NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrada. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 listopada 2017

Książka #469: Arsen, aut. Mia Asher


   Nigdy nie sądziłam, że jakaś książka będzie potrafiła rozedrzeć mnie na strzępy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę płakać jak dziecko i tylko siłą woli powstrzymywać się od autentycznego zanoszenia się od płaczu. To niesamowite, że są powieści, które dotykają najwrażliwszych tematów, ubierają je w nasycone erotyzmem sceny, a przy okazji całkowicie obdzierają czytelnika z emocji. Właśnie ta niełatwa sztuka udała się Mii Asher, spod której pióra wyszedł „Arsen”, czyli opowieść o jednej z najbardziej nieszczęśliwych historii miłosnych, jaką miałam okazję czytać w swoim życiu.

     Poznali się we wczesnej młodości i od razu zakochali się po uszy. Teraz po 11 latach Cathy i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im jednak jednego- ukochanego dziecka, które wciąż nie chce z nim pozostać z nimi na tyle długo, aby w końcu mogli trzymać je razem w ramionach. Cathy czuje, że każde kolejne poronienie coraz bardziej oddala ją od jej ukochanego męża, więc kiedy znowu zachodzi w ciążę obawia się, że jego utrata położy kres wszystkiemu. Jednakże to co następuje całkowicie ją przerasta, a z otępienia wyrwać może ją nie jej idealny mąż, a ten drugi- niebieskooki, blond przystojniak o imieniu Arsen, który pożerał ją wzrokiem od chwili, gdy tylko się poznali.
     Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Przy lekturze „Arsena” towarzyszą nam wręcz nieustępliwie. Różnego rodzaju, o różnym natężeniu, ale jakie to były emocje. Emocje, które wyciskały łzy z oczu z niemocy, z oczekiwania, a nawet nienawiści. Łzy nad niedolą każdego z bohaterów, nawet tych, których nie darzymy do końca sympatią, a jednak wzbiera w nas litość nad nimi. Gdyby była to zwykła historia osadzona w teraźniejszości, to myślę, że nie dałaby aż takiego kopa w żebra. Owszem, opowieść o niepowodzeniach Cathy przy donoszeniu dzieci, przy poronieniach, oczywiście jak najbardziej jest przejmująca, w szczególności, gdy samemu jest się matką. Jednakże tak naprawdę to jej rozpacz i rozpacz Bena determinują całą tą tragedię. Nawet nie tyle rozpacz Bena, co miłość jaką potrafi obdarzyć Cathy nawet w tak straszliwej chwili. To jest tak piękne a zarazem bolesne, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Każda kobieta zazdrościć jej będzie takiego męża. Faceta, z którym można porozmawiać i poważnie i lubieżnie. Faceta, który będzie płonął na nasz widok, a my płonąć będziemy na jego. Faceta, który będzie się martwił i troszczył o nas w każdej sekundzie naszego życia, nawet gdy damy mu w twarz i będziemy strasznymi zołzami. Całość zyskuje na jeszcze większej tragiczności, gdy ta teraźniejszość zestawiana jest z przeszłością. Z tymi wszystkimi uroczymi chwilami, gdy Cathy i Ben się poznali, gdy doświadczali swojego pierwszego razu, zaręczali się, i tak dalej. Fascynacja tą miłością jest obezwładniająca, dlatego w obliczu dalszych wydarzeń... ciężko jest nie płakać i nie chcieć zamknąć się w samotności, aby móc przetrawić to, co ta Cathy właściwie wyprawia!
     Gdzieś pomiędzy tymi koszmarnymi dramatami rozgrywa się romans. Romans, w którym pełno jest erotyzmu, wulgarności, zachłanności i pasji. Może nawet uwielbienia. Romans, który działa niczym wybawienie, który pomaga zapomnieć, a także oddychać. To jest niesamowite ile kobiecie dać może taka odskocznie. Niekiedy może ją uratować, innym razem zniszczyć i to nie tylko osobę zdradzającą, ale przede wszystkim zdradzaną. A gdy zdradzanym jest ideał, a podejrzenia i ból, które wywołują w jego oczach, w jego twarzy... nie da się nie płakać. Co z tego, że romans jest płomienny. Co z tego, że każda kobieta zapłonie zaczytując się w tych bardzo barwnych i jakże realistycznych opisach wszystkich figlów, których Cathy doświadczała z Arsenem. Wszystko to mogłoby zachwycać, mogłoby nawet podniecać, ale co z tego... skoro przejmujemy się cały czas Benem. Skoro Cathy się nim nie przejmuje, to my musimy martwić się za nią. Nie cieszy to tak, jak powinno. Dławi nas to niemalże tak samo jak główną bohaterkę. Mnie przynajmniej dławiło. Te niesamowite wrażenia nietypowego utożsamiania się z bohaterką towarzyszyły mi przez całą lekturę. Cały ten ból, cała fascynacja, ale jednocześnie kotłująca się z tyłu głowy myśl, że to jest złe. Z jednej strony nie trudno jest zrozumieć powody Cathy, ale z drugiej... przecież Ben jest idealny! Więc jeszcze łatwiej jest ją znienawidzić, tak jak ona sama siebie nienawidzi.
    Dawno już nie zagłębiłam się w taką historię, która wywołałaby we mnie tak wiele emocji, a one pozostawałyby żywe jeszcze przez kilka dni. Zachwycające jest to jak wiele dają tej powieści powroty do przeszłości. Mia Asher buduje niesamowitą historię miłosną, idealną parę, którą pokochają wszyscy. Do tego pojawia się też ten drugi, ze swoją własną historia, z nieszczęśliwą miłością, która na swój sposób obezwładnia i jest hipnotyzująca. „Arsen” to powieść niezwykła, pokazująca całe spektrum emocji, jakie może odczuć czytelnik podczas lektury. Od zauroczenia, poprzez współczucie, aż po nienawiść do bohaterów (Cathy... dlaczego!?)- długa jest to droga, bardzo wyboista, a niekiedy ognista. Takich właśnie chwil z książką oczekuję i świecie... życzę sobie takich emocji jeszcze więcej!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!


Tytuł oryginalny: Arsen: A Broken Love Story / Tłumaczenie: Iga Wiśniewska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-39-5 / Ilość stron: 512 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2017 (Polska)

Premiera: 15 listopada 2017


sobota, 15 kwietnia 2017

Książka #440: Ironia losu, aut. Katarzyna Misiołek

 
    Pochodząca z Krakowa autorka, Katarzyna Misiołek, już od trzech powieści szarpała za nasze emocje z ogromną zawziętością. Tworząc literaturę obyczajową i sięgając po coraz bardziej zaskakujące pomysły, w końcu musiała wziąć na warsztat jeden z najbardziej intymnych sekretów ludzi, ale wciąż najczęstszy z powodów rozwodów. Jej czwarta, z kolei, powieść o tytule „Ironia losu” oferuje historię z pozoru dość lekką, ale nie pozbawioną brutalnego realizmu.
     Marzena ma z pozoru szczęśliwe i proste życie- spokojna praca, cudowny dom i kochający mąż Hubert. Jednakże tylko z pozoru, bowiem bardzo często daje sobie zachwiać tę równowagę, gdy ukradkiem wymyka się na spotkanie ze swoim młodym kochankiem, dzięki któremu czuje się pożądana. Powoli dystansuje się od znajomych, a także i zapracowanego w szpitalu męża. Do czasu, gdy drzwi obok wprowadza się nowa sąsiadka- młoda i piękna Patrycja. Dzięki niej kobieta uzmysławia sobie co może stracić, choć wciąż nie może odpuścić sobie adrenaliny, którą dają jej potajemne schadzki z Jackiem.
     Jeszcze nigdy powieść Katarzyny Misiołek nie wprawiła mnie w taką konsternację. A przecież znam każdą jej książkę! Każdą jedną historię. I choć poznałyśmy się, gdy dotykała bardzo osobistego dla mnie tematu, tak tym razem poszło to o krok dalej- tym razem nie potrafiłam zrozumieć tej historii, a właściwie- zachowania głównej bohaterki, Marzeny. Tematyka zdrady zawsze jest bardzo śliska. W każdym kręgu, także czytelniczym, znajdzie się osoba zdradzona, zdradzana bądź znająca takie osoby. Jest to tak powszechny temat, że aż dziwnie błahy. Można nawet podejrzewać, że co drugie małżeństwo kończy się rozwodem z tego powodu. I choć da się zrozumieć dreszczyk emocji towarzyszący tajemnicy, schadzkom, czy nawet ryzyku nakrycia, tak aż takiego uzależnienia jakie pokazywała Marzena, już niekoniecznie. Zaniedbane kobiety popełniają głupstwa. Zaniedbani mężczyźni popełniają głupstwa. Rzadko z takich głupstw da się stworzyć coś dobrego, realnego i szczerego. Oczywisty jest więc finał wydarzeń w powieści, choć można było jeszcze bardziej „pojechać po bandzie”. Sięgnąć po naprawdę mroczny akcent ludzkiej psychiki. Pozostaje nam zaczytywać się w rozdartej duszy Marzeny i patrzeć jak z każdą kolejną stroną zatraca się w swoim kłamstwie trując nim wszystkich wokół.
      Autorka słynie jednak z nieoczywistych rozwiązań i sama przyznaje, że jej powieści nigdy nie kończą się w banalny sposób- czyli typowym happy endem dla romansów. Jednakże z „Ironią losu” to już lekka przesada. Oczywiście, fajnie, że historia rozwija się w wielu kierunkach, że nie skupia się jedynie na moralnych dylematach Marzeny. Autorka bardzo zgrabnie rozprawia się z mentalnością małych społeczeństw i wścibstwem sąsiadów, dając tym drugim pstryczka w nos i pokazując, gdzie jest ich miejsce. Dobrym pomysłem jest też poświęcenie uwagi drugiej istotnej postaci tej powieści, jaką jest Patrycja. To ona przyjmuje cios uformowany z ludzkiej obsesji, który powinien uderzyć w jej najlepszą przyjaciółkę- wtedy byłoby jeszcze dramatycznie. Jednakże to właśnie ona wnosi do historii spory bagaż doświadczeń więc i dostarcza wielu emocji.
      Patrząc na wielopłaszczyznowość najnowszej powieści Katarzyny Misiołek ciężko jest zrozumieć tak zaskakujący jej finał. Z jednej strony nieoczywistości są tu oczywiste, ale z drugiej... motyw ten pojawił się praktycznie znikąd. Nie mówiąc już o pokracznym zachowaniu Marzeny, która do tej pory wydawała się być względnie stabilna emocjonalnie, a przynajmniej psychicznie. Trochę zaburza to cały wizerunek tej postaci wykreowany przez te 400 stron. Nie do końca wykorzystany został również potencjał Jacka. Mógł być tutaj naprawdę ciekawą postacią, a poza drobnymi incydentami pozostał jedynie dosłowną odskocznią od najistotniejszych kwestii tej historii i głównych problemów Marzeny. Szkoda.
     Zazwyczaj kończąc lekturę pióra Katarzyny Misiołek rozpływam się w zachwytach. Za każdym razem uderzała w samo sedno, a książka wydawała się opowiadać moją własną historię. Jednakże „Ironia losu” oferuje coś zupełnie innego, daje możliwość wejścia w psychikę kobiety zdradzającej i tym jak próbuje żyć z tak przytłaczającym sekretem. Autorka porusza temat tak osobisty, że aż prosiło się, aby pokazać go właśnie od tej strony. Dobrze jednak, że nie jest to jedyny wątek w tej powieści. Znajdziemy tutaj elementy obsesyjnej miłości, skrajnej rozpaczy, a nawet i kobiecej przyjaźni. Szkoda tylko, że niektóre z wątków potraktowane są po macoszemu. Pojawiając się tylko po to, aby wypełnić historię, być dopowiedzeniem dającym pewną ciągłość fabularną, ale nie będącym na tyle frapującym, aby zakończyć go we właściwy sposób. I choć wciąż jestem rozdarta- nawet po kilku dniach od lektury, i choć jestem zaskoczona finałem, jego nieoczywistym pojawieniem się, i choć wciąż nie do końca rozumiem dlaczego, to jednak spędziłam przyjemne chwile podczas potajemnych schadzek z tą książką.


Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa MUZA!

muza.com.pl


Tytuł oryginalny: Ironia losu / Redakcja: Małgorzata Bułakiewicz / Wydawca: MUZA / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-287-0570-8 / Ilość stron: 416 / Format: 130x200mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 2 sierpnia 2011

798. Nowszy model, reż. Bart Freundlich

Oryginalny tytuł: The Rebound
Reżyseria: Bart Freundlich
Scenariusz: Bart Freundlich
Zdjęcia: Jonathan Freeman
Muzyka: Clint Mansell
Kraj: USA
Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera światowa: 16 września 2009
Premiera polska: 16 października 2009
Obsada: Catherine Zeta-Jones, Justin Bartha, Joanna Gleason, Lynn Whitfield, Jake Cherry

    Filmów romantycznych mamy pod dostatkiem, zarówno w kinie, jak i na DVD, o telewizji już nie wspominając. Wszystkim przejadły się już cukierkowe historyjki, kiedy to dwoje zakochanych nastolatków niczego nie widzi poza czubkiem własnego nosa. Jednakże pomiędzy nimi znajdują się także inne opowieści, tak jak ta przedstawiona przez reżysera  Barta Freundlicha w filmie „Nowszy model”.

wtorek, 21 grudnia 2010

735. Gwiezdne Wojny. Część V: Imperium kontratakuje, reż. Irvin Kershner

Oryginalny tytuł: Star Wars. Episode V: The Empire Strikes Back
Reżyseria: Irvin Kershner
Scenariusz: Lawrence Kasdan, Leigh Beckett  
Zdjęcia: Peter Suschitzky  
Muzyka: John Williams  
Kraj: USA  
Gatunek: Sci-Fi / Przygodowy  
Premiera światowa: 21 maja 1980  
Premiera polska: 04 kwietnia 1997  
Obsada: Mark Hamill, Harrison Ford, Carrie Fisher, Frank Oz, Billy Dee Williams, Kenny Baker, Anthony Daniels, Peter Mayhew, David Prowse
              


    Po ogromnym sukcesie jakim okazała się produkcja George`a Lucasa „Gwiezdne Wojny”, postanowiono kontynuować tą niesamowitą kosmiczną przygodę. Tym razem  to nie Lucas, a Irvin Kershner zajął się reżyserią , natomiast nad całością czuwała wytwórnia Lucasa. Pomimo licznych problemów, do których można zaliczyć pożar jednego ze studiów opóźniających kręcenie filmu, „Imperium kontratakuje” miało swoją premierę na trzy lata od „Nowej nadziei”. Nie przeszkodziło mu to jednak w odniesieniu podobnego sukcesu określonego poprzez zgromadzenie licznych nominacji do nagród, a także kilku Oscarów. 
    Kilka lat po zniszczeniu najpotężniejszej broni Imperium – Gwiazdy Śmierci, Imperator wraz z Darthem Vaderem (David Prowse) wciąż prowadzą okrutną politykę sprawowaną nad Galaktyką. Odnajdują także siedzibę Rebeliantów dowodzoną przez Luke`a Skywalkera (Mark Hamill), którzy skryli się na mroźnej planecie Hoth. W związku z tym młody Luke musi uciekać z planety, a po wiadomości wysłanej przez Obi-Wana Kenobiego (Alec Guinness) udaje się do układu Degobah, gdzie podejmuje nauki u mistrza Jedi – Yody (Frank Oz). W międzyczasie Han Solo (Harrison Ford) wraz z księżniczką Leią (Carrie Fisher) oraz Chewbaccą (Peter Mayhew) lecą na planetę Bespin, gdzie proszą dawnego przyjaciela Hana- Lando (Billy Dee Williams) aby naprawił ich uszkodzony statek. Nie zdają sobie sprawy z tego, że na miejscu już jest Lord Vader mający w zanadrzu sprytny plan sprowadzenia na planetę Luke`a. Podczas treningu z Yodą Luke poznaje przyszłość, w której widzi swoich przyjaciół w niebezpieczeństwie. Dlatego też czym prędzej leci im na ratunek. 
    „Imperium kontratakuje” jest kontynuacją „Nowej nadziei”, w której widz dowiaduje się wielu istotnych szczegółów o losie Luke`a Skywalkera. Oczywiście, jest to nowością tylko wtedy, gdy ktoś rozpoczął oglądanie sagi od starej trylogii, a nie nowej, bo w innym przypadku te informacje nie będą dla niego żadnym zaskoczeniem. Dlatego też sam dialog, który odbywa się pomiędzy Vaderem a Luke`iem był trzymany w ścisłej tajemnicy. Tylko Lucas, reżyser i producenci znali prawdę, a scenariusz był stworzony tak, żeby nawet sam Vader, któremu głos podkładał James Earl Jones, nie znał prawdy. Wiadomość była dość wstrząsająca i stanowiła, jak gdyby punkt kulminacyjny całej historii. Nie mniej przez cały film dzieje się całkiem sporo. W pewnym momencie historia rozdziela się na dwoje, tak jak rozdzieleni zostają bohaterowie filmu. Z jednej strony mamy Luke`a, który pobiera nauki u Yody w układzie Degobah. Te wydarzenia napełnione są humorem ze względu na nieudane próby opanowania mocy przez Luke`a. Ponadto poznajemy niezwykłą postać jaką jest mistrz Yoda. Jest to pierwszy film (nie licząc tych nowych), w której pojawia się ta postać, a jego twórcy bazowali na obliczu Alberta Einsteina. Jego niezwykłość objawia się także w oryginalnym sposobie porozumiewania się. Nie mówi bowiem poprawną angielszczyzną, a przestawia szyk zdania, zamieniając miejsce podmiotu z orzeczeniem. Nadaje to postaci fantastyczny charakter. Z drugiej zaś strony mamy wydarzenia, które towarzyszą ekipie Hana Solo. Tutaj także nie brakuje humoru, jednakże twórcy w tym miejscu skupili się na bardziej dynamicznym punkcie filmu, czyli akcji. Widzimy bowiem liczne strzelaniny w kosmosie, a także ucieczki. Dalsza część wydarzeń, po dotarciu na planetę Bespin, również jest bardzo wystrzałowa, ale nie zabraknie także melodramatyzmu, który niemalże ciśnie łzy do oczu. Dzięki takiemu rozstrzałowi wydarzeń twórcy nakręcili wielowątkową historię, która skupia się ponownie w jednej scenie. Sprawia to, że film jest zaskakujący (oczywiście, nie jeżeli ogląda się go po raz 20sty), a przede wszystkim dynamiczny.
    Sporym atutem filmu, czego oczywiście można się spodziewać, jest jego strona wizualna oraz dźwiękowa. Spece od efektów specjalnych, a także dźwięków spisali się rewelacyjnie. Nie szczędzono także środków, i tak jak Lucas przy pierwszym filmie starał się zmieścić w budżecie, tak Kershner postanowił przekroczyć go o 10 milionów. Jednakże nakłady te się opłaciły, gdyż efekty pracy zaowocowały uznaniem krytyków. Ekipa od efektów najbardziej skupiała się na jak najlepszym zaprezentowaniem świata kosmosu i licznych starć szturmowców i innych pojazdów latających. Wyglądało to naprawdę dobrze jak przystało na tamte czasy. Zdarzały się jednak sceny, które wyglądały tak dobrze, jak gdyby nakręcane były zaledwie przed kilkoma laty. Chodzi tutaj głównie o ujęcia Miasta w chmurach, które powalało na kolana. Pod tym względem nie można produkcji niczego zarzucić. Tak samo jak przy „Nowej nadziei”, tak i w „Imperium kontratakuje” dźwiękowcy poszaleli przy tworzeniu różnego rodzaju odgłosów. I tak przykładowo dźwięk poruszającego się R2-D2 stworzono poprzez nagranie odgłosów opuszczania szyby samochodowej, a otwierające się drzwi promu Vadera to tak naprawdę dźwięk zatrzaskujących się krat w celach więzienia Alcatraz. Ponownie przy filmie można zwrócić uwagę na niesamowite kostiumy, które, tak jak przy „Nowej nadziei”, stworzył Mollo ze swoją ekipą. Do filmu użyto aż 8 kostiumów R2-D2, a także 16 różnych strojów dla Luke`a.
    Obsada do filmu pozostaje niezmieniona. Ponownie zobaczymy Marka Hamilla w roli Luke`a Skywalkera a także Carrie Fisher jako Leię Organę, którzy coraz lepiej radzą sobie na ekranie ze swoimi postaciami. Bez zmian pozostała także postać Hana Solo, którym ponownie został Harrison Ford. On sam chciał jednak, aby był to jego ostatni występ w trylogii. Dalej pozostał niezmienionym, zabawnym i zadziornym facetem z „Nowej nadziei”. W filmie pojawia się także  kilka nowych postaci. Do jednej z nich zalicza się Lando Calrissian, czyli Billy Dee Williams. Zaskakujące jest to, że to on miał początkowo zagrać Hana Solo. Tak jednakże przypadła mu w udziale epizodyczna rola, w dodatku dość kontrowersyjna. Nie mniej zagrana bardzo dobrze. Jednakże prawdziwy sukces w filmie zdobył Frank Oz, który nie tylko podkładał głos do Yody, ale całkowicie operował jego lalką. Lucas był taki zachwycony jego pracą, że wydano tysiące dolarów na ogłoszenia, by Oz otrzymał nominację do Oscara dla aktora drugoplanowego. Ich plany jednak spaliły na panewce, ale Yodę i tak pokochały miliony o czym świadczyć może jego zaszczytne miejsce wśród najfajniejszych postaci filmów science fiction.
    „Imperium kontratakuje” to kolejna bardzo udana pozycja na liście twórczości Lucasa. Ponownie przyniosła duże dochody dla wytwórni, pomimo dużego nakładu finansowego. Nie ma się jednak co dziwić, że saga wciąż przyciąga widzów przed ekrany. Jest to bowiem prosta historia odwiecznej walki dobra ze złem, która urozmaicona jest w niebywały sposób. „Imperium kontratakuje” to kolejny film z serii kultowych „Gwiezdnych Wojen”, który zaskakuje, bawi humorem, a także stanowi idealną rozrywkę. Zachwyca muzyką, a także efektami, a wszystko to dostępne dla całej rodziny.

wtorek, 14 grudnia 2010

713. Niewierna, reż. Adrian Lyne

Oryginalny tytuł: Unfaithfull
Reżyseria: Adrian Lyne  
Scenariusz: William Broyles Jr., Alvin Sargent
Zdjęcia: Peter Biziou  
Muzyka: Jan A.P. Kaczmarek  
Kraj: USA / Niemcy / Francja  
Gatunek: Dramat  
Premiera światowa: 10 maja 2002  
Premiera polska: 12 lipca 2002  
Obsada: Diane Lane, Richard Gere, Erik Per Sullivan, Olivier Martinez, Michelle Monaghan, Chad Lowe


    Niewierność to zjawisko, które dotknąć może każdego z nas. Zjawisko, którego dopuszczają się tak samo mężczyźni, jak i kobiety. Nic więc dziwnego, że często jest ona tematem filmów. „Niewierna” jest tego idealnym przykładem, w szczególności, że jest to remake filmu z 1969 roku pt. „Niewierna żona” Claude Chabrola. Współczesna wersja wyreżyserowana została przez Andriana Lyne („Niemoralna propozycja”, „Lolita”), który (patrząc na jego wcześniejsze dzieła) nie gustuje w produkcjach dla najmłodszych widzów. Jego filmy to dojrzałe, pełne emocji obrazy, które albo się kocha, albo nienawidzi. Ja wiedziałam na co się piszę, było ciężko, ale dotrwałam do końca.
       Edward i Connie Sumnerowie (Richard Gere, Diane Lane) to szczęśliwe małżeństwo z synem imieniem Charlie. Pewnego dnia ma miejsce straszliwa wichura, która sprawia, że Connie wracając z zakupów przypadkowo wpada na urokliwego Francuza Paula Martela (Olivier Martinez). Paul widząc, że kobieta obdarła sobie nogi proponuje jej pomoc. Od razu przypadają sobie do gustu i Connie nie ma żadnych oporów, żeby znowu spotkać się z Paulem. Jednakże napięcie, które się między nimi wywiązuje powoduje, że kochająca żona zdradza swojego męża z o wiele młodszym Paulem. Pomimo tego, że krzywdzi swoją rodzinę nie może oprzeć się namiętności. Niestety jej mąż zaczyna coś podejrzewać i wtedy wynajmuje prywatnego detektywa, który odkrywa zdradę Connie. Wkrótce wszyscy pożałują, że tamtej wichury Connie znalazła schronienie w domu Paula.
    Sam tytuł w zasadzie ilustruje nam jaki gatunkowo będzie ten film. Dlatego nie dziwiło mnie, gdy na ekranie zobaczyłam śmiałe sceny erotyczne, co sprawia, że film ten nie jest przeznaczony dla osób poniżej 18 roku życia. Nie powinno dziwić także to, że postanowiłam obejrzeć ten film z moim przyszłym mężem. Nie wiem czemu, ale potem lubię dyskutować z nim o tym co oglądamy, dlatego zawsze wybieram produkcje, które skłaniają do myślenia nawet jego mózg. Jakby nie było to „Niewierna” porusza dość istotny problem i zmusza do zadania podstawowego pytania dlaczego kobiety zdradzają swoich mężów, lub po prostu dlaczego w ogóle dochodzi do zdrady. Szkoda, że w tym filmie nie dostajemy odpowiedzi na to pytanie, ale wiemy przynajmniej jak wygląda doskonałe małżeństwo i jakie mogą być konsekwencje zdrady. Film ten jest niezwykle poruszający, a momentami nawet i przerażający.
    Pomysł na film jak dla mnie idealny. W sumie można było się domyśleć zakończenia tego filmu, gdyż takie rzeczy zawsze się kończą tak jak się kończą, czyli tak, że ktoś cierpi, ale kto by pomyślał, że aż do tego stopnia. Ciekawe to było. W sumie przez większość czasu myślałam, że będzie to zwykły erotyk z elementami dramatu. No i oczywiście do pewnego momentu tak było, do momentu, gdy mąż nie poznaje prawdy.  Z jednej strony problem zdrady, z drugiej znowu problem z wybaczeniem zdrady i próba poradzenia sobie z tym faktem. Nigdy nie wiemy jak się zachowamy, póki sami tego nie doświadczymy. Podobało mi się to, że w sumie nie dostajemy recepty na to jak się zachować w takiej sytuacji, ale wiemy jak się nie zachowywać. Oczywiście Edward wybiera najgorszy z możliwych sposobów. Mnie tym osobiście przeraził, bo myślałam, że w ogóle co innego się stanie, a tutaj szok. Przyznam autentycznie, że byłam zaskoczona tym, że zostałam zaskoczona przez twórców, a jak wiecie trudno to zrobić. To mi się podobało najbardziej. W dodatku ten element napięcia. Od tej pory wszystko było bardzo takie… no takie. Były kłótnie i wizyta policji. Wszystko to było naprawdę przejmujące. Najbardziej jednak podobało mi się zachowanie Connie – oczywiście nie mówię o zdradzie tylko to co miało miejsce później. No i wtedy nasuwa to pytanie: czy wybaczyć zdradę takiej kobiecie? Mój mężczyzna by nie wybaczył, wiem bo zapytałam.
    Przez cały film panowała niesamowita atmosfera. No ja zresztą bardzo szybko wkręcam się w podobne filmy, a ich klimat najbardziej mi odpowiada, w szczególności, gdy oglądam je z Nim (;*).  Muzyka była niesamowita. Kto by pomyślał, że takie brzmienia polubię, ale prawda jest taka, że często zdarza mi się słuchać muzyki klasycznej i co nieco wpada mi w ucho. W tym filmie usłyszymy coś podobnego, nie tylko instrumentalne wykonania, ale także i ciekawe wokale. Bardzo ładnie to wszystko współgrało.
    Tytułową niewierną zagrała Diane Lane, która za rolę Connie została nawet nominowana do Oscara. Kto by pomyślał, że za takie role przyznają Oscary, no ale nagrody nie dostała. Czy była dobra? To na pewno. Idealnie zagrała emocje, chociaż przyznam się szczerze, że momentami to nie wiedziałam czy ona płacze z radości, czy z rozpaczy, ale być może te wszystkie emocje kłębiły się w niej na raz. Poza tym wystąpiła nago. Nie wstydziła się ani tego, ani scen erotycznych ze swoim ekranowym kochankiem. Bardzo dobrze zagrana postać. Jej kochankiem został Oliver Martinez. Pokonał na castingu samego Brada Pitta oraz Ryana Phillipe. No, ale to sprawa tej kwestii, że jest on Francuzem, a takiej narodowości w końcu został Paul. Mnie osobiście nie wydaje się być on przystojny- taki nie mój typ. Myślę jednak, że idealnie zagrał tą rolę i teraz nie widzę w niej nikogo innego poza nim. Męża Connie – Edwarda, zagrał Richard Gere. Po pewnym czasie stwierdziłam, że ta rola jest dość żenująca, ale nie ważne. Cicha woda brzegi rwie. Jego postać nie przypadła mi do gustu, ale Richard dawał z siebie wszystko i to mi się podobało. Ogólnie nie mam zastrzeżeń do obsady, ani do gry aktorskiej. Wszystko to tworzyło jedną spójną całość i miło się na nich patrzyło.
    „Niewierna” wydaje się być filmem, który wypada obejrzeć. Nie jest to jednakże pozycja obowiązkowa. Myślę, że produkcja ta ma zarówno masę zwolenników, jak i przeciwników, czego przykładem jestem ja i mój ‘mąż’. Myślę jednak, że jest to ciekawa historia przedstawiona w dość intrygujący sposób. Odważne sceny zamiast żenować mają w sobie jakąś taką magię. Z pewnością jest to film, który na długo zostanie w mojej pamięci i bądź co bądź zasługuje na te dwie godziny uwagi, ale tylko wtedy, gdy masz skończone 18 lat.

712. Kobiety, reż. Diane English

Oryginalny tytuł: The Women
Reżyseria: Diane English  
Scenariusz: Diane English, Clare Boothe Luce  
Zdjęcia: Anastas M. Michos  
Muzyka: Mark Isham  
Kraj: USA / Wielka Brytania  
Gatunek: Dramat / Komedia  
Premiera światowa: 04 września 2008  
Premiera polska: 10 października 2008  
Obsada: Meg Ryan, Annette Bening, Eva Mendes, Debra Messing, Jada Pinkett Smith, Bette Midler, Candice Bergen 


    „Kobiety” jest to film zrobiony przez kobietę, o kobietach i dla kobiet. Jest to remake przygotowany przez Diane English, dla której jest to debiut reżyserski, filmu z 1939 roku, który wyreżyserowany został przez mężczyznę (!) George`a Cukor`a. Pomimo tego, że tym razem za kamerą stanęła kobieta to film nie wzbudził aż tak dużego entuzjazmu jak film Cukora (hipoteza postawiona na podstawie ocen filmwebu). W filmie tym wystąpiły same gwiazdki od Annette Bening na Meg Ryan kończywszy i możecie być pewni, że w trakcie oglądania filmu nie zobaczycie ani jednego faceta.
    Mary Haines (Meg Ryan) jest szczęśliwą mężatką. Ma także grono sprawdzonych i dobrych przyjaciółek, z których każda jest inna. Alex jest lesbijką (Jada Pinkett Smith), Edie (Debra Messing) to istna fabryka do robienia dzieci, a Sylvia (Annette Bening) to piękna i zabiegana redaktor naczelna jednego z popularnych magazynów. Gdy pewnego dnia Sylvia wybiera się na manicure trafia do Tany`i, która zdradza jej szczegóły pikantnego romansu jej przyjaciółki Crystal (Eva Mendes) z żonatym mężczyzną. Ku ogromnemu zaskoczeniu Sylvi okazuje się być nim nie kto inny jak sam mąż jej najlepszej przyjaciółki- Steven. Sylvia i Edie postanawiają jednak trzymać to w tajemnicy przed Mary. Pech chce, że Mary w poczekaniu na fryzjera także wybiera się do Tany`i  i niestety dowiaduje się o romansie swojego męża. Za radą swojej matki postanawia jednak nic mu nie mówić o tym i wyjeżdża na kilka dni wraz z córką- Molly. W międzyczasie jej przyjaciółki nie mają zamiaru stać bezczynnie i wybierają się do SAKS`a, w którym to kochanka Stevena sprzedaje perfumy. Są zaskoczone jej widokiem, ale i tak stawiają sprawę jasno. Niestety, Crystal nie ma zamiaru opuszczać Stevena. Po powrocie i rozmowie z mężem, Mary decyduje o rozwodzie. Okazuje się jednak, że nabranie dystansu do wszystkiego ma na nią zbawienny wpływ.
    Kiedy rozpoczęłam seans tego filmu nie wiedziałam dokładnie czego się spodziewać. Miałam jedynie zarysowany ogólny obraz tego filmu. Dopiero pod koniec filmu, dosłownie w ostatnich minutach zdałam sobie z czegoś sprawę: „czy mnie się wydaje, czy w tym filmie nie było żadnego faceta?”. Oczywiście nie wydawało mi się. Jak się okazuje filmowcy zadbali o to, aby na planie filmu nie było żadnych mężczyzn, nawet kiedy kręcono film na mieście. Dlatego też jest to typowo babskie kino obrazujące wszelkie uczucia jakie miotają kobietami. Wszystko przedstawione było w dość zabawny i ciekawy sposób. Dobrze wiem, że po raz setny mam zdanie inne od pozostałych ludzi na ziemi, ale nic nie poradzę, że film mi się spodobał.
    Oczywiście nie jest to film najwyższych lotów, no ale tego się raczej nikt nie spodziewał zasiadając do tego filmu. Ja czekałam na przyjemny film i ku mojemu zaskoczeniu taki właśnie dostałam. Było to zupełnie coś innego niż totalna klapa pod tytułem „W świecie kobiet”. Tym razem się nie nudziłam, ale to może była sprawka mojej latte macchiato. W każdym bądź razie fabuła jest dość banalna. Typowy film o zwyczajnym życiu wśród pięknych i bogatych, ale i nie tylko. Przedstawiono uczucia kobiet, które towarzyszą każdej kobiecie na pewnym etapie życia- uczucie zdrady (to może akurat każdemu nie towarzyszy), poczucie odrzucenia, kłótnia z przyjaciółką, narodziny dziecka, odnoszenie sukcesów, itp. Można tutaj wymieniać i wymieniać. Trudno nie przyznać, że większość tych zdarzeń nie miałaby miejsca, gdyby nie pewien czynnik determinujący te zjawiska, czyli plotka, bo przecież czyż nie byłoby lepiej (?) gdyby Mary nigdy nie dowiedziała się o zdradzie męża? No oczywiście, że nie byłoby lepiej, ponieważ przynajmniej mogła podjąć odpowiednie środki, aby idealnie ukierunkować niewiernego męża. Niestety w tej kwestii film był przewidywalny. To może nauczyć jedynie tego, że najlepsza przyjaciółka wiedząc o tym, że mąż zdradza jej przyjaciółkę, powinna jej o tym powiedzieć. Ja przynajmniej chciałabym wiedzieć. Inną stroną medalu jest to do czego może się posunąć kobieta, aby dopiąć swego. Nie będę tutaj usprawiedliwiała Sylvi za to co zrobiła Mary, ale chciałabym się bardziej skupić na Crystal, bo to ona jest sprawczynią całego tego zajścia (tak wiem, mówiłam wcześniej o plotce- zapomnieć!). Niektóre kobiety nie mają skrupułów przed zabieraniem innym kobietom mężów. Mogłyby się zastanowić nad tym czy później one też nie zostałyby przez nich zdradzone. No, ale nie osądzam.
    W głównej roli zagrała Meg Ryan. Kobieta, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest piękna, trochę ma zakręcone włosy w tym filmie, a potem całkowicie jej prostuje. W których jej lepiej? Myślę, że proste. Pod względem aktorskim… e, no cóż, ja tam się nie przyczepiam. Ona zresztą zawsze ma taką pewną swoją manierę i ja już przywykłam. Jej najlepszą przyjaciółkę od czasów liceum została Annette Bening. Dość ciekawa postać, taka surowa, a jednocześnie niezwykle sympatyczna. Największym wrogiem Meg stała się sama Eva Mendes. Nic dziwnego, że to właśnie ją wybrali do tej roli. Uważam, że jest niesamowicie piękna i zgrabna. Gdybym mogła zamienić się z kimś na ciało to właśnie z nią. Grała jednak raczej poniżej przeciętnej, no ale przecież nie miała się w czym wykazać jak pojawiła się może w 4 scenach. W filmie wystąpiły także Debra Messing, która niesamowicie mnie bawiła oraz Jada Pinkett Smith, która wyglądała jakby jej lifting nie wyszedł. Ta wspaniała piątka została wyróżniona nominacją do Złotej Maliny. Osobiście nie rozumiem dlaczego tak się stało. Uwierzcie mi-widywałam gorsze wystąpienia (przykł. Kristen Stewart i Edward Pattison „Zmierzch”). Oprócz nich w filmie mogliśmy zobaczyć także takie znane twarze jak Candice Bergen oraz Bette Midler. Obie były fajne, ale jednak lepsze wrażenie zrobiła na mnie Bergen.
    Moje zdanie zawsze różni się od opinii innych. Jednakże to nie znaczy, że ja się nie znam, czy wy się nie znacie, czy oni się nie znają, każdy woli co innego. Mnie ten film bardzo się spodobał. Uwierzcie- sama byłam zaskoczona, dlatego możecie podnieść już swoje szczęki z podłogi. Odkryłam w filmie dużo humoru oraz wiele rzeczy, które sama chciałabym mieć, a niestety nie mam (nie mówię o rzeczach materialnych). Film wywołuje we mnie pozytywne uczucia, w związku z czym chyba nie może być aż taki zły. Jest to film przyjemny i lekki, i wydaje mi się, że z założenia taki właśnie miał być.       


711. The Social Network, reż. David Fincher

Oryginalny tytuł: The Social Network
Reżyseria: David Fincher  
Scenariusz: Aaron Sorkin  
Na podstawie: powieści Bena Mezricha "The Accidental Billionaires: The Founding of Facebook, A Tale of Sex, Money, Genius, and Betrayal"  Zdjęcia: Jeff Cronenweth  
Muzyka: Trent Reznor, Atticus Ross
Kraj: USA  
Gatunek: Dramat  
Premiera światowa: 24 września 2010  
Premiera polska: 15 października 2010  
Obsada: Jesse Eisenberg, Andrew Garfield, Justin Timberlake, Max Minghella, Rooney Mara 

    Przed wieloma laty niewielu ludzi słyszało o Internecie, dziś - gości on niemalże w każdym domu. Wraz z rozwojem sieci internetowej zaczęły rozwijać się również portale społecznościowe. Jednym z nich jest Facebook, który w swoich zasobach ma już ponad 500 milionów użytkowników z całego świata. To właśnie ten portal, a w zasadzie początki jego powstania i twórcy stają się tematem powieści Bena Mazricha, która w 2009 roku stała się bestsellerem. Z kolei rok później na ekrany światowych kin zawitała ekranizacja owej powieści w reżyserii Davida Finchera ("Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", "Siedem"), która dla fanów Facebooka stanowi idealne źródło informacji o portalu, a dla osób go nieznających - genialną reklamę i zachętę do skorzystania z niego.
    Student informatyki na prestiżowym Harvardzie - Mark Zuckerberg (Jesse Eisenberg), pewnego chłodnego wieczoru zostaje porzucony przez swoją dziewczynę (Rooney Mara). Nie rozumiejąc do końca jej motywów postanawia się zemścić i miesza ją z błotem w sieci na swoim blogu. Wpada wówczas na genialny pomysł. Włamuje się do sieci studenckiej i tworzy portal, na którym studenci mogą porównywać studentki między sobą. Strona cieszy się taką popularnością, że serwer uczelniany pada w ciągu dwóch godzin. Po tym wydarzeniu żeńska część uczelni nie kryje się z nienawiścią do Marka, a ten sam staje przed komisją uczelnianą, aby odpowiedzieć za włamanie do sieci. Nie wszyscy jednak są przeciwko Markowi. Dwaj bracia bliźniacy - Winklevoss (Armie Hammer, Josh Pence), wraz ze swoim kumplem - Turnerem (Max Minghella), chcą stworzyć najlepszy portal społecznościowy w kampusie. Proszą Zuckerberga o pomoc, nie zdając sobie sprawy z tego, że ten wpada na inny pomysł i wchodzi w spółkę ze swoim najlepszym przyjacielem - Saverinem (Andrew Garfield). Kiedy w sieci pojawia się portal thefacebook.com zaczyna się on cieszyć ogromną popularnością, także wśród sponsorów, powodując rozszerzanie się działalności portalu na cały świat. Niestety, powoduje także masę problemów z ludźmi, którzy ubiegają się o swoje przywileje.
    Filmy powstałe na historiach z życia wziętych zawsze będą interesowały kinomanów bez względu na to czy będą to przerażające horrory oparte na pewnym fragmencie historii, czy bajeczne i historyczne produkcje opowiadające o czasach za rządów znanych królów i władców. Co innego jeżeli chodzi o filmy obyczajowe i dramatyczne, które często stają się biografiami opowiadającymi o życiu konkretnych ludzi. "The Social Network" należy właśnie do tej kategorii, a przez to, że historia procesów i wielu różnych problemów kręci się wokół głównego punktu jakim jest portal społecznościowy zrzeszający ludzi na całym świecie przykuwać może uwagę każdego. Fabuła filmu porusza bardzo wiele aspektów z codziennego życia - chociaż może nie każdego może to spotkać, gdyż nie każdy ma szansę zostania założycielem takiego portalu jak Facebook. Wszystkie te elementy wyróżniane są poprzez poszczególne postacie pojawiające się w tym filmie. Mamy wobec tego Marka Zuckerberga - bezapelacyjnego geniusza, który musi walczyć z odosobnieniem. Do tego dochodzi także jego arogancja, a także to jaki może być bezwzględny nawet wobec własnych przyjaciół. Z drugiej strony mamy jego jedynego przyjaciela, który zostaje współzałożycielem Facebooka. On wykłada kasę i on ma szukać sponsorów. Niestety, prezentuje też drugą stronę medalu jaką jest bycie ofiarą oszustwa i pozostanie z niczym. Jest również postać Seana Parkera - założyciela Napstera, który co rusz ma problemy z prawem, w szczególności jeżeli chodzi o nielegalne posiadanie narkotyków. Twórcy starali się pokazać również prestiż takiej uczelni jaką jest Harvard poprzez wprowadzenie braci Winklevoss. Dżentelmeni w każdym calu, którzy wierzą w dyplomację i zasady fair play. Każda z tych postaci reprezentuje sobą coś zupełnie innego. Każda została wyraźnie wyodrębniona. Dla większości jednak może to nie wystarczyć. Bardziej wymagający widz stwierdzi, że przeplatanie początków powstania Facebooka z dalszymi rozprawami, które mają miejsce już po zebraniu sporej ilości użytkowników może okazać się nużące a wręcz męczące. Jednakże dla ludzi, którzy znają i poruszają się po tym portalu będzie to prawdziwa gratka, gdyż mogą poznać twórców ich ulubionego portalu i zobaczyć jego niechlubne początki. Każdy przekonać się może, że za wielkim sukcesem stoi także wielka odpowiedzialność. Cała historia zostaje opowiedziana w ciekawy sposób, w sposób inteligentny, a przede wszystkim zabawny. Co prawda ciężko jest nadążyć za tokiem rozumowania głównego bohatera, ale tylko geniusz zrozumie geniusza i za nim nadąży, a widzom pozostaje się tym jedyne zachwycać.
    Fabuła filmu zostaje bardzo zgrabnie dopełniona poprzez pracę kamery Jeffa Conenwetha, który już nie raz współpracował z Fincherem przy jego filmach. Niekiedy zastosowane zostały bardzo ciekawe ujęcia, jak choćby podczas mistrzostw w wioślarstwie. Jego praca stworzyła niepowtarzalny klimat, który wciąga bez końca. To samo można by powiedzieć o muzyce Reznora i Atticusa Rossa wspaniale uzupełniającej cały obraz.
    Oprócz niepowtarzalnej fabuły napisanej przez samo życie na sukces filmu składa się także obsada, która została idealnie dobrana do kluczowych postaci dla istnienia Facebooka. Najważniejsza rola - założyciela, młodego milionera, geniusza i zdrajcy w jednym - Marka Zuckerberga, przypadła w udziale Jessemu Eisenbergowi. Młody aktor rewelacyjnie wczuł się w postać, gdyż po prostu nią został. Stał się Zuckerbergiem w każdym calu - jego wygląd, jego maniera i jego geniusz, wszystko to wyglądało niezwykle i zaskakująco naturalnie, jak gdyby mówił tak na co dzień, a nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Wymarzona kreacja, która przynieść mu może zasłużoną w pełni chwałę. Gdy w czołówce pojawia się nazwisko Justina Timberlake`a cała sala kinowa wymienia się dziwnymi spojrzeniami i słychać delikatne pomrukiwania. Wszyscy są zaskoczeni jego obecnością w tym filmie, a także jego postacią. Jest to bowiem postać budząca kontrowersje - dla jednych jest to wcielenie uroku i genialnego podejścia do ludzi, a dla innych będzie to odzwierciedlenie człowieka znajdującego się na krawędzi. Obie te postacie Timberlake`owi udało się w sobie zamknąć. Wyszło mu to, ale w zasadzie obywa się tutaj bez większych rewelacji. Ciekawymi postaciami okazali się być bracia Winklevoss, czyli Armie Hammer oraz Josh Pence. Wyglądali bardzo podobnie i zachowywali się jak typowi studenci Harvardu, czyli tacy którzy to wolą dyplomatyczne rozwiązywanie spraw od przemocy. Są wręcz idealni. W filmie pojawił się także Andrew Garfield, którego większość kojarzyć może z roli w filmie "Parnassus", czy też "Ukryta strategia", chociaż z pewnością zasłynie bardziej w roli najnowszego Petera Parkera. Jako Saverin bardzo dobrze zagrał emocje, które targały jego postacią. Wiernie trwając przy boku Eisenberga został jednak przez niego przyćmiony, ale zdarzały się sekwencje, w których wypadał nienagannie.
    Trudno jest określić co kryje się za sukcesem zjawiska zwanego Facebookiem. Czy to rozbudowana możliwość podzielenia się swoją osobowością i statusem związku, czy może obszerny wybór aplikacji gier, a może zwyczajna chęć poznawania ludzi z całego świata. Niestety, "The Social Network" nie odpowiada na to pytanie. Odpowiada jednak na wiele innych, tym samym poruszając inne sprawy warte przedyskutowania. To też właśnie czuje widz po wyjściu z seansu - ma ochotę się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a także poznać spostrzeżenia innych. Film wzbudza wiele emocji począwszy od sympatii, a skończywszy na nienawiści. Momentami zaskakujący, ale przede wszystkim genialny i przezabawny w, mój ulubiony, sarkastyczny sposób sprawia, że chłonie się go w całości i ma się ochotę na repetę nowego zjawiska jakim jest "The Social Network".

Na Facebook.com znajdziecie także  Filmy-wedlug-Agniechy. 

środa, 8 grudnia 2010

480. Harry Potter i Książę Półkrwi, reż. David Yates

Oryginalny tytuł: Harry Potter and the Half-Blood Prince
Seria: Harry Potter #6
Reżyseria: David Yates  
Scenariusz: Steven Kloves
Zdjęcia: Bruno Delbonnel 
Muzyka: Nicholas Hooper, John Williams 
Na podstawie: powieści J.K. Rowling 
Kraj: USA / Wielka Brytania 
Gatunek: Fantasy / Przygodowy 
Premiera światowa: 17 lipca 2009
Premiera polska: 24 lipca 2009 
Obsada: Daniel Radcliffe, Emma Watson, Rupert Grint, Evanna Lynch, Bonnie Wright, Tom Felton, Michael Gabon, Maggie Smith, Alan Rickman, Robbie Coltrane, Jim Broadbent, Helena Bonham Carter, David Thewlis
 
    Seria książek o przygodach młodego czarodzieja bije rekordy popularności i to właśnie dzięki nim J.K. Rowling dorobiła się milionów, a także wielu fanów. W 2001 roku ekranizacji doczekała się pierwsza powieść z tej serii, co zresztą było tylko kwestią czasu. Na prawie 10 lat po tamtym wydarzeniu na ekrany weszła szósta część filmu w reżyserii Davida Yatesa, na którą miliony czekały z zapartym tchem - w tym i ja. Niestety, jak można było się tego spodziewać, film ten jest wielkim rozczarowaniem.
  Szykuje się wielka bitwa w świecie magicznym. Voldemort (Ralph Fiennes) przestaje się ukrywać i czarne moce przedostają się do świata mugoli. Młodzi czarodzieje, w tym Harry Potter (Daniel Radcliffe), po raz kolejny udają się do Szkoły Magii i Czarodziejstwa o nazwie Hogwart. Pomimo czyhającego niebezpieczeństwa podejmują dalszą naukę, a także próbują zmagać się z uczuciami, które nimi miotają. Jedno jest pewne- w czasach, gdy Voldemort chodzi po świecie nikt nie może czuć się bezpiecznie. Trudno jest też poznać komu można ufać. A każda błędna decyzja może okazać się zgubna.
    Już przy piątym filmie zauważyłam tendencję spadkową, jeżeli chodzi o filmy z Harrym Potterem. Czytając książkę "Książę Półkrwi" liczyłam na to, że film podgoni trochę stracone punkty. Jakie było moje zdziwienie, gdy film okazał się być niezwykle nudny, pozbawiony uczuć i magii - której nie powinno przecież zabraknąć. Cały film czekałam na atak na Hogwart, która niestety została ograniczona do trzaskania talerzy i okien. Było to po prostu słabe.
    Szkoda, że nie pamiętam za bardzo książki. Film jednak w przeciwieństwie do niej niczym nie zaskakiwał. Niestety od samego początku zostało nam podsunięte kto jest tytułowym Księciem Półkrwi, więc tylko nieuważny widz mógł się nie domyśleć. Tym bardziej przykry jest fakt sceny, w którym Harry poznaje prawdę. Nie jest ona tak bardzo dramatyczna jak być powinna. Jedyny dramatyzm pojawił się przy śmierci jednego z kluczowych bohaterów. Wiedziałam, że to nastąpi, ale ani mnie, ani mojej siostrze nie przeszkodziło to w zalewaniu się łzami zupełnie jak podczas czytania książki. Poza tym nie mogę pojąć jak scenarzyści mogli dopuścić do takich dziur w scenariuszu. Najbardziej po oczach bije wspomniana przeze mnie walka w Hogwarcie, której jako takiej nie było. W związku z tym po co były te wszystkie przygotowania Malfoya i budowanie tego napięcia? Tylko po to, aby kilku nieproszonych gości mogło sobie przejść po zamku niszcząc jedynie wnętrze Wielkiej Sali? Żenujące. Szkoda, że nie wykorzystano tej sceny- a mogło być naprawdę fascynująco. Niektórzy twierdzą, że dobrze się stało, ze względu na to, że w kolejnej części znowu  ma miejsce bitwa. Ja uważam jednak, że był to poważny błąd. A jeżeli był to jeden z powodów, dla których darowali sobie ten fragment to najwyraźniej nie powinni się w ogóle za to zabierać.
    Zaletą filmu może być humor. Może, ale nie koniecznie jest. Zabawnych dialogów i scen jest jak na lekarstwo, a wszystko to popędzane jest hormonami młodych bohaterów, czyli standard. Taka jest brutalna prawda. Teksty niestety nie wpadają w ucho. Wyjątkiem jest reakcja Hermiony na widok lepiących się do siebie Rona i Lavender: "Przepraszam, muszę iść się wyrzygać". Co do scen to z pewnością śmieszne były efekty wypicia eliksirów - Ron po eliksirze miłosnym podziwiał uroki Księżyca oraz profesora Slughorna, natomiast Harry po Felix Felicis (nie wiem czy tak się zwał ten eliksir szczęścia) zachowywał się jak naćpany i rozentuzjazmowany dzieciak. Zabawnie było także popatrzeć na związek Rona z Lavender.
    Jednego nie można twórcom zarzucić - umiejętności tworzenia klimatu. Film jest dość specyficzny i zdecydowanie różni się w tej kwestii od filmów poprzednich. Cały ten klimat zbliżającej się wojny robił swoje. Już pierwsze minuty filmu - atak Śmierciożerców, wprowadzają nas w świat grozy. Te wszystkie tajemnice odnośnie roli Dracona w całej tej farsie także odpowiednio wprawiały w atmosferę. uczucia te dodatkowo potęgowały niesamowite zdjęcia Bruna Delbonnel`a, a także muzyka Nicholasa Hoopera, który użył już tradycyjnych i dobrze znanych dźwięków z poprzednich filmów, nieco je wzbogacając.
Mocną stroną filmu są także efekty specjalne. Niestety twórcy ograniczyli je do minimum. Bardzo efektowny był atak Śmierciożerców na miasto i zniszczenie mostu. Fascynująca była także wyprawa Harryego i Dumbledora do jaskini w poszukiwaniu horkruksa Voldemorta. Wrażenie zrobiły na mnie czary Dumbledora - ten ogień był niesamowity. Niestety istoty wychodzące z jeziora nie były dopracowane - a szkoda. Film pod względem wizualnym wiele stracić poprzez pozbawienie go sceny ataku na Hogwart. Żałuję, że film pozbawiono także mgii. Pewnie przez to Watykan poparł ten film wcześniej zakazując całej serii książek o Harrym Potterze. Czarów nie było zbyt wiele. Dobrze, że pozostawiono chociaż sceny z zajęć u Slughorna, no i niesamowity sklep magiczny Freda i George`a.
    Aktorzy całkiem nieźle się spisywali. Snape (Alan Rickman) w końcu o siebie zadbał. Dumbledore (Michael Gambon) był o wiele sympatyczniejszy niż wcześniej. Pojawiła się także nowa, ciekawa postać profesora Slughorna, chociaż Jim Broadbent mnie do niego nie przekonał. Przebojem tego filmu okazał się być Draco Malfoy (Tom Felton). Spodobało mi się to, że zaczął okazywać trochę człowieczeństwa. W końcu można było dotrzec w nim coś dobrego - pomimo tej grobowej miny. Luna (Evanna Lynch) po raz kolejny robiła pozytywne wrażenie. Niestety film widziałam w wersji dubbingowanej, a dubbing toleruję jedynie w animacjach. Film traci przez to na uroku. Nie podobał mi się w ogóle i chyba nigdy się do niego nie przekonam.
    Tyle lat czekania na ekranizację jednej z najlepszych części serii i totalny zawód. Film pozbawiony został jakiegokolwiek uroku. Cała historia ogranicza się jedynie do miłosnych rozterek głównych bohaterów niczym w żałosnej komedii romantycznej. Wszystkie ważniejsze sceny, kluczowe sceny zostały okrojone przez co straciły swoją magię i dramaturgię. Jeżeli ktoś jest fanem książki i filmów, nie widział poprzednich filmów to zdecydowanie, ale i z bólem serca odradzam ten film. Na koniec pozostawię Was z moim komentarzem na sam koniec seansu - "To było autentycznie słabe".