NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampirioza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wampirioza. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

1207. Abraham Lincoln: Łowca wampirów, reż. Timur Bekmambetov



     Szesnasty prezydent Stanów Zjednoczonych to człowiek, który wiele zmienił w czasach dziewiętnastowiecznej Ameryki i wojny secesyjnej. Seth Grahame-Smith, w swojej bestsellerowej powieści z 2010 roku „Abraham Lincoln: Łowca wampirów” przedstawia całkiem popapraną historię drugiego życia brodatego prezydenta w charakterystycznym kapelutku. Jako, że wampiry są teraz na czasie oczywiste było, że i na ekranie zobaczymy Lincolna w niecodziennym zawodzie. Za film zabrał się Timur Bekmambetov („Wanted- Ścigani”) i tym sposobem w 2012 roku pojawił się jako jeden z najgorszych filmów.
     Abe Lincoln miał ciężkie dzieciństwo. Najpierw stracił najlepszego przyjaciela, który uważany był za niewolnika, potem był świadkiem śmierci własnej matki, a na koniec stracił jeszcze swojego ojca. Teraz stał się mężczyzną (Benjamin Walker) i kieruje nim tylko jeden cel- odnaleźć i zabić mordercę swojej matki. Niestety, jego próba kończy się niepowodzeniem, a zbir okazuje się być krwiożerczym wampirem. Z pomocą przychodzi mu niejaki Henry (Dominic Cooper), który wprowadza go w tajniki walki z wampirami. Kiedy uważa, że ten jest gotowy posyła go w misję zlikwidowania krwiopijców, od których roi się we wszystkich stanach, a którzy podlegają jednemu- Adamowi (Rufus Sewell).
     Wampiry to motyw, który nieustannie pojawia się w światowej kinematografii. Trzeba modlić się o to, aby nie nastał czas tzw. miłości po „Zmierzchu” w kinie. Tak, czy inaczej, dość rozwalającym pomysłem wydaje się wsadzenie takiego autorytetu jakim jest Abe Lincoln w świat rządzący przez krwiożercze bestie. Oczywiście, cała fabuła na tym bazuje, aczkolwiek jest to takie bardziej ucieleśnienie zła, które rozgrywało się w ówczesnych czasach, czyli niewolnictwo. Jak się okazuje, może być jeszcze ciekawiej, bowiem wampiry mają także swój udział w wojnie secesyjnej i to nie byle jaki. Uczyliście się o bitwach wygranych przez Konfederację? Ano wszystko to dlatego, że żołnierze Ci byli nieśmiertelni. A dlaczego ta wielka wojna w końcu się skończyła i to w dodatku wygraną Unii i zniesieniem niewolnictwa? Ano... bystry umysł Lincolna i nauk Henry'ego, aby zawsze mieć plan awaryjny okazały się być tutaj decydujące. Wszystko to bardzo ciekawie ze sobą reaguje, choć prawda jest taka, że pomimo tak licznych wydarzeń i sporej dynamiki na ekranie większość obrazu to zwyczajna paplanina, wywody na temat odwiecznego problemu nieposiadania rodziny i przyjaciół przez superbohaterów, itp., itd. Niezwykle męczące, ale okazuje się, że po raz pierwszy męczarnią może być coś zupełnie innego niż fabuła, która chwilami żenuje do granic możliwości. Są to jeszcze bardziej irytujące efekty specjalne.
     Pojawienie się wielkich łowców ze swoimi fascynującymi choreografiami walk i uzbrojonymi w najrozmaitszą broń.. ale zaraz, Lincoln czuł się lepiej z siekierką. A i owszem. Okazuje się jednak, że i z tak pospolitym narzędziem można zdziałać cuda. Abe więc wymachuje, ścina głowy, rozwala wampiry, niczym Robocop. A przy okazji robi to w zadziwiającym zwolnionym stylu Neo Andersona znanego z „Matrixa”. Trochę to takie naciągane, ale jakże i charakterystyczne dla produkcji Bekmambetowa. Wydawać się może, że będzie się tutaj czym pozachwycać, bo przecież są też i wampiry. Jednakże ich przerysowane wyobrażenie jest dość przytłaczające i choć może wali po oczach makabrą to nie do końca przekonuje. Ani to wizualnie nie jest piękne, ani pociągające. No, ale widywało się już gorzej wykreowane wampiry podczas ujawniania ich prawdziwych twarzy. Do tego są jeszcze sceny batalistyczne, które ostatecznie można uznać za najlepszy punkt całej tej przygody z Lincolnem, bowiem nawet i muzyka Henry'ego Jackamana nie spełnia do końca swojej roli.
     Gra aktorska jest zdecydowanie za marna. Obsadzenie w tak znaczącej roli kogoś tak nijakiego jak Benjamin Walker jest co najmniej samobójczym pomysłem. Paradoksalnie za większą masakrę można byłoby uznać pojawienie się tu Toma Hardy'ego (dzięki Ci Boże za „Mroczny Rycerz powstaje”!), czy chociażby Timothy'ego Olyphanta, który już chyba na zawsze utknie mi w pamięci jako Hitman. Walker raczej bez emocji poradził sobie z rolą Abe Lincolna, ale chociaż dobrze go ucharakteryzowano, co by go postarzyć maksymalnie. Więcej emocji dostarczała postać jego przyjaciela Willa, a w tej roli Anthony Mackie, czy choćby nawet samego Henry'ego- Dominic Cooper. Więcej zaangażowania, więcej emocji, więcej dynamiki! Jedyna pozytywna rola kobieca jaka się tutaj pojawia to ukochana Lincolna- Mary Todd, a tutaj sama Mary Elizabeth Winstead, która sama również uległa nijakości swojego ekranowego partnera i postanowiła niczym więcej nie zaskoczyć.
     „Abraham Lincoln. Łowca wampirów” to tytuł bardzo niskich lotów. Choć trzeba przyznać, że nie brakuje mu swoistego klimatu, to jednak fabuła jest tak absurdalna, że aż żal ją wspominać. Pomyśleć, że chciałam zmarnować kasę na kino. Pomyśleć, że chciałam przeczytać książkę, przy której pewnie przeklinałabym siebie za ten pomysł! Obraz ten jest świetny jeżeli potraktować go z przymrużeniem oka. Jeżeli będziemy patrzeć na to, jak na swoiste naśmiewanie się z wampirów, a także zupełnie alternatywną historię życia szesnastego prezydenta, to faktycznie można się dobrze bawić, bo i można. Nie mniej, momentami film jest niesamowicie nużący, a przesada przytłaczająca, co sprawia, że jest to jeden z gorszych filmów ubiegłego już roku.

Ocena: 2/10

Oryginalny tytuł: Abraham Lincoln: Vampire Hunter / Reżyseria: Timur Bekmambetov / Scenariusz: Seth Grahame-Smith / Na podstawie: powieści Setha Grahame-Smitha "Abraham Lincoln: Łowca wampirów" / Zdjęcia: Caleb Deschanel / Muzyka: Henry Jackman / Obsada:Benjamin Walker, Dominic Cooper, Anthony Mackie, Mary Elizabeth Winstead, Rufus Sewell, Marton Csokas, Jimmi Simpson / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Horror, Akcja


Premiera kinowa: 18 czerwca 2012 (Świat) 24 sierpnia 2012 (Polska)

sobota, 23 kwietnia 2016

SZORTy #34: Wojownicze Żółwie Ninja, Dracula- Historia nieznana, Noah- Wybraniec Boga


Oryginalny tytuł: Teenage Mutant Ninja Turtles | Reżyseria: Jonathan Liebesman | Scenariusz: Josh Appelbaum, André Nemec, Evan Daugherty | Obsada: Megan Fox, Will Arnett, William Fichtner, Alan Ritchson, Noel Fisher, Pete Ploszek, Jeremy Howard, Tohoru Masamune, Danny Woodburn | Kraj: USA | Gatunek: Komedia, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 03 sierpnia 2014 (Świat) 08 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

      Historia wszystkim bardzo dobrze znana. Wielokrotnie ekranizowana- w formie serialu, animacji, a teraz filmu aktorskiego. Fabuła już się chyba przejadła, bo „Wojownicze Żółwie Ninja” nowej generacji nie wywołują fali entuzjazmu wśród krytyków, co widać chociażby bo kilku nominacjach do tegorocznych Złotych Malin.
     Miasto terroryzowane jest przez Klan Stopy rządzonej przez Shreddera. April O'Neal liczy na to, że rozwikłanie sprawy otworzy furtkę do jej dziennikarskiej kariery. Podczas prywatnego śledztwa trafia nie tylko na Klan, ale również tajemniczych wybawców. Wkrótce okazuje się, że znała ich już wcześniej jako eksperyment laboratoryjny jej ojca.
     Film akcji, który nie budzi sensacji. Film z użyciem efekciarskich gadżetów, który nie zachwyca. „Wojownicze Żółwie Ninja” pod żadnym względem nie spełniają oczekiwań, które nań nałożono. Fabuła bardzo oklepana i wtórna, poza wątkiem żółwi wielokrotnie maglowanym nie wiadomo do końca o co w ogóle toczy się stawka. W tym wszystkim akcja jest potwornie nudna. Zaskakujące jest to, że wciąż coś się dzieje, ale tempo wydarzeń nie porywa. Żółwie tak często podlegające obróbce... wypadałoby, aby w końcu wyglądały świetnie. Przeraża więc, że w dzisiejszych czasach wypuszcza się jeszcze tak wyglądające filmy. Każdy z zielonych bohaterów ma swoją własną osobowość, tak wyraźną, że z łatwością można ich odróżnić, ale młodzieńcza energia nie do końca ma odzwierciedlenie w wizerunku. Do tego wszystkiego jeszcze blaszany Shredder. Wielkiego hardkoru dawno nie było, no ale przecież trzeba wyjść naprzód współczesnej fascynacji widza robotami. Jak roboty to tylko Megan Fox, która ma w tym temacie sporo doświadczenia. Niezbyt wymagająca rola, dla niezbyt utalentowanej aktorki, w niezbyt wymagającym filmie rozrywkowym. Wszystko więc gra i pasuje.

Oryginalny tytuł: Dracula Untold | Reżyseria: Gary Shore | Scenariusz: Matt Sazama, Burk Sharpless | Obsada: Luke Ecans, Sarah Gadon, Dominic Cooper, Art Parkinson, Charles Dance, Zach McGowan, Jakub Gierszał | Kraj: USA | Gatunek: Fantasy, Horror
Premiera: 01 października 2014 (Świat) 17 października 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

      Kolejna opowieść o wampirach, ale całkiem w innym stylu. Jeżeli ktoś nie znał ludzkiego życia Draculi, dzięki debiutującemu reżyserowi- Gary'emu Shore, w końcu ma szansę nadrobić zaległości. W końcu bowiem pojawia się „Dracula. Historia nieznana” i wszystko staje się takie oczywiste.
     Wszyscy obawiają się o swój żywot kiedy do akcji wkracza Vlad Palownik. Mający swój przydomek od nabijania ofiar na pale poznaje piękną kobietę i postanawia się ustatkować. Powraca do Transylwanii, aby w pokoju sprawować władzę, być dobrym mężem i ojcem. Jednakże gdy u wrót czekają wojska Turków Vlad zmuszony jest podjąć drastyczną decyzję, aby ratować swoich podwładnych. Wyrusza w góry, do tajemniczej, nieśmiertelnej istoty i zawiera z nią pakt, która odmieni jego życie.
      Stara historia opowiedziana całkowicie na nowo. Ugryziona bardziej od historycznej strony, nakreślające prawdziwą genezę Draculi. Za mało w tym jednak prawdziwie historycznych faktów, za dużo ględzenia o niczym, ale przede wszystkim dziwnych przepychanek pomiędzy bohaterami. Choć to fabuła skupiająca się na postaci Draculi, którego osobę definiować można jednym określeniem – WAMPIR!, to jednak za mało tutaj rozlewu krwi, za mało tutaj fantastyki, za mało wampiryzmu i kłów. Powód? Dość prosty, większa część to zdecydowane zmagania księcia z przeciwnościami, z prawdziwym wrogiem jakim są Turcy. Jest to chwila kiedy może wykazywać się odwagą, ale przede wszystkim mądrością. Wypicie wampirzej krwi ma uczynić go superbohaterem, który w pojedynkę rozwali całą armię przeciwników. O dziwo, da się! Nie dziwne skoro jest się superszybkim, uzbrojonym w kły i mogącym zamieniać się w stado nietoperzy. Pokusa krwi jest jednak silna, ale pamiętać musi, że jak tylko napije się choć kropli stanie się wieczną istotą. Bardzo zgrabnie ukryte zmaganie się człowieka z wewnętrznymi demonami i własnym sumieniem. Świetna rzecz, w dość ciekawym średniowiecznym klimacie, z nawet zaskakująco dobrą muzyką. Jak na pierwszy film to „Dracula. Historia nieznana” wypada całkiem nie najgorzej, ale prawda jest taka, że nie niesie za sobą praktycznie nic, poza wspaniałym licem Luke'a Evansa, który tak fajnie wygląda w czarnym wdzianku, z kłami i umazany krwią. Za to finałowa scena... całkiem kontrastowa, ale intrygująca!

Oryginalny tytuł: Noah | Reżyseria: Darren Aronofsky | Scenariusz: Darren Aronofsky, Ari Handel | Obsada: Russell Crowe, Jennifer Connelly, Ray Winstone, Anthony Hopkins, Emma Watson, Logan Lerman, Douglas Booth, Nick Nolte | Kraj: USA | Gatunek: Fantasy, Dramat
Premiera: 10 marca 2014 (Świat) 28 marca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Trudno jest się otrząsnąć z szoku, jaki wywołuje ten film. W końcu kto by się spodziewał, że Darren Aronofsky, który stworzył takie genialne filmy jak „Requiem dla snu”, czy „Czarny łabędź” popełni taką zbrodnię jaką jest ekranizacja jego własnego komiksu o tytule „Noe. Za niegodziwość ludzi”.
    Kiedy Kain zabija Abla, jego potomkowie rozprzestrzeniają się na całą planetę, niszcząc i eksploatując wszelkie jej zasoby, a także żyjąc w grzechu. Jedynie potomkowie Seta żyją w zgodzie z Bogiem i swoim sumieniem. Jeden z nich, Noe, miewa wizje dotyczące potopu mającego oczyścić ludzkość. Podążając za wolą Stwórcy postanawia zbudować Arkę, która ochroni jedynie niewinne istoty.
     Jeszcze nigdy oglądanie biblijnego filmu nie sprawiało tak ogromnego bólu. Jednakże Aronofsky po raz kolejny łamie wszelkie zasady. Niestety, tym razem wychodzi to produkcji bardziej na złe niż dobre. „Noe” to nie jest typowy obraz z tego gatunku. Poza moralizatorskim charakterem bardzo dużo tu o fanatyzmie religijnym. Przerażająca jest to wizja ślepego podążania za wolą Boga i swoistą nadinterpretacją jego woli. W końcu każdemu człowiekowi dał rozum, serce i wolę... Wartość merytoryczna nie jest tutaj problemem, aczkolwiek wchodzenie w fazę oczyszczania Ziemi z ludzkiej niegodziwości jest mocno naciągane i ciężkie do strawienia. Bardziej boli tutaj nadnaturalność całej opowieści, a dokładnie kamiennych strażników. Nie każdemu może spodobać się ta wersja opowieści, bo dodawanie fantastyki może godzić w uczucia wielu katolików. Samo wykonanie jest jednak bardzo kanciaste. I nie chodzi tu jedynie o kamienne posągi, ale i całą resztę wizualności produkcji. Dziwnie się na to patrzy, jest to mocno abstrakcyjne i nie każdy musi to zrozumieć. Piękne są jednak zdjęcia obrazujące zniszczenie planety i jej surowość. Efekciarstwa jest tu cała masa, aczkolwiek chyba wszyscy wyczekiwali na wielką falę powodziową. Niestety, jest to jedna z najsłabszych jakie powstały w kinie. Szkoda. Na pewno produkcji bardzo sprzyja muzyka stworzona przez Clinta Mansella, ale na dół ciągnie ją przeciętne aktorstwo, a także osoba uroczej, choć zwyczajnie nijakiej Emmy Watson. W efekcie film staje się bardzo przeciętny, a w pamięci pozostanie jedynie jako niszczyciel biblijnego Noego.

sobota, 16 stycznia 2016

SZORTy #27: Nosferatu- symfonia grozy, Zaklinacz koni, Niebezpieczne związki

Punkt #31. Film niemy
Oryginalny tytuł: Nosferatu, eine Symphonie des Grauens | Reżyseria: Friedrich Wilhelm Murnau | Scenariusz: Henrik Galeen | Obsada: Max Schreck, Alexander Granach, Gustav von Wangenheim, Greta Schröder | Kraj: Niemcy | Gatunek: Horror, Niemy
Premiera: 17 lutego 1922 (Świat)
Ocena: 7/10

      Klasyk nad wszystkie klasyki. Klasyk kina grozy. Klasyk kina wampirystycznego. Pierwszy w tym temacie, niemiecki, a to wszystko przez Friedricha Wilhelma Murnau, który w czasach kina niemego dał widzom przerażającego „Nosferatu- symfonia grozy”.
      Młody mężczyzna, pomocnik agenta nieruchomości, wyrusza do Transylvanii, aby ubić interes życia. Na miejscu ma się zająć sprzedażą posiadłości hrabiego Orloka. Nie spodziewa się jednak, że jego klient skrywa tajemnicę, która nie tylko odstrasza okolicznych mieszkańców, ale przede wszystkim odmienia życie młodzieńca.
       Film Murnau jest tworem dość specyficznym, bowiem rozgorzała wokół niego walka o prawa autorskie. „Nosferatu- symfonia grozy” jest luźną interpretacją kultowej i równie klasycznej powieści Brama Stokera, o której prawa upomniała się później wdowa po Stokerze. Jako, że reżyser bezprawnie wykorzystał powieść musiał wyzbyć się wszystkich kopii filmu. Na szczęście kilka cudem ocalało i dziś można je oglądać na całym świecie. Szczęśliwie obraz zawdzięcza sukces nie tylko całej tej awanturze wokół niego, ale przede wszystkim temu jak został zrealizowany. Oczywiście, fabuła z lekka kuleje, można wręcz powiedzieć, że jest dosyć nijaka, bowiem momentami wydaje się mocno nielogiczna i bezsensowna. Pokraczne zwroty akcji, dziwne reakcje bohaterów i naprawdę skrajne emocje, które wzbudza. Na szczęście jej wykonanie to zupełnie inna bajka. Mroczny obraz z bardzo surowymi wnętrzami, który jest niesamowicie klimatyczny i o dziwo budzi swoisty dyskomfort nawet teraz, po prawie stu latach od produkcji. Skoro film niemy, to bardzo dużą rolę w budowaniu napięcia gra oczywiście muzyka. Mam co do niej mocno mieszane uczucia, bo choć kompozycje ekipy Jamesa Bernarda są całkiem melodyjne i ciekawe w swoim brzmieniu, to jednak... momentami zamiast podsycać uczucie przerażenia, sprawiają, że mamy ochotę roześmiać się podczas seansu. Daje to mocno karykaturalny wyraz i zdecydowanie potęguje naszego strachu- a szkoda. Inną znaczącą kwestią jest oczywiście gra aktorska. Bez dobrych aktorów potrafiących wyrażać swoje emocje w przesadny sposób film niemy nie mógłby istnieć. Tutaj ekipa sprawdza się na medal, co nie oznacza, że nie mamy ochoty parsknąć śmiechem na widok tych przerysowanych reakcji. Kluczową postacią jest tutaj oczywiście Nosferatu. Max Schreck jest naprawdę świetny w tej kreacji. Dzięki rewelacyjnej charakteryzacji jest naprawdę realistyczny, więc nic dziwnego, że swego czasu naprawdę uważano go za wampira. Produkcja ta wywołuje skrajnie mieszane uczucia, bowiem bardziej bawi niżeli straszy. Nie mniej, szacunek dla tego klasyka się należy.

Punkt #35. Poproś o polecenie filmu nowopoznaną osobę
Oryginalny tytuł: The Horse Whisperer | Reżyseria: Robert Redford | Scenariusz: Eric Roth, Richard LaGravenese | Obsada: Robert Redford, Kristin Scott Thomas, Scarlett Johansson, Sam Neill, Dianne Wiest, Chris Cooper, Cherry Jones | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat
Premiera: 15 maja 1998 (Świat) 02 października 1998 (Polska)
Ocena: 7/10

      Robert Redford to prawdziwy człowiek orkiestra. Świetny aktor, któremu raz na jakiś czas zdarza się pobawić w reżysera, tak jak chociażby przy realizacji ekranizacji „Zaklinacza koni”, gdzie nie tylko stanął za kamerą, ale również i przed nią.
      Młode pasjonatki jeździectwa konnego ulegają wypadkowi w zimowy dzień. Jedna z nich ginie na miejscu pod kołami ciężarówki, a druga ląduje w szpitalu leczy rany. Jednakże wydarzenie to o wiele silniej wpłynęło na psychikę jej ukochanego konia, dlatego też jej matka postanawia poprosić o pomoc znakomitego zaklinacza koni.
      Jest to jeden z nielicznych filmów, które rozpoczynają z mocnym przytupem. Dla większości okazuje się być to falstartem i potem toczą się po równi pochyłej. Z filmem Redforda niekoniecznie tak jest, choć z pewnością nie jest to mrożąca krew w żyłach produkcja, jaką zapowiedział nam straszliwy wypadek z początku filmu. Traumatyczne wydarzenia, które mocno weszły na psychikę bohaterów, ale również i widzów, bowiem każdy chyba ma problem z patrzeniem na cierpienie zwierząt, a sytuacja na drodze i to co widzimy pod mostem zmraża krew wyciskając łzy. Na szczęście, później atmosfera odrobinę się uspokaja, bowiem produkcja zamienia się w dramatyczną walkę o konia, a także swobodę młodej dziewczyny, która musi dostosować się do nowych warunków jakie zostały jej narzucone. Proces długi, niekiedy dość bolesny, ale jakże łagodzący skołatane serca. Najwyraźniej te zaniedbane również, bowiem gdzieś po drodze w tym wszystkim wkrada się motyw romansu, który chyba nie może być bardziej chybionym przy takich wydarzeniach. Idealnie prezentuje się tutaj więc jak konkretni ludzie reagują na konkretne problemy i w jaki sposób sobie z nimi radzą. Nikt nie jest idealny i z taką właśnie myślą pozostawia się widza, bowiem nie ma tutaj jednoznacznego zamknięcia, które dałoby odpowiedzi na wszystkie pytania, nawet te moralne. Robert Redford jest tutaj niezwykły. Jako zaklinacz sprawdza się wręcz idealnie z tym swoim stoickim spokojem. Kreuje się na bardzo ciepłą choć lekko zdystansowaną postać. Towarzyszące mu na ekranie Kristin Scott Thomas oraz młodziutka Scarlett Johansson dzielnie dotrzymują mu kroku. I tak we trójkę, a nawet czwórkę- razem z koniem, tworzą niezwykle ciepły, choć momentami wstrząsający film, który pomimo długości powinien przypaść do gustu każdemu wrażliwcowi.

Oryginalny tytuł: Dangerous Liaisons | Reżyseria: Stephen Frears | Scenariusz: Christopher Hampton | Obsada: Glenn Close, John Malkovich, Michelle Pfeiffer, Swoosie Kurtz, Keanu Reeves, Uma Thurman | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat, Kostiumowy
Premiera: 16 grudnia 1988 (Świat) 31 grudnia 1988 (Polska)
Ocena: 8/10

      Wiekopomne dzieło najwyższych lotów. Ekranizacja znakomitej powieści epistolarnej, w której zobaczymy całą plejadę gwiazd. Wielokrotnie nagradzane „Niebezpieczne związki” szturmem podbiły moje serce.
       Markiza wchodzi w układ ze swoim kochankiem, jakoby miała mu się oddać jeżeli tylko uda mu się uwieść nową wybrankę jej byłego męża. Intryga ta przybiera jednak nieoczekiwany obrót, bowiem mężczyzna ma własny cel, którym jest piękna mężatka.
      Historia znana przez wszystkich i tak często będąca inspiracją dla współczesnych twórców. Schemat uwodzenia kobiety dla swoich własnych powódek, niczym nie różni się od prawdziwego życia, dlatego właśnie tak ciepło przyjęto zarówno powieść Choderlosa, jak i jej ekranizację Frearsa. Obraz ma niesamowicie intymny charakter, w którym nie ma czasu na zbędności. Atmosfera budowana jest gestem, dotykiem, mimiką... jest to niesamowicie subtelne i jakże bardzo pociągające. Niechciane romanse, odpychające zaloty, kłamliwe przyjaźnie i wysoce zaawansowane intrygi. Cała masa listów płynąca od nadawcy do adresata, zapisywane wiecznym piórem rękami mężczyzn i kobiet. Jest w tym coś niesamowicie osobliwego, bowiem już na pewnym etapie filmu oczywistym staje się, że słowa są zbędne. Aktorzy zapewniają całkowite zrozumienie fabuły, ale przede wszystkim rozłożenie na czynniki pierwsze niesamowitych osobowości. Znakomite role Glenn Close, czy Michelle Pfeiffer dają się zapamiętać na zawsze. John Malkovich stale jest odpychający, ale to najwyraźniej kwestią jest gustu. Cały obraz jest jednak niesamowicie piękny. Cudowne kostiumy, przepiękne wnętrza, no i te krajobrazy... Urzeka z każdą minutą coraz bardziej i pozwala się zatopić w tej momentami przewrotnej historii. Będzie więc to jeden z moich najbardziej ulubionych tytułów, do których pewnie i nie raz jeszcze wrócę. W końcu... jest do czego!

poniedziałek, 30 listopada 2015

SZORTy #20: Drakula, Sokół maltański, Miasteczko Halloween

Punkt #12. Film z muzyką Wojciecha Kilara
Oryginalny tytuł: Dracula | Reżyseria: Francis Ford Coppola | Scenariusz: James V. Hart | Obsada: Gary Oldman, Winona Ryder, Anthony Hopkins, Keanu Reeves, Cary Elwes, Richard E. Grant, Sadie Frost, Tom Waits | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 13 listopada 1992 (Świat) 31 grudnia 1992 (Polska)
Ocena: 8/10

      Ten film przeszedł już do historii. Nie tylko ze względu na bycie ekranizacją wiekopomnej powieści Brama Stokera, ale też z uwagi na świetną rolę Gary'ego Oldmana, no i oczywiście klimat! „Drakula” to jeden z najpotężniejszych i najbardziej rozpoznawalnych filmów Coppoli na świecie.
     Rumuński hrabia Drakula trafia na ślad kobiety, łudząco podobnej do jego ukochanej z przeszłości. Nie cofnie się przed niczym, aby uzyskać to czego pragnie. Na jego drodze staje narzeczony kobiety wspomagany przez znanego profesora Van Helsinga, uważanego za specjalistę w temacie walki z wampirami.
      Czasem trudno uwierzyć, że tak długo człowiek walczy z tym, aby obejrzeć jakiś film. Tyle lat trwało moje przekonywanie się do „Drakuli”, że musiałam najpierw wszystkie filmy wkoło obejrzeć, zanim do niego dotarłam. Okazuje się, że obraz Coppoli to przecież ponadczasowa historia miłosna, których pełno w dzisiejszym kinie, ale jest tak magiczna, tak cudowna, tak krwawa, że trudno jest się jej oprzeć. Troszkę trąci banałem, ale osadzona jest w nieskazitelnym klimacie grozy, zamglenia, mroku... Jest to o tyle niesamowite, że udaje się tym urzec widza. Z każdą chwilą jak hrabia uwodzi swoją ukochaną, tak z każdą chwilą uwodzi też i widza. Grupa artystyczna mami nas wspaniałymi kreacjami, a Wojciech Kilar muzyką. W końcu poznaję pochodzenie jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów w świecie kina, który jest jednocześnie mroczny, ale też i piękny w tej swojej ponurości. Najlepszą postacią jest tutaj oczywiście sam Drakula, świetnie ucharakteryzowany, elegancko ubrany, wręcz zachwycający. Czy aktorsko Gary Oldman wykreował bardzo dobrą rolę? Owszem! Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o Keanu, ani o pozostałej części obsady. Nie umniejsza to jednak całkowitemu wizerunkowi, ani jakichkolwiek wrażeń, bo uwierzcie mi... jestem nim totalnie zauroczona!

Punkt #12. Film noir
Oryginalny tytuł: The Maltese Falcon | Reżyseria: John Huston | Scenariusz: John Huston | Obsada: Humphrey Bogart, Mary Astor, Gladys George, Peter Lorre, Lee Patrick | Kraj: USA | Gatunek: Film-Noir, Kryminał
Premiera: 03 października 1941 (Świat) 19 listopada 1965 (Polska)
Ocena: 7/10

      Uznawany za jeden z najlepszych filmów światowego kina. Przedstawiciel kina noir, w reżyserii Johna Hustona. „Sokół maltański” w swoim czasie robił świetlaną karierę. Pamiętają go do dziś, choć nie do końca może trafić do dzisiejszego widza.
     Prywatny detektyw jest podejrzanym o dokonanie dwóch morderstw. Przeprowadza najważniejsze śledztwo w swoim życiu, a przy okazji próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia najbardziej pożądanej statuetki- czarnego sokoła.
      Fabuła produkcji to całkowite pomieszanie z poplątaniem. Oskarżenie o zabójstwo, a przy okazji zaginiona figurka, o co podejrzewają również tego samego detektywa. Strasznie dużo pechowych sytuacji skupiających się na jednym człowieku. Z tej okazji przez biuro detektywa przewija się cała masa bohaterów, których początkowo niełatwo ogarnąć. Daje to możliwość rozejrzenia się za prawdziwym sensem filmu, bo choć akcja krąży wokół tytułowego sokoła, to całość skupia się jednak na uczuciach zranionej, wzgardzonej kobiety. Świetnie wplątuje się tutaj klimat grozy taki typowy dla kina noir. Świetna, nastrojowa muzyka, trochę jednak zbyt oczywista, jak na dzisiejsze realia, do tego cały ten czarno-biały obraz nadający niezwykłego klimatu. Budowanie atmosfery osaczenia, przytłoczenia przez zdominowanie produkcji kreacjami gangsterskimi. Najwyraźniej każdy na planie nosił gangsterski kapelutek, budując swoim stalkingiem oczywisty suspens. Ma to wszystko jakiś swój urok, bo choć film nie jest zbytnio porywający, to na pewnym poziomie intryguje.

Punkt #28. Musical
Oryginalny tytuł: The Nightmare Before Christmas | Reżyseria: Henry Selick | Scenariusz: Michael McDowell, Caroline Thompson | Dubbing polski: Wojciech Paszkowski, Mieczysław Morański, Krzysztof Kołbasiuk, Joanna Węgrzynowska-Cybińska, Andrzej Chudy, Zbigniew Konopka | Kraj: USA | Gatunek: Musical, Animacja, Fantasy
Premiera: 09 października 1993 (Świat) 16 grudnia 1994 (Polska)
Ocena: 6/10

      Tim Burton słynie z makabry, którą wtłacza w swoje produkcje. Tym razem tworzy postacie, powierzając je w ręce Henry'ego Selicka, późniejszego twórcy „Koraliny”. Tak powstaje „Miasteczko Halloween”, czyli upiorne święta Bożego Narodzenia.
     Dyniowy król rządzi swoimi poddanymi w mieście, w którym święto Halloween odbywać mogłoby się praktycznie każdego dnia. Ciągłe dyniowe zabawy zaczynają go nudzić i dlatego postanawia wcielić się w rolę Świętego Mikołaja.
     Animacja, o której słyszałam bardzo wiele, przede wszystkim bardzo wiele dobrego. Wszyscy zachwyceni są produkcją tak genialnie podobną do wszystkich animowanych tworów Tima Burtona. I choć wizualnie bardzo je przypomina, to fabularnie daleko jej do ideału. Oczekiwania były ogromne, efekt raczej umiarkowanie nijaki. Atutem jest tutaj animacja i aranżacja muzyczna. Postaci wyglądają cudownie i jednocześnie przerażająco, tak samo zresztą jak i cała scenografia- ujęcie na tle księżyca jest magiczne! Nie potrzeba niczego więcej, aby wystraszyć widza. To zdecydowanie by wystarczyło! Połączenie klimatu grozy niczym z Halloween z radosną atmosferą Bożego Narodzenia wydaje się całkowicie odstręczającym pomysłem. W większości fabuły tak właśnie jest, aż do pewnego momentu, w którym pokazany zostaje prawdziwy duch świąt w wykonaniu halloweenowych pokrak. Mnie osobiście to nie urzekło może z uwagi na dubbing, który był całkowicie nijaki. Aktorzy mogli zdecydowanie bardziej postarać się przy kreowaniu charakterów za pomocą własnych głosów. Szkoda też, że wszystkie piosenki przerobione zostały na polski język- fajnie byłoby posłuchać ich w oryginale, aczkolwiek nie było aż tak wielkiego dramatu. Ogólnie miałam nadzieję na coś o wiele bardziej przesiąkniętego makabrą, a tak to jest to tylko kolejna nużąca bajka dla dzieci z lekką nutą grozy.

środa, 11 listopada 2015

1195. Hotel Transylwania 2, reż. Genndy Tartakovsky

     Genndy Tartakovsky od dawien dawna potrafił przykuć uwagę młodych widzów, dostarczając im nie lada rozrywki. Twórca największych hitów klasycznego Cartoon Network już w 2012 roku udowodnił, że dobrze wychodzą mu również pełnometrażowego produkcje, bowiem właśnie wtedy wszyscy- mali i duzi widzowie, mogli cieszyć oczy wielkimi strachami zamieszkującymi „Hotel Transylwania”. Po trzech latach, kiedy młodzi już trochę podrośli powraca do starego hitu, aby przekazać banalne mądrości życiowe.
     Pomimo różnic rasowych, jakie dzielą Mavis, Jonathana (Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz) oraz ich rodziny ta dwójka postanawia połączyć swoje życie na zawsze. Po pewnym czasie na świecie pojawia się mały Dennisek, który staje się oczkiem w głowie matki, a także Draculi (Tomasz Borkowski). Jego największym marzeniem jest to, aby mały rudowłosy bobas okazał się być wampirkiem. Wkrótce malec osiągnie piąty roczek, a wtedy będzie już za późno na obudzenie w nim potworka. Dlatego też Dracula wpada na plan wysłania córki i jej męża na wakacje, a sam wraz z potwornymi przyjaciółmi robi wszystko, aby Dennisowi wyszły wampirze kły.
     „Hotel Transylwania 2”, tak oto powracają na ekrany nasi ulubieni, ale też i przerażający bohaterowie. Kiedy pierwsza część przygód Draculi i jego potworniastych przyjaciół skupiała się na uprzedzeniach potworów i strachem przed ludźmi, tak druga odsłona prezentuje niemalże całkowitą symbiozę tych dwóch różnych gatunków. Wystawienie na ciężką próbę podczas wesela, które okazało się być chyba najbardziej dowcipnym z całego filmu wraz ze zdjęciami niewidocznych wampirów, tańcami z galaretowatym blobem, czy smakowaniem rozkrzyczanego, nawiedzonego tortu. Potem tylko myśl o tym, czym jeszcze mogą zaskoczyć nas twórcy. Oczywiście, niczym szczególnym, bowiem nie wszystkie uprzedzenia znikają, a próby sprawienia, aby ludzki chłopaczek stał się wampirem wydają się bardziej męczące niżeli zabawne- choć trzeba przyznać, że lot ze straszliwej wieży robi spore wrażenie.
Całe to wymuszanie zmiany rasowej nie pozostaje bez wpływu na relacje pomiędzy kochającymi się Drakiem i Mavis. Smutne jest naruszenie zaufania, utraty kontroli nad życiem, co ostatecznie emocjonalnie rozbraja na widok rozpadającej się rodziny. Wszystkie te emocje, wszelkie zadry ujawniają się kiedy pojawia się zupełnie inna postać- bardzo klasyczna i o wiele bardziej mroczna niż wszystkie te monstra razem wzięte, innymi słowy- pradziadek! Trzeba przyznać, że jego pojawienie się, wraz z pomocnikami, dostarczyło sporo mroku i strachu, przez co małe dzieciaczki na sali mogłyby się mocno przestraszyć- w końcu, to nie to samo co Drak i jego ekipa.
     Produkcja Tartakovsky'ego po raz kolejny zachwyca swoim wyglądem. Postacie nadal pozostają starannie dopracowane, pojawiają się również nowe twory, o wiele bardziej makabryczne- co daje spore pole do popisu animatorom. Nie mniej, nic bardziej nie irytuje w tego typu filmach, jak nie zachowanie podstawowych zasad fizyki, bo serio... czy nie można było zrobić opadającego welonu i peleryny Draka kiedy wraz ze swoją córką tańczył na suficie? No serio ludzie! Grawitacja i te sprawy, nie żeby małe dzieciaczki zwracały na to uwagę. Oczywiście ponownie rozczulają postacie latających nietoperków, aczkolwiek nie poznaliśmy całkowitego uroku tych stworzeń, dopóki nie zobaczyliśmy nowego, a ten opatrzony został figlarnym kędziorkiem! Co to był za widok. Niestety, także i od strony wizualnej film został za bardzo przerysowany, bo pojawiła się tutaj o dziwo walka, która niemalże przypominała starcie Avengers z robotami Ultrona. Serio.
     Nie mogę powiedzieć, że film nie był udany, jednakże nie wzbudzał aż tak wiele sensacji, co pierwszy film. Niestety, nie był na tyle przebojowy, ani na tyle zabawny, choć ponoć wiele ludzi śmiało się do rozpuku. „Hotel Transylwania 2” momentami wzbudzał zainteresowanie, zdarzało mu się również i rozśmieszyć widza, ale w moim mniemaniu zdecydowanie za często nużył. Przeciąganie akcji na siłę, wtrącanie wątków całkowicie zbędnych- niekoniecznie wyszło to produkcji na dobre. Oczywiście, czołowe postacie dalej frapują, dalej potrafią rozbawić, ale to niestety nie wystarcza, aby udźwignąć całą produkcję. Kontynuacja wypada zdecydowanie gorzej od pierwowzoru, a może po prostu ta fascynacja gdzieś uciekła?

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: Hotel Transylvania 2 / Reżyseria: Genndy Tartakovsky / Scenariusz: Adam Sandler, Robert Smigel / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Dubbing polski: Tomasz Borkowski, Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz, Piotr Warszawski, Krzysztof Dracz, Tomasz Bednarek, Marek Robaczewski, Bruno Skalski, Tomasz Grochoczyński / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia
Premiera: 21 września 2015 (Świat) 09 października 2015 (Polska)

poniedziałek, 27 lipca 2015

1180. Wirus, aut. Guillermo del Toro, Chuck Hogan


     Kiedy cztery lata temu czytałam powieść Guillermo del Toro i Chucka Hogana (recenzja), a w zeszłym roku po raz drugi, stwierdziłam jedno – byłby z tego super film! Po tym czasie, zupełnie jakby ta dwójka czytała w moich myślach i tak oto wspólnymi siłami ze stacją FX powstał nie film, a serial! Wydawałoby się, że to nawet lepiej przerobić „Wirusa” na kilku epizodyczną przygodę. Niestety, zarówno mnie, jak i zapewne innym fanom, szybko przyszło pożałować swojego banalnego życzenia, bowiem to co rozgrywa się na ekranie w żaden sposób nie oddaje klimatu powieści, a co gorsza... całkowicie zmienia wrażenia po lekturze!

     Na lotnisku JF Kennedy'ego w Nowym Jorku ląduje samolot widmo. Ze względu na brak oznak na pokładzie jako pierwsi do samolotu chcą wejść przedstawiciele Centrum Chorób Zakaźnych. Tymi przewodzi Ephraim Goodweather (Corey Stoll), który jest tak bardzo oddany pracy, że swego czasu nie dostrzegł rozpadającego się własnego małżeństwa. Kiedy wydaje się, że każdy pasażer jest martwy, Eph wraz ze swoją ekipą odnajdują czworo ocalałych, których od razu poddają kwarantannie. Reszta, pozbawionych krwi ciał zostaje przewieziona do kostnicy. Podczas, gdy koroner zajmuje się sekcją zwłok Eph wraz z Norą i Jimem (Mía Maestro, Sean Astin) w trakcie przeszukiwania samolotu odkrywają kolejne tajemnicze znalezisko- pięknie rzeźbioną, ale nie mniej przerażającą trumnę. Według słów sędziwego staruszka imieniem Abraham Setrakian (David Bradley) z mieczem w lasce może być ona kluczem do walki o przyszłość całej ludzkości, gdy tylko dwustu zmarłych pasażerów zacznie wracać i osuszać swoich ukochanych.
     Z „Wirusem” mam ten problem, że czytałam powieść, która szalenie mi się spodobała. Natomiast serial... można powiedzieć, że daleko mu do ideału. Niby koncepcja ta sama, większość postaci się pokrywa, ale akcja toczy się tak ślamazarnie, że ciężko jest utrzymać oczy szeroko otwarte podczas seansu. To co było zaletą w powieści, tutaj w ogóle nie ma racji bytu. Wszystko toczy się zbyt monotonnie, zbyt sennie. Można by oczywiście zrozumieć ten zamysł, gdyby wątki dramatyczne były o wiele lepiej rozbudowane- w końcu w „The Walking Dead” sprawdza się koncepcja, że mniej się dzieje, a więcej buduje się relacji między ludźmi.
Nie mniej, tutaj nawet nie próbuje się tego zrobić. Całość roztrząsa się o dziwaczną epidemię, której praktycznie w ogóle nie widać- w książce to już po chwili wampiry zaczęły mordować ludzi, a w serialu rozwleczone jest to niemiłosiernie. Pilot tej produkcji już zwiastuje nie do końca dynamiczną akcję, gdyż w książce po prostu wchodzą na pokład i po kilkudziesięciu stronach wychodzą. A w serialu rozwleka się to bodajże na dwa odcinki. Serio? Tak wielki wpływ na akcję ma oglądanie każdego centymetra samolotu? Dajcie spokój! I wtedy coś zaczyna się dziać, ale tylko po to, aby za chwilę znowu mnie zirytować ślamazarnością. Bardzo to jest wszystko nierówne, akcje są jakby pocięte i de facto nic nie wnoszą do ogólnego zarysu fabularnego. Spośród tych wszystkich epizodów najwięcej uwagi skupia na sobie chyba tylko jeden, ten,w którym bohaterowie walczą na stacji benzynowej. Tylko ten. Nawet objawienie się lica Mistrza jest dość komicznym incydentem i praktycznie zaważyło na całej mojej ocenie tegoż obrazu. A finał? Cóż... gorszego, bardziej bezdusznego wyobrazić sobie nie można! Taka jest jednak cała produkcja. Więcej emocji wzbudzają w widzu przeżycia Setrakiana z czasów II wojny światowej niżeli to, co dzieje się aktualnie z bohaterami tej opowieści. Dziwne to i całkowicie przerażające.
     Poza tym, że fabuła jest tutaj praktycznie żadna ogromną wadą filmu jest totalny brak klimatu, który tak bardzo wyczuwalny był podczas lektury powieści. Czego to wina? Raczej zdjęciowców, starających się zrobić z tego coś fajnego, ale w konsekwencji wyszło bardzo nijako. Drugim winowajcą są specjaliści od stylizacji i efektów specjalnych. Jak dla mnie wizerunek wampira z żądłem był całkowicie przyswajalny na etapie książki i tutaj bardzo dobrze udało się odwzorować wygląd. Jednakże to co zrobiono z Mistrzem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Potwór bardziej przypominał zbitego szczeniaczka niż krwiożerczą bestię. Już więcej grozy budził jako szybko przemieszczający się łach niżeli coś z twarzą. Aczkolwiek zanimowanie tej plamy również mogłoby wyglądać atrakcyjniej. Tak czy inaczej, ciężko jest określić, czy te umarlaki to faktycznie wampiry, czy też dziwne zombiaki, bo w końcu wirus wampiryzmu? Aczkolwiek za to właśnie pokochałam powieść, za to niekonwencjonalne podejście do tak oklepanego tematu.
      Takiej tragedii aktorskiej to już dawno nie widziałam w żadnym filmie, czy serialu. Postać Epha była jedną z moich ulubionych podczas czytania książki, tuż obok Setrakiana. Natomiast tu? Jego przeładowana postać stała się zbyt przytłaczająca. Nie dość, że alkoholik, to w dodatku po rozwodzie i walczący o prawa nad synem- a przy okazji wciąż go zawodzący. Typowe. Ponadto ciąży na nim odpowiedzialność za dziwaczną epidemię wampiryczną, a jego ograniczony umysł w ogóle nie chce zaakceptować tego co się aktualnie dzieje. Corey Stoll w ogóle nie pasuje mi do tej postaci. Brak tutaj tej oczywistej odwagi, takiego charakteru, bowiem Ephraim w jego wykonaniu jest całkowicie nijaki- tak, pomimo takiego wielkiego bagażu. Beznadziejnością dorównywać może mu jedynie Mía Maestro, która także jest bezpłciowa zupełnie jak te wampiry. Wypada sztucznie i karykaturalnie podczas okazywania jakichkolwiek głębszych emocji, a szkoda! W powieści Nora również nie była zbyt ogarniętą postacią, ale nie była aż taka przezroczysta. Fajne jest to, że pomimo wszystko twórcy utrzymali takie postacie jak bogatego i schorowanego Palmera, czy Vasilija Feta. Dwie bardzo ciekawe kreacje, a aktorzy całkiem nieźle dobrani bardzo dobrze się sprawdzają. Jak dla mnie najciekawszą postacią pozostanie jednak Thomas Eichrost- były nazista, który został sługusem Mistrza. Richard Sammel idealnie odnalazł się w tej bezwzględnej roli. Co do Abrahama Setrakiana, to w powieści wypada o wiele bardziej atrakcyjnie niżeli w serialu. David Bradley nie do końca poradził sobie z ciężarem tej roli, ale i tak wypada o wiele lepiej niż niektórzy z bohaterów.
     Niestety, „Wirus” w żaden sposób nie spełnił moich oczekiwań, a nie były one aż tak wygórowane. Miało być dużo akcji, miało się coś dziać, miała się lać krew i miałam się bać iść spać po każdym kolejnym epizodzie. Miał być to najstraszliwszy z tworów del Toro, a skończyło się na tym, że zwyczajnie nudziłam się przed ekranem. Najgorsze jest to, że książkę pokochałam całym sercem i zawsze stawiałam ją w dziesiątce moich ulubionych. Tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie, jak można było zmarnować taki potencjał. Genialne podejście do wątku wampiryzmu, tak wszechstronny pod względem dramatyczności, ale przede wszystkim strachu temat, a jednak potraktowany tak bardzo płytko, tak bezemocjonalnie. Do tego aktorstwo, które w ogóle nie pomagało... Co się stało Guillermo?! Nie rozumiem...


Ocena: 3/10
Oryginalny tytuł: The Strain / Reżyseria: Guillermo del Toro i inni / Twórca: Guillermo del Toro, Chuck Hogan / Na podstawie: powieści Guillermo del Toro i Chucka Hogana „Wirus” (recenzja) / Zdjęcia: Gabriel Beristain, Mirosław Baszak, Checco Varese / Muzyka: Ramin Djawadi / Obsada: Corey Stoll, Mía Maestro, David Bradley, Miguel Gómez, Kevin Durand, Jonathan Hyde, Richard Sammel, Sean Astin, Natalie Brown, Jack Kesy, Ben Hyland, Roger R. Cross, Leslie Hope Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13

Premiera: 13 lipca 2014 (FX) 02 września 2014 (FOX Polska)

czwartek, 18 czerwca 2015

Książka #355: [Z cyklu: "Porzucone"] Pamiętniki wampirów. Księga 3. Dusze Cieni, aut. L.J. Smith

Tytuł oryginalny: The Vampire Diaries. The Return. Shadow Souls
Gatunek:horror, romans
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2010 (Świat), 2010 (Polska)
Tłumaczenie: Maja Kittel
ISBN978-83-241-3754-1
Ilość stron: 504     Format:130x205mm
      Bestsellerowa powieść, która za oceanem cieszy się tak wielką popularnością wśród młodzieży, że aż stacja The CW wyprodukowała serial z Niną Dobrev i Ianem Sommerholderem o tym samym tytule. Jest to niezwykła sytuacja, kiedy ekranizacja jest lepsza od powieści, bo nie ma co się oszukiwać „Pamiętniki wampirów”według L.J. Smith są najbardziej absurdalną i pokręconą powieścią o wampirach jaką świat czytał. Tak bardzo, że osobiście kończę przygodę z tą lekturą na połowie księgi 3 o podtytule „Dusze cieni”.
     Małe miasteczko w stanie Wirginia, będące miejscem kumulacji najrozmaitszych istot nadnaturalnych. Tutaj żyją zwyczajne nastolatki, w tym także Elena Gilbert, której życie ulega diametralnej zmianie, gdy poznaje braci Salvatore- Stefano i Damona. Skrywają mroczny sekret, obaj są wampirami o różnym podejściu do ludzkiej krwi. Elena wchodzi w związek ze Stefano, ale mroczny Damon również jest dla niej pociągający. Kiedy jej chłopak znika dziewczyna wyrusza na poszukiwania. Pomimo tego, że jego brat nie tak dawno opanowany został przez lisołaki kitsunezabiera go ze sobą.
      Cała seria „Pamiętników wampirów”to jakieś jedno wielkie nieporozumienie. Jeszcze jak człowiek był młodszy i na tego typu powieściach kształtował w sobie miłość do czytelnictwa, to z przymrużeniem oka podchodził do wszelkich dziwactw tej lektury. Niestety, z każdym kolejnym tomem było coraz gorzej, a L.J. Smith przechodziła samą siebie w wymyślaniu coraz to dziwaczniejszych sposobów na urozmaicenie nużącej Eleny. Bohaterka ta jest chyba najbardziej ewoluującą postacią w serii. Najpierw była człowiekiem, potem wampirem, a potem jakąś głupią zjawią aniołem. Żenada. Wówczas jeszcze jakoś można było przymknąć oko na dziwaczności fabularne, bo względnie jakoś akcja się kręciła sama dla siebie, ale „Dusze cieni” są tak nużąco nijakie, że już od początku wiedziałam, że nie mam szans na dobrnięcie do końca. Gdy po prawie połowie książki wciąż nie działo się nic więcej poza kretyńskimi rozterkami Eleny, duchowymi odwiedzinami u Stafano, naprawdę kiepskimi dyskusjami z Damonem i jego wielkie problemy, czy czasem znowu kitsunenie kierują jego umysłem, wiedziałam, że trzeba zakończyć tę męczarnię i odłożyć książkę na miejsce. Nuda przeokropna.
      Z tą powieścią zawsze miałam problem, że tak straszliwie różnił się od serialu. To właśnie dla niego zaczęłam zapoznawać się z lekturą, co by mieć większy wgląd w emocje bohaterów i zrozumieć powódki ich działań. Okazuje się, że to co na ekranie, a w książce to jakby dwie zupełnie różne historie. Scenarzystom udało się stworzyć naprawdę porywającą produkcję, podczas gdy autorka fantazjowała o jakiś dziwacznościach. Co prawda w serialu Elena pozostała denerwującą i nudną postacią już nawet bez swojej duchowej wersji, ale na pierwszy plan wysuwała się fabuła bogata w najrozmaitsze wątki, które zwyczajnie intrygowały i chciało się je śledzić. W „Dusze cieni”tego nie ma, no chyba, że akcja rozkręca się później- w co wątpię patrząc po opiniach. Pomijam fakt tego, że logika dialogów jest dla mnie żenująco słaba.
-Próbowałaś skontaktować się z Alarikiem? 
Meredith spojrzała na śpiącą Bonnie.  
- Mam dobre wieści. Bardzo długo próbowałam się z nim skontaktować i wreszcie się udało.(...)”

      Uważając, że już zdecydowanie za dużo swojej pamięci książkowej przeznaczyłam na tę, najwyraźniej niekończącą się, serię postanowiłam porzucić dalsze z nią przygody. „Pamiętniki wampirów. Dusze cieni”jedynie utwierdziły mnie w fakcie, że lektura ta nie jest dla każdego, a im człowiek starszy tym mniej tolerancyjny robi się na takie głupoty. Opowieść, która już dawno straciła swojego ducha- chyba jakiś kitsunego sobie przywłaszczył, a bohaterowie zaczęli wpadać w błędne koło swoich nielogicznych wyborów. Zaskakujące jest, że z takiego marnego tytułu powstał naprawdę intrygujący serial. Możecie wierzyć mi na słowo- lepiej darować sobie powieść na rzecz produkcji The CW. I przynajmniej Damon jest fascynujący!

Ocena: 1/6

niedziela, 28 grudnia 2014

SZORTy #11: Akademia wampirów, Nieobliczalni, Last Vegas

Oryginalny tytuł: Vampire Academy | Reżyseria: Mark Waters | Scenariusz: Daniel Waters | Obsada: Zoey Deutch, Lucy Fry, Danila Kozlovsky, Dominic Sherwood, Gabriel Byrne, Olga Kurylenko, Sarah Hyland | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Fantasy, Akcja, Komedia
Premiera: 07 lutego 2014 (Świat) 21 marca 2014 (Polska)