Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Oryginalny
tytuł: The Conjuring
Seria: [Rec]
Mijają 2 godziny od kiedy w jednym z budynków mieszkalnych w Hiszpanii wybuchła dziwna epidemia. Na miejsce przybywa oddział antyterrorystyczny GEO, który ma wprowadzić do budynku przedstawiciela ministerstwa zdrowia. Kiedy wchodzą do budynku odnajdują masę krwi. Ich celem jest dotarcie na poddasze, gdzie rozpoczęła się ta epidemia i zdobycie próbki krwi pierwszego pacjenta, co pomoże wynaleźć antidotum. Kiedy zostają zaatakowani okazuje się, że osoba z ministerstwa nie jest tym za kogo się podaje i zdecydowanie wie więcej niż mówi swoich ochroniarzom. Okazuje się, że jest on księdzem, a epidemia ta nie ma podłoża medycznego, a bardziej religijne, bowiem osoby zarażone są tak naprawdę opętane przez demony. Niestety, próbka ulega zniszczeniu, a ksiądz nie ma zamiaru wyjść z budynku dopóki takiej nie uzyska. Dlatego też ma zamiar schwytać pacjenta zero i zdobyć ją bezpośrednio od niego, może to być jednak trudne, gdyż w całym budynku aż roi się od zarażonych, a antyterrorystów coraz szybciej ubywa. Z pomocą przychodzi jedna z ocalałych – Angela Vidal (Manuela Velasco), dziennikarka, która kilka godzin wcześniej towarzyszyła strażakom podczas swojego programu.
Zaskoczona byłam tym, że akcja filmu rozgrywa się praktycznie tuż po zakończeniu akcji części pierwszej. Nie wiemy w zasadzie ile czasu minęło, ale z pewnością niewiele, gdyż sami bohaterzy wspominają o wejściu policjantów dwie godziny wcześniej. Spodobało mi się rozszerzenie historii zakażenia. Z początku myśleliśmy, że to zwykły wirus, ale już po pierwszym spotkaniu z zarażonym dowiadujemy się, że wcale tak nie jest. Oczywiście rozwinięcie jest dość dziwne, ale w sumie sprawiło, że emocje trochę opadły – przynajmniej ze mnie. Cieszyłam się, że tak rzadko pojawiali się zarażeni, ale to nie zmieniało faktu, że przez cały film siedziałam jak na szpilkach i bałam się wyjść z pokoju, a jak już z niego wyszłam to myślałam, że zaraz coś na mnie wyskoczy. Grozę potęgowało właśnie to, że nikogo w pobliżu nie było, a było to bardzo podejrzane. Oczywiście jak sobie wyskakiwało coś znienacka to także miało to określony wpływ na psychikę widza. Podobało mi się pojawienie się zupełnie innych postaci w filmie – nagle, ni stąd ni zowąd w budynku znaleźli się inni ludzie, a już w szczytem szczytów było pojawienie się starej znajomej, chociaż to było do przewidzenia patrząc po obsadzie. Film właściwie zaskakiwał z każdą chwilą, a zakończenie... piorunujące.
Trudno jest tutaj cokolwiek mówić o aktorstwie, gdyż nie możemy obserwować go w całej okazałości. Wszyscy, w moim mniemaniu, zagrali przekonująco. Gra aktorska każdego z bohaterów była mniej więcej na jednym poziomie. Nie wiem czy to za sprawą tego, że operatorami był ten sam człowiek – Pablo Rosso. Co jest dość zabawne jakby na to nie spojrzeć, gdyż w pierwszym filmie on także był operatorem i Vidal mówiła do niego Pablo, a tutaj gra członka grupy antyterrorystycznej i mówią na niego Rosso. Tak czy inaczej taki stan rzeczy mógł sprawiać, że bohaterowie czuli się bardziej swobodnie i odegrali swoje role z większym przekonaniem i bardziej swobodnie.
Oryginalny tytuł: The Unborn
Młoda dziewczyna Casey Beldon (Odette Yustman) miewa koszmary, w których śni jej się chłopiec z nienaturalnie niebieskimi oczami. Jednego z wieczorów podczas, których opiekuje się dwójką rodzeństwa dochodzi do dziwnego zdarzenia, w którym chłopiec imieniem Matty uderza ją lusterkiem. Ku jej zdziwieniu następnego dnia jej przyjaciółka Romy (Megan Good) zauważa, że coś dziwnego dzieje się z jednym z jej oczu. Kiedy idzie z tym do lekarza okazuje się, że może być ona bliźniaczką co tłumaczyłoby całe zjawisko. Sprawę te potwierdza jej ojciec. Wkrótce Casey odkrywa przerażającą prawdę o swojej rodzinie, w której bliźniacze ciąże są zakodowane genetycznie. Jest niemalże pewna, że jej ciało nawiedza duch Dybuk, który chce za jej pomocą przedostać się do świata żywych i robi to za pomocą luster. Casey udaje się do Rabina Sendaka (Gary Oldman), aby spróbował odprawić na niej egzorcyzmy przy pomocy poleconej jej przez jej własną babcię Księgi Luster. Rabin nie do końca wierzy dziewczynie, ale szybko zmienia zdanie, gdy sam staje oko w oko z zagrożeniem.
Jak przystało na porządny film grozy nie zabrakło tutaj scen, w których można było się przestraszyć. Jednakże nie wiem czy to z powodu tego, że oglądałam film jak było jasno, czy też z innych powodów, ale niektóre sceny w ogóle mnie nie poruszały. Standardowo jednak, bez zmian, najgorsze dla mnie były sceny, w których coś pojawiało się znikąd. Tak było w przypadku lustra w domu Casey, z którego słychać było drapanie. Za każdym razem, gdy je otwierała a później zamykała byłam pewna, że za chwilę coś zobaczę i umrę na zawał. Oczywiście takiego momentu się doczekałam, ale wyglądało to zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Najgorszą według mnie sceną była scena śmierci babci Casey- Sofi. Całe to wydarzenie w domu starców przyprawiło mnie o palpitacje serca. Twórcy postanowili postawić na mocne akcenty w tym filmie dlatego też pojawiły się takie postacie jak jeden z pacjentów chodzący na wszystkich czterech kończynach z głową wykręconą o 180 stopni. Patrząc jeszcze jak Sofi była przez niego ścigana to aż mi się słabo robiło. Totalną masakrą była także scena egzorcyzmów. Nic nie zapowiadało tego co miało nadejść, ale ja czułam, że coś wisi w powietrzu. Młody Dybuk szybko się pojawił. No, ale to co zrobił z tymi ludźmi. Najgorsze było to co stało się jednej z kobiet. Okropność. Ciekawie wyglądała też scena opętania czarnego księdza. Później było dużo rozpierduchy, ale w końcu zakończyło się to wszystko tak jak się wszyscy z pewnością spodziewali oglądając film. Ale czy do końca? Zakończenie bowiem dało do myślenia. Co prawda twórcy nie podali nam od razu na tacy odpowiedzi, ale można było się domyśleć o co chodzi. Nie zdradzę wam zakończenia, ale powiem, że wszystko wyjaśnia dlaczego wszystko działo się akurat wtedy a nie wcześniej, czy też później. Jednakże nie było to aż tak mocne zakończenie, które zmieniło całe moje wrażenie po obejrzeniu filmu. Dalej uważam, że film raczej nie należy do najstraszniejszych.
W głównej roli kobiecej wystąpiła Odette Yustman, którą nie wiedzieć czemu uważałam za Megan Fox. Odette wystąpiła w innym oglądanym przeze mnie filmie „Projekt: Monster”. W „Nienarodzonym” zagrała moim zdaniem całkiem nie najgorzej, no ale zawsze mogło być lepiej. U jej boku pojawił się Cam Gigandet, którego ostatnio mogliśmy widzieć w „Zmierzchu”. Mnie osobiście jego postać nie przekonała. Nie wiem czemu, ale cały czas miałam przed oczami krwiopijnego James`a w jego wykonaniu. W filmie wystąpiła także Meagan Good, którą ja znam jedynie z filmu „Piła V” oraz „Krok do sławy”. Jej postać za to bardzo mi się spodobała. Była dość przekonująca. Największe jednak wrażenie wywarł na mnie z pewnością jedyny gwiazdor tego filmu Gary Oldman, który tym razem został Rabinem pomagającym opętanej dziewczynie. Postać dość ciekawa i dobrze zagrana przez Oldmana. Do takich ról mi pasuje, a nie do obskurnego Syriusza Blacka w „Harrym Potterze”. Ogólnie gra aktorska nie jest może najwyższych lotów, ale na szczęście nikt jakoś specjalnie nie raził po oczach swoim niedokształceniem w dziedzinie aktorstwa.
Jennifer (Megan Fox) jest najseksowniejszą laską w szkole. Pomimo tego, że jest cheerleaderką, a co za tym idzie jedną z wredot szkolnych, od piaskownicy przyjaźni się z uroczą kujonką – Needy (Amanda Seyfried). Więź pomiędzy przyjaciółkami coraz bardziej doskwiera chłopakowi Needy – Chipowi (Johnny Simmons), jednakże pewnego wieczoru pozwala swojej ukochanej na wyjście z przyjaciółką na koncert jednego z zespołów, za którymi ona szaleje. Na miejscu dochodzi do tragedii – cały bar staje w płomieniach i wszyscy, którzy się tam znajdują giną. Wszyscy oprócz Jennifer, Needy i ekipy z zespołu. Proponują oni Jennifer podwiezienie i pomimo błagań Needy, Jennifer przyjmuje zaproszenie. Kiedy roztrzęsiona Needy wraca do domu i dzwoni do Chipa jej dom odwiedza poturbowana i zakrwawiona Jen. Jednakże następnego dnia, jak gdyby nigdy nic przychodzi do szkoły cała i zdrowa. Wkrótce w okolicy dochodzi do serii okrutnych zbrodni na chłopakach ze szkoły, a Needy dowiaduje się, że stoi za tym jej najdroższa przyjaciółka, która została opętana przez demona.
Historia jakich wiele. Historia o przyjaźni, ale także i o miłości. Pokazuje jak wiele może wytrzymać przyjaźń z psychopatyczną morderczynią, której zdrowy rozsądek już dawno nie traktowałby jako przyjaciółki. Nie mniej zastanawiające jest to jak fabuła się rozrasta – a właściwie jak tego nie robi. Właściwie od początku można się domyśleć kto odpowiedzialny jest za tą całą przemianę Jennifer. Przyznam, że okazało się być to podejściem dość głupim, ale być może właśnie takie to miało być. Totalną masakrą było wywleczenie lesbijskiego wątku. Przez cały film twórcy dają znać, że coś iskrzy pomiędzy przyjaciółkami, ale z drugiej strony mogłoby być to zbyt śmiałe stwierdzenie. Być może miało to jakiś sens, którego ja nie dostrzegłam. Ogólnie schemat pozostaje ten sam jak przy horrorach pomieszanych z filmami dla nastolatek. Podobnie było w przypadku filmu „Tamara”. Podobny schemat tylko, że z kujonowatej laski zrobiła się sex bomba po opętaniu. A tutaj z sex bomby zrobiła się sex bomba ze straszliwymi zębiskami rozszarpująca ciała lecących na nią kolesi i wypijająca krew z ich rozprutych ciał. No, ale przyznać muszę, że rozpoczęcie i zakończenie tej historii jest dość fascynujące, w szczególności sam koniec, kiedy wszystko widzimy w urywkach – ciekawie zmontowane.
Megan Fox jest uznawana za jedną z najseksowniejszych aktorek. Pomimo tego, że wcześniej pojawiała się już w filmach to jednak dopiero rola w filmie „Transformers” przyniosła jej oczekiwaną sławę i sprawiła, że teraz jest rozchwytywana przez reżyserów. Wydaje się, że rola Jennifer jest jak dla niej stworzona. Idealnie wczuła się w seksowną i jednocześnie złą uczennicę. No, ale mojego entuzjazmu nie podzielają krytycy. Według mnie jest zdecydowanie wiele gorszych aktorek grających gorzej. Jej przeciwieństwem jest Amanda Seyfried, której kariera rozwijała się podobnie. Pierwszym filmem fabularnym w jakim się pojawiła były „Wredne dziewczyny”, jednakże świat bliżej ją poznał kiedy wystąpiła w głośnym musicalu „Mamma Mia!” u boku Meryl Streep i Pierce Brosnana. Tutaj niestety była całkowicie bezbarwna. Najlepszymi scenami z jej udziałem są te, gdy znajduje się w zakładzie zamkniętym i ostatnie sceny. Moje ulubione. Po stronie męskiej w filmie mogliśmy zobaczyć przede wszystkim Adama Brody`ego, J.K. Simmonsa oraz Johnny`ego Simmonsa.