NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z biblioteki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z biblioteki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2017

Książka #461: Krew Olimpu, aut. Rick Riordan

    W końcu jest! W końcu nastał koniec serii „Olimpijscy herosi” autorstwa Ricka Riordana. Zamknięty został kolejny cykl wykorzystujący mitologię grecką, a kręcący się wokół postaci syna Posejdona- Perseusza Jacksona. Jednakże jako finał całej opowieści „Krew Olimpu” odrobinę zawodzi. Wydaje się, że pod tym względem poprzednia seria powieści o tytule „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” była bardziej emocjonujący.
     Już wkrótce przepowiednia Apollina ma się spełnić, a z długiego snu przebudzić ma się Matka Ziemia- Gaja. Wszyscy herosi łączą siły, aby stoczyć walkę z jej dziećmi i uniemożliwić jej powstanie. Ekipa wybranych herosów dzieli się na grupy, aby wykonać zadania mające pomóc im w wygranej, podczas gdy przywódca rzymskiego Obozu Jupiter- Oktawian, postanawia wytoczyć wojnę greckiego Obozowi Herosów. Przed wszystkimi jednak wielki sprawdzian ich solidarności, ale przede wszystkim odwagi, kiedy będą musieli poświęcić wszystko dla dobra ogółu.
     Kiedy w końcu nadchodzi chwila, że możemy zasiąść do długo wyczekiwanego finału ulubionego cyklu mamy wobec niego bardzo wielkie oczekiwania. Ostatecznie, nie wylewa się tak wiele słów, nie tworzy tak wielu elementów układanki, aby zakończenie nie miało nas spiorunować, totalnie zmasakrować emocjonalnie. To jest jednak wielki problem „Krwi Olimpu” i w ogóle całej serii o „Olimpijskich herosach”. Przez poprzednie tomy na bohaterów czeka cała masa przygód, zadań, które teoretycznie mają przybliżyć ich do rozwikłania wielkiej przepowiedni, w której będą mieli swój znaczący udział, ale przede wszystkim pomóc w rozegraniu kluczowej walki. Wydaje się więc, że ostatnia książka skupiać będzie się już na wielkich przygotowaniach, wielkich scenach i wielkich melodramatach. Niestety, większa część książki to kolejne podróże, niby mające jakieś znaczenie, ale i niekoniecznie. Do najbardziej istotnych należy z pewnością wyprawa do boga Asklepiosa (o dziwo całkowicie mi nieznanego). Ten fragment dostarczył najwięcej humoru, nieprzewidywalnych wydarzeń, no i oczywiście sprzecznych emocji.
     Cała fabuła podzielona jest na perspektywy różnych bohaterów, gdzie niemalże każdy z nich ma inne zadanie do wykonania. Nico musi uporać się ze swoimi emocjami wobec potomka boga mórz, a także dostarczyć posąg Ateny do Obozu Herosów. Reyna musi się głowić nad tym jak udobruchać rozjuszonego Oktawiana, rządnego władzy i pałającego chęcią zniszczenia greckiego obozu. Natomiast kluczowe postaci, takie jak Leo, Piper, czy Jason- których dotyczy najważniejsza część przepowiedni robią wszystko, aby znaleźć sposób na przeżycie starcia z olbrzymami i mającą narodzić się Gają. Wiadomo, najlepiej byłoby w ogóle nie dopuścić do jej powstania, ale serio... czy ktokolwiek sądził, że finał może obyć się bez takiego atrakcyjnego wydarzenia? No właśnie.
      Niestety, owe atrakcyjne wydarzenie sprowadzone jest o kilku dramatycznych opisów, które napinają nasze skołatane nerwy do granic możliwości, aczkolwiek sposób rozwiązania problemu jest totalnie nijaki. Finał, na który wyczekiwaliśmy tak długo, to wielkie starcie- mocno zawodzi. Co prawda są fajerwerki, ale niestety tylko w dosłownym tego stopnia znaczeniu, natomiast odbywa się to bez większych emocji. Dopełnienie przepowiedni także powinno doprowadzić do złamania ludzkich serc i choć może pojawią się uczucia smutku, a samotna łza spłynie po policzku, to jednak wszystkie te emocje musiały zostać zaprzepaszczone na rzecz dopełnienia pewnej obietnicy. Samo zakończenie pozostawia spore pole do manewru dla autora, bo niby zamyka sporo wątków, ale nie całą opowieść dając sobie tym samym sposobność do ewentualnego powrotu do greckiej mitologii, kiedy już znudzi mu się bieganie po innych wierzeniach.
     „Krew Olimpu” dawało sporo nadziei na coś niesamowitego. W końcu to Matka Ziemia, matka wszystkich bogów, Gaja, ma powstać po wielowiekowym spoczynku. Człowiek spodziewałby się wielkich emocji, takich, które sprawią, że nie będzie można zasnąć. Niestety, tom zamykający serię nie jest spełnieniem tych obietnic. Jest jakby kolejną częścią przygodowej serii, pozostawiając na finał i możliwość doświadczenia kalejdoskopu wrażeń bardzo mało miejsca. Ostatecznie, zanim akcja na dobre się rozkręci, to już się kończy. A szkoda! Czytając w ogóle nie ma się odczucia zamknięcia kolejnego etapu, a kończąc go ma się niemalże pewność, że ciąg dalszy nastąpi.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book Five. The Blood of Olympus / Tłumaczenie: Agnieszka Fulińska / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-64297-34-2 / Ilość stron: 496 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2014 (Świat), 2014 (Polska)

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Książka #460: Dom Hadesa, aut. Rick Riordan


     Powoli zbliżamy się do końca. Atmosfera się zagęszcza, kolejne linijki wielkiej przepowiedni zostają odkryte, a więc wszystko wskazuje na to, że lada chwila odkryta zostanie wielka zagadka, a tym samym dojdzie do kolejnej wielkiej bitwy herosów i bogów Olimpu. Rick Riordan kontynuuje wątki rozpoczęte w trzecim tomie serii „Olimpijscy herosi”, a tym samym zbliża nas do zamknięcia wraz z tomem „Dom Hadesa”, gdzie to spotkamy najmroczniejszych z najgorszych.
     Annabeth zdobyła posąg swojej matki Ateny, ale przypłaciła to upadkiem swoim i Percy'ego w czeluście Tartaru. Muszą zrobić wszystko, aby dotrzeć do Wrót, dzięki którym przedostaną się do świata żywych, a przy okazji zamkną drogę ucieczki z Podziemi wszystkim bogom, tytanom i olbrzymom, którzy od dłuższego czasu terroryzują Ziemię za sprawą swojej matki Gai. Po stronie żywych ich przyjaciele znajdujący się na Argo II muszą przetransportować bezpiecznie posąg Ateny do Obozu Herosów, a przy okazji pomóc znajdującym się w Otchłani przyjaciołom. Zarówno jedni, jak i drudzy nie będą mieli zbyt łatwo.
     Rick Riordan chyba wszystkich zaskoczył tym, jak zakończył „Znak Ateny”. Fani serii wstrząśnięci rozwojem wydarzeń ze swoistą niecierpliwością wyczekiwali kolejnej odsłony przygód młodych herosów. Szczęśliwcami są ci, którzy czekać nie musieli, bo zabrali się za serię już po jej zakończeniu, a więc mieli możliwość czytania tom za tomem. W gronie tych szczęśliwców jestem też i ja. Wstrząsające wydarzenia z poprzedniego tomu dały przynajmniej początek nowemu wątkowi, któremu w połowie uwagę poświęca „Dom Hadesa”. Życie herosów nie należy do najlepszych, a już na pewno do najbardziej sielskich, nic więc dziwnego, że autor poddaje swoich bohaterów kolejnemu wyzwaniu. Jego wybór trafił więc na najbardziej wytrawnych w boju, czyli Percy'ego i Annabeth. I tak oto, gdy trafiają do Tartaru otwiera się caaaała gama możliwości, co do wprowadzenia interesujących postaci pełnych mroku. Wśród nich spotkamy nie tylko samego władcę otchłani, ale również boginię, której obecności poświęcona jest inna seria książek- dla fanów wampirycznych opowieści, a mianowicie „Dom Nocy”. Wszyscy, którzy ją znają będą wiedzieli, że mowa o Nyks, która według Riordana nie jest tak sympatyczną i pomocną boginią nocy, jak w historii stworzonej przez panią Kristen i P.C. Cast. Oprócz niej bohaterowie spotykają wszystko, co tylko najgorsze, same potworności i mierzą się nie tylko z bogami i innymi mitycznymi stworzeniami, ale też i całą masą klątw. Z drugiej zaś strony mamy też ich przyjaciół, którzy toczą własne batalie, aby pomóc tym, którzy utknęli za Wrotami Śmierci. Standardowo czeka na nich bardzo wiele wyzwań, przygód, z którymi muszą się mierzyć. Powracają starzy wrogowie, którzy nie dają o sobie zapomnieć, a ich obecność przywodzi na myśl najzimniejszą z zim. Najciekawszym jednak elementem jest powrót Leo na pewną tajemniczą wyspę, którą mogliśmy odwiedzić już we wcześniejszej serii Riordana. Wywołuje to bardzo wiele fajnych emocji, bardzo skrajnych emocji i daje coś ciekawego dla całej powieści, kiedy tak jedna postać odłącza się od grupy i fabuła dzieli się na kolejne wątki.
    „Dom Hadesa” stanowi bardzo interesującą rozrywkę. Akcja ma bardzo dobre tempo i choć główny wątek pozostaje bez zmian, to jednak wątki poboczne idealnie uzupełniają całość dając dodatkowego kopa i dodając emocji. Świetnym pomysłem jest podzielenie fabuły na trzy różne ścieżki i bardzo dobrze, że każdej z nich poświęca się tyle samo uwagi. Dzięki temu mamy możliwość śledzenia jednocześnie losy różnych bohaterów. Ten dom zwraca naszą szczególną uwagę dzięki wszechobecności mroku i jego najstraszliwszych postaci. Spotkanie z Tartarem, czy samą Nyks jest zaiste przerażające, ale również i fascynujące. Te i inne wydarzenia ciekawie wpływają na nasze emocje, a to tylko świadczy o tym, jak wielką więź można wytworzyć nie tylko z głównymi bohaterami, ale także postaciami pobocznymi, gdzie nie podejrzewalibyśmy się o sympatię do nich. Innymi słowy, lektura oferuje całe spektrum wrażeń na najrozmaitszych poziomach. Jest czym się pozachwycać!

Ocena: 5/6


Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book Four. The House of Hades / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-64297-03-8 / Ilość stron: 592 / Format: 125x195mm

Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)

czwartek, 10 sierpnia 2017

Książka #459: Znak Ateny, aut. Rick Riordan

     Kolejna z serii „Olimpijskich herosów” książka, skupiająca się na konkretnym bohaterze. Rick Riordan odsuwa na chwilę na bok syna Neptuna, a także syna Jupitera, aby skupić się na żeńskiej części siedmiorga herosów z przepowiedni. „Znak Ateny” już w tytule zwiastuje na czym, a w zasadzie na kim, skupia się cały tom, a całość zdecydowanie intryguje.
     Ekipa z Obozu Herosów przybywa do Obozu Jupitera. Na miejscu poznają szczegóły dotyczące stanu pojmanego syna Hadesa- Nico, a także poznają nową przepowiednię dotyczącą tajemniczego znaku Ateny. Niestety, dochodzi do konfliktu między obozem rzymskim a greckim, który wywołany zostaje przez Leo zawładniętego przez złe duchy. Siedmioro najrozsądniejszych herosów z obu obozów łączy siły i wyrusza w misję, aby odzyskać przyjaciela, a także poznać szczegóły nowej przepowiedni.
     Oj, jakie to wszystko przewidywalne. Już na etapie poznawania bohaterów drugiego tomu można było się domyśleć, co za osobniki będą wchodziły w skład herosów z przepowiedni. Nie ma tutaj żadnych zaskoczeń, bo przecież po coś te postaci zostały wprowadzone, w sensie... wszystkie poboczne poza Percym i Annabeth. Od początku również wiadomo, że w dużej części fabuła tej części skupiać będzie się na tej młodej heroinie, bo w końcu to ona jest potomkinią tytułowej bogini. Tajemnicą pozostawała jednak cała otoczka, czyli kogo z mitologii Riordan zaciągnie do zabawy tym razem.
     Gaja oczywiście wciąż przejawia się w jakichś dziwacznych głosach przemawiających do młodych bohaterów, ale kto by tam zwracał na nią uwagę, kiedy do akcji wkraczają prawdziwe legendy mitologii. Aż dziwne, że autor do tej pory tak skutecznie unikał takiej postaci jak Narcyz. Ciężko stwierdzić jak jego pojawienie się może mieć wpływ na akcję, ale przynajmniej stanowił rozbrajający element w tej opowieści, od razu przywołując na myśl animację Disneya i słowa Hermesa podczas boskiej imprezy „Nie widziałem tyle miłości od kiedy Narcyz odkrył sam siebie!”. W końcu od pierwszej książki serii martwi powracają z krainy umarłych, więc w sumie nie ma się co dziwić na pojawienie się takiej sławnej persony. Bardziej zaskakuje pojawienie się pewnego herosa, który po śmierci trafił na Olimp jako jeden z pomniejszych bogów- Heraklesa. Jego objawienie się również nie ma większego sensu, ale przynajmniej mogliśmy zagłębić się bardziej w historię jego życia. Autor nie zapomina również i o gigantach zrodzonych z Gai. Bardzo fascynujące postacie, z którymi muszą mierzyć się nasi mali bohaterowie. Riordan, jak zawsze, świetnie wplata wątki mitologiczne w swoje powieści. W tej serii wciąż bardzo dobrze łączy mity rzymskie, jak i greckie- tworząc nietypowy miks. Czy ma to jednak wpływ na fabułę? Ostatecznie, jak najbardziej. Tworzy tym kolejne przygody dla bohaterów, dając im nowe sposobności na wykorzystanie swoich zdolności. Jednakże to chyba ostateczna rozgrywka Annabeth najbardziej wykazuje jej inteligencję i spryt, podczas gdy inni ograniczają się jedynie do intryg. Całość bardzo dynamiczna, co chwilę podnosi się napięcie, aby skumulować się u finału powieści! To co dzieje się u jej końca... autentycznie wzrusza, ale też i otwiera bramkę dla kontynuacji, której tytuł jest nam oczywiście znany.
     Kolejna powieść i kolejny wstęp do dalszych zabaw młodych herosów. W końcu udało się połączyć siły dwóch obozów, ale liczę na to, że ta współpraca jeszcze bardziej się rozwinie. „Znak Ateny” to przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych, finałowych tomach. Przepowiednia coraz bardziej się spełnia, zagrywki ze strony Gai są coraz ostrzejsze i bardziej niebezpieczne, więc i Olimp przestaje być już obojętny. Rośnie więc napięcie, bohaterowie przeżywają coraz większe rozterki, a na swojej drodze spotykają coraz to bardziej intrygujące postaci mitologiczne. Tempo akcji nie ulega zmianie, a jeżeli już to biegnie w dobrą stronę. Jest się czym zachwycać, bo trzeci tom zdecydowanie wciąga! Stajemy się coraz bardziej niecierpliwi, ale nie ma się co dziwić, skoro Rick Riordan serwuje nam taki finał...

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Mark of Athena / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-58-6 / Ilość stron: 544 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2012 (Świat), 2012 (Polska)

niedziela, 6 sierpnia 2017

Książka #458: Syn Neptuna, aut. Rick Riordan

     Drugi tom z kolejnej, po „Percym Jacksonie i bogach olimpijskich”, serii, w której króluje mitologia grecka. Rick Riordan dba o swoich fanów i tym razem łączy mitologię grecką z rzymską. „Syn Neptuna” jednak powiela trochę pierwszą książkę cyklu, a przy okazji skupia się na naszym ulubionym czołowym bohaterze wcześniejszych książek.
     Kiedy Jason dzielnie sobie poczyna w Obozie Herosów Percy Jackson, również pozbawiony swoich wspomnień, trafia do Obozu Jupiter- rzymskiego jego odpowiednika. Tam poznaje nowych przyjaciół, a także tajemniczą przepowiednię o siedmiorgu herosach. Kiedy oczywistym staje się, że umarli nie trafiają do świata podziemia, a za wszystkim stoi pojmanie Tanatosa, wyrusza na misję, aby go wyzwolić. U jego boku staje potomek Marsa- dzielny Frank, a także powstała z martwych potomkini Plutona, siostra Nico imieniem Hazel.
     Rozpoczynając nową serię o greckich herosach wydawałoby się, że nie spotkamy już znanych nam bohaterów. Z drugiej zaś strony, dlaczego nie? W końcu to ta sama tematyka, a kontynuowanie losów postaci z cyklu „Percy Jackson i bogowie olimpijscy” wydaje się być tutaj całkiem logiczne. Nie mniej, może gdzieś na bocznym planie, jako postacie wspierające, tak jak to było przy okazji tomu „Zagubiony heros”, a nie na froncie, jak to jest w kolejnym. Percy Jackson znowu się pojawia! Dla jednych będzie to powrót bardzo udany, a dla innych stanowić będzie jedynie pewne tło dla faktycznych wydarzeń istotnych dla serii „Olimpijscy herosi”. Już w poprzednim tomie sugerowano nam, na czym bazować będzie drugi. Skoro Jason z Obozu Jupitera trafił do Chajrona, to oczywistym było, że trzeba będzie poznać również drug stronę medalu, czyli Percy'ego, który trafia pod oko Lupy. I choć wydarzenia zostają jako tako zapowiedziane, to jednak chyba nikt nie spodziewałby się takiej schematyczności. Znowu utrata pamięci, znowu trafienie do obozu i wyruszenie na misję, w której towarzyszy dwójka innych herosów, o dość niejasnych przesłankach swojego działania. Można było bardziej to urozmaicić, no i oczywiście Rick Riordan nie byłby sobą, gdyby tego nie robił. Niestety, rozpraszacze pod postacią kolejnych wrogów i misji pobocznych, nie sprawią, że schematy biją po oczach i znowu głównym celem uratowanie jest jakiegoś boga z niewoli. Tym razem trzeba ratować Tanatosa, bez którego ani dobrzy, ani źli ludzie nie mogą umierać i stawać pod bramami Hadesu. W dodatku Ci co zmarli nie są w żaden sposób kontrolowani więc mogą krążyć w tę i z powrotem. To wyjaśniałoby kilka sytuacji z pierwszego tomu serii. Nie zmienia to jednak faktu, że fabuła wygląda niemalże jak kalka poprzednika, gdzie zmieniają się jedynie bohaterowie i otoczenie.
     Skoro poznaliśmy już Obóz Jupitera oczywistym stało się wprowadzenie rzymskich odpowiedników greckich bogów i nie tylko. To z pewnością się wyróżnia w tym tomie, choć już na swój sposób nakreślone zostało u poprzednika. W obozie spotkamy herosów o rzymskich imionach, a bogów poznamy od ich rzymskiej strony. Należy bowiem pamiętać, że Mars, to nie ta sama postać, co jego rzymski odpowiednik Ares. Na każdym kroku podkreśla się te różnice. Łatwo się jednak pogubić w tym wszystkim, kiedy w głowie mamy greckie odpowiedniki. Szkoda, że nie wykorzystuje się póki co żadnych rzymskich mitów. Rick Riordan bardzo dobrze radzi sobie z kreowaniem postaci, a także świata, który je otacza. Każda jego postać jest wyrazista, a tutaj dodatkowo tworzy dodatkowe dla nich historie i poświęca im więcej czasu niż zazwyczaj- nie tylko w teraźniejszości. Ze sporą szczegółowością powraca do przeszłości Hazel, która jest odleglejsza niż można by się spodziewać. Dużo uwagi poświęca również Frankowi, niespodziewającego się kim jest jego ojciec.
     Do tego ciężko jest nie poddać się mitologicznej atmosferze. Klimat jest tutaj obezwładniający, a autor nie pozwala zapomnieć z jakim typem literatury mamy do czynienia. Cała masa przygód, których doświadczają bohaterowie. Wielkie wyzwania, przed którymi stają, a dzięki którym stają się twardsi, bardziej rozumni, no i oczywiście doroślejsi. Wchodzą w ciekawe gierki, sporo ryzykując, ale przy tym pokazując jak wielkie mają charaktery i jak wielka cechuje ich odwaga. O czym świadczyć może chociaż starcie Percy'ego na fiolki ze ślepym wrogiem. Niezła zagrywka, która mocno wbija się w pamięć. Dynamicznie toczą się również zamykające wydarzenia, dostarczając tym samym sporo emocji i atrakcji.
     Pomimo kilka wad, cechujących „Syna Neptuna”, do których trudno nie zaliczyć schematyczności, ale przede wszystkim powielactwa pierwszego tomu kolejnej serii, trzeba przyznać, że lektura wciąż pozostaje fascynująca. Jeżeli ktoś z zamiłowaniem śledzi mitologię grecką, będzie zauroczony kolejnymi wydarzeniami z wykorzystaniem znanych mu mitów. Znowu spotkamy znanych nam bohaterów, ale poznamy także nowych, uzupełniających ten krąg herosów. Rick Riordan świetnie rozkręca akcję, której tempo nie siada ani przez chwilę. Powieść urozmaica o nowe elementy, a przez to z jeszcze większą zachłannością zaczytujemy się w kolejne stronice. Bardzo zadowalająca kontynuacja!

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Son of Neptune / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-35-7 / Ilość stron: 480 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2012 (Polska)

środa, 2 sierpnia 2017

Książka #457: Zagubiony heros, aut. Rick Riordan

   
   Długa przerwa od konkretnych serii bardzo dobrze robi czytelnikowi. Ma szansę zatęsknić, a później na nowo przeżywać porywającą lekturę. Tak jest w przypadku kolejnych powieści Ricka Riordana. Po „Percym Jacksonie i bogach olimpijskich” powraca do mitologii greckiej, łączy ją odrobinę z rzymską i daje całkiem nowy wątek „Zagubionego herosa”, którym rozpoczyna kolejną heroiczną przygodę w serii „Olimpijscy herosi”.

     Źle się dzieje wśród greckich bogów i ich herosów. Olimp całkowicie odciął się od swoich dzieci, nie dostają już żadnych informacji od swoich boskich rodziców i sami muszą radzić sobie z problemami. Wtem u bram Obozu Herosów staje trójka nowicjuszy- Jason, Piper i Leo. Stanowią nie lada sensację, gdyż udało im się przeżyć bez uznania ze strony rodzica zdecydowanie za długo. Największą zagadką jest jednak pierwszy z nich, który obudził się pewnego dnia w autobusie tuż obok swoich przyjaciół, całkowicie pozbawiony wspomnień, a do tego posługuje się rzymskimi imionami greckich bogów. Nie przeszkadza mu to jednak wziąć udział w niebezpiecznej misji, gdy jedna z Wyroczni ma wizję o uwięzionej królowej bogów Herze. Tymczasem inna część obozowiczów wyrusza w drogę, aby odnaleźć zaginionego herosa- Percy'ego Jacksona.
     Kronos został pokonany, i co? Najwyraźniej nic skoro po Ziemi mogą biegać sobie jeszcze gorsze zagrożenia, a w zasadzie nie tyle biegać, co czyhać na własne powstanie. Jak się okazuje, zawsze może być gorzej! W ten jakże interesujący sposób Rick Riordan rozpoczyna kolejną serię przygód o młodych herosach. Wcześniej skupiając się bardziej na bogach, teraz dał upust wyobraźni herosom, ale czy na pewno? W zasadzie wydawać by się mogło, że to po prostu spełnienie marzeń czytelników, aby nie musieli się jeszcze żegnać ze swoimi greckimi idolami. „Zagubiony heros” idealnie łączy się z finałem serii „Percy Jackson i bogowie olimpijscy”. Już niemalże na starcie powracają znani nam bohaterowie, no i oczywiście nazwisko syna Posejdona. Nie obywa się bez licznych nawiązań do finału tejże serii, a jak się okazuje może mieć ona dodatkowe znaczenie dla nowego początku. Świetne rozwiązanie, które zachwyca z każdą stroną coraz bardziej.
     Rick Riordan nie unika schematów, które rządzą się powieściami przygodowymi, nie mniej, on wykorzystuje je na swoje korzyść i czyni swoje twory jeszcze bardziej fascynującymi. „Zagubiony heros” przesiąknięty jest całą masą wydarzeń, które płynnie przechodzą z jednego w drugie. Zaskakujące jest ile rzeczy może przejść młody człowiek, ale nie zapominajmy... to w końcu herosi! Kłopoty najwyraźniej bardzo się z nimi lubią. Ich misja jest typowa dla tego rodzaju przygód i z pewnością nie jest niczym innowacyjnym w stosunku do historii o Percym Jacksonie. Jak nie wylądują będą musieli opierać się urokom Medei, to znowu wpadną w ręce boga wiatrów- Eola. Niebezpieczeństwo czyha na każdym rogu, a wydaje się, że ocalenie się z tych nieszczęsnych sytuacji sprawdza charakter każdego z młodych herosów. Wtedy bowiem objawiają się kolejne ich moce, wtedy poznają prawdziwą siłę więzi, która ich łączy, no i zaczyna się tworzyć nowa liga bohaterów, na miarę Percy'ego, Annabeth, Thalii i ich towarzyszy. Sceny te niejednokrotnie są emocjonujące, wzbudzają sporo napięcia i aż czekamy na to jak te wydarzenia potoczą się dalej! Oczywiście, w natłoku wrażeń możemy zapomnieć o właściwym celu, ale to tylko świadczy o tym, jak porywające są sceny akcji! W dodatku zagadka, którą przychodzi nam rozwiązać wraz z bohaterami, a dotycząca Jasona jest na swój sposób fascynująca, bowiem idealnie łączy mitologię grecką z rzymską i daje wiele możliwości na poprowadzenie dalszej fabuły w serii. Aż ciekawość bierze na myśl, co może z tego dalej wyniknąć. A co z tytułowym „Zagubionym herosem”? Tu kwestia jest dwuznaczna, bo zarówno sprawa Percy'ego, jak i Jasona wciąż pozostaje otwarta.
     Najnowsi bohaterowie, których Rick Riordan daje nam w „Zagubionym herosie” to przedstawiciele całkiem nowych domów. Jest tu potomek Hefajstosa oraz Afrodyty, a także kogoś znacznie potężniejszego. W ciekawy sposób ujawniają się kolejne ich moce, powodując przy tym wielki rozgardiasz. Dają dodatkowego kopa do działania, a dla czytelnika to idealny element, na którym można się zawiesić. Z nich wszystkich jeszcze nikt nie wybija się na pierwszy plan, choć oczywistym staje się, że to Jason jest typem przywódcy. Piper odrobinę irytuje swoim nastawieniem, a jej zachowanie wobec przyjaciół jest niedopuszczalne. Dobrze, że w końcu idzie po rozum do głowy. Najwięcej humoru dostarcza oczywiście trener Hedge. Jako satyr potrafi zabawiać i zdecydowanie jest chyba jedyną postacią, która wywołuje uśmiech na twarzy.
      Kolejna powieść Ricka Riordana z serii greckiej mitologii, nie jest niczym przełomowym- to pewne. Oczywistym jest jednak to, że autor ma dar do tworzenia niesamowitych opowieści i chociażby pisał o rodzinie mrówek, to zrobiłby z tego rewelacyjną przygodę. W serii o „Olimpijskich herosach” znowu może poszaleć z wyobraźnią i mitami, a w „Zagubionym herosie” wykorzystuje ich całą masę. Szkoda tylko, że wszystko musi tłumaczyć za sprawą swojej bohaterki, zamiast dać czytelnikowi szanse na samodzielne poszukiwania i odkrywanie tych historii. Nie mniej, powieść porywa, stawia bardzo wiele pytań i tworzy wymyślne zagadki, które ponownie napędzają opowieść i intrygują do samego końca. Aż chciałoby się przeczytać już całą resztę serii.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Heroes of Olympus. Book One. The Lost Hero / Tłumaczenie: Andrzej Polkowski / Wydawca: Galeria Książki / Gatunek: przygodowy / ISBN 978-83-62170-27-2 / Ilość stron: 520 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2010 (Świat), 2011 (Polska)

piątek, 28 lipca 2017

Książka #456: Koniec końców, aut. Lemony Snicket


     Już jest! Tu i teraz! Wielki finał, na który czekaliśmy trzynaście tomów. Wielkie rozwiązanie wielkiej zagadki nadeszło, a wraz z nim... lekkie rozczarowanie. Lemony Snicket w końcu skończył spisywać historię trójki rodzeństwa Baudelaire. Nie zrobił tego tak jak dotychczas w trzynastu rozdziałach, ale dołożył coś dodatkowego, coś co może zaskoczyć. Nigdy nikt nie spodziewałby się takiego rozwoju wydarzeń, jak w „Koniec końców”. No bo... któż tak kończy taką poczytną serię?!
     Po opuszczeniu Hotelu Ostateczność wraz z Hrabią Olafem, sierotki Baudelaire wpadają w sztorm i lądują z nim na tajemniczej wyspie. W całkiem nowym miejscu od razu znajdują sojuszników, którym nie są do końca nieznani, tak samo zresztą, jak i Olaf. Szybko jednak przekonają się, że wyspa rządzi się swoimi prawami, których pilnuje tajemniczy doradca Isz. Tam w końcu mają szansę ukryć się przed wszelkimi niebezpieczeństwami, które czyhają na nich w świecie, a przy okazji odkryć ostateczny sekret ich rodziny. I jest spora nadzieja na realizację tego planu jeżeli tylko pozbędą się demona ich przeszłości, Hrabiego Olafa.
      Kto by przypuszczał, że finał jednej z najgorętszych serii będzie się rozgrywał na jednej z najgorętszych wysp? Niemalże w całkowitym odosobnieniu, bez zbędnych postaci mogących okazać się być wrogami. Jedynym problemem wydaje się być Olaf, który przepędzony przez mieszkańców wyspy, tuła się gdzieś po jej piaskach. Niby jedna wyspa, tak ograniczona swoją wielkością, a jednak skrywająca tyle sekretów. Młodzi bohaterowie w końcu mają szansę znaleźć spokój, ale też i rozwikłać tajemnicę swojej rodziny. W szczególności, gdy wychodzi na jaw ich powiązanie z Iszmaelem i wyspą. Jest to w pewien sposób zaskakujące, zważywszy na to, że takiego obrotu czytelnik by się nie spodziewał. Choć z drugiej strony, skoro trafiają właśnie tam, a to już finał opowieści, to chyba oczywistym zdaje się, że tam musi się wszystko zakończyć. W miejscu, w którym wszystko się rozpoczęło. W miejscu tym, gdzie poznają prawdę i odnajdują prawdziwe oblicze hrabiego Olafa. Nic nie jest takie jak się wydawało, a niektóre z odpowiedzi dają niestety jeszcze więcej pytań. Jest to frustrujące, ale w zasadzie daje ciekawą furtkę dla wyobraźni czytelnika. Poznamy wielkie tradycje WZS, które odbijają się nie tylko na Baudelaire'ach. Dowiemy się kim naprawdę jest Lemony Snicket, a także słynna Beatrycze, której dedykuje każdy kolejny tom. Zrozumiemy prawdę na temat całej serii i skąd wziął się w ogóle jej tytuł. Nie do końca pojmiemy jednak udział Olafa w tym wszystkim, co jest prawdą a co zwykłą manipulacją? To już pozostawia się luźnej interpretacji. Na część zagadek odpowiedź dostajemy wprost, a w sprawie innych wielu rzeczy musimy się domyślić.
     Nie mniej, rozwiązywanie zagadek nie jest tutaj jedynym wątkiem, choć faktycznie determinuje to wszystko i tego najbardziej pragniemy. Cała fabuła kumuluje się wokół wątku wyspy i rządów Iszmaela, którego wszyscy zaczynają mieć powoli dość. On nie wydaje rozkazów, on jedynie sugeruje, ale tak naprawdę każdy podporządkowuje się jego sugestiom. Niby prawo, ale bezprawie praktykowane przez samego czcigodnego doradcę. Na swój pokręcony sposób motyw ten pokazuje jak łatwo można sterować ludźmi, jeżeli tylko przedstawi im się sprawy w określony sposób i przy wykorzystaniu odpowiednich środków, na przykład jakiegoś uzależniającego trunku. Niczym mała sekta, z której ciężko jest się wyrwać. Zaskakujące jest jak bardzo logiczne myślenie przestaje mieć tutaj wówczas sens.
    Oczywiście, spora część akcji jest tutaj mocno naciągana. Rozwiązania jakie wpadają do głowy młodym Baudelaire'om są raczej ciężkie do zrozumienia, ale to w końcu są sierotki, z której każdy ma swoje własne talenty. Zaskakujący jest tutaj również nieoczekiwany zwrot dotyczący hrabiego Olafa. Nagle stał się zupełnie innym człowiekiem w ludzkich oczach i przestał ziać groza, tak jak dotychczas- a przynajmniej przestał sprawiać takie wrażenie. Tym bardziej zaskakuje koniec jego opowieści. Choć zaskakujący sposób, to jednak bardziej przewidywalnego sposobu nie można byłoby chyba wymyślić.
     „Koniec końców” daje nam niemalże wszystko to, czego pragnęlibyśmy po finale takiej opowieści. Co prawda, sama końcówka lekko rozczarowuje, a także samo miejsce akcji, ale ogólnie zamysł jest zrozumiały i ciekawie jest dochodzić do prawdy wraz z sierotkami Baudelaire. Szkoda tylko, że nie zamyka się tak wiele wątków... Natomiast niefortunne zdarzenia, które spotykały je przez trzynaście tomów w końcu znajdują swoje zakończenie i kumulują się w ostatnich chwilach lektury. Więcej już wrażeń nie można byłoby sobie wyobrazić więc cud niesamowity, że sierotki to wszystko przetrwały! Z pewnością ktoś nad nimi czuwał, być może rodzice, a być może sam Lemony Snicket!

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The End / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 978-83-237-1862-8 / Ilość stron: 352 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2006 (Świat), 2007 (Polska)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Książka #455: Przedostatnia pułapka, aut. Lemony Snicket


     To już niemalże finał, to już prawie koniec. Każdy liczy na to, że rodzeństwo Baudelaire w końcu odnajdzie swoje szczęśliwe zakończenie, choć oczywiście Lemony Snicket jest innego zdania wciąż ostrzegając nas przed parciem na przód w lekturze. „Przedostatnia pułapka” to jednakże tom bardzo niezwykły, bowiem chyba najciekawszy ze wszystkich dotychczasowych. Po nijakich przygodach, w końcu mamy zjednoczenie!
     Kit Snicket zabiera rodzeństwo Baudelaire do ostatniego bezpiecznego miejsca WZS- Hotelu Ostateczność. Jednakże, aby nie wpaść w ręce wroga muszą działać pod przykrywką boyów hotelowych, uważać na bliźniaczych właścicieli, z których jeden jest sojusznikiem, a drugi wrogiem, no i wykonywać wszystkie powierzone im zadania- nawet gdyby bardzo tego nie chcieli. Ku ich zaskoczeniu zadanie może być o wiele bardziej skomplikowane i trudne do zrealizowania niż mogłoby im się wydawać, a wszystko przez to, że do Hotelu Ostateczność zjechali chyba wszyscy wrogowie, a także sojusznicy, z którymi mieli styczność od początku wiadomości o śmierci ich rodziców.
     Pierwsze stronice kolejnego, dwunastego już tomu, w ogóle nie zwiastują tego co ma nastąpić. Gdyby człowiek nie wiedział, że seria składa się z trzynastu części, to pomyślałby, że dalszy rozwój wydarzeń jest idealną podwaliną dla finału i zamknięcia. Wszystko przez ten genialny zjazd wszystkich białych, szarych i czarnych charakterów, którzy przybywają do Hotelu Ostateczność. Ponownie spotkamy się z tymi, o których już dawno zapomnieliśmy, a także z takimi osobnikami o których pamięć jest wciąż żywa. Wraz z nimi powracają zarówno pogodne, jak i osnute deszczowymi chmurami wspomnienia, więc kalejdoskop wrażeń gwarantowany. Na każdym piętrze hotelu inna twarz i nigdy do końca nie wiadomo kto jest przychylny, a kto nie. W szczególności, że problemy zaczynają się już na etapie kierownika budynku, a w zasadzie kierowników. Młode rodzeństwo musi usługiwać, nie może zdradzać prawdziwej tożsamości, a realizacja ich zadań podczas pobytu w hotelu zaprezentowana zostaje w bardzo ciekawy sposób, dający możliwość dowolnego wyboru, w którą z historii zaczytać się najpierw. Czy jest to fajne? Jak najbardziej, w szczególności, że dodaje wrażeń. Co chwilę coś się dzieje i o dziwo nie ma miejsca na nudę. Nasi mali bohaterowie często stawiani byli przed różnymi dylematami, ale to, co ma miejsce tym razem, przechodzi już wszelkie pojęcie. Wiadomo bowiem, że powroty demonów przeszłości pociągać za sobą będą różne konsekwencje, dopada ich więc też i ręka sprawiedliwości. Zaskakujące jest tutaj też i to, jak łatwo dochodzi do obrotu spraw, bez względu na to, czy na korzyść bohaterów, czy przeciwko nim. Jedno wydarzenie napędza drugie i zanim się spostrzeżemy dochodzimy do ostatniej strony, a tam następuje chyba jedno z największych zaskoczeń całej serii!
     Bohaterowie poznają kolejne szczegóły ze swojego życia. Wiedzą już mniej więcej czym jest Hotel Ostateczność, czym jest WZS i o co tutaj w ogóle chodzi. Względnie wszystko trzyma się spójnie, choć wciąż pozostają pytania bez odpowiedzi. A uzyskane odpowiedzi nie mogą być bardziej irytujące. Choć, to co najbardziej dobija w tym tomie, to chyba ciągłe oskarżenia, naręcza dowodów i tego typu rzeczy, od których powtarzania się z łatwością rozboli nas głowa. Szaleństwo również nam grozi. Jednakże pomimo tego, lektura wciąż pozostaje lekka, wciąż szybko się ją czyta i z łatwością można się w nią wciągnąć. Znowu odrobinę moralizuje, ponownie stawiając przed Baudelaire'ami pytania odnośnie czystości ich zamiarów.
     „Przedostatnia pułapka” jest chyba najbardziej wielobarwnym z tomów, wszystko przez to, że oferuje szerokie spektrum wydarzeń i bohaterów, z którymi stykaliśmy się już wcześniej. Powieść coraz częściej stawia przed czytelnikiem pytanie, czy złe uczynki w dobrej wierze czynią nas winnymi zbrodni, czy też i nie. Pomimo swojej infantylności stara się być coraz dojrzalsza, bowiem mija już pewien czas od kiedy poznaliśmy rodzeństwo. Z pewnością jednak stanowi dobrą rozrywkę i wciąż potrafi wciągnąć, a to jest w niej chyba najważniejsze.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Penultimate Peril / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2195-5 / Ilość stron: 366 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2005 (Świat), 2006 (Polska)

czwartek, 20 lipca 2017

Książka #454: Groźna grota, aut. Lemony Snicket

 
    Powolnymi krokami zbliżamy się do rozwiązania największej zagadki literatury dziecięcej! Już wkrótce, Lemony Snicket, zakończy swoją misję opowiedzenia całemu światu historię sierotek Baudelaire, a tym samym dotrzemy do finału niefortunnych zdarzeń. „Groźna grota” to kolejny tom z serii, który stanowi spójną całość z poprzednimi, a przy tym pozostaje na poziomie dotychczasowego zagrożenia.
     Kiedy rodzeństwo Baudelaire rozdzielone zostało w nurtach rzeki od brata trojaczków Bagiennych, cudem udało im się uciec przed Hrabią Olafem trafiając na pokład „Queequegu”, łodzi podwodnej dowodzonej przez Kapitana Widdershinsie. Razem z jego załogą przemierzają odmęty głębokiej wody, w jednym celu- odnalezienia cukiernicy i wyruszenia na spotkanie z innymi członkami WZS. Liczne wskazówki kierują ich do jednego miejsca, tajemniczej Gorgonicznej Groty.
     Tym razem rodzeństwo Baudelaire zabiera nas na głębinowe wyprawy. Wydaje się być to naturalną koleją rzeczy, skoro zaliczyliśmy już górskie wspinaczki, odwiedziny w Wesołym Miasteczku i inne charakterystyczne rejony w jakie można byłoby się wybrać podczas wycieczki. Tak trochę jest z „Serią niefortunnych zdarzeń”, ma to wygląd takiej swoistej wyprawy w trakcie, której udowadnia się nam, że w każdym miejscu może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i potencjalnie groźnego, w szczególności kiedy ściga nas taki łotr jak Hrabia Olaf. Ten tom przypomina trochę wyprawę z Juliuszem Varne'm, choć nie na tak majestatycznym poziomie. Autor przyjmujący pseudonim Lemony'ego Snicketa znowu nie szczędzi dziwaczności i najrozmaitszych sytuacji mrożących krew w żyłach. Po raz kolejny rozpoczyna się statyczna akcja, pełna rozwiązywania problemów, szukania tropów, aby za chwilę przemienić się w coś naprawdę dynamicznego. Dynamika niczym z historii o poszukiwaczach skarbów, którzy ostatecznie muszą natrafić na jakiś faktyczny problem zagrażający ich życiu i tak jak do tej pory obawialiśmy się Hrabiego Olafa, tak na drodze stają nam znacznie straszliwsze niebezpieczeństwa. Doprowadza to do sytuacji, która spina czytelnika niemożliwie, chociaż każdy racjonalnie myślący człowiek nie przejmie się taką koleją rzeczy wiedząc, że to przecież nie może się tak skończyć. A może właśnie to byłoby ciekawym ciosem dla książki? Może właśnie tego ta seria potrzebuje, takiego nieoczywistego zakończenia? Wydawałoby się, że bohaterowie unikną spotkania z Olafem, choć ciężko stwierdzić skąd taka nadzieja skoro każda z książek musi się ewentualnie skończyć jego pojawieniem się. Zaskakuje jednak coś innego, coś czego do tej pory nie było. Nadzieja!
     Nic bardziej nie denerwuje w książkach dla dzieci niżeli powtórzenia. Niestety, Snicket wystawia ludzką cierpliwość na poważną próbę. Po raz kolejny! Już dawno temu zdążyliśmy się przyzwyczaić do niebanalnego słownictwa zawartego w każdej z serii powieści. Już dawno przestaliśmy się przejmować infantylnością tych książek. Nie mniej, to co się tutaj wyprawia przechodzi wszelkie pojęcie. Oczywiście, można to wszystko zwalić na kwestię charakterystyczności tomu, którego fabuła kręci się wokół podmorski wojaży, ale naprawdę... nadużywanie wyrażenia „Aj-aj” już bardziej irytujące być nie może. Z pewnością pojawia się w tekście więcej niż 100 razy. Za każdym razem, gdy ktoś z załogi łodzi podwodnej się odzywa to niemalże co słowo, tudzież, co zdanie używa tego zwrotu. Głowa od tego boli. Tak samo jak od powtarzania tej dziwacznej mantry „Kto się waha- ten zgubiony”... „Albo ta”! Litości.
    Spotkanie z „Groźną grotą” ma bardzo wiele odcieni. Z jednej strony budzi grozę, intryguje, wywołuje żałość wobec rodzeństwa Baudelaire, zaś z drugiej szarpie ludzkie nerwy. Ciekawe jest to, że fabuła jedenastego tomu jest konsekwencją tomu poprzedniego, ale stanowi też wprowadzenie do kolejnego. I to nie tylko poprzez listy zostawiane przez Snicketa dla wydawcy. Historia rodzeństwa wzbudza coraz więcej emocji i gdy jedna zagadka zostaje rozwiązana zaczynają pojawiać się kolejne wątpliwości. Poza tym lektura tej książki grozi tym, że młody czytelnik, urzeczony morskimi podróżami i tak częstym powtarzaniem jednego zwrotu, zacznie co drugie wyrażenie używać kapitańskich słów „Aj-aj”! Oj, biada nam...

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Grim Grotto / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-8854-5 / Ilość stron: 352 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2004 (Świat), 2005 (Polska)

niedziela, 16 lipca 2017

Książka #453: Zjezdne zbocze, aut. Lemony Snicket

     Każdy kolejny tom tej, coraz bardziej niezwykłej, „Serii niefortunnych zdarzeń” przybliża nas do odkrycia sekretu, który frapuje nas już od pierwszego tomu. Szczęśliwie, mamy oto część 10 o tytule „Zjezdne zbocze”, w której to śledztwo Lemony'ego Snicketa daje coraz więcej odpowiedzi, odsłaniając kolejne zaskakujące karty.
     Słoneczko zostało schwytane przez Hrabiego Olafa, który podąża teraz śladem głównej kwatery WZS, podczas gdy Wioletka i Klaus Baudelaire robią wszystko, aby ujść z życiem w rozpędzonym barakowozie. Rozdzielone rodzeństwo nie marzy o niczym innym jak znów znaleźć się w swoich ramionach. Zanim to jednak nastąpi przebyć muszą wiele kilometrów pokrytych śniegiem i lodem, a pomoc znajdują u człowieka, który od dłuższego czasu uznawany był za jedną z ofiar straszliwego pożaru.
     I takim oto sposobem dochodzimy do kolejnego miejsca, w którym Seria zdarzeń niefortunnych wybija się całkowicie od schematu wytyczonego przez pierwsze części. Nie ma tutaj żadnych opiekunów, bowiem od pewnego czasu, od czasu szpitala, młodzi Baudelaire zdani są jedynie na siebie samych. Nie mogą liczyć już w żaden sposób na pomoc pana Poe, a jedynie przypadkowych ludzi, na których trafiają podczas swoich poszukiwań. Co jest teraz na tapecie? Aktualnie wciąż szukamy Akt Snicketa, które ponoć zawierają wystarczające dowody przeciwko Hrabiemu Olafowi, a dodatkowo mogą dać odpowiedź na temat domniemanego ocalałego z pożaru domu rodziny Baudelaire. Tyle sekretów, tyle pytań i tak niewiele odpowiedzi. Okazuje się jednak, że chociaż jedna wątpliwość została rozwiana. Szkoda tylko, że dotyczy to zupełnie innej rodziny o wielkim majątku. Nie mniej, taki obrót w wydarzeniach... tego chyba nikt się nie spodziewał. Dzięki temu powieść zyskuje zupełnie inny wymiar, odkrywa przed nami naprawdę niezgłębione wcześniej płaszczyzny, więc i daje chwilę na zastanowienie. Skończyły się bajki na zasadzie „sierotki poszły do opiekuna, gdzie odnalazł je Olaf, ale na szczęście udało im się ujść cało”. Teraz akcja nabiera tempa, jest tutaj więcej dramatyzmu, ale także chwil grozy. Dzieciaki nie są już bezpieczne, w końcu są jedynie dziećmi, a okazuje się, że same walczyć muszą z kryminalistami, którzy mają wielkie ambicje, a także środki, aby osiągnąć własne cele.
     Oczywiście, nie ma szans na to, aby książki nie przestały trącić banalnością i dziecinnością. W końcu, są to lektury przeznaczone stricte dla dzieci. Zdarzają się więc liczne wpadki i rzeczy, które nadal będą frustrować, bo serio... kiedy Słoneczko zacznie się poprawnie wysławiać?! Choć z drugiej strony, ma to swój urok i stanowi pewną cechę charakterystyczną tejże powieści, więc jak dla mnie mogłoby pozostać takim berbeciem do samego końca. Zaskakująca przemiana odbywa się u sierotek. Nie są już całkowicie bezbronnymi osobnikami, którymi trzeba pomagać na każdym kroku. Stały się bardziej odpowiedzialne, bardziej inteligentne, choć też niestety... bardziej nikczemne. Pomysły, na które wpadają momentami wzbudzają kontrowersje, pomimo tego, że cel wydaje się być szczytny. Dorośleją jednak w zastraszającym tempie, nabierają hardu ducha i odwagi! Czego nie można powiedzieć o Hrabim Olafie, którego w „Zjezdnym zboczu” jest zdecydowanie więcej. Czytelnik ma wrażenie, że jego osoba jest niezwykle ogłupiająca. Niby taki bandzior, a jednak zakrawa na osobnika o dziecięcym umyśle. To już więcej grozy wprowadzają jego pomocnicy, którzy nie dość, że wyglądają nieszablonowo, to jeszcze swoimi zachowaniami sieją postrach.
     „Zjezdne zbocze” to kolejna, bardzo udana część serii niefortunnych zdarzeń, która przytrafia się sierotom Baudelaire. Odkrywa zupełnie nowe tereny naszego osobistego zaskoczenia. Być może nie zachwyca, ale ciągłość jaką tworzy fabuła od czasu szpitala jest wprost zdumiewająca i o wiele lepiej sprawdza się niż schematyczność pierwszych tomów. Dzięki 10 tomowi wszystko zaczyna składać się w logiczną całość. Wszystkie te szyfry, sekrety, nawet i odkrycie skrótu WZS, nad którymi bohaterowie głowią się od bodajże 6go tomu, wszystko zaczyna mieć większy sens. A jak jeszcze dodamy do tego odrobinę dramatyzmu i grozy, a w dodatku połączymy to z niezwykłymi zwrotami wydarzeń to cóż... mamy prawie idealną propozycję dla młodych czytelników, która nie zanudzi też tych starszych.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Slippery Slope / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2099-1 / Ilość stron: 360 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2003 (Świat), 2004 (Polska)

sobota, 8 lipca 2017

Książka #451: Krwiożerczy karnawał, aut. Lemony Snicket

  
   Dziewiąty. Dziewiąty tom z cyklu „Serii niefortunnych zdarzeń”. Co to oznacza? Jesteśmy coraz bliżej zakończenia trzynastoczęściowej historii, którą spisał sam Lemony Snicket- badający sprawę sierotek Baudelaire, a wszystko zilustrował jego kompan Brett Helquist. Wraz z „Krwiożerczym karnawałem” odkrywają się kolejne sekrety, najpilniej strzeżone z tajemnic, które rzucają nowe światło na wszystkie wydarzenia i sugerują już na tym etapie względny happy end całej opowieści.
     Rodzeństwo Baudelaire rozpoczęło swoją kolejna przygodę w bagażniku nikczemników, którzy czyhają na ich fortunę. To była jedyna możliwość poznania prawdy i uprzedzenia kolejnego kroku Hrabiego Olafa. Wraz z nimi trafiają na całkowite pustkowie, na którym znajduje się tylko jedno- Gabinet Osobliwości Madame Lulu, znanej i skutecznej wróżbitki. Olaf nie po raz pierwszy przybywa tam po wskazówki, gdzie może odnaleźć sierotki Baudelaire. Tym razem jednak dzieciaczki również oczekują pomocy od kobiety, dlatego też przywdziewają komiczne szaty znalezione w bagażniku trupy Olafa i udają dziwadła, aby móc uzyskać odpowiedzi na swoje własne pytania.
     Oj, no to się porobiło. Sierotki Baudelaire całkowicie upadły na swoje młodzieńcze główki. Samoistnie pakować się w ręce swoich prześladowców? Cóż... dość skrajne posunięcie! Nawet jeżeli są bardzo inteligentne jak na swój wiek i mają w zanadrzu wiele pomysłów. Jednakże jednego czego nauczyliśmy się o tej trójce przez te wszystkie epizody, których doświadczali to oczywiście- mają potwornego pecha i trzymają się ich dziwaczne przypadki, ale czy z drugiej strony to wszystko nie jest aż nadto naciągane, aby zawsze udawało im się wyjść z opresji? Mocno naginana jest tutaj ta rzeczywistość, co może i nie dziwi z racji charakteru powieści, ale z drugiej strony odbiera jej trochę logiki. O dziwo, w „Krwiożerczym karnawale” nie jest już tak kolorowo. Prawo Murphy'ego się tutaj sprawdza- jak ma się coś stać, to się to dzieje. Dziwaczne, że Lemony Snicket nie był w stanie pokrzyżować planów Olafa. Zaskakuje, że wszystko jest wciąż mroczne i mrocznym pozostaje. Zaskakuje, że nie brak w tej historii rozlewu krwi, choć oczywiście trochę to ułagodzone, bo przecież jest to książka dla dzieci! Nie mniej, bez problemu utrzymuje klimat poprzednich części, a nawet jest odrobinę lepsza.
     Fajnie, że akcja toczy się w takim miejscu jak Gabinet Osobliwości. Teraz, starszym widzom przypomina to popularny serial „American Horror Story”, gdzie czwarty sezon oscylował wokół podobnych dziwadeł. Aczkolwiek... dziwadła, które pojawiają się w dziewiątym tomie „Serii niefortunnych zdarzeń” ciężko nazwać do końca dziwadłami. Bowiem ani facet, który sprawnie posługuje się obiema rękami, ani mężczyzna z garbem- nie są aż tak bardzo dziwni. Jedynie wyginająca się we wszystkie strony kobieta może być odrobinę za bardzo jak kobieta guma, ale zdecydowanie więcej dziwnych dziwności się widywało w kinie, czy w literaturze. Ciekawie prezentuje się za to afirmacja ich potrzeby akceptacji przez otoczenie. Oczywiście, przedstawione jest to w dość infantylny sposób, choć te ich przekomarzanki któż to jest większym dziwakiem są dość zabawne.
     Hrabia Olaf wciąż jest tutaj naczelnym antagonistą- to już się powoli staje nudne, ale akurat w tym tomie zszedł bardziej na boczną stronę. Nie tworzy nikczemnych spisków, bowiem to Baudelaire'owie postanowili pobawić się w przebieranki- a tak dla odmiany. W końcu... z kim przystajesz, takim się stajesz. Wszelkie knowania nie skupiają się już tylko na naszych sierotkach, bowiem działają w ukryciu, ale i tak działania ekipy Olafa wzbudzają wiele emocji i nie należą do najbardziej łagodnych w dziejach. Przedstawienie musi trwać dalej, a lwy nie mogą pozostać wiecznie głodne.
     Historia sierotek Baudelaire nabiera tempa. „Krwiożerczy karnawał” jest naprawdę pełen krwi i brutalności, choć przedstawionej w lekko ułagodzony sposób, aby dzieciaczki nie miały koszmarów po nocach. Kolejne sekrety wychodzą na światło dzienne, a nadzieje, które się pojawiają niekoniecznie muszą okazać się być płonnymi. Świetny klimat karnawału i Gabinetu Osobliwości oraz bardzo przenikliwy morał o ludzkiej dziwaczności. Bardzo fajnie skomponowane tempo akcji, wyrobione już poczucie humoru, choć nie pozbawione infantylności. W dodatku tom pozostawia czytelnika w osłupieniu, taki cliffhanger nigdy nie jest wskazany! Zaskakujący i bardzo mroczny. Oby kolejne tomy były równie dobre!

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Carnivorous Carnival / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2071-1 / Ilość stron: 314 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2002 (Świat), 2004 (Polska)