NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 lipca 2016

SZORTy #38: Oculus, Diabelska tablica Ouija, Zbaw nas ode złego

Oryginalny tytuł: Oculus | Reżyseria: Mike Flanagan | Scenariusz: Mike Flanagan, Jeff Howard | Obsada: Karen Gillan, Brenton Thwaites, Katee Sackhoff, Rory Cochrane, Annalise Basso, Garrett Ryan, James Lafferty | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 08 września 2013 (Świat) 27 marca 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Trudno teraz o dobry horror, który potrafiłby zainteresować fabułą, ale również i przestraszyć. Najnowsza propozycja od Flanagana wydaje się łączyć te dwie cechy, w szczególności, że jest to pełnometrażowy obraz jego dawnej produkcji.
     Mija jedenaście lat od tragicznych wydarzeń w domu Russellów. Pozostała przy życiu córka stara się oczyścić swojego brata z zarzutów zamordowania swoich rodziców. Wierzy ona, że za jej rodzinnym dramatem stoją mroczne siły kryjące się w lustrze. Przy pomocy brata, który dopiero co opuścił zakład psychiatryczny ma zamiar udowodnić swoje racje.
     Już na wstępie trzeba przyznać, że „Oculus” nie jest filmem najwyższych lotów. Nie oznacza to jednak, iż nie potrafi zaintrygować widza pomysłem- wręcz przeciwnie. Jest jednym z najbardziej niekonwencjonalnych i z pewnością nieoczekiwanych wątków, jakie mogłyby pojawić się w horrorach ostatnich lat. Przede wszystkim jednak jest to świetnie wykorzystane dla zbudowania klimatu. Gdyby była to jedynie zwykła opowieść o zabójczym lustrze, to może faktycznie, nie byłoby to wystarczające dla przykucia naszej uwagi. Jednak jeżeli mowa jest już o przedmiocie mającym możliwość zmieniania naszego świata, a przynajmniej tego jak go postrzegamy... to już zaczyna się robić enigmatycznie. Nie dość, że rodzeństwo musi walczyć z demonami przeszłości, to dodatkowo dochodzi do starcia z prawdziwymi siłami zła. Biorąc pod uwagę, że nieźle potrafią namieszać w umysłach nie możemy być pewni, co jest prawdą a co jedynie wyobrażeniem. Czy zjadamy jabłko, czy może jednak żarówkę? Mamy w ręce kawałek szkła mogący zabić drugiego człowieka, czy może w ogóle nie rozbijaliśmy donicy? Świetne pomieszanie z poplątaniem. Twórcy do takiego stopnia nakręcili widzów, że z łatwością można było się pogubić i zatracić we własnym logicznym myśleniu. Takie zabawy to ja uwielbiam! A takich filmów jest zdecydowanie za mało. W dodatku tak bardzo klimatycznych!

Oryginalny tytuł: Ouija | Reżyseria: Stiles White | Scenariusz: Juliet Snowden, Stiels White | Obsada: Olivia Cooke, Ana Coto, Daren Kagasoff, Bianca A. Santos, Douglas Smith, Shelley Henning | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 października 2014 (Świat) 24 października 2014 (Polska)
Ocena: 3/10

     Tablica Ouija jest jednym z najbardziej popularnych gadżetów okultystycznych. Często wykorzystywana do seansów spirytystycznych stała się oczywistym przedmiotem wielu filmów fantastycznych. A co gdyby zrobić z tego horror? Stiles White pokazuje, że „Diabelska tablica Ouija” wcale nie jest taka... diabelska.
     Przyjaciółki od dziecka, urozmaicające sobie czas zabawą tablicą Ouija. Zasad jest kilka, a między nimi to, aby nigdy nie bawić się nią w pojedynkę. Gdy dziewczyny dorastają coś się zmienia, a kiedy jedna z nich ginie, druga nie może otrząsnąć się z szoku. Wkrótce okaże się, że za wszystkim stoi ulubiona zabawka z dzieciństwa.
     Film, którego fabuła sprawia wrażenie interesującej. Aczkolwiek to co z pozoru wydaje się być intrygujące szybko przemienia się w coś niesłychanie banalnego, coś na co ciężko jest patrzeć i przy czym trudno jest wytrwać do końca. Trudno nazywać „Ouija” horrorem, bowiem niewiele wspólnego ma to z tytułami tworzącymi grozę. Twórcy myśleli najwyraźniej, że jak wyłączą kilka razy światło, zarzucą jakąś groźną mordą w otchłani ciemności lub po prostu zaczną mordować ludzi w dziwny sposób to tym samym zbudują jakąkolwiek grozę. I pewnie plan by się powiódł, gdyby nie fakt, że koniec historii zmierza w tak bardzo głupawym kierunku. Już od pewnego momentu można się domyśleć, że coś tutaj jest w tej opowieści nie tak. Nagle mamy twist sytuacyjny, który z założenia sprawić ma, że albo dostaniemy zawału, albo padniemy z wrażenia. Niestety, zadanie nie zostaje dobrze wykonanie, bo jedyne co wydarzenia generują to niekontrolowane napady chichotu. A jak jeszcze do sytuacji dołącza jedna z bohaterek, to już po prostu trąci dennym paranormalem. Innymi słowy, film White'a dłuży się niemiłosiernie, a zamiast straszyć to zanudza na śmierć. Szkoda, bo koncepcja całkiem fajna...

Oryginalny tytuł: Deliver Us from Hell | Reżyseria: Scott Derrickson | Scenariusz: Scott Derrickson, Paul Harris Boardman | Obsada: Eric Bana, Édgar Ramírez, Olivia Munn, Joel McHale, Sean Harris, Chris Coy | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Kryminał
Premiera: 04 lipca 2014 (Świat) 04 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Co wyjdzie z połączenia kina grozy z dość monotonnym kryminałem? Jakaś paranormalno- przyziemna sieczka lasująca mózg, a stworzona przez Derricksona. I pozostaje tylko pytanie, jak ktoś kto dał życie klimatycznemu „Sinisterowi” tworzy takiego średniaka, jak „Zbaw nas ode złego”.
     Dwóch policjantów na służbie. Trafiają w wir dziwacznych wydarzeń prowadzących do kobiety, która w ZOO wyrzuciła swoje dziecko do zagrody z lwami. Śledztwo, do którego dołącza nie taki święty ksiądz doprowadza do tajnej wojskowej misji i demonicznych zapisków.
     Kiedy wydaje nam się, że widzieliśmy już chyba wszystkie odsłony filmów o opętaniach i egzorcyzmach pojawia się coś takiego jak „Zbaw nas ode złego” i całkowicie przestawia nasz światopogląd. Świetny pomysł na fabułę poprowadzony w tak dramatycznie nijaki sposób, że zamiast się bać trzeba walczyć z chęcią zamknięcia oczu i zapadnięcia w głęboki sen. Powiązanie kryminalnych elementów z fabułą budzącą grozę oraz motywami wojskowymi nie do końca wydaje się tu sprawdzać. Bardziej to nuży niżeli rozbudza zainteresowanie, aczkolwiek trzeba przyznać, że jest kilka ciekawych scen, które zmrożą krew w żyłach. Jednakże, gdyby nie finałowa scena trudno byłoby nie uznać tego filmu za porażkę. Te kilkadziesiąt ostatnich minut jest naprawdę mocnych i na swój sposób przerażających, a także rozczulających. Wtedy następuje właśnie kumulacja naszych emocji. Do tego czasu musimy zawiesić na czymś oko i chyba właśnie po to wprowadzono postać księżulka o mrocznej przeszłości. Przystojny i tak bardzo męski totalnie przyćmiewa Erika Banę. Szkoda tylko, że jest to jeden z bardzo nielicznych plusów produkcji, bo choć udaje się tutaj stworzyć klimat tajemnicy i grozy, to jednak nie do końca można się na to złapać. Spodziewałam się czegoś lepszego. I to o wiele lepszego!

poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka #409: Przepisy na miłość i zbrodnię, aut. Sally Andrew


     Sally Andrew, początkująca pisarka mocno związana z afrykańskimi plenerami i kulturą, postanawia przelać swoją miłość do nich na papier. Barwy, zapachy i smaki Afryki widziane jej oczami, wyczuwane jej nosem i próbowane jej kubkami smakowymi przybierają formę powieści o tytule „Przepisy na miłość i zbrodnię”, otwierającej serię o niebywałej kobiecie- tannie Marii. Jednakże to nie jej historia jest czymś co zachwyca, a raczej mały prezent, który autorka zostawia swoim czytelnikom pod postacią smaków egzotycznego kraju.
     Tannie Maria słynie ze swojego zamiłowania do kuchni. Jej najlepsze przepisy trafiają na łamy lokalnej gazety jej małego Karru. Niestety, jej szefowa Hattie oznajmia, że na skutek zmian będzie musiała zmienić jej kącik na porady dla mieszkańców. Rozwiązanie tworzy się samo- kącik porad w odpowiedzi na listy czytelników ze smakowitym przepisem mającym pomóc na problemy. Jednakże zwyczajne pisanie do gazety i smakowanie nowych potraw przestaje być takie beztroskie, gdy w ręce tannie Maria trafia list kobiety maltretowanej przez swojego męża. Tannie widząc w niej samą siebie i swoje dawne problemy postanawia jej pomóc. Gdy dowiaduje się, że kobieta zostaje zamordowana robi wszystko, tannie Maria zamienia się w detektywa, aby dowiedzieć się kto jest zabójcą.
     Dla kogoś kto lubuje się afrykańskich klimatach powieść pewnie będzie nie lada gratką, a nawet i dla każdego zwykłego człowieka może nią być, bo w końcu za sprawą książek można odbyć całkiem fajne podróże. Tutaj oczywiście nie brakuje barwnych opisów lokalnej sawanny, nie brakuje tej niesamowitej gorącej atmosfery, ale przede wszystkim nie brakuje tutaj smaku! Tego ostatniego jest co niemiara, a wszystko przez ciekawą (pod tym względem) postać tannie Marii. Kobieta z zamiłowaniem do gotowania tworzy naprawdę rewelacyjne przepisy i co najlepsze... sami również możemy je przyrządzić! W jaki sposób? Autorka zostawia u końca książki pokaźną ilość przepisów, jakie Marie wykorzystała w poradach do piszących listy czytelników, czy po prostu, aby podlizać się funkcjonariuszowi Kannemeyerowi, czy poprawić humor koleżankom z pracy. Dzięki temu mamy pod ręką taką mini książkę kucharską z afrykańskimi przysmakami. Szczęśliwie, można je przygotować z produktów dostępnych na polskim rynku, a mnie osobiście ślinka cieknie na myśl o dżemie morelowym, czy wspomniane niejednokrotnie ciasto czekoladowe na maślance. Gdyby komuś nie udało się przez to poczuć klimatu, bo do przepisów docieramy dopiero pod koniec książki, to na pierwszy rzut oka dostrzeżemy z czym mamy do czynienia. Poza ciekawymi i, mam nadzieję, jadalnymi przepisami, dostajemy całą masę słówek afrykanerskich. Z jednej strony jest to bardzo ciekawa atrakcja dla czytelnika gustującego w podobnych zabiegach, z drugiej zaś może być bardzo męczące i uciążliwe, kiedy w trakcie czytania będziemy łamać sobie język, aby spróbować wymówić te dziwaczne słówka. Inną kwestią jest to, że dopiero na końcu książki znajdziemy mini słowniczek do stosowanych wyrazów, co jest sporym utrudnieniem, bo ciężko jest co chwilę zaglądać na tyły, aby zrozumieć, co też dana postać miała na myśli. Oczywiście, bardzo często z kontekstu można wywnioskować co oznaczają wybrane słowa, choć nie zawsze, więc po pewnym czasie zaczniemy ignorować ten problem.
     Gdyby tak zabrać wszystkie powyższe atrakcje to z tej powieści nie zostałoby praktycznie nic, co mogłoby zachęcić do lektury. Fabuła jest dość schematyczna, momentami wręcz strasznie naciągana. Oczywiście, nabiera odrobinę powagi, gdy wtrąca się tutaj temat maltretowania swoich żon, co najwyraźniej w RPA dotyka co drugie małżeństwo, a w co aż trudno uwierzyć. Poza tym jednak jest to zwyczajna historia o kobiecie, która nie potrafi usiedzieć na tyłku i po prostu musi wtrącać się tam gdzie nie potrzeba i ryzykować własne życie, dla ludzi, których nawet nie zna. Z pozoru lekkiej opowieści o przepisach, problemach rodzinnych i związkowych nagle zaczyna tworzyć się jakiś dziwaczny kryminał. Ktoś ginie, tannie Maria oczywiście od razu wie kim jest ofiara, od razu wystawia oczywiste podejrzenia i tak dalej i tak dalej. Dzięki jej nadpobudliwości i ocenianiu ludzi po pozorach szybko przeskakujemy z jednego podejrzanego na drugiego, a już totalnym ciosem jest rozwiązanie kim jest zabójca. Te ciągłe poszukiwania są dość męczące, momentami nawet nużące, a jedyną ciekawą i mrożącą krew w żyłach akcją jest ta w spiżarce. A szkoda! Gdzieś pomiędzy wytworzył się jakiś pseudo romans, który wziął się nie wiadomo skąd. Ewidentnie naturalna kolej rzeczy, że zwykła kobieta wpada w zauroczenie względem każdego wąsatego funkcjonariusza policji. Wszystko to mogłoby się potoczyć pewnie i o wiele lepiej, gdyby postacie były w miarę ciekawe. Niestety, mamy tylko kilka kobiet stłamszonych przez mężczyzn i potrzebujących innych mężczyzn, a także mężczyzn, którym najwyraźniej odebrało zdrowy rozsądek i zdolność logicznego myślenia, ale... kto by na to patrzył. Wszyscy są jacyś bez charakteru i jedynie młoda Jessie ze swoim gekonem wydają się być w miarę rozgarnięci.
     „Przepisy na miłość i zbrodnię” to nie jest powieść idealna, do takiej jej bowiem bardzo daleko. Nie mniej, choć fabuła momentami straszliwie się ślimaczy, a zachowania bohaterów wydają się co najmniej irracjonalne, to szczęśliwie bardzo szybko pochłania się kolejne strony. Oznacza to, że przy lekturze nie męczymy się aż tak bardzo, jak mogłyby wskazywać na to niemożliwe do wymówienia afrikaanerskie słówka poupychane dość gęsto w całej treści. Dodaje to jednak oryginalnego klimatu, bo bohaterom niestety nie udało się go wytworzyć. No chyba, że jedynie tannie Marii, która przy pomocy przepisów przeniosła nas do tego egzotycznego świata. Przynajmniej te niesamowite smakołyki zostaną nam po tej podróży.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Recipes for Love and Murder / Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko / Wydawca: Otwarte / Gatunek: kryminał, obyczajowe / ISBN 978-83-7515-363-7 / Ilość stron: 480 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

środa, 4 maja 2016

SZORTy #35: Uprowadzona 3, Zanim zasnę, Krocząc wśród cieni

Oryginalny tytuł: Taken 3 | Reżyseria: Olivier Megaton | Scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen | Obsada: Liam Neeson, Forest Whitaker, Famke Janssen, Maggie Grace, Dougray Scott, Sam Spruell | Kraj: Francja | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 16 grudnia 2014 (Świat) 09 stycznia 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Sześć lat temu pierwszy film zrobił furorę na całym świecie. Aczkolwiek kontynuowanie genialnego pomysłu, ze świetną sceną porwania i wspaniałym Liamem Neesonem nie do końca sprawdza się w kolejnym, trzecim już wydaniu. Tym sposobem „Uprowadzona 3” staje się najgorszym filmem z serii.
     Wydaje się, że emerytowany agent specjalny, Bryan Mills, w końcu uwolnił się od demonów przeszłości. Teraz wraz ze swoją córką cieszą się z odnowionych relacji, a i szansa na odzyskanie ukochanej kształtuje się gdzieś na horyzoncie. Do czasu kiedy zostaje wrobiony w morderstwo. Musi wykorzystać wszystkie swoje zdolności, uruchomić kontakty, aby odnaleźć mordercę i nie tylko uniewinnić siebie, ale przede wszystkim ochronić córkę.
     Akcja rozpoczyna się niezwykle dynamicznie, a zarys fabuły zmusza do zastanowienia się, czy aby na pewno oglądamy właściwy film. Już z samego początku rodzi się zagadka do rozwiązania, aczkolwiek nikt nie spodziewa się jakie pójdą za nią konsekwencje. Przerażające jest to, że tytuł który dotychczas kojarzył się z czymś naprawdę interesującym i nowoczesnym, teraz przybiera znamiona banalności amerykańskich produkcji, gdzie sporo jest strzelania, biegania, pościgów, a mało suspensu. Czy, aby na pewno? Otóż nie do końca, bowiem niewielu oczekiwało takiego obrotu spraw. Twórcy uderzają w najczulszy z punkt, pozostawiając widza z niedowierzaniem na twarzy. Mills ma naprawdę ciężkie zadanie do wykonania, a skradanie się, aby porozmawiać z córką zakrawa o tradycyjną zabawę w kotka i myszkę. Scenariusz miewa inteligentne chwile, które zaintrygują i dadzą poczuć powiew przeszłości. Szkoda jednak, że trwa to tak krótko. Liam Neeson nie wypada z gry. Wciąż żwawy, wciąż agresywny i jak najbardziej rodzinny. Jest prawdziwym twardzielem, ale przede wszystkim kochającym ojcem i za to uwielbiamy go najbardziej.

Oryginalny tytuł: Before I Go to Sleep | Reżyseria: Rowan Jof | Scenariusz: Rowan Jof | Obsada: Nicole Kidman, Colin Firth, Mark Strong, Anne-Marie Duff, Adam Levy | Kraj: Francja, Szwecja, Wielka Brytania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 04 września 2014 (Świat) 12 września 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ekranizacja świetnie przyjętej na całym świecie powieści S.J. Watson. Ten twór od nieznanego brytyjskiego reżysera wstrząsa sercami widzów kreując przerażającą wizję świata bez wspomnień.
     Od czasu nieszczęśliwego wypadku Christine każdego dnia budzi się nie pamiętając co robiła dotychczas. Każdy jej dzień zostaje wymazany z jej umysłu kiedy tylko zamknie oczy. W tajemnicy przed swoim mężem odwiedza lekarza, z którym pracuje nad odzyskaniem swoich wspomnień i życia. Ale może lepiej, aby nie poznała prawdy o sobie...
     Rozpoczynamy seans trwając w nim i rozmyślając, że jest sobie oto zwyczajna historia, o zwyczajnych ludziach. Opowieść o zapominaniu i odszukiwaniu własnego ja spośród tych wszystkich wspomnień, ale również i zaufaniu do ludzi, którzy trwają obok nas. Przerażająca wizja tego, jak jedno wydarzenie może całkowicie odmienić nasz los, nacechowany emocjami i zachowujący pewną rezerwę, ostrożność wobec osób, które są przy nas. Scenariusz daje nam mylące wskazówki odsuwające nas od prawdziwej dramaturgii całej tej produkcji. Fabuła skupiająca się przede wszystkim na stracie i pozwalająca się zastanowić, czy chcielibyśmy poznać bolesne fakty z naszego życia, czy dalej żyć w nieświadomości. Wszystko to toczy się monotonnym rytmem, swoim rytmem i wydaje się, że już nic spektakularnego nie może się zdarzyć, no chyba, że nagle by się okazało, że to mąż głównej bohaterki doprowadził ją do takiego stanu. Możliwość manewrowania przez Colina Firtha rzeczywistością jest nadwyraz przerażająca. Jednakże ten niezwykły twist, który zaszczepiają w nas twórcy jest tak szokujący, tak traumatyczny, że nie tylko dla bohaterki staje się on klaustrofobiczny. W tej chwili także i widz czuje się osaczony i zaczyna dostrzec prawdziwy ciężar historii. I choć film ma ogólnie bardzo senny klimat, to ta jedna chwila, ta kulminacja, ożywi nas i sprawi, że oczy wyjdą z orbit!

Oryginalny tytuł: A Walk Among the Tombstones | Reżyseria: Scott Frank | Scenariusz: Scott Frank | Obsada: Liam Neeson, Dan Stevens, David Harbour, Boyd Holbrook, Astro | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Kryminał
Premiera: 16 września 2014 (Świat) 03 października 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

     Liam Neeson już zawsze będzie nam się kojarzył ze świetnym kinem akcji. Wszystko za sprawą „Uprowadzonej”, w której to ratował swoją córkę. Jednakże wszystko diabli wzięli, gdy wystąpił w „Krocząc wśród cieni”, najnowszym filmie Scotta Franka, o którym zapomina się niesamowicie szybko.
     Niegdyś był świetnym policjantem. Do czasu feralnego incydentu, który na zawsze odmienił jego karierę. Teraz jest prywatnym detektywem, wykonującym różne usługi dla różnych ludzi. Jednym z jego klientów jest boss narkotykowy. Scudder musi odnaleźć zabójców jego ukochanej żony.
     Nudniejszego filmu już dawno nie widziałam. „Krocząc wśród cieni” zapowiadał się niezwykle interesująco, w szczególności, że po tak zaprezentowanej fabule oczekiwałoby się niesamowitego twistu u finału seansu. Możecie jednak o tym zapomnieć. Akcja filmu Franka niemiłosiernie się wlecze. Ma swój nietypowy klimat, to na pewno, ale jest to atmosfera tak senna, że prędzej mu do usypiacza niżeli pobudzacza emocji. Nie kręci się tutaj żadna intryga, choć na pewien sposób bohater próbuje odkupić swoje winy z przeszłości. Nie ma tutaj jednak czynnika zapalnego, nie ma tego elementu, który mógłby zaintrygować do samego końca. Jedyne co trzyma przy ekranie to nadzieja wielkiego finału i mega zaskoczenia, które nigdy ma nie nadejść. A poza tym, to Liam Neeson, który jak zawsze nieźle sobie szarżuje po ekranie. Niestety, nic więcej. Szkoda, że film wypada tak przeciętnie, bo zapowiadało się naprawdę nieziemsko, dramatycznie i szokująco!

sobota, 16 kwietnia 2016

Książka #399: Cień Dextera, aut. Jeff Lindsay

     Na pomyśle serii książek o Dexterze Morganie powstał serial telewizyjny. Jeff Lindsay tworząc postać policjanta od krwawej roboty za dnia, a seryjnego mordercę nocą, zaskarbił sobie sympatię wielu ludzi na całych świecie. Jednakże, tak jak serial na pewnym etapie stracił swoją moc i duszę, tak też i książka od pewnego czasu nie daje już takiej satysfakcji. Niestety, „Cień Dextera” nie wybija się za bardzo z tej bessy.
     Dexter znajduje się na krawędzi. Jego szczęśliwe z pozoru małżeństwo w niewyjaśniony sposób zaczyna podupadać. Nadmiar obowiązków coraz częściej koliduje z potrzebą zaspakajania głodu Mrocznego Pasażera. Kiedy więc na horyzoncie pojawia się nowe zagrożenie, Dexter robi wszystko, aby zachować twarz. Bowiem tajemniczy obserwator chodzi za nim jak cień i wydaje się wiedzieć o nim wszystko. Na domiar złego dochodzi do serii brutalnych morderstw na funkcjonariuszy policji z Miami, ale dopiero, gdy ofiarą pada koleżanka z pracy Dextera- skrycie się w nim podkochująca, w jego stronę zaczyna się obracać zdecydowanie za dużo par oczu.
      Już po piątym tomie zatytułowanym „Delicje z Dextera” moja fascynacja bohaterem stworzonym przez Jeffa Lindsaya mocno oklapła. Powieść przestała być aż tak mroczna, zdecydowanie za bardzo ułagodzono Morgana i to samo dzieje się właśnie w części szóstej, a w zasadzie... kontynuuje się tę abstrakcję. Wcześniejsze książki wzbudzały mocne emocje, dostarczały adrenaliny przez brutalność kolejnych zabójstw i śledztwa, które się toczyły. Ponadto Dexter z uwielbieniem oddawał się swojej pasji. Czy Rita nie mogłaby zginąć także i w powieści?! Może to uniemożliwiłoby Dexterowi stanie się taką mimozą, bo na tę chwilę jego problemy nie różnią się zbytnio od tych, które dotykają zwyczajnych ludzi. Zamiast obawiać się o to, czy nie zostanie nakryty, Dexter przejmować się musi swoją głupawą żoną, której najwyraźniej odbiło. Jej dziwaczne zachowanie podparte popijaniem wywołuje jakieś bliżej nieokreślone napięcie, które zaczyna męczyć nie tylko Dextera, ale również czytelnika. Dziwne insynuacje, nie mające żadnego sensu. Któż to zrozumie? Na szczęście, wkrada się tutaj element grozy, bo Lindsay nie zrezygnował z wrzucenia Dextera w wir śledztw. Tym razem podaje mu na tacy temat związany z morderstwami jego kolegów po fachu, mordowanych w bardzo brutalny sposób- przez rozkwaszenie mózgoczaszki. Do tego wkrótce pojawia się nowy problem- tajemniczy prześladowca, który na swoim blogu nie omieszka napisać paru zdań o swoim nowym punkcie westchnień, a także zasypać go górą maili. Tak fascynujących, że czytelnik zwyczajnie ignoruje ich istnienie. Wcześniej bywało napięcie, pewna doza zachwytu, a także pewnego nadinterpretowania szczegółów życia Dextera, a teraz? Jego życie stało się takie nużące, że wydarzenia zwiastują szybki jego koniec.
     Jeżeli kogokolwiek w serialu „Dexter” irytowała postać Rity, wybranki życiowej naszego głównego bohatera, to wcześniej jeszcze udawało mi się ją wybronić. Jednakże wraz z nowym tomem stała się tak samo lakoniczna, jak w serialowej kreacji. Jej dziwaczne zachowania, wypowiedzi na poziomie zaćpanego bezdomnego spod dworca, a także roztrzepanie większe niż jajek do kogla mogla, to coś co naprawdę potrafi tutaj wkurzyć. Całe szczęście, że Morgan jest socjopatą, bo chyba z miejsca posadziłby ją na swoim stole. Przez całe osiem sezonów serialu słyszeć można było, że Debra jest najbardziej denerwującą z postaci. Otóż, uwierzcie, w książce jest totalnie wyblakła. Nie dość, że prawie jej nie ma, to zdecydowanie jest na innym poziomie świadomości niż w serialu, a i tak jest wkurzająca. Co to za kobieta, ciężko stwierdzić. Wulgarna, ale bardziej w chamowaty niż zabawny sposób.
     Seria Jeffa Lindsaya zdecydowanie straciła coś, czego już prawdopodobnie nie uda się odzyskać. Dexter stał się postacią zdecydowanie za bardzo nijaką, pozbawioną charakteru i mocy w dłoni. „Cień Dextera” to już druga z cyklu książka, która nie spełnia oczekiwań ustawionych przez poprzednie tytuły. Wszystko stało się zdecydowanie zbyt łagodne, brak tej opowieści pazura, a kolejne postaci są bardziej wkurzające niż dotychczas. Trzeba spojrzeć prawdziwe w oczy- powieść obróciła się o 180 stopni i stała się straszliwie nudna. Szkoda, ale może jeszcze jest jakaś nadzieja? A może polski wydawca już odpuścił sobie kontynuację i nie poznamy klasycznego „Co dalej?!”.

Ocena: 3/6

Tytuł oryginalny: Double Dexter / Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński / Wydawca: Albatros / Gatunek: Kryminał, Thriller / ISBN 978-83-7885-697-9 / Ilość stron: 416 / Format: 125x195mm
Rok wydania: 2011 (Świat), 2013 (Polska)

niedziela, 10 stycznia 2016

Książka #386: Bazar złych snów, aut. Stephen King

      Tak bardzo dobry w długich powieściach, tak dobry również w krótkich nowelkach. Stephen King sprawdza się niemalże w każdej dziedzinie, choć duża część czytelników fanuje go za literaturę przesiąkniętą grozą. „Bazar złych snów” jest kolejną antologią opowiadań, w której ten kultowy autor zawiera najrozmaitszych rodzajów nowele. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie tytuł, który wskazywałby zasadniczo na jeden typ prozy.
      Od grozy, przez dramaturgię i sensację, aż na fantastyce kończąc. Stephen King wydaje się sprawdzać w każdej dziedzinie i tematyce. Opowiadania o potworach z kosmosu, tajemniczych zdolnościach, różnorakich miejscach i najdziwniejszych z wybryków. Niekiedy ocierające się o fantastykę naukową, a innym razem historie mogące spotkać każdego z nas. Antologia stanowi nie tylko przekrój różnych fabularnych motywów, ale również i skrajnych bohaterów, których spotkać można na każdym kroku.
      Nic tak bardzo nie boli jak czytelniczy zawód na ulubionym pisarzu. Na pisarzu, na którego najnowszą publikację czeka się miesiącami. Czyżby na tym polegał właśnie problem? Na tym, że tak wiele oczekiwało się po „Bazarze złych snów”? W końcu książka w makabrycznym wydaniu, z bardzo wymownym tytułem sugerującym prawdziwy pojazd po bandzie w kwestii horroru, a tu w konsekwencji otrzymujemy coś bardzo dalekiego od naszych oczekiwań. King oczywiście udowadnia, że wyobraźnię ma przeogromną. W końcu... kto jest w stanie stworzyć aż 21 tak skrajnie różnych od siebie opowiadań?! Najwyraźniej nawet i Kingowi nie udaje się utrzymać uwagi widza na zbyt długi czas, aczkolwiek to wszystko uzależnione jest od osobistych preferencji czytelnika. Ci, którzy gustują w bardziej enigmatycznej twórczości autora, w bardziej krwiożerczych tekstach, mogą poczuć się lekko zawiedzeni, a niekiedy nawet i zaskoczeni męczarnią jaką muszą przejść, aby przekopać się przez te wszystkie litery i dotrzeć do upragnionej prozy.
      Całość zaczyna się bardzo obiecująco. Opowiadanie „130. kilometr” to nic innego jak ukłon w stronę klasycznych zabójczych samochodów Kinga, a także autek z piekła rodem. Właśnie ten tekst postawił poprzeczkę bardzo wysoko, zachwycając koncepcją potwora przyjmującego postać samochodu. Nie można odmówić mu również humoru, kiedy wizualizujemy sobie pożeranie kobiecych pośladów przez drzwi samochodowe. Z tytułów bardziej enigmatycznych na uwagę zasługuje „Wydma”. Bardzo niepozorny tytuł, z bardzo niepozorną fabułą. Wyspa, której piaski przepowiadają śmierć? Nie może być chyba nic bardziej frapującego, w szczególności, gdy przypomnimy sobie o finale, który pozostawia czytelnika w totalnej rozsypce. King nie odwraca się też i od fantastyki. Jego opowiadanie o tytule „UR” świetnie łączy w sobie ostatni krzyk mody, jakim są czytniki e-booków oraz sensacje o światach równoległych. Bardzo ciekawe, momentami zaskakujące połączenie między różnymi światami i skutki ewentualnej ingerencji w przyszłość. „Ten autobus to inny świat” prezentuje zupełnie inny wątek. Na pewnej płaszczyźnie łączy elementy thrillera wraz z dramatyzmem całej sytuacji. Obojętność na ludzką tragedię, która dominuje w świecie, a tutaj zostaje wyrzucona na światło dzienne przez samego autora. Podobny wątek kieruje tytułem „Premium Harmony”. Nie ważne, że żona właśnie zmarła, nie ważne, że na tylnym siedzeniu samochodu ugotował się psiak. Najważniejsze, że w sklepie znaleźliśmy nasze ukochane fajki. Najciekawszymi opowiadaniami z całej antologii okazują się być te dotyczące samej śmierci. Kiedy „Życie po życiu” kręci się bardziej wokół przeżywania swojego życia na nowo i popełniania wciąż tych samych błędów- trudno o inny przebieg zdarzeń, kiedy odradzamy się bez tej niesamowitej wiedzy, tak „Nekrologi” to głównie kwestia śmiertelna. Ten drugi tekst zdecydowanie najbardziej przykuwa uwagę również ze względów moralnych. Zabijanie ludzi za pomocą nekrologów? Jest to dar, czy bardziej przekleństwo? Raczej graniczy to z głupotą, bo kto zabija żyjącą osobę z premedytacją?!
      Szkoda, że z tak wielu opowiadań zaledwie garstka zasługuje na faktyczną uwagę. Stephen King każde z nich opatruje krótkim opisem, małym wstępem, który pomoże pojąć większą głębię całej lektury. Nie raz uprzedza, że opowiadanie może być wytworem zupełnie nowym, a innym razem efektem ciągłego dopracowywania. „Bazar złych snów” mógłby być jednak o wiele bardziej porywający, mogłoby być w nim więcej tekstów typu „Nekrologi”, czy „130. kilometr”. Jednakże każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, bowiem nawet fani bardziej enigmatycznego i filozoficznego Kinga powinni być zadowoleni z efektów pracy nad najnowszą antologią.


Ocena: 3/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info
proszynski.pl

Tytuł oryginalny: The Bazaar of Bad Dreams / Tłumaczenie: Tomasz Wilusz / Wydawca: Prószyński i S-ka / Gatunek: horror, dramat, sci-fi / ISBN 978-83-8069-174-2 / Ilość stron: 672 / Format: 142x202mm
Rok wydania: 2015

poniedziałek, 30 listopada 2015

SZORTy #20: Drakula, Sokół maltański, Miasteczko Halloween

Punkt #12. Film z muzyką Wojciecha Kilara
Oryginalny tytuł: Dracula | Reżyseria: Francis Ford Coppola | Scenariusz: James V. Hart | Obsada: Gary Oldman, Winona Ryder, Anthony Hopkins, Keanu Reeves, Cary Elwes, Richard E. Grant, Sadie Frost, Tom Waits | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 13 listopada 1992 (Świat) 31 grudnia 1992 (Polska)
Ocena: 8/10

      Ten film przeszedł już do historii. Nie tylko ze względu na bycie ekranizacją wiekopomnej powieści Brama Stokera, ale też z uwagi na świetną rolę Gary'ego Oldmana, no i oczywiście klimat! „Drakula” to jeden z najpotężniejszych i najbardziej rozpoznawalnych filmów Coppoli na świecie.
     Rumuński hrabia Drakula trafia na ślad kobiety, łudząco podobnej do jego ukochanej z przeszłości. Nie cofnie się przed niczym, aby uzyskać to czego pragnie. Na jego drodze staje narzeczony kobiety wspomagany przez znanego profesora Van Helsinga, uważanego za specjalistę w temacie walki z wampirami.
      Czasem trudno uwierzyć, że tak długo człowiek walczy z tym, aby obejrzeć jakiś film. Tyle lat trwało moje przekonywanie się do „Drakuli”, że musiałam najpierw wszystkie filmy wkoło obejrzeć, zanim do niego dotarłam. Okazuje się, że obraz Coppoli to przecież ponadczasowa historia miłosna, których pełno w dzisiejszym kinie, ale jest tak magiczna, tak cudowna, tak krwawa, że trudno jest się jej oprzeć. Troszkę trąci banałem, ale osadzona jest w nieskazitelnym klimacie grozy, zamglenia, mroku... Jest to o tyle niesamowite, że udaje się tym urzec widza. Z każdą chwilą jak hrabia uwodzi swoją ukochaną, tak z każdą chwilą uwodzi też i widza. Grupa artystyczna mami nas wspaniałymi kreacjami, a Wojciech Kilar muzyką. W końcu poznaję pochodzenie jednego z najbardziej rozpoznawalnych utworów w świecie kina, który jest jednocześnie mroczny, ale też i piękny w tej swojej ponurości. Najlepszą postacią jest tutaj oczywiście sam Drakula, świetnie ucharakteryzowany, elegancko ubrany, wręcz zachwycający. Czy aktorsko Gary Oldman wykreował bardzo dobrą rolę? Owszem! Szkoda, że nie można powiedzieć tego samego o Keanu, ani o pozostałej części obsady. Nie umniejsza to jednak całkowitemu wizerunkowi, ani jakichkolwiek wrażeń, bo uwierzcie mi... jestem nim totalnie zauroczona!

Punkt #12. Film noir
Oryginalny tytuł: The Maltese Falcon | Reżyseria: John Huston | Scenariusz: John Huston | Obsada: Humphrey Bogart, Mary Astor, Gladys George, Peter Lorre, Lee Patrick | Kraj: USA | Gatunek: Film-Noir, Kryminał
Premiera: 03 października 1941 (Świat) 19 listopada 1965 (Polska)
Ocena: 7/10

      Uznawany za jeden z najlepszych filmów światowego kina. Przedstawiciel kina noir, w reżyserii Johna Hustona. „Sokół maltański” w swoim czasie robił świetlaną karierę. Pamiętają go do dziś, choć nie do końca może trafić do dzisiejszego widza.
     Prywatny detektyw jest podejrzanym o dokonanie dwóch morderstw. Przeprowadza najważniejsze śledztwo w swoim życiu, a przy okazji próbuje rozwikłać zagadkę zniknięcia najbardziej pożądanej statuetki- czarnego sokoła.
      Fabuła produkcji to całkowite pomieszanie z poplątaniem. Oskarżenie o zabójstwo, a przy okazji zaginiona figurka, o co podejrzewają również tego samego detektywa. Strasznie dużo pechowych sytuacji skupiających się na jednym człowieku. Z tej okazji przez biuro detektywa przewija się cała masa bohaterów, których początkowo niełatwo ogarnąć. Daje to możliwość rozejrzenia się za prawdziwym sensem filmu, bo choć akcja krąży wokół tytułowego sokoła, to całość skupia się jednak na uczuciach zranionej, wzgardzonej kobiety. Świetnie wplątuje się tutaj klimat grozy taki typowy dla kina noir. Świetna, nastrojowa muzyka, trochę jednak zbyt oczywista, jak na dzisiejsze realia, do tego cały ten czarno-biały obraz nadający niezwykłego klimatu. Budowanie atmosfery osaczenia, przytłoczenia przez zdominowanie produkcji kreacjami gangsterskimi. Najwyraźniej każdy na planie nosił gangsterski kapelutek, budując swoim stalkingiem oczywisty suspens. Ma to wszystko jakiś swój urok, bo choć film nie jest zbytnio porywający, to na pewnym poziomie intryguje.

Punkt #28. Musical
Oryginalny tytuł: The Nightmare Before Christmas | Reżyseria: Henry Selick | Scenariusz: Michael McDowell, Caroline Thompson | Dubbing polski: Wojciech Paszkowski, Mieczysław Morański, Krzysztof Kołbasiuk, Joanna Węgrzynowska-Cybińska, Andrzej Chudy, Zbigniew Konopka | Kraj: USA | Gatunek: Musical, Animacja, Fantasy
Premiera: 09 października 1993 (Świat) 16 grudnia 1994 (Polska)
Ocena: 6/10

      Tim Burton słynie z makabry, którą wtłacza w swoje produkcje. Tym razem tworzy postacie, powierzając je w ręce Henry'ego Selicka, późniejszego twórcy „Koraliny”. Tak powstaje „Miasteczko Halloween”, czyli upiorne święta Bożego Narodzenia.
     Dyniowy król rządzi swoimi poddanymi w mieście, w którym święto Halloween odbywać mogłoby się praktycznie każdego dnia. Ciągłe dyniowe zabawy zaczynają go nudzić i dlatego postanawia wcielić się w rolę Świętego Mikołaja.
     Animacja, o której słyszałam bardzo wiele, przede wszystkim bardzo wiele dobrego. Wszyscy zachwyceni są produkcją tak genialnie podobną do wszystkich animowanych tworów Tima Burtona. I choć wizualnie bardzo je przypomina, to fabularnie daleko jej do ideału. Oczekiwania były ogromne, efekt raczej umiarkowanie nijaki. Atutem jest tutaj animacja i aranżacja muzyczna. Postaci wyglądają cudownie i jednocześnie przerażająco, tak samo zresztą jak i cała scenografia- ujęcie na tle księżyca jest magiczne! Nie potrzeba niczego więcej, aby wystraszyć widza. To zdecydowanie by wystarczyło! Połączenie klimatu grozy niczym z Halloween z radosną atmosferą Bożego Narodzenia wydaje się całkowicie odstręczającym pomysłem. W większości fabuły tak właśnie jest, aż do pewnego momentu, w którym pokazany zostaje prawdziwy duch świąt w wykonaniu halloweenowych pokrak. Mnie osobiście to nie urzekło może z uwagi na dubbing, który był całkowicie nijaki. Aktorzy mogli zdecydowanie bardziej postarać się przy kreowaniu charakterów za pomocą własnych głosów. Szkoda też, że wszystkie piosenki przerobione zostały na polski język- fajnie byłoby posłuchać ich w oryginale, aczkolwiek nie było aż tak wielkiego dramatu. Ogólnie miałam nadzieję na coś o wiele bardziej przesiąkniętego makabrą, a tak to jest to tylko kolejna nużąca bajka dla dzieci z lekką nutą grozy.

czwartek, 10 września 2015

Książka #366: Zwykły człowiek, aut. Graeme Cameron

     Człowiek, który od wielu lat pisze opowiadania, ale dopiero tę powieść udało mu się w pełni wydać. „Zwykły człowiek” to propozycja od Graeme Camerona, który to nawiązując do znanych opowieści o antybohaterach liczy, że chwyci za serce czytelników. W Polsce książkę możemy przeczytać na krótko po światowej premierze, dzięki wydawnictwu HarperCollins.
     Bohaterem powieści jest z pozoru zwyczajny mężczyzna, o nieprzeciętnym wyglądzie i nienagannych zdolnościach kulinarnych. Jest z nim tylko jeden problem- od czasu do czasu lubi zabijać ludzi, zwłaszcza kobiety. Podczas jednego z ataków na swoją niczego niespodziewającą się ofiarę spotyka jej najbliższą przyjaciółkę. Zamiast ją zabić, zabiera ją do swojego domu, gdzie w uroczym pokoju tortur przetrzymuje w stalowej klatce, opiekując się nią. Wkrótce między tą dwójką nawiąże się niezwykła nić porozumienia, która skutecznie zaburzy ich codzienne, zwykłe życie.
     Już od pierwszego spojrzenia książka obiecuje niesamowite wrażenia. Enigmatyczna oprawa, skropiona krwią, no i ten mały znaczek świadczący o tym, że fani Dextera nie poczują się zawiedzeni. Jako jeden z przedstawicieli uprzejmych seryjnych morderców Dex Morgan stał się inspiracją dla wielu twórców najrozmaitszych mrocznych postaci. Jednakże obietnica ta nie zapowiada jedynie niezwykłej postaci, ale przede wszystkim fabułę, która z pewnością należy do najbardziej naciąganych w historii. Nie mniej, czy nie wszystkie historie tego typu mają ten sam problem? Ciężko jest stwierdzić, czy amerykańska policja jest na tyle nieudolna, że nie potrafi połączyć podejrzanego z morderstwem, czy po prostu mordercy naoglądali się za dużo seriali kryminalnych, a także takich pokroju „Dextera”, że wiedzą jak uniknąć błędów. Zaskakujące jest to, że „Zwykłemu człowiekowi” za każdym razem udaje się uniknąć schwytania, a wszelkie wizyty funkcjonariuszy policji kończą się na uprzejmej lub też mocno dowcipnej wymianie zdań.
      O dziwo, więcej tutaj poczucia humoru, niż faktycznych morderstw. Przez całą opowieść ginie zastraszająco mała ilość osób, pomijając to, że jedna z potencjalnych ofiar siedzi zamknięta w klatce. Więcej jest tutaj analiz psychologicznych, które sami będziemy przeprowadzać niedowierzając w poczynania antybohatera, niżeli faktycznych powodów do jego potępienia. Mało rozlewu krwi, a w zasadzie sytuacji, w których mogłaby się ona rozlewać, bo jak już zacznie, to nie może skończyć. Wkrada się gdzieniegdzie makabra, chociażby nietypowe polowanie na prostytutkę zaczerpnięte z jakiegoś innego psychopatycznego filmu. Poza tym powieść nie dostarcza aż tak wielu powodów do napięcia, choć trzeba przyznać, że autor najwięcej emocji przytrzymał na finał. Tutaj mamy i rozpacz i krew i dezorientację, a także totalne zaskoczenie. A już człowiek myślał, że całość zakończy się inaczej.
     Niezwykle ciężkim zabiegiem jest sprawienie, aby czytelnicy polubili bohatera. W szczególności takiego, z którym raczej sympatyzować się nie powinno. Mamy tutaj mrocznego jegomościa, który jest dość dziwacznym połączeniem Dextera Morgana i Hannibala Lectera. Niestety, nie morduje tych, którzy na to zasłużyli, a i nie przypominam sobie, aby Dexter kogokolwiek przetrzymywał w klatce, no chyba, że bardziej Hannibal, aby mięsko bardziej dojrzało. „Filet z Sarah”? Czemuż nie. Na pewno pychotka, dla takiego kanibala jak Lecter, on by nie pogardził. Początki tutaj są bardzo trudne, ale z każdą kolejną stroną poznajemy pozytywną stronę tej niezwykłej postaci. Troskliwość, czułość, zdolność do emocji, no i przede wszystkim poczucie humoru. Potrafi nawiązać teoretycznie poprawną relację międzyludzką opierającą się na szacunku. Bez względu na poszanowanie dla Eriki- pomimo tego, że ją porwał, ale kto tam potem o tym pamięta, wciąż chowa w sercu Rachel, która wydaje się czynić go coraz bardziej ludzkim każdego kolejnego dnia. Nie spodziewałam się żarliwych wymian zdań, które przesiąknięte będą inteligencją i przede wszystkim dowcipem, a jest to rzeczywiście odświeżające.
     Powieść Graeme Camerona nie jest tak zwykłą, jak zwykłym wydaje się być tytuł. Przedstawia dość niekonwencjonalny wizerunek seryjnego mordercy, w którego winę z czasem i my przestajemy wierzyć. „Zwykły człowiek” nie sili się na bycie wiekopomnym dziełem, ale z pewnością stanowi idealną rozrywkę. Przypomina o początkach i rozwoju innego ulubionego zabójcy Ameryki, Dextera Morgana, a to zawsze dobrze robi zarówno dla postaci, jak i całej powieści. Z odrobiną grozy, szczyptą napięcia i okraszona poczuciem humoru, staje się ciekawą propozycją na nudne wieczory.

Ocena: 5/6

Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins Polska!

http://www.harpercollins.pl/

Tytuł oryginalny: Normal / Tłumaczenie: Jan Kabat / Wydawca: HarperCollins / Gatunek: thriller, kryminał / ISBN 978-83-276-1460-5 / Ilość stron: 288 / Format: 145x215mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2015 (Polska)

niedziela, 30 listopada 2014

SZORTy #10: Following, Memento, Bezsenność

Oryginalny tytuł: Following | Reżyseria: Christopher Nolan | Scenariusz: Christopher Nolan | Obsada: Jeremy Theobald, Alex Haw, Lucy Russell, John Nolan | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Kryminał, Thriller
Premiera: 12 września 1998 (Świat)
Ocena: 8/10