NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacyjne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lipca 2017

SZORTy #42: Mad Max, Mad Max 2, Mad Max 3: Pod kopułą gromu

Oryginalny tytuł: Mad Max | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller | Obsada: Mel Gibson, Joanne Samuel, Hugh Keays-Byrne, Steve Bisley, Tim Burns | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 12 kwietnia 1979 (Świat) 30 grudnia 1979 (Polska)
Ocena: 5/10

     Jeden z największych fenomenów światowego kina. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmów, a przy tym jeden z pierwszych filmów Mela Gibsona. George Miller przywołał do życia postać „Mad Maxa”, którego legenda trwa do dziś.
     Młody policjant naraża się gangowi motocyklowemu, kiedy zabija ich towarzysza. Nie świadomy, że jest przez nich poszukiwany wyrusza z rodziną na wieś, aby odpocząć. Jednakże, gdy szaleni motocykliści zagrażają życiu jego żony i dziecka policjant postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
     Narodziny kultowej postaci. Narodziny tak nietypowe, że aż dziwnie się na to wszystko patrzy. Fabuła dość dziwaczna, totalnie bezsensowna. Grupa szaleńców na motorach jeżdżąca po ulicach przez trzy czwarte filmu. I jakiś tam sobie człowieczek, któremu jakimś niewyjaśnionym sposobem udaje się na nich trafiać co rusz. Mówi się, że jest to genialny film postapo. No niestety, ale chyba nie przy pierwszej odsłonie. Ma swój dziwaczny, niepokojąco samotny klimat, ale nie nazwałabym tego światem po apokalipsie. Trudno stwierdzić na czym przydałoby się skupić uwagę, bowiem całość zawiewa taką nudą, że aż żal patrzeć. Wszystko oczywiście do czasu, bowiem musi się znaleźć ten moment przełomowy, który z Mela Gibsona stworzy takiego a nie innego bohatera. Mamy go tutaj i jest on mega drastyczny. W zasadzie jest to jedyna chwila, kiedy pojawiają się jakieś emocje. A jakie? Dość zaskakujące, ale chyba bardziej nieoczekiwane jest to co następuje później. Brutality! Jak dla mnie „Mad Max” nie jest aż tak kultowy. Może w swoich czasach ludzie dostrzegali w nim to, czego nie widzę ja teraz. Nieistotne, bowiem przesłanie jest niejasne, a całość żenująco nużąca. Dobrze, że nie trwa to nieskończenie długo, choć takie też sprawia wrażenie.

Oryginalny tytuł: Mad Max 2 | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes, Brian Hannant | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Vernon Wells, Steve J. Spears, Michael Preston, Max Phipps | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 24 grudnia 1981 (Świat) 30 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 6/10

     Kolejny tytuł kultowej serii, który z mocnym przytupem wkracza w klimat postapo. George Miller podąża dalej swoim tokiem myślenia i tworzy mocny i dynamiczny film.
     Czas po wielkim bum. W poszukiwaniu schronienia były policjant trafia do osady, w której wydobywa się ropę. Tym samym staje się jedyną osobą odpowiednią do ochronienia niewinnych przed gangiem chcącym odebrać im najbardziej pożądany surowiec na Ziemi.
     Kontynuacja filmu, która jest dowodem na to, że nie zawsze sequele są gorsze od pierwowzoru. Seria Millera jest nietypowa pod tym względem, że choć uznawana jest za wyznacznik współczesnego postapokaliptycznego świata w filmie, to nie rozpoczyna się od razu od wielkiego rozpierdzielnika. To właśnie ten film najbardziej obfituje we wszelkie elementy, które zachwycają swoją surowością, a tym samym dają idealny obraz świata po katastrofie. Niesamowite pustynne scenerie, mocno zniszczone kostiumy, które idealnie podkreślają charakter spustoszenia i odseparowania ludzkości od wszelkich dóbr doczesnych. W tym wszystkim idealnie odnajduje się fabuła, krążąca wokół najważniejszego źródła energii- paliwa. Najwyraźniej woda dla nich nie jest najistotniejsza. Choć i tutaj pojawiają się psychopatyczni obywatele na motocyklach, zupełnie jak w pierwszym filmie, to ich działanie i odchylenie na psychice ma zdecydowanie większy sens. Tym samym całość jest o wiele bardziej spójna, o wiele bardziej dynamiczna, o wiele bardziej zrozumiała, a co za tym idzie strawna. Kiedy więc pierwszy tytuł w ogóle mnie nie przekonał, tak druga odsłona kupiła mnie swoim klimatem!

Oryginalny tytuł: Mad Max Beyond Thunderdome | Reżyseria: George Miller, George Ogilvie | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Tina Turner, Angry Anderson, Angelo Rossitto, Helen Buday, Justine Clarke | Kraj: Australia, USA | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 29 czerwca 1985 (Świat) 30 grudnia 1985 (Polska)
Ocena: 6/10

     Ostatni z filmów serii „Mad Max”, przynajmniej w swoim czasie i z udziałem Mela Gibsona. „Pod kopułą gromu” uznawany jest za najgorszy z trylogii Millera, ale jak dla mnie jest plasuje się pomiędzy nudną jedynką, a bardziej od niego spójną dwójką.
     Po podróży przez pustkowia były policjant trafia do miasta, produkującego własne źródło energii. Tym samym znajduje się w samym środku walki o władzę dwóch całkowicie skrajnych osobowości. W efekcie zostaje wygnany, a następnie odratowany przez żyjące w odosobnieniu dzieci.
     Jest to całkowicie odmienny od poprzednich film. Początkowo intrygujący, kiedy Max trafia do dziwacznego miasta o dziwacznym sposobie na tworzenie energii. Rozgrywki, odrobina dynamizmu, nawet to wszystko potrafi zainteresować nie tylko wykonaniem, ale również fabułą. Wtedy też objawia się Tina Turner w swojej filmowej roli, jak dla mnie całkiem konkretnej i nie najgorzej zagranej. Niestety, później następuje totalny zwrot, który sprawia, że obraz zamienia się w jakąś bajkę dla dzieci, z wysłannikami Piotrusia Pana na czele. Bardzo skrajny skok z dość mrocznego postapo w klimatem rodem z Nibylandii. Nieudane całkowicie, ale i tak jest to bardziej znośne od pierwszego bezsensownego wariactwa. Wkrada się tutaj odrobina melodramatu, nawet i chwile napięcia, ale jest to zdecydowanie za mało, aby pozwolić na długotrwały zachwyt. Nie mniej, nie nudzi tak jak poprzednicy, więc jest dla niego nadzieja przy powtórnym seansie!

środa, 28 czerwca 2017

1227. Uprowadzona 2, reż. Olivier Megaton

     W 2008 roku Luc Besson zaskoczył wszystkich przejmującą i wstrząsającą sceną porwania w filmie „Uprowadzona”. Wprowadził do świata kina nowy rodzaj bohatera, który posługując się swoimi specjalnymi talentami potrafił odnaleźć człowieka w wielkim mieście w ciągu zaledwie trzech dni. Film odniósł wielki sukces, więc kwestią czasu było powstanie kontynuacji. Tym razem za sterami stanął- Olivier Megaton, który popełnił już inny sequel- „Transporter 3”.
     Po wydarzeniach w Paryżu były agent specjalny Bryan Mills (Liam Neeson) prowadzi w miarę spokojne życie. Akurat wybiera się do Stambułu jako jeden z ochroniarzy i zaprasza przeżywającą kryzys byłą żonę- Lenore (Famke Jenssen), oraz córkę- Kim (Maggie Grace), aby zrobiły sobie wakacje i dołączyły do niego na miejscu. Jednakże żadne z nich nie spodziewa się, że ojciec zamordowanego przez Millsa porywacza poprzysiągł zemstę i wraz ze swoją albańską rodziną pojawia się na tureckich ulicach w jednym celu- odnaleźć, porwać i zabić Millsa. Pech chce, że porwana zostaje również jego żona, więc jedyna szansa na ratunek spoczywa w rękach Kim.
     To co wstrząsnęło nami w pierwszym filmie, nie pojawiło się w drugiej odsłonie, co jest akurat oczywiste. Sceny porwania zazwyczaj są poruszające, ale to co działo się w Paryżu przeszło wszelkie oczekiwania i stało się jak gdyby punktem kulminacyjnym całej historii. Dwójka prezentuje nam równie udaną scenę, choć nie tyle porwania co właśnie ucieczki najmłodszej z Millsów. No bo wiadomo... powaga w głosie Millsa to coś niezastąpionego i genialnie trzymającego w napięciu. Tym razem trochę za bardzo irytują nad wyraz rozwinięte umiejętności naszego agenta. Nie dość, że zna on obce miasto jak własną kieszeń to okazuje się być genialnym obserwatorem nie tylko wzrokowym, ale i słuchowym- o ile ktoś taki w ogóle istnieje. Wysoce rozwinięte zdolności dedukcji są idealnie naciągane na potrzeby produkcji, o czym świadczyć może późniejsze poszukiwanie Lenore. Oczywiście, jest to tylko film, ale chwilami robi się z człowieka głupka. W szczególności rozbraja tutaj celność Kim, której sprzęt albo trafia w silos z wodą, albo pod samochód, a co tam. Trochę hałasu, a jakiż on jest potrzebny! Szok, szok, szok. Większość sytuacji całkowicie przewidywalna, ot samo chociażby porwanie, ale niektóre filmy mają to do siebie, że już ze startu można dowiedzieć się, co tym razem będzie się dziać. W końcu oczywiste jest, że twórcy nie pójdą tą samą drogą co poprzednio. Motyw zemsty wciąż jest bardzo modny, więc to on jest motorem całej historii. Można nawet i stwierdzić o czym będzie kontynuacja. No wiadomo, że ktoś znów zostanie porwany i można domyślić się nawet przez kogo. Czas pokaże, szkoda, że dopiero za 2 lata. Trochę boli to, że na chama wciska się tutaj wątek romantyczny. No dobrze, może nie aż tak dosadnie, ale cóż, nie żeby widz nie domyślał się co nadchodzi. Jednakże umówmy się, w filmie naprawdę sporo się dzieje, a napięcie momentami sięga zenitu. Fabuła porywa więc ogólnie nie ma co narzekać!
     Nie można się tutaj poskarżyć i na drugą stronę filmu, czyli wycieczkę po kolejnym pięknym mieście. Najpierw był Paryż a teraz Stambuł! Piękne miasto z uroczymi i zatłoczonymi uliczkami. Z bardzo surowymi, a jednak urzekającymi krajobrazami pełnymi meczetów, a także budowlami pozostałymi po czasach bizantyjskich. Jakby nie było, zwiedzimy sobie okolice największej budowli miasta- meczetu Sulejama, a także piętnastowieczny Wielki Bazar, czy nawet i tradycyjną turecką łaźnię, w której to Mills toczy ostateczną walkę. Wszystko to ma swój urok, zachowane jest przecież w klimatach tego pełnego ortodoksów miejsca, a do tego przygrywają nam również modły i melodie tamtego regionu. Coś wspaniałego!
      Liam Neeson, który dotychczas znany był z bardziej dramatycznych ról idealnie sprawdza się jako napędzany agresją były agent, który nie cofnie się przed niczym, aby wyrwać swoją rodzinę z niewoli. Udowodnił to raz i robi to po raz kolejny. Jako Bryan Mills jest tak niezwykle przekonujący, a powaga w jego głosie wręcz obezwładniająca. Wmówił by nam wszystko, przekonał do wszystkiego. Niesamowita i pełna ekspresji postać, w dodatku trafnie obsadzona. Trochę nie sprawdza się tu Famke Jenssen. Wcześniej stanowiła tylko marne tło dla wydarzeń, więc widz nie skupiał na niej swojej uwagi. Teraz pojawia się w centrum, więc siłą rzeczy staje się dostrzegalna. Obróciło się to jednak przeciwko niej, bowiem widz ma ochotę znów zepchnąć ją w najciemniejszy, najdalszy kąt. Co innego można powiedzieć o Maggie Grace, której rola zostaje bardzo rozbudowana i wychodzi to na dobre dla całej produkcji. Widać, że podąża w ślady tatusia i ewidentnie sporo podziała w kolejnym filmie. Czarne charaktery nie do końca się tutaj sprawdzają. Siłą napędową jest Rade Šerbedžija, który zachwyca sceną na wzgórzu i daje znakomite prognozy dla jego postaci, a jednak jego wrogość zanika gdzieś po drodze.

      „Uprowadzona 2” względnie trzyma poziom pierwszego filmu. Oczywiste staje się, że twórcy nie mogą wykorzystać tych samych chwytów co wcześniej, więc z góry wiadomo, że nie można oczekiwać podobnej przewrotności. Jednakże tytuł nadrabia innymi cechami, czy to ciekawą ucieczką, czy umiejętnościami dedukcyjnymi bohatera, ale przede wszystkim fascynuje nowymi krajobrazami oraz ścieżką dźwiękową. Film ogląda się bardzo przyjemnie i choć nie brakuje tu kilku tanich chwytów to jest to na tle interesująca i wciągająca produkcja, że czas z nią minie nam w mgnieniu oka.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Taken 2 / Reżyseria: Olivier Megaton / Scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen / Zdjęcia: Romain Lacourbas / Muzyka: Nathaniel Méchaly / Obsada: Liam Neeson, Maggie Grace, Famke Jenssen, Leland Orser, Jon Gries, Luke Grimes, D.B. Sweeney, Rade Šerbedžija, Alain Figlarz / Kraj: Francja / Gatunek: Sensacja
Premiera: 07 września 2012 (Świat) 05 października 2012 (Polska)

środa, 4 maja 2016

SZORTy #35: Uprowadzona 3, Zanim zasnę, Krocząc wśród cieni

Oryginalny tytuł: Taken 3 | Reżyseria: Olivier Megaton | Scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen | Obsada: Liam Neeson, Forest Whitaker, Famke Janssen, Maggie Grace, Dougray Scott, Sam Spruell | Kraj: Francja | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 16 grudnia 2014 (Świat) 09 stycznia 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Sześć lat temu pierwszy film zrobił furorę na całym świecie. Aczkolwiek kontynuowanie genialnego pomysłu, ze świetną sceną porwania i wspaniałym Liamem Neesonem nie do końca sprawdza się w kolejnym, trzecim już wydaniu. Tym sposobem „Uprowadzona 3” staje się najgorszym filmem z serii.
     Wydaje się, że emerytowany agent specjalny, Bryan Mills, w końcu uwolnił się od demonów przeszłości. Teraz wraz ze swoją córką cieszą się z odnowionych relacji, a i szansa na odzyskanie ukochanej kształtuje się gdzieś na horyzoncie. Do czasu kiedy zostaje wrobiony w morderstwo. Musi wykorzystać wszystkie swoje zdolności, uruchomić kontakty, aby odnaleźć mordercę i nie tylko uniewinnić siebie, ale przede wszystkim ochronić córkę.
     Akcja rozpoczyna się niezwykle dynamicznie, a zarys fabuły zmusza do zastanowienia się, czy aby na pewno oglądamy właściwy film. Już z samego początku rodzi się zagadka do rozwiązania, aczkolwiek nikt nie spodziewa się jakie pójdą za nią konsekwencje. Przerażające jest to, że tytuł który dotychczas kojarzył się z czymś naprawdę interesującym i nowoczesnym, teraz przybiera znamiona banalności amerykańskich produkcji, gdzie sporo jest strzelania, biegania, pościgów, a mało suspensu. Czy, aby na pewno? Otóż nie do końca, bowiem niewielu oczekiwało takiego obrotu spraw. Twórcy uderzają w najczulszy z punkt, pozostawiając widza z niedowierzaniem na twarzy. Mills ma naprawdę ciężkie zadanie do wykonania, a skradanie się, aby porozmawiać z córką zakrawa o tradycyjną zabawę w kotka i myszkę. Scenariusz miewa inteligentne chwile, które zaintrygują i dadzą poczuć powiew przeszłości. Szkoda jednak, że trwa to tak krótko. Liam Neeson nie wypada z gry. Wciąż żwawy, wciąż agresywny i jak najbardziej rodzinny. Jest prawdziwym twardzielem, ale przede wszystkim kochającym ojcem i za to uwielbiamy go najbardziej.

Oryginalny tytuł: Before I Go to Sleep | Reżyseria: Rowan Jof | Scenariusz: Rowan Jof | Obsada: Nicole Kidman, Colin Firth, Mark Strong, Anne-Marie Duff, Adam Levy | Kraj: Francja, Szwecja, Wielka Brytania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 04 września 2014 (Świat) 12 września 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ekranizacja świetnie przyjętej na całym świecie powieści S.J. Watson. Ten twór od nieznanego brytyjskiego reżysera wstrząsa sercami widzów kreując przerażającą wizję świata bez wspomnień.
     Od czasu nieszczęśliwego wypadku Christine każdego dnia budzi się nie pamiętając co robiła dotychczas. Każdy jej dzień zostaje wymazany z jej umysłu kiedy tylko zamknie oczy. W tajemnicy przed swoim mężem odwiedza lekarza, z którym pracuje nad odzyskaniem swoich wspomnień i życia. Ale może lepiej, aby nie poznała prawdy o sobie...
     Rozpoczynamy seans trwając w nim i rozmyślając, że jest sobie oto zwyczajna historia, o zwyczajnych ludziach. Opowieść o zapominaniu i odszukiwaniu własnego ja spośród tych wszystkich wspomnień, ale również i zaufaniu do ludzi, którzy trwają obok nas. Przerażająca wizja tego, jak jedno wydarzenie może całkowicie odmienić nasz los, nacechowany emocjami i zachowujący pewną rezerwę, ostrożność wobec osób, które są przy nas. Scenariusz daje nam mylące wskazówki odsuwające nas od prawdziwej dramaturgii całej tej produkcji. Fabuła skupiająca się przede wszystkim na stracie i pozwalająca się zastanowić, czy chcielibyśmy poznać bolesne fakty z naszego życia, czy dalej żyć w nieświadomości. Wszystko to toczy się monotonnym rytmem, swoim rytmem i wydaje się, że już nic spektakularnego nie może się zdarzyć, no chyba, że nagle by się okazało, że to mąż głównej bohaterki doprowadził ją do takiego stanu. Możliwość manewrowania przez Colina Firtha rzeczywistością jest nadwyraz przerażająca. Jednakże ten niezwykły twist, który zaszczepiają w nas twórcy jest tak szokujący, tak traumatyczny, że nie tylko dla bohaterki staje się on klaustrofobiczny. W tej chwili także i widz czuje się osaczony i zaczyna dostrzec prawdziwy ciężar historii. I choć film ma ogólnie bardzo senny klimat, to ta jedna chwila, ta kulminacja, ożywi nas i sprawi, że oczy wyjdą z orbit!

Oryginalny tytuł: A Walk Among the Tombstones | Reżyseria: Scott Frank | Scenariusz: Scott Frank | Obsada: Liam Neeson, Dan Stevens, David Harbour, Boyd Holbrook, Astro | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Kryminał
Premiera: 16 września 2014 (Świat) 03 października 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

     Liam Neeson już zawsze będzie nam się kojarzył ze świetnym kinem akcji. Wszystko za sprawą „Uprowadzonej”, w której to ratował swoją córkę. Jednakże wszystko diabli wzięli, gdy wystąpił w „Krocząc wśród cieni”, najnowszym filmie Scotta Franka, o którym zapomina się niesamowicie szybko.
     Niegdyś był świetnym policjantem. Do czasu feralnego incydentu, który na zawsze odmienił jego karierę. Teraz jest prywatnym detektywem, wykonującym różne usługi dla różnych ludzi. Jednym z jego klientów jest boss narkotykowy. Scudder musi odnaleźć zabójców jego ukochanej żony.
     Nudniejszego filmu już dawno nie widziałam. „Krocząc wśród cieni” zapowiadał się niezwykle interesująco, w szczególności, że po tak zaprezentowanej fabule oczekiwałoby się niesamowitego twistu u finału seansu. Możecie jednak o tym zapomnieć. Akcja filmu Franka niemiłosiernie się wlecze. Ma swój nietypowy klimat, to na pewno, ale jest to atmosfera tak senna, że prędzej mu do usypiacza niżeli pobudzacza emocji. Nie kręci się tutaj żadna intryga, choć na pewien sposób bohater próbuje odkupić swoje winy z przeszłości. Nie ma tutaj jednak czynnika zapalnego, nie ma tego elementu, który mógłby zaintrygować do samego końca. Jedyne co trzyma przy ekranie to nadzieja wielkiego finału i mega zaskoczenia, które nigdy ma nie nadejść. A poza tym, to Liam Neeson, który jak zawsze nieźle sobie szarżuje po ekranie. Niestety, nic więcej. Szkoda, że film wypada tak przeciętnie, bo zapowiadało się naprawdę nieziemsko, dramatycznie i szokująco!

niedziela, 10 stycznia 2016

Książka #386: Bazar złych snów, aut. Stephen King

      Tak bardzo dobry w długich powieściach, tak dobry również w krótkich nowelkach. Stephen King sprawdza się niemalże w każdej dziedzinie, choć duża część czytelników fanuje go za literaturę przesiąkniętą grozą. „Bazar złych snów” jest kolejną antologią opowiadań, w której ten kultowy autor zawiera najrozmaitszych rodzajów nowele. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie tytuł, który wskazywałby zasadniczo na jeden typ prozy.
      Od grozy, przez dramaturgię i sensację, aż na fantastyce kończąc. Stephen King wydaje się sprawdzać w każdej dziedzinie i tematyce. Opowiadania o potworach z kosmosu, tajemniczych zdolnościach, różnorakich miejscach i najdziwniejszych z wybryków. Niekiedy ocierające się o fantastykę naukową, a innym razem historie mogące spotkać każdego z nas. Antologia stanowi nie tylko przekrój różnych fabularnych motywów, ale również i skrajnych bohaterów, których spotkać można na każdym kroku.
      Nic tak bardzo nie boli jak czytelniczy zawód na ulubionym pisarzu. Na pisarzu, na którego najnowszą publikację czeka się miesiącami. Czyżby na tym polegał właśnie problem? Na tym, że tak wiele oczekiwało się po „Bazarze złych snów”? W końcu książka w makabrycznym wydaniu, z bardzo wymownym tytułem sugerującym prawdziwy pojazd po bandzie w kwestii horroru, a tu w konsekwencji otrzymujemy coś bardzo dalekiego od naszych oczekiwań. King oczywiście udowadnia, że wyobraźnię ma przeogromną. W końcu... kto jest w stanie stworzyć aż 21 tak skrajnie różnych od siebie opowiadań?! Najwyraźniej nawet i Kingowi nie udaje się utrzymać uwagi widza na zbyt długi czas, aczkolwiek to wszystko uzależnione jest od osobistych preferencji czytelnika. Ci, którzy gustują w bardziej enigmatycznej twórczości autora, w bardziej krwiożerczych tekstach, mogą poczuć się lekko zawiedzeni, a niekiedy nawet i zaskoczeni męczarnią jaką muszą przejść, aby przekopać się przez te wszystkie litery i dotrzeć do upragnionej prozy.
      Całość zaczyna się bardzo obiecująco. Opowiadanie „130. kilometr” to nic innego jak ukłon w stronę klasycznych zabójczych samochodów Kinga, a także autek z piekła rodem. Właśnie ten tekst postawił poprzeczkę bardzo wysoko, zachwycając koncepcją potwora przyjmującego postać samochodu. Nie można odmówić mu również humoru, kiedy wizualizujemy sobie pożeranie kobiecych pośladów przez drzwi samochodowe. Z tytułów bardziej enigmatycznych na uwagę zasługuje „Wydma”. Bardzo niepozorny tytuł, z bardzo niepozorną fabułą. Wyspa, której piaski przepowiadają śmierć? Nie może być chyba nic bardziej frapującego, w szczególności, gdy przypomnimy sobie o finale, który pozostawia czytelnika w totalnej rozsypce. King nie odwraca się też i od fantastyki. Jego opowiadanie o tytule „UR” świetnie łączy w sobie ostatni krzyk mody, jakim są czytniki e-booków oraz sensacje o światach równoległych. Bardzo ciekawe, momentami zaskakujące połączenie między różnymi światami i skutki ewentualnej ingerencji w przyszłość. „Ten autobus to inny świat” prezentuje zupełnie inny wątek. Na pewnej płaszczyźnie łączy elementy thrillera wraz z dramatyzmem całej sytuacji. Obojętność na ludzką tragedię, która dominuje w świecie, a tutaj zostaje wyrzucona na światło dzienne przez samego autora. Podobny wątek kieruje tytułem „Premium Harmony”. Nie ważne, że żona właśnie zmarła, nie ważne, że na tylnym siedzeniu samochodu ugotował się psiak. Najważniejsze, że w sklepie znaleźliśmy nasze ukochane fajki. Najciekawszymi opowiadaniami z całej antologii okazują się być te dotyczące samej śmierci. Kiedy „Życie po życiu” kręci się bardziej wokół przeżywania swojego życia na nowo i popełniania wciąż tych samych błędów- trudno o inny przebieg zdarzeń, kiedy odradzamy się bez tej niesamowitej wiedzy, tak „Nekrologi” to głównie kwestia śmiertelna. Ten drugi tekst zdecydowanie najbardziej przykuwa uwagę również ze względów moralnych. Zabijanie ludzi za pomocą nekrologów? Jest to dar, czy bardziej przekleństwo? Raczej graniczy to z głupotą, bo kto zabija żyjącą osobę z premedytacją?!
      Szkoda, że z tak wielu opowiadań zaledwie garstka zasługuje na faktyczną uwagę. Stephen King każde z nich opatruje krótkim opisem, małym wstępem, który pomoże pojąć większą głębię całej lektury. Nie raz uprzedza, że opowiadanie może być wytworem zupełnie nowym, a innym razem efektem ciągłego dopracowywania. „Bazar złych snów” mógłby być jednak o wiele bardziej porywający, mogłoby być w nim więcej tekstów typu „Nekrologi”, czy „130. kilometr”. Jednakże każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, bowiem nawet fani bardziej enigmatycznego i filozoficznego Kinga powinni być zadowoleni z efektów pracy nad najnowszą antologią.


Ocena: 3/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info
proszynski.pl

Tytuł oryginalny: The Bazaar of Bad Dreams / Tłumaczenie: Tomasz Wilusz / Wydawca: Prószyński i S-ka / Gatunek: horror, dramat, sci-fi / ISBN 978-83-8069-174-2 / Ilość stron: 672 / Format: 142x202mm
Rok wydania: 2015

sobota, 9 listopada 2013

Książka #289. Inferno, aut. Dan Brown

Tytuł oryginalny: Inferno
Seria: Robert Langdon #4
Gatunek: sensacja, thriller
Wydawca: Sonia Draga
Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Robert J. Schmidt
ISBN 978-83-7508-712-3
Ilość stron: 592      Format: 143x205 mm
    Robert Langdon znowu powraca, aby skupić swoją uwagę na zupełnie innym przedstawicielu światowej historii sztuki i raz jeszcze ocalić ludzi przed niebezpieczeństwem. Na kolejną powieść w wykonaniu Dana Browna przyszło nam bardzo długo czekać. I choć „Zaginiony symbol”nie okazał się być tak wielkim sukcesem jak poprzednie tomy z serii o harvardzkim specjaliście od profesorze symboliki, to wciąż w fanie pozostała nadzieja na lepsze chwile autora. Niestety, „Inferno”nie do końca spełnia te oczekiwania.
    Ciężko ranny i pozbawiony wspomnień sprzed kilkudziesięciu godzin, Robert Langdon trafia do jednego z włoskich szpitali we Florencji. Choć na miejscu zajmuje się nim piękna pani doktor, Sienna Brooks, to wciąż dręczą go wizje tajemniczej kobiety pokazującej się w jego snach. Jednakże niedługo po przybyciu do szpitala zostaje zaatakowany przez tajemniczą kobietę, a w wyniku tej napaści ginie lekarz prowadzący, a Langdon zmuszony jest uciekać wraz z ocalałą Sienną. Napędzany determinacją marzy tylko o jednym, aby rozwikłać zagadkę rany na głowie, ale przede wszystkim tego, jak to się stało, że w tak krótkim czasie dotarł ze Stanów do Włoch. Tym razem specjalista od symboliki będzie musiał wykorzystać swój umysł do rozwikłania jednej z najbardziej przerażających wizji piekła zaprezentowanej przez Dantego Alighieri w jego dziele „Boska komedia”. Musi się spieszyć, gdyż czasu zostało niewiele, a ceną za niepowodzenie może okazać się miliony istnień.
      Dziwna sytuacja z tymi powieściami od Dana Browna. Pierwsze cztery, niekoniecznie kręcące się wokół osoby Roberta Langdona były tak zachwycające, że trudno było oderwać się od dalszej lektury. Wraz z piątą książką emocje już opadły, a same pomysły ciężko było nazwać porywającymi. Wydawałoby się więc, że „Inferno”nie będzie powielało schematów, no i może faktycznie nie jest to historia kropka w kropkę odwzorowana na wcześniejszych, ale wydaje się, że właśnie podobny charakter mógłby bardziej zainteresować. Trudno jest powiedzieć w czym tak naprawdę tkwi problem najnowszej powieści Browna. W końcu mamy tutaj całkiem nowy obiekt wokół, którego kręci się fabuła i jak się okazuje „Boska komedia”nadaje bardziej mrocznego wymiaru. Jednakże sposób w jaki zostaje ona poprowadzona pozostawia sporo do życzenia. Zdecydowanie pełno jest tutaj nierówności, gdy raz akcja nabiera tempa, aby za chwilę całkowicie się rozleniwić doprowadzając przy tym do białej gorączki. Brakuje tutaj przygód i pewnego łańcucha przyczynowo-skutkowego, który zaszczepiał w czytelniku instynkt detektywistyczny i tak bardzo intrygował, że nie mógł się doczekać tego dokąd teraz zaprowadzi nas kolejna łamigłówka. Czegoś takiego tutaj nie ma, przynajmniej nie w tak sporych ilościach jak wcześniej, wobec czego sfrustrowani i momentami potwornie znużeni zagłębiamy się w wydarzenia. Niesamowitym ciosem poniżej pasa jest pojawienie się dziwacznej instytucji o nazwie Konsorocjum, która z początku z której autor najpierw robi coś supertajnego, a przy tym fajnego, aby u końca spłycić ją do jakiejś totalnej maskarady. O, dziwaczności! Na szczęście, w „Inferno”pojawia się kilka znaczących zwrotów w akcji, nietypowych niespodzianek, które mogłyby niejednego strącić z fotela. Z pewnością najznakomitsze z całej powieści jest ostatnie osiemdziesiąt stron, na których to znajduje się kwintesencja całej fabuły. Oczywiście, zalatuje tutaj trochę tym popularnym dziś wątkiem apokaliptycznym i postapokaliptycznym, ale i tak maksymalnie napina nam nerwy, tym samym odrobinę zawyżając naszą ocenę.
     Dan Brown bardzo wielką uwagę przykuwa do wszelkich drobiazgów. Nie jest to, co prawda King, który podkreśla jak bardzo zielony jest ten liść, czy deska niezwykle złowieszcza. Tutaj wszystko koncentruje się na budynkach i literaturze. Tutaj wyczytamy, jak cudowne są te łuki i kolumnady, czy jak straszliwie wyglądają wyżłobienia na masce pośmiertnej Dantego. Oczami wyobraźni podziwiamy wspaniałe, ale też i potężnie zatrważające malowidło Botticelliego La Mappe dell Inferno, choć zawsze można skorzystać z wyszukiwarki Google'a, aby bardziej sobie ją unaocznić, a także wszystkie kąty, w które zaglądają bohaterowie, czy to we Florencji, czy w Istambule. Co prawda, Hagia Sophia to nie Luwr, ale z pewnością spełnia swoje zadanie, co do nadania klimatu całej historii.
      Autor po raz kolejny tworzy bardzo wyraziste postaci, dużą część poświęcając na ich osobiste rozważania, czy nawet i przeszłość. Jednakże pokazuje nam jedynie tyle, ile chce, przy okazji stopniując napięcie. Do fabuły po raz kolejny wprowadza dziwaczną organizację, która nie ma tutaj zbyt kryminalnego charakteru, ale nie oznacza to, że nie pojawiają się antagoniści. Okazuje się jednak, że ich osobowości nie są ani do końca białe, ani do końca czarne. Oscylują gdzieś pomiędzy tymi dwoma wyznacznikami, pozwalając na to, aby czytelnik sam podjął się ich oceny. Wszystko przez poruszany tutaj niezwykle istotny temat przeludnienia i ewentualnych jego konsekwencji w przyszłości. Pada nawet i znaczące pytanie, na które nie tylko Langdon musiałby odpowiedzieć, bowiem każdy z nas mógłby się o to pokusić. W efekcie, gdzieś pomiędzy tymi szarpaninami, ucieczkami i odkrywaniem najbardziej zagłębionych na świecie miejsc możemy znaleźć również i treści do osobistych rozważań.
     „Inferno”zdecydowanie legło za daleko od moich oczekiwań. Z jednej strony jest to bardzo irytujące, ale z drugiej pochwalić należy Browna, że nie trzyma się utartych przez siebie ścieżek. Nie mniej, zdecydowanie za mało tutaj konkretnej akcji, która trzymałaby nas dłużej w napięciu. I choć postaci są świetne, choć opisy zapierających dech w piersi lokalizacji są bardzo realistyczne, to jednak brak tutaj tego czegoś co mogłoby przykuć uwagę czytelnika na dłuższą chwilę. Szkoda, bo przy tak genialnej bazie jaką jest „Boska komedia”, można by było stworzyć naprawdę coś zatrważającego, coś świeżego i coś fascynującego. A tak to najnowsza powieść Dana Browna jest najnormalniejszym przeciętniakiem, który wyróżnia się jedynie poprzez ambicje i wiedzę autora.
Ocena: 3/6

niedziela, 18 sierpnia 2013

1067. Mission: Impossible. Ghost Protocol, reż. Brad Bird

Oryginalny tytuł: Mission: Impossible – Ghost Protocol
Seria: Mission: Impossible #5
Reżyseria: Brad Bird
Scenariusz: André Nemec, Josh Appelbaum
Zdjęcia: Robert Elswit
Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 07 grudnia 2011 (Świat) 26 grudnia 2011 (Polska)
Obsada: Tom Cruise, Paula Patton, Simon Pegg, Jeremy Renner, Michael Nyqvist, Vladimir Mashkov, Samuli Edelmann, Léa Seydoux, Josh Holloway i inni
    Minęło już 16 lat od kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy filmową wersję znanego serialu telewizyjnego Bruce Gellera na wielkim kinowym ekranie. Tom Cruise się postarzał, a misja niemożliwa zyskała całkowicie nowy poziom. Spektakularne zakończenie całej serii serwuje nam sam Brad Bird, który dotychczas zajmował się głównie produkcjami familijnymi. Swoim pierwszym filmem dla dorosłych o tytule „Mission: Impossible – Ghost Protocol” udowadnia, że obsadzenie go w roli reżysera okazało się być pomysłem bardzo dobrym.

czwartek, 28 lutego 2013

1034. Szklana pułapka 5, reż. John Moore

Oryginalny tytuł: A Good Day to Die Hard
Seria: Szklana pułapka #5
Reżyseria: John Moore
Scenariusz: Skip Woods
Zdjęcia: Jonathan Sela  
Muzyka: Marco Beltrami  
Kraj: USA
Gatunek: Akcja, Sensacyjny
Premiera: 07 lutego 2013 (Świat) 14 lutego 2013 (Polska)
Obsada: Bruce Willis, Jai Courtney, Mary Elizabeth Winstead, Sebastian Koch, Yuliya Snigir, Radivoje Bukvis, Cole Hauser, Amaury Nolasco
    Przygoda z serią „Szklana pułapka” trwa już ćwierć wieku (!). I choć zestarzał się już pomysł, choć Bruce Willis nie jest już pierwszej młodości, to jednak twórcy wciąż podpierają się tym dwudziestopięcioletnim schematem zmieniając jedynie otoczenie. „A Good Day to Die Hard” to już piąty film z tego cyklu, tym razem reżyserowany przez Johna Moore'a, dzięki któremu zaistniał remake „Omena”, czy też ekranizacja przebojowej gry „Max Payne”. Jednakże człowiek, którego produkcje cechowały się swoistym klimatem ostudził trochę zapędy fanów dynamicznego Johna McClane'a.

piątek, 2 marca 2012

Książka #108. Wiedźma z Babilonu, aut. D.J. McIntosh

Oryginalny tytuł: The Witch of Babilon
Gatunek: sensacja
Wydawca: Bellona
Rok wydania: 2011  
Projekt okładki: Anna Damasiewicz
Tłumaczenie: Ewa Wierzbicka
ISBN 9788311121256
Ilość stron: 424
Format: 125x195 mm



     Dorothy McIntosh, która swoje powieści pisze jako D.J. McIntosh, jest kanadyjską pisarką, której zainteresowania oscylują wokół historii i kultury starożytnej Mezopotamii. Bowiem nie tylko ten motyw znajdziemy w jej najnowszej historii „Wiedźma z Babilonu”, ale tej tematyki dotyczy także jej działalności dziennikarska, a także dodatkowa działalność. Książka wydana w 2011 roku przez Wydawnictwo Bellona stanowi zaledwie pierwszy tom Trylogii Mezopotamskiej.

     Młody mężczyzna- John Madison, wciąż cierpi po śmierci swojego brata Samuela. Teraz kiedy został w obcym kraju sam, jego problemy zaczynają się spiętrzać. Dochodzi do morderstwa, w wyniku, którego ginie jego znajomy- Hal. W spadku zostawił mu on pewną zagadkę, która ma do doprowadzić do starożytnego artefaktu. Wkrótce okazuje się, że była to zmyślnie sporządzona zasadzka, która sprowadza na kark Johna złodziejaszków. Nie cofną się oni przed niczym, aby odnaleźć pozostałość babilońskiej historii, a także skrywanego skarbu.
    Opis z tyłu książki bardzo wiele obiecuje czytelnikowi. Po zapoznaniu się z nim nie pozostawia się nam złudzeń, że lektura „Wiedźmy z Babilonu” będzie niezwykłą podróżą upstrzoną historią i magią. Nie wszystko jednak zostaje spełnione, bowiem wspomnianych niezwykłości jest tutaj stosunkowo niewiele, można nawet powiedzieć, że zaskakująco mało. To co serwuje nam powieść to przede wszystkim wyprawa do starożytnej Babilonii i miasta zwanego Niniwa. Do akcji wprowadzony zostaje pewien mężczyzna, wokół którego zaczyna kręcić się cała historia. To on staje się obiektem drwin i prześladowań. To jego wciąż chcą zabić, wciąż go porywają i wywożą poza granice kraju. Tajemnica jest ogromna i nie ustajemy w wysiłkach, aby w końcu ją odkryć. To co trzeba przyznać to fakt, iż samo zakończenie zaskakuje, bo pojawia się ono zupełnie niespodziewanie, wtedy kiedy mamy nadzieję, że to już definitywny koniec wszelkich potyczek. Zanim to jednak nastąpi czeka nas ciekawa, bądź też nieznośna przeprawa przez sporą dawkę faktów historycznych. Osobom, które lubują w podobnych klimatach będą to niesłychane ciekawostki, natomiast dla tych, którzy są na bakier z historią będzie to prawdziwa udręka. Co gorsza, nie ma tutaj spójnego tempa akcji. Jeżeli ktoś rozpoczyna lekturę spodziewając się czegoś na miarę choćby nawet „Zaginionego Symbolu” Dana Browna to zdecydowanie się zawiedzie. Nie ma tutaj stopniowania napięcia, nie ma sytuacji, że rozpoczyna się akcja i w końcu zaczyna się coś dziać. Niestety, „Wiedźma z Babilonu” nie oferuje takich atrakcji. Kiedy już mamy nadzieję na jakiś rozwój w kierunku prawdziwiej akcji, nasz zapał zostaje przyhamowany kolejną zbędną paplaniną i faktami nie mającymi wpływu na dalsze wydarzenia. Można jednak stwierdzić, że wszystko dzieje się bardzo dynamicznie. Czytelnik przeskakuje z jednego wypadku do drugiego, z jednego kraju na inny zupełnie kontynent. Dzieje się to dość sprawnie i bez większych zgrzytów i nieścisłości fabularnej. Powieść ta to nie tylko akcja i historia. Dotyka ona także tematyki alchemii, czyli zamiany metalu na złoto. Przyrównuje się to do przeklętych dłoni króla Midasa, o którym także wspomina autorka. Nie zabraknie też wątków romantycznych, choć nie zmierzają one w zbyt dobrych kierunkach. No, ale przede wszystkim widzi się miłość dwóch braci, którzy zrobiliby dla siebie wszystko, choć nie oznacza, że nie skrywają swoich tajemnic.
    Trzeba to przyznać, D.J. McIntosh w dość typowy we współczesnych czasach sposób stara się przekazać kilka nowinek historycznych. Jednakże, „Wiedźma z Babilonu” jest tak przeładowana faktami z historii, że trudno jest w konkretny sposób wprowadzić się w samą historię. W konsekwencji staje się ona bardzo męcząca dla kogoś kto nie jest fanem historycznych odniesień. Widać tu jednak ogromną wiedzę autorki z tego zakresu i to, oczywiście, się chwali. Szkoda tylko, że nie potrafi aż tak dobrze jej przekazać, jak przykładowo Dan Brown. Ma lekkie pióro, to prawda. Stara się pisać swobodnie, aczkolwiek nie każdego może to urzekać.
     Okładka powieści nie jest zbyt zachęcająca, bowiem zachowana jest w dość naturalnej kolorystyce. Na główny plan wysuwa się kamienna tablica, której dotyczy cała ta akcja z książki. Nie brakuje w niej także powiązań z irakijskimi elementami, czy to starożytne miasto, czy współczesny helikopter z miejsc aktywności wojskowej. Z pewnością nie zachęca i patrząc na nią trudno odnaleźć spoiwo łączące tych kilka motywów, które łączy w sobie powieść.
     Podsumowując, „Wiedźma z Babilonu” to nie porywająca powieść. Czytelnik może czuć się trochę oszukany tym co mu zapowiadano, a co otrzymał w zamian. Nie jestem fanką historii, nigdy nie byłam. Dlatego też dla mnie osobiście lektura była prawdziwą męką. Wciąż czekając na jakąś dynamiczną akcję można się jej po prostu nie doczekać. Wszystko ciągnie się w nieskończoność poprzez bardzo rozbudowane, bardzo szczegółowe opisy, które w większości nie mają żadnego znaczenia. Trzeba jednak przyznać, że jeżeli komuś podobają się podobne klimaty to będzie usatysfakcjonowany, bowiem wszystko zależy od punktu widzenia i osobistych preferencji czytelników.

Ocena: 3/6

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Bellona, a także portalowi Sztukater, który mi ją udostępnił.