Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Kilka lat po zniszczeniu najpotężniejszej broni Imperium – Gwiazdy Śmierci, Imperator wraz z Darthem Vaderem (David Prowse) wciąż prowadzą okrutną politykę sprawowaną nad Galaktyką. Odnajdują także siedzibę Rebeliantów dowodzoną przez Luke`a Skywalkera (Mark Hamill), którzy skryli się na mroźnej planecie Hoth. W związku z tym młody Luke musi uciekać z planety, a po wiadomości wysłanej przez Obi-Wana Kenobiego (Alec Guinness) udaje się do układu Degobah, gdzie podejmuje nauki u mistrza Jedi – Yody (Frank Oz). W międzyczasie Han Solo (Harrison Ford) wraz z księżniczką Leią (Carrie Fisher) oraz Chewbaccą (Peter Mayhew) lecą na planetę Bespin, gdzie proszą dawnego przyjaciela Hana- Lando (Billy Dee Williams) aby naprawił ich uszkodzony statek. Nie zdają sobie sprawy z tego, że na miejscu już jest Lord Vader mający w zanadrzu sprytny plan sprowadzenia na planetę Luke`a. Podczas treningu z Yodą Luke poznaje przyszłość, w której widzi swoich przyjaciół w niebezpieczeństwie. Dlatego też czym prędzej leci im na ratunek.
„Imperium kontratakuje” jest kontynuacją „Nowej nadziei”, w której widz dowiaduje się wielu istotnych szczegółów o losie Luke`a Skywalkera. Oczywiście, jest to nowością tylko wtedy, gdy ktoś rozpoczął oglądanie sagi od starej trylogii, a nie nowej, bo w innym przypadku te informacje nie będą dla niego żadnym zaskoczeniem. Dlatego też sam dialog, który odbywa się pomiędzy Vaderem a Luke`iem był trzymany w ścisłej tajemnicy. Tylko Lucas, reżyser i producenci znali prawdę, a scenariusz był stworzony tak, żeby nawet sam Vader, któremu głos podkładał James Earl Jones, nie znał prawdy. Wiadomość była dość wstrząsająca i stanowiła, jak gdyby punkt kulminacyjny całej historii. Nie mniej przez cały film dzieje się całkiem sporo. W pewnym momencie historia rozdziela się na dwoje, tak jak rozdzieleni zostają bohaterowie filmu. Z jednej strony mamy Luke`a, który pobiera nauki u Yody w układzie Degobah. Te wydarzenia napełnione są humorem ze względu na nieudane próby opanowania mocy przez Luke`a. Ponadto poznajemy niezwykłą postać jaką jest mistrz Yoda. Jest to pierwszy film (nie licząc tych nowych), w której pojawia się ta postać, a jego twórcy bazowali na obliczu Alberta Einsteina. Jego niezwykłość objawia się także w oryginalnym sposobie porozumiewania się. Nie mówi bowiem poprawną angielszczyzną, a przestawia szyk zdania, zamieniając miejsce podmiotu z orzeczeniem. Nadaje to postaci fantastyczny charakter. Z drugiej zaś strony mamy wydarzenia, które towarzyszą ekipie Hana Solo. Tutaj także nie brakuje humoru, jednakże twórcy w tym miejscu skupili się na bardziej dynamicznym punkcie filmu, czyli akcji. Widzimy bowiem liczne strzelaniny w kosmosie, a także ucieczki. Dalsza część wydarzeń, po dotarciu na planetę Bespin, również jest bardzo wystrzałowa, ale nie zabraknie także melodramatyzmu, który niemalże ciśnie łzy do oczu. Dzięki takiemu rozstrzałowi wydarzeń twórcy nakręcili wielowątkową historię, która skupia się ponownie w jednej scenie. Sprawia to, że film jest zaskakujący (oczywiście, nie jeżeli ogląda się go po raz 20sty), a przede wszystkim dynamiczny.
Sporym atutem filmu, czego oczywiście można się spodziewać, jest jego strona wizualna oraz dźwiękowa. Spece od efektów specjalnych, a także dźwięków spisali się rewelacyjnie. Nie szczędzono także środków, i tak jak Lucas przy pierwszym filmie starał się zmieścić w budżecie, tak Kershner postanowił przekroczyć go o 10 milionów. Jednakże nakłady te się opłaciły, gdyż efekty pracy zaowocowały uznaniem krytyków. Ekipa od efektów najbardziej skupiała się na jak najlepszym zaprezentowaniem świata kosmosu i licznych starć szturmowców i innych pojazdów latających. Wyglądało to naprawdę dobrze jak przystało na tamte czasy. Zdarzały się jednak sceny, które wyglądały tak dobrze, jak gdyby nakręcane były zaledwie przed kilkoma laty. Chodzi tutaj głównie o ujęcia Miasta w chmurach, które powalało na kolana. Pod tym względem nie można produkcji niczego zarzucić. Tak samo jak przy „Nowej nadziei”, tak i w „Imperium kontratakuje” dźwiękowcy poszaleli przy tworzeniu różnego rodzaju odgłosów. I tak przykładowo dźwięk poruszającego się R2-D2 stworzono poprzez nagranie odgłosów opuszczania szyby samochodowej, a otwierające się drzwi promu Vadera to tak naprawdę dźwięk zatrzaskujących się krat w celach więzienia Alcatraz. Ponownie przy filmie można zwrócić uwagę na niesamowite kostiumy, które, tak jak przy „Nowej nadziei”, stworzył Mollo ze swoją ekipą. Do filmu użyto aż 8 kostiumów R2-D2, a także 16 różnych strojów dla Luke`a.
Oryginalny tytuł: Unfaithfull
Edward i Connie Sumnerowie (Richard Gere, Diane Lane) to szczęśliwe małżeństwo z synem imieniem Charlie. Pewnego dnia ma miejsce straszliwa wichura, która sprawia, że Connie wracając z zakupów przypadkowo wpada na urokliwego Francuza Paula Martela (Olivier Martinez). Paul widząc, że kobieta obdarła sobie nogi proponuje jej pomoc. Od razu przypadają sobie do gustu i Connie nie ma żadnych oporów, żeby znowu spotkać się z Paulem. Jednakże napięcie, które się między nimi wywiązuje powoduje, że kochająca żona zdradza swojego męża z o wiele młodszym Paulem. Pomimo tego, że krzywdzi swoją rodzinę nie może oprzeć się namiętności. Niestety jej mąż zaczyna coś podejrzewać i wtedy wynajmuje prywatnego detektywa, który odkrywa zdradę Connie. Wkrótce wszyscy pożałują, że tamtej wichury Connie znalazła schronienie w domu Paula.
Pomysł na film jak dla mnie idealny. W sumie można było się domyśleć zakończenia tego filmu, gdyż takie rzeczy zawsze się kończą tak jak się kończą, czyli tak, że ktoś cierpi, ale kto by pomyślał, że aż do tego stopnia. Ciekawe to było. W sumie przez większość czasu myślałam, że będzie to zwykły erotyk z elementami dramatu. No i oczywiście do pewnego momentu tak było, do momentu, gdy mąż nie poznaje prawdy. Z jednej strony problem zdrady, z drugiej znowu problem z wybaczeniem zdrady i próba poradzenia sobie z tym faktem. Nigdy nie wiemy jak się zachowamy, póki sami tego nie doświadczymy. Podobało mi się to, że w sumie nie dostajemy recepty na to jak się zachować w takiej sytuacji, ale wiemy jak się nie zachowywać. Oczywiście Edward wybiera najgorszy z możliwych sposobów. Mnie tym osobiście przeraził, bo myślałam, że w ogóle co innego się stanie, a tutaj szok. Przyznam autentycznie, że byłam zaskoczona tym, że zostałam zaskoczona przez twórców, a jak wiecie trudno to zrobić. To mi się podobało najbardziej. W dodatku ten element napięcia. Od tej pory wszystko było bardzo takie… no takie. Były kłótnie i wizyta policji. Wszystko to było naprawdę przejmujące. Najbardziej jednak podobało mi się zachowanie Connie – oczywiście nie mówię o zdradzie tylko to co miało miejsce później. No i wtedy nasuwa to pytanie: czy wybaczyć zdradę takiej kobiecie? Mój mężczyzna by nie wybaczył, wiem bo zapytałam.
Tytułową niewierną zagrała Diane Lane, która za rolę Connie została nawet nominowana do Oscara. Kto by pomyślał, że za takie role przyznają Oscary, no ale nagrody nie dostała. Czy była dobra? To na pewno. Idealnie zagrała emocje, chociaż przyznam się szczerze, że momentami to nie wiedziałam czy ona płacze z radości, czy z rozpaczy, ale być może te wszystkie emocje kłębiły się w niej na raz. Poza tym wystąpiła nago. Nie wstydziła się ani tego, ani scen erotycznych ze swoim ekranowym kochankiem. Bardzo dobrze zagrana postać. Jej kochankiem został Oliver Martinez. Pokonał na castingu samego Brada Pitta oraz Ryana Phillipe. No, ale to sprawa tej kwestii, że jest on Francuzem, a takiej narodowości w końcu został Paul. Mnie osobiście nie wydaje się być on przystojny- taki nie mój typ. Myślę jednak, że idealnie zagrał tą rolę i teraz nie widzę w niej nikogo innego poza nim. Męża Connie – Edwarda, zagrał Richard Gere. Po pewnym czasie stwierdziłam, że ta rola jest dość żenująca, ale nie ważne. Cicha woda brzegi rwie. Jego postać nie przypadła mi do gustu, ale Richard dawał z siebie wszystko i to mi się podobało. Ogólnie nie mam zastrzeżeń do obsady, ani do gry aktorskiej. Wszystko to tworzyło jedną spójną całość i miło się na nich patrzyło.
Oryginalny tytuł: The Women
Mary Haines (Meg Ryan) jest szczęśliwą mężatką. Ma także grono sprawdzonych i dobrych przyjaciółek, z których każda jest inna. Alex jest lesbijką (Jada Pinkett Smith), Edie (Debra Messing) to istna fabryka do robienia dzieci, a Sylvia (Annette Bening) to piękna i zabiegana redaktor naczelna jednego z popularnych magazynów. Gdy pewnego dnia Sylvia wybiera się na manicure trafia do Tany`i, która zdradza jej szczegóły pikantnego romansu jej przyjaciółki Crystal (Eva Mendes) z żonatym mężczyzną. Ku ogromnemu zaskoczeniu Sylvi okazuje się być nim nie kto inny jak sam mąż jej najlepszej przyjaciółki- Steven. Sylvia i Edie postanawiają jednak trzymać to w tajemnicy przed Mary. Pech chce, że Mary w poczekaniu na fryzjera także wybiera się do Tany`i i niestety dowiaduje się o romansie swojego męża. Za radą swojej matki postanawia jednak nic mu nie mówić o tym i wyjeżdża na kilka dni wraz z córką- Molly. W międzyczasie jej przyjaciółki nie mają zamiaru stać bezczynnie i wybierają się do SAKS`a, w którym to kochanka Stevena sprzedaje perfumy. Są zaskoczone jej widokiem, ale i tak stawiają sprawę jasno. Niestety, Crystal nie ma zamiaru opuszczać Stevena. Po powrocie i rozmowie z mężem, Mary decyduje o rozwodzie. Okazuje się jednak, że nabranie dystansu do wszystkiego ma na nią zbawienny wpływ.
Kiedy rozpoczęłam seans tego filmu nie wiedziałam dokładnie czego się spodziewać. Miałam jedynie zarysowany ogólny obraz tego filmu. Dopiero pod koniec filmu, dosłownie w ostatnich minutach zdałam sobie z czegoś sprawę: „czy mnie się wydaje, czy w tym filmie nie było żadnego faceta?”. Oczywiście nie wydawało mi się. Jak się okazuje filmowcy zadbali o to, aby na planie filmu nie było żadnych mężczyzn, nawet kiedy kręcono film na mieście. Dlatego też jest to typowo babskie kino obrazujące wszelkie uczucia jakie miotają kobietami. Wszystko przedstawione było w dość zabawny i ciekawy sposób. Dobrze wiem, że po raz setny mam zdanie inne od pozostałych ludzi na ziemi, ale nic nie poradzę, że film mi się spodobał.
W głównej roli zagrała Meg Ryan. Kobieta, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest piękna, trochę ma zakręcone włosy w tym filmie, a potem całkowicie jej prostuje. W których jej lepiej? Myślę, że proste. Pod względem aktorskim… e, no cóż, ja tam się nie przyczepiam. Ona zresztą zawsze ma taką pewną swoją manierę i ja już przywykłam. Jej najlepszą przyjaciółkę od czasów liceum została Annette Bening. Dość ciekawa postać, taka surowa, a jednocześnie niezwykle sympatyczna. Największym wrogiem Meg stała się sama Eva Mendes. Nic dziwnego, że to właśnie ją wybrali do tej roli. Uważam, że jest niesamowicie piękna i zgrabna. Gdybym mogła zamienić się z kimś na ciało to właśnie z nią. Grała jednak raczej poniżej przeciętnej, no ale przecież nie miała się w czym wykazać jak pojawiła się może w 4 scenach. W filmie wystąpiły także Debra Messing, która niesamowicie mnie bawiła oraz Jada Pinkett Smith, która wyglądała jakby jej lifting nie wyszedł. Ta wspaniała piątka została wyróżniona nominacją do Złotej Maliny. Osobiście nie rozumiem dlaczego tak się stało. Uwierzcie mi-widywałam gorsze wystąpienia (przykł. Kristen Stewart i Edward Pattison „Zmierzch”). Oprócz nich w filmie mogliśmy zobaczyć także takie znane twarze jak Candice Bergen oraz Bette Midler. Obie były fajne, ale jednak lepsze wrażenie zrobiła na mnie Bergen.
Student informatyki na prestiżowym Harvardzie - Mark Zuckerberg (Jesse Eisenberg), pewnego chłodnego wieczoru zostaje porzucony przez swoją dziewczynę (Rooney Mara). Nie rozumiejąc do końca jej motywów postanawia się zemścić i miesza ją z błotem w sieci na swoim blogu. Wpada wówczas na genialny pomysł. Włamuje się do sieci studenckiej i tworzy portal, na którym studenci mogą porównywać studentki między sobą. Strona cieszy się taką popularnością, że serwer uczelniany pada w ciągu dwóch godzin. Po tym wydarzeniu żeńska część uczelni nie kryje się z nienawiścią do Marka, a ten sam staje przed komisją uczelnianą, aby odpowiedzieć za włamanie do sieci. Nie wszyscy jednak są przeciwko Markowi. Dwaj bracia bliźniacy - Winklevoss (Armie Hammer, Josh Pence), wraz ze swoim kumplem - Turnerem (Max Minghella), chcą stworzyć najlepszy portal społecznościowy w kampusie. Proszą Zuckerberga o pomoc, nie zdając sobie sprawy z tego, że ten wpada na inny pomysł i wchodzi w spółkę ze swoim najlepszym przyjacielem - Saverinem (Andrew Garfield). Kiedy w sieci pojawia się portal thefacebook.com zaczyna się on cieszyć ogromną popularnością, także wśród sponsorów, powodując rozszerzanie się działalności portalu na cały świat. Niestety, powoduje także masę problemów z ludźmi, którzy ubiegają się o swoje przywileje.
Filmy powstałe na historiach z życia wziętych zawsze będą interesowały kinomanów bez względu na to czy będą to przerażające horrory oparte na pewnym fragmencie historii, czy bajeczne i historyczne produkcje opowiadające o czasach za rządów znanych królów i władców. Co innego jeżeli chodzi o filmy obyczajowe i dramatyczne, które często stają się biografiami opowiadającymi o życiu konkretnych ludzi. "The Social Network" należy właśnie do tej kategorii, a przez to, że historia procesów i wielu różnych problemów kręci się wokół głównego punktu jakim jest portal społecznościowy zrzeszający ludzi na całym świecie przykuwać może uwagę każdego. Fabuła filmu porusza bardzo wiele aspektów z codziennego życia - chociaż może nie każdego może to spotkać, gdyż nie każdy ma szansę zostania założycielem takiego portalu jak Facebook. Wszystkie te elementy wyróżniane są poprzez poszczególne postacie pojawiające się w tym filmie. Mamy wobec tego Marka Zuckerberga - bezapelacyjnego geniusza, który musi walczyć z odosobnieniem. Do tego dochodzi także jego arogancja, a także to jaki może być bezwzględny nawet wobec własnych przyjaciół. Z drugiej strony mamy jego jedynego przyjaciela, który zostaje współzałożycielem Facebooka. On wykłada kasę i on ma szukać sponsorów. Niestety, prezentuje też drugą stronę medalu jaką jest bycie ofiarą oszustwa i pozostanie z niczym. Jest również postać Seana Parkera - założyciela Napstera, który co rusz ma problemy z prawem, w szczególności jeżeli chodzi o nielegalne posiadanie narkotyków. Twórcy starali się pokazać również prestiż takiej uczelni jaką jest Harvard poprzez wprowadzenie braci Winklevoss. Dżentelmeni w każdym calu, którzy wierzą w dyplomację i zasady fair play. Każda z tych postaci reprezentuje sobą coś zupełnie innego. Każda została wyraźnie wyodrębniona. Dla większości jednak może to nie wystarczyć. Bardziej wymagający widz stwierdzi, że przeplatanie początków powstania Facebooka z dalszymi rozprawami, które mają miejsce już po zebraniu sporej ilości użytkowników może okazać się nużące a wręcz męczące. Jednakże dla ludzi, którzy znają i poruszają się po tym portalu będzie to prawdziwa gratka, gdyż mogą poznać twórców ich ulubionego portalu i zobaczyć jego niechlubne początki. Każdy przekonać się może, że za wielkim sukcesem stoi także wielka odpowiedzialność. Cała historia zostaje opowiedziana w ciekawy sposób, w sposób inteligentny, a przede wszystkim zabawny. Co prawda ciężko jest nadążyć za tokiem rozumowania głównego bohatera, ale tylko geniusz zrozumie geniusza i za nim nadąży, a widzom pozostaje się tym jedyne zachwycać.
Oprócz niepowtarzalnej fabuły napisanej przez samo życie na sukces filmu składa się także obsada, która została idealnie dobrana do kluczowych postaci dla istnienia Facebooka. Najważniejsza rola - założyciela, młodego milionera, geniusza i zdrajcy w jednym - Marka Zuckerberga, przypadła w udziale Jessemu Eisenbergowi. Młody aktor rewelacyjnie wczuł się w postać, gdyż po prostu nią został. Stał się Zuckerbergiem w każdym calu - jego wygląd, jego maniera i jego geniusz, wszystko to wyglądało niezwykle i zaskakująco naturalnie, jak gdyby mówił tak na co dzień, a nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Wymarzona kreacja, która przynieść mu może zasłużoną w pełni chwałę. Gdy w czołówce pojawia się nazwisko Justina Timberlake`a cała sala kinowa wymienia się dziwnymi spojrzeniami i słychać delikatne pomrukiwania. Wszyscy są zaskoczeni jego obecnością w tym filmie, a także jego postacią. Jest to bowiem postać budząca kontrowersje - dla jednych jest to wcielenie uroku i genialnego podejścia do ludzi, a dla innych będzie to odzwierciedlenie człowieka znajdującego się na krawędzi. Obie te postacie Timberlake`owi udało się w sobie zamknąć. Wyszło mu to, ale w zasadzie obywa się tutaj bez większych rewelacji. Ciekawymi postaciami okazali się być bracia Winklevoss, czyli Armie Hammer oraz Josh Pence. Wyglądali bardzo podobnie i zachowywali się jak typowi studenci Harvardu, czyli tacy którzy to wolą dyplomatyczne rozwiązywanie spraw od przemocy. Są wręcz idealni. W filmie pojawił się także Andrew Garfield, którego większość kojarzyć może z roli w filmie "Parnassus", czy też "Ukryta strategia", chociaż z pewnością zasłynie bardziej w roli najnowszego Petera Parkera. Jako Saverin bardzo dobrze zagrał emocje, które targały jego postacią. Wiernie trwając przy boku Eisenberga został jednak przez niego przyćmiony, ale zdarzały się sekwencje, w których wypadał nienagannie.
Oryginalny tytuł: Harry Potter and the Half-Blood Prince
Szykuje się wielka bitwa w świecie magicznym. Voldemort (Ralph Fiennes) przestaje się ukrywać i czarne moce przedostają się do świata mugoli. Młodzi czarodzieje, w tym Harry Potter (Daniel Radcliffe), po raz kolejny udają się do Szkoły Magii i Czarodziejstwa o nazwie Hogwart. Pomimo czyhającego niebezpieczeństwa podejmują dalszą naukę, a także próbują zmagać się z uczuciami, które nimi miotają. Jedno jest pewne- w czasach, gdy Voldemort chodzi po świecie nikt nie może czuć się bezpiecznie. Trudno jest też poznać komu można ufać. A każda błędna decyzja może okazać się zgubna.
Szkoda, że nie pamiętam za bardzo książki. Film jednak w przeciwieństwie do niej niczym nie zaskakiwał. Niestety od samego początku zostało nam podsunięte kto jest tytułowym Księciem Półkrwi, więc tylko nieuważny widz mógł się nie domyśleć. Tym bardziej przykry jest fakt sceny, w którym Harry poznaje prawdę. Nie jest ona tak bardzo dramatyczna jak być powinna. Jedyny dramatyzm pojawił się przy śmierci jednego z kluczowych bohaterów. Wiedziałam, że to nastąpi, ale ani mnie, ani mojej siostrze nie przeszkodziło to w zalewaniu się łzami zupełnie jak podczas czytania książki. Poza tym nie mogę pojąć jak scenarzyści mogli dopuścić do takich dziur w scenariuszu. Najbardziej po oczach bije wspomniana przeze mnie walka w Hogwarcie, której jako takiej nie było. W związku z tym po co były te wszystkie przygotowania Malfoya i budowanie tego napięcia? Tylko po to, aby kilku nieproszonych gości mogło sobie przejść po zamku niszcząc jedynie wnętrze Wielkiej Sali? Żenujące. Szkoda, że nie wykorzystano tej sceny- a mogło być naprawdę fascynująco. Niektórzy twierdzą, że dobrze się stało, ze względu na to, że w kolejnej części znowu ma miejsce bitwa. Ja uważam jednak, że był to poważny błąd. A jeżeli był to jeden z powodów, dla których darowali sobie ten fragment to najwyraźniej nie powinni się w ogóle za to zabierać.
Zaletą filmu może być humor. Może, ale nie koniecznie jest. Zabawnych dialogów i scen jest jak na lekarstwo, a wszystko to popędzane jest hormonami młodych bohaterów, czyli standard. Taka jest brutalna prawda. Teksty niestety nie wpadają w ucho. Wyjątkiem jest reakcja Hermiony na widok lepiących się do siebie Rona i Lavender: "Przepraszam, muszę iść się wyrzygać". Co do scen to z pewnością śmieszne były efekty wypicia eliksirów - Ron po eliksirze miłosnym podziwiał uroki Księżyca oraz profesora Slughorna, natomiast Harry po Felix Felicis (nie wiem czy tak się zwał ten eliksir szczęścia) zachowywał się jak naćpany i rozentuzjazmowany dzieciak. Zabawnie było także popatrzeć na związek Rona z Lavender.