NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabły i demony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą diabły i demony. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2015

SZORTy #21: Dziecko Rosemary, Wyścig, Przychodzi facet do lekarza

Punkt #24. Film Romana Polańskiego
Oryginalny tytuł: Rosemary's Baby | Reżyseria: Roman Polański | Scenariusz: Roman Polański | Obsada: Mia Farrow, John Cassavetes, Ruth Gordon, Sidney Blackmer | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Psychologiczny

Premiera: 12 czerwca 1968 (Świat)
Ocena: 5/10

      Niezaprzeczalny klasyk gatunku. Jeden z najlepszych filmów wszech czasów, no i przede wszystkim prowodyr wszelkich poczęć diabelskich. „Dziecko Rosemary” jest tworem naszego rodaka Polańskiego i duma rozpiera, że to właśnie jego praca stała się inspiracją dla późniejszych twórców horrorów.
      Pewne małżeństwo przeprowadza się do uroczej kamienicy, aby rozpocząć nowe, wspólne życie. Niestety, ich z pozoru szczęśliwie życie zostaje zaburzone przez śmierć sąsiadki. Wówczas nieocenione okazuje się wsparcie reszty sąsiadów, będący przy nich na każdym kroku. Jednakże gdy kobieta zachodzi w ciążę zaczyna podejrzewać, że współmieszkańcy należą do tajemniczej sekty.
      Z filmami takimi, jak „Dziecko Rosemary” jest spory problem, gdy ogląda się je w dzisiejszych czasach. Widz, który przez wiele lat nasiąkł filmami, które bazowały na klasykach nie do końca potrafią odnaleźć się w klimacie tamtejszej epoki. Zrozumiała jest ówczesna fascynacja tytułem, to uczucie przytłoczenia, osaczenia w związku z nowym miejscem, otoczeniem. Budowanie napięcia dialogami, które teraz wydają się na totalnie nużące, wręcz zupełnie zbędne, niewnoszące niczego do ogólnej fabuły. A może po prostu środek nocy nie jest najlepszą porą na oglądanie takich filmów? Nie trudno docenić jest klimat. Uczucie klaustrofobicznego potrzasku jest zdecydowanie wyczuwalne, budzi mocny niepokój i jest to genialne. Emocjonujące jest to zburzenie ludzkiego spokoju, zaufania do ludzi i sąsiada, sielankowego życia, które dotyczyć może każdego człowieka, a wszystko to dokonane za pomocą deseru! Psychoza bohaterki, tak dobrze odegrana przez Mię Farrow, a jednak tak mocno przesadzona... To wszystko daje w efekcie dość przeciętny obraz, przynajmniej na te czasy, ale może i niegdyś było to wspaniałe zjawisko kinematografii.

Punkt #6. Film sportowy
Oryginalny tytuł: Rush | Reżyseria: Ron Howard | Scenariusz: Peter Morgan | Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Brühl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara | Kraj: USA, Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat, Sportowy
Premiera: 02 września 2013 (Świat) 08 listopada 2013 (Polska)
Ocena: 7/10

     Filmy biograficzne sprzedają się najlepiej, w szczególności jeżeli przedstawiają wyraziste charaktery i niebanalne historie. Ron Howard sięga do życiorysu dwóch gwiazd Formuły 1 i przenosi na ekran ich nietypową przyjaźń nadając jej tytuł „Wyścig”.
      Niki Lauda może mieć wszystko, a pragnie tylko jednego – ścigania się w wyścigach i wygrywania. Ma jednak mocnego przeciwnika w postaci człowieka nieznającego strachu, gotowego na wszystko Jamesa Hunta. Żaden nie spocznie dopóki nie pokona tego drugiego. Daje to początek niezwykłej rywalizacji na torze wyścigowym Formuły.
      Filmografia Howarda prezentuje cały wachlarz najrozmaitszych gatunków i historii. „Wyścig” dołącza do tych wspaniałości wraz ze swoim dynamizmem, fabułą i bohaterami. Nie jest to jednak tytuł, w którym darzyć będziemy postaci szczerą sympatią- wręcz przeciwnie. Arogancja tej dwójki przyćmi ich wszelkie inne zalety, czy wady, wykrzykując jedno – zapomnij, że ich polubisz! Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegamy mocy w ich przyjaźni. Chorobliwa rywalizacja, w której każdy gotowy jest niemalże na wszystko- daje momenty ogromnych zaskoczeń, a przy okazji również wzruszeń. Wypadki, ogień, szpitale, kontuzje... wszystko to bardzo bolesne i odczuwalne również dla widza. Tworzą dramaturgię, budują napięcie i przede wszystkim koncentrują uwagę widza. Samochody są szybkie, choć może nie tak urodziwe jakbyśmy chcieli, ale nie o wygląd tutaj chodzi, a siłę. Fascynująca jest ta determinacja, porywające są wyścigi, bardzo dobra gra aktorska zarówno Hemswortha, który nie jest już jedynie Thorem, jak i Brühla. Pomimo wszystko pełno tutaj dłużyzn dających dość senną atmosferę, a także dialogów, które rozbijają napięcie. Nie zmienia to jednakże faktu, że jest to jeden z najlepszych filmów o samochodach, jakie przyszło mi oglądać.

Punkt #47. Francuska komedia
Oryginalny tytuł: Supercondriaque | Reżyseria: Dany Boon | Scenariusz: Dany Boon | Obsada: Dany Boon, Alice Pol, Kad Merad, Jean-Yves Berteloot, Judith El Zein | Kraj: Francja, Belgia | Gatunek: Komedia
Premiera: 26 lutego 2014 (Świat) 11 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 7/10

      Znany francuski komik powraca jako reżyser i aktor w swojej najnowszej komedii. „Przychodzi facet do lekarza” to humorystyczne rozliczenie z jego osobistą dolegliwością, a także prezentacja własnych obserwacji i doświadczeń.
    Romain Faubert jest skrajnym hipochondrykiem. Unika kontaktu z ludźmi, a także z przedmiotami, nie rozstając się ze środkiem dezynfekującym. Jest utrapieniem dla swojego lekarza, przyjaciela, rodzinnego, który chciałby, aby jego najwierniejszy pacjent w końcu znalazł sobie kogoś innego do dręczenia, np. jakąś kobietę. Życie Romaina ulega jednak diametralnej zmianie, gdy przyjaciel zabiera go do bazy pomagającej emigrantom. Tam odnajduje miłość, a także wielkie kłopoty.
      Najnowsza komedia od Dany'ego Boona to genialna propozycja na leniwy wieczór. Produkcja prezentująca niezwykłą postać Romaina, którym jest każdy zwykły człowiek diagnozujący się na podstawie tego co wyczyta na internetowych forach. Przy okazji staje się ciekawą analizą ludzkiej psychiki i relacji człowieka z własnym lekarzem. Genialnie zaprezentowane przez świetne dowcipy, ale przede wszystkim wpadki sytuacyjne, które niejednokrotnie rozbawią nas do łez. Może trąci to banałem, bo z takich chwytów już dawno powinno dorosnąć dojrzałe kino, ale właśnie te tanie manewry bawią najbardziej. Sam Boon świetnie sprawdza się w tej roli, w końcu sam podziela dolegliwość swojego bohatera, choć jak sam twierdzi nie aż tak paranoidalnie. Nie stanowiło więc dla niego większego problemu wcielenie się w najważniejszą z postaci i jednocześnie reżyserowanie całego obrazu. Film zyskuje jednak większego rozmachu, kiedy do akcji wkracza rewolucjonista, tematyka wojny domowej, no i elementy grozy. Boon idealnie odgrywa udawanie owej persony, bowiem wychodzi mu to tak komicznie, że bardzo szybko traci się powaga sytuacji. Francuski twórca może trochę za bardzo popuścił wodze fantazji, kiedy to puścił w świat swojego bohatera. Lekka przesada z tą rewolucją, choć i tutaj nie zabrakło humoru i chęci odzyskiwania własnych korzeni. Nie mniej, to o wiele za dużo. Można było poprzestać na elemencie hipochondrii, który całkowicie sam by sobie poradził.

niedziela, 7 grudnia 2014

Książka #337. Rogi, aut. Joe Hill

Tytuł oryginalny: Horns
Gatunek:horror
Rok wydania: 2010 (Świat), 2014 (Polska)
Tłumaczenie:Maciejka Maza
ISBN 978-83-7961-114-0
Ilość stron: 376   Format: 142x202 mm
      Zyskał sławę dzięki bestsellerowej powieści „Pudełko w kształcie serca”. Z pewnością w karierze pomogło mu również posiadanie najbardziej płodnego w powieści pisarza wszech czasów za ojca- Stephena Kinga. Joe Hill powraca do prac i tym sposobem udało mu się stworzyć dość przewrotną powieść o tytule „Rogi”. Za sprawą ekranizacji jego książki, która premierę miała w tegoroczne Halloween, a także dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka mamy okazję zapoznać się z jej odświeżoną wersją.
     Głównym bohaterem powieści zostaje Ignatius Parish, czyli młody mężczyzna po uszy zakochany w swojej pierwszej miłości jeszcze z czasów liceum imieniem Merrin. Niewinna znajomość przeradza się w długoletni romans pełen namiętności. Aż do chwili, w której dziewczyna zostaje zamordowana, a całe miasto oczywiście obwinia o to Iga. Chłopak nie najlepiej radzi sobie z tym stresem wciąż upijając się do nieprzytomności. Po jednej z takowych libacji, tuż przed pierwszą rocznicą śmierci ukochanej, Ig budzi się z potężnym kacem i bólem głowy. Gdy podchodzi do lustra orientuje się, że ból ten spowodowany jest nie tyle nieumiarkowanym piciem alkoholu, ale wyrastającymi diabelskimi rogami. Już wkrótce chłopak odkryje prawdziwą moc nowej ozdoby jego głowy i liczy na to, że to właśnie ona pomoże mu rozwikłać zagadkę śmierci ukochanej Merrin.
     Joe Hill King, nie należy do tak piśmiennych twórców jak jego ojciec, który średnio raz w roku wydaje nową powieść. Hill tworzy książki bardzo specyficzne, nie dla każdego, gdyż nie każdemu musi podobać się jego styl. „Pudełko w kształcie serca” w ogóle nie zdobyło mojego uznania, wręcz przeciwnie- spotkało się z totalną niechęcią. I tak samo, jak wtedy tak też i teraz koniecznym jest stwierdzenie, że „Rogi”są po prostu nudne. Z założenia fabuła ma na swój sposób nauczyć nas czegoś, ma odrobinę charakter moralizatorski. Bohater, który łazi sobie po mieście z rogami na głowie i każdy kto na nie spojrzy wyjawia mu najgrzeszniejsze swoje myśli. Kusicielstwo do granic możliwości również wchodzi w grę, gdy Ig nie ma problemu z przekonaniem innych ludzi do zrobienia czegokolwiek. Tym samym wyłania z ludzi to co najgorsze, a może właśnie przedstawia tę złą stronę, która jest w każdym z nas. Ten wątek należy do najbardziej intrygujących, bo pozwala się zastanowić nad wszystkim. I faktycznie, rogi grają tutaj pierwsze skrzypce, ale nie należy zapominać, że chodzi tu przede wszystkim o zabójstwo młodej dziewczyny. To akurat szybko zatraca się w wątku rogów i przyjaciół Iga. Niestety. Gdzieś pomiędzy rozgadanymi spotkaniami Iga z Lee, czy z jego rodziną można wychwycić nawiązanie do drugiej ważnej postaci, czyli do Merrin. Przeurocze są retrospekcje z ich związku, ale przede wszystkim z ich zapoznania się. Patrząc natomiast na Iga i jego kolegów nie trudno oprzeć się wrażeniu, że niedaleko im do bohaterów „Dziewczyny z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Co na swój sposób przeraża, gdy niewinność zostaje rozdarta przez głupotę kolegów.
      Bardzo dobrze, że autor nie popadł w przesadę ze swoimi wizjami, aczkolwiek może to być i kwestia interpretacji, bowiem Alexandre Aja i scenarzysta filmowych „Rogów” pojechali z finałem po bandzie. Na szczęście powieść nie pozostawia takiego niesmaku, podąża zupełnie w inną stronę i to jest właśnie fajne. Książka ciekawi- to na pewno. „Rogi” są pewną odskocznią od normalności, ale bliżej im do dramatu niż horroru, czy mocnego thrillera. Bardziej skupiają się na relacjach międzyludzkich i tym, jak otoczenie na nas wpływa, niż na wątku paranormalnym. Szkoda, bo mogło by polać się więcej krwi i dałoby to więcej grozy, a tak to jest to taka średniawka, wybijająca się jedynie fabularnie na tle innych powieści. Natomiast to czego nie można zarzucić Hillowi to, że nie posiada bogatej wyobraźni, tylko z przelaniem jej na papier ma większe problemy.
Ocena: 3/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info

poniedziałek, 10 listopada 2014

SZORTy ENEMEF Noc Grozy i Horrorów: Rogi, Babadook, Egzorcysta, 13 grzechów

http://enemef.pl/intro.php
      Nigdy w życiu nie byłam na żadnym eNeMeFie, aż do teraz. Kiedy moi drodzy przyjaciele zadzwonili z propozycją wspólnego spędzenia halloweenowej nocy w kinie od razu się zgodziłam, choć oczywiście wpierw trzeba było się upewnić, że maż nie będzie miał nic przeciwko! I tak w końcu po wyczekiwaniu nastał ten piękny, choć wcześniej męczący dzień, kiedy wybraliśmy się do Multikina na całonocny maraton.
     Jako, że miało to trwać całą noc, a ja nawet w Sylwestra chodzę spać zaraz po północy musiałam zaopatrzyć się w jakieś szamanie i oczywiście ENERGETYKI! Zrobiłam więc dyniowe babeczki, Aneczka moja kochana poszła w bardziej słone przekąski i ruszyliśmy tyłki w stronę kina- po drodze zabierając oczywiście przyjaciół. Przed kinem oczywiście musiała być pizza- co by napełnić nasze brzuszki na pół nocy, aczkolwiek najlepsze czekało nas przed samym wejściem na salę- gigantyczna kolejka do wejścia! Szybko okazało się co jest tego przyczyną, obsługa wraz z ochroniarzem postanowiła przetrzepać bagaże każdego wchodzącego i odebrać mu całe jedzenie i napoje, co by napełnić sobie kasy fiskalne żerując na głodnych i spragnionych. Na szczęście pozwolono zabrać jedzenie własnej roboty, więc nasze babeczki i parówki w cieście francuskim ocalały! Dobrze, że nikt nie odebrał nam kocyków i poduszek! Niesmak jednak pozostał aż do końca maratonu. Zaczynając seans o godzinie 22:00 a kończąc go o 6:00 obejrzeliśmy aż 4 filmy, w tym premierowo „Rogi”. I praktycznie przespaliśmy z tego bardzo niewiele...

niedziela, 13 stycznia 2013

Książka #233. Śmiertelna groźba, aut. Jim Butcher

Tytuł oryginalny: Grave Peril
Seria: Akta Dresdena #3
Gatunek: fantasy, kryminał
Wydawca: MAG
Rok wydania: 2008 (Świat), 2012 (Polska)
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
ISBN 978-83-7480-269-7
Ilość stron: 496    Format: 125x195 mm

 
    Serię o Harrym Dresdenie, autorstwa Jima Butchera, który zyskał fanów właśnie dzięki tej powieści, spisałam na straty po zaledwie dwóch tomach. Pierwszy intrygował, ale nie był zbyt porywający. Drugi z kolei przytłaczał akcją, ale w ogóle nie fascynował. Myślałam, że Dresden pójdzie u mnie w odstawkę, aż do momentu, w którym pojawiła się część trzecia, o nic niemówiącym tytule „Śmiertelna groźba”


     Mag Harry Dresden bawi się w pogromcę zła wraz z Rycerzem Boga – Michaelem Carpenterem. W szczególności teraz, kiedy granica pomiędzy rzeczywistością a Nigdynigdy jest tak straszliwie rozchwiana. Akurat trafiają na złośliwego ducha, którego wznowiona aktywność jest co najmniej podejrzana. Jednakże, gdy tylko mag korzysta z mocy swojego wejrzenia dostrzega prawdziwe utrapienie tej istoty- druty kolczaste. Śledztwo prowadzi ich na trop straszliwego demona mszczącego się na wszystkich, którzy byli przy jego śmierci. Zagrożone jest nie tylko życie Harry'ego, ale także jego ukochanej Susan, chicagowskiej policjantki Murphy oraz rodziny Michaela.
     W końcu w cyklu o ekscentrycznym magu coś zaczyna się dziać. Niczym w „Koszmarze z ulicy Wiązów” zagrożenie przychodzi ze strony snów, ale jest niczym więcej jak jedynie chęcią zemsty. Były już wilkołaki, były loup-garou, były też i wampiry, och zaraz, tym razem też są, ale nie w tym rzecz. Pojawia się coś nowego. Coś co piorunuje, coś co przeraża. Wizja ataku ze strony snu jest tak oszałamiająca, że aż trudna do uwierzenia. Śniący Koszmar może nie zginie tak, jak i Ci z rąk Freda Kruegera, aczkolwiek to co ich spotyka może być o wiele gorsze- uwięzienie we własnym ciele i tracenie zmysłów. Bardzo ciekawy wątek, świetnie rozbudowany i trzymający w napięciu! W dodatku sprytnie połączony zarówno z przeszłością powieści, jak i z jej przyszłością. Pełno tutaj zwrotów w akcji, a także kontrolowanych intryg. Wszystko to przeciwko tym piękniejszym, czyli Sidhe. Jakby nie było to właśnie one upominają się o Dresdena, a on co rusz się wymyka. Nie mniej, to ciągłe wymijanie, wciąż coraz nowsze pomysły powoli stawały się frustrujące. Interesujące jest to jak wkomponowano do fabuły motyw wiary w Boga, który dotychczas był pomijany przy całych tych okultystycznych i demonicznych akcjach. Książka coraz więcej zyskuje, a dzięki rozbudowanym wątkom mamy możliwość zainteresowania się nie tylko bocznymi wydarzeniami, ale również i bohaterami.
     Boskość zostaje sprowadzona na Dresdena poprzez całkiem nową, a jakże mężną i przystojną postać Michaela Carpentera. Trzeba jednak ochłonąć, bo rycerz ten ma rodzinę, a i owszem, tacy zawsze mają. Całkowicie oddany swojej misji z zabójczym mieczem, któremu sztylet braci Winchesterów przeciwko demonom do pięt nie dorasta. I to jest ten człowiek, którego obecność bardzo dobrze wróży kontynuacji. Bowiem dzięki niemu, ale i nie tylko, Harry przeżywa jakąś wewnętrzną przemianę. Wciąż jest lekkomyślny, to prawda, ale w końcu zaczyna mu na czymś zależeć. Nie do końca pasuje mu taki wizerunek ułagodzonego mężczyzny, ale miało to swoje plusy, bo dostrzegliśmy go jako człowieka zdolnego do poświeceń, a także takiego dla którego ktoś chce się poświęcać. Doprowadza to do pewnej bardzo pięknej sceny, na której wspomnienia wzruszenie chwyta za serce. Oczywiście, nieodzownym elementem tego tomu, jak i poprzednich, jest humor, wciąż podtrzymywany dzięki Bobowi, który choć nie do końca ludzki sprawia takie wrażenie.

„- (…) I patrz, Harry, to twoja matka chrzestna. Cześć, Lea!
Gdyby miał ciało, teraz pewnie by podskakiwał i machał do niej ręką”*.
     Lektura, którą czyta się lekko, która nie plącze nam języka, a która nie jest też i do końca banalna. Słownictwo utknęło, gdzieś w szufladzie z magicznymi frazesami, aczkolwiek poprzez postać demona pojawia się też i kilka archaizmów, ale niezbyt rzucających się w oczy. Język prezentuje wszystko czysto i przejrzyście, a tym samym nie mamy wrażenia przytłoczenia. Do tego dochodzi jeszcze okładka, na której Dresden znów niewyraźnie się prezentuje, ale to nic, bo w końcu oddaje ducha tej części bez nadmiernych symboli.
     Bez dwóch zdań, dzięki „Śmiertelnej groźbie”opowieść o Harrym Dresdenie uległa pewnej ewolucji. Nadal pozostaje zabawna w pewien makabryczny sposób, ale teraz naprawdę czyta się ją z zapartym tchem. Sporo jeszcze brakuje jej do ideału, ale dzięki powalającej i wciągającej fabule, przybocznym wątkom romantycznym i boskim, a także całkiem nowym porywającym postaciom ma szansę przerodzić się w naprawdę dobrą serię. Oczywiście, o ile tylko Jim Butcher utrzyma poziom i uwagę czytelnika.

Ocena: 5/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info

* Jim Butcher „Śmiertelna groźba”, Wydawnictwo MAG, 2012, str. 405

niedziela, 6 stycznia 2013

1012. Sinister, reż. Scott Derrickson

Reżyseria: Scott Derrickson
Scenariusz: C. Robet Cargill, Scott Derrickson
Zdjęcia: Chris Norr
Muzyka: Christopher Young
Kraj: USA
Gatunek: Horror
Premiera:  11 marca 2012 (Świat) 23 listopada 2012 (Polska)
Obsada:  Ethan Hawke, Juliet Rylance, Fred Dalton Thompson, James Ransone, Michael Hall D'Addario, Clare Foley


    Czają się na każdym rogu. Siedzą w kącie. Obłapiają nasze ciała podczas naszego upadku. Ciemne strychy, makabryczne filmy, brutalne rytuały i okropne bestie w natarciu wraz z najnowszym filmem od Scotta Derricksona „Sinister”. Produkcja mająca z założenia przerazić widza, a po opiniach publiczności widać, że dosadne przerysowanie i przytłaczający klimat nie do końca podeszły innym. Nie mogę powiedzieć tego samego o sobie.
     Ellison Oswalt (Ethan Hawke) jest pisarzem specjalizującym się w odkrywaniu sekretów morderstw. Jedni go nienawidzą, inni podziwiają. Teraz jednak całkowicie przegina kiedy wraz z rodziną przeprowadza się do nowego miasteczka, do nowego domu, na którego tyłach została powieszona czteroosobowa rodzina. To właśnie to zabójstwo staje się podstawą jego najnowszej książki, ale również i czegoś zupełnie innego, znacznie groźniejszego. Znalazłszy pudło ze starymi filmami z innych morderstw podąża ścieżką zbrodni i szaleństwa, które zagrożą jego poczuciu bezpieczeństwa.

sobota, 5 stycznia 2013

Książka #231. Zaułek potworów, pod redakcją Christophera Goldena

Tytuł oryginalny: The Monster's Corner
Gatunek: fantasy, horror, thriller
Wydawca: GJ
Rok wydania: 2011 (Świat), 2012 (Polska)
Tłumaczenie: Anna Czechowska, Piotr Kaliński, Robert P. Lipski, Anna Kurpiewska-Welenc, Małgorzata Winkler-Pogoda, Kamil Maksymiuk,
ISBN 978-83-237-7778-266-8
Ilość stron: 440    Format: 130x195 mm
Książka do kupienia na stronie: G+J

     Kryją się w szafach. Czekają pod łóżkiem. Objadają się trupami, bądź zwyczajnie mordują innych ludzi. Potwory, wysysają nasze dusze i spędzają nam sen z powiek. W zbiorze opowiadań o tytule „Zaułek potworów” pod redakcją Christophera Goldena znajdziemy najpotworniejsze z najpotworniejszych. Jednakże i tym razem okaże się, że nie ma groźniejszej bestii od samego człowieka.

    W tej dość makabrycznej antologii znajdziemy publikacje najlepszych twórców literatury ścinającej nam krew w żyłach. Wśród nich znajdziemy stworzy z tajemniczym krain, które podmieniają ich potomstwo na ludzkie okazy, ghule, które są smakoszami ludzkiego mięsa, czy czarownice, których żądza zemsty jest tak potężna, że lepiej nie zaleźć im za skórę, syreny, które dzięki swoim talentom unikają więzienia, a nawet i mięsożerne rośliny. Czy potrafią kochać? Czy odczuwają jakiekolwiek wyrzuty sumienia po swoich haniebnych występkach? Opowiadają nam o nich same.
    Nie ma bardziej paskudnej istoty na świecie niżeli potwór. Powszechnie uważa się je za budzące grozę nie tylko swoich wyglądem, ale przede wszystkim tym, że zwyczajnie w świecie zobaczyłyby człowieka w formie pozbawionej życia. Zaskakujące jest więc to, że autorzy tych kilkunastu opowiadań dają swoim bohaterom życie. Dają im szanse na romanse, dają możliwości do rozwoju. Nawet wtedy kiedy jesteś zwyczajną roślinką kwitnącą w szklarni jakiegoś maniakalnego doktorka. Opowiadania typu „Okaz 313”, „Jezioro”, czy „Trudny wiek” pokazują zupełnie inne potwory. Istoty, które mają moc odczuwania. Po części ma to również miejsce w „Wielkoludzie”, aczkolwiek dotyczy to bardziej miłości do własnego dziecka niż drugiej miłości. Uczucia mają moc sprawczą, moc naprawczą dla nich wszystkich. Nadaje to trochę człowieczeństwa tymże bestiom, o ile roślina może być choć trochę ludzka.
    Jednakże podążając za myślą, która niegdyś zalęgła się w głowie Deana Winchestera, potwory można jeszcze zrozumieć, ale ludzi... nie ma nic gorszego i bardziej przerażającego od nich. Kilku autorów poszło tym tropem i postawiło na najbardziej bestialskie ludzkie zachowania. Przykładem jest „Święty John”, gdzie zainteresuje nas tajemniczy wybawca, z natury zły, który wyzwala ludzi od gorszych od niego. Do ludzkich instynktów, całkowicie pierwotnych odwołuje się również i John McIlveen w „Uległym”.
    Całkiem ciekawą formę przyjmuje ten, tak zwany pseudomanifest „Ciągle się dziwicie, dlaczego chcemy was odruchowo ukatrupiić?”. Kwintesencja całego tomu, pomimo tego, że nie znajduje się na jego końcu. Swoista prezentacja najrozmaitszych tworów demonicznych, które „stąpają” po ziemi, w dodatku w układzie alfabetycznym. Można się z tego dowiedzieć czegoś ciekawego, a autor przy okazji wzbogacił teorię interesującymi historiami.
    Zaskakujące jest to, że choć o potworach tu przecież mowa to lekturze brakuje chociażby odrobiny napięcia. Powodem tego mogą być zarówno słabe postaci, jak i wątła fabuła, którą się wokół nich buduje. Wydaje mi się jednak, że chodzi o brak poczucia jakiekolwiek grozy, bowiem to same bestie opowiadają czytelnikowi o sobie. Nie ma więc tu zbyt wielkiego pola do popisu w straszeniu ludzi i przede wszystkim przedstawianiu nam tego. Z tego też powodu sporo opowiadań jest bardzo słabych, inne są nie do zniesienia i nawet takie tęgie głowy świata literatury jak Heather Graham, czy Jonathan Maberry nie mogą tych nowelek zaliczyć do naprawdę udanych. Aczkolwiek i tak Maberry stworzył jeden za najciekawszych tekstów.
    „Zaułek potworów” to upadek wielkich pisarzy w oczach ich fanów i narodziny nowych relacji z dotychczas nam nieznanymi. Po mocnym i makabrycznym otwarciu przy pomocy „Trudnego wieku” oraz „Świętego Johna” następuje bardzo spory spadek w budowie napięcia i chęci zaciekawienia czytelnika fabułą. Nie każdy ma talent do pisania tak krótkich utworów jakimi są opowiadania i dobrze, nie każdy przecież musi, aczkolwiek nie trudno jest odnieść wrażenie, że najsłabsze opowiadania znalazły schronienie właśnie w tym tomie. A jest to dziwne, bowiem tak ciekawy temat jak potwory wydaje się być przepisem na sukces samym w sobie. Najwyraźniej nie został on udźwignięty przez twórców.

Ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa G+J.

sobota, 24 listopada 2012

999. Adwokat Diabła, reż. Taylor Hackford

Oryginalny tytuł: The Devil's Advocate
Reżyseria: Taylor Hackford
Scenariusz: Tony Gilroy, Jonathan Lemkin
Zdjęcia: Andrzej Bartkowiak
Muzyka: James Newton Howard
Kraj: USA, Niemcy
Gatunek: Thriller

Premiera: 17 października 1997 (Świat) 27 lutego 1997 (Polska)
Obsada: Keanu Reeves, Charlize Theron, Al Pacino, Jeffrey Jones, Judith Ivey, Connie Nielsen, Craig T. Nelson, Tamara Tunie i inni

Data wydania DVD: 12 października 2012
Dystrybutor: Galapagos

Kolekcja:  Premium Collection Filmy, które zmieniły kino 
Wersja wydania: 1-płytowa
Dodatki: menu interaktywne, bezpośredni dostęp do wybranych scen



    Jaki Diabeł jest każdy wie. Pan wszelkiego zła i kuszenia, innymi słowy sprowadzania dobre duszyczki na złą drogę. W literaturze i filmie pojawiał się w najróżniejszych odmianach, były nawet te, które pokazywały go z lepszej stronie. Jednakże stanowisko scenarzystów filmu „Adwokat Diabła” jest oczywiste, Diabeł to największy z grzeszników, a człowiek z nim obcujący może raz na zawsze zagubić się w swojej moralności. 
    Kevin Lomax (Keanu Reeves) ma wszystko. Jest jednym z najlepszych prawników na Florydzie słynącym z tego, że nigdy nie przegrał żadnej sprawy, a do tego u jego boku dzielnie trwa jego przepiękna małżonka- Mary Ann (Charlize Theron). Jednakże to po kontrowersyjnej sprawie o gwałt na nieletniej, w której uniewinnia winnego człowieka otwierają się przed nimi drzwi do kariery w Nowym Jorku. Przeprowadza się z żoną i zostaje prawnikiem w najpotężniejszej kancelarii w mieście należącej do Johna Miltona (Al Pacino). Właśnie pracują nad sprawą, która toczy się wbrew sumieniu pochodzącego się z religijnego domu Kevina. Wciąż przesiadując w pracy, próbując się obeznać z nowym towarzystwem i pięknymi kobietami nie dostrzega problemów, z którymi zaczyna zmagać się Mary Ann.

wtorek, 4 września 2012

Książka #198. Smutna historia braci Grossbart, aut. Jesse Bullington

Oryginalny tytuł: Sad Tale of the Brothers Grossbart
Gatunek: fantasy
Wydawca: MAG
Rok wydania: 2009 (USA), 2012 (Polska)
Projekt okładki: Keith Hayes i Lauren Panepinto Ilustracja: Istvan Orosz
Tłumaczenie:Małgorzata Strzelec
ISBN978-83-7480-253-6
Ilość stron: 384    Format: 135x202 mm

    Świat demonów i czarownic, świat łowców, pogromców, ten właśnie świat jest idealną inspiracją dla twórców wszelkiej maści do tworzenia filmów, czy powieści. Tym przykładem poszedł debiutujący Jesse Bullington, który postawił na humor i wyuzdanie średniowiecznej rzeczywistości i stworzył lekturę dla wymagającego czytelnika o tytule „Smutna historia braci Grossbart”.

    Dwóch nikczemnych braci, którzy lubią wszelakie uciechy cielesne i nie stronią od bójek i popijawy. Hegel i Manfried Grossbart, podróżują po średniowiecznej Europie, plądrując groby spotykają na swojej drodze nadnaturalne istoty. Jednakże gdzieś pomiędzy kolejnymi z walk ściągają na siebie gniew żądnego zemsty Heinricha, który nie spocznie przed niczym dopóki nie dorwie tej dwójki.
    Zachęcający opis przypominający fabułę znanego amerykańskiego serialu o braciach Winchester. Jednakże nie dajcie się zwieść temu porównaniu, bowiem Grossbart to zupełnie inna bajka. Są źli, bardzo źli. Mordują, gwałcą i nie mają przed tym żadnych skrupułów. Nie mniej, wszystko to wynieśli ze swojego- jakby to dzisiaj określono- patologicznego środowiska. Dzieciństwo przypominające jedną wielką porażkę ukształtowało ich takimi jakimi się stali. Dość bestialskie morderstwa, nie tylko na potworach, ale i też ludziach, niemalże kanibalistyczne zapędy i seksualne zabawy dodają pewnego animuszu całej opowieści. Nie mniej, trzeba przyznać, że spójności jako takiej tutaj nie ma. Wydarzenia przeskakują z jednych w drugie i choć mają jakieś wspólne ogniowo to stanowią, tak jakby osobne cząsteczki, które za nic w świecie nie chcą się połączyć. Bracia bowiem nie wyruszają w misję, po prostu wyruszają. Co innego dotyczy Heinricha, który ma jeden konkretny cel. Ten cel gdzieś po drodze się zatraca, aczkolwiek ostatecznie ukazuje jak bardzo zgubna może być chęć zemsty, a także jak bardzo destruktywne dla ciała i dla duszy mogą być zachowania Grossbartów.
    Choć wymowa jaką autor narzuca powieści jest niesamowicie wymowna, choć język, którym się posługuje jest pełen niebywałych zwrotów i odniesień, to jednak całość wydaje się dość mało interesujące. Odczuwa się klimat gotyckiej Europy, w którą wrzuca się czytelnika już od pierwszych stron. Jesse Bullington nie stroni od brutalnych opisów wyszukanych zabójstw, czy też kreatywności w erotycznych epizodach. Nie boi się połączeń z najobrzydliwszymi, nie boi się, że ktoś w połowie może odłożyć książkę, bowiem wprowadza tu troszkę elokwentnego humoru. Wykazując się pomysłowością w opisach potworów, syren i czarownic liczył na to, że zdobędzie sympatyków wśród fanów paranormalnych zjawisk. Oczywiście, może zyskać niemałą sympatię aczkolwiek to nie uratuje ogólnego odbioru powieści.
     Pewne jest, że gotycka literatura fantasy zupełnie nie sprawdza się w moim przypadku. Choć doceniam książkę za jej nietuzinkowy język i niebywały styl, to historia w ogóle mnie nie porwała. Jako sympatyczka podróży w nieznane, w których bohaterowie walczą ze złem wszelkiej maści muszę stwierdzić, że czuję się mocno zawiedziona tym, co przedstawił Jesse Bullington. Skupia się bardziej na ogólnym klimacie, a także nad brutalnością braci Grossbart, zapominając o jakiejś konkretnej fabule. I choć „Smutna historia braci Grossbart” kończy się w dość zaskakujący sposób, choć cała opowieść wydana jest w autentycznie pięknej oprawie, to niestety, nie do końca przekłada się to na treść.

Ocena: 3/6

Recenzja dla portalu Anime-Games-World.