dramat tej rodziny. Każda chwila, w której matka nie była matką; każda scena, gdzie wolała nowego chłopaka od swoich dzieci; każdy możliwy fragment przywołujący przeczytane bajki na dobranoc, nieucałowane czoła, nieutulone dzieci; wszystko to wywoływało we mnie fizyczny ból. Sytuacje, które zmusiły najstarsze z dzieci do szybkiego wkroczenia w dorosłość i zastępowania dorosłych w najważniejszej życiowej roli, rozdzierały serce. W szczególności, jak przypomni się człowiekowi, gdy spędził półtora miesiąca w szpitalu z dala od swojego dziecka i każdego dnia za nim płakał. Nie znosiłam „matki” tej piątki dzieciaków, którzy jej potrzebowali. Nie znosiłam tego, że musieli kombinować, żeby nie odkryć się przez pomocą społeczną, żeby nie rozdzielili ich rodzeństwa.

     Oba powyższe wątki kumulują się w pewnym momencie, gdzie dochodzi do prawdziwego wybuchu emocji u czytelnika. Wtedy powieść wchodzi na zupełnie nową płaszczyznę, której chyba nikt się nie spodziewał. Oprócz mnie, ale sama jestem sobie winna, bo w trakcie czytania skoczyłam sobie na końcówkę (muszę przestać to robić!). Zupełnie jakbyśmy wsiedli do prawdziwego emocjonalnego rollercoastera i zapomnieliśmy zapiąć pasów; mamy tutaj wszystkie emocje od miłości, przez przerażenie, aż do pogardy.

     Spodziewałam się, że ta lektura nie będzie dla mnie łatwa. Nie sądziłam jednak, że „To, co zakazane” będzie taką jazdą bez trzymanki. Oczekiwałam po tym tytule bardzo wiele, o wiele więcej zostało mi oddane w zamian. Odnalazłam w sobie podziw dla bohaterów, zarówno ten negatywny, jak i pozytywny; bohaterów, których doceniam za odwagę, doceniam za siłę, bo nie łatwo jest się podnieść po takich doświadczeniach. To nie jest łatwa w odbiorze książka, jest niezwykle kontrowersyjna i myślę, że każdemu ciężko będzie znaleźć w sobie ten magiczny wyłącznik, który pomoże spojrzeć na tę historię z nieco innej perspektywy i zrozumieć. Ja ją pokochałam i znienawidziłam jednocześnie. Pokazała mi siłę rodziny, ale również słabości współczesnego, zacofanego świata.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Młodzieżówka!

Tytuł oryginalny: Forbidden / Tłumaczenie: Joanna Krystyna Radosz / Wydawca: Młodzieżówka / Gatunek: obyczajowy / ISBN 978-83-65830-51-7 / Ilość stron: 376 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2010 (Świat)

czwartek, 2 maja 2019

Książka #497: Świat obok świata, aut. Liz Braswell

 „Małej Syrence” na opak, to tom „Mrocznej baśni”, który ukazał się jako drugi na polskim rynku wydawniczym. Szkoda, że przygodę z tą serią zaczęłam od „Dawno, dawno temu... we śnie”, bo książka odrobinę zniechęciła mnie to do dalszych lektur. Nie mniej, miesiąc później i: „BAM!”, wciągnęłam się bez reszty. Zawsze byłam sympatykiem Ariel i jej ziemsko-morskich przygód, dlatego z łatwością przyjęłam wygraną Vanessy i z pewnym zaciekawieniem spoglądałam na świat, w którym to królewska syrenka nie zdobywa księcia.
   Opowieść o

    Może i jestem brutalna, może nawet jestem sadystką, ale czy może być coś ciekawszego niż szczęśliwe zakończenia dla złoczyńców? Wszyscy pamiętają okrutną wiedźmę morską, która dała syrence nogi i trzy dni na rozkochanie w sobie księcia. Disney zaserwował Arielce szczęśliwe zakończenie pod postacią pokonanej wiedźmy, nóg i oczywiście przystojnego księcia za męża. Klasyka nie była aż taka łaskawa. Z kolei Liz Braswell bardziej skłania się ku tej drugiej opcji i postanawia zaserwować syrence przegraną, zabierając jej przy tym głos, księcia, no i ojca. Syrenka zostaje królową wśród syrenich pobratymców, ale gdy pojawia się cień nadziei, że jej ojciec żyje nie waha się na nowo stawić czoła Urszuli, znanej w lądowym świecie jako Vanessa.

     Oj, co to była za opowieść! Tak samo fascynująca, jak disneyowski pierwowzór. Zastajemy Ariel w bardzo ciężkiej sytuacji. Jej ojciec, król Tryton, został uznany za zmarłego, więc to ona musiała zasiąść na tronie. Książę Eryk przegrał walkę z Vanessą więc ta rzuciła urok na wszystkich, całkowicie pozwalając im zapomnieć u czerwonowłosej syrence, a z siebie robiąc jego małżonkę księcia. Ariel musi zatem bezgłośnie walczyć o dobro swojego królestwa, a może też i lądowego świata? Historia jak z koszmaru? Prawie, bo w sumie można to traktować niemalże tak, jakby to wyglądało w rzeczywistym świecie, gdzie nie zawsze wygrywa dobro, a złoczyńcy nie dostają zasłużonej kary i życie toczy się dalej. Historia ta pozbawiona jest większych melodramatów, natomiast nie brak jej grozy, w szczególności, gdy na jaw wychodzą prawdziwe zamiary Urszuli. Szczęśliwie (lub też nieszczęśliwie) dość szybko nadciąga nowa nadzieja i już wiemy, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Tak, bardzo ciężkie było to do przewidzenia. Przecież ostatecznie, w baśniach, dobro zawsze musi zwyciężyć.

     Nie ma tutaj większych objawień, choć fajnie, że przemyca się odrobinę tematu „na czasie” dbania o środowisko zarówno lądowe, jak i wodne. Trochę, jak w najnowszym „Aquamanie”. W pewnym momencie ma miejsce naprawdę epicka scena, którą zobaczyłam oczami widza na sali kinowej i wydaje mi się, że mógłby być z tego niezły film katastroficzny, a o tej scenie gadaliby naprawdę wszyscy. Reszta to natomiast takie przepychanie się, budowanie strategii, która opiera się zasadniczo na jednym durnym pomyśle, który w każdej chwili może polecieć na łeb, na szyję.

       Cudownie jest spotkać się ze starymi postaciami, które odrobinę się postarzały. Arielka i Eryk nie są już tymi samymi ludźmi sprzed lat. Niosą dodatkowy bagaż, choć mam wrażenie, że wewnętrznie pozostało w nich coś z przeszłości. Vanessa budzi odrobinę więcej podziwu, ale przede wszystkim przerażenia. Dość interesujący jest udział służby, która miała okazję przed laty pomóc dostosować się syrence do ludzkich obyczajów. Kto mówi, że teraz nie może być równie pomocna. Z drugiej strony jest też i pewna postać, którą bardzo ciężko rozgryźć. Niby służąca wiedźmy, niby konspiratorka o nieprzeniknionej sympatii Ariel. Trochę ona niepokojąca i wygląda na to, jakoby miało się kontynuować jej wątek gdzieś, kiedyś.

     Seria „Mroczna baśń” całkowicie mnie do siebie przekonuje. Uwielbiam ten zamysł na zwycięstwa złoczyńców i pochowanych po kątach bohaterów. „Świat obok świata” odebrałam o wiele lepiej niżeli „Dawno, dawno temu... we śnie”. Winę zrzucam nie na samą autorkę, ale na historię bazową. Syrenka zawsze bardziej mi odpowiadała niż Śpiąca Królewna. O dziwo, to co spotyka nową Ariel jest bardzo porywające i o wiele bardziej przyswajalne. Mamy trochę morza, trochę lądu, trochę zła, trochę dobra. Tutaj choć odrobinę próbuje się poznać przyczyny problemów, dlaczego w zasadzie Urszula stała się wiedźmą morską. Nie sprawia to jednak, że historia jest mniej makabryczna i w żaden sposób nie usprawiedliwia to naszej wiedźmy, ale o dziwo dobrze się to czyta i odzyskuje się nadzieję w stare dobre baśnie. Polecam sympatykom Disneya i baśni!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Part of Your World / Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / Ilość stron: 416 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2018 (Świat)

sobota, 27 kwietnia 2019

Książka #496: Dawno, dawno temu... we śnie, aut. Liz Braswell

    Baśnie to jeden z tych nielicznych tworów literackich, które zna chyba każdy. W oryginalnej, disneyowskiej, czy filmowej wersji budzi zainteresowanie wśród najmłodszych i najstarszych odbiorców. Ostatnimi czasy popularne stają się opowieści na opak, ujmowane z perspektywy antagonistów, ukazujących ich w zupełnie innym świetle. Jak bowiem wyglądałyby losy królewien i książąt, gdyby ziścił się plan Rumpelstiltskina z „Once Upon a Time” i złoczyńcy dostaliby swoje „szczęśliwe” zakończenia? Liz Braswell rozpoczyna serię „Mroczna baśń”, gdzie biorąc pod lupę dobrze znane nam opowieści sprawia, że losy bohaterów nie kończą się na ślubie i magicznych, ożywiających pocałunkach. 

     Pierwszą z pokręconych baśni, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, dzięki Egmontowi, jest przeróbka „Śpiącej Królewny”. Losy Diaboliny, Aurory i księcia Filipa znane są wszystkim. Klątwa, miłość, wrzeciono, ukłucie, sen, książę, pokonanie wroga, pocałunek „prawdziwej miłości” i „Żyli długo i szczęśliwie”. Wróć... a gdyby tak zabicie Diaboliny nie pomogło, a pocałunek zamiast wybudzić Aurorę uśpiłoby dodatkowo księcia Filipa? Brzmi koszmarnie, ale kto powiedział, że dobro zawsze musi wygrywać. Teraz bohaterowie będą musieli przejść świat snów rządzony przez resztki duszy wiedźmy, aby zmierzyć się ze swoimi koszmarami i raz na zawsze pokonać wroga.

     Oryginalny tytuł powieści od razu wskazuje baśń, którą wzięto na warsztat. „Once Upon a Dream” to nic innego jak tytuł świetnej piosenki prosto z filmu Disneya „Śpiąca Królewna”. Z drugiej zaś strony sen jest chyba najbardziej popularnym atrybutem tej historii, poza oczywiście wrzecionem. Ta opowieść nigdy nie należała do moich ulubionych, miała w sobie tę nutę, która wprawiała mnie w psychiczny dyskomfort. Dyskomfort ten urósł z małego leminga, do gigantycznego T-Rexa przybierając formę powieści Liz Braswell. Zdecydowanie nie pomogło mi to w odbiorze, a wręcz mocno przemęczyłam się z wątkami wyciągniętymi prosto z horroru. Gdyby tak przerobić tę wersję na film, z pewnością pełny byłby grozy, gotyckiego surowego klimatu, no i oczywiście makabrycznych istot. Tak to bowiem wyglądało w mojej głowie podczas lektury. Nie wzbudzało to tyle przerażenia, co bardziej niepokój. W szczególności, że to przecież świat snu, w którym wydarzyć może się wszystko. Ten nietypowy nastrój uczynił książkę odrobinę zbyt ciężką, która wyposażona jest w bardzo obrazowe opisy, czego Liz Braswell nigdy nie można było zarzucić. Dla wszystkich, którzy lubią przeciągające się budowanie klimatu i otoczenia będzie to prawdziwa przyjemność. Dla mnie, miłośniczki mocnych wrażeń i konkretnej akcji- było raczej ciężkostrawną przeprawą.

     Natomiast rewelacją jest sam pomysł na opowieść. Wielu tworzyło historie po „szczęśliwym zakończeniu”, ale niewielu uderzało w najbardziej newralgiczne punkty, najbardziej wątpliwe elementy, wychodząc poza utarte schematy. Trzeba przyznać, że Liz Braswell dobitnie pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, a to zauroczenie do którego wówczas dochodzi często jest bardzo złudne. Często podążamy za nim ślepo, nie próbując nawet przyjąć do wiadomości prawdy o drugim człowieku. Później natomiast jesteśmy rozczarowani, że ten ktoś wydaje się być zupełnie inną osobą niż ta, w której się zakochaliśmy. W końcu Aurora, to nie tylko roztańczona śpiewaczka leśna, która powinna zająć się zawodowo utrzymywaniem równowagi podczas wirowania wraz z ptaszkami, ale przede wszystkim porzucona młoda kobieta, zagubiona pośród drzew królewna, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca w otaczającym ją świecie.

     Senna wersja klasycznej opowieści jest dość... demoniczna, można by rzec. Dużo tutaj pokracznych istot, które raczej sympatii nie wzbudzają, dużo smutku, cierni i mroku. Krew się leje, jest brutalnie, no ale w końcu jest to świat rządzony przez Diabolinę. Imię zobowiązuje! Innymi słowy opowieści z punktu widzenia tych mrocznych bohaterów nie należą do najbardziej rozśpiewanych i kolorowych. Ptaszki nie ćwierkają radośnie, a pocałunki „prawdziwej miłości” nie działają. Czy można sobie wyobrazić większy koszmar senny? No chyba tylko taki, gdy jesteś świadom, że śnisz taką makabrę i nie potrafisz się wybudzić, aby zakończyć to, co mordowało cię od środka od wielu lat... Czy mnie to przekonuje? Z pewnością jest to coś nowego, coś co zostało fajnie opowiedziane i jest względnie spójne. Natomiast moje osobiste wrażenia wciąż pozostają dla mnie nieodgadnione, gdyż jak zawsze w takich przypadkach podczas lektury toczy się we mnie wewnętrzna walka na śmierć i życie- fascynacji ze śmiertelnym znużeniem. A może, po prostu, wyrosłam już z takich bajek?

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Once Upon a Dream / Tłumaczenie: Dorota Radzimińska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-281-3146-0 / Ilość stron: 392 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2016 (Polska) 2019 (Świat)

środa, 20 marca 2019

Rzuć dziecko na głęboką wodę, czyli o poprawności korzystania z puzzli z Puciem

     Jako matka terrorystka robię zazwyczaj wszystko na opak. Działam zanim przeczytam instrukcję obsługi, działam zanim w ogóle zdążę pomyśleć- z tego właśnie wychodzi jaką męczącą matką jestem. Mój Mikołaj nie ma ze mną lekko, a pojawienie się na rynku puzzli od Naszej Księgarni z Puciem wcale nie ułatwiło mu życia. Gdy tylko zobaczyłam ten produkt od razu wiedziałam- „Muszę to mieć!” (czyt. „Miki musi to mieć!”), w końcu mały jest sympatykiem tej książki, pomimo tego, że nadal ma opory przed układaniem słów polskich, a nie bobasowych.

    Układanki z serii „Pucio. Puzzle” to odwzorowane sceny z ulubionych logopedycznych książeczek dla dzieci, w których głównym bohaterem jest uroczy chłopiec w wieku przedszkolnym – Pucio. W nasze ręce wpadły dwa zestawy, a mianowicie „Co tu pasuje?”, „Czego brakuje?”. Te egzemplarze zdecydowanie najbardziej przykuły moją uwagę, gdyż pomimo swojej formy pełnią również formę edukacyjną, a to zdecydowanie przydaje się najmłodszym.
Pucio. Puzzle "Czego brakuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     I już na etapie zabaw z puzzlami okazało się, że czasami warto przeczytać instrukcję obsługi, aby wiedzieć jak z dzieckiem bawić się danym przedmiotem. Ja tego oczywiście nie zrobiłam, a więc okazało się, że bezdusznie rzuciłam własne dziecko na głęboką wodę. Zaleca się dawanie dziecku wyboru pomiędzy dwoma elementami pasującymi do przedstawionej sytuacji i stopniowe ich zwiększanie. Ja oczywiście poszłam w innym kierunku, który miał wspólny mianownik dla obu układanek. Początkowo dzieliłam puzzle na dwie kupki – pierwszą była ta przedstawiająca sytuacje, a drugą elementy do dopasowania. Zadanie było oczywiste- „Dopasuj jedno do drugiego”. Czasem się udawało, czasem nie.

     Przypadek „Czego brakuje” bardzo nam się rozwinął podczas zabawy. Od samego początku punktem wyjścia była scenka z kolejką. Mikołaj jako miłośnik „fufu” zawsze od tego zestawu musi zaczynać. Zabawa ta ewoluowała nam w zaskakującym kierunku, kiedy to Mikołaj wykorzystywał samochodzik i zdobywając kolejne punkty przesuwał go na kolejno połączone duety puzzli. Okazało się to być sporą motywacją dla malucha, aby kontynuować układanie a nie porzucić go na rzecz zderzania samochodzików.

     Zupełnie inna sytuacja ma miejsce przy „Co tu pasuje?”. Okrągłe puzzle ze scenkami, do których trzeba dopasować elementy znajdujące się na obrazku. Tutaj pojawił się spory problem, ale o tym za chwilę. Ta gra dodatkowo pobudza zmysł obserwacji i spostrzegawczości. Dziecko szybko odnajduje na rysunkach elementy i próbuje je dopasować. I na tym etapie pojawia się problem- nie wiem czy to kwestia wykonania, czy nieudolności pracy na linii matka-syn, ale niektóre elementy były niedopasowywalne. I z jednej strony okej, można byłoby to tak rozwiązać, ale raczej nie przy tej formule, gdzie głównym zamysłem jest odnajdywanie właściwych elementów niż faktyczne dopasowanie ich do koła. Tym sposobem dziecko szybko traci cierpliwość, puzzle latają po całym pokoju, a co za tym idzie – koniec z układaniem.
Pucio. Puzzle "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     Pomijając wszelkie przytoczone za i przeciw konkluzja jest jedna. Tego typu układanki zawsze będą polecane dla dzieci, gdyż idealnie stymulują ich rozwój. Pamiętajcie jednak, żeby zapoznać się najpierw z instrukcją obsługi i zacznijcie od prostszych sposobów na edukację poprzez zabawę. Może zdarzyć się tak, że Wasze dziecko jest geniuszem i ogarnie temat w 5 sekund, ale lepiej uzbroić się w cierpliwość, gdy poskładane puzzle staną się wybiegiem dla lalek Barbie, czy torem wyścigowym dla samochodów. Ja jeszcze nie opanowałam głębokiego oddechu w takich sytuacjach, ale układanki „Co tu pasuje” i „Czego brakuje” mamy z Mikołajem rozpracowane prawie do perfekcji i to w bardzo wielu wariantach trudności. Gorąco Wam polecamy! 


Pucio. Puzzle "Czego brakuje?" oraz "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, dla dzieci 2+, z wykorzystaniem postaci z książek Marty Galewskiej-Kustry oraz rysunków Joanny Kłos