NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lipca 2017

Książka #452: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Chile, aut. Katy Colins

 
    Porzucona panna młoda, jedna wycieczka, która odmieniła jej życie, trzy fascynujące książki i ogromna ilość sprzedanych egzemplarzy na całym świecie. Oto skrócony życiorys młodej kobiety, która po ciężkim rozstaniu zostawiła wszystko co nie mieściło się do jej plecaka i wyjechała do Tajlandii. Była to jej pierwsza samotna podróż. Od tego czasu podróżowała po całym świecie, również do Indii, czy Chile. To właśnie te ostatnie stały się inspiracją do jej trzeciej powieści z cyklu „Biura Podróży Samotnych Serc”, gdzie wystawiła swoją bohaterkę na niezwykłe przeżycia.

     Georgia i Ben prowadzą świetnie prosperujące biuro podróży. Dodatkowo w ich związku podjęli kolejny krok naprzód i zamieszkali ze sobą. Akurat przytrafiła się niezwykła okazja do kolejnej niesamowitej podróży, a przy okazji darmowej reklamy dla ich biura podróży. Jedna ze stacji telewizyjnych realizuje program typu reality show, w ramach którego cztery pary idealnie godzące prowadzenie wspólnego biznesu i życie osobiste wyjechałyby na wspólną wyprawę do Chile. Poza sprawdzeniem swoich więzi mają szansę na wygranie konkretnych pieniędzy, która mogłaby przysłużyć się rozwojowi biznesu. Georgia i Ben bez mrugnięcia okiem przystają na propozycję, w szczególności, że Georgia ma nadzieję na wyjątkowe wydarzenie, które odmieni ich życie.
     Powieści z serii „Biuro Podróży Samotnych Serc” to swoisty ewenement na rynku wydawniczym. Historia wsparta na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki, trochę tutaj obyczajówki, trochę romansu i w dodatku całkiem sporo literatury przyrodniczej. „Kierunek: Chile” jest chyba najbardziej fascynującą z tych trzech książek. Już na samym początku będzie w stanie zaintrygować każdego sympatyka programów typu reality show, ale nie tych z kategorii „Big Brother”, a bardziej podróżniczych szkół przetrwania typu „Survivors”. Fabuła, gdzie wyprawa dyktowana jest udziałem w programie, gdzie uczestnicy biorą udział w różnych konkurencjach- od razu uprzedzę, że niezbyt jest ich dużo, ani w żaden sposób nie równają się z tymi, które czekają na uczestników „Amazing Race”, stanowi to nie lada gratkę, która urozmaica całą serię. Zaskakujące jest to, jak autorce udało się poprowadzić te książki. W każdej z trzech propozycji mamy nie tylko różne kraje do zwiedzania, ale przede wszystkim zupełnie inne bodźce, aby w tych wycieczkach uczestniczyć. Trochę zaskakujące jest to, że nie wynika to z samej potrzeby podróżowania, a dodatkowych korzyści jakie może to przysporzyć.
     Inną sprawą rozróżniającą ten tom jest sposób spojrzenia na kraj, w którym aktualnie znajduje się Georgia. Autorka nie skupia się tutaj za bardzo na lokalizacji. Czasem wspomina region w jakim aktualnie się znajdują, ale niestety nie koncentruje się na cudownościach tego kraju. Niestety, nie poznamy go bliżej, ani jego charakterystycznych elementów, tak jak to było w przypadku Indii. Nie staje się przez to ani odrobinę atrakcyjniejszy do zwiedzania. To prawdopodobnie wynika z samej formuły programu, gdzie nawet uczestnicy nie byli w stanie nacieszyć się pięknem Chile. Skupieni na wykonywaniu zadań i docierania z punktu A do punktu B podróżowali z nosami w mapach, czy spacerowali bo bardziej nieznanych terenach. Bardziej absorbowały ich relacje międzyludzkie i własne problemy niż to co dookoła.
Georgia z osobistymi oczekiwaniami względem wyjazdu stanowiła sporą rozrywkę. W szczególności, że już zdążyliśmy ją poznać, więc oczekujemy wtopy za wtopą. Tych zaliczyła całkiem sporo, czym z pewnością rozbawi niejednego czytelnika. Historie niczym z horroru odnośnie podróży samolotem i korzystania z tamtejszej toalety, klozetowa przygoda na lotnisku, a także akcja z kontrowersyjnym bagażem- to te przy których nie trudno popłakać się ze śmiechu.
     Nie można dać się jednak zwieść. Pod tymi historiami rodem z komedii doświadczyć możemy sytuacji łamiących serce. Nie dość, że w życiu naszej bohaterki szykują się ogromne zmiany, to w dodatku nic nie wydaje się być takie, jak oczekiwała. Konfrontacje wyciskają zupełnie inny rodzaj łez, a czytelniczka ma nadzieję, że nie tak przecież skończy się ta opowieść! Autorka nigdy jednak nie mówi ostatniego słowa. Finał, który sobie obmyśliła niekoniecznie musi być ostateczny, bo tak jak w życiu, także w tej powieści nieoczekiwane pojawia się zawsze, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy.
     Nie chciałabym, żeby „Kierunek: Chile” był finałem tej zachwycającej podróży Georgii. Ta książka z pewnością wzbudza najwięcej emocji, bowiem stanowi idealnie wyważoną literaturę podróżniczą i romans w połączeniu z bardzo przyziemnym poczuciem humoru. Sytuacje, których nie chciałby przeżyć nikt z nas i podróże, jakich każdy chciałby doświadczyć. Wszystko to z cudownymi postaciami, które każdy chciałby poznać i zaprzyjaźnić się z nimi. Dużo tutaj atrakcji, dużo niespodzianek, ale przede wszystkim wciągających opowieści, które zaintrygują każdego i sprawią, że nie będzie chciał się oderwać od lektury.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!
harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Destination: Chile / Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-276-2840-4 / Ilość stron: 304 / Format: 195x205mm
Rok wydania: 2017 (Polska) 2016 (Świat)

niedziela, 5 marca 2017

Książka #434: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek: Indie, aut. Katy Colins


     Pierwsza część książki prosto z Biura Podróży Samotnych Serc zachwyciła czytelników połączeniem gorącego romansu z niesamowitą przygodą w egzotycznym kraju. Katy Colins przelewa na swoje powieści własne doświadczenia zebrane podczas licznych podróży. „Kierunek: Indie” to druga z serii historia pełna pasji, przedstawiająca jeden z najmagiczniejszych i najbarwniejszych krajów na świecie.
     Po ekscytującej podróży po Tajlandii Georgia Green rzuciła się w wir pracy. Biuro podróży, które założyła wraz z poznanym w podróży Benem odnosi ogromny sukces. Niestety, kobieta bierze na siebie zbyt dużo obowiązków i przytłoczona nimi zaczyna zaniedbywać przyjaciół, rodzinę, ale przede wszystkim siebie samą. Gdy w sieci pojawia się straszliwie niepochlebna recenzja ich wycieczki do Indii z żalu upija się wraz z przyjaciółką Shelly. Wspólnie podejmują decyzję o wzięciu udziału w zbliżającej się wycieczce do tego pięknego kraju, aby zbadać na czym tkwi problem, ale też by odnaleźć siebie i spokój ducha.
     Najnowszy tom z serii Biura Podróży Samotnych Serc gwarantuje zupełnie nowe doznania. Historia przybiera całkiem inny kierunek. Nie chodzi już jedynie o zaleczenie złamanego serca. Na pierwszy plan wysuwa się dobro interesu Georgii. Problematyka prowadzenia biura podróży, a wraz z nim szereg pobocznych kłopotów, które spotkać mogą każdego pracoholika. Począwszy od izolacji od najbliższych- brak kontaktu z przyjaciółmi, zaniedbywanie świąt rodziców, czy nawet oziębłość, a w zasadzie służbowa etykieta wobec ukochanych, aż po zaniedbywanie samego siebie- nie dawanie sobie nawet chwili wytchnienia. Poznajemy zupełnie inną Georgię i z przerażeniem łapiemy się za głowę myśląc nad tym cóż też ta dziewczyna wyprawia! Całkowite zatracenie w pracy, co z jednej strony jest zrozumiałe, gdy dopiero rozpoczyna się własny biznes. Cała lawina problemów, która na nią spada, decyzji, które musi podjąć, potrafi być przygniatająca. I wtedy pojawia się ta sposobność wyjazdu do Indii. Czy może być coś bardziej ekscytującego? Pewnie może, ale to właśnie Indie oferują niesamowite atrakcje, których nie doświadczymy nigdzie indziej.
     Hinduska część jest równie ekscytująca jak ta z angielska. Oferuje z pewnością więcej barw, więcej emocji. Katy Colins oczami Georgii pokazuje nam zupełnie inny świat. Pokazuje, że Indie są jednym z piękniejszych krajów, ale niestety są też zdecydowanie jednym z najbiedniejszych. Tak, jak i w przypadku „Kierunek: Tajlandia” tę opowieść podróżniczą dzielimy na dwa etapy. Z początku zderzamy się z zatłoczonym, ubogim obrazem kraju, który dotychczas znaliśmy z roztańczonych filmów Bollywoodu. Dzieci zmuszane do żebrania o pieniądze, wątpliwej higieny toalety publiczne, okropnie zatłoczone ulice oraz pociągowe wagony. Jest jednak i druga strona medalu- tak jak i w każdym innym miejscu. Czasem słońce, czasem deszcz- jak mówi tytuł jednego z filmów Karana Johara. Zwiedzamy cudowne miejsca, które znane są na całym świecie ze słyszenia, czy chociażby ze zdjęć- szkoda jednak, że jest ich tak mało. Wraz z bohaterami doświadczamy rzeczy, których doświadczyć możemy jedynie w Indiach, takich chociażby jak zbyt ostre curry, czy zniszczenie ciuchów kolorowym proszkiem. Momentami kryje się tutaj sporo niedopowiedzeń, historia jest momentami dość naciągana na potrzeby podtrzymania fabuły, a właściwie to odpowiedniego jej ukierunkowania. Bowiem część hinduska to nie tylko zwiedzanie, ostre jedzenie, czy oglądanie na żywo filmu bollywoodzkiego, ale też i rozwiązywanie problemów. Niestety, są one tak bardzo trywialne, że sama Georgia Green nie mogła uwierzyć w ich błahość i to jak bardzo mogą zaszkodzić innym.
     „Kierunek: Indie” to niezwykle wciągająca powieść. Historia, która toczy się na tak wielu płaszczyznach, że dostarcza wielu różnorodnych emocji. Potrafi zmartwić zachowaniem głównej bohaterki, nie zbraknie jej odrobiny humoru, gdy dochodzi do przekomicznych wpadek, ale też i napawa przerażeniem, gdy dochodzi do kolejnego zwrotu akcji, który wytrąca wszystko z równowagi. Przede wszystkim jednak pokazuje różne oblicza Indii, nie mydląc oczu ani bohaterom, ani czytelnikom. Pasja z jaką autorka wprowadza nas w ten niezwykły świat, hinduski świat pełen smaku, zapachów i barw, a także w problematyczny świat prowadzenia własnego biznesu jest tak zaraźliwa, że trudno oderwać się od niej na dłuższą chwilę.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins!

harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Destination: India / Tłumaczenie: Maria Zawadzka / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-276-2392-8 / Ilość stron: 320 / Format: 145x215mm

Rok wydania: 2016 (Świat) 2017 (Polska)

środa, 7 września 2016

Książka #414: Biuro Podróży Samotnych Serc. Kierunek Tajlandia, aut. Katy Colins

     Swoją pierwszą powieść napisała, gdy miała 11 lat. Co prawda była o psie, a recenzentem jej własny dziadek, ale najwyraźniej nie stłumiło to jej chęci do dalszego tworzenia. Jednakże to jej własne życie dostarczyło odpowiedniej podstawy do najnowszych powieści. Kiedy jej małżeństwo nie doszło do skutku, a ona postanowiła rzucić się w wir podróży- za pierwszy cel obrała Tajlandię. Brytyjskie gazety nadały jej przydomek „Bridget Jones z plecakiem”, a nazwa tak jej się spodobała, że szybko zrodził się pomysł na tworzenie bloga. Wkrótce potem Katy Colins napisała „Biuro Podróży Samotnych Serc: Kierunek Tajlandia”- smakowitą powieść inspirowaną jej własnymi doświadczeniami.
     Georgia Green nie ma najlepszego tygodnia. Na tydzień przed ślubem rozstaje się z narzeczonym. Chwilę później dowiaduje się od ojca, że związał się ze swoją sekretarką, z którą będzie mieć dziecko. Dodatkowo zostaje zwolniona z pracy, z której zasadniczo sama chciała odejść, ale nie miała na tyle odwagi. Postanawia więc odpocząć i wyruszyć na wyprawę do Tajlandii. I choć początkowo podróż znacząco odbiega od jej wyobrażeń o wakacjach marzeń, to ostatecznie- pomiędzy dżunglami i cudownymi regionalnymi smakami, udaje jej się odnaleźć siebie samą.
     Przeprawa przez tę książkę jest dokładnym odzwierciedleniem tego, co przeżywała Georgia w trakcie swojej podróży po Tajlandii. Z początku historia jest mocno naiwna, wręcz straszliwie głupia, a kolejne poczynania kobiety mocno irytują. Nie mniej, z łatwością można sobie uzmysłowić, że w zasadzie każda z kobiet pokrzywdzona przez los jest tak emocjonalnie nadwyrężona, więc z łatwością popełnia kolejne głupoty. Nie mówiąc już o tym, że jak coś się wali, to najlepiej cały świat w ciągu pięciu minut, bo skoro straciliśmy narzeczonego, to czemu wraz z nim nie stracić również domu i pracy? Nieszczęścia chodzą parami, a tym razem nawet i trójkami. Okazuje się to być jednak idealnym motorem do tego, aby całkowicie odmienić swoje życie, bo nic nie pomaga tak zaleczyć ran, jak zmiana otoczenia. Nie dziwi więc, że kobieta tak szybko podejmuje decyzję o wyjeździe. Wydaje się, że jak Georgia wyjedzie do Tajlandii, tak pięknej krainy, akcja szybko nabierze tempa, pełna będzie różnych wyskoków pełnych odwagi i tym podobnych rzeczy. I choć podobne wydarzenia mają miejsce, to jednak jakimś dziwnym sposobem nie ma w tym większych emocji. Nie odczuwa się tej ekscytacji, nie czuje się do końca ducha tego wspaniałego kraju. Musiał jednak nastać ten kulminacyjny punkt w fabule, aby zmianie uległo nie tylko postępowanie kobiety, nie tylko miejsce, ale przede wszystkim odczucia czytelnika. Najwyraźniej Georgia musiała sięgnąć dna, aby wszyscy zrozumieli prawdziwy sens tych wakacji życia.
     Wówczas wszystko odmienia się diametralnie. Kolejna zmiana otoczenia daje nam wspaniałe widoki, cudowne smaki, niesamowitych ludzi, innymi słowy całe spektrum wrażeń, odczuwanych wszystkimi posiadanymi zmysłami. Wszystko staje się o kolorowe, bardziej pozytywne! Może to również z powodu tej zmiany w psychice Georgii, która postanawia wziąć wszystko w swoje ręce i naprawdę cieszyć się tym, co daje jej sposobność bycia w tak niezwykłym miejscu. Wtedy dopiero uznać można, że faktycznie czerpie z życia pełnymi garściami, nawet jej lista życzeń szybko zaczęła się sama realizować. Widzimy więc Tajlandię nie tylko od strony wspaniałej roślinności, ale również i duchowych uniesień, których może dostarczyć.
     Trzeba przyznać, że bardziej naiwnej od Georgii postaci już dawno nie było w literaturze kobiecej. Nawet Anastasia Steel miała więcej rozumu. Nie dość, że porzucona zostaje przez faceta, z którym łączył ją niezwykle monotonny, bez emocjonalny związek, to jak tylko ląduje w Tajlandii i spotyka pierwszego lepszego przystojniaka od razu łyka każde jego słowo i wyznanie. Serio?! Wypadałoby być wtedy bardziej ostrożnym, więc skoro można zrozumieć początkowe uczuciowe wpadki, tak ciężko zrozumieć jej późniejsze irracjonalne zachowanie. To takie oszustwo internetowe bazujące na domniemanym uczuciu, tylko, że w pięknym kraju. Smutne... Dobrze, że szybko idzie po rozum do głowy, ale ewidentnie nie wyzbyła się chęci bycia z pierwszym lepszym facetem, który robił do niej maślane oczy i okazywał zainteresowanie. Początkowo całkowicie uzależniona od mężczyzny, można powiedzieć, że stłamszona zarówno przez niego, jak i jego rodzinę w końcu nabiera wiatru w skrzydła i prze do przodu niczym błyskawica. Pali za sobą mosty, które prowadzą do spopielonych już dawno krain, staje się o wiele bardziej odważna, ale przede wszystkim nie brak jej entuzjazmu i pomysłów. Jeżeli każda zmiana tak wygląda i tak właśnie wpływa Tajlandia na osamotnione kobiety, to rzucam wszystko i jadę!
     Zachęcona historią, która mogłaby przydarzyć się każdej z nas, a w dodatku ulokowana w zjawiskowej scenerii wiedziałam, że jest to książka dla mnie. Jednakże szczerze się przyznam, że bardzo szybko „Biuro Podróży Samotnych Serc” stało się dla mnie prawdziwą męką. Nudnawy początek, który zarysował strasznie naiwną postać potrafiłby zniechęcić nawet największego sympatyka egzotycznych krajów. Szczęśliwie, szybko nastąpiła zmiana klimatu- dosłownie i w przenośni, a cała masa sympatycznych postaci i cudowności, których dostarczyła nam wszystkim tajska wycieczka zaczęły się wylewać z kartek, sprawiając, że z zaciekawieniem sczytywaliśmy kolejne słowa. Najwspanialsze jest to, że nie tylko pozazdrościliśmy Katy Colins, zapragnęliśmy spakować się w plecak i wyjechać do nieznanego kraju, ale i zechcieliśmy szybko złapać w ręce kolejny tom. Na szczęście... „Kierunek Indie” już wkrótce!
Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!

harpercollins.pl

Tytuł oryginalny: Destination: Thailand / Tłumaczenie: Elżbieta Regulska-Chlebowska / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: obyczajowa / ISBN 978-83-276-2398-0 / Ilość stron: 304 / Format: 147x212mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2016 (Polska)

niedziela, 17 listopada 2013

SZORTY #3: Wyszłam za mąż, zaraz wracam, Gorący towar, Faceci od kuchni


Oryginalny tytuł: Un Plan parfait | Reżyseria: Pascal Chaumeil | Scenariusz: Laurent Zeitoun, Yoann Gromb | Obsada: Diane Kruger, Dany Boon, Alice Pol, Robert Plagnol, Jonathan Cohen | Kraj: Francja | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 31 października 2012 (Świat) 11 stycznia 2013 (Polska)

Ocena: 3/10

wtorek, 31 stycznia 2012

863. Zanim odejdą wody, reż. Todd Phillips

Oryginalny tytuł: Due Date
Reżyseria: Todd Phillips
Scenariusz: Todd Phillips, Alan R. Cohen, Alan Freedland, Adam Sztykiel
Zdjęcia: Lawrence Sher
Muzyka: Christophe Beck
Kraj: USA
Gatunek: Komedia
Premiera światowa: 31 października 2010
Premiera polska: 05 listopada 2010
Obsada: Robert Downey Jr., Zach Galifianakis, Michelle Monaghan, Jamie Foxx, Juliette Lewis, Danny McBride, Matt Walsh

    Komedie są najwspanialszym wymysłem wśród scenarzystów filmowych. Bawią dowcipem i często także opowiadaną historią. Jednakże w czasach, gdy już w zasadzie wszelkie schematy zostały wykorzystane trudno jest znaleźć komedię, która rozbawiłaby nas do łez i jednocześnie zaprezentowała jakieś innowacyjne podejście do humoru. Niestety, nawet świetnie zapowiadający się film w reżyserii Todda Phillipsa („Kac Vegas”) o interesującym tytule „Zanim odejdą wody” nie spełnia tych oczekiwań. Wszystko to już albo było, albo jest tak żenujące, że aż trudno oglądać. I nawet wspaniały duet Downey Jr. i Galifianakis nie ratuje tego filmu, chociaż robi co może.
    Wzięty biznesmen Peter Highman (Robert Downey Jr.) stara się wrócić do swojej ukochanej żony, Christine (Michelle Monaghan), do Los Angeles, aby towarzyszyć jej podczas narodzin ich pierwszego dziecka. Niestety, na skutek pomyłki zaaranżowanej przez początkującego aktora – Ethana Trembleya (Zach Galifianakis), Peter zostaje wyrzucony z samolotu i ma zakaz lotu aż do odwołania. To samo dotyczy sprawcy całego zamieszania. Na nieszczęście Petera jego portfel wraz z zawartością leci w dalszą trasę a on pozbawiony dowodu tożsamości, pieniędzy i bagażu wciąż musi dotrzeć do Los Angeles. Z pomocą przychodzi mu Ethan, który akurat jedzie do Hollywood, aby zrobić zawrotną karierę. Razem rozpoczynają pełną przeciwności drogę do celu. 

wtorek, 14 grudnia 2010

714. Była sobie dziewczyna, reż. Lone Scherfig

Oryginalny tytuł: An Education
Reżyseria: Lone Scherfig 
Scenariusz: Nick Homby  
Zdjęcia: John de Borman
Muzyka: Paul Englishby 
Na podstawie: powieści Lynn Barber  
Kraj: Wielka Brytania  
Gatunek: Dramat  
Premiera światowa: 18 stycznia 2009  
Premiera polska: 19 marca 2010  
Obsada: Carrey Mulligan, Peter Sarsgaard, Alfred Molina, Rosamund Pike, Dominic Cooper, Cara Seymour, Emma Thompson

    Powieści od zawsze były chętnie ekranizowane. Dlatego też nie dziwne jest, że w świecie kiedy właściwie wszelkie pomysły na filmy zostały już wyczerpane twórcy coraz częściej sięgają po pozycje książkowe. „Była sobie dziewczyna” to kolejna adaptacja tym razem powieści Barber Lynn, której realizacji podjęła się duńska reżyserka – Lone Scherfig. Film zdobył wiele nominacji do licznych nagród w tym do Oscara za najlepszy film i scenariusz adaptowany.
    Jenny (Carrey Mulligan) to mądra szesnastolatka chodząca do klasy maturalnej do jednej z najlepszych szkół w Anglii w latach 60-tych. Pewnego deszczowego popołudnia wracając z próby orkiestry, w której gra na wiolonczeli spotyka na swojej drodze dorosłego mężczyznę – Davida (Peter Sarsgaard), który proponuje podwiezienie jej wiolonczeli do domu. Dzięki wrodzonemu urokowi Davida przekonuje on do siebie rodziców Jenny – Jacka i Majorie (Alfred Molina, Cara Seymour), który chętnie pozwalają jej na późne powroty do domu, a także wyjazdy w środku tygodnia. Dziewczyna zaczyna żyć pełnią życia poznając nie tylko przyjaciół Davida – Helen i Danny`ego (Rosamund Pike, Dominic Cooper), ale także dorosłe życie towarzyskie, piękne książki, filmy i inne kultury. Z czasem ich przyjaźń przeradza się w prawdziwe uczucie i David w końcu oświadcza się Jenny. Zachęcana przez rodziców przyjmuje ukochanego, a także zapomina o swojej przyszłości na studiach.
    Ze względu na fakt nominacji do Oscara postanowiłam obejrzeć ten film. Wcześniej jakoś specjalnie mnie nie interesował, ale gdy zobaczyłam urywki podczas ceremonii wręczenia nagród wiedziałam, że muszę obejrzeć tą produkcję. Kiedy tylko dostałam go w swoje ręce od razu siadłam przed telewizorem i rozpoczęłam swój własny seans. Film pochłonął mnie bez reszty. Historia po części zauroczyła mnie, do tego stopnia, że zaczęłam myśleć o związku ze starszym mężczyzną. Nie ma w nim właściwie nic co by nie urzekało, więc czy nie warto poświęcić tej półtorej godziny na „Była sobie dziewczyna”?
    O takich historiach nie słyszy się zbyt często. A może tylko dlatego o nich nie słyszymy, że związki między nieletnimi i dorosłymi osobami są karalne i nazywane pedofilią, w szczególności, gdy dotyczą seksu. Jednakże historia przedstawia nam kilka faktów kiedy to nieletnie kobiety stawały się królowymi, czy także żonami dużo starszych mężczyzn. Film ten w pewnym sensie także pokazuje taką historię, która ma swój uroczy początek, bo przecież ilu facetów uwodzi dziewczyny proponując podwiezienie ich wiolonczeli w deszczowe popołudnie. Już w tej chwili wiedziałam, że film mnie zaczaruje. Prawda jest taka, że cały film obejrzałam właściwie na jednym wdechu. Historia jest na tyle interesująca, że aż zachęca do przeczytania książki. W gruncie rzeczy chodzi tutaj przede wszystkim o edukację, przecież skądś musi pochodzić ten oryginalny tytuł. Nie trudno sobie wyobrazić, że w Anglii każdy stara się uczyć w jak najlepszej szkole. Dla Anglików nauka przede wszystkim. Jednakże film przedstawia także drugą stronę medalu, czyli to czego nie każda szkoła potrafi nauczyć, a mianowicie życia. Innym wątkiem poruszanym w filmie są dziwne relacje w angielskich rodzinach, czego przykładem jest tutaj relacja Jenny z jej ojcem Jackiem. Przyznam, że osobiście szokowało mnie to, jak David potrafił sobie okręcić ich wokół palca, a przecież ten facet był dwa razy starszy od Jenny. Nie wiem dlaczego jej rodzice tak bardzo chcieli ją wepchnąć w jego ramiona. Dziwne podejście, ale w niektórych rodzinach tak jest, że rodzicom nie musi zależeć koniecznie na wyedukowaniu swojej córeczki, a jedynie wykształceniu jej na tyle, aby potrafiła znaleźć sobie bogatego męża, który będzie w stanie utrzymać rodzinę. No jak się okazuje nie należy do końca wierzyć facetom, ale to wisi przez cały film nad naszą bohaterką.
    Autorem zdjęć do filmu jest John de Borman, który pracował także przy takich produkcjach jak bajkowa „Ella Zaklęta”, czy „Hamlet”. Przyznam, że momentami wydawały mi się one niezwykle fascynujące. Sama nie wiem dlaczego, ale myślę, że w dużej mierze dotyczyło to głównie zdjęć wykonanych w Paryżu, a także wieczornych wyjść do klubów. Podobało mi się jak uchwycone zostało piękno, dzięki tym zdjęciom naprawdę można poczuć klimat zarówno Anglii, jak i Paryża.
    Główną rolę w filmie zagrała nominowana do Oscara Carey Mulligan, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Jej gra była absolutnie poprawna. Muszę powiedzieć, że podobała mi się w tym filmie, ale po raz kolejny zastanawiam się czym kieruje się Akademia przyznając nominację. Może chodzi o samą rolę, bo oczywiście jej postać była interesująca, ale nie była  to rola, w której Carey wykazałaby się jakimś niesamowitym aktorstwem. Na ekranie towarzyszył jej głównie Peter Sarsgaard, który zagrał starszego od Jenny mężczyznę. Podobał mi się w tej roli. Myślałam, że postać ta będzie bardziej agresywna, ale ku mojemu zaskoczeniu miło się na niego patrzyło i aż można by pozazdrościć Jenny takiego ukochanego. Był on nie tylko zabawny, ale i charyzmatyczny. Podobał mi się. Ponadto w filmie wystąpili między innymi Alfred Molina, Emma Thompson, Rosamund Pike oraz Dominic Cooper.
    „Była sobie dziewczyna” to nie tylko film o miłości, ale i dojrzałości. Film o poszukiwaniu samego siebie i dążenia do swoich marzeń. Film o przełamywaniu barier, ale także i uczeniu się na własnych błędach. Film, który interesuje, bawi i uczy. Film o wszystkim i film o niczym. Film, którego historia spotkać może każdego z nas. Film, który z każdą chwilą coraz bardziej pochłania widza. Fascynuje i czaruje, a o takie film trudno w dzisiejszych czasach.

piątek, 10 grudnia 2010

591. Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna, reż. Chris Columbus

Oryginalny tytuł: Percy Jackson and the Olympians: The Lightning Thief
Reżyseria: Chris Columbus
Scenariusz: Craig Titley
Zdjęcia: Stephen Goldblatt
Muzyka: Christophe Beck
Na podstawie: powieści Ricka Riordana
Kraj: USA / Kanada
Gatunek: Fantasy / Przygodowy / Komedia
Premiera światowa: 10 lutego 2010
Premiera polska: 19 lutego 2010
Obsada: Logan Lerman, Brandon T. Jackson, Alexandra Daddario, Jake Abel, Catherine Keener, Joe Pantoliano, Pierce Brosnan, Sean Bean, Kevin McKidd, Steve Coogan, Rosario Dawson, Uma Thurman, Luke Camilleri


      Po zakończeniu serii magicznych książek o Harrym Potterze, a także wampirzych powieści z sagi "Zmierzch" przyszedł czas na mitologicznych bogów i ich potomków w serii książek "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy". W USA powieści Ricka Riordana cieszą się ogromną popularnością, gdzie w Polsce ledwo można o nich usłyszeć, a w marcu do księgarni trafi dopiero trzecia powieść. Chris Columbus dał początek ekranizacjom Harry`ego Pottera, teraz rozpoczyna przygodę z Percy`m Jacksonem. Sądząc jednak po ilości zajętych miejsc w sali kinowej można by odważyć się na stwierdzenie, że nowa seria o bogach olimpijskich nie wydaje się młodzieży tak pociągająca jak historie o młodym czarodzieju.

środa, 8 grudnia 2010

434. Pocahontas 2: Podróż do Nowego Świata, reż. Bradley Raymond, Tom Ellery

392. Park Jurajski 3, reż. Joe Johnston

378. Nie wszystko złoto co się świeci, reż. Andy Tennant

366. Lara Croft. Tomb Raider: Kolebka życia, reż. Jan De Bont

351. Dziewczyna moich koszmarów, reż. Bobby Farrelly, Peter Farrelly

poniedziałek, 6 grudnia 2010

327. Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki, reż. Steven Spielberg

poniedziałek, 29 listopada 2010

242. Wakacje Jasia Fasoli, reż. Steve Bendelack

Oryginalny tytuł: Mr. Bean`s Holiday
Reżyseria: Steve Bendelack
Scenariusz: Hamish McColl, Robin Driscoll
Zdjęcia: Baz Irvine
Muzyka: Howard Goodall
Kraj: Wielka Brytania, Francja
Gatunek: Komedia
Premiera światowa: 22 marca 2007
Premiera polska: 20 kwietnia 2007
Obsada: Rowan Atkinson, Max Baldry, Emma de Caunes, Willem Dafoe, Karel Roden

    Pan Fasola podczas jednego z losowań wygrywa wspaniałą nagrodę, wyjazd na francuską Riwierę, a do tego nowoczesną kamerę Sony. Fasola bardzo uradowany owym faktem nie rozstaje się z kamerą. Czasami aż do przesady. Przez niego jeden z pasażerów nie dostał się do pociągu. Gdy Fasola dostrzega, że w pociągu znajduje się syn owego pasażera, Stiepan. Teraz Fasola odczuwa obowiązek zaopiekowania się chłopcem, ale wciąż stara się dostać nad przepiękne morze.
Plusy:
-    Jaś Fasola. Właściwie to nie rozumiem czemu jest to akurat Jaś, przecież nazywa się on Mr. Bean, czyli Pan Fasola. Nigdy chyba nie padło jego imię, no ale mniejsza z tym. Fasola jest po prostu najśmieszniejszą postacią jaką kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. Nie wiem kto kiedyś wpadł na genialny pomysł stworzenia tego człowieka, ale jest to po prostu dzieło doskonałe. Fasola nie za wiele mówi, ale przez jego gesty i mimikę twarzy da się odczytać wszystko :) nawet to co myśli :P jest to dosyć niezwykłe. Gdy trzeba poważny, a gdy tak się trafi jest po prostu przekomiczny. Uwielbiam tego człowieka i osobiście uważam, że nikt bardziej nie pasuje do roli Fasoli jak Atkinson. On chyba urodził się po to, żeby grać Fasolę, czy jest tego jakiś minus? Ano jest, czy wy też tak macie, że jak widzicie z nim jakiś film, np. "Wyścig szczurów" to cały czas macie przed oczami Fasolę? No ja właśnie tak mam ;]
-    humor. Oczywiście jak to przystało na Fasolę zawsze dostarcza nam on sporej dawki humoru :) tym razem również nas nie zwiódł. Pomagały mu również inne ciekawe postacie jak na przykład Stiepan. Co mnie najbardziej rozbawiło? no chyba najbardziej to jak Fasola oberwał w twarz od Stiepana :D gdy to Fasola próbował go rozweselić po tym jak przez niego ojciec Stiepana, Emil nie wszedł do pociągu. Strasznie rozbawiło mnie również zbieranie pieniędzy przez Stiepana i Fasolę :D myślałam, że pęknę ze śmiechu, gdy Fasola próbował dopasować swoje ruchy do muzyki na ulicy, aby zebrać pieniądze na podróż. Oczywiście to, że Fasola został bez kasy również było skutkiem śmiesznych wydarzeń. Najbardziej rozbrajało mnie to nagłe zasypianie Fasoli. Jadą nocą jadą Jaś prowadzi i nagle... śpi. Budzi się, kieruje chwile i nagle... znowu śpi :D aż w końcu wymyślił oryginalny pomysł jak zapobiec opuszczaniu się powiek :) hihi :P nie mówiąc już o jego zdolnościach porozumiewania się w języku francuskim :D.
-    przygoda. Nie mogłoby być tak, że Fasola bezproblemowo dociera do celu. No w końcu to Fasola :P człowiek katastrofa :D Czasami zastanawiałam się jak to się dzieje, że on tak się zachowuje i takie rzeczy mu się przytrafiają. Może to dlatego że juz ma swoje lata więc roztargnienie go dopadło ;D:P no i z tego całego jego roztargnienia wychodzą różne komiczne sytuacje i wspaniałe przygody, bo w końcu kto by nie chciał pojechać do Cannes i poznać wspaniałych reżyserów i aktorów? Kto nie chciałby znaleźć dobrego przyjaciela? I zrobić wszystko, aby wydostać się z wychodka? hehe :D Fasola to wszystko przeżył :D a jakże :)
-    krajobrazy. Francja była po prostu przecudowna w tym filmie. Wspaniałe budowle zachwycały oko, co prawda już wszyscy je znamy :P a plaża na Riwierze? coś wspaniałego. Aż zachciało mi się jechać nad takie cudowne i oczywiste czyste morze.
Minusy:
-    zakończenie. Zakończenie było trochę dobijające, tzn chodzi mi o sam sam koniec na plaży. Trochę to dziwnie wyszło i tak dosyć naciągane, ale reżyser taką miał wizję więc ja nic na to nie poradzę.
Ulubiona scena:
-    pokaz tańca na ulicy.
Moja opinia:
    Na filmie się nie zawiodłam na szczęście. Był naprawdę sympatyczny i miło było znowu zobaczyć Fasolę w głównej roli ;) zawsze lubiłam jego serial :D o Fasoli mogłabym pisać i pisać :) ale popisałam dość dużo już wcześniej :P hehe :D film oczywiście polecam wszystkim :) którzy lubią się pośmiać :)

238. Dobry rok, reż. Ridley Scott

Oryginalny tytuł: A Good Year
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: Marc Klein
Zdjęcia: Philippe  Le Sourd
Muzyka: Hans Zimmer
Kraj: USA
Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera światowa: 09 września 2006
Premiera polska: 10 listopada 2006
Obsada: Russell Crowe, Marion Cotillard, Abbie Cornish, Isabelle Candelier, Didier Bourdon, Freddie Highmore, Albert Finney

    Max Skinner jest londyńskim bankierem, który wychowywany był przez swojego wuja we Francji. Pewnego dnia dostaje wiadomość o jego śmierci i dodatkowo zostaje poinformowany, że jako jedyny członek rodziny odziedzicza piękny dom wraz z niesamowitym ogrodem i winnicą. Max musi jak najszybciej udać się do Francji, aby spotkać się tam z adwokatem. Podczas jego nieobecności do biura przychodzi jego szef, który nie jest zadowolony z nieobecności Maxa. Zmuszony zostaje do urlopu. Zostaje we Francji, gdzie dzięki wspomnieniom z dzieciństwa poznaje uroki wiejskiego życia.
Plusy:
-    bardzo przyjemny filmik. bardzo przyjemnie się go ogląda.
-    nastrój filmu. Mnie osobiście film zauroczył. Sama nie wiem co to było, więc zwalam na klimat filmu. Aż czułam to słońce i Francję. Coś niesamowitego.
-    humor. Niby jest to dramat, ale było kilka prześmiesznych sytuacji. Oczywiście wszystko za sprawą Maxa. To jak robiąc zdjęcia domu wpadł do pustego basenu,a tam o dziwo... żadnej drabinki :P no i wtedy nastąpiło spotkanie z Fanny- tak na marginesie to co to za imię? no ale wiecie.. Francja. Oczywiście sama postać Maxa była dość ciekawa.
-    Max Skinner. Wcielił się w niego Russell Crowe. Jakoś nie specjalnie za nim przepadam, ale przyznam, że z przyjemnością patrzyłam na niego podczas filmu. Śmiesznie było oglądać takiego biznesmena w garniturku i eleganckich bucikach, na wsi, pośród kurczaków :P tak ten widok na zawsze pozostanie mi w pamięci. Obserwujemy również niesamowitą przemianę głównego bohatera, co było oczywiście do przewidzenia.
-    dom we Francji, a tak właściwie to zamek. Chciałabym mieszkać w takim miejscu. Zamek był przepiękny,a już nie wspomnę o tym ogrodzie. Po prostu coś niesamowitego. I jeszcze to słońce... w szczególności gdy zachodziło tak wspaniale otulało zamek swoim blaskiem.
-    romans. Oczywiście każdy stwierdzi, że jest to raczej babski film. Nie zaprzeczam, ale wiecie.. facetów też może czegoś nauczyć. Czego? a no tego, że praca to nie wszystko, no ale nie o tym miałam pisać. Oczywiście Max został zauroczony przez Fanny. To było oczywiste. Właściwie to aura romansu wisiała w powietrzu, a ja tylko strzelałam w kim się zakocha Max :P no i oczywiście trafiłam.
Minusy:
-    jak to przystało na wszystkie współczesne filmy jest on dość przewidywalny. Da się to jednak przeżyć.
-    niektórych może nużyć.
Moja opinia:
    Mnie się film bardzo podobał. Powiem wam jedno, pamiętajcie, żeby oglądać film i się nim delektować. Dajcie się ponieść a nie starajcie się wyprzedzać fakty. Wyłączcie sobie myślenie :P i jasnowidztwo, bo naprawdę popsuje wam to cały klimat ;] który jest niepowtarzalny.

piątek, 26 listopada 2010

172. Podróż do Nowej Ziemi, reż. Terrence Malick

Oryginalny tytuł: The New World
Reżyseria: Terrence Malick
Scenariusz: Terrence Malick
Zdjęcia: Emmanuel Lubezki
Muzyka: Hans Zimmer, James Horner
Kraj: USA
Gatunek: Przygodowy, Romans
Premiera światowa: 25 grudnia 2005
Premiera polska na DVD: 22 września 2006
Obsada: Colin Farrell, Christopher Plummer, Christian Bale, Q`Orianka Kilcher, Wes Studi

    Można powiedzieć, że film jest w pewnym sensie zekranizowaniem bajki Disneya pod tytułem "Pocahontas", ale biorąc pod uwagę rozwój wydarzeń w tym filmie to przedstawia on raczej prawdziwą historię indiańskiej księżniczki.
  Angielscy podróżnicy przybywają do Nowego Świata, który zamieszkiwany jest przez Indian. Między nimi znajduje się John Smith, którego misją jest poznanie świata tubylców. Podczas pobytu w ich wiosce poznaje Pocahontas. Poznając tajemnice i kulturę świata Indian, poznaje również czym naprawdę jest prawdziwa miłość. John uświadamia sobie, że to plemię jest niezwykłe pod każdym względem. Indianie są spokojnymi istotami nie znającymi przemocy, nienawiści czy zazdrości. Jednak wszystko to się zmienia, gdy okazuje się, że podróżnicy zamierzają zostać na dłużej, a może i na zawsze.
   Od razu się doczepię i powiem, że film jest potwornie nudny. Czytałam, że podobno jest do dobry film dla kobiet. No cóż ja jestem kobietą i jakoś strasznie się wynudziłam. Pragnęłam tylko, żeby się skończył.
    Mówię tylko, że jest nudny, nie mówię, że jest beznadziejnym filmem. Było coś co straszliwie podobało mi się w tym filmie. Ukazanie życia Indian. To było po prostu piękne. Wtedy, gdy John Smith przybył do ich wioski i jak Pocahontas uratowała mu życie. On zaczął poznawać ich nawyki, kulturę i wszystko inne co było z nimi związane, a on uczył ich czegoś o jego świecie, o Anglii. Pomimo wszystko podobały mi się również te swawolne myśli w filmie. Praktycznie to niewiele zostało tam powiedziane, więcej mówiły same myśli głównych bohaterów.
    Trochę to niezwykłe, że John zakochał się w Pocahontas i że ona pokochała jego, ale jeszcze bardziej niezwykłe były późniejsze wydarzenia i durna decyzja Johna Smitha. Pomyśleć, że faceci to za wiele myślą na różne tematy podejmując w ten sposób błędne decyzje i raniąc siebie i innych.
Urocza była ta ich miłość. Taka niewinna, tajemnicza, delikatna, po prostu cudowna.
    Ale gdy tylko skończyły się ich miłosne uniesienia film przestał mi się podobać, bo działy się dosyć dziwne rzeczy. Ni stąd ni zowąd obóz Johna Smitha został zaatakowany przez Indian. Jaki w tym w ogóle sens? Najpierw traktowali go jak swojego, gdy był tam z nimi, potem przynosili im jedzenie, żeby nie poumierali z głodu, a potem ich atakują? No jak dla mnie to bezsens. Kolejny bezsens to fakt, że niby John Smith zginął, tzn. utonął. Potem nie wiadomo skąd pół godziny przed końcem filmu pojawia się jakiś koleś, który również zakochuje się w Pocahontas, a jest to John Rolf. Co widzimy dalej? Zaloty, później biorą ślub, potem praca w polu, a w następnym ujęciu nagle jakieś dziecko a w kolejnym mamy już troszkę większe to dziecko. Później niby John Smith żyje i Pocahontas mówi Johnowi Rolfowi, że jest jemu poślubiona, tzn. Smithowi. No i co z tego? Przecież ma dziecko! No rany... tyle lat nie widziała Smitha i co? ma niby wszystko dla niego zostawić, bo nagle się odnalazł? Tzn. No mogłaby gdyby nie była zamężna i dziecka nie miała. Brak mi słów w ogóle. Oczywiście rozwój wydarzeń stał się bardziej dramatyczny, tak jak to oczywiście jest w prawdziwej historii, że Pocahontas przyjeżdża do Anglii, poznaje królową, choruje i umiera.
    Ech przykre... no ale tak mówi historia i na szczęście tak zostało przedstawione w filmie, bo w bajce to niestety do tego etapu nie doszli :)
    Co do obsady to Colin Farrell w postaci Johna Smitha, no nawet nawet, ale specjalnie mnie nie urzekł. W sumie można było się popisać w tym filmie, a tu z jego strony nic, w sumie to z niczyjej strony, no ale co ja na to poradzę. Christian Bale w roli Johna Rolfa, też nie był zbytnio urzekający. Najbardziej podobała mi się Pocahontas, ale kurde tak prawdę mówiąc to czemu akurat Pocahontas. Przecież ani razu nie padło tam jej imię. Dopiero potem jak  jej nadali angielskie imię Rebecca. no, ale nie wnikam w szczegóły :P
    Ogólnie film jest taki sobie, nie warto go oglądać, nie ma tam ani wciągających walk, ani prawie nic się tam nie dzieje, jedyne co jest piękne to ta kultura Indian i niezwykłe zdjęcia.


piątek, 15 października 2010

004. Eurotrip, reż. Jeff Schaffer, Alec Berg, David Mandel

Oryginalny tytuł: Eurotrip
Reżyseria: Jeff Schaffer, Alec Berg, David Mandel 
Scenariusz: Jeff Schaffer, Alec Berg, David Mandel 
Zdjęcia: David Eggby 
Muzyka: James L. Venable
Kraj: USA / Czechy
Gatunek: Komedia / Przygodowy
Premiera światowa: 20 lutego 2004
Premiera polska na DVD: 28 października 2004
Obsada:
Michelle Trachtenberg, Scott Mechlowicz, Travis Wester, Jacob Pitts, Jakki Degg, Kristin Kreuk


    Grupka młodych ludzi kończy właśnie liceum. Głównego bohatera, Scottiego (Scott Mechlowicz), rzuca dziewczyna (Kristin Kreuk).  Dwoje jego przyjaciół wyjeżdża na wakacje pozwiedzać Europę. On sam ma listownego przyjaciela, który chce do niego przyjechać z Niemiec. Niestety, chłopak zbyt późno się zorientował, że jego przyjaciel listowny jest kobietą. Rzuca jej wiązkę nieprzyjemnych słów. Dziewczyna blokuje jego e-maila, zmienia plany wyjazdu do niego do USA. Chłopak w akcie desperacji, wraz ze swoim napalonym kumplem, wyjeżdża na wycieczkę do Berlina, aby przeprosić i być z ową Niemką. Aby dotrzeć do Berlina muszą przebyć dłuuugą drogę, w której spotykają swoich przyjaciół podróżujących właśnie po Europie. Zaczyna się podróż pełna przygód i dziwnych wydarzeń.
    Przez zwykły przypadek wpadłam na ten film. Przypadek przypadkiem, ale nie powiem, żeby była zbytnio zafascynowana ten filmem. Jest to komedia, jedna z tych głupich komedii, których ja staram się unika.     Film jest głupi. Typowa komedia przepełniona zbereźnymi scenami i seksem. Nie polecam tego filmu, no chyba, że ktoś lubi takie filmy.
    Co chwile coś się dzieje, coś nieprzewidywalnego. Jeżeli dla kogoś humorem jest na przykład seksualne przygody jednego z bohaterów to powodzenia. film jest śmieszny, ale tylko momentami... nielicznymi.
    Dużym plusem filmu jest otoczenie w jakim przewijają się nasi bohaterowie. Zdjęcia. Różne krajobrazy, bo różne miejsca w Europie. Najbardziej podobało mi się osiedle w Bratysławie 
    Nie wiem jak można dać się wrobić w taki głupawy film. No chyba,  że coś z tych postaci jest w granych przez nich aktorach.

wtorek, 28 września 2010

691. Kroki w chmurach, reż. Raj Kanwar

Oryginalny tytuł: Dhaai Akshar Prem Ke
Reżyseria: Raj Kanwar
Scenariusz: Raj Kanwar, Ratna Rajaia
Zdjęcia: Ishwar Bidri
Muzyka: Lalit Pandit, Jatin Pandit, Naresh Sharma 
Kraj: Indie  
Gatunek: Melodramat 
Premiera światowa: 29 września 2000 
Premiera polska: brak danych
Obsada: Aishwarya Rai, Abhishek Bachchan, Amrish Puri, Anupam Kher, Inder Sudan, Sonali Bendre 


    Raj Kanwar rozpoczął swoją przygodę z filmem od wyreżyserowania „Szalonego” w 1992 roku. W swoim filmie z2000 roku o tytule „Kroki w chmurach” nie przedstawia on tradycyjnej, a właściwie to dobrze znanej w późniejszych latach wizji kina hollywoodzkiego.Jedyne co łączy go z poprzednimi filmami jakie miałam okazje oglądać to dość naciągana historia miłosna, jednakże wykonanie to jest zdecydowanie gorsze niż innych, bez względu na to czy to spojrzeć na samą wizualizację historii, czy też oprawę muzyczną. 
    Sahiba to przepiękna dziewczyna, która wyjeżdża z rodzinnego miasta na studia, aby uciec przed rodziną chcącą wydać ją czym prędzej za mąż. Niestety, w kampusie zostaje zamordowana przyjaciółka Sahiby, a ona sama jest tego świadkiem. Kiedy mordercy ścigają dziewczynę wpada ona na przystojnego Karana, który właśnie wraca do swojej ukochany ze służby w wojsku. Przerywa on swoją podróż, aby pomóc Sahibie w dotarciu do domu. Kiedy tam przybywają liczna rodzina Sahiby bierze towarzyszącego jej Karana za jej męża. Żadne z nich nie spieszy się, aby wyprowadzać ich z błędu w szczególności, że Karan czuje, iż w końcu ma rodzinę.Niestety, po pewnym czasie Karan musi w końcu postanawia wyruszyć dalej pozostawiając zakochaną w nim Sahibę na pastwę jej rodziny i wściekłości ojca,który czym prędzej próbuje ją zeswatać z synem jego przyjaciela. Nikt jednak nie wie, że skrywa on straszliwą tajemnicę, którą zna tylko Sahiba. 
    Fabuła filmu wygląda tak samo jak przy innych filmach. Znowu mamy głupiutką historię miłosną, od której widza momentami aż mdli. Wszystko jest przewidywalne, bo przecież nie ma nic bardziej nie zaskakującego jak ogromna miłość, która rodzi się pomiędzy dwoma osobami przebywającymi ze sobą non stop. Jednakże oprócz wątku miłosnego mamy też historię kryminalną, która wydawać by się mogło, kończy się tuż po tym jak się zaczyna. Ku zaskoczeniu wszystkich twórcy zgrabnie do niej powracają. Niestety,zanim do tego dojdzie to w filmie wieje potworną nudą. Widzowi kilka razy mogą przymknąć się oczy, nie wspominając już o całkowitym braku skupienia naopowiadanej historii. Prawdziwa akcja zaczyna dziać się dopiero gdzieś przy końcu, a i tak jest jej tyle co pies na płakał, no ale w końcu to nie o akcję chodzi w takim filmie, a o miłość, której jako tako też nie było za wiele.
    Już od pierwszych minut filmu każdy widz zauważy, że film ten różni się od innych. Niestety, w sposób bardziej negatywny, gdyż nie zobaczymy tutaj kolorowych, a wręcz żywych barw, i zgrabnych linii, które obserwować mogliśmy choćby przy filmie „Gdyby jutra nie było”. Zdjęcia Ishwara Bidri niczym nie przypominają tych od Anila Mehty. Brak w nim tego czegoś... chyba życia, a może nawet i magii. Nie potrafił wydobyć tego co jest w tym filmie najpiękniejsze. Nie potrafił pokazać Indii od tej radosnej strony i różnorodnej gamy barw jaką się one cieszą. Szkoda, bo jak się okazuje, przy tego rodzaju filmach to przesądza o ocenie. Dodatkowo muzyka także nie robi większego wrażenia. Nie ma ani jednego utworu, który by wzruszył, który dałby trochę radości. Żadnego utworu, który sprawiłby, że ma się ochotę zdobyć całą ścieżkę dźwiękową. Wśród takich utworów jak „Mera MaahiBada Sohna” czy „O Mere Rabba Diiil” trudno jest się doszukać utworu przewodniego filmu. Nie mniej, układy choreograficzne do tych dwóch pozycji nawet przypadają do gustu i dają się nacieszyć oczom. W szczególności ten do  „Mera Maahi Bada Sohna”, który to występ poprzedza zaślubiny. Zauważyć możemy tutaj bohaterów w tradycyjnych hinduskich strojach, tańczących tradycyjny hinduski taniec. Z pewnością wielu uzna to za bardzo dobre przedstawienie kultury Indii.
   Aktorsko film wypada bardzo słabo, w szczególności jeżeli spojrzeć na postać ojca Sahiby, którego zagrał Amrish Puri. Zupełnie nie podobał mi się w tej roli. Jak dla mnie jest przerysowany tak, jak postacie wenezuelskich telenowel. Rola agresywnego ojca nie jest dość trudna do zagrania, jednakże Puri wyglądał w niej dość komicznie i zamiast budzić respekt, czy przerażać, po prostu bawił. Jest to kolejny film,który oglądam i w którym występuje ulubienica fanów Bollywodu – Aishwarya Rai.Nie przemawia do mnie, po raz kolejny. Jej osoba w ogóle mnie nie intryguje. Nito ona ładna, ni to utalentowana. Jej gra aktorska nie jest może jakoś rażąco straszna, ale mogłoby być lepiej. Z kolei główna rola męska przypadła w udziale Abishkowi Bachchanowi. Miło się na niego patrzyło, ale prawda jest taka, że wydawał mi się być całkowicie bez życia. Zupełnie mi się nie podobał. W ogóle powiedzieć trzeba, że dobór obsady do filmu może i wydawał się dobry, ale wyszło inaczej. Zresztą tak, jak i cały film, tak też aktorstwo są raczej na przeciętnym poziomie.
    Ogólnie rzecz ujmując film nie był zły. Dało się go obejrzeć i jest o wiele lepszy od niektórych hollywoodzkich filmów. Jednakże brakuje mu wielu elementów, które sprawiają, że filmy bollywoodzkie cieszą się taką popularnością na całym świecie. Historia jest mało wciągająca. Nie ma tutaj żadnego pouczającego morału. Piosenki są mało rytmiczne i przez to ciężko wpadają w ucho. Nie wspominając już o tańcu i zdjęciach. Myślę, że jakby podszlifować te elementy to powstałaby fascynująca produkcja, a tak to jest tylko przeciętnie, niestety. 

sobota, 28 sierpnia 2010

677. W chmurach, reż. Jason Reitman

Oryginalny tytuł: Up in the Air
Reżyseria: Jason Reitman
Scenariusz: Jason Reitman, Sheldon Turner
Zdjęcia: Eric Steelberg
Muzyka: Rolfe Kent
Na podstawie: powieści Waltera Kirna
Kraj: USA
Gatunek: Komedia / Dramat
Premiera światowa: 05 września 2009
Premiera polska: 26 lutego 2010
Obsada: George Clooney, Vera Farmiga, Anna Kendrick, Jason Bateman, Amy Morton, Melanie Lynskey, J.K. Simmons, Sam Elliott, Danny McBride, Zach Galifianakis 



    Rzadko kiedy zdarza się spotkać kogoś kto nie kochałby podróż, kto nie chciałby zwiedzić połowy świata. Czasami pojawiają się szczęściarze, którzy takie rzeczy robią zawodowo. Jednakże co by było, gdyby od Waszych podróży zależała by kariera zawodowa innych ludzi, a co za tym idzie rozłam ich życia osobistego? Autor powieści „W chmurach” – Walter Kirn, zastanawia się nad konsekwencjami takich działań, a także nad empatią ludzi, którzy lubują się takimi działaniami. Powieść cieszyła się taką popularnością, że doczekała się ekranizacji w reżyserii JasonaReitmana („Dziękujemy za palenie”, „Juno”), która z kolei zyskała nominację do Oscara nie tylko za najlepszy film roku, ale także za scenariusz adaptowany.
    Ryan Bingham (George Clooney) to mężczyzna w średnim wieku, który większą część swojego życia spędził na wyjazdach służbowych. Kiedy jakaś firma chce zwolnić swoich pracowników, a nie chce robić tego sama to właśnie Ryan odwala za nich brudną robotę, ale także oferuje zwolnionym pracownikom nowe możliwości. Wszystko ma się jednak zmienić kiedy to szef Ryana– Craig (Jason Bateman), zatrudnia młodą dziewczynę – Natalie Keener (Anna Kendrick), która proponuje mu genialny sposób na zmniejszenie kosztów wydawanych na podróże lotnicze pracowników – zwalnianie ich przez Internet. Ryan przywykł już do życia na walizkach dlatego też nie jest zadowolony nowym rozwiązaniem. Postanawia zabrać Natalie w jedną z takich podróży, aby przekonać ją do tego, że nie wszystko da się załatwić przez Internet. W między czasie dziewczyna próbuje zmienić jego podejście do związków, co może się udać w szczególności, że Ryan przeżywa pewien romans z podobną do niego kobietą – Alex (Vera Farmiga).
    Nie sądziłam, że kiedykolwiek obejrzę ten film. Jednakże ze względu na to, że zyskał on nominacje do wielu nagród – w tym do Oscarów, byłam zmuszona go obejrzeć – prędzej czy później. Z początku wydawało mi się, że nie będzie to film dla mnie, że straszliwie się wynudzę i nie do końca pojmę o czym on jest. Jednakże kiedy w końcu go zobaczyłam okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Film jest fantastycznyna każdym właściwie poziomie.  Pełen jest inteligencji, ale także i humoru. Nie brakuje w nim także przesłania oraz kilku mądrości życiowych. Do tego ciekawa muzyka dopełnia dzieła.
    To co mnie osobiście najbardziej podoba się w tym filmie to fakt, że ten film nie przedstawia nam jednej kwestii. Nie jest to bowiem tylko historia o zawodzie polegającym na zwalnianiu ludzi, ale niesie za sobą coś więcej. Oczywiście poznamy z jakimi problemami borykać się muszą młodzi początkujący pracownicy, którzy zrobią wszystko, żeby wprawić swoją karierę w ruch. Poznamy także mężczyznę, który tak właściwie nie ma żadnej stałej w swoim życiu. Jest w średnim wieku, a rzadko przebywa w domu, nie ma żadnej partnerki życiowej a jego rodzinne więzi ulegają rozpadowi. Podobało mi się to, że z jednej strony film opierał się na zawodzie Ryana, ale z drugiej pokazywał też wątki poboczne. O dziwo wszystko to przechodziło bardzo płynnie z jednego w drugie przez co można powiedzieć, że historia tworzy spójną całość i to w dodatku inteligentną całość. Cała historia wzbogacona jest fascynującymi dialogami, w których widz całkowicie się zatraca i wysłuchuje jez całkowitą powagą.
     Oczywiście nie brak tutaj także kilku zabawnych tekstów, czy i sytuacji. Do moich ulubionych należy przede wszystkim scena płaczu Natalie. Rozbawiła mnie do łez. Film nie tylko bawi, ale także i wzrusza. Widz na swój sposób współczuje głównemu bohaterowi, gdyż zauważa jakie parszywe ma życie, pomimo tego iż on sam tego nie widzi. Z początku każdy pozazdrościłby Ryanowi, ale koniec końców każdy zada sobie pytanie czy warto było poświęcić całe swoje życie dla kariery i podróży samolotami.
    W głównej roli w tym filmie zobaczymy antypatycznego George`a Clooneya. Zawsze był mi obojętny, ale jego zachowanie na gali Oscarów totalnie mnie zaskoczyło. Wydawał mi się zdystansowany i wręcz chamowaty, ale może to tylko moje odczucie. Nie mniej jednak aktorem jest całkiem nie najgorszym. W dodatku ten jego głos... całkiem seksowny. Za rolę Ryana dostał nominację do Oscara. Oczywiście, nagrody nie zdobył, ale nie ma się temu co dziwić, bo jednak na Oscara to trzeba zagrać bardziej ambitną rolę niż jakiegoś antyrodzinnego i antyspołecznego człowieka. Uważam jednak, że Clooney odnalazł się w tej roli, może po prostu była mu bliska. Jego podopieczną zagrała młodziutka Anna Kendrick, którą kojarzyć mogą fani sagi „Zmierzch”. Jak dla mnie dziewczyna jest urocza i dobrze, że zagrała w takim filmie z takimi gwiazdami. Pokazała, że nie zostanie w przyszłości zaszufladkowana do roli Angeli ze „Zmierzchu”. Dziewczyna się rozwija i rolą Natalie pokazała, że jeszcze może zawojować świat kina. Doceniła ją także Akademia przyznając jej nominację za rolę drugoplanową. W sumie to już na początku mogłam zaznaczyć, że obsada jest oscarowa, ponieważ Vera Farmiga dostała nominację w tej kategorii i to też za rolę w tym filmie, za Alex. Przyznam, że podobała mi się chociaż jej postać totalnie mnie rozwaliła na koniec tego filmu. Totalnie byłam zaskoczona rozwojem tej sytuacji. Zagrała kobietę obłudną na swój sposób, ale i też bardzo podobną do Ryana. Dobrze jej to wyszło, ale wydaje mi się, że są lepsze od niej aktorki – zresztą Akademia też tak uważa. Obsada została rewelacyjnie dobrana do tego filmu i widać, że została doceniona nie tylko przez publikę, ale i krytykę.
     Podsumowując, „W chmurach” to bardzo dobry film, który przyjemnie się ogląda, a jeszcze można się dzięki niemu wiele nauczyć. Jest to film, który może zaskoczyć wszystkich i to nie tylko dlatego, że okaże się być lepszym niż widz oczekiwał, ale i dlatego, że sama fabuła jest zaskakująca. Nie tylko zaskakuje ciekawym spojrzeniem na życie, ale także rozwojem wypadków. Wszystko tutaj dzieje się naturalnie przez co widz utożsamiać może się nie tylko z bohaterami, ale i z opowiadaną historią. Mnie osobiście bardzo się to podobało, oby więcej takich produkcji.