NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarno-biały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarno-biały. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 sierpnia 2017

1235. Artysta, reż. Michel Hazanavicius

     Świat, w którym aktualnie żyjemy to świat zdominowany przez technologię, trójwymiar i płaskie ekrany telewizyjne. Jest to świat, gdzie już od ponad 80 lat nie tworzy się filmów niemych, bo przecież nie po to powstał „Śpiewak jazzbandu”, aby teraz cofać się w rozwoju. Aczkolwiek to właśnie czyni francuski reżyser i scenarzysta- Michel Hazanavicius, który powrócił do korzeni i stworzył przełomowy, i zachwycający, czarno biały, i w dodatku niemy film o tytule „Artysta”. Okazało się być to kolejną receptą na sukces i zgarnięcie najważniejszych nagród w najważniejszych kategoriach.
    George Valentin (Jean Dujardin) jest najznakomitszą gwiazdą kina niemego od Kinograph Studios. Pewnego dnia na skutek zabawnego zbiegu wydarzeń poznaje uroczą Peppy Miller (Bérénice Bejo), która od razu zyskuje sympatię publiki oraz samego Valentina. Wkrótce po tym Hollywood musi wyjść naprzeciw postępującym zmianom, czyli przestawić się z kina niemego, na mówione. Na skutek tego Peppy pnie się coraz wyżej po szczeblach swojej kariery, podczas gdy Valentin, który zrobił z niej prawdziwą aktorkę nie może odnaleźć się w nowym świecie. Choć wokół niego wszystko kręci się wokół dźwięku, on sam bierze sprawy w swoje ręce i postanawia stworzyć kolejny film niemy.
     Niektóre filmy nie potrzebują dodatkowego rozgłosu, filmy te bronią się same niesamowitą historią, wspaniałymi kreacjami aktorskimi, czy też niepowtarzalną prezentacją. Oczywiście, „Artysta” nie oferuje widzowi wszystkich tych aspektów na jak najwyższym poziomie, ale nie czyni go to filmem złym. Tutaj mamy przede wszystkim aktorów, którzy, jakby nie było, stanowią najważniejszy element w kinie niemym. Zawsze tak było, jest i będzie. Obraz Hazanaviciusa nie różni się w tym niczym od klasyków światowej kinematografii. Taki Dujardin bardzo przypomina swojego kolegę po fachu Gene'a Kelly'ego, który zagrał w podobnym tematycznie filmie. Mężczyzna niesłychanie przystojny i do tego naładowany emocjami i zaangażowaniem w projekt. Do tego dochodzi oczywiście Bérénice Bejo, która stworzyła wraz z nim niesamowity duet. Jednakże jako jednostka chwilami bardziej irytowała niż się podobała, bo jest różnica pomiędzy wyrażeniem swoich myśli poprzez gesty, a przesadą. Bez względu na wszystko to właśnie ta dwójka wyrażała siebie oraz fabułę nie poprzez dialogi, ale przede wszystkim przez gesty i mimikę twarzy. Tutaj nie potrzeba było żadnych słów, oni sami byli słowami, wypowiadanymi zdaniami. I jeżeli ktoś kiedykolwiek obawiał się kina niemego i tego, że nie zrozumie co bohaterowie pragną mu przekazać, to jego niepokój jest całkowicie bezpodstawny.
      Aktorzy przekazują widzowi przede wszystkim bardzo dobrą historię, która być może poruszy wielu, aczkolwiek nie jest to coś czego nie widzieliśmy już wcześniej. Bardzo wiele klasyków porusza temat wejścia w życie filmów dźwiękowych, a tym samym problem większości aktorów kina niemego z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. I tak właśnie George Valentin wpada w pewnego rodzaju depresję, czując się bezużytecznym, a przy okazji pozbawionym adoracji swoich fanów. Ich wszystkich podkradła mu sama Peppy Miller,którą sam darzy bardzo wielką sympatią. Z początku jest to dość niewinna relacja, ale później przeradza się w coś interesującego. W pewnym momencie mamy wrażenie, że dziewczyna popada w lekką obsesję, ale jak sama tłumaczy chciała się jedynie zaopiekować swoim „przyjacielem”. Romans, który się tu zradza nie jest aż tak oczywisty, bo w końcu Valentin ma żonę, a Miller jest o wiele młodsza. Nie ma tutaj przyrostu nadmiernych gestów, czy pocałunków. Wszystko opiera się na przeciągłych spojrzeniach i rosnących w naszych głowach wzdychaniach.
     Generalnie rzecz ujmując, w „Artyście” nie ma mowy o najazdach na odczucia piękna w oczach widza. Nie mamy migotliwych światełek, wielobarwnych kreacji, ani przekombinowania z efektami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że i film w czarno-białej kolorystyce nie potrafi być widowiskowy. Choć ten od Hazanaviciusa nie jest może szczytem geniuszu dizajnerskiego, to jednak scenografie oraz zdjęcia oddają wszystko, cały klimat. Wydaje się jednak, że uwaga widza, a przy okazji słuchacza skupia się na zupełnie innym elemencie. Wszyscy świadomi są tego, że aktorzy to nie jedyny element do budowania struktury filmu i jego bazy emocjonalnej. Nawet w zwyczajnych kolorowych, gadanych filmach fabularnych muzyka sprzyja wylęganiu się pozytywnych, czy też negatywnych emocji. Wrażliwszy widz od razu wyłapie co ciekawsze brzmienia, które pozostaną z nim na dłuższą chwilę. A co dopiero przy takim kinie niemym, gdzie jedyne co słyszymy to zaledwie muzyka Ludovica Bource'a. Na marginesie należy dodać, że bardzo sprawnie wyprowadzono „Artystę” z kina niemego na dźwiękowy. Muzyka ta okazuje się być kwintesencją całego obrazu. Elementem sprzyjającym rozwojowi wydarzeń, ale przede wszystkim pomagającym w opowiedzeniu całej historii. Utwory są więc bardzo wyraziste, jednakże dość szybko znikają z naszej pamięci. Nic nie zapisuje się w umyśle na dłużej i można tego pożałować. Nie mniej, świadczy to jedynie o sile przebicia się kompozytora.
     Film, który obsypany został tak licznymi nagrodami, i to w dodatku tak prestiżowymi, to obraz, który trzeba zobaczyć chociażby się paliło i waliło. Jednakże „Artysta” nie do końca spełnia oczekiwania. Wszyscy wydają się zachwycać powrotem do przeszłości, bo oczywiście nie ma to jak odświeżenie klasyki w świecie zdominowanym przez komputery, ale w moim mniemaniu był to kolejny tani chwyt na zdobycie sympatii widzów i czytelników. Oczywiście, pod względem fabuły film jest bardzo mocny, to samo dotyczy aktorstwa, ale wydaje się, że twórcy znaleźli sobie przepis na oscarowy film. Jak nie temat tabu, to znowuż ukłon w stronę pierwszych kroków kina. Mnie osobiście produkcja ta dość znacząco wymęczyła, a bardziej od Dujardina zachwycałam się Goodmanem, czy uroczym pieskiem. Film do obejrzenia na jeden raz, choć nie wykluczam powrotu do niego w przyszłości.
Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: The Artist / Reżyseria: Michel Hazanavicius / Scenariusz: Michel Hazanavicius / Zdjęcia: Guillaume Schiffman / Muzyka: Ludovic Bource / Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Penelope Ann Miller, Missi Pyle, Beth Grant, Ed Lauter / Kraj: USA, Belgia, Francja / Gatunek: Dramat, Romans, Niemy
Premiera kinowa: 15 maja 2011 (Świat) 10 lutego 2012 (Polska)

sobota, 16 stycznia 2016

SZORTy #27: Nosferatu- symfonia grozy, Zaklinacz koni, Niebezpieczne związki

Punkt #31. Film niemy
Oryginalny tytuł: Nosferatu, eine Symphonie des Grauens | Reżyseria: Friedrich Wilhelm Murnau | Scenariusz: Henrik Galeen | Obsada: Max Schreck, Alexander Granach, Gustav von Wangenheim, Greta Schröder | Kraj: Niemcy | Gatunek: Horror, Niemy
Premiera: 17 lutego 1922 (Świat)
Ocena: 7/10

      Klasyk nad wszystkie klasyki. Klasyk kina grozy. Klasyk kina wampirystycznego. Pierwszy w tym temacie, niemiecki, a to wszystko przez Friedricha Wilhelma Murnau, który w czasach kina niemego dał widzom przerażającego „Nosferatu- symfonia grozy”.
      Młody mężczyzna, pomocnik agenta nieruchomości, wyrusza do Transylvanii, aby ubić interes życia. Na miejscu ma się zająć sprzedażą posiadłości hrabiego Orloka. Nie spodziewa się jednak, że jego klient skrywa tajemnicę, która nie tylko odstrasza okolicznych mieszkańców, ale przede wszystkim odmienia życie młodzieńca.
       Film Murnau jest tworem dość specyficznym, bowiem rozgorzała wokół niego walka o prawa autorskie. „Nosferatu- symfonia grozy” jest luźną interpretacją kultowej i równie klasycznej powieści Brama Stokera, o której prawa upomniała się później wdowa po Stokerze. Jako, że reżyser bezprawnie wykorzystał powieść musiał wyzbyć się wszystkich kopii filmu. Na szczęście kilka cudem ocalało i dziś można je oglądać na całym świecie. Szczęśliwie obraz zawdzięcza sukces nie tylko całej tej awanturze wokół niego, ale przede wszystkim temu jak został zrealizowany. Oczywiście, fabuła z lekka kuleje, można wręcz powiedzieć, że jest dosyć nijaka, bowiem momentami wydaje się mocno nielogiczna i bezsensowna. Pokraczne zwroty akcji, dziwne reakcje bohaterów i naprawdę skrajne emocje, które wzbudza. Na szczęście jej wykonanie to zupełnie inna bajka. Mroczny obraz z bardzo surowymi wnętrzami, który jest niesamowicie klimatyczny i o dziwo budzi swoisty dyskomfort nawet teraz, po prawie stu latach od produkcji. Skoro film niemy, to bardzo dużą rolę w budowaniu napięcia gra oczywiście muzyka. Mam co do niej mocno mieszane uczucia, bo choć kompozycje ekipy Jamesa Bernarda są całkiem melodyjne i ciekawe w swoim brzmieniu, to jednak... momentami zamiast podsycać uczucie przerażenia, sprawiają, że mamy ochotę roześmiać się podczas seansu. Daje to mocno karykaturalny wyraz i zdecydowanie potęguje naszego strachu- a szkoda. Inną znaczącą kwestią jest oczywiście gra aktorska. Bez dobrych aktorów potrafiących wyrażać swoje emocje w przesadny sposób film niemy nie mógłby istnieć. Tutaj ekipa sprawdza się na medal, co nie oznacza, że nie mamy ochoty parsknąć śmiechem na widok tych przerysowanych reakcji. Kluczową postacią jest tutaj oczywiście Nosferatu. Max Schreck jest naprawdę świetny w tej kreacji. Dzięki rewelacyjnej charakteryzacji jest naprawdę realistyczny, więc nic dziwnego, że swego czasu naprawdę uważano go za wampira. Produkcja ta wywołuje skrajnie mieszane uczucia, bowiem bardziej bawi niżeli straszy. Nie mniej, szacunek dla tego klasyka się należy.

Punkt #35. Poproś o polecenie filmu nowopoznaną osobę
Oryginalny tytuł: The Horse Whisperer | Reżyseria: Robert Redford | Scenariusz: Eric Roth, Richard LaGravenese | Obsada: Robert Redford, Kristin Scott Thomas, Scarlett Johansson, Sam Neill, Dianne Wiest, Chris Cooper, Cherry Jones | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat
Premiera: 15 maja 1998 (Świat) 02 października 1998 (Polska)
Ocena: 7/10

      Robert Redford to prawdziwy człowiek orkiestra. Świetny aktor, któremu raz na jakiś czas zdarza się pobawić w reżysera, tak jak chociażby przy realizacji ekranizacji „Zaklinacza koni”, gdzie nie tylko stanął za kamerą, ale również i przed nią.
      Młode pasjonatki jeździectwa konnego ulegają wypadkowi w zimowy dzień. Jedna z nich ginie na miejscu pod kołami ciężarówki, a druga ląduje w szpitalu leczy rany. Jednakże wydarzenie to o wiele silniej wpłynęło na psychikę jej ukochanego konia, dlatego też jej matka postanawia poprosić o pomoc znakomitego zaklinacza koni.
      Jest to jeden z nielicznych filmów, które rozpoczynają z mocnym przytupem. Dla większości okazuje się być to falstartem i potem toczą się po równi pochyłej. Z filmem Redforda niekoniecznie tak jest, choć z pewnością nie jest to mrożąca krew w żyłach produkcja, jaką zapowiedział nam straszliwy wypadek z początku filmu. Traumatyczne wydarzenia, które mocno weszły na psychikę bohaterów, ale również i widzów, bowiem każdy chyba ma problem z patrzeniem na cierpienie zwierząt, a sytuacja na drodze i to co widzimy pod mostem zmraża krew wyciskając łzy. Na szczęście, później atmosfera odrobinę się uspokaja, bowiem produkcja zamienia się w dramatyczną walkę o konia, a także swobodę młodej dziewczyny, która musi dostosować się do nowych warunków jakie zostały jej narzucone. Proces długi, niekiedy dość bolesny, ale jakże łagodzący skołatane serca. Najwyraźniej te zaniedbane również, bowiem gdzieś po drodze w tym wszystkim wkrada się motyw romansu, który chyba nie może być bardziej chybionym przy takich wydarzeniach. Idealnie prezentuje się tutaj więc jak konkretni ludzie reagują na konkretne problemy i w jaki sposób sobie z nimi radzą. Nikt nie jest idealny i z taką właśnie myślą pozostawia się widza, bowiem nie ma tutaj jednoznacznego zamknięcia, które dałoby odpowiedzi na wszystkie pytania, nawet te moralne. Robert Redford jest tutaj niezwykły. Jako zaklinacz sprawdza się wręcz idealnie z tym swoim stoickim spokojem. Kreuje się na bardzo ciepłą choć lekko zdystansowaną postać. Towarzyszące mu na ekranie Kristin Scott Thomas oraz młodziutka Scarlett Johansson dzielnie dotrzymują mu kroku. I tak we trójkę, a nawet czwórkę- razem z koniem, tworzą niezwykle ciepły, choć momentami wstrząsający film, który pomimo długości powinien przypaść do gustu każdemu wrażliwcowi.

Oryginalny tytuł: Dangerous Liaisons | Reżyseria: Stephen Frears | Scenariusz: Christopher Hampton | Obsada: Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer, Swoosie Kurtz, Keanu Reeves, Uma Thurman | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat, Kostiumowy
Premiera: 16 grudnia 1988 (Świat) 31 grudnia 1988 (Polska)
Ocena: 8/10

      Wiekopomne dzieło najwyższych lotów. Ekranizacja znakomitej powieści epistolarnej, w której zobaczymy całą plejadę gwiazd. Wielokrotnie nagradzane „Niebezpieczne związki” szturmem podbiły moje serce.
       Markiza wchodzi w układ ze swoim kochankiem, jakoby miała mu się oddać jeżeli tylko uda mu się uwieść nową wybrankę jej byłego męża. Intryga ta przybiera jednak nieoczekiwany obrót, bowiem mężczyzna ma własny cel, którym jest piękna mężatka.
      Historia znana przez wszystkich i tak często będąca inspiracją dla współczesnych twórców. Schemat uwodzenia kobiety dla swoich własnych powódek, niczym nie różni się od prawdziwego życia, dlatego właśnie tak ciepło przyjęto zarówno powieść Choderlosa, jak i jej ekranizację Frearsa. Obraz ma niesamowicie intymny charakter, w którym nie ma czasu na zbędności. Atmosfera budowana jest gestem, dotykiem, mimiką... jest to niesamowicie subtelne i jakże bardzo pociągające. Niechciane romanse, odpychające zaloty, kłamliwe przyjaźnie i wysoce zaawansowane intrygi. Cała masa listów płynąca od nadawcy do adresata, zapisywane wiecznym piórem rękami mężczyzn i kobiet. Jest w tym coś niesamowicie osobliwego, bowiem już na pewnym etapie filmu oczywistym staje się, że słowa są zbędne. Aktorzy zapewniają całkowite zrozumienie fabuły, ale przede wszystkim rozłożenie na czynniki pierwsze niesamowitych osobowości. Znakomite role Glenn Close, czy Michelle Pfeiffer dają się zapamiętać na zawsze. John Malkovich stale jest odpychający, ale to najwyraźniej kwestią jest gustu. Cały obraz jest jednak niesamowicie piękny. Cudowne kostiumy, przepiękne wnętrza, no i te krajobrazy... Urzeka z każdą minutą coraz bardziej i pozwala się zatopić w tej momentami przewrotnej historii. Będzie więc to jeden z moich najbardziej ulubionych tytułów, do których pewnie i nie raz jeszcze wrócę. W końcu... jest do czego!

czwartek, 31 grudnia 2015

SZORTy #25: Rain Man, Psychoza, Strzelby dla San Sebastian

 
Punkt #8. Film, który zawsze chciałeś obejrzeć, ale nigdy nie miałeś okazji
Oryginalny tytuł: Rain Man | Reżyseria: Barry Levinson | Scenariusz: Ronald Bass, Barry Morrow | Obsada: Dustin Hoffman, Tom Cruise, Valeria Golino, Gerald R. Molen, Michael D. Roberts, Lucinda Jenney | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 12 grudnia 1988 (Świat) 31 grudnia 1988 (Polska)
Ocena: 8/10
 
      Kultowa produkcja Levinsona, wielokrotnie nagradzana przez krytyków, pogrążyła wszystkich konkurentów w drodze po Oscary. W 2006 roku Amerykański Instytut Filmowy umieścił „Rain Mana” na liście najbardziej inspirujących filmów wszech czasów. Nie trudno go pokochać, więc dlaczego czekałam z seansem tak długo?
      Młody mężczyzna traci ojca, z którym od dłuższego czasu nie utrzymywał kontaktu. Ku jego zaskoczeniu nie odziedzicza całego jego majątku, a jedynie drobną częścią. Wyrusza do miejsca, w którym znajduje się prawdziwy spadkobierca ogromnej fortuny i tym sposobem poznaje swojego autystycznego starszego brata.
      Niesamowity film o braterskiej miłości i odkrywaniu prawdziwego szczęścia w życiu. Niepozorny początek, który szybko i zaskakująco odmienia bieg całej historii. Charlie poznaje swojego starszego brata Raya, który pomimo swojej choroby okazuje się być niezwykłym człowiekiem. Jego przypadłość zrobiła z niego geniusza, więc swoim umysłem zachwyca widzów na każdym kroku. Szybkość liczenia, niesamowita pamięć, czyli wszystko to, co mogłoby się przydać, aby zarobić trochę grosza. Z początku Charlie denerwował swoimi niecnymi zamiarami wobec swojego schorowanego brata. Łatwiej było go znienawidzić, niż zrozumieć, w czym tkwił tak naprawdę problem. Pod pewnymi względami jest to bardzo schematyczna fabuła, bowiem teraz co rusz spotykamy produkcje, w których zawsze musi się coś zmienić, gdy tylko człowiek przejrzy na oczy i dostrzeże prawdziwy sens życia. Świetnie się patrzy na to, jak chory człowiek pomaga całkowicie zdrowemu odkryć szczęście i je zrozumieć. Bardzo wzruszający moment, przy którym pewnie nie jedna osoba uroniła łzę. Nic jednak, nawet muzyka Hansa Zimmera- dopiero zaczynającego wówczas karierę w show biznesie, nie zachwyca bardziej niż jeden człowiek- Dustin Hoffman. Niesamowita odwaga, aby zagrać rolę autystycznego mężczyzny. Genialna kreacja, w którą włożył całego siebie i przekonał każdego. Nie należało to z pewnością do najłatwiejszych, więc zdecydowanie zasłużył sobie na statuetkę Oscara. Tak samo, jak cudowny jest Hoffman, tak też cudowność bije od całego filmu. Tak uroczego, tak wzruszającego i naprawdę przejmującego obrazu dawno nie widziałam. Pomimo wszystko zachwycający!

Punkt #16. Film Alfreda Hitchcocka
Oryginalny tytuł: Psycho | Reżyseria: Alfred Hitchock | Scenariusz: Joseph Stefano | Obsada: Anthony Perkins, Vera Miles, Janet Leigh, John Gavin, Martin Balsam, John McIntire, Simon Oakland | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 16 czerwca 1960 (Świat) 31 grudnia 1960 (Polska)
Ocena: 8/10

     Film tak kultowy, że o jego wspaniałości nie wypada dyskutować. „Psychoza” to jeden z wielu wielu produkcji słynnego mistrza grozy Alfreda Hitchocka. Klasyka gatunku, wciąż żyjąca pełną piersią.
     Sekretarka ma na weekend zdeponować pieniądze klienta w banku. Jednakże, wizja szybkiego wzbogacenia się jest bardzo kusząca i zamiast do banku jedzie do rodziny. Zatrzymuje się w pobliskim motelu prowadzonym przez psychopatę.
     Oglądając takie filmy jak „Psychoza” żałuje się, że nie urodziło się wcześniej, w czasach kiedy kino dopiero zaczyna zachwycać widzów albo chociaż zacząć przygodę filmową od takich obrazów. Film Hitchcocka bez wątpienia jest interesującym dziełem, które wpływa na naszą wyobraźnię. Sama fabuła intryguje widza, a czarno-biały obraz zdecydowanie pogłębia uczucie niepokoju i przytłoczenia. Historia nie należy do najbardziej banalnych, ale też i nie do szczególnie zaskakujących. Rozwój wydarzeń, śledztwo, to uczucie grozy- wszystko ma określony cel i jest całkiem spójne. Jednakże biorąc pod uwagę to ile filmów już człowiek obejrzał to finał nie jest aż tak szokujący. To zdecydowany prekursor twista sytuacyjnego, który ma wstrząsnąć widzem. Psychologiczne podejście do tematu... trochę zagmatwane, trochę to wszystko wygląda jak wykład przedstawiający jedynie suche fakty. W scenie rozpoznania nie ma już żadnej tajemnicy- niestety. Nic jednak nie przebije ostatniej sceny. Czy ktoś potrafi przekazać więcej emocji niż Norman za pomocą jednego spojrzenia? Nagle zrozumiałe stało się zamiłowanie do jego postaci, bo nie dość, że enigmatyczna, to w dodatku zagrana na wysokim poziomie. Świetne!

Punkt #33. Spaghetti western
Oryginalny tytuł: La Bataille de San Sebastian | Reżyseria: Henri Verneuil | Scenariusz: Miguel Morayta, Ennio De Concini, Serge Gance | Obsada: Anthony Quinn, Charles Bronson, Sam Jaffe, Silvia Pinal, Anjanette Comer, Jaime Fernandez, Jorge Martinez de Hoyos | Kraj: Francja, Meksyk, Włochy | Gatunek: Western
Premiera: 20 marca 1968 (Świat)
Ocena: 6/10

     Jeden z moich najbardziej znielubionych gatunków filmowych. Indianie kontra kowboje kontra zwykli meksykańscy ludzie w produkcji mało znanego tureckiego reżysera. Henri Verneuil wbija się w spaghetti western dostarczając „Strzelby dla San Sebastian”.
     Władze Meksyku chętnie zobaczyłyby go w lochach lub na stryczku, jednakże pewien stary zakonnik postanawia uratować mu życie i wyjeżdżając do San Sebastian ukrywa go w swoim powozie. Docierając na miejsce znajdują jedynie ruiny starego kościoła, opustoszałe domostwa i ludzi pragnących posłać kule w ich piersi.
     Z niewiadomych mi przyczyn nie przepadam za westernami. Nigdy nie sięgam po tytuły z tego gatunku, chyba, że z przypadku. Jednakże wyzwanie to wyzwanie, trzeba rozszerzać horyzonty. Wbrew mojemu przekonaniu nie każda historia tego typu musi być napakowana banałami. Nie ma tutaj typowego starcia kowboje kontra Indianie, a szkoda. Większość fabuły opiera się na religii i tym co ludzkie wyznanie robi z człowiekiem. Fascynujący jest to obraz społeczeństwa prawdziwie oddanego kościołowi, ślepo idącego za decyzjami, prośbami, poświęcającego każdą chwilę, aby mu służyć. Taka solidarność jest niezwykle ujmująca. Aczkolwiek twórcy tutaj płatają figle logicznemu myśleniu i pokazują tych ludzi niczym szalenie zmienne istoty, które w jednej chwili podążają za swoim zakonnikiem, a w drugiej uciekają, gdzie pieprz rośnie, gdy coś nie idzie po ich myśli. Inną głupotą jest tutaj uzbrojenie po uszy zwyczajnych ludzi, zawierzeniu słowom „zakonnika” i przejście wielu dni, aby pomóc w obronie miasta. Dziwne wykorzystuje się tutaj patenty, a wprowadzenie tu jeszcze wątku romantycznego jest już totalnym przegięciem. O dziwo film fajnie się ogląda, w szczególności jak przychodzi popatrzeć na podstarzałego już Anthony'ego Quinna, który wciąż daje radę, choć momentami potwornie nuży. Nie ma tutaj wielkich starć Indian z ludźmi, ale jak już do jednego dochodzi to trwa i trwa i trwa. Dla jednych może być to męczące, a dla innych stanowić kwintesencję całego filmu. Ja wiem jedno, obraz Verneuila nie nakierował mnie na ścieżki westernu.

sobota, 12 grudnia 2015

SZORTy #23: Pół żartem, pół serio, Rozstanie, Bambi

Punkt #9. Ulubiony film twojej mamy
Oryginalny tytuł: Some Like It Hot | Reżyseria: Billy Wilder | Scenariusz: Billy Wilder, I.A.L. Diamond | Obsada: Marilyn Monroe, Tony Curtis, Jack Lemmon, George Raft, Joe E. Brown, Joan Shawlee | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 29 marca 1959 (Świat) 29 stycznia 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

      Wielokrotnie nagradzany, ale przede wszystkim okrzyknięty numerem jeden najśmieszniejszych filmów Ameryki. „Pół żartem, pół serio”, czyli ulubiony film mojej mamy i jeden z ulubieńszych przeze mnie.
    W czasach prohibicji dwóch znakomitych, choć bezrobotnych muzyków jest świadkiem porachunków gangsterskich. Licząc na to, że uda im się uniknąć zemsty wyjeżdżają do Kalifornii. Przybierając postać dwóch instrumentalistek dołączają do żeńskiej orkiestry. Tam ich uwagę przykuwa piękna wokalistka, która marzy o związku z dostojnym bogaczem.
     Filmy, w których płeć męska przebiera się za kobiety cieszą się ogromną popularnością wśród widowni. Powód? Są prześmieszne z uwagi na całą masę problemów wynikających z tej metamorfozy. Jeżeli jeszcze do tego doda się jakieś tajne zadanie albo ucieczkę przed gangsterami można również liczyć na dreszczyk emocji. Te wszystkie elementy ma w sobie kultowy film Billy'ego Wildera, a do tego genialną obsadę. To jeden z filmów, w których Marilyn Monroe wygląda młodo, pięknie, do tego wszystkiego śpiewa i gra na ukulele. Czy można chcieć więcej? Ach... no przecież nosi jeszcze kuse sukienki, które pokazują jej wszystkie walory. Jej rola bardzo... głupiutka. Stereotypowa blondyneczka, w dodatku naiwna, a do tego jeszcze pragnąca dorobić się wielkich majątków przez ślub z bogaczem. Dodając do tego problem alkoholowy dostajemy typową patologiczną bohaterkę. Ciężko określić, czy jest to kreacja bardzo zabawna, czy po prostu szokująca swoją oczywistością. Najgenialniej wypadają Tony Curtis i Jack Lemmon. To w końcu oni biegają w obcasach i za każdym razem poprawiają sobie sztuczne biusty. Świetne postaci, genialnie wykreowane przez ten duet. Produkcja ta nie jest wielkim arcydziełem, humor już dawno się zestrzał, ale i tak poprawia nastrój, intryguje, a przez to chętnie się do niego powraca. 

Punkt #13. Film irański
Oryginalny tytuł: Jodaeiye Nader az Simin | Reżyseria: Asghar Farhadi | Scenariusz: Asghar Farhadi | Obsada: Peyman Moaadi, Leila Hatami, Sareh Bayat, Shahab Hosseini, Sarina Farhadi, Ali-Asghar Shahbazi | Kraj: Iran | Gatunek: Dramat
Premiera: 15 lutego 2011 (Świat) 07 października 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Wielokrotny zdobywca nagród, w tym także w Berlinale, ale przede wszystkim Oscara dla nieanglojęzycznego filmu, czym odebrał szansę Polakom na statuetkę. Zachwycające irańskie kino Farhadiego „Rozstanie”, które intryguje i wzrusza.
     Małżeństwo z wieloletnim stażem wnosi o separację z uwagi na podzielone zdanie na temat wychowania ich córki. To wydarzenie doprowadza do dramatycznej sytuacji, w której mężczyzna zmuszony jest zatrudnić opiekunkę do swojego chorego ojca, a następnie do wypadku, które na zawsze odmieni życie dwóch całkiem obcych sobie rodzin.
     Nie ośmielę się stwierdzić, czy film Farhadiego jest filmem na tyle genialnym, aby zyskać uznanie krytyków całego świata. Pewnym jest jednak, że porusza wiele problemów irańskiej rzeczywistości i przyszłości, a także zwyczajowych problemów, które dotknąć mogą każdego z nas. Sprawa religii, która jest tak bardzo wszechobecna w życiu Irańczyków tutaj objawia się niemalże na każdym kroku- telefony o poradę, trudy w opiece nad mężczyzną, dotykanie kobiet, a także przysłanianie ich burką. Niezwykle klimatyczne pod tym względem aranżacje, ujęcia, kostiumy, które nie przedstawiają niczego więcej poza zwykłą codziennością. Gdzieś pomiędzy wartością kulturową tworzy się rodzinny dramat, który nie dotyczy już jedynie separacji małżeństwa, a dotyka także ich dziecka, ojca, a nawet całkiem postronnych osób. Rozbicie emocjonalne przekształcające się w frustrację odbijającą się na całkowicie niewinnych osobach. Wszystko to z dramatu przeradza się w mocny thriller, który przykuwa uwagę i intryguje rozwojem sytuacji. Świetnie poprowadzona fabuła potrafi zainteresować, ale momentami także i wzrusza. Jest to jeden z najbardziej nieoczywistych i intymnych filmów, w dodatku z dość niekonwencjonalnym finałem, jakie przyszło mi oglądać. Z czystym sumieniem mogę polecić. 

Punkt #14. Stara bajka Disneya
Oryginalny tytuł: Bambi | Reżyseria: Ben Sharpsteen, David Hand | Scenariusz: Larry Morey, Perce Pearce | Obsada: Sergiusz Żymełka, Paweł Iwanicki, Adam Pluciński, Jacek Kopczyński, Maria Niewiarowska, Jacek Braciak, Anna Krawczycka, Magdalena Stużyńska | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Familijny
Premiera: 08 sierpnia 1942 (Świat) 05 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 6/10

      Jedna z najstarszych animacji disneyowskich. Zanim namnożyło się filmów, gdzie zwierzęta grają główną rolę, to on był królem puszczy. Przekaz produkcji o tytule „Bambi” wzruszał przed laty, wzrusza też i dziś.
     Zielony las zamieszkiwany jest przez sowy, króliki i... jelenie. Pewnego dnia na świat przychodzi mały jelonek, który każdego jednego ranka beztrosko poczyna sobie z przyjaciółmi. Wraz z nimi poznaje cały świat, świat w kolorze wiosny. Jednakże nie jest świadom, że ich życie może ulec całkowitej zmianie przez człowieka.
     Stara kreska animacji Disneya, to coś za czym dziś wielu tęskni. Dwuwymiarowa technika była wystarczająca dla przekazania tego co najważniejsze w produkcji. Tutaj z pozoru jest to zwyczajna głupiutka bajka, tak naprawdę o niczym. Bezsensowność kolejnych scen i jej niespójność jest mocno irytująca. Dialogi ograniczone są do minimum i największe ich skupisko miejsce ma na początku. „To jest motyl! To jest kwiatek!” - urzekające, naprawdę, ale też mocno infantylne. Takiego pokroju rzeczy się tutaj wypowiada. Najważniejsze jest jednak to co niewypowiedziane- losy leśnych zwierząt zagrożone przez kłusowników. Niestety, ten wątek fabularny nie jest mocno nakreślony i dopiero u finału więcej akcji kręci się wokół niego. Akcji całkiem sporej, dającej zaskakujący zastrzyk emocji! Napięcie podkreślono również przez złowieszcze rysy, no i oczywiście za pomocą muzyki. Ta zdecydowanie pochodząca ze swoich czasów, ale świetnie odnajduje się również i teraz. Początkowo animacja mocno zawodzi, ciężko jest ogarnąć o czym konkretnie jest ten obraz. Jednakże nawet i w kulminacyjnym punkcie nie robi aż tak wielkiego wrażenia, warstwa emocjonalna jest naprawdę znikoma. Spodziewałam się czegoś więcej po tak kultowej produkcji, a tu lekkie rozczarowanie.

poniedziałek, 30 listopada 2015

SZORTy #20: Drakula, Sokół maltański, Miasteczko Halloween

Punkt #12. Film z muzyką Wojciecha Kilara
Oryginalny tytuł: Dracula | Reżyseria: Francis Ford Coppola | Scenariusz: James V. Hart | Obsada: Gary Oldman, Winona Ryder, Anthony Hopkins, Keanu Reeves, Cary Elwes, Richard E. Grant, Sadie Frost, Tom Waits | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 13 listopada 1992 (Świat) 31 grudnia 1992 (Polska)
Ocena: 8/10

      Ten film przeszedł już do historii. Nie tylko ze względu na bycie ekranizacją wiekopomnej powieści Brama Stokera, ale też z uwagi na świetną rolę Gary'ego Oldmana, no i oczywiście klimat! „Drakula” to jeden z najpotężniejszych i najbardziej rozpoznawalnych filmów Coppoli na świecie.
     Rumuński hrabia Drakula trafia na ślad kobiety, łudząco podobnej do jego ukochanej z przeszłości. Nie cofnie się przed niczym, aby uzyskać to czego pragnie. Na jego drodze staje narzeczony kobiety wspomagany przez znanego profesora Van Helsinga, uważanego za specjalistę w temacie walki z wampirami.
      Czasem trudno uwierzyć, że tak długo człowiek walczy z tym, aby obejrzeć jakiś film. Tyle lat trwało moje przekonywanie się do „Drakuli”, że musiałam najpierw wszystkie filmy wkoło obejrzeć, zanim do niego dotarłam. Okazuje się, że obraz Coppoli to przecież ponadczasowa historia miłosna, których pełno w dzisiejszym kinie, ale jest tak magiczna, tak cudowna, tak krwawa, że trudno jest się jej oprzeć. Troszkę trąci banałem, ale osadzona jest w nieskazitelnym klimacie grozy, zamglenia, mroku... Jest to o tyle niesamowite, że udaje się tym urzec widza. Z każdą chwilą jak hrabia uwodzi swoją ukochaną, tak z każdą chwilą uwodzi też i widza. Grupa artystyczna mami nas wspaniałymi kreacjami, a Wojciech Kilar muzyką. W końcu poznaję pochodzenie jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów w świecie kina, który jest jednocześnie mroczny, ale też i piękny w tej swojej ponurości. Najlepszą postacią jest tutaj oczywiście sam Drakula, świetnie ucharakteryzowany, elegancko ubrany, wręcz zachwycający. Czy aktorsko Gary Oldman wykreował bardzo dobrą rolę? Owszem! Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o Keanu, ani o pozostałej części obsady. Nie umniejsza to jednak całkowitemu wizerunkowi, ani jakichkolwiek wrażeń, bo uwierzcie mi... jestem nim totalnie zauroczona!

Punkt #12. Film noir
Oryginalny tytuł: The Maltese Falcon | Reżyseria: John Huston | Scenariusz: John Huston | Obsada: Humphrey Bogart, Mary Astor, Gladys George, Peter Lorre, Lee Patrick | Kraj: USA | Gatunek: Film-Noir, Kryminał
Premiera: 03 października 1941 (Świat) 19 listopada 1965 (Polska)
Ocena: 7/10

      Uznawany za jeden z najlepszych filmów światowego kina. Przedstawiciel kina noir, w reżyserii Johna Hustona. „Sokół maltański” w swoim czasie robił świetlaną karierę. Pamiętają go do dziś, choć nie do końca może trafić do dzisiejszego widza.
     Prywatny detektyw jest podejrzanym o dokonanie dwóch morderstw. Przeprowadza najważniejsze śledztwo w swoim życiu, a przy okazji próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia najbardziej pożądanej statuetki- czarnego sokoła.
      Fabuła produkcji to całkowite pomieszanie z poplątaniem. Oskarżenie o zabójstwo, a przy okazji zaginiona figurka, o co podejrzewają również tego samego detektywa. Strasznie dużo pechowych sytuacji skupiających się na jednym człowieku. Z tej okazji przez biuro detektywa przewija się cała masa bohaterów, których początkowo niełatwo ogarnąć. Daje to możliwość rozejrzenia się za prawdziwym sensem filmu, bo choć akcja krąży wokół tytułowego sokoła, to całość skupia się jednak na uczuciach zranionej, wzgardzonej kobiety. Świetnie wplątuje się tutaj klimat grozy taki typowy dla kina noir. Świetna, nastrojowa muzyka, trochę jednak zbyt oczywista, jak na dzisiejsze realia, do tego cały ten czarno-biały obraz nadający niezwykłego klimatu. Budowanie atmosfery osaczenia, przytłoczenia przez zdominowanie produkcji kreacjami gangsterskimi. Najwyraźniej każdy na planie nosił gangsterski kapelutek, budując swoim stalkingiem oczywisty suspens. Ma to wszystko jakiś swój urok, bo choć film nie jest zbytnio porywający, to na pewnym poziomie intryguje.

Punkt #28. Musical
Oryginalny tytuł: The Nightmare Before Christmas | Reżyseria: Henry Selick | Scenariusz: Michael McDowell, Caroline Thompson | Dubbing polski: Wojciech Paszkowski, Mieczysław Morański, Krzysztof Kołbasiuk, Joanna Węgrzynowska-Cybińska, Andrzej Chudy, Zbigniew Konopka | Kraj: USA | Gatunek: Musical, Animacja, Fantasy
Premiera: 09 października 1993 (Świat) 16 grudnia 1994 (Polska)
Ocena: 6/10

      Tim Burton słynie z makabry, którą wtłacza w swoje produkcje. Tym razem tworzy postacie, powierzając je w ręce Henry'ego Selicka, późniejszego twórcy „Koraliny”. Tak powstaje „Miasteczko Halloween”, czyli upiorne święta Bożego Narodzenia.
     Dyniowy król rządzi swoimi poddanymi w mieście, w którym święto Halloween odbywać mogłoby się praktycznie każdego dnia. Ciągłe dyniowe zabawy zaczynają go nudzić i dlatego postanawia wcielić się w rolę Świętego Mikołaja.
     Animacja, o której słyszałam bardzo wiele, przede wszystkim bardzo wiele dobrego. Wszyscy zachwyceni są produkcją tak genialnie podobną do wszystkich animowanych tworów Tima Burtona. I choć wizualnie bardzo je przypomina, to fabularnie daleko jej do ideału. Oczekiwania były ogromne, efekt raczej umiarkowanie nijaki. Atutem jest tutaj animacja i aranżacja muzyczna. Postaci wyglądają cudownie i jednocześnie przerażająco, tak samo zresztą jak i cała scenografia- ujęcie na tle księżyca jest magiczne! Nie potrzeba niczego więcej, aby wystraszyć widza. To zdecydowanie by wystarczyło! Połączenie klimatu grozy niczym z Halloween z radosną atmosferą Bożego Narodzenia wydaje się całkowicie odstręczającym pomysłem. W większości fabuły tak właśnie jest, aż do pewnego momentu, w którym pokazany zostaje prawdziwy duch świąt w wykonaniu halloweenowych pokrak. Mnie osobiście to nie urzekło może z uwagi na dubbing, który był całkowicie nijaki. Aktorzy mogli zdecydowanie bardziej postarać się przy kreowaniu charakterów za pomocą własnych głosów. Szkoda też, że wszystkie piosenki przerobione zostały na polski język- fajnie byłoby posłuchać ich w oryginale, aczkolwiek nie było aż tak wielkiego dramatu. Ogólnie miałam nadzieję na coś o wiele bardziej przesiąkniętego makabrą, a tak to jest to tylko kolejna nużąca bajka dla dzieci z lekką nutą grozy.

niedziela, 7 grudnia 2014

1157. Ida, reż. Paweł Pawlikowski

Oryginalny tytuł: Ida
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Rebecca Lenkiewocz
Zdjęcia: Ryszard Lanczewski, Łukasz Żal
Muzyka: Kristian Eidnes Andersen
Kraj: Polska, Dania
Gatunek: Dramat
Premiera: 30 sierpnia 2013 (Świat) 25 października 2013 (Polska)
Obsada: Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik, Jerzy Trela, Adam Szyszkowski, Halina Skoczyńska, Dorota Kuduk, Joanna Kulig
 
Data wydania DVD: 14. października 2014
Wydanie: DVD z książką
Dystrybutor: Solopan
Dodatki: brak
      Zakonnice, Żydzi i bolączki przeszłości- innymi słowy pierwszy polski film, który nie jest wtórny i nie próbuje być podobny do zachodnich produkcji. Odnoszący sukcesy w Wielkiej Brytanii reżyser polskiego pochodzenia, Paweł Pawlikowski jest najbardziej obiecującym twórcom dzisiejszych czasów i ani przez chwilę nie dziwi, że jego „Ida” ma szansę zawalczyć o Oscara. Trzymam kciuki, bowiem szanse ma spore!

niedziela, 31 sierpnia 2014

1144. Dawca pamięci, reż. Phillip Noyce

Tytuł oryginalny: The Giver
Reżyseria:
Phillip Noyce
Scenariusz:
Michael Mitnick, Robert B. Weide
Na podstawie: powieści Loisa Lowry'ego „Dawca”
Zdjęcia: Ross Emery
Muzyka: Marco Beltrami
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Dramat
Premiera: 11 sierpnia 2014 (Świat) 22 sierpnia 2014 (Polska)
Obsada: Jeff Birdges, Meryl Streep, Brenton Thwaites, Alexander Skarsgård, Katie Holmes, Odeya Rush, Cameron Monaghan, Taylor Swift

     W dzisiejszych czasach bardzo dużo mówi się o przyszłości naszej cywilizacji. Twórcy filmowi i pisarze wykorzystują więc aktualną tendencję dbania o to, aby świat jutra w ogóle był rzeczą realną i prześcigają się w coraz to ciekawszych pomysłach pokazywania widzom, co by się stało w przyszłości, gdyby nasze starania się nie powiodły, albo co gorsza- udały się aż za bardzo. Przykładem tego drugiego jest najnowszy film Phillipa Noyce'a o tytule „Dawca pamięci”, dla którego bazą była znana i poczytna powieść Loisa Lowry'ego.

wtorek, 5 sierpnia 2014

1138. Godzilla: Król potworów, reż. Ishirô Honda

Tytuł oryginalny: Gojira
Reżyseria: Ishirô Honda
Scenariusz: Takeo Murata, Ishir
ô Honda
Zdjęcia: Masao Tamai
Muzyka: Akira Ifukube
Kraj: Japonia
Gatunek: Horror, Sci-Fi
Premiera: 03 listopada 1954 (Świat)
Obsada: Akira Takarada, Momoko K
ôchi, Haruo Nakajima, Takashi Shimura, Akijiko Hirata

     Spośród wszystkich potworów, które kroczyły po świecie w filmowych wizjach reżyserów Godzilla jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych. Po tę postać sięgano dziesiątki razy i to nie tylko na japońskiej ziemi, ale również amerykańskiej. Przez te sześćdziesiąt lat legenda jest nadal żywa, o czym świadczyć może najnowszy hollywoodzki obraz stworzony przez Edwardsa. Cała historia rozpoczęta została przez Ishirô Hondę, który prawie dziesięć lat po ataku bombowym na Hiroszimę i Nagasaki nakręcił „Godzillę: Króla potworów” mającego być metaforą tych straszliwych wydarzeń.