NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękny wizualnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piękny wizualnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

środa, 3 stycznia 2018

1244. Dunkierka, reż. Christopher Nolan

     Gdy fan produkcji Christophera Nolana słyszy o tym, że jego ulubiony twórca kina zabiera się za realizację kolejnego przedsięwzięcia- zamiera z uśmiechem na ustach. Gdy dodatkowo okazuje się, że tematem przewodnim filmu jest „Operacja Dynamo” ratująca brytyjskich żołnierzy z Dunkierki w trakcie II wojny światowej, uśmiech zaczyna rozrastać się od ucha do ucha. Oczywistym bowiem staje się, że to będzie coś! I nie było szansy na pomyłkę, bo przecież ten człowiek, w duecie z geniuszem muzycznym- Hansem Zimmerem, może stworzyć jedynie kolejny epicki film, w dodatku o charakterze wojennym, a jego tytuł jest prosty i wszystkim znany, bo to „Dunkierka”.
Źródło: Galapagos Films
     Rok 1940, żołnierze wycofują się z okupowanej przez Niemcy Francji. Wśród nich jest młody Tommy (Fionn Whitehead), któremu jako jedynemu z oddziału udaje się przetrwać zasadzkę wroga i dotrzeć na plażę Dunkierki skąd odbywać się ma ewakuacja alianckich żołnierzy. Nie jest to jednak łatwe przedsięwzięcie z uwagi na krążące niemieckie bombowce, które skutecznie dziesiątkują wojska i jednostki pływające. Rząd podejmuje decyzję wysłania cywilnych łodzi na ratunek żołnierzom. Na jednej z nich jest ojciec (Mark Rylance) z jednym z synów i jego przyjacielem, którzy nie cofną się przed niczym, aby wypełnić swoją misję. Nawet jeżeli na ich morskiej ścieżce stanie kilku odratowanych żołnierzy. Za sukcesem ewakuacji kryją się również piloci myśliwców (Tom Hardy, Jack Lowden), starający się ochronić ocalałych przed kolejnymi ostrzałami i bombami.
     Nie przepadam za produkcjami wojennymi z kilku powodów. Za dużo ludzi tam ginie, za dużo dzieci tam ginie, no i czasem zdarzy się, że zginie jakiś pies lub inne niewinne stworzenie. Praktycznie z tych samych powodów lubię oglądać tego typu produkcje, wtedy odzywa się lekki sadomasochizm, który każe mi oglądać i płakać jak bóbr. Oczywistym jest, że takie filmy zawsze będą wzruszające, podniosłe i patetyczne. Najnowsza produkcja Christophera Nolana też do takich należy- choć jest może mniej łzawa. Nie oznaczało to jednak, że nie przyszło mi bronić się od niej rękami i nogami. A tu proszę, obejrzałam nawet więcej niż raz i wciąż mi się podobało. Wzięcie sobie na temat pracy „Operację Dynamo” to strzał w dziesiątkę. Zachwycająca jest bowiem solidarność Brytyjczyków w obliczu takiej sytuacji. Pomysłowe i godne podziwu.
Źródło: Galapagos Films
Jeszcze lepszym okazało się zrealizowanie filmu w takiej formie, w jakiej uczynił to Nolan i nie jestem w stanie stwierdzić, czy jakikolwiek twórca poradziłby sobie z tym tak, jak uczynił to on. W końcu ma te swoje „nolanowskie” zagrania z obrazów, które są tak bardzo dla niego typowe, jak gigantyczne wybuchy w produkcjach Michaela Baya. Nolan za to lubi się bawić czasem stopniując tym samym napięcie do granic możliwości, nie mówiąc już o totalnym chaosie, który rozgrywa się w kluczowym momencie. Typowe. 
     Fabuła to tak naprawdę trzy różne ścieżki, widziana z trzech różnych perspektyw opowieść o wyzwoleniu brytyjskich żołnierzy z plaży Dunkierki. Każda z nich to zupełnie inne emocje do przetrawienia- czy to z punktu widzenia żołnierza, który pragnie wydostać się spod oblężenia, czy od strony ratującego żołnierzy cywila, czy pilota myśliwca chroniącego żołnierzy. Wydarzenia świetnie się przeplatają, tworzą spójną całość, ale w momencie rozegrania ostatecznych scen ciężko jest ogarnąć kto, co i gdzie. Z drugiej zaś strony jest to świetne zagranie, bo do końca nie wiadomo co się wydarzy. Całość jest jednakże bardzo stonowana, dość statyczna, niby coś się dzieje, ale płynie to tak monotonnie, że bez większych ekscesów. Dzięki temu skupić się można na prawdziwych walorach tego filmu. A z pewnością należą do nich emocje, które niesie ze sobą ta historia. Uczucia osaczenia, klaustrofobii i beznadziei- każda z możliwych, doświadczanych na froncie. Bez względu na to, czy działasz na lądzie, na wodzie, czy w powietrzu- emocje zawsze będą niezmienne.
Źródło: Galapagos Films
     Najlepszym co mogło przydarzyć się temu obrazowi, poza zatrudnieniem do reżyserii Christophera Nolana, to zaangażowanie Hansa Zimmera, do skomponowania ścieżki muzycznej. Rzadko kiedy ma się okazję doświadczyć czegoś podobnego podczas filmu. Muzyka jest tutaj tak intensywna, że dominuje nad wszystkim innym. Wyznacza emocje wraz z każdym kolejnym uderzeniem. Buduje napięcie, wskazuje gdzie masz napiąć mięśnie, a gdzie możesz liczyć na nadzieję. Muzyka zbudowała cały ten film! No dobrze, może nie cały, bo sporą rolę odegrały tutaj również i zdjęcia. Świetnie ujęcia, jeszcze lepiej zmontowane. Scena z tonącego statku jest chyba lepsza od ujęcia na Titanica. Bardzo dobrze się na to patrzyło. A jak jeszcze ma się świadomość, że całe efekty tego filmu były jak najbardziej realistyczne, bo statki wojenne odrestaurowane, a wojska na plaży to nie kolejne piksele z komputera, tylko niesamowite makiety, to zyskuje to na jeszcze większym znaczeniu. Gdzie nie spojrzeć tam zachwyt!
     „Dunkierka” to film z bardzo okrojonymi dialogami. Aktorzy więc muszą się bardzo postarać, aby być dostrzeżeni nie tylko przez widza, ale również i krytyka. Cała ekipa spisała się na medal, ale oczywiście jest kilka perełek, takich jak człowiek na moście, znany również jako Kenneth Branagh. Stoi i jest takim ojcem dla tych wszystkich czekających na ratunek żołnierzyków. Mówi chyba najwięcej spośród bohaterów tego filmu. Z drugiej strony prezentuje się również postać tajemniczego ojca, granego przez Marka Rylance'a. Tak bardzo oddany sprawie, tak bardzo ślepy na wszystko inne. Jednocześnie godne podziwu, a zarazem przerażające. No i na sam finał człowiek latające w masce przez większość filmu, który dostarcza sporo emocji, walcząc do ostatniej minuty. Do tego cała rzesza aktorów wspierających, dorównująca królujących im.
Źródło: Galapagos Films
     Najnowszy obraz Christophera Nolana, to pod pewnymi względami arcydzieło. Tak wyjątkowego filmu uzbrojonego w tak potężne działa jak kompozycje muzyczne Hansa Zimmera i zniewalające zdjęcia Hoyte'a Van Hoytema, rzadko można uświadczyć. „Dunkierka” to opowieść o odwadze, ale też i paraliżującym strachu. Dzięki różnym perspektywom, widz ma szansę na jeszcze większe zaangażowanie się w historię. Trzeba przyznać, że i bez tego nie jest to specjalnie trudne, bo przejmująca i dynamiczna muzyka, w połączeniu z osaczającymi zdjęciami robią już spektakularne wrażenie. Nie jest to może arcydzieło fabularne, ale z pewnością prezentuje kolejny skrawek nieznanej historii, dając możliwość zrozumienia i poczucia się jak bohaterowie tamtej misji. Jest się czym zachwycać, to z pewnością!

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Dunkierka” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny jest również w wersji Blu Ray oraz 4K.

Oryginalny tytuł: Dunkirk / Reżyseria: Christopher Nolan / Scenariusz: Christopher Nolan / Zdjęcia: Hoyte Van Hoytema / Muzyka: Hans Zimmer / Obsada: Fionn Whitehead, Mark Rylance, Cillian Murphy, Kenneth Branagh, Tom Hardy, Tom Glynn-Carney, Jack Lowden, Harry Styles / Kraj: USA, Wielka Brytania, Francja, Holandia / Gatunek: Dramat wojenny
Premiera kinowa: 13 lipca 2017 (Świat) 21 lipca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 18 grudnia 2017

poniedziałek, 26 września 2016

1211. Księga dżungli, reż. Jon Favreau

      Wszystkie klasyczne animacje Disneya przechodzą ostatnimi czasy wielką metamorfozę. Angażuje się najchętniej oglądane gwiazdy światowego ekranu nie po to, aby podkładały głosy znanym wszystkim postaciom, a żeby zagrały je w prawdziwym filmie aktorskim! Po racjonalnych wyborach z udziałem istot ludzkich trochę zaskakującym wydaje się być urzeczywistnienie animowanych wersji postaci z „Księgi dżungli”. Jednakże dzięki specom od animacji komputerowej klasyczne postacie z poczytnej powieści Rudyarda Kiplinga nabrały zupełnie nowego wymiaru.
Źródło: Galapagos Films
     Mały ludzki chłopiec przyprowadzony do wspaniałej dżungli przez czarną panterę nazywaną Bagheerą znajduje schronienie w watasze wilków z samcem alfa- Akelą. Nadaje mu się imię Mowgli i od tamtej pory jest najbardziej pokracznym, choć jednym z najlojalniejszych członków stada. Gdy po kilku latach na jego ślad trafia siejący postrach tygrys Shere Khan, który pragnie dostać chłopca w swoje szpony, Bagheera postanawia odprowadzić go do najbliższej wioski ludzi, gdzie będzie bezpieczny. Po drodze Mowgli spotyka osobliwych przyjaciół i doświadcza różnych przeżyć nie wiedząc, że jego koci wróg zrobi wszystko, aby ludzkie szczenię wpadło wprost w jego sidła.
     „Księga dżungli” nigdy nie należała do moich najulubieńszych animacji Disneya. W zasadzie... nie mieściła się nawet w pierwszej dziesiątce. Wszystko przez bardzo banalną fabułę, która czyniła rysunkowy pierwowzór bajką o niczym. Z tego też powodu po dziecięcym zawodzie nigdy nie powróciłam do tego tytułu, jednakże tak wiele pozytywnych opinii o najnowszym filmie Jona Favreau skłoniłoby do seansu nawet najbardziej zagorzałego przeciwnika.
Fabularnie niewiele uległo zmianie. Nadal pozostaje to ta sama ckliwa opowieść o lojalności i chęci przynależności do „stada”. Dość to takie... żadne i bez charakteru. Sceny, które denerwowały wcześniej wciąż to robią tylko w zupełnie nowym wymiarze. To co nudziło, nadal wywołuje te same emocje- mam na myśli m.in. akcję z królem Louiem, więc nawet wielokrotne powiększenie bohatera małpiej akcji, a także wprowadzenie rozróby na miarę filmu „2012” nie sprawiło, że można by piać z zachwytu. Pomimo wszystko fajnie, że obraz oferuje szerokie spektrum emocji i nie tylko nudzi, ale poza tym potrafi też świetnie budować napięcie. Nie można też nie wspomnieć o humorze w wykonaniu uzależnionego od miodziku Baloo- to te chwile kiedy naprawdę można się odprężyć i cieszyć z produkcji, bowiem powraca beztroski klimat. Szkoda tylko, że finał jest rozczarowujący. Nie ze względu na odejście od znanego nam zamknięcia, a raczej z powodu kierunku, w którym podążył.
Źródło: Galapagos Films
     Pewne jest jednak to, że film koniecznie trzeba obejrzeć, ale z zupełnie innego powodu niż historia. Bowiem tworząc go postawiono na zupełnie unikatową formę animacji. Cały film to tylko jeden człowiek, kilka rekwizytów i cała masa komputerowej iluzji. To niesamowite jakim sprzętem dysponujemy w dzisiejszych czasach, że potrafi stworzyć coś z niczego i jeszcze tak bardzo to urzeczywistnić. Bo czy ktokolwiek podczas seansu pomyślał, że patrzy na sztuczne liście indyjskiej dżungli? Za to właśnie kochamy kino, za magię, której nam dostarcza. Jeśli jeszcze zobaczymy film w 3D (jakimś cudownym sposobem), to będziemy mogli poczuć jakbyśmy naprawdę przyjechali do dżungli. Każdy jeden liść na każdej jednej palmie, każda jedna kropla deszczu- wszystko wygenerowane bądź zmodyfikowane komputerowo. Inną sprawą są zwierzęta- to raczej oczywiste, że nikt nie wytrenowałby pantery, aby tak przytulała się do dziecka lub niedźwiedzia, żeby dał małemu pływać po rzece na swoim brzuchu. Cóż... mieć świadomość ich animacji to jedno, ale zobaczyć jak to wygląda w filmie to zupełnie coś innego. Każdy ten egzotyczny zwierzak wygląda nie tylko zjawiskowo, ale tak bardzo realnie jakbyśmy oglądali film przyrodniczy. Oczywiście, twórcy wzorowali się na prawdziwych zwierzętach, aby jeszcze bardziej urzeczywistnić postacie. Trzeba przyznać, że efekt jest zachwycający. Zasadniczo to już na etapie załączenia płyty DVD można było być pewnym, że film będzie bardzo udany pod względem wizualnym, bowiem już samo intro zachwycało budową, a także i muzyczną oprawą Johna Debneya.
Źródło: Galapagos Films
     W filmie pojawiają się postaci bardzo dobrze wszystkim znane, a reprezentujące różne oblicza egzotycznej dżungli. To przede wszystkim niesforny, acz bardzo bystry Mowgli, a w tej roli debiutujący- choć jakoś dziwnie znajomy z twarzy Neel Sethi. Ciężko jest mu teraz wróżyć większą karierę aktorską, ale potencjał jest. Tutaj jednak przytłoczony został przez rewelacyjne zwierzęce postaci. Cudowny Bagheera, czyli wielki opiekun w wersji polskiej mówiący bardzo przyjemnym głosem Jana Peszka, który przede wszystkim intryguje swoim wyglądem. Zabawowy, całkowicie wyluzowany misiek zbierający miodek na zimę bez zimy, czyli Baloo to synonim beztroski. Chyba ciekawej brzmi w polskiej wersji w wykonaniu Jerzego Kryszaka. Sporym problemem jest hipnotyzujący wąż Kaa, który najwyraźniej stał się kobietą i niestety... był tak samo beznamiętny jako Scarlett Johanson, jak i Anna Dereszowska. Nie można było tego bardziej wysssssyczeć? Już Harry Potter w „Komnacie tajemnic” miał lepsze syczenie w rękawie. Niebezpieczny Shere Khan był świetnym postrachem nie tylko z wyglądu, ale i z brzmienia zarówno głosem Idrisa Elby, jak i Jana Frycza. Aczkolwiek ten pierwszy ma większą moc. Z kolei dubbingowanie małpiego i jakże chciwego króla Louiego lepiej wyszło Christopherowi Walkenowi. Bardzo sobie cenię zabawy głosowe Piotra Fronczewskiego, którego potrafię rozpoznać w każdej animacji, ale barwa Walkena bardziej pasowała do szalonej małpy rasy King Kong, najwyraźniej. Serio... co to za małpa?!
Źródło: Galapagos Films
     Każdy kto choć raz widział „Księgę dżungli” wie, czego można się spodziewać, więc nie ma opcji o żadne rozczarowanie. Jest to ta sama historia, ale technicznie podkręcona do granic możliwości. Dalej królują te same ukochane piosenki, w lekko odświeżonej formie, a także symbolizm zwierzęcych postaci. Nadal bawią nas pełne radości sceny z misiem Baloo frustruje zachłanność Louiego, a Bagheera jest wzorem do naśladowania. Schematy pozostały te same, ale jak to teraz wygląda... Jeżeli wszystkie filmy animowane zdominowane przez florę i faunę będą się tak prezentować, to ja chcę więcej tej magii, tej zieleni i pojedynczego włosa na sierści wilka, czy tygrysa. I choćby dla cudowności jaką zapewnili spece od efektów trzeba to zobaczyć. Wówczas pewnym jest, że zobaczyliście już w kinematografii zobaczyliście już chyba wszystko, a takich wrażeń nie tylko się nie zapomina, ale też i nie żałuje.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Księga dżungli” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: The Jungle Book / Reżyseria: Jon Favreau / Scenariusz: Justin Marks / Na podstawie: powieści Rudyarda Kiplinga „Księga dżungli” / Zdjęcia: Bill Pope / Muzyka: John Debney / Dubbing polski: Bernard Lewandowski, Jan Peszek, Jerzy Kryszak, Jan Frycz, Lidia Sadowska, Artur Żmijewski, Anna Dereszowska, Piotr Fronczewski / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowy
Premiera kinowa: 04 kwietnia 2016 (Świat) 15 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 31 sierpnia 2016

Film dostępny na DVD, Blu-Ray oraz Blu-Ray 3D

czwartek, 15 października 2015

1187. Więzień Labiryntu. Próby ognia, reż. Wes Ball

     Przeczyta sobie człowiek książkę, spodziewa się nie wiadomo czego, a potem przychodzi ekranizacja i wszystkie marzenia oraz oczekiwania rozpadają się w drobny mak. „Próby ognia” to chyba jeden z najciekawszych tomów bestsellerowej trylogii „Więzień Labiryntu” autorstwa Jamesa Dashnera. I choć wielu uważa, że druga produkcja filmowa bazująca na koncepcji jest równie dobra, co pierwsza, osobiście śmiem się z tym nie zgodzić. Pomijając fakt, że filmowe „Próby ognia” są bardzo luźno oparte na wątkach drugiego tomu, to jest to bardzo nijaka produkcja. 
Źródło: foxmovies.com
     Streferom udaje się bezpiecznie opuścić mury labiryntu. Jednakże nie są świadomi, że prawdziwe wyzwanie dopiero przed nimi. Myśląc, że udało im się uciec przed DRESZCZem, nie mogą być w większym błędzie. Pomimo tego, że świat to jedno wielkie suche pustkowie, zamieszkane przez ludzkość zainfekowaną Pożogą uciekają przed ekipą naukowców chcących przeprowadzać na nich kolejne eksperymenty. Wyruszają więc w poszukiwaniu organizacji zwanej Prawą Ręką licząc na to, że zyskają ich pomoc- w pełnym słońcu, bez jakiegokolwiek zaopatrzenia, przez okrutne tereny Pogorzeliska, nie zważając na ścigających ich wysłanników DRESZCZu, ani czających się w pobliżu Poparzeńców.
     Czego można było się spodziewać po „Próbach ognia”, kiedy już sam zwiastun zapowiada, że scenarzysta dokonał drobnych zmian w opowieści? Cóż... z pewnością wszyscy ci, którzy poszli do kina zaznajomieni z lekturą byli w niemałym szoku, że film całkowicie odbiega od powieści. Na domiar złego, jeżeli ktoś nie zapoznał się z tomem trzecim, nie będzie miał bladego pojęcia o co biega z tematem pod tytułem Prawa Ręka. Nie ma to jak pomieszać wątki drugiego i trzeciego tomu w drugim filmie. Ciekawe co zostanie na finał, bo jeżeli kluczowy wątek „Leku na śmierć” to nie zapowiada się zbyt fascynujące kino, a szkoda. Jest to kolejna sytuacja, kiedy pierwsza ekranizacja jest naprawdę fascynująca i trzyma się pierwowzoru, natomiast w drugiej wieje nudą, a akcja wzięta jest chyba z kosmosu, bo na pewno nie z powieści. Jedyne co jest odwzorowane to motyw Pogorzeliska. Tylko to. Najbardziej w tym wszystkim boli to, że nie ma tutaj zaprezentowanej zadaniowości całej akcji, bo kiedy w powieści zadaniem Streferów było przejście Pogorzeliska w celu uzyskania leku, tak tutaj tego nie ma.
Źródło: foxmovies.cm
Zostaje to zamienione na głupawą, bezsensowną ucieczkę od DRESZCZu. Tym samym znika problematyka postaci Teresy i Arisa. Wywalony zostaje cały dramatyzm związany z przejściem przez Pogorzelisko, bo film niestety nie ukazuje prawdziwego okrucieństwa tego miejsca. Już pomijam dziwnego budowania relacji pomiędzy bohaterami, której praktycznie tutaj nie ma. Co dla nich za różnica, czy zginie jeden czy dwóch, a widz nawet nie jest w stanie się wzruszyć. W szczególności, że Thomas aż w jednej scenie wspomina Chucka, który poświęcił się dla niego przy okazji ucieczki z Labiryntu. Wszystkie wątki zostały całkowicie spłycone, a wszystko to zastąpione zostaje bezsensowną drogą do Prawej Ręki. Prawej Ręki, która de facto pokazuje się dopiero w trzeciej części trylogii. Nie można powiedzieć, że film nie gwarantuje akcji, bo tak jest, ale z drugiej strony sceny te zbyt szybko zostają urwane i w zasadzie niczego konkretnego nie wnoszą do fabuły. Ucieczka przed wrogiem zawsze dostarcza sporo adrenaliny, a dodając do tego element zdrady całkowicie potrafi zbić człowieka z pantałyku. O dziwo, obraz zapewnia względne wrażenia, a tempo akcji jest nawet równe, ale co z tego, kiedy tak to wszystko jest nużące.
     Na plus zdecydowanie przemawia wygląd filmu, można powiedzieć, że jest to jedyna rzecz, która przykuwa tutaj uwagę. Pogorzelisko jest bajecznie mroczne, niczym wyjęte z najlepszej postapokaliptycznej produkcji. Zniszczone budynki, wszędzie pełno ruin, ale przede wszystkim wszechobecny piach. Krajobraz niczym z „Resident Evil: Apokalipsa”, czy „Mad Max: Na drodze gniewu”. Wspomnienie o pierwszym tytule nie jest tutaj przypadkowe, bowiem wskazać należy tajemniczych Poparzeńców, czyli ludzi, których zaatakowała choroba zwana Pożogą. To właśnie na nią szuka się lekarstwa, bo przez nią ludzie tracą rozum, zamieniając się w bezmyślne zwierzęta. I tutaj pojawia się kolejny problem związany z tym obrazem. Poparzeńcy w ogóle nie przypominają ludzi chorych psychicznie. Z uwagi na popularny ostatnio nurt zombiaków, to właśnie do tych chodzących trupów zostali upodobnieni. Wybór stylizacji co najmniej dziwny, w szczególności jak ktoś przypomni sobie akcję z kanałów i dziwne narośle na ścianach. Można było zrobić to w zdecydowanie bardziej ludzki sposób, taki który chociaż odrobinę dawałby nadziei na wyleczenie.
Źródło: foxmovies.com
Ciężko jest mi zrozumieć, dlaczego pozbyto się z filmu dwóch kluczowych scen, dostarczających najwięcej grozy. Trzeba jednak przeboleć brak początkowych scen, gdzie bohaterowie uciekali przed kulami z ciekłego metalu odgryzającymi głowy, czy końcowych, kiedy to musieli stoczyć walkę z bąblowymi potworami. I tak z tych fascynujących monstrów, które pojawiły się w całej trylogii, przyszło nam wspominać jedynie Bóldożerców z pierwszego filmu. Może obawiano się, że wprowadzając te cuda trzeba będzie podnieść ograniczenie wiekowe, albo może twórcy nie byli w stanie idealnie odwzorować tych tworów. Albo... za bardzo skupili się na Poparzeńcach. Szkoda, naprawdę szkoda. W szczególności, że zapewne cała masa ludzi czekała właśnie na to, jak filmowcy poradzą sobie z tymi właśnie elementami.
     Z marnym aktorstwem, nie oddającym prawdziwego charakteru najistotniejszych postaci serii, z całkowitą zmianą ich problematyki nie ma szans, aby dało się patrzeć na ten film bez niestrawności. Dylan O'Brien jedyne, co pokazuje w tym filmie, to jak szybko potrafi biegać. Jako czołowy biegacz labiryntu mógł darować sobie już popisy, a skupić się bardziej na budowaniu emocjonalnej więzi z publicznością albo chociaż z innymi bohaterami na planie. Irytująca stała się Teresa w wykonaniu Kayi Scodelario, która po prostu zniknęła w tym filmie. I choć poświęca się jej więcej uwagi niż w powieści, to jakimś magicznym sposobem stała się po prostu niewidzialna. Wydawałoby się, że dużo atrakcji dostarczyć mogą nowe postaci, takie chociażby jak Jorge i Brenda. Niestety, ani Rosa Salazar ani Giancarlo Esposito nie radzą sobie na tyle, aby wyjść przed szereg. Ich kreacje są zdecydowanie mniej zwariowane i mniej wojownicze niż powinny być. Z kolei Janson, którego wszyscy fani „Gry o tron” znają z roli dwulicowego Littlefingera nie poczują się zawiedzeni. Aidan Gillen trzyma klasę i charakter swojej poprzedniej postaci. Czy stety, czy niestety- to już wam przyjdzie ocenić. 
Źródło: foxmovies.com
     Wiele oczekiwałam po kontynuacji „Więźnia Labiryntu” z uwagi na to, że pierwszy film wzbudził we mnie spory entuzjazm i zainteresowanie. Na dodatek całą trylogię książkową uważam za bardzo udaną i ciekawą, więc nie miałam obaw co do „Prób ognia”. Niestety, wydarzyło się coś całkowicie zaskakującego, coś co nie wyróżniło tytułu spośród innych postapokaliptycznych tworów. Historia z drugiego tomu powieści miała spory potencjał, który niestety nie został w ogóle wykorzystany. Zarówno okrojenie fabuły, jak i pozbawienie widza przyjemności oglądania niezwykłych tworów przyszłości, nie wyszło produkcji na dobre. Pozostało tylko mdłe, za bardzo podobne do zombiastycznych tytułów widowisko, które cechuje się jedynie zewnętrznym pięknem, a zgnilizną wewnętrzną. 
Ocena: 5/10

Oryginalny tytuł: The Maze Runner. The Scorch Trials / Reżyseria: Wes Ball / Scenariusz: T.S. Nowlin / Na podstawie: powieści Jamesa Dashnera / Zdjęcia: Gyula Pados / Muzyka: John Paesano / Obsada: Dylan O'Brien, Ki Hong Lee, Kaya Scodelario, Thomas Brodie-Sangster, Dexter Darden, Alexander Flores, Jacob Lofland, Rosa Salazar, Giancarlo Esposito, Patricia Clarkson, Aidan Gillen, Lili Taylor, Barry Pepper / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi, Thriller
Premiera: 09 września 2015 (Świat) 18 września 2015 (Polska)

środa, 25 marca 2015

1171. Kopciuszek, reż. Kenneth Branagh

Oryginalny tytuł: Cinderella
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Chris Weitz
Zdjęcia: Haris Zambarloukos
Muzyka: Patrick Doyle
Kraj: USA
Gatunek: Familijny, Fantasy, Romans
Premiera: 13 lutego 2015 (Świat) 13 marca 2015 (Polska)
Obsada: Lily James, Cate Blanchett, Richard Madden, Helena Bonham Carter, Nonso Anozie, Stellan Skarsg
ård, Holliday Grainger, Sophie McShera

      Disney przeprowadza renowację swoich najbardziej kultowych tworów. Najpierw omotał widzów nowym spojrzeniem na klasyczną baśń o Śpiącej Królewnie, a teraz bierze się za kolejny tytuł ze swojego repertuaru- „Kopciuszka”. Za kamerą znany i ceniony reżyser Kenneth Branagh, który tworzy prawdziwie sentymentalną podróż do naszego dzieciństwa. Disney w pełnej baśniowej i całkiem swojej magicznej krasie powraca!

niedziela, 7 grudnia 2014

1157. Ida, reż. Paweł Pawlikowski

Oryginalny tytuł: Ida
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Rebecca Lenkiewocz
Zdjęcia: Ryszard Lanczewski, Łukasz Żal
Muzyka: Kristian Eidnes Andersen
Kraj: Polska, Dania
Gatunek: Dramat
Premiera: 30 sierpnia 2013 (Świat) 25 października 2013 (Polska)
Obsada: Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik, Jerzy Trela, Adam Szyszkowski, Halina Skoczyńska, Dorota Kuduk, Joanna Kulig
 
Data wydania DVD: 14. października 2014
Wydanie: DVD z książką
Dystrybutor: Solopan
Dodatki: brak
      Zakonnice, Żydzi i bolączki przeszłości- innymi słowy pierwszy polski film, który nie jest wtórny i nie próbuje być podobny do zachodnich produkcji. Odnoszący sukcesy w Wielkiej Brytanii reżyser polskiego pochodzenia, Paweł Pawlikowski jest najbardziej obiecującym twórcom dzisiejszych czasów i ani przez chwilę nie dziwi, że jego „Ida” ma szansę zawalczyć o Oscara. Trzymam kciuki, bowiem szanse ma spore!

sobota, 27 września 2014

1146. Miasto 44, reż. Jan Komasa

Reżyseria: Jan Komasa
Scenariusz: Jan Komasa
Zdjęcia: Marian Prokop
Muzyka: Antoni Łazarkiewicz
Kraj: Polska
Gatunek: Dramat, Wojenny
Premiera: 30 lipca 2014 (Świat) 19 września 2014 (Polska)
Obsada: Józef Pawłowski, Zofia Wichłacz, Anna Próchniak, Antoni Królikowski, Maurycy Popiel, Filip Gurłacz, Michał Mikołajczak, Karolina Staniec, Tomasz Schuchardt
     Tego roku minęło dokładnie 70 lat od wybuchu wielkiego powstania warszawskiego, które pochłonęło dziesiątki tysięcy ofiar. Historia o ogromnej odwadze ludzi chcących wyzwolić się z niemieckiej okupacji zainspirowała reżysera młodego pokolenia- Jana Komasę, do stworzenia dwóch całkowicie odmiennych filmów wojennych. Pierwszy z nich „Powstanie warszawskie” ma szansę powalczyć w przyszłym roku o Oscara, natomiast drugi- „Miasto 44”, już obsypane zostało polskimi nagrodami na Festiwalu w Gdyni. I choć na pierwszym nie zostawiłam suchej nitki, to jednak drugi zdaje się prezentować jeszcze niższy poziom. Choć nie do końca...