NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plejada gwiazd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plejada gwiazd. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2016

SZORTy #32: Herkules, Lucy, Niezniszczalni 3

Oryginalny tytuł: Hercules | Reżyseria: Brett Ratner | Scenariusz: Ryan Condal, Evan Spiliotopoulos | Obsada: Dwayne Johnson, Ian McShane, John Hurt, Rufus Sewell, Aksel Hennie, Reece Ritchie, Ingrid Bolsø Berdal, Joseph Fiennes | Kraj: USA | Gatunek: Przygodowy
Premiera: 23 lipca 2014 (Świat) 25 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      Mit o Heraklesie tak często był już ekranizowany, że trudno jest sobie przypomnieć najrozmaitsze wizje różnych twórców. Film Ratnera zapowiadał się na spore widowisko z elementami fantasy, a skończyło się jedynie na obrazie przygodowym. „Hercules” nie staje się tym, czego oczekuje widz.
      Opowiada się o nim legendy, o tym jak własnymi rękami zabił hydrę, czy dzika erymantejskiego. Syn Zeusa, znienawidzony przez Herę ulubieniec ludzkości. Po opuszczeniu rodzinnych stron wraz z czworgiem przyjaciół wyrusza przez kraj podejmując się kolejnych zadań. Trafiają do króla Kotysa, który potrzebuje ich pomocy, aby wyzwolić królestwo z władzy demonów i centaurów.
     Jak uwielbiam mitologiczne filmy, tak „Hercules” okazał się być czymś zupełnie innym. Zwyczajną opowieścią o sile i odwadze, aniżeli o magii i boskich istotach. Z jednej strony ciekawa koncepcja, która ukazuje zupełnie inne oblicze znanych przygód tego herosa. Z drugiej zaś jest kolejnym dowodem na to, że w zapowiedziach umieszcza się najlepsze sceny filmów. Skoro cały klimat fantasty ukazany w trailerach skumulowany zostaje w pierwszych pięciu minutach, to oczywistym jest odczuwanie lekkiego zawodu po seansie. Inną sprawą jest skupienie się na odkupieniu bohatera, niżeli na konkretnej akcji. Intryga, o której bytności w ogóle nie mamy pojęcia, aż do chwili jej ujawnienia. Wszystko to niby interesujące, ale jak gdyby całkowicie mdłe. Nie porywa, nie zachwyca, a klimat mógłby być urzekający, gdyby nie ta nijakość. Czegoś tutaj brakuje i w ciemno postawić można na prawdziwie charyzmatycznego głównego bohatera, bo trzeba się zgodzić, że choć The Rock wygląda szałowo jako półbóg, to jednak... brak mu charakteru do takich ról. I choć uwielbiam go jako człowieka, to położył na łopatki prawie cały film. Szkoda.

Oryginalny tytuł: Lucy | Reżyseria: Luc Besson | Scenariusz: Luc Besson | Obsada: Scarlett Johansson, Morgan Freeman, Min-sik Choi, Amr Waked | Kraj: Francja | Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 24 lipca 2014 (Świat) 14 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

      Dla Luca Bessona czasy świetności to lata 90te ubiegłego tysiąclecia. Szkoda, że od „Leona zawodowca”, czy „Joanny d'Arc” ciężko jest mu powtórzyć sukces. Tym razem francuski reżyser sięga w przyszłość i to przy udziale pięknej, choć drapieżnej „Lucy”.
     Lucy- zwykła dziewczyna, która znajduje się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Dostaje się w ręce gangsterów i zmuszona zostaje do przemytu nowego narkotyku. Jednakże substancja zaszyta w jej brzuchu przedostaje się do jej ciała, a ona sama zyskuje nadnaturalne zdolności coraz bardziej rozwijając działanie swojego mózgu.
     „Lucy” to jeden z tych dziwacznych obrazów, który u finału pozostawia nas z mieszanymi uczuciami. Besson po raz kolejny sięga w sferę fantastyki naukowej, najwyraźniej bardzo dobrze się w w niej odnajdując. Zgubił jednak gdzieś zdolność budowania napięcia przy udziale mafii, a wątek przemytniczy jest co najmniej dziwaczny. Mało tu akcji, więcej naukowego bełkotu, który dla jednych jest bardziej zrozumiały, dla innych niestety mniej. Wydaje się, że pomysł tego typu daje spore możliwości do poszalenia przy udziału efektów specjalnych, tutaj jednak twórcy postanawiają wykorzystać to bardziej do zobrazowania ludzkiego wnętrza, czy popełnienia największej dziwaczności wszech czasów. Nie do końca kupuję koncepcję wykorzystywania na maksa możliwości swojego mózgu, ciężko jest też przyjąć za pewnik każdą kolejną fazę, aczkolwiek hipoteza jest jak najbardziej intrygująca. Film ma dość dziwaczny klimat, w który tak naprawdę ciężko jest się wciągnąć. Momentami straszliwie obskurny nie tylko z wyglądu. Dodatkowo przepiękna Scarlett Johansson bardziej drażni niżeli zachwyca, a to dość niemiła odmiana. Fabuła ni to ziębi ni to parzy, całkowity poker face przez cały film. A szkoda.

Oryginalny tytuł: The Expendables 3 | Reżyseria: Patrick Hughes | Scenariusz: Sylvester Stallone, Katrin Benedikt, Creighton Rothenberger | Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Harrison Ford, Arnold Schwarzenegger, Mel Gibson, Welsey Snipes, Antonio Banderas, Rolph Lundgren, Randy Couture | Kraj: USA, Francja | Gatunek: Akcja
Premiera: 04 sierpnia 2014 (Świat) 15 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      „Niezniszczalni” to niekończąca się seria z gigantami kina akcji! Po ciekawej jedynce i marnej dwójce, przyszedł czas na odsłonę trzecią. Pojawiają się nowi twardziele a początkujący Patrick Hughes wyciska z nich siódme poty, aby względnie to wyglądało.
     Ekipa Rossa wyrusza na kolejną akcję. Jednakże kiedy okazuje się, że ich przeciwnikiem jest dawny członek Niezniszczalnych, które uznanego za martwego, Barney całkowicie traci kontrolę nad sytuacją. Wtedy jeden z nich zostaje ciężko ranny, a Ross poprzysięga zemstę na starym druhu. Wiedząc, że prawdopodobnie jest to bilet w jedną stronę porzuca swoich przyjaciół i kolekcjonuje nową ekipę.
     Ten film mógł się spodobać za pierwszym razem, aczkolwiek najnowsza część nie pozostaje daleko w tyle. Ciekawą koncepcją jest wymiana wapniaków na młodziaków, problem tkwi w tym, że nikt o nich nie słyszał. Stallone, Statham, czy Lundgren to znane nazwiska kojarzące się z jednym rodzajem filmów. Natomiast nowe twarze, przykładowego Lutza – utożsamiane są z niczym, no chyba, że z wampirami. Serio? Nie mniej, pomijając absurdy doboru obsady, film to zwyczajna napierdzielanka pełna wybuchów, pościgów i innych dziwacznych wydarzeń. Atakowanie opuszczonego budynku czołgami, bieganie po rozpadającym się dachu, tak... to brzmi jak elementy filmu o „Niezniszczalnych”. Tutaj akcję napędza chęć zemsty, a jak wiadomo od dawien dawna, takie sytuacje nigdy dobrze się nie kończą. No chyba, że należy się do ekipy Barneya Rossa, wtedy czy to wiekowe, czy młode wsparcie w pełnym uzbrojeniu jest zawsze pomocne. I choć scenariusz kuleje, to jest to najnormalniej w świecie całkiem fajna rozrywka, która drugi film bije na głowę i pozwala popatrzeć na nowych, fajnych bohaterów.

czwartek, 29 października 2015

1191. Odruch serca, reż. Ryan Murphy

     Jak to mówią- Ryan Murphy, to Ryan Murphy. Niedościgniony twórca telewizyjny lubiący szokować widzów swoich produkcji. Jak nie rozśpiewane „Glee”, to krytykowany przez Rady Rodzicielskie przerażający „American Horror Story”. Wielokrotnie nagradzany za swoje wybryki telewizyjne popełnia kolejny, tym razem o nieco bardziej stonowanym klimacie, ale wciąż wstrząsający w swoim przesłaniu. Genialny „Odruch serca” zbudowany na bazie sztuki aktywisty Larry'ego Kramera, który na ekran przelewa część swojego zawirowanego życia. 
Źródło: HBO.com
     Początek lat 80tych XX wieku. Beztroska impreza urodzinowa zorganizowana w małej społeczności gejowskiej. Solenizant słabnie na przepięknej plaży, a jego ukochany i przyjaciele biegną mu z pomocą. To pierwszy znak choroby, epidemii, która staje się powodem izolacji homoseksualistów, aby ostatecznie ich zabić. Nikt nie wie, co to za choroba, ale pani doktor imieniem Emma Brookner (Julia Roberts) notuje wyniki badawcze w tej kwestii. Chce jednak, aby ktoś ze społeczności gejowskiej uświadomił im, jak wielkim zagrożeniem dla ich życia jest nowy, całkowicie nieznany wirus. Jej wybór pada na Neda Weeksa (Mark Ruffalo), który wraz z przyjaciółmi zakłada organizację walczącej do upadłego o zdrowie i prawa gejów.
     Dramat to bardzo specyficzny typ filmu, który albo może człowieka wzruszyć, albo zanudzić na śmierć. Traktujące o bardzo życiowych sprawach często nic nie wnoszą do naszej osobistej egzystencji. Jednakże produkcji telewizyjnej Ryana Murphy'ego to nie grozi, bowiem „Odruch serca” to bardzo poruszający i jednocześnie bulwersujący wielopłaszczyznowy film, który dotyka do głębi. W dzisiejszym świecie tematyka filmu nie jest niczym zaskakującym i porażającym, ale u końca XX wieku, w społeczeństwie mocno stereotypowym, obawiającym się własnego cienia, nie można było liczyć na podobną wyrozumiałość, czy względną świadomość. Koszmar AIDS odbija się na świecie po dziś dzień, a statystyki są porażające. 36 milionów zabitych przez tę nieuleczalną chorobę, a każdego kolejnego dnia kolejnych 6 tysięcy zarażonych.
Źródło: HBO.com

Film pokazuje początki tej epidemii, która wstrząsnęła światem, ale przede wszystkim społecznością gejowską. To właśnie wtedy Larry Kramer- twórca sztuki, a także scenarzysta filmu, rozpoczął walkę o świadomość swoich przyjaciół, a także całego świata. Uzmysłowić, czym naprawdę jest wirus HIV i jak wiele szkód poczynić może w człowieku i jego otoczeniu. Dzięki jego współpracy na planie wraz z Murphym powstał naprawdę genialny film, traktujący nie tylko o chorobie, czy politycznych przepychankach, ale przede wszystkim o miłości. Jak nic innego zdejmuje ludziom klapki z oczu i otwiera je na zupełnie nowy świat, i sferę emocjonalną. Murphy wraz z ekipą nie boi się stworzyć piękny obraz miłości, aby potem rozszarpać go na strzępy. Pokazuje, że miłość to nie tylko bycie przy drugim człowieku podczas słonecznych dni, ale także gdy upada na ulicy. Ciężko jest patrzeć na zmagania kochanków z chorobą, serce płacze, gdy widzimy oddanie dla drugiej osoby. „Odruch serca” gwarantuje niezwykle traumatyzujące przeżycia, które co najmniej dwóch przypadków doprowadzają do największego potoku łez. Sytuacja szpitalna Alberta, jego matki oraz oczywiście Bruce'a jest tak niemożliwie szokująca, że ciężko w ogóle pojąć, że taka sytuacja może mieć miejsce. Jest to najbardziej porażająca scena z całego filmu, która mocno zmienia ludzkie odczuwanie. Z kolei sytuacja szpitalna Neda i Felixa jest jedną z najbardziej rozczulających i rewelacyjnie zagranych, aż trudno jest cokolwiek dostrzec przez zalegające w oczach łzy.
Źródło: HBO.com
     Film Murphy'ego to poza rewelacyjną historią niecodzienne i szalenie mocne charaktery. Postacie, które miały swój udział w faktycznych wydarzeniach dla społeczności homoseksualistów, a które perfekcyjnie udało się odwzorować rewelacyjnym aktorom. Oczywiście, dla części z nich był to wyjątkowy temat do realizacji, gdyż łatwiej mogli utożsamiać się ze swoimi bohaterami i w pewien sposób zawalczyć o siebie samych. Dla innych ich kreacje były prawdziwym wyzwaniem i to dla nich należy się ogromny podziw. Świetnie było zobaczyć Jima Parsonsa w innej roli niż Sheldon Cooper znany nam z „The Big Bang Theory”, aczkolwiek i tak chowa w rękawach ten swój nerdowski urok. Największe oklaski należą się z pewnością Markowi Ruffalo i Mattowi Bomerowi. Ta dwójka była spoiwem całego filmu. Niesamowicie odegrana chemia między nimi, to przywiązanie, po prostu rzecz niezwykła! Ruffalo pokazał zupełnie inną stronę siebie- stał się waleczny i dzielny, niczym Hulk, ale nie zabrakło mu również wrażliwości i uroku osobistego. Z kolei Matt Bomer... nie dziwne, że nagradzany za rolę Felixa na wszelkich możliwych galach. Przekonujący, tak bardzo poruszający, na samo wspomnienie łzy cisną się do oczu. Specjalnie dla swojej roli schudł 18kg. Ciężko jest sobie wyobrazić, że taki szczupły przystojniak mógł cokolwiek zrzucić. A jednak... efekt jest spektakularny, aż odbiera mowę. Za to wielkie poświęcenie, a także to z jaką perfekcją odegrał złamanego chorobą człowieka, należą mu się wszystkie laury świata! 
Źródło: HBO.com
     Bez dwóch zdań, „Odruch serca” zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Jest to obraz, który wbija się w pamięć nie poprzez zachwyt nad nim, ale emocje, które potrafi wywołać. Przejmujący obraz walecznego człowieka i jego przyjaciół, toczących walkę z niewidzialnym i nieznanym wrogiem. Przepiękny, niezwykle poruszający obraz ludzkiej miłości i jej wszystkich barw. „Na dobre i na złe, w chorobie i zdrowiu...” zyskuje tutaj całkowicie nowe znaczenie. Przerażenie, które obezwładnia widza na widok znamion choroby, ale przede wszystkim ludzi, traktujących gejów niczym radioaktywne śmieci. Załamujący obraz upadku człowieczeństwa, podczas którego rodzi się coś niezwykłego, dającego nadzieję. Ryan Murphy zasługuje na pochwały za to, że uczepił się pracy Larry'ego Kramera. Nie każdy potrafi przedstawić niezwykłe historie, w tak pamiętny i emocjonujący sposób.

Ocena: 8/10
Recenzja DVD "Odruch serca" - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: The Normal Heart / Reżyseria: Ryan Murphy / Scenariusz: Larry Kramer / Na podstawie: sztuki Larry'ego Kramera / Zdjęcia: Daniel Moder / Muzyka: Cliff Martinez / Obsada: Mark Ruffalo, Julia Roberts, Matt Bomer, Taylor Kitsch, Joe Mantello, Jim Parsons, Alfred Molina, Jonathan Groff, Finn Wittrock / Kraj: USA / Gatunek: Dramat
Premiera: 21 września 2015 (Świat) 09 października 2015 (Polska)

sobota, 22 listopada 2014

SZORTy #9: Ja Frankenstein, Wielkie wesele, Ten niezręczny moment

Oryginalny tytuł: I, Frankenstein | Reżyseria: Stuart Beattie | Scenariusz: Stuart Beattie, Kevin Grevioux | Obsada: Aaron Eckhart, Yvonne Strahovski, Miranda Otto, Bill Nighy, Jai Courtney | Kraj: USA, Australia | Gatunek: Fantasy, Akcja
Premiera: 16 stycznia 2014 (Świat) 24 stycznia 2014 (Polska)
Ocena: 3/10

środa, 23 kwietnia 2014

1121. Niezniszczalni 2, reż. Simon West


Oryginalny tytuł: The Expendables 2
Reżyseria: Simon West  
Scenariusz: Sylvester Stallone, Richard Wenk
Zdjęcia: Shelly Johnson
Muzyka: Brian Tyler
Kraj: USA
Gatunek: Akcja
Premiera: 08 sierpnia 2012 (Świat) 24 sierpnia 2012 (Polska)
Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Jet Li, Dolph Lundgren, Chuck Norris, Jean-Claude van Damme, Bruce Willis, Arnold Schwarzenegger, Terry Crews, Randy Couture, Liam Hemsworth, Nan Yu
     Co by się stało, gdyby na ekranie skumulowała się potężna dawka testosteronu? Czy telewizor by nam eksplodował, czy sala kinowa zrównałaby się z ziemią? Możecie się tego dowiedzieć podczas seansu „Niezniszczalni 2”, bowiem już po raz drugi najwięksi bohaterowie kina akcji spotykają się na jednym planie. Tym razem Stallone przekazuje stery w ręce Simona Westa, który mając za sobą przygodę z „Lotem skazańców”, a także „Kiedy dzwoni nieznajomy” wydaje się sporą niespodzianką przy tej produkcji.

wtorek, 5 lutego 2013

1022. Atlas chmur, reż. Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski

Oryginalny tytuł: Cloud Atlas
Reżyseria: Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski
Scenariusz: Tom Tykwer, Andy Wachowski, Lana Wachowski
Na podstawie: powieści Davida Mitchella "Atlas chmur"
Zdjęcia: John Toll, Frank Griebe
Muzyka: Reinhold Heil, Johnny Klimek, Tom Tykwer
Kraj: USA, Singapur, Niemcy, Hongkong
Gatunek: Dramat, Sci-Fi
Premiera:  08 września 2012 (Świat) 23 listopada 2012 (Polska)
Obsada: Tom Hanks, Halle Berry, Hugo Weaving, Jim Broadbent, Jim Sturgess, Doona Bae, Ben Whishaw, Hugh Grant, Susan Sarandon, Keith David
     Czasy „Matrixa” przeszły do historii, tak samo zresztą jak i szczyt formy braci Wachowskich, którzy przemienili się w rodzeństwo. Przy pomocy Toma Tykwera starają się odzyskać dawną chwałę i wspólnie biorą się za ekranizację jednej z najbardziej niebanalnych i ciężkich epopei spisanej przez angielskiego zdobywcę kilku nagród Brokera – Davida Mitchella, o tytule „Atlas chmur”. Choć pracują w dwóch oddzielnych ekipach filmowych, tworzą niesamowite widowisko, w którym bez większych problemów można się zagubić.

piątek, 4 lutego 2011

748. Liga niezwykłych dżentelmenów, reż. Stephen Norrington

Oryginalny tytuł: The League of Extraordinary Gentlemen
Reżyseria: Stephen Norrington
Scenariusz: James Robinson
Zdjęcia: Dan Laustsen
Muzyka: Trevor Jones
Na podstawie: komiksu Kevina O'Neila i Alana Moore'a
Kraj: USA / Niemcy / Wielka Brytania / Czechy
Gatunek: Przygodowy / Fantasy
Premiera światowa: 11 lipca 2003
Premiera polska: 24 października 2003
Obsada: Sean Connery, Shane West, Peta Wilson, Stuart Townsend, Tony Curran, Naseeruddin Shah, Jason Flemyng, Richard Roxburgh

    Twórca „Blade`a- wiecznego łowcy” oraz „Maszyny śmierci”- Stephen Norrington tym razem postanawia zekranizować jeden z najciekawszych komiksów Alana Moore`a. „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” to niesamowity film przygodowy zbierający w sobie najbardziej znane postacie literackie o jakich kiedykolwiek można było poczytać. Wszystko to oprawione jest w odpowiednią szatę wizualną, a także porywającą muzyką. To wszystko sprawia, że trudno jest się nudzić podczas seansu.
    XIX wieczna Europa jest bliska wojny, gdy złoczyńca nazywający siebie Fantomem manipuluje Anglią i Niemcami. Pewien człowiek imieniem M (Richard Roxburgh) postanawia z tym skończyć i powołuje do życia Ligę Niezwykłych Dżentelmenów składającą się z niezwykłych osobistości posiadających niezwykłe umiejętności. Na czele grupy staje Allan Quatermain (Sean Connery), który słynie z tego, że jest najlepszym myśliwym na świecie, a historie o jego podbojach znane są wszystkim. Dołącza do niego Kapitan Nemo (Naseeruddin Shah)wraz ze swoją wspaniałą łodzią podwodną Nautiliusem, wampirzyca Mina (Peta Wilson), która zna się na chemikaliach oraz niewidzialny człowiek- Rodney Skinner (Tony Curran). Alan musi zwerbować jeszcze dwóch towarzyszy. Jednym z nich jest Dorian Grey (Stuart Townsend), człowiek, który jest nieśmiertelny dzięki swojemu mrocznemu sekretowi. Przy drugim będą musieli się trochę napracować, ponieważ trudno jest ujarzmić olbrzymiego i agresywnego Pana Hyde`a (Jason Flemyng). W czasie ich wyprawy przyłącza się jeszcze jedna osoba- Tom Sawyer (Shane West), agent z Ameryki. Liga podąża śladem Fantoma i ma nadzieję powstrzymać go od rozpętania wojny.
    Osobiście uwielbiam ten film. Kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałam i kiedy po raz pierwszy miałam przyjemność go obejrzeć byłam nim po prostu zachwycona. Nigdy nie widziałam bowiem filmu, który byłby tak niezwykłą mieszanką bohaterów i ich stylów. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Wiem jednak, że dla niektórych film nie będzie spełnieniem ich marzeń, ale u mnie tak właśnie jest. Ogólnie bardzo lubię filmy przygodowe, w szczególności tak efektowne, dlatego nie trudno zrozumieć taką a nie inną moją opinię.
    Komiksów nie czytałam więc nie mogę odnieść się do nich i porównać owy film z ich treścią. Czytałam, że podobno są ciekawe, a z tego co ja osobiście odczuwam to film również taki jest. W końcu już samo pojawienie się w nim tylu intrygujących postaci z różnej beczki przyciąga uwagę widza. Ciekawe jest to jak różne są te postacie. Alan- myśliwy, występuje w swoim afrykańskim stroju, Mina- wampirzyca i chemik, która ubiera się raczej elegancko i troszku w mrocznym stylu, Nemo- kapitan Nautiliusa, który jak przystało na hindusa ubiera się tak jak na hindusa przystało, Rodney Skinner- niewidzialny, który ubrany w swój skórzany płaszcz i kapelusz wygląda całkiem współcześnie, no i Dorian Grey- nieśmiertelny, który styl ma dość klasyczny, ale nie powiem wam z jakiego wieku, bo ja się nie znam na tym ;P W każdym bądź razie każdy jest inny i było to niezwykłe jak dla mnie. Film był tym bardziej interesujący, że mieliśmy w nim dużo akcji. Zaczynając od strzelaniny w Kenii, a kończąc na ostatnim rozrachunku z Fantomem w jego zamczysku. Przyznam jednak, że najbardziej podobała mi się akcja w Wenecji, gdzie to miasto zaczęło wybuchać, no i Sawyer wraz z ekipą postanowili zatrzymać serię wybuchów, aby całe miasto nie znalazło się pod wodą. Scena ma również u mnie plusy za swój artystyczny wyraz. Poza tym podobała mi się także strzelanina w domu Doriana, ponieważ pokazała nam osobowości niektórych z bohaterów. Ciekawy był także pościg za panem Hyde. No, ale co ja będę dużo mówić, jak dla mnie wszystko było ciekawe, pomimo tego, że widziałam ten film po raz n-ty.
    Film zyskuje na atrakcyjności poprzez zastosowanie licznych efektów specjalnych. W scenie w Wenecji, o której pisałam bardzo pięknie wyglądało to całe miasto. Bardzo podobał mi się również finał kiedy Sawyer wpada wraz z automobilem Nemo do głównego budynku i tak interesująco to wygląda. Ciekawie wyglądało także to jak Mina atakowała snajperów na dachu. Te wszystkie nietoperze i w ogóle. Myślę, że jednak największą sensację wzbudził u mnie Nautilius. Był po prostu boski. Gdyby tylko takie łodzie istniały… ech. No cudowna była ta jego łódź, co tu dużo mówić będę. Szczególnie efektownie wyglądała kiedy wynurzała się spod wody. Coś wspaniałego. Podobała mi się także scena w zamczysku kiedy to widzieliśmy wszystkie te bronie, które wymyślił Fantom na podstawie zdolności członków Ligi. Niesamowicie to wyglądało. Spore wrażenie zrobił na mnie także drugi Hyde. Jak jeden z ludzi Fantoma wypił ten eliksir, dzięki któremu Jekyll zamieniał się w Hyde`a. No, a że wypił go więcej niż zazwyczaj Jekyll pije to stał się większy, silniejszy i paskudniejszy. Chociaż na mnie zrobił wrażenie a co. Szkoda tylko, że bardziej nie dopracowano Hyde`a, ale dzięki temu wyglądał bardziej realnie niż ten przykładowo z „Van Helsinga”. Czasami wspomniane przeze mnie efekty wyglądały trochę na przerysowane, ale nie odebrało mi to mojego zachwytu nad filmem.
    W filmie zobaczymy same znakomitości, czyli Seana Connery`ego, Shane`a Westa, czy też Petę Wilson, którą większość zna z serialu „Nikita”. Każda postać była unikalna i świetnie zagrana przez swojego gwiazdora. Mnie najbardziej urzekła Mina, grana właśnie przez Petę Wilson, ale to pewnie dlatego, że bardzo podobają mi się wampiry, bez względu na płeć. Jednak najzabawniejszą postacią okazał się być Rodney Skinner, dzięki, któremu nieźle się bawiłam, w szczególności kiedy stał na tym mrozie i zaczął narzekać, że jest nagi i każdy członek ciała mu zmarzł, z podkreśleniem na każdy. Ciekawą był postacią nie ma co. Największą przemianę przeszedł chyba Jekyll i Hyde, grani przez Jasona Flemynga. W końcu Hyde się zmienił, prawda? Chociaż, nie wiem czy to jest akurat pozytywne, bo przecież miał on chyba pozostać kontrowersyjnym bohaterem. No, ale nie wiem, bo nie widziałam żadnego filmu o Jekyllu i Hydzie.
    W związku z powyższym znacie już moje odczucia względem tego filmu. Może kiedy nadejdzie kilkusetny raz jak obejrzę ten film to może trochę zacznie mnie nudzić, ale póki co się na to nie zapowiada. Film ciekawi mnie za każdym razem i wiem, że pomimo tego iż nie jest to film najwyższych lotów to z pewnością wielu widzów będzie do niego wracało. Mnie się podobał każdy szczegół, a dla wspaniałości Nautiliusa, niezwykłości każdej postaci i dla wspaniałego Connery`ego warto film obejrzeć więcej niż jeden raz.

wtorek, 18 stycznia 2011

743. Bodyguard, reż. Mick Jackson

Oryginalny tytuł: The Bodyguard
Reżyseria: Mick Jackson
Scenariusz: Lawrence Kasdan
Zdjęcia: Andrew Dunn
Muzyka: David Foster, Jud Friedman, Allan Dennis Rich, Alan Silvestri
Kraj: USA
Gatunek: Sensacyjny
Premiera światowa: 25 listopada 1992
Premiera polska na DVD: 24 lutego 2006
Obsada: Whitney Houston, Kevin Costner, Bill Cobbs, Gary Kemp, Thomas Arana



    „Bodyguard” został wyreżyserowany przez Brytyjczyka, Mick`a Jackson`a, który mógł wam przypaść do gustu dzięki takim filmom jak „Wulkan” (mnie się podobał :P), czy też „Historia z Los Angeles” (nie widziałam). Ostatnimi czasy zajął się reżyserowaniem seriali takich jak „Wzór” i „Skazani za niewinność”. Nic więc dziwnego, że tak trudno jest trafnie stwierdzić do jakiego gatunku zaklasyfikować „Bodyguarda”. Z jednej strony jest to niezłe kino sensacyjne, a z drugiej duża dawka emocji dwojga ludzi. Dlatego też w tym filmie zarówno mężczyźni, jak i kobiety powinni znaleźć coś dla siebie.
    Rachel Marron (Whitney Houston) jest największą gwiazdą muzyki i filmu. Kiedy jednak jej ochrona otrzymuje od nieznanego nadawcy pogróżki skierowane w stronę Rachel nie wiedzą co mają zrobić. Postanawiają trzymać to w tajemnicy przed zainteresowaną i proszą o pomoc Franka Farmera (Kevin Costner), najlepszego ochroniarza o jakim słyszeli. Frankowi z początku nie widzi się współpraca z zapatrzoną w siebie gwiazdką, ale szybko zmienia zdanie kiedy do gry wkraczają uczucia. Jednak romans z gwiazdą nie przysłania mu jego prawdziwego powodu bycia przy niej, obsesyjnie wszędzie widzi zagrożenie, czym doprowadza Rachel do szału.
    Wstyd się przyznać, że dopiero po 16 latach w końcu miałam szansę obejrzeć ten film. To nie jest tak, że broniłam się przed nim rękami i nogami, ale jakoś nie było okazji, a potem jego istnienie odchodziło w zapomnienie. W końcu jednak się zdenerwowałam i postanowiłam skombinować go na płycie, aby obejrzeć. Niestety kopia taka średnia i momentami niewiele słyszałam, dlatego wybaczcie jeżeli pominę jakiś istotny dla was szczegół.
    Zacznę od tego, że mam mieszane odczucia względem tego filmu. Jak dla mnie akcja trochę wolno się rozkręcała. Z jednej strony to dobrze, bo przy końcu była eksplozja emocji trochę nakrapiana, co mnie troszkę zdziwiło, no ale w sumie nie żałuję, że obejrzałam ten film i nie sądzę, żeby był to stracony czas. Z takich filmów zawsze można się wiele dowiedzieć, poznać życie innych i poznać ich wartości. W tym filmie mamy pokazane dwa zupełnie różne od siebie światy. On zrobi wszystko by chronić swoją klientkę, ona zrobi wszystko, aby dać szczęście innym dzięki swojej muzyce. Wiele ich łączy, przede wszystkim jednak to, że są skłonni do poświęceń. Dzięki temu obrazowi możemy po części zrozumieć zawód ochroniarza. Przyszłoby wam kiedyś do głowy, że ktoś jest w stanie oddać za was życie tylko dlatego, że jest waszym ochroniarzem? Ciekawa sprawa. Z drugiej strony sława i pieniądze, no i oczywiście obsesyjni fani, których większość gwiazd z pewnością ma. Nie dość, że nie mają życia prywatnego to w dodatku są prześladowani przez jakiś maniaków. No, ale najwyraźniej taka jest cena sławy. Tutaj możemy to wszystko zobaczyć z innego punktu widzenia, od strony samych zainteresowanych. To sporo wnosi w życie, bo może oglądając ten film choć jedna osoba zrozumie jak to jest.
    Czasami trudno uwierzyć, że w takich warunkach jest w stanie zrodzić się uczucie. Mnie osobiście to zaskoczyło chociaż z drugiej strony pewnie takie sytuacje, że gwiazda zakochuje się w swoim ochroniarzu, to jest na porządku dziennym. W końcu ochroniarz jest z nami cały czas, pomaga nam, wspiera nas, no i w końcu jest w stanie oddać za nas życie. Nic więc dziwnego, że w momencie, w którym Frank ratuje Rachel z oszalałego tłumu coś między nimi zaskakuje, ponieważ ona wie, że on przy niej jest. Później jakoś tak szybko się to potoczyło, że zanim się spostrzegłam a już było po romansie. W ogóle nie wiedziałam nawet kiedy się on zaczął, mogłam się tylko domyślać, a to wszystko przez ten marny dźwięk. Miłość, która zakwitła między naszymi bohaterami była dojrzała, ale tak jak każda była też trochę samolubna i trochę szalona z nagłymi wybuchami złości. To typowe.
    Może i większość widzów film ten wciąga, ja przez połowę filmu nie wiedziałam co się dzieje. Tak na poważnie to wciągnęłam się w drugiej połowie kiedy Frank zabrał Rachel i jej rodzinę do domu jego ojca nad jezioro. Myśleli, że będą mieli tam spokój, a tutaj okazało się, że prześladowca ich znalazł. No i były strzelaniny (z tragicznymi skutkami), wybuchy, co mnie zaskoczyło i przeraziło jednocześnie, no i pościgi. Jednak najwięcej emocji wzbudził we mnie finał całego filmu. To dopiero było napięcie i akcja. Wzruszyłam się nawet. Nie wiem kto mi powiedział, że Frank ginie. Normalnie kopnę w piszczel, tyle emocji. Normalnie taka byłam z niecierpliwiona co dalej będzie. Tak, że wiecie, druga połowa filmu była najlepsza.
    Dzięki roli Whitney Houston w tym filmie możemy usłyszeć kilka jej największych przebojów „Queen of the Night” lub też „ I will always love you”. Obie piosenki są fascynujące jak zresztą większość jej piosenek. Sama gra Whitney dawała sporo do życzenia. Widać, że jest to jej pierwsza rola  w filmie fabularnym, gdzie gra jedną z głównych postaci. No, ale nie było aż tak źle. Dzielnie partnerował jej Kevin Costner, którego na pewno nie muszę przedstawiać. Oboje zagrali wspaniałą parę, dopełniając się wzajemnie. Ja nie mam im nic do zarzucenia, tak samo zresztą jak nikomu z obsady. Nawet ten obsesyjny fan był całkiem ciekawą postacią. Świetnie zagrana rola.
    Nie wiem czemu większość ludzi zachwyca się tym filmem. Może powinnam go jeszcze raz obejrzeć i wtedy zrozumiem. Tak czy inaczej film był ciekawy, ale pierwsza połowa była strasznie przynudnawa, dopiero później akcja się rozkręca. Jest to film z pewnością przejmujący, ale widziałam lepsze. Tak czy inaczej uważam, że każdy powinien zobaczyć ten film, ponieważ ma  w sobie to coś.

niedziela, 17 stycznia 2010

568. Krok do sławy, reż. Sylvain White

Oryginalny tytuł: Stomp the Yard
Reżyseria: Sylvain White
Scenariusz: Gregory Ramon Anderson, Robert Adetuyi
Zdjęcia: Scott Kevan
Muzyka: Tim Boland, Sam Retzer
Kraj: USA
Gatunek: Musical / Dramat / Romans
Premiera światowa: 08 stycznia 2007
Premiera polska na DVD: 04 września 2007
Obsada: Columbus Short, Angela Bassett, Harry J. Lennix, Meagan Good, Ne-Yo, Laz Alonso, April Clark, Chris Brown
    „Krok dosławy” to film francuskiego reżysera, który niewiele różni się od znanych nam wszystkim filmów tanecznych. Tym razem powstał film o murzynach i dla murzynów, z czym ja nie mam najmniejszego problemu, bo uwielbiam oglądać czarnoskórych w akcji. Poza tym zmiana klimatu tanecznego również wyszła filmowy na dobre.
    Po śmierci swojego brata DJ, który jest jednym z najlepszych tancerzy ulicznych z Los Angeles wyjeżdża do swojego wujostwa do Atlanty. Tam rozpoczyna pracę uwujka jako ogrodnik oraz rozpoczyna studia na Uniwersytecie Truth. Pewnego dnia zauważa dwie drużyny z korporacji rywalizujące między sobie na układy taneczne, ale w stylu, który dla DJ jest całkiem obcy- stepie. Gdy przedstawiciele obu korporacji są świadkami niesamowitych wyczynów DJ na parkiecie chcą go mieć w swoim zespole. Dzięki temu nawiązuje również znajomość z przepiękną April, która niestety jest już zajęta przez lidera Wilków. To sprawia, że DJ postanawia wraz ze swoim współlokatorem z akademika zapisać się do przeciwnego bractwa- Fety, aby poprowadzić ich po raz pierwszy do zwycięstwa.
    Wszyscy wiedzą co myślę na temat filmów tanecznych. Wszyscy też pewnie  już się dowiedzieli ile już ich oglądałam i co myślę o ciągłym powtarzaniu schematu. W „Krok do sławy” mieliśmy dokładnie to samo z tą zmianą, jak już wspomniałam, że zmienił się troszku gust taneczny. Tym razem tematem przewodnim jest step oraz walki na taniec. Oglądając ten film ciągle zastanawiałam się co to za styl.  Trudno było go rozpoznać pomiędzy tymi ruchami i wymachiwaniem rąk, no ale w końcu oprzytomniałam i dotarło do mnie, że jest to step. Przyznam wam szczerze,że jest to dość ciekawy styl i wygląda bardzo efektownie, gdy wyuczymy sporą grupę ludzi tego samego układu. Ich synchronizacja po prostu powala, ale pod koniec już było to takie bardziej na spontana. Bardzo podobał mi się również zabieg wprowadzenia walki na taniec. Coś takiego jak walka na słowa tylko, że z tańcem. To musi być trudne do wykonania, bo przecież nie wiadomo co odpowie druga strona i z pewnością trudno jest dostosować cały zespół do nowego układu. No, ale tutaj jakoś się to udaje. Co z pewnością was nie dziwi, ponieważ typowe jest dla takich filmów to, że głównym bohaterem jest osoba po przejściach oraz to, że ma marzenie i jakby nie było w końcu udaje się je zrealizować. Typowym dodatkiem jest także osoba towarzysząca owemu bohaterowi, no i dość ciekawa grupka przyjaciół, a także pewien zapalony przeciwnik, który zrobi wszystko, aby naszego bohatera wgnieść w ziemię. Mam nadzieję, że w końcu w jakiś sposób zmieni się schemat tego typu filmów, bo w tym teraz da się przewidzieć każdy ruch bohatera.
    Pomimo tego, że film jest głównie o stepie to jednak mamy kilka wstawek z hiphopowych układów oraz gangsterskiego rapu. W szczególności przy początku filmu, gdy poznajemy DJ i jego brata Durona. Niestety te układy nie do końca przypadły mi do gustu i jak to stwierdziłyśmy z moją siostrą, tańczą tak jakby mieli atak epilepsji. Nie lubię takiego nieskładnego tańca, który jest nierytmiczny i poprostu nie wciąga. Nawet jeżeli jest to walka. Tańce te były pozbawione jakiegoś ładu i serca. Nie było w tym żadnego uczucia, a może to wszystko wina muzyki. Pomimo tego, że lubię rap to jednak utwory, które znalazły się na ścieżce dźwiękowej tego filmu zupełnie nie wpadają w ucho. Nawet te finałowe utwory. Nie podobało mi się i już.
    Film w ogóle był jakiś taki bez wyrazu. Nie potrafił mnie zainteresować. Nie przykuwa uwagi i przez to nie wciąga. Ja przez większość filmu nie wiedziałam w ogóle co się dzieje, a jak padł tekst, że DJ ma na karku wyrok za napaść to już całkowicie poczułam się wybita z rytmu. Nie podobało mi się także podejście rektora, który jest ojcem ukochanej DJ, April, do jej związku z DJem. Totalnie beznadziejne jest ingerowanie przez rodziców w życie swoich dzieci i w ogóle nie widzę w tym sensu. Gdy DJ został zawieszony na rok przez Komisję Etyki to Rektor powiedział mu, że może to unieważnić, gdy tylko zostawi jego córkę w spokoju. Bezsens totalny, no ale najwyraźniej niektórzy uważają, że mogą sterować życiem innych.
    Od samego początku, gdy tylko zobaczyłam przy napisać początkowych napis Ne-Yo wraz z moją siostrą szukałyśmy tego wykonawcy po wszystkich czarnych twarzach tego filmu. Z pewnością zdajecie sobie sprawę z tego, że większość czarnoskórych mężczyzn jest bardzo do siebie podobnych. Gdy w końcu go odkryłyśmy nie mogłyśmy się nadziwić, że to on. Z teledysków znamy go zupełnie innego. Nie wiedziałyśmy, że ma aż tyle ciałka. Dlatego też trochę nas zaskoczyła postać Richa Browna, współlokatora DJa. Ponadto brata DJa, Durona, zagrała inna znana nam gwiazda- Chris Brown. Oczywiście, gdy zginął dokładnie w 10 minucie filmu zaczęłyśmy się z siostrą śmiać, że za bardzo to on sobie tam nie pograł. W główną rolę DJ wcielił się Columbus Short, który już wcześniej miał szansę pokazania się w innym filmie tanecznym „W rytmie hip hopu 2” u boku Isabelli Miko. W tym filmie jakoś za specjalnie nie przypadł mi do gustu, ale nie mam nic do zarzucenia jego grze aktorskiej. Wyglądało to bardzo naturalnie.
    W sumie film nie był taki zupełnie najgorszy. Z pewnością jest zdecydowanie lepszy niż „Just Dance- Tylko taniec!”, no ale innym na przykład wcale nie dorównuje. Okazuje się, że zmiana stylu tanecznego to nie jedyny zabieg, który trzeba zastosować na tych współczesnych filmach. Taki film powinien mieć serce i dusze, bo w końcu w takich filmach najważniejsze są układy i muzyka. A trudno jest nazwać film dobrym, czy też na poziomie skoro te najważniejsze punkty nie zostały w pełni spełnione. Film jest bez polotu i nie ma w nim teoretycznie nic nowego. No, ale nie jest to jakaś totalna porażka.
Ocena: 5/10