NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Forum Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Forum Film. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

1235. Artysta, reż. Michel Hazanavicius

     Świat, w którym aktualnie żyjemy to świat zdominowany przez technologię, trójwymiar i płaskie ekrany telewizyjne. Jest to świat, gdzie już od ponad 80 lat nie tworzy się filmów niemych, bo przecież nie po to powstał „Śpiewak jazzbandu”, aby teraz cofać się w rozwoju. Aczkolwiek to właśnie czyni francuski reżyser i scenarzysta- Michel Hazanavicius, który powrócił do korzeni i stworzył przełomowy, i zachwycający, czarno biały, i w dodatku niemy film o tytule „Artysta”. Okazało się być to kolejną receptą na sukces i zgarnięcie najważniejszych nagród w najważniejszych kategoriach.
    George Valentin (Jean Dujardin) jest najznakomitszą gwiazdą kina niemego od Kinograph Studios. Pewnego dnia na skutek zabawnego zbiegu wydarzeń poznaje uroczą Peppy Miller (Bérénice Bejo), która od razu zyskuje sympatię publiki oraz samego Valentina. Wkrótce po tym Hollywood musi wyjść naprzeciw postępującym zmianom, czyli przestawić się z kina niemego, na mówione. Na skutek tego Peppy pnie się coraz wyżej po szczeblach swojej kariery, podczas gdy Valentin, który zrobił z niej prawdziwą aktorkę nie może odnaleźć się w nowym świecie. Choć wokół niego wszystko kręci się wokół dźwięku, on sam bierze sprawy w swoje ręce i postanawia stworzyć kolejny film niemy.
     Niektóre filmy nie potrzebują dodatkowego rozgłosu, filmy te bronią się same niesamowitą historią, wspaniałymi kreacjami aktorskimi, czy też niepowtarzalną prezentacją. Oczywiście, „Artysta” nie oferuje widzowi wszystkich tych aspektów na jak najwyższym poziomie, ale nie czyni go to filmem złym. Tutaj mamy przede wszystkim aktorów, którzy, jakby nie było, stanowią najważniejszy element w kinie niemym. Zawsze tak było, jest i będzie. Obraz Hazanaviciusa nie różni się w tym niczym od klasyków światowej kinematografii. Taki Dujardin bardzo przypomina swojego kolegę po fachu Gene'a Kelly'ego, który zagrał w podobnym tematycznie filmie. Mężczyzna niesłychanie przystojny i do tego naładowany emocjami i zaangażowaniem w projekt. Do tego dochodzi oczywiście Bérénice Bejo, która stworzyła wraz z nim niesamowity duet. Jednakże jako jednostka chwilami bardziej irytowała niż się podobała, bo jest różnica pomiędzy wyrażeniem swoich myśli poprzez gesty, a przesadą. Bez względu na wszystko to właśnie ta dwójka wyrażała siebie oraz fabułę nie poprzez dialogi, ale przede wszystkim przez gesty i mimikę twarzy. Tutaj nie potrzeba było żadnych słów, oni sami byli słowami, wypowiadanymi zdaniami. I jeżeli ktoś kiedykolwiek obawiał się kina niemego i tego, że nie zrozumie co bohaterowie pragną mu przekazać, to jego niepokój jest całkowicie bezpodstawny.
      Aktorzy przekazują widzowi przede wszystkim bardzo dobrą historię, która być może poruszy wielu, aczkolwiek nie jest to coś czego nie widzieliśmy już wcześniej. Bardzo wiele klasyków porusza temat wejścia w życie filmów dźwiękowych, a tym samym problem większości aktorów kina niemego z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. I tak właśnie George Valentin wpada w pewnego rodzaju depresję, czując się bezużytecznym, a przy okazji pozbawionym adoracji swoich fanów. Ich wszystkich podkradła mu sama Peppy Miller,którą sam darzy bardzo wielką sympatią. Z początku jest to dość niewinna relacja, ale później przeradza się w coś interesującego. W pewnym momencie mamy wrażenie, że dziewczyna popada w lekką obsesję, ale jak sama tłumaczy chciała się jedynie zaopiekować swoim „przyjacielem”. Romans, który się tu zradza nie jest aż tak oczywisty, bo w końcu Valentin ma żonę, a Miller jest o wiele młodsza. Nie ma tutaj przyrostu nadmiernych gestów, czy pocałunków. Wszystko opiera się na przeciągłych spojrzeniach i rosnących w naszych głowach wzdychaniach.
     Generalnie rzecz ujmując, w „Artyście” nie ma mowy o najazdach na odczucia piękna w oczach widza. Nie mamy migotliwych światełek, wielobarwnych kreacji, ani przekombinowania z efektami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że i film w czarno-białej kolorystyce nie potrafi być widowiskowy. Choć ten od Hazanaviciusa nie jest może szczytem geniuszu dizajnerskiego, to jednak scenografie oraz zdjęcia oddają wszystko, cały klimat. Wydaje się jednak, że uwaga widza, a przy okazji słuchacza skupia się na zupełnie innym elemencie. Wszyscy świadomi są tego, że aktorzy to nie jedyny element do budowania struktury filmu i jego bazy emocjonalnej. Nawet w zwyczajnych kolorowych, gadanych filmach fabularnych muzyka sprzyja wylęganiu się pozytywnych, czy też negatywnych emocji. Wrażliwszy widz od razu wyłapie co ciekawsze brzmienia, które pozostaną z nim na dłuższą chwilę. A co dopiero przy takim kinie niemym, gdzie jedyne co słyszymy to zaledwie muzyka Ludovica Bource'a. Na marginesie należy dodać, że bardzo sprawnie wyprowadzono „Artystę” z kina niemego na dźwiękowy. Muzyka ta okazuje się być kwintesencją całego obrazu. Elementem sprzyjającym rozwojowi wydarzeń, ale przede wszystkim pomagającym w opowiedzeniu całej historii. Utwory są więc bardzo wyraziste, jednakże dość szybko znikają z naszej pamięci. Nic nie zapisuje się w umyśle na dłużej i można tego pożałować. Nie mniej, świadczy to jedynie o sile przebicia się kompozytora.
     Film, który obsypany został tak licznymi nagrodami, i to w dodatku tak prestiżowymi, to obraz, który trzeba zobaczyć chociażby się paliło i waliło. Jednakże „Artysta” nie do końca spełnia oczekiwania. Wszyscy wydają się zachwycać powrotem do przeszłości, bo oczywiście nie ma to jak odświeżenie klasyki w świecie zdominowanym przez komputery, ale w moim mniemaniu był to kolejny tani chwyt na zdobycie sympatii widzów i czytelników. Oczywiście, pod względem fabuły film jest bardzo mocny, to samo dotyczy aktorstwa, ale wydaje się, że twórcy znaleźli sobie przepis na oscarowy film. Jak nie temat tabu, to znowuż ukłon w stronę pierwszych kroków kina. Mnie osobiście produkcja ta dość znacząco wymęczyła, a bardziej od Dujardina zachwycałam się Goodmanem, czy uroczym pieskiem. Film do obejrzenia na jeden raz, choć nie wykluczam powrotu do niego w przyszłości.
Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: The Artist / Reżyseria: Michel Hazanavicius / Scenariusz: Michel Hazanavicius / Zdjęcia: Guillaume Schiffman / Muzyka: Ludovic Bource / Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Penelope Ann Miller, Missi Pyle, Beth Grant, Ed Lauter / Kraj: USA, Belgia, Francja / Gatunek: Dramat, Romans, Niemy
Premiera kinowa: 15 maja 2011 (Świat) 10 lutego 2012 (Polska)

poniedziałek, 10 lipca 2017

1229. Dwoje do poprawki, reż. David Frankel

     Kiedy jesteśmy z kimś przez wiele wiele lat, przychodzi taka chwila, gdy zaczyna nam czegoś brakować. Niedoceniani, zaniedbani zaczynamy czuć się nieszczęśliwie. Nie możemy się dogadać i tu z pomocą może przyjść nam terapia, która za oceanem jest popularna, a u nas w Polsce ludzie unikają jej jak ognia. Doświadczenia pewnego trzydziestoletniego małżeństwa stały się podwaliną scenariusza, na podstawie którego David Frankel stworzył film o tytule „Dwoje do poprawki”.

     Kay i Arnold (Meryl Streep, Tommy Lee Jones) żyją ze sobą już ponad trzydzieści lat. Śpią w osobnych sypialniach, a ich poranek co dzień wygląda tak samo. Kay powoli zaczyna mieć dość tej nieustającej monotonni, a kiedy przypadkowo trafia na ofertę intensywnej terapii przygotowywanej przez doktora Felda (Steve Carrell) wydaje całe swoje oszczędności, aby spróbować ulepszyć swoje małżeństwo. Wraz z Arnoldem wyjeżdżają na cały tydzień do Hope Springs i tam pod przewodnictwem Felda pracują nad intymnością w swoim związku.
     Małżeństwo takie jak każde, z problemami takimi jak każde. Brak czułości i ciągła monotonia potrafią ogłupiać i po pewnym czasie są powodem do pytań, czy aby na pewno nadal się kochamy, czy to już tylko przyzwyczajenie. Mężczyznom zazwyczaj odpowiada taki stan rzeczy, to kobiety, tak jak Kay podejmują pierwszy krok, bo to zazwyczaj one czują się zaniedbywane, niekochane i nieatrakcyjne. Wybierają wówczas różne drogi, albo potajemnie szukają szczęścia gdzie indziej, albo odchodzą od mężów, albo, co jest najtrudniejszą z nich, postanawiają pracować nad związkiem. W filmie prezentuje się właśnie tę ostatnią, bo choć bardzo wiele filmów już nie raz podejmował się przeprowadzenia terapii wstrząsowej na widzu, to dopiero „Hope Springs” robi to tak dosadnie. Zdecydowanie spełnia swoje zadanie, bowiem każdy oglądający utożsamia się z parą widzianą na ekranie, tzn. każdy kto choć raz chciał pracować nad związkiem. Dlatego też, nieoczekiwanie dla niektórych, obraz stał się swoistym poradnikiem łóżkowym, a w zasadzie na odbudowanie intymności pomiędzy dwójką kochanków. Wszystko po to, aby móc znaleźć oparcie w swojej drugiej połówce, zmienić to, co wydaje się nie do zmiany. Z innej zaś strony pozwala przełamać pewne bariery, które pojawiają się pomiędzy ludźmi i pomaga im w nawiązaniu dialogu na dotychczas trudne, niekomfortowe.

     Poprzez tematy podejmowane w filmie dochodzi do niekiedy bardzo komicznych sytuacji. Dyskomfort wynikający z nieumiejętności dyskusji o seksie może rozbrajać niektórych widzów, ale trzeba też spojrzeć trzeźwiej na ten problem. Bo choć momentami na usta wypełza nam uśmiech radości, zażenowania, czy też rozbawienia, produkcja ta to przede wszystkim studium ludzkiego związku, w którym ludzie znajdują się o krok od upadku, czy też przełamują wewnętrzne bariery. Pada tu jednak pewne świetne zdanie, które w pewien sposób podsumowuje cały film.
„Bardziej zależy Ci na Twojej dumie, czy na nim?”
     Trudno jest się dziwić, że cała terapia odbywa się w takim miejscu jak Hope Springs. Piękne miejsce, pełne uroczych okienniczek i bardzo spokojnych uliczek. Tam nawet w barze nikt Ci krzywdy nie zrobi, a miasteczko pełne jest bardzo romantycznych knajpek, w których zakochani mogą spędzać wspólne wieczory. Nic nie może lepiej wpływać na poprawę relacji niż tak piękne widoki i urocze miejsca. Wraz z nimi gra również muzyka skomponowana przez Floriana Ballhausa, która wspierana jest przecież ciekawe utwory bardziej bądź mniej znanych współczesnych wykonawców. Oddają dramaturgię chwili, innym razem bawią, a momentami podkreślają nastrój. Z jednej strony narzuca nam co mamy czuć, ale z drugiej uwydatnia nasze emocje.
     W dwóch najważniejszych rolach w filmie występują najznakomitsze gwiazdy kina. Rola żeńska przypadła oczywiście Meryl Streep, która wydawała się wyborem oczywistym. Ta kobieta czuje się dobrze w każdej roli, a jej Kay przypomina bardzo wiele podobnych kreacji, jak choćby tej na potrzeby „Mamma Mia!”. Trochę niepodobna do niej jest postać uroczej, trochę onieśmielonej kobiety. Bardziej przypada do gustu, kiedy dysponuje silniejszym i bardziej hardym charakterem. Nie oznacza jednak, że wychodzi to źle, po prostu gubi się w objęciach Tommy Lee Jonesa, który tu jest po prostu nieprawdopodobny. Ignorancja i nieświadomość jego postaci jest rozbrajająca, bowiem nic bardziej nie śmieszy kobiety, gdy ktoś taki jak Arnold myśli, że zwykły pocałunek w policzek każdego dnia naładuje jej akumulatory na tygodnie. Potrafił być jednocześnie romantyczny, ale nie utracił przy tym swojej męskości, co także jest pewną nauką dla każdego mężczyzny zasiadającego do filmu.
     „Dwoje do poprawki” to film, który koniecznie trzeba obejrzeć we dwójkę. Ci, którzy uważają, że produkcja bardzo powierzchownie traktuje o małżeństwie, zupełnie nie zrozumieli o co tutaj w ogóle chodziło. W bardzo inteligentny i niekonwencjonalny sposób ukazuje się seksualność kobiety i jej prawdziwe potrzeby. Nie chodzi tutaj o seks, jak niektórym mogłoby się wydawać, ale o poczucie bycia atrakcyjną i kochaną przez mężczyznę, z którym spędziło się wiele lat. Ponadto bez większych oporów pokazuje sztuczki na urozmaicenie życia, a także udowadnia, że z partnerem można się dobrze bawić w każdym wieku. Wszystko to w przepięknych krajobrazach, wraz z pozytywnie nastrajającą ścieżką dźwiękową i świetną rolą Tommy Lee Jonesa, który ubarwia nam seans.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Hope Springs / Reżyseria: David Frankel / Scenariusz: Vanessa Taylor / Zdjęcia: Florian Ballhaus / Muzyka: Theodore Shapiro / Obsada: Meryl Streep, Tommy Lee Jones, Steve Carrell, Jean Smart, Ben Rappaport, Marin Ireland, Patch Darragh, Brett Rice / Kraj: USA / Gatunek: Komedia romantyczna, Dramat
Premiera: 8 sierpnia 2012 (Świat) 14 września 2012 (Polska)

sobota, 10 grudnia 2016

1215. Zanim się pojawiłeś, reż. Thea Sharrock

      Najpierw książka potem ekranizacja. Zazwyczaj dobrze jest trzymać się takiej reguły. Czasem jednak stanowi to problem, w szczególności gdy za film zabieracie się niedługo po lekturze, gdy wasze emocje wciąż są świeże. Powieść Jojo Moyes ledwo została zauważona w naszym kraju, co się oczywiście zmieniło, gdy tylko pojawił się film a w ślad za nim nowe wydanie książki w filmowej okładce. Świat oszalał. Oszalałam i ja. Niepojętym jest jednak fakt pokochania filmu “Zanim się pojawiłeś” wyreżyserowanego przez Theę Sharrock przez tych samych ludzi, którzy uwielbiają literackie wcielenie Lou i Willa.
Źródło: Galapagos Films

      Młody mężczyzna (Sam Claflin), biznesmem, czerpiący z życia pełnymi garściami ulega straszliwemu wypadkowi, który do końca życia unieruchamia go w wózku inwalidzkim. Po jego kolejnej próbie samobójczej rodzina chce zrobić wszystko, aby odciągnąć go od ponurych myśli. Tym też sposobem zatrudniają do opieki nad Willem niezwykle ekscentryczną, ale też o uroczą dziewczynę imieniem Lou (Emilia Clarke), licząc na to, że na nowo obudzi w ich synu chęć do życia. Ma na to jednak tylko pół roku, a wycofany mężczyzna z pewnością nie ułatwia jej zadania.
      Przykro się patrzy na ekranizacje, które nie potrafią podnieść ciężaru kultowości pierwowzoru. Tak jest właśnie w przypadku historii Lou i Willa, gdyż obrazowi nie udało się do końca oddać emocji, które tu dominują. Czytając powieść rozmyśla się o tym, jak cudownie byłoby zobaczyć to wszystko na ekranie, a potem BAM! (nie…. nie autobus)- zdarza się film i marzenie pryska. Zasadniczo, gdyby nie czytać wcześniej książki, to nie zauważylibyśmy powierzchownego potraktowania całej historii i postaci, które są tutaj kluczowe. Bez tej świadomości całość wydaje się być całkiem przyjemna, momentami nawet zabawna, choć nie w stylu “Nietykalnych”, ale raczej z powodu osobowości Louisy. Oglądając film ma się wrażenie poszatkowania fabuły, która nie ma przyzwoitego początku, czy rozwinięcia. Wszystko potraktowane jest po macoszemu, bo nie mogąc doświadczać niektórych sytuacji nie dostrzeżemy przemian, dokonujących się w bohaterach. Ciężko zrozumieć powody Willa co do podjętej przez niego decyzji, mniej radośnie dostrzegamy starania Lou, aby pomóc całkiem obcemu sobie mężczyźnie. Zabiera nam się wątek finansowy, który był kluczowy, a także siostrzany konflikt, który mógł sporo namieszać. Odrobinę zmieniono fabułę przez co historia trochę opadła z charakteru i dramatyzmu stając się kolejnym romansem, tudzież filmem obyczajowym.
Źródło: Galapagos Films

      Oczywiście, w wykonaniu Brytyjczyków film pozostaje uroczy. Nie tylko z powodu wątku miłosnego, który zrodził się niewiadomo gdzie i kiedy, ale przede wszystkim z uwagi na krajobrazy- scenerię, scenografię, a także kostiumy. Wyglądem przypomina to rozświetloną baśń. Wszystko jest takie słoneczne, miasteczko zaciszne, a pałace piękne. Brakuje tylko skowronków na drzewach, z którymi mogłaby pośpiewać Lou. Jej kreacje urwały się z najrozmaitszych bajek. Są barwne i unikatowe, po raz kolejny udowadniając jaka siła tkwi w detalach i… butach. Do tego jeszcze ckliwa muzyka, która aż krzyczy “Płacz! Płacz! Płacz!”. Cudownie, jak w sennym marzeniu.
      Spełnieniem snów nie są jednak odtwórcy głównych ról, którzy- choć wizualnie dobrani perfekcyjnie, okazują się być strzałem w kolano dla produkcji. Najwyraźniej Emilii Clarke trochę odbiło po roli Matki Smoków, bo mimika jej twarzy była tragiczna. Ciężko stwierdzić czy ma tiki nerwowe, czy najadła się za dużo cytryn. Jej wędrujące brwi są nieznośne, a bardziej nieautentycznych łez już dawno nie widziałam. Już lepiej jej wychodzi granie bezemocjonalnych twarzy walczących o tron. Sam Claflin nawet daje radę to uciągnąć. Choć próbuję pojąć czemu musieli mu zgolić brodę- wyglądał świetnie, a nie niechlujnie jak to rysowała powieść. Nie był nawet taką łajzą jak jego literacki pierwowzór i szkoda, bo byłoby może bardziej kolorowo i wesoło.
Źródło: Galapagos Films

      Niemożliwe było oderwanie się od powieści i dlatego szokuje, że “Zanim się pojawiłeś” w wersji filmowej nie powiela emocjonalnego sukcesu. Jest dramatycznie, ale sztuczność i mimika bohaterów rujnuje większość pozytywnych wrażeń. Wyszedł z tego bardzo ładny i uroczo brzmiący film. Niestety, okrajając wątki budujące osobowość się bohaterów dał nam nie tylko banalną historię miłosną- praktycznie pozbawioną ducha, ale też nijakich bohaterów, o których szybko się zapomina. Dobrze chociaż, że warstwa wizualna zachwyca, co zdecydowanie było jednym z czynników uprzyjemniających seans.


Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Zanim się pojawiłeś” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: Me Before You / Reżyseria: Thea Sharrock / Scenariusz: Jojo Moyes / Na podstawie: powieści Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś” [recenzja] / Zdjęcia: Remi Adefarasin / Muzyka: Craig Armstrong / Obsada: Emilia Clarke, Sam Claflin, Janet McTeer, Charles Dance, Stephen Peacocke, Samantha Spiro, Brendan Coyle, Jenna Coleman, Matthew Lewis / Kraj: USA / Gatunek: Melodramat
Premiera kinowa: 23 maja 2016 (Świat) 10 czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD: 09 listopada 2016

piątek, 30 września 2016

SZORTy #40: Najlepsze najgorsze wakacje, Łatwa dziewczyna, Mów mi Vincent

Oryginalny tytuł: The Way Way Back | Reżyseria: Nat Faxon, Jim Rash | Scenariusz: Nat Faxon, Jim Rash | Obsada: Liam James, Toni Collette, Steve Carell, AnnaSophia Robb, Allison Janney, Sam Rockwell, Maya Rudolph, Rob Corddry, Amanda Peet | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 21 stycznia 2013 (Świat) 27 września 2013 (Polska)
Ocena: 8/10

    Reżyserski debiut dwóch komików serialowych. W dodatku bardzo udany! Niebanalny, interesujący i tak straszliwie pozytywny. „Najlepsze najgorsze wakacje”, czyli opowieść o tym, jak kiepskie wakacje mogą zamienić się w niezwykłą przygodę.
     Młody chłopak wyjeżdża na wakacje wraz z rodziną i nowym facetem swojej matki. Ten czas ma ich zbliżyć do siebie, a nie trudno odnieść wrażenie, że bardziej ich oddala. Aby zabić nudę chłopak podejmuje się dorywczej pracy w lokalnym parku wodnym, która odmienia nie tylko jego, ale również jego najbliższych.
    Takich filmów powinno się robić jak najwięcej i to nie tylko w okresie wakacyjnym. W czasie kiedy wszyscy uczniowie przeżywali kryzys po powrocie do szkół polscy dystrybutorzy postanowili wypuścić do kin ostatnie pożegnanie dla letniej laby. I jak najbardziej udało się tutaj trafić w sedno, bowiem debiutancki film Faxona i Rasha spełnia swoje zadanie idealnie. Ich obraz traktuje o dramacie dostosowania się do nowego otoczenia podczas wczasów, stresu z tym związanego i nietypową izolacją. A jak dodać do tego jeszcze niezbyt porywające towarzystwo, a w zasadzie obecność faceta, którego się nie znosi, a który aspiruje do miano przyszłego ojca, to marzy się o tym, aby te kilka dni odpoczynku w końcu się skończyło. Jednakże jak wszystkie historie tego typu, musi się tutaj coś odmienić, bo w końcu zamysłem nie jest zniechęcenie nas to letnich wycieczek, a utarciu dobrych wspomnień, które po nich pozostają. Główny bohater całkowicie otwiera się na ludzi, po tym jak poznaje o wiele starszego mężczyznę w parku wodnym, do którego ucieka przed problemami. Tam poznaje czym jest przyjaźń, a także uczucie bycia potrzebnym. Wtedy też nabiera odwagi i w końcu jest w stanie ogarnąć swoją rodzinną sytuację, w sposób, który zapewne nie każdemu się spodoba. Dramatyzm przeplatany jest z dość niekonwencjonalnym humorem, który może i nie wywołuje niekontrolowanego ataku śmiechu, ale z pewnością pozostawi uśmiech na naszej twarzy przez długi czas, a także swoiste ciepło w sercu. Łatwo można zżyć się z bohaterami, a ten którego niegdyś znienawidziliśmy za rolę w „Zielonej Mili” tutaj całkowicie się zrehabilitował za wszelkie ciosy. Bardzo dobre kreacje aktorskie, w tym nietypowa dla Steve'a Carrella rola, historia, która mogłaby przytrafić się każdemu, no i te typowe dla wakacyjnej przerwy dowcipy, sprawiają, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej pozytywnych filmów wakacyjnych, które dane nam było obejrzeć. Zdecydowanie godny polecenia!

Oryginalny tytuł: Easy A | Reżyseria: Will Gluck | Scenariusz: Bert V. Royal | Obsada: Emma Stone, Penn Badgley, Amanda Bynes, Dan Byrd, Patricia Clarkson, Stanley Tucci Sam Gigandet, Thomas Haden Church, Lisa Kudrow | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 11 września 2010 (Świat) 26 listopada 2010 (Polska)
Ocena: 7/10

    Ciężko jest teraz o komedie, które naprawdę będą człowieka śmieszyć. W szczególności jeżeli człowiek woli inteligentniejsze poczucie humoru. Nieprzytłoczony show biznesem reżyser, Will Gluck musiał stworzyć coś niecodziennego i taki jest też jego film „Łatwa dziewczyna”.
     Nastolatka okłamuje swoją przyjaciółkę, aby uniknąć wspólnego wyjazdu. Nie spodziewa się jednak, że małe kłamstwo rozniesie się na całą szkołę, a ona sama zostanie jedną z najpopularniejszych dziewczyn. Niestety, coś co początkowo wydawało się być fajną zabawą szybko zamienia się w koszmar.
     Komedia jak się patrzy. „Easy A” to powrót do czasów licealnych, gdzie młodzież próbuje dostosować się do bydła, które ją otacza. Problemy nastolatków, które najwyraźniej wszystkie rozwiązywane są, kiedy tylko zostają rozdziewiczeni. Wszyscy myślą, że jesteś gejem? Udaj, że przespałeś się z przyjaciółką. Wszyscy się z ciebie śmieją? Prześpij się z dziewczyną, która się nad tobą zlituje. Sytuacja trochę abstrakcyjna, dostarczająca bardzo dużo zabawy, ale z drugiej strony... czemu Olive jest taką dobrą duszyczką i pomaga innym za cenę własnej niesławy? Jak to mówią? Nie ważne co mówią, ważne, że w ogóle mówią. Dziewczyna szybko poznaje prawdziwą twarz swojego problemu, kiedy z popularnej dziewczyny stała się rozbijaczem związków i przyjaźni. W tej roli genialna Emma Stone, której nie da się nie polubić. Niezwykle zabawna, urocza kobietka, która rozkwita na ekranie. Do tego ma świetnych rodziców- Tucci i Clarkson. Oboje niezwykle wyluzowani i szalenie dowcipni. Niejeden widz jej pozazdrości takich relacji, a inni postanowią być takimi samymi rodzicami. Historia z morałem, który zrozumieją jedynie nastolatkowie, bądź ludzie, którzy borykali się z podobnymi problemami. Najważniejsze jest to, że jest to idealna propozycja na wyluzowanie się. Być może głupia, typowo dla młodzieży, ale jakże zabawna.

Oryginalny tytuł: St. Vincent | Reżyseria: Theodore Melfi | Scenariusz: Theodore Melfi | Obsada: Bill Murray, Melissa McCarthy, Jaeden Lieberher, Naomi Watts, Chris O'Down, Terrence Howard | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 05 września 2014 (Świat) 12 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 7/10
     Nowy i pierwszy o tak wielkiej sławie film Melfiego, to kolejny dowód na to, że Bill Murray jest bardzo dobrym aktorem. Ciekawa historia „Mów mi Vincent” to nic innego jak opowieść o zwykłych ludziach robiących godne naśladowania rzeczy.
    Zgorzkniały starszy człowiek z problemami finansowymi. Na domiar złego tuż obok niego wprowadza się samotna matka ze swoim synem. Jednakże, nadarza się okazja, żeby przyrobić parę groszy, dlatego też mężczyzna podejmuje się zadania pilnowania dzieciaka po szkole.
    Nieoczywista jest to komedia. Opierająca się na złośliwościach, pochowanych po kątach inteligentnych dysputach, które mogą zyskać uznanie w oczach widza, bądź też nie. Interesująca fabuła kręcąca się wokół człowieka, jakim może stać się każdy z nas. Dość przewidywalne wprowadzenie postaci, która może cokolwiek zmienić. Jednakże dość szybko okazuje się, że nie na tym cała atrakcja polega. Nie chodzi tutaj o zmiany, ale próbę zaakceptowania, zrozumienia drugiego człowieka. Człowieka, którego dotknął los i radzi sobie on z problemami tak, jak umie. Nie jest to specjalnie komiczne, aczkolwiek relacja, która nawiązuje się pomiędzy Oliverem a Vincentem jest autentycznie ujmująca. Odrobinę rozbrajające są wszystkie scenki z ich udziałem, kiedy spoglądać można na to, jak dużo energii staruszkowi daje ten kurdupel. W bardzo inteligentny sposób pokazuje się również, jak to Vincent ma dobry wpływ na małego chłopca. O dziwo! Kto by pomyślał, że ktoś taki może nauczyć czegoś właściwego? Mocno nieprzewidywalne. Sam finał wzrusza, niezwykła przemowa chłopca rozczuli chyba każdego i pomoże zauważyć rzeczy niedostrzegalne w tym filmie. Świetny obraz o zwyczajnym człowieku z dość typowymi problemami i niecodziennymi sposobami, aby je rozwiązać. Bardzo przyjemna i zaskakująco pozytywna produkcja!

poniedziałek, 21 marca 2016

SZORTy #32: Herkules, Lucy, Niezniszczalni 3

Oryginalny tytuł: Hercules | Reżyseria: Brett Ratner | Scenariusz: Ryan Condal, Evan Spiliotopoulos | Obsada: Dwayne Johnson, Ian McShane, John Hurt, Rufus Sewell, Aksel Hennie, Reece Ritchie, Ingrid Bolsø Berdal, Joseph Fiennes | Kraj: USA | Gatunek: Przygodowy
Premiera: 23 lipca 2014 (Świat) 25 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      Mit o Heraklesie tak często był już ekranizowany, że trudno jest sobie przypomnieć najrozmaitsze wizje różnych twórców. Film Ratnera zapowiadał się na spore widowisko z elementami fantasy, a skończyło się jedynie na obrazie przygodowym. „Hercules” nie staje się tym, czego oczekuje widz.
      Opowiada się o nim legendy, o tym jak własnymi rękami zabił hydrę, czy dzika erymantejskiego. Syn Zeusa, znienawidzony przez Herę ulubieniec ludzkości. Po opuszczeniu rodzinnych stron wraz z czworgiem przyjaciół wyrusza przez kraj podejmując się kolejnych zadań. Trafiają do króla Kotysa, który potrzebuje ich pomocy, aby wyzwolić królestwo z władzy demonów i centaurów.
     Jak uwielbiam mitologiczne filmy, tak „Hercules” okazał się być czymś zupełnie innym. Zwyczajną opowieścią o sile i odwadze, aniżeli o magii i boskich istotach. Z jednej strony ciekawa koncepcja, która ukazuje zupełnie inne oblicze znanych przygód tego herosa. Z drugiej zaś jest kolejnym dowodem na to, że w zapowiedziach umieszcza się najlepsze sceny filmów. Skoro cały klimat fantasty ukazany w trailerach skumulowany zostaje w pierwszych pięciu minutach, to oczywistym jest odczuwanie lekkiego zawodu po seansie. Inną sprawą jest skupienie się na odkupieniu bohatera, niżeli na konkretnej akcji. Intryga, o której bytności w ogóle nie mamy pojęcia, aż do chwili jej ujawnienia. Wszystko to niby interesujące, ale jak gdyby całkowicie mdłe. Nie porywa, nie zachwyca, a klimat mógłby być urzekający, gdyby nie ta nijakość. Czegoś tutaj brakuje i w ciemno postawić można na prawdziwie charyzmatycznego głównego bohatera, bo trzeba się zgodzić, że choć The Rock wygląda szałowo jako półbóg, to jednak... brak mu charakteru do takich ról. I choć uwielbiam go jako człowieka, to położył na łopatki prawie cały film. Szkoda.

Oryginalny tytuł: Lucy | Reżyseria: Luc Besson | Scenariusz: Luc Besson | Obsada: Scarlett Johansson, Morgan Freeman, Min-sik Choi, Amr Waked | Kraj: Francja | Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 24 lipca 2014 (Świat) 14 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

      Dla Luca Bessona czasy świetności to lata 90te ubiegłego tysiąclecia. Szkoda, że od „Leona zawodowca”, czy „Joanny d'Arc” ciężko jest mu powtórzyć sukces. Tym razem francuski reżyser sięga w przyszłość i to przy udziale pięknej, choć drapieżnej „Lucy”.
     Lucy- zwykła dziewczyna, która znajduje się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Dostaje się w ręce gangsterów i zmuszona zostaje do przemytu nowego narkotyku. Jednakże substancja zaszyta w jej brzuchu przedostaje się do jej ciała, a ona sama zyskuje nadnaturalne zdolności coraz bardziej rozwijając działanie swojego mózgu.
     „Lucy” to jeden z tych dziwacznych obrazów, który u finału pozostawia nas z mieszanymi uczuciami. Besson po raz kolejny sięga w sferę fantastyki naukowej, najwyraźniej bardzo dobrze się w w niej odnajdując. Zgubił jednak gdzieś zdolność budowania napięcia przy udziale mafii, a wątek przemytniczy jest co najmniej dziwaczny. Mało tu akcji, więcej naukowego bełkotu, który dla jednych jest bardziej zrozumiały, dla innych niestety mniej. Wydaje się, że pomysł tego typu daje spore możliwości do poszalenia przy udziału efektów specjalnych, tutaj jednak twórcy postanawiają wykorzystać to bardziej do zobrazowania ludzkiego wnętrza, czy popełnienia największej dziwaczności wszech czasów. Nie do końca kupuję koncepcję wykorzystywania na maksa możliwości swojego mózgu, ciężko jest też przyjąć za pewnik każdą kolejną fazę, aczkolwiek hipoteza jest jak najbardziej intrygująca. Film ma dość dziwaczny klimat, w który tak naprawdę ciężko jest się wciągnąć. Momentami straszliwie obskurny nie tylko z wyglądu. Dodatkowo przepiękna Scarlett Johansson bardziej drażni niżeli zachwyca, a to dość niemiła odmiana. Fabuła ni to ziębi ni to parzy, całkowity poker face przez cały film. A szkoda.

Oryginalny tytuł: The Expendables 3 | Reżyseria: Patrick Hughes | Scenariusz: Sylvester Stallone, Katrin Benedikt, Creighton Rothenberger | Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Harrison Ford, Arnold Schwarzenegger, Mel Gibson, Welsey Snipes, Antonio Banderas, Rolph Lundgren, Randy Couture | Kraj: USA, Francja | Gatunek: Akcja
Premiera: 04 sierpnia 2014 (Świat) 15 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      „Niezniszczalni” to niekończąca się seria z gigantami kina akcji! Po ciekawej jedynce i marnej dwójce, przyszedł czas na odsłonę trzecią. Pojawiają się nowi twardziele a początkujący Patrick Hughes wyciska z nich siódme poty, aby względnie to wyglądało.
     Ekipa Rossa wyrusza na kolejną akcję. Jednakże kiedy okazuje się, że ich przeciwnikiem jest dawny członek Niezniszczalnych, które uznanego za martwego, Barney całkowicie traci kontrolę nad sytuacją. Wtedy jeden z nich zostaje ciężko ranny, a Ross poprzysięga zemstę na starym druhu. Wiedząc, że prawdopodobnie jest to bilet w jedną stronę porzuca swoich przyjaciół i kolekcjonuje nową ekipę.
     Ten film mógł się spodobać za pierwszym razem, aczkolwiek najnowsza część nie pozostaje daleko w tyle. Ciekawą koncepcją jest wymiana wapniaków na młodziaków, problem tkwi w tym, że nikt o nich nie słyszał. Stallone, Statham, czy Lundgren to znane nazwiska kojarzące się z jednym rodzajem filmów. Natomiast nowe twarze, przykładowego Lutza – utożsamiane są z niczym, no chyba, że z wampirami. Serio? Nie mniej, pomijając absurdy doboru obsady, film to zwyczajna napierdzielanka pełna wybuchów, pościgów i innych dziwacznych wydarzeń. Atakowanie opuszczonego budynku czołgami, bieganie po rozpadającym się dachu, tak... to brzmi jak elementy filmu o „Niezniszczalnych”. Tutaj akcję napędza chęć zemsty, a jak wiadomo od dawien dawna, takie sytuacje nigdy dobrze się nie kończą. No chyba, że należy się do ekipy Barneya Rossa, wtedy czy to wiekowe, czy młode wsparcie w pełnym uzbrojeniu jest zawsze pomocne. I choć scenariusz kuleje, to jest to najnormalniej w świecie całkiem fajna rozrywka, która drugi film bije na głowę i pozwala popatrzeć na nowych, fajnych bohaterów.

czwartek, 26 listopada 2015

1197. Igrzyska śmierci. Kosogłos część 2, reż. Francis Lawrence

     Przed trzema laty niewiele ludzi słyszało o twórczości Suzanne Collins. Popularnie głównie za oceanem szybko stała się sztandarowym tytułem antyutopijnej literatury współczesnej dla młodzieży. Wielka seria „Igrzyska śmierci” sprzedawała się znakomicie, więc oczywistym stało się, że stanie się kolejną strawą dla filmowych twórców, którzy zajmą się realizacją. I tak mija 3 lata od premiery pierwszego filmu i w końcu możemy zakończyć tę serię wraz z Francisem Lawrencem i niepotrzebnie rozbitym na dwa „Kosogłosem”. 


     Dystrykt 13 odbił Peetę (Josh Hutcherson) z rąk Kapitolu, jednakże jego mózg wciąż jest zaprogramowany tak, że traktuje Katniss (Jennifer Lawrence) jako zagrożenie. Nie ma jednak czasu na przepychanki, bowiem koniecznym jest obalenie rządów Prezydenta Snowa (Donald Sutherland). Zanim to jednak nastąpi, trzeba przekonać ostatni z dystryktów do rebelii, dlatego też Prezydent Coin (Julianne Moore) posyła na miejsce Kosogłosa, aby nakłonił innych do współpracy. Zadanie dziewczyny zostaje zakończone, a w ostatecznej bitwie o uzyskanie wolności walczyć ma ktoś inny. Katniss nie przystaje jednak na te warunki, bowiem to właśnie ona chce pozbawić Snowa życia. Dlatego też wraz z pomocnikami wyrusza do Kapitolu, gdzie musi przemknąć ulicami pełnymi nietypowych pułapek, aby wyzwolić Panem od rządów Snowa.
     Od samego początku miałam ogromny problem z ekranizacją tej serii. Pierwszy tytuł, choć zachwycił mnie w wersji książkowej, to filmowy całkowicie wyzbył mnie z jakichkolwiek pozytywnych emocji w tym temacie. Drugi porwał mnie, aż dziw. Pierwsza odsłona „Kosogłosa” zanudziła mnie niemalże na śmierć, a druga? Jest, jak gdyby, pomieszaniem tych wszystkich zalet i wad poprzednich filmów i to w takim stopniu, że nawet po kilku dniach ciężko jest mi stwierdzić, czy produkcja ostatecznie mi się spodobała czy nie. Jest to całkowicie niezrozumiałe, bo przecież fabuła traktuje o bardzo podniosłym temacie. W końcu dochodzi do walki o ludzką wolność, o chęć wyzwolenia z łap dyktatury Snowa i zniesienia Głodowych Igrzysk. W końcu wszyscy mogą się zjednoczyć i wystąpić przeciwko uciskowi. 
Co robią za to twórcy? Skupiają się na bezsensownych dysputach, efekciarstwie wyciągniętym chyba z kosmosu i dokładaniem czegoś całkowicie zbędnego. Przy tym niestety gubiąc ogólny sens całej tej historii, a co za tym idzie emocji, które powinna wywoływać. Oczywiście, odczuwamy lekki dreszcz emocji, kiedy ekipa Katniss wchodzi do miasta. Element wskazany już w zapowiedziach zrobił piorunujące wrażenie- to trzeba przyznać, aczkolwiek prawdziwie bolesna jest sytuacja, gdy nie wyczuwa się żadnych emocji względem akcji pod rezydencją Snowa. Serio! Trudno osiągnąć taki nijaki efekt, ale mnie autentycznie w ogóle to nie ruszyło. Ciężko stwierdzić, czy problemem jest tutaj wykonanie i karkołomne próby budowania napięcia, czy może jest to szok spowodowany zupełnym brakiem jakichkolwiek wskazań do podobnych typu działań. Poza tym, trudno jest brać ten film na poważnie- a tak właśnie powinno to wyglądać, kiedy pojawiają się akcje typu rozpadającej się ziemi, ucieczki przed Zmiechami, po których dwójka zakochanych musi obdarować się pocałunkiem. No cóż... ratowanie świata swoją drogą, ale nie należy zapominać o pielęgnowaniu swojego uczucia. Motyw z tym, że wszystko ma niby przypominać kolejne Głodowe Igrzyska całkiem fajny, aczkolwiek zdecydowanie zbyt chaotycznie poprowadzony. Pojawia się tutaj kilka zaskoczeń, będących nieoczekiwanym raczej przez tych, którzy nie zapoznali się wcześniej z pierwowzorem literackim. Wydaje się jednak, że czyn Katniss nie jest aż tak bardzo szokujący, zważywszy na ogólną sytuację panująca w kraju oraz ogólnie dziwaczne i zrobociałe zachowanie dziewczyny. 
     Całość obrazu wygląda bardzo ładnie, niezwykle srogo. Kapitol niczym miasto duchów, z cudownie surowymi opustoszałymi budynkami. Za to wnętrza... zupełnie odbiegają od tego, co prezentują sobą fasady. Ciekawe, futurystyczne, a przy tym schludne i pomysłowe. Aż chciałoby się zamieszkać. Zadziwiające są kostiumy osób, które przewijają się przez cały film. Nie mamy tutaj już jedynie bojowych strojów rebeliantów, ale uwaga widza skupiona zostaje też na każdym konkretnym wymyślnym człowieku Kapitolu. Interesująca myśl kiełkuje w głowie na widok Tigris. Widz-czytelnik od razu próbuje odszukać w odmętach pamięci, czy kobieta faktycznie wyglądała niczym tygrysica, bo coś bardziej trąci to fabułą „Nieludzi” niż „Igrzysk śmierci”. 



W kwestii kreacji dziwacznych postaci pojawiły się nagle Zmiechy. Bardzo karykaturalne, bardzo przerażające, ale i znowu pojawia się myśl, że chyba inaczej wyobrażaliśmy sobie te stworzenia podczas lektury „Kosogłosa”. Fantazja poniosła twórców, a jakże! Nie mniej, zamierzony efekt został uzyskany. Całość podkreśla ścieżka dźwiękowa, tudzież jej brak. Ta cisza momentami jest obezwładniająca i denerwująca zarazem. Bardzo fajnie, że stylistycznie jest to ten sam poziom muzyczny Jamesa Howarda Newtona, więc znowu można było przydybać gdzieś uchem ukochane dźwięki „The Hanging Tree” z poprzedniego filmu.
     O aktorstwie aż żal się wypowiadać. Ciężko jest mi pojąć, jak w takim filmie można być tak drewnianą postacią. Względnie nie najgorsi aktorzy, którzy nie potrafią wykrzesać z siebie właściwych emocji, a przez to wywołać odpowiednich uczuć w widzu, więc cały film leży i kwiczy. Jennifer Lawrence, z całym szacunkiem dla jej osoby, bo jest bardzo sympatyczną dziewczyną, ale po raz kolejny jest niestrawna. Nie da się patrzeć na jej jedną minę przez cały film, a jej bezemocjonalność powala. Oczywiście, część winy leży po stronie postaci, która miała być taka beznamiętna, ale okazuje się, że Jen nawet takiej nijakości nie potrafi odpowiednio przekazać. Natomiast Josh Hutcherson w swojej beznadziejności stoi tuż za swoją partnerką filmową. Peeta jest chyba jedną z najbardziej nijakich głównych postaci męskich wśród filmów młodzieżowych, przynajmniej w jego wykonaniu. To taki sam problem jak z Kapitanem Ameryką i Chrisem Evansem. Te dwie osobowości całkowicie ze sobą nie grają, przez co można by stwierdzić, że Josh jest totalnym beztalenciem aktorskim. Jego wielkie role jeszcze przed nim albo i nie. Tutaj po prostu nie przekonał. Nie trudno jest jednak odnieść wrażenie, że pod względem aktorstwa kuleje praktycznie cały film. Każdy rozczula się oczywiście na widok uroczej Effie, każdego denerwuje osoba Coin, a Plutarch stał się jakimś dziwnym cieniem nie mającym wpływu na nic. Innymi słowy żal patrzeć.
     Nawet w tej chwili, ciężko jest mi wyrazić jednoznaczną opinię, czy drugą część „Kosogłosa” zaliczać do filmów udanych, czy też nie. Z pewnością ma kilka zalet, ale też i wady, których na tym etapie nie potrafię wybaczyć. W całości brakowało większych zrywów rewolucyjnych, brakowało tego napięcia i tych emocji, które powinny towarzyszyć takiemu obrazowi. Pod tym względem o wiele lepiej wypadła pierwsza połowa finałowej historii. Idąc tym tropem, czy nie lepiej byłoby zrobić z tych dwóch obrazów jeden cały film? Poprzez rozdzielenie stała się rzecz straszna, czyli powstały dwa nudne, bezemocjonalne tytuły, które o wiele lepiej wypadłyby w jednej spójnej całości. Pozbyto by się wówczas zbędnego rozwlekania akcji i skumulowałyby się wszystkie emocje. Wtedy byłoby to coś zarówno wartościowego, jak i rozrywkowego, a tak to jest jedna wielka nijakość.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: The Hunger Games: Mockingjay Part 2 / Reżyseria: Francis Lawrence / Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig / Na podstawie: powieści Suzanne Collins „Kosogłos” / Zdjęcia: Jo Willems / Muzyka: James Newton Howard / Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, Donald Sutherland, Philip Seymour Hoffman, Julianne Moore, Willow Shields, Sam Claflin, Elizabeth Banks, Mahershala Ali, Natalie Dormr / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 04 listopada 2015 (Świat) 20 listopada 2015 (Polska)

sobota, 9 maja 2015

SZORTy #16: Zombieland, Silent Hill- Apokalipsa, Noc oczyszczenia- Anarchia

Oryginalny tytuł: Zombieland | Reżyseria: Ruben Fleischer | Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick | Obsada: Jesse Eisenberg, Woody Harrelson, Emma Stone, Abigail Breslin, Bill Murray | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Komedia

Premiera: 25 września 2009 (Świat) 04 grudnia 2009 (Polska)
Ocena: 3/10

wtorek, 21 kwietnia 2015

SZORTy #15: Inna kobieta, Sąsiedzi, Straszny film 5

Oryginalny tytuł: The Other Woman | Reżyseria: Nick Cassavetes | Scenariusz: Melissa Stack | Obsada: Cameron Diaz, Leslie Mann, Kate Upton, Nicolaj Coster-Waldau, Don Johnson, Taylor Kinney, Nicki Minaj | Kraj: USA | Gatunek: Komedia

Premiera: 01 kwietnia 2014 (Świat) 25 kwietnia 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

wtorek, 27 stycznia 2015

1162. Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum

Oryginalny tytuł: The Imitation Game
Reżyseria: Morten Tyldum
Scenariusz: Graham Moore
Na podstawie: książki Andrew Hodgesa „Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga”
Zdjęcia: Óscar Faura
Muzyka: Alexandre Desplat
Kraj: USA, Wielka Brytania
Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 29 sierpnia 2014 (Świat) 16 stycznia 2015 (Polska)
Obsada: Benedict Cumberbatch, Keira Knightley, Matthew Goode, Rory Kinnear, Allen Leech, Matthew Beard, Mark Strong, Charles Dance

    Jeden z ośmiu najlepszych filmów roku 2014 wyreżyserowany przez Norwega, mający na swoim koncie niezbyt sławne tytuły. Morten Tyldum zekranizował, co prawda, jedną z najpoczytniejszych powieści Jo Nesbo, ale to dopiero przeniesienie na ekran życia znanego kryptografa homoseksualisty- Alana Turinga, daje mu uznanie w oczach krytyków. Powodem jest „Gra tajemnic”, która nie jest jedynie opowieścią o łamaniu najlepszej maszyny szyfrującej, ale przede wszystkim dramacie geniusza.