NOWOŚCI

Najnowsze teksty

niedziela, 11 listopada 2018

Książka #492: Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń, aut. Chris Colfer

     Wszyscy wychowaliśmy się na baśniach braci Grimm, co prawda w może mniej drastycznej formie, ale jednak. Wszyscy wiemy kim jest Czerwony Kapturek, Śpiąca Królewna, czy Królewna Śnieżka. A gdybyśmy mieli okazję naprawdę ich poznać? Co byśmy zrobili, gdybyśmy stali się jednym z bohaterów ich historii? Czy baśnie, to tak naprawdę bohaterowie i złoczyńcy, czy może racja leży gdzieś pośrodku? Na te wszystkie i wiele innych pytań odpowiedzi stara się znaleźć sam Chris Colfer w swojej debiutanckiej powieści „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń”. Tak, to ten sam młody człowiek, którego pokochały miliony nastolatek, i nie tylko, za rolę uroczego i rozśpiewanego Kurta Hummela w serialu „Glee”.

       Rodzinę Bailey'ów dotyka straszliwa tragedia, kiedy tracą ukochanego ojca i męża. Kiedy matka stara się wiązać koniec z końcem, bliźniaki- Alex i Conner, dzielnie starają się uczęszczać do szkoły i jak najbardziej wspierać mamę w zaistniałych okolicznościach. Kiedy ta znowu niespodziewanie musi stawić się w pracy, dzieci trafiają pod opiekę babci, która wróciła z dalekiej podróży i z podarkami. Alex i Connerowi trafia się egzemplarz Krainy opowieści, którą znają niemalże na wylot, kiedy to wraz z ojcem zagłębiali się w kolejne baśnie. Pewnego popołudnia niespodziewanie lądują w jej wnętrzu, gdzie zaczynają podążać śladami swoich ulubionych bohaterów.

     Każdy z nas zna baśnie, każdy chciałby poznać ich bohaterów. Zapewne niejedna zachwycała się kryształowymi pantofelkami Kopciuszka, a inna urokliwym Księciem z bajki. Pewnie znalazłoby się sporo osób chcących posiadać magiczną fasolę Jasia, ale już niekoniecznie chciałoby się spotkać oko w oko z czarownicą z piernikowej chatki. Baśnie mają bowiem swoje blaski i cienie, i tak jak to w realnym życiu często spotykamy bohaterów, jak i złoczyńców. Równowaga musi być. Bliźniaki Bailey mają tą nierealną możliwość spotkania swoje ulubione postaci z baśni, ale przede wszystkim poznania ich życia po „żyli długo i szczęśliwie”. Co, gdyby królestwo Śpiącej Królewny wciąż nie potrafiło się wybudzić? A gdyby tak Złotowłosa była poszukiwanym zbiegiem, Śnieżka spodziewała się dziecka, a Czerwony Kapturek był rozkapryszonym dziewuszyskiem? Czy nie byłoby zaskakującym, gdyby zła Królowa potrafiła kochać i miała całkiem realne i sensowne powody na zniszczenie Śnieżki? Nie jest to jednak bardziej zaskakujące niżeli Książę z bajki, który to przydomek niesie trzech innych książąt będących braćmi. Naprawdę genialnym pomysłem jest kontynuowanie wątków zaczętych w baśniach, przez lata nikt nie opowiedział nam „ciągu dalszego”. Jednakże to co zachwyca najbardziej to konstrukcja całej powieści, która przybiera postać niesamowitej podróży po fanty. Poszukiwanie i zbieranie najbardziej charakterystycznych elementów z konkretnych bajek? Dlaczego nie! Choć momentami dobija pewna schematyczność działań, naciąganie do granic możliwości konkretnych wydarzeń, to jednak da się przejść obok tego obojętnie, gdy stajemy przed nowymi odkryciami. Historia jest oczywiście bardzo przewidywalna, ale w sumie dostarcza sporo rozrywki. Co zaskakujące, jest bardzo wciągająca- na upartego można by przeczytać ją w ciągu jednego dnia pomimo prawie półtysięcznej liczby stron.

       Bardzo dobrze, że autor potraktował większość baśniowych postaci jako tło dla całej historii, w końcu to nie one były tutaj najważniejsze. Istotniejszym było zaserwowanie dzieciakom swoistej terapii po utracie ojca. Nie tylko na nowo mogły się z nim zjednoczyć poprzez opowieści, w które razem potrafili się zagłębiać, ale dodatkowo odkryli jego mądrości, dzięki czemu mogli poczuć się sobie bliżsi. Ta historia miała nauczyć ich bycia rodzinom, załatania wszystkich ran i choć momentami było to dla nich bolesne, to jednak ostatecznie przyniosło im ukojenie, którego potrzebowali. Alex i Conner to takie typowe nastolatki, będące swoimi całkowitymi przeciwieństwami, a jednocześnie idealnie się uzupełniający. On był tym niefrasobliwym, który chcąc chronić siostrę potrafił rzucić tomiszczem przez pół sali lekcyjnej w głowę nauczycielki, a ona była największym z możliwych kujonem w dziedzinie baśni. On symbol luzu, a ona wyrzutek społeczny. Chris Colfer po raz kolejny udowadnia, że jest ponad wszelkimi podziałami i potrafi do tej samej postawy przekonać ludzi.

     Wydawnictwo Młodzieżówka to debiutujący na polskim rynku wydawniczym. W dodatku robi to z ogromnym przytupem za sprawą świetnej powieści dla młodzieży prosto zza oceanu. Lektura „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń” to było dla mnie niesamowite przeżycie. Znowu poczułam się jak za czasów „Harry'ego Pottera”, gdy to mogłabym przeczytać jedną książkę ciągiem. Ciężko jest się bowiem oderwać od przygód Alex i Connera, bo szczerze się przyznam, że za dziecka niejednokrotnie pragnęłam być bohaterką takiej baśniowej opowieści. Świetnie się to czyta, naprawdę wciąga. Historia niespotykana, bo w końcu ktoś odważył się opowiedzieć ciąg dalszych baśniowych losów ulubionych postaci. Niejednokrotnie rozśmieszająca, wywołująca wzruszenie, ale również i strach. Pomaga zrozumieć, że nie wszystko jest czarno-białe, że zawsze istnieje też druga strona medalu. Jest to przede wszystkim powieść rodzinna, pokazująca jak wielką wartością jest miłość. Każdy powinien po nią sięgnąć, bez względu na wiek, przede wszystkim jeżeli jest sympatykiem baśniowego świata.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Młodzieżówka!

Tytuł oryginalny: The Land of Stories. The Whishing Spell / Tłumaczenie: Agnieszka Hałas / Ilustracje: Brandon Dorman / Wydawca: Młodzieżówka / Gatunek: przygodowe / ISBN 978-83-65830-41-8 / Ilość stron: 452 / Format: 140x200

Rok wydania: 2018 (Polska), 2012 (Świat)

piątek, 9 listopada 2018

Książka #491: Zwierzęta, które zniknęły, aut. Nikola Kucharska

     Wszyscy na świecie znają dinozaury dzięki filmom „Park Jurajski”. Poprzez „Epokę lodowcową” poznaliśmy ptaki dodo oraz mamuta, a „Meg” dał nam Megalodona. Za to książka „Zwierzęta, które zniknęły” z rysunkami świetnej polskiej ilustratorki Nikoli Kucharskiej daje nam o wiele więcej- przekrój większości zwierząt z najrozmaitszych gatunków.

      Już nie raz słyszało się tezy, że ptaki pochodzą od dinozaurów- i to nie tylko od pteradontów. Czy jednak ktokolwiek rozmyślał na temat skąd wzięły się płazy, kangury, czy tygrysy? Nikt się nie przejmował genezą tych zwierząt, to po właśnie dinozaury są najbardziej popularnymi archaicznymi stworzeniami, które kroczyły po ziemi. A przecież coś było przed groźnymi stworzeniami, w końcu nie pojawiły się poprzez magiczne pstryknięcie palcami.

     Ten nietypowy atlas stworzeń wymarłych to bardzo uproszczona prezentacja najrozmaitszych gatunków zwierząt oraz ich pochodzenia. Rozpoczyna się od ewolucji, począwszy od pierwszych płazów, aż po pierwsze ssakopodobne gady. Z każdą kolejną stroną wchodzi się na kolejne stopnie rozwoju życia na ziemi. Dużą część poświęca się dinozaurom, z oczywistym powodów, i to nie tylko tym z epoki kredy, ale również jury. Poznamy tu również ich budowę, a także najbardziej znanych paleontologów. Prawdziwą gratkę dla fanów tych zwierząt jest z pewnością Kopalna mapa świata, które umiejscawia konkretne gatunki dinusiów. Dla wielu zaskakującym będzie pewnie to, że nawet i w naszym kraju odnalazły się szczątki jednego z żyjących w trasie gigantów. Z pewnością niejednego zachwycą również teorie wymierania zwierząt tamtejszego okresu, więc upatrywanie się przyczyn w zderzeniu z asteroidą niekoniecznie musi być właściwe. W dalszych epokach zwierzęta już coraz bardziej przypominały znane nam dziś stworzenia. I tak przykładowo brontoterium wygląda bardzo podobnie do nosorożca, a koryfodon to przecież dzisiejszy hipopotam. Bardzo ciekawie wypadają tutaj również wszelkie tablice porównawcze, gdzie przykładowo możemy zaobserwować wzrostowe różnice pomiędzy zwierzętami. Gdyby ktoś spojrzał trochę ponad metr nad żyrafę, to tam mógłby wypatrywać łba Tyranozaurusa rexa. Z kolei dziesięć żubrów europejskich mogłoby nam dać długość jednego Argentynozaura. Niewyobrażalne parametry, a jednocześnie zachwycające. Najbardziej rozbrajająca jest część dotycząca poszczególnych zwierząt, przykładowo 9 rodzajów tygrysów, które na pierwszy rzut oka wyglądają niemalże identycznie, niemalże bowiem rozróżniają je drobne szczegóły wyglądu. Temat owadzi pomijam szerokim łukiem, bowiem są najmniej porywające ze wszystkich. Robal to robal, bez względu na to czy żył tydzień temu na okolicznym drzewie, czy milion lat temu ileś tam metrów pod ziemią. Wymieranie zwierząt to naturalna kolej rzeczy, która wielokrotnie nie jest spowodowana naturalnymi przyczynami. Kłusownictwo i ignoranckie zachowanie ludzkości doprowadzają do tego, że tracimy coraz więcej zwierząt, pięknych zwierząt. Także i nim poświęcono karty w tej publikacji. Znane nam stworzenia zobaczymy nie tylko wśród tych, które znikają, ale też i niedawno utraconych. Goryle, rysie iberyjskie, czy nawet bliższe kozice tatrzańskie – one wkrótce znikną.

     Nikola Kucharska ma niecodzienne podejście do rysunku. Jej prace nie są szczególnie urokliwie, ale z pewnością niezwykle prawdziwe. Bardzo szczegółowo oddaje charakter poszczególnego zwierzaka. To zachwycające jak wykorzystuje wiedzę swoich merytorycznych współtwórców, aby przenieść to odpowiednio odwzorować. Liczy się każdy element, w szczególności w odniesieniu do wspomnianych wcześniej tablic porównawczych, czy zbiorowisk zwierząt jednego gatunku i rasy- przykładowo wilków, które rozróżniają detale. Barwy są raczej bardzo zachowawcze, nic wybitnie pstrokatego, więc raczej nie będzie to sposób na przykucie uwagi najmłodszych czytelników. Nie taki jest jednak cel tej publikacji.

     Książka „Zwierzęta, które zniknęły” jest na swój sposób bardzo odkrywcza. To skarbnica wiedzy zbierająca w miejscu informacje na temat zwierząt na przestrzeni dziejów. W końcu geneza dzisiejszej fauny to nie tylko dinozaury, ale też cała masa nieznanych istot, których szczątki odkrywali paleontolodzy przez wieki. Niektóre elementy potrafią bardziej zaciekawić czytelnika, inne mniej- jak te wszystkie odmiany jednego gołębia. Litości. Całość uzupełniają piękne ilustracje, które zaintrygują każdego kto na nie spojrzy. Podsumowując, książka idealna dla miłośników biologii i genezy zwierzęcej, natomiast reszta- może sobie darować.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych / Opracowanie naukowe: Katarzyna Gładysz, Paweł Łaczek / Ilustracje: Nikola Kucharska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13319-9 / Ilość stron: 64 / Format: 280x340

Rok wydania: 2018

środa, 7 listopada 2018

Książka #490: Atlas mitów, aut. Thiago de Moraes

     Bazgroli od kiedy tylko pamięta. Wolał rysunki niż skupianie uwagi na czymkolwiek. Teraz jego małe twory ożywiają w licznych publikacjach, tak jest w przypadku „Atlasu mitów”. Książce, której temat jest bardzo znany, utrwalany od wielu lat, ale też i ponadczasowy. Mitologię grecką, czy nordycką zna już chyba każdy, ale czy ktokolwiek wie kim byli Janomani, czy Jorubi? Thiago de Moraes zabiera czytelnika w niesamowitą przygodę po wierzeniach ludzi całego świata, a robi to w niezwykle bogaty sposób.

     Świat zbudowany z czterech dysków, czarownica w moździerzu, wielkie kurczaki, wampiry, czy maczuga, która z jednej strony zabija, a drugiej ożywia. Co łączy te wszystkie elementy? Są przedmiotami mniej, bądź bardziej pokręconych mitologicznych opowieści z całego świata. Bez względu na to, z którego zakątka pochodzą, czy to z Grecji, czy ze Skandynawii, czy Japonii, wszystkie stanowią podwaliny wierzeń mieszkańców tamtejszych rejonów. Szczęśliwie, w końcu ktoś podejmuje próbę pokazania wielu nieznanych światów najmłodszym czytelnikom.

     Publikacja Thiago de Moraesa ciągnie ten sam schemat. Każda z mitologii rozpoczyna się słowem wstępu, w którym odnajdziemy lokalizację danych wierzeń oraz mały zarys. Następnie przechodzi się do planszy prezentujący dany świat według konkretnych założeń. Prezentuje ona nie tylko spojrzenie na wygląd świata, ale również najważniejszych bogów, a przy każdym znajduje się drobny opis jego domeny. Naprzemiennie stosuje się układ poziomy bądź pionowy- ten drugi nakłada lekkie problemy z komfortem zapoznawania się z nim. W dalszej kolejności autor zapoznaje nas z najważniejszymi, najbardziej znanymi, bądź najbardziej kluczowymi opowieściami konkretnej mitologii. Z jednej strony bardzo sobie cenię niektóre z wyborów, ale innych- w szczególności, w przypadku tych najbardziej znanych nie do końca potrafię zrozumieć. Szkoda, że nie potraktowano tej publikacji jako sposobu na pokazanie tego co nieznane. Po co kolejny raz zaczytywać się w pracach Heraklesa, jak można byłoby poznać szczegóły wyprawy Jazona po złote runo, czy każdy inny mniej znany mit. Szkoda. Finałem ma być przytoczenie kilku stworzeń oraz artefaktów charakterystycznych dla danych wierzeń. Tutaj można było zdecydowanie bardziej to rozwinąć, a nie skupiać się zaledwie na 4 elementach. Cały ten układ wydaje się mieć sens, w szczególności, że jednej części poświęca się mniej drugiej więcej uwagi. Zachowuje więc to formę kompendium wiedzy odnośnie mitologii, ale też nie spełnia do końca tych przesłanek, gdyż jego za mało.

     Przez to, że twórca chciał przybliżyć czytelnikowi jak najwięcej mitologicznych światów, a nie rozszerzać za bardzo swojej publikacji wszystko potraktował praktycznie powierzchownie. Opisy bogów nie mające więcej sensu- momentami wydają się wręcz oczywiste, a niekiedy nawet i całkowicie zbędne. Z drugiej zaś strony te mity, które w zamyśle powinny zostawiać czytelnika z jakimś morałem, a tutaj sens niektórych jest w ogóle średnio zrozumiały. Autor wybierał chyba najbardziej pokraczne historie o dzieciach-dzbaneczkach, o latających wiedźmach w moździerzach, czy o dzieciach jedzących wszystko w koło- nawet swoich rodziców. Cóż zrobić, w tych dawnych czasach to było niczym w „Modzie na sukces”- czyjaś córka była jednocześnie również matką tego ktosia, itp. Co niektórzy bardzo lubili zjadać swoje własne dzieci, a także innych ludzi... Wszystko dla władzy. Stwierdzić można z łatwością ponadczasowość tych mitów.

     Ogromną zaletą książki „Atlas mitów” jest jej wygląd. Opatrzona jest licznymi rysunkami i choć nie są one może specjalnie urodziwe, bo kreskę mają dość surową, to jednak jest w nich jakieś hipnotyzujące piękno. Zaliczyć można je do bardzo chłodnych w ich kolorystyce, bowiem nie szaleją z pełnią barw, a też nie są jakoś szczególnie ciepłe, czy kuszące. Ilustracje Thiago de Moraesa mają tutaj kluczowe znaczenie, bowiem wyglądają bardziej niczym wyjęte z publikacji dla dorosłych niż dla dzieci. Nie ma tu krągłych buziek, czy twardych i smukłych linii, jest za to zabawa cieniem i światłem, oraz dynamiką.

    Bardzo żałuję, że „Atlas mitów” nie jest bardziej obszernym tytułem. Szkoda, że bardziej nie zagłębia się w poszczególnych bogów zamiast powierzchownie opisywać cechy ich charakteryzujące. Atlas ten mógłby wskazywać więcej artefaktów, prezentować więcej kluczowych dla mitologii postaci oraz mniej znane wszystkim mity. Bardzo dobrze jednak, że takie publikacje powstają i docierają przede wszystkim do najmłodszych czytelników, którzy dowiedzą się, że istnieją również inne opowieści, a nie tylko te o bohaterskim Heraklesie, władcy psot- Lokim, czy egipskim panem świata umarłych- Anubisie.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Myth Atlas / Tłumaczenie: Anna Nowak / Ilustracje: Thiago de Moraes / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13377-9 / Ilość stron: 96 / Format: 285x350
Rok wydania: 2018

środa, 17 października 2018

GeeKolekcja #86: Pierwsza połowa roku 2018 według GEEKA

Wstyd! Wstyd i hańba!
Nie wierzę, że minął już kolejny kwartał po półroczu, a ja jeszcze nie ogarnęłam, co to zaszczyciło swoją obecnością moje półki filmowo-książkowo-funkowe. Musicie mi jednak wybaczyć, bowiem w moim życiu nadeszło bardzo wiele zmian i wciąż próbuję się do nich dostosować. Coś kosztem czegoś. Wyleczyłam się jednak z pewnego rodzaju książkoholizmu, który doprowadzał do tego, że kupowałam książki nałogowo, a i tak kończyło się to tak, że przez kilka lat nie miałam okazji ich przeczytać aż w końcu wyrosłam i się ich pozbywałam. Bez sensu! Oczywiście, nadal ulegam różnego rodzaju sugestiom, ale to już zupełnie inna bajka. Moje kontakty z wydawcami oraz z Galapagosem, który był moim źródełkiem filmowym, trochę przygasły. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale cieszę się, że niektórzy wiernie trwają przy moim boku i zasilają moją małą choróbkę. Wykazując się przy tym niesamowitą cierpliwością i wyrozumiałością wobec moich osobistych problemów w obliczu ostatnich wydarzeń. Z tego miejsca gorąco DZIĘKUJĘ! 

Nie zanudzając Was dłużej zbędną treścią podrzucam trochę zdjęć, bo ponoć te najlepiej trafiają do odbiorcy. Dla mnie to też spore ułatwienie, bo mam ściągę co też sobie ostatnio nakupowałam (tym sposobem raz uratowałam się od ponownego zakupu DVD z filmem "Interstellar"). 


GEEKOLEKCJA - I KWARTAŁ -

1. Dom łez, aut. Linda Bleser - egzemplarz do recenzji od HarperCollins Polska - oddałam dalej
2. Feluś i Gucio idą do przedszkola, aut. Katarzyna Kozłowska - egzemplarz od Naszej Księgarni
3. Chce mi się kupę, aut. Guido Van Genechten - j.w.
4. Narysuję to, co czuję, aut. Yasmeen Ismail - j.w. 
5. Greccy herosi według Percy'ego Jacksona, aut. Rick Riordan - wymiana na FB
6. Margo, aut. Tarryn Fisher - j.w.
7. Kobieta w oknie, aut. A.J. Finn - zakupione na Nieprzeczytane.pl
8. Morderstwo w Orient Expressie, aut. Agatha Christie - j.w.
9. Związani, aut. Emma Chase - zakupione po mega promocyjnej cenie 9,99zł w Stokrotce

10. Lego Ninjago, reż. Charlie Bean, Paul Fisher - do recenzji od Galapagos Films
11. Był sobie pies, reż. Lasse Hallstrom - zakupione na promocji w Biedronce
12. To. Edycja 2 DVD, reż. Andres Muschietti - zakup w Empiku
13. Wizyta, reż. M. Night Shyamalan - zakupione na promocji w Biedronce
14. Joe Black, reż. Martin Brest - j.w.
15. La La Land, reż. Damien Chazelle - kupione na promocji w Empiku
16. Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi - egzemplarz do recenzji od Galapagos Films

Do tego oczywiście moja nowa mania, czyli kilka figurek Funko Pop Vinyl:
* Buffy Summers z mojego ukochanego serialu z późnego dzieciństwa "Buffy - postrach wampirów",
* Jaś Fasola z miśkiem w ręce,
* Królewna Śnieżka,
* Sailor Saturn z mojego ulubionego anime "Sailor Moon",
* Sailor Pluto j.w., 
* L z anime "Death Note"
* Chewbacca z Porgiem z filmu "Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi",
* Jon Snow z serialu "Gra o tron".


GEEKOLEKCJA - II KWARTAŁ - 


17. Nie bój się i pocałuj mnie, aut. Nastja Holtfreter - od wydawnictwa Nasza Księgarnia
18. Co widzimy w gwiazdach, aut. Kelsey Oseid - j.w.
19. Zupy moc, aut. Monika Mrozowska - egzemplarz od Zwierciadła
20. Pucked, aut. Helena Hunting - do recenzji od wydawnictwa Szósty Zmysł

21. Logan: Wolverine, reż. James Mangold - prezent na urodziny od siostry

Dodatkowo lusterko kolekcjonerskie z wizerunkiem Deana Winchestera z jednego z moich ulubionych seriali nadnaturalnych "Supernatural" oraz Funko Pop Vinyl w wersji Chase - Czarna Pantera, które otrzymałam na urodziny od mojej przyjaciółki Ani z bloga OniKruki.



22. Harry Potter. Podróż przez historię magii, aut. J.K. Rowling - zakup na LubimyCzytać
23. Wielka księga wartości, aut. Teresa Blanch, Anna Gasol - egzemplarz do recenzji od Naszej Księgarni
24. Miasteczko Darkmord, aut. Shane Hegarty - zakup na LC
25. Zwierzoobjaśniarka, aut. Sergio Olivetti - egzemplarz od Naszej Księgarni
26. Poświęcenie, aut. Adriana Locke - do recenzji od wydawnictwa Szósty Zmysł
27. Upiorna uczta, aut. Robert Cichowlas - zakup u sprzedawcy na Allegro
28. Owoc granatu, aut. Maria Paszyńska - niezapowiedziana wysyłka od Publicat S.A.

29. Dzieciak rządzi, reż. Tom McGrath - zakup na promocji Empiku
30. Kapitan Majtas, reż. David Soren - j.w.
31. Gru, Dru i Minionki, reż. Kyle Balda, Pierre Coffin - zakupione na promocji w Lidlu
32. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina - do recenzji od Galapagos Films
33. Kubo i dwie struny, reż. Travis Knight - zakup na promocji Biedronki
34. Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson - egzemplarz od Galapagos Films
35. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler - j.w.
36. Listy do M., reż. Mitja Okron - zakupione na promocji w Biedronce
37. Jumanji: Przygoda w dżungli, reż. Jake Kasdan - zakup na promocji w Empiku
38. Atak Paniki, reż. Paweł Maślona - do recenzji od Galapagos Films
39. Liga Sprawiedliwości, reż. Zack Snyder - j.w.

Dodatkowo na Dzień Dziecka sprawiłam sobie Monopoly w edycji moich ukochanych Friends. Ponadto uzbroiłam się w kolejne figurki Funko POP Vinyl:
* Neo Queen Serenity, Small Lady & Król Endymion, czyli królewska rodzina z Kryształowego Królestwa z anime "Sailor Moon",
* Sailor V również z "Sailor Moon" - tak wiem, widać, że uwielbiam,
* Ryuk z anime "Death Note", na którego się trochę naczekałam, ale najważniejsze, że jest, bo już nadzieję traciłam,
* Aragorn z filmu "Władca Pierścieni",
* Giles z serialu "Buffy- postrach wampirów",
* Proxima Midnight, czyli jedna z moich ulubionych z "Avengers: Wojna bez granic",
* Iron Man (w końcu!) również z najnowszego "Avengers",

sobota, 13 października 2018

1252. Han Solo. Gwiezdne Wojny - historie, reż. Ron Howard

     „Hana Solo” od samego początku skazywano na porażkę. W zasadzie, tak jak w ogóle całą serię „Gwiezdne Wojny – historie”. Ba, nawet ja uważałam to za niepotrzebny zapychacz, bo sama- jako wzrokowiec, bardziej lgnę do właściwej sagi niż do tych osobnych opowieści. W końcu, ileż można oglądać Gwiezdne Wojny? Czy to już nie przesadne napawanie się franczyzą? Lubię być jednak zaskakiwana, tak jak wszyscy sympatycy kina. A Ronowi Howardowi udało się mnie zaskoczyć, ponownie! Udało mu się stworzyć godną rozrywkę bez rozrywającego uszy „pił-pił-pił”. 
Źródło: Galapagos Films

     Han (Alden Ehrenreich) szaleje sobie po galaktyce podbierając jej mieszkańcom najrozmaitsze wartościowe przedmioty. Podczas jednej z akcji zostaje zdemaskowany wraz ze swoją partnerką Qi-rą (Emilia Clarke), a po bardzo długiej ucieczce ostatecznie zostają rozdzieleni. Po trzech latach walki dla Imperium nadarza się okazja uratowania ukochanej z rąk wroga. Tym sposobem trafia pod skrzydła Becketta (Woody Harrelson) i jego ekipy- przemytników, pracujących dla największych złoczyńców galaktyki. Liczy na to, że zyski z tej pojedynczej akcji pomogą mu wrócić do domu i uwolnić dziewczynę. Los bywa jednak przewrotny i nic nie jest takim jak tego oczekiwał.

     Osobiście, bardzo szanuję treści zawarte w filmach serii „Gwiezdne Wojny- historie”, bowiem idealnie uzupełniają dobrze znane tytuły z sagi. Spokojnie można potraktować to jako ciekawostki, a także odpowiedzi na gnębiące nas od wielu lat pytania. No bo, czy ktoś nie zastanawiał się nad genezą przyjaźni Hana Solo i Chewbacki? A tak w ogóle to czemu Han Solo, a nie Han Kowalski? Czy Solo to w ogóle nazwisko, czy tylko określenie stanu Hana? No i oczywiście jak wyglądało przejęcie Sokoła Millenium? Kilka pytań, które zadawaliśmy sobie podświadomie, ale nigdy nie wymawialiśmy ich na głos, bo i nad czym tu rozmyślać. I wtem oto pojawia się taki „Han Solo” ze swoją historią, którą wielu uważało za niepotrzebną- ze mną na czele, a jednak dała kilka odpowiedzi, ale z drugiej strony pozostawiła nas z wieloma pytaniami.
Źródło: Galapagos Films

     Nadal będę się jednak upierać, że to jest zapychacz pomiędzy kolejnymi premierami sagi, bo pomimo powyższych plusów, to tak naprawdę niewiele film wnosi poza najzwyklejszą w świecie rozrywką. Spełnia przy tym wszystkie przesłanki tego gatunku, bo jest i motyw przyjaźni po grób, która zaczyna się w dość specyficzny sposób, miłości i złamanego serca przepełnionego uczuciem zdrady, a także cała masa najrozmaitszych akcji zapierających dech w piersi naszpikowana zaskoczeniami i wielkim „coooo?!”. Z pewnością jest to propozycja bardzo wciągająca, nawet dla ludzi, którzy nie lubią przemytniczych akcji tak, jak ja. Scena w pociągu wymiata i sprawia, że nawet mąż, który nie lubi Gwiezdnych Wojen będzie oglądał to z charakterystycznym napięciem i zafascynowaniem, niepozwalającym nawet na skorzystanie z toalety. Nie są to już tylko walki na „pił-piłki”, wymachiwania świetlnymi latarkami, ale dostarczający wrażeń spektakl starcia dobrych i złych, gdzie poświęca się życia dla obcych ludzi, zwierząt, a nawet i robotów. Może to być wzruszające, oczywiście dla tych, którzy dysponują takim poziomem wrażliwości.
Źródło: Galapagos Films

     Szkoda, że tak mało uwagi poświęca się więc samym bohaterom, bo Han Solo jest tylko jakimś chłopakiem z przeszłością- nie wiadomo jaką. Qi-ra to jego młodzieńcze marzenie po transformacji, a w tej roli totalnie przeciętna Emilia Clarke, która mogłaby zostać na zawsze Daenerys Targaryen. Beckett symbolizujący oddanie, ale też i kawał szui. Zdecydowanie najwięcej humoru wniosła tu najmniej ludzka postać- robota L3. Dowcipna w nonszalancki sposób, taki lekko upośledzony, bo całkowicie oderwany od prawdy. No, ale to w końcu „Gwiezdne Wojny”. W każdym filmie musi się znaleźć robot z charakterem, którego pokochają miliony. Jest też cała masa innych postaci, których przyszłość znamy bądź nie, a tak naprawdę nie wiemy jak toczą się ich losy do tego czasu. Co jest też dość dziwne, jak na tego rodzaju prequel.

      Pomimo wszystko, bardzo przyjemnie patrzy się na tę produkcję. Nie jest wizualnie nachalna, nie jest naszpikowana zbędnym CGI, które razi w oczy i poddaje w wątpliwość to, co na ekranie. Tak jak i w przypadku „Rogue One” animacja jest niczym delikatne dotknięcie pędzlem, widoczne jest w subtelny sposób, bez przesadzania w którąkolwiek ze stron. Wszystkie sceny dopracowane, scenografie jak z pejzażu- nic tylko zachwycać się nad spokojem niektórych z nich i poczuć się prawie jak na wakacjach, o ile oczywiście na pierwszym planie nie szaleje bitwa na śmierć i życie. Całości dopełnia muzyka, w której nutach wybrzmiewają znane nam już dźwięki z poprzednich filmów, wciąż jednak utrzymuje swój indywidualny charakter.
Źródło: Galapagos Films

      „Han Solo. Gwiezdne Wojny – historie” to film, na który świetnie uzupełnia kultową sagę. Nie jest nachalny i raczej z uśmiechem podchodzi do wielu kwestii. Wydaje się być gdzieś z boku całych tych wydarzeń mających miejsce w przyszłości przez swoje otoczenie, a przy tym jest bardzo wczesnym zalążkiem rebelii. Wygląda bardzo ładnie, brzmi też nie najgorzej, a historie poboczne, które się tutaj rozrywają dają idealne dopełnienie całości. Całości, która jest genialną rozrywką całkowicie absorbującą widza- o dziwo! Nie ma szans na nudę, nie ma na nią czasu. Tutaj trzeba ratować galaktykę- kiedyś, bo na razie trzeba się skupić na bohaterach.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Han Solo. Gwiezdne Wojny - Historie” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Solo. A Star Wars Story / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: Lawrence Kasdan, Jonathan Kasdan / Zdjęcia: Bradford Young / Muzyka: John Powell / Obsada: Aldenn Ehrenreich, Emilia Clarke, Woody Harrelson, Joonas Suotamo, Donald Glover, Paul Bettany / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy, Sci-fi

Premiera kinowa: 10 maja 2018 (Świat) 25 maja 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 września 2018 

wtorek, 9 października 2018

Książka #489: Powiedz, że zostaniesz, aut. Corinne Michaels

     Corinne Michaels jest tym rodzajem pisarki, która z łatwością rozszarpuje nasze serca, a potem robi wszystko, aby nie pozbawić nas nadziei. Jej historie zawsze przesiąknięte są dramatyzmem, na którym budują się naprawdę solidne opowieści. „Powiedz, że zostaniesz” to kolejna seria z jej twórczości, która zawładnie każdym wrażliwym sercem. Wiedziałam, że z tą kobietą nie będzie łatwo, ale nie sądziłam, że doprowadzi mnie do łez już w ciągu pierwszych kilku stron.

     Presley Benson prowadzi szczęśliwe życie. Ma kochającego męża, cudownych bliźniaków, a także wspaniały dom. Tak przynajmniej myślała, do chwili gdy po powrocie do domu odkrywa przerażającą prawdę. Robi wszystko, aby uchronić swoich synów przed uczuciem porzucenia, zdrady przez ukochanego rodzica. Jej świat wali się w gruzy, gdy kolejne kłamstwa wychodzą na jaw. Kobieta zmuszona jest spakować swoje rzeczy i wrócić w rodzinne strony, gdzie ma nadzieję nie spotkać JEGO- mężczyzny, którego przed wieloma laty zniszczył jej życie. Jednakże los ma inne plany i wspomnienia uderzają w nią ze zdwojoną siłą.

     Historie takie, jak z „Powiedz, że zostaniesz” nigdy nie powinny się wydarzać. Oczywiście, mówię o tej pierwszej fazie, początkującej serię niefortunnych zdarzeń. Młoda kobieta dowiaduje się, że jej życie nie było tak idealne jak przypuszczała, a wręcz okazało się być kłamstwem. Szokujący obraz wydarzeń i tak naprawdę realny, bo mało jest takich przypadków, że mężowie ukrywają przed swoimi żonami prawdziwe oblicze? Wiele kobiet może się utożsamiać z tą historią, nie jest to w ogóle dziwne. Autorka porusza przede wszystkim ciężar tej problematyki. Nikomu nie jest łatwo pogodzić się z takim stanem rzeczy, a co dopiero odnaleźć ukochaną osobę w takim, a nie innym stanie. Pokazuje tutaj jak druzgocąca może być to wiadomość i jak bardzo wpływa na życie bliskich tej osoby.

     Inną kwestią są powroty do przeszłości. Tutaj akurat nie ma znaczenia powiedzenie „Nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki”. W tym wypadku pewna historia musiała zatoczyć pełne, okrężne koło, aby znowu doprowadzić do swojego pierwotnego celu. Można powiedzieć, że nikt nie powinien tracić swojej nadziei na odnalezienie prawdziwej miłości, bo może nie tylko czyhać na każdym kroku, ale również w naszej świadomości, czy wspomnieniach. Aspekt relacji Presley i Zacha dostarczył jeszcze więcej emocji. Niewypowiedziane słowa, urazy chowane od wczesnej młodości, sekrety, które piętrzą napięcie i cała masa innych elementów, które na przemian doprowadzają nas do smutku, radości, łez i śmiechu. Miło się zaczytuje w kolejnych stronicach, kiedy już faktycznie dochodzi do konkretów. Rumieniec pnie się po policzkach, serce zaczyna bić szybciej- robi się o wiele bardziej bezpośrednio, agresywnie i fascynująco.
Oczywiście, ten gorący romans ma również swoje negatywne aspekty, które odrobinę rzutują na odbiór całej powieści. Niektóre z momentów były aż nazbyt infantylne. Trochę jak zwierzęce oznaczanie terenu, złośliwości z przedszkola, czy ton wypowiedzi co niektórych bohaterów. Bywa to naprawdę irytujące, bowiem bohaterowie chyba zapomnieli, że nie są już nastolatkami, tylko dorosłymi ludźmi z dorosłymi problemami. A przynajmniej, takimi tworzy ich autorka.

     W konsekwencji jednak opowieść ta daje kobietom wiele dobrego. Pokazuje jak można skończyć, gdy jest się całkowicie ubezwłasnowolnioną osobą, zdaną jedynie na łaskę drugiej osoby. Daje pokaz temu, do czego doprowadzić może zależność finansowa i emocjonalna. To przykre, że z potrzeby trafienia do coraz większego grona odbiorców z takim przekazem trzeba posuwać się do drastycznych środków. Czego się jednak nie robi dla tych, którym potrzebna jest siła do działania. Może właśnie w takich historiach, które poniekąd dają do myślenia, odnajdziemy moc, która pomoże nam przenosić góry. Presley Benson jest idealnym wzorem kobiety silnej, wychodzącej naprzeciw przeciwnością losu i zmagająca się z nimi na własnych warunków. Pomimo początkowej lekkiej infantylności, zagłębieniu się w odmętach rozpaczy, sięga po swoje życie i czerpie z niego pełną radość. Odnajduje swoje prawdziwe ja, które dało jej kopa do działania.

     Chwilami bardzo przewidywalna historia, którą bardzo przyjemnie się czyta, to idealna propozycja dla tych marzących o spokojnym wieczorze z książką do utulenia. „Powiedz, że zostaniesz” jest właśnie takim typem powieści- lekkim, niewymagającym, ale wzbudzającym silne emocje. Poruszające początki, które wyciskają łzy z oczu, a przeobrażają się w niesamowicie rozbrajające, urokliwe rozterki. Wielokrotnie kusząca, innym razem doprowadzająca do śmiechu, choć ostatecznie bardzo rodzinna opowieść, traktująca nie tylko o specyfice wiejskiej społeczności, ale również ludzkiej niezależności. Wspaniale się czyta, praktycznie jednym tchem.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Say You'll Stay / Tłumaczenie: Monika Węgrzynek / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-65830-72-2 / Ilość stron: 476 / Format: e-book
Rok wydania: 2018 (Polska), 2016 (Świat)

piątek, 5 października 2018

Książka #488: Krasnoludki. Fakty, mity i głupoty, aut. Maciej Szymanowicz

     Zmieszczą się do każdej dziury. Dzień bez psoty jest dla nich dniem straconym. Bawią się, płaczą, grymaszą, kiedy tylko mają na to ochotę. Podczas ich licznych podróży spotkać możemy je wszędzie, a przede wszystkim w niezłej jakości opowiadaniach dla dzieci, epickich filmach, czy różnych innych książkach. „Krasnoludki” rządzą światem, więc nic dziwnego, że ostatecznie zawładnęły również polskimi księgarniami oraz sercami dzieci.

     Czerwona czapeczka, czerwony kubraczek. Nie, to nie Czerwony Kapturek, ani nie Święty Mikołaj, chociaż... To czerwone ludziki to małe krasnoludki według wyobrażeń Maciej Szymanowicza. Istoty odpowiedzialne za psoty, za ciężkie wstawanie z łóżka, które nie spoczną dopóki nie uprzykrzą nam życia, bo takimi są figlarzami i złośnikami. W kransoludzkiej publikacji mistrz krasnoludków zmieścił ich tam aż 464 sztuk. Każda strona prezentuje innego krasnala, zajętego zupełnie innymi czynnościami- w końcu, są to bardzo pracowite stworzonka.

     „Kransoludki. Fakty, mity i głupoty” to genialna książka dla dzieci. Pełno w niej humoru, pełno też i zgryźliwości. Nie brakuje fantazji, ani realistyczności. Fakty? Ależ oczywiście, bo czy wiedzieliście, że skrzaty naprawdę istnieją? A wiecie, że każdy z nas zna tego największego? Wiadomym jest również, że poranne wstawanie do pracy, czy szkoły jest bardzo ciężkie. Nie martwcie się- rozlewanie herbaty, czy ciężko otwierające się oczy to nie wasza wina- to wszystko wina ich... krasnali! Jeżeli do tej pory nie wiedzieliście o tym, że te stworzonka lubią sport, jest specjalna planeta z ufokrasnalami, ani że potrafią zakamuflować się idealnie w lesie, to teraz już poznacie wszystkie ich sekrety. Z tymi leśnymi trzeba jednak uważać, bo ciężko jest zaufać takiemu saperowi, więc omijajmy purchawki- tak na wszelki wypadek. Co z tymi mitami? No poza tym, że niemożliwym jest, aby takie mikroskopijne wręcz istoty miały takie duże mózgi, ani żeby pantofelki chciały się do nich przytulać, a dziury w serze to ich wina, to wszystko wydaje się być całkiem normalne i tak bardzo ważne. Gdzie więc te głupoty? No cóż, najwyraźniej krasnale nie mają zbyt wielu fascynujących rozrywek, więc zajmują się takimi głupotami jak odpadające guziki, czy zarażaniem nas krasnoludozą. Przy okazji wkraść się nam mogą do ulubionych baśni i całkowicie pozmieniać kontekst. A co z doniczkami? Lepiej zastanowić się dwa razy podlejemy nasze kwiatki. Może najpierw sprawdźmy, czy ziemia nie nosi znamion dodatkowych mieszkańców pod sadzonką.

     Publikacja Macieja Szymanowicza jest naprawdę urocza. Te wszystkie ciekawostki i historyjki to coś bardzo porywającego i rozluźniającego. Dlatego też tak rewelacyjnym dopełnieniem do tej treści są genialne ilustracje, utrzymane w tym samym charakterze. Wszystko jest bardzo żywe, tak bardzo kolorowe, że można na to patrzeć godzinami. Dzieciaki z chęcią będą sięgać po tę książkę, aby raz po raz rozkoszować się tym widokiem. Rysunki są bardzo zabawne, wiernie oddają przedmioty codziennego użytku, i nie tylko. Dodatkowo pięknie się prezentują, są bardzo pomysłowe. Można się pławić w zachwytem nad nimi przez długie strony, a i tak będzie to za mało. Ja osobiście jestem zaskoczona tym, jak wspaniale wygląda ta publikacja.

     Widząc „Krasnoludki” w zbliżających się premierach wydawnictwa podchodziłam do nich dość sceptycznie. Spodziewałam się nadmiaru zbędnej treści, która zepchnie na dalszy plan wygląd. Cudownie, że moje wrażenia są zgoła odmienne, a wręcz diametralnie różne od tego co oczekiwałam. Książka zawiera minimum treści, bowiem jest to bardziej ilustrowany przewodnik po krasnoludzkim życiu. Jej beztroski charakter dostarcza bardzo dużo humoru i radości, zarówno poprzez treści, jak i – o ile nie przede wszystkim, przez ilustracje. Odkryjemy tutaj rzeczy niesamowite, ale też utwierdzimy się we własnych domysłach. Wszystko to na upstrzonych czerwonymi ludzikami stronicach, które wywołają uśmiech na naszych twarzach. Książka godna polecenia każdemu!

Ocena: 6/6

Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Krasnoludki / Ilustracje: Maciej Szymanowicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13392-2 / Ilość stron: 28 / Format: 231x310mm
Rok wydania: 2018

poniedziałek, 1 października 2018

Książka #487: Simon oraz inni homo sapiens, aut. Becky Albertalli



     Tradycyjne romanse już się chyba przejadły, skoro wydawcy coraz śmielej sięgają po literaturę LGBT. To naprawdę fascynujące jak bardzo świat jest postępowy i jak coraz chętniej wychodzi naprzeciw potrzebom swoich czytelników. „Simon oraz inni homo sapiens” nie jest co prawda pierwszą historią o miłości dwóch mężczyzn, ale z pewnością jest pierwszą, po którą sięgam ja! I muszę powiedzieć, że tak samo, jak w przypadku filmu, tak też i przy okazji powieści- jestem oczarowana. Choć filmową adaptacją chyba bardziej.

     Nastoletni Simon niby przeciętny nastolatek ze świetnymi przyjaciółmi i potencjalną kandydatką na idealną dziewczynę, pilny uczeń, oddany brat i syn. A jednak, ten urokliwy młodzieniec skrywa wielki sekret. Nie, nie jest wampirem, ale zapewne także i on zakochałby się w Edwardzie Cullenie- tak, ten młodzieniec jest gejem. Pewnego kolorowego dnia, na portalu na którym udzielają się okoliczni nastolatkowie, pojawia się wpis, który początkuje najbardziej porywający romans internetowy wszech czasów.

     Niezbyt często praktykuję zapoznawanie się z powieściami na krótko po obejrzeniu ich ekranizacji. To chyba największa zbrodnia jaką można zadać książce. W takich sytuacjach już lepiej w pierwszej kolejności zapoznać się z lekturą, choć z drugiej strony jest to krzywdzące dla oglądanego filmu. Po prostu, najlepiej w ogóle nie zbliżać się do filmu lub książki, jeżeli wrażenia po pierwszym spotkaniu są jeszcze świeże- wtedy łatwo zacierają się granice i ciężko zapamiętać, co było filmem, a co książką. W przypadku powieści Becky Albertalli jest to dodatkowo miażdżące, bo mocno różni się od ekranizacji. Tam wszystko było bardziej! Bardziej dramatyczne wyjście na jaw sekretu Simona, bardziej kolorowe fantazje głównego bohatera, itp. Wiadomo, dla kinowego show trzeba było podkręcić tempa i uczynić z tej historii coś spektakularnego. Przy tym powieść odrobinie blednie, ale i tak nie traci na swoim uroku.

    Nie każdy jednak musi odnaleźć się w tej opowieści, bowiem nie każdy musi chcieć wrócić do czasów liceum. Wtedy wszystko było takie banalne, takie beztroskie, a największym generatorem stresu było to, co kto o nas pomyśli- w szczególności rodzice. Nie mniej, powieść idealnie oddaje ten temat, a z drugiej strony daje przykład idealnych rodziców, którzy świetnie porozumiewają się ze swoimi dziećmi, budując przepiękną więź pełną miłości i zrozumienia. To autentycznie wzrusza. Oczywiście, nie obywa się tutaj też bez szkolnych dramatów, które są bardziej irytujące niż faktycznie fascynujące- takie rzeczy zrozumie jedynie grupa docelowa tej książki. Złamane serca, no ale dobra- to zdarza się nie tylko wśród nastolatków, obrażanie się przyjaciół, bo tak, i tak dalej. Jednakże to, co jest tutaj genialne, to faktyczne oddanie ducha dzisiejszych czasów. Wieki temu za czasów „Niebezpiecznych związków” i tym podobnych, miłość wyrażało się za pośrednictwem listów. Oj, to było czasy, gdy jeszcze pisało się kartki, listy, itp. Teraz ta wspaniała tradycja umiera wyparta przez Internet i różnego rodzaju komunikatory- nawet telefon komórkowy odchodzi w niepamięć w tym starciu. Dlatego też fajnie czyta się wymiany mailowe pomiędzy bohaterami, te wszystkie urocze słówka, ale przede wszystkim wiele słów wsparcia i otuchy. Wszystko jest takie anonimowe, tak bardzo niewiadome, ale też i intrygujące- zupełnie jak w prawdziwym życiu, gdy komunikujemy się z kimś poprzez Internet, a nawet nie wiemy jak on wygląda. To znaczy... tak było kiedyś, teraz ludzie są bardziej napastliwi i agresywni- od razu bombardują swoimi selfikami i nie tylko. Ja osobiście czekałam na coś innego, czekałam na coś więcej- chciałam zobaczyć, jak to wszystko będzie rozwijać się w realnym świecie. I tutaj jest znacząca różnica między filmem a książką, bowiem książka daje nam szerszą perspektywę. Aż serce śpiewa, a do oczu cisną się łzy, bowiem nie ma nic bardziej urokliwego, bardziej rozczulającego niż rozwikłanie tejże niesamowicie romantycznej zagadki z tej powieści. Cudowne uczucie, zdecydowanie!

     Becky Albertalli potrafi zainteresować czytelnika swoim niebanalnym podejściem do problemów współczesnych nastolatków. Daje im świetnych rodziców, a także pomysłowych przyjaciół, którzy pomogą w każdej chwili. „Simon oraz inni homo sapiens” to opowieść bardzo pozytywna, ale potrafiąca również zranić czytelników zaangażowanych w losy bohaterów. Uśmiechy gonią smutki i przeganiają je w nicość, kiedy nasze lica szczerzą się od ucha do ucha na widok słów, które radują serca. Czas z tą książką leci bardzo przyjemnie i szybko, w szczególności, że sporą jej część zajmuje mailowa wymiana zdań. Zdecydowany plus za urealnienie opowieści, ale przede wszystkim za świetny romans, który wyznacza już dostrzegalny nowy trend we współczesnej literaturze młodzieżowej.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Papierowy Księżyc !

Tytuł oryginalny: Simon vs The Homo Sapiens Agenda / Tłumaczenie: Donata Olejnik / Wydawca: Papierowy Księżyc / Gatunek: obyczajowe, młodzieżowe, LGBT / ISBN 978-83-655-6801-4 / Ilość stron: 304 / Format: 130x200mm
Rok wydania: 2018 (Polska) 2015 (Świat)

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

sobota, 15 września 2018

Książka #486: Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków

    Seria książek edukacyjnych o małym Puciu cieszy się ogromną popularnością wśród najmłodszych i ich rodziców. Cykl ten składa się już z trzech tytułów, które na co dzień pomagają rodzicom uczyć swoje pociechy mówienia. W końcu za tą publikacją stoi sama pani logopeda, pedagog, która wie najlepiej jak radzić sobie z problemami logopedycznymi naszych dzieci. Teraz wydaje kolejną propozycję- „Pucio na wakacjach”, nadal ilustrowaną przez Joannę Kłos, która da nam wskazówki co robić dalej.

     Kiedy już dawno udało nam się zapomnieć o tym, że wakacje w ogóle miały miejsce, na półki księgarniane trafia urocza pozycja, z której okładki uśmiecha się do nas rozkoszny dzieciaczek rozłożony na pięknej plaży zażywający kąpieli słonecznej. „Ochooo, nie za dobrze mu?”. Spokojnie, to tylko kolejna książka dla dzieci. Nie byle jaka, bo do nauki języka polskiego, a w zasadzie poprawnego wymawiania wyrazów.

     Tym właśnie jest najnowsza publikacja od pani logopedy. Jedną rzeczą jest nauczyć dzieci mówić, zupełnie inną jest przekazać sposób jak poprawnie wymawiać niektóre spółgłoski, w szczególności, że większość dzieci- jak i ludzi na świecie, ma z tym problemy (bo kto by nie miał z dźwięcznym „rrr”, czy „ś”, „ć”). Polski język nie należy do najprostszych więc trudno się dziwić, że nawet nasze polskie pociechy często łamią sobie języki na co trudniejszych słowach. Na szczęście są ludzie, którzy biegną nam z pomocą. I tak oto mamy tutaj książeczkę, która opowie naszym dzieciom przeuroczą wakacyjną i jakże rodzinną historyjkę, a przy okazji zwróci uwagę na bardziej skomplikowane słowa, które wymagać będą więcej pracy. Wszystko po to, aby nasze dzieci mówiły „dom” zamiast „om”, „balony” a nie „palony”. Poprawna wymowa jest istotna z uwagi na to, że jej wszelkie odchylenia mogą całkowicie zmieniać kontekst zdania. Dobrze jest to uzmysławiać dzieciom już od najmłodszych lat. Autorka uczula nas na kilka takich słów i zwraca uwagę na konkretne litery w wyrazach, które oznacza tutaj na czerwono.

     Książka jest bardzo kolorowa. Już sama oprawa przykuwa uwagę dziecka. Dobrze, że znajdują się w niej ilustracje samochodów, bo w innym wypadku mój berbeć całkowicie by ją zignorował. Urocze rysunki całej rodzinki, gdzieś tam napotkanych zwierząt i rozmaitych przedmiotów, pojazdów, i miejsc. Dobre zabawy cieniami i światłem, wielopłaszczyznowe ilustracje. Autorka tych rysunków zadbała o szczegóły, ale jednocześnie nie pokazuje ich zbyt wiele. Innymi słowy, dobrze się to czyta i dobrze się to ogląda.

     Książka z pewnością przypadnie do gustu najmłodszym czytelnikom, chociaż rozczytywanie jej treści łatwiejsze będzie dla rodziców z uwagi na format czcionki. Publikacja ma być jednak pomocna w ćwiczeniu właściwego wymawiania niektórych słów i pewnie ten cel spełni. U mojego małego jeszcze za wcześnie, aby to trenować, u niego trzeba wrócić do podstaw. Dodatkowo „Pucio na wakacjach” idealnie komponuje się z czasem premiery w doła około jesiennego, czyli między dopiero co skończonymi wakacjami, a powrotem do szkoły, czy pracy, czy przedszkola. Pomaga przypomnieć sobie o promieniach słońca na twarzy i chwilach pełnych beztroski. Dobrze poczytać, dobrze coś z tego wynieść.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia !

Tytuł oryginalny: Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / Ilość stron: 40 / Rok wydania: 2018