NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2017

Książka #464: Wanda Chotomska dzieciom, aut. Wanda Chotomska


   Jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk literatury dziecięcej w Polsce. Wanda Chotomska to jedna z najznakomitszych polskich poetek, autorek piosenek, czy spektakli scenicznych. To ona stworzyła kultowych Jacka i Agatkę, których po dziś wspominają nasi rodzice. Dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia magia utworów autorki rozrosnąć się może na jeszcze młodsze pokolenia, które już od maleńkości zapoznawać się będą ze zbiorem przepełnionym twórczością tej pisarki- „Wanda Chotomska dzieciom”.

     Publikacja ta to nie jedynie rytmiczne wierszyki, które dzięki prawidłowej intonacji zaintrygują każdego potencjalnego słuchacza. Książka ta, to praktycznie przegląd wszystkim form twórczych autorki, bowiem znajdziemy tutaj również krótkie opowiadania, piosenki, limeryki, a nawet sceniczne wystąpienia. Dzięki temu każdy z czytelników pozna Wandę Chotomską od każdej strony, a przy okazji dowie się czegoś o literaturze.
     „Wanda Chotomska dzieciom” to niezwykła pozycja w biblioteczce waszego dziecka. Pięknie się prezentuje, ma cudowną oprawę, ale przede wszystkim... rewelacyjną treść. Ta inteligentna kobieta przekazuje wiele nauk za sprawą swojej twórczości, a co za tym idzie trafia nie tylko do dzieci, ale też i dorosłych czytelników. Czyni to głównie za sprawą rymów, do których ma niebywały talent. U niej nawet i najbardziej skandaliczne połączenia wydają się być skrojone na miarę. W całym tym zbiorze każdy odnajdzie coś dla siebie. Bez względu na to, czy gustujemy w bardziej zwierzęcych utworach, czy jesteśmy zaintrygowani tańcem, a może instrumentami muzycznymi... wszystko to znajdziemy w tej książce. Dla zachowania ładu i składu podzieloną ją więc na podgrupy, gdzie każda z części traktuje o czymś innym. Większość utworów ma charakter czysto rozrywkowy- bawi, wzrusza. Inne natomiast próbują przekazać nam pewną mądrość, ukierunkować na właściwe zachowania. Najbardziej intrygujące jest chyba drugie dno scenicznego spektaklu odnośnie Śpiącej Królewny. Teoretycznie każdy z nas jest tego świadom, acz z drugiej strony Chotomska rzuca nam morałem prosto w twarz. Na szczególną uwagę zasługuje również „Mikołaj”, w którego wciela się sama autorka i zwraca się ze stron swojej książki bezpośrednio do czytelnika. Bardzo mile puszcza do nas oczko, dzięki czemu treść staje się jeszcze bardziej przystępna. Przyjemnie prezentują się również opowiadania, gdzie króluje wyobraźnia i dowolność interpretacyjna. Tutaj najbardziej zachwyca „Leonek i Lew”, który teoretycznie traktuje o zwyczajnej dziecięcej zabawie, a jednak potrafi zaprezentować prawdziwą odwagę. Jednakże nie ma co traktować wszystkiego na poważnie, bo nawet i w swoich prozach autorka nie może zapomnieć o miłości do rymowania. Także również i w nich odnajdziemy ulubione wierszyki, które powtarzało i powtarzać będzie każdego dziecko.
Źródło: Nasza Księgarnia
     To na co nie trudno zwrócić uwagę podczas zapoznawania się z „Wanda Chotomska dzieciom” to zdecydowanie najcudowniejsze w świecie rysunki. Ich autorem jest sam Artur Gulewicz, który specjalizuje się w odzwierciedlaniu treści książki dla dzieci, a który pracował przy „Zwariowanych pojazdach”. Jednakże jego aktualne dzieło, to zupełnie inny świat. Pełen rozmazanych linii, pełen kanciastych kształtów. Trochę tu ładu, a trochę chaosu, a to wszystko zależy od charakteru konkretnego utworu. Jedną z najciekawszych prac jest z pewnością ta do „Hipopotam”, gdzie prozaiczne, wręcz dziecięce ilustracje przykryte zostają błotnistymi kropkami. Jednakże to dopiero przy „Pan Listopad” ilustrator pobawił się formą łącząc zdjęcia z rysunkami. Tym samym uzyskał zaskakujący, ale jakże świetny efekt. Z każdej ze stron bije pełne spektrum kolorystyczne, co z pewnością przykuwa uwagę. A wszelkie krągłości, kanciki, czy rozmycia, jak najbardziej dodają uroku całej publikacji. Oby więcej takich kreacji!
     Zbiór twórczości od Wandy Chotomskiej to książka zaiste wyjątkowa. Mowa tu o ptakach, dziecięcej wyobraźni, czy starczej niedołężności. Książka zachwyca pomysłami na łączenie słów we wspaniałe, wpadające w ucho rymowanki, które pozostają w pamięci na wiele lat- o czym przekonać mogły się starsze pokolenia. „Wanda Chotomska dzieciom” to nie tylko zbiór życiowych mądrości, czy zabawnych historyjek. Książka ta to również pole do popisu dla ilustratora, który w każdą ze stron tchnął życie i nadał historii wyjątkowego charakteru. Każdy kto stanie się posiadaczem tej publikacji nie będzie zawiedziony, a wręcz przeciwnie. Będzie do niej powracał i po stokroć, a wraz z nim jego dzieci. I dzieci jego dzieci. Wspaniała i godna polecenia dla każdego!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Wanda Chotomska dzieciom / Ilustrator: Artur Gulewicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13251-2 / Ilość stron: 288 / Format: 165x215mm
Rok wydania: 2017 (Świat)

sobota, 22 lipca 2017

1231. Deszczowa piosenka, reż. Stanley Donen, Gene Kelly

     Zanim powstało przebojowe „Moulin Rouge”, „Chicago”, czy nawet „Dźwięki muzyki” na świecie królował tylko jeden film, uznawany za najbardziej roztańczony i rozśpiewany, który bardzo szybko stał się wyznacznikiem w kategorii musicalu- „Deszczowa piosenka”. Film ten w reżyserii Stanleya Donena oraz Gene'a Kelly, zdobywał listy przebojów, a dziewczyny podkochiwały się w Donie Lockwoodzie. Po sześćdziesięciu latach obraz wciąż jest żywy, gdzie jego motywy wykorzystywane są we współczesnych musicalach, a piosenki przerabiane są do woli. Pewne jest, że od czasu premiery tego widowiska świat nie zobaczył już więcej tak fascynującego w tym gatunku.
Źródło: Galapagos Films
     Don Lockwood i Lina Lamont (Gene Kelly, Jean Hagen) są gwiazdami kina niemego. Choć powszechnie traktowani są jak para Lockwood skrycie nie przepada za swoją koleżanką z planu. Podczas powrotu z premiery najnowszego filmu Don pada ofiarą fanów, a z opałów pomaga mu wyjść urocza młoda aktorka- Kathy Selden (Debbie Reynolds). Kiedy ta krytycznie wyraża się o jego aktorstwie, Don nie może myśleć o niczym innym, jak Kathy. Pech chce, że wytwórnie hollywoodzkie są zmuszone udźwiękowić swoje filmy. Don zaczyna martwić się nie tylko to, czy w dźwięku będzie wypadał równie przekonująco, jak dotychczas, ale czy widownia nie ogłuchnie od piskliwego głosu jego ekranowej towarzyszki. Wraz ze swoim przyjacielem Cosmo Brownem (Donald O'Connor) wymyślają genialny plan uniknięcia porażki i przerabiają film kostiumowy na musical.
     Film o filmie to dość powszechnie stosowany dziś patent. Jednakże „Deszczowa piosenka” czasowo i fabularnie wbija się w ten czas, kiedy świat kina przechodził prawdziwą rewolucję. Przejście z kina niemego na udźwiękowiony przyczyniło się do upadku kariery większość ówczesnych aktorów, bowiem na wierzch wyszły wszelkie dotychczasowo ukryte wady, jak chociażby kiepskie brzmienie głosów, a nawet brak umiejętności aktorskich. To właśnie z takimi problemami borykają się bohaterowie filmu, bowiem aktor gra nie tylko ciałem, mimiką, ale również swoim głosem i dialogami. Jednakże, produkcja ta pokazuje przede wszystkim trudy tworzenia takiego nowego dzieła, w szczególności, kiedy coś robi się po raz pierwszy. Trudno jest więc uniknąć przekomicznych wpadek, jak chociażby słuchanie bicia serca gwiazdy ze względu na umieszczony mikrofon, z czym borykano się nie tylko w filmie, podczas występu Liny, ale również na planie filmu przy okazji partii tanecznych Debbie Reynolds. Muszę się skrycie przyznać, że zdjęcia do „Walecznego kawalera” przyprawiły mnie o atak śmiechu, w szczególności, gdy doszło do dyskusji na temat krzaka i umieszczonego tam mikrofonu [link http://www.youtube.com/watch?v=OTFCctdiS04]. Oj tak, kręcenie filmu przyprawiało wszystko o ból głowy, ale przynajmniej oglądający miał z tego nie lada frajdę. Przy okazji nawiązuje się tutaj również i do dubbingowania postaci, co było powszechnie stosowane na początku istnienia filmów dźwiękowych, choć teraz stosowane jest jedynie w filmach animowanych. Najzabawniejsze jest to, że choć w fabule filmu to Reynolds podkłada głos za Hagen to w rzeczywistości, przy partiach wokalnych to właśnie Hagen dubbingowała Reynolds. Nie mniej, film ten obrazuje nie tylko ewolucję w świecie kina, ale również wśród aktorów, którzy bojąc się o swoje kariery sięgali po dramatyczne środki, bądź zwyczajnie odpuszczali. W tej historii nie brakuje jednak opowieści o miłości, jej prawdziwości i zadziorności. O tym, jak bardzo różni ludzie lgną do siebie i jak ważne jest wsparcie drugiej osoby.
Źródło: Galapagos Films
     „Deszczowa piosenka” to niekwestionowane widowisko pełnych ekspresji układów, no i przede wszystkim muzyki. Gene Kelly wraz z Donaldem O'Connorem wywijają nogami i biodrami lepiej niż wielu współczesnych tancerzy. Cóż się dziwić, w końcu obaj od dawna mieli do czynienia z tańcem. Patrząc na nich nogi same nam tańczą. Mamy przy tym sporo zabawy, bo jakżeby inaczej. Bez względu na to, czy jest to nadzwyczajny musicalowy taniec, czy popis umiejętności stepowania, jest na co popatrzeć. Najwięcej barw i różnorodności gwarantuje nam scena do „Broadway melody”, gdzie Kelly tańczy i tańczy i tańczy i tak przez kilkanaście minut. Trochę tutaj baletu, trochę stepowania i wszystkiego po trosze, i można nawet powiedzieć, że trochę to meczy. Autorami muzyki, która wiernie towarzyszyła wszystkich choreografią, ale też i podkreślała charakter chwili są Nacio Herb Brown oraz Lennie Hayton. Natomiast jedynie trzy utwory ze wspaniałej „Deszczowej piosenki” rozbrzmiewają w naszych uszach do dziś. Pierwszy z nich to oczywiście tytułowe „Singin' in the Rain”, które usłyszymy w filmie trzy razy w całkowicie różnych aranżacjach. Jednakże to ta śpiewana przez Gene'a Kelly robi największe wrażenie [link], a wszystko ze względu na przeradosne wykonanie! Kolejnym pełnym dynamizmu, wygłupów i humoru Donalda O'Connora wykonaniem jest „Make 'Em Laugh” [link]- jak sam tytuł nawet wskazuje. No i w końcu, choć nie tak na końcu świetny utwór w wykonaniu całej trójki głównych bohaterów „Good Morning” [link]. Nie oznacza to jednak, że pozostałe aranżacje są kiepskie, oj nie. Zwyczajnie, ta trójka w radosnych podskokach i uśmiechem na twarzy pozostała w kulturze, już na zawsze!
       Aktorsko film radzi sobie całkiem nie najgorzej. Szczytem geniuszu to nie jest, role są aż nadto przerysowane, ale przecież o to tutaj chodzi. Najważniejsze, że tańczyć potrafią. Najważniejsze, że śpiewać umieją. Resztą nikt się nie przejmuje. Biel zębów Gene'a Kelly jest obezwładniająca. Sam facet jest niesłychanie przystojny, nawet jeżeli bezsensownie szczerzy się do ekranu. W dodatku przekonujący uwodziciel, na którego bardzo przyjemnie się patrzy. Jego kolega Donald O'Connor był jedną z tych zabawniejszych postaci w filmie. Dostarczał sporo rozrywki, w szczególności, że sam nie najgorzej się prezentował. Wśród żeńskich ról Debbie Reynolds spisała się na medal. Jednakże jej postać była zbyt delikatna, można nawet rzec, że nudna. Dlatego też to właśnie na Jean Hagen skupiała się nasza uwaga, która nie dość, że miała bardzo... wyrazistą barwę głosu, to dodatkowo nie grzeszyła bystrością, czy delikatnością. Obsada miała zarówno dobre, jak i złe momenty, ale prawda jest taka, że to dzięki nim odczuwaliśmy radość przez cały seans.
Źródło: Galapagos Films
      Każda minuta „Deszczowej piosenki” udowadnia, że w pełni zasługuje na miano najlepszego musicalu wszech czasów. Nie tylko pozytywnie nastraja, nawet i na deszczową pogodę, ale rozprawia o trudach przeobrażenia kina niemego w dźwiękowy. Świetni aktorzy wprowadzali tu nie tylko białe uśmiechy, ale sporo emocji i humoru. Jednakże to właśnie na dźwiękowej i wizualnej atrakcyjności film wznosi się na wyżyny. Obraz ten pełen porywających układów i wciąż żywych piosenek żywych opowiada trochę o miłości, a trochę o drugiej stronie takiego giganta jakim jest Hollywood. Można więc powiedzieć, że nie tylko jest to najlepszy film w swoim gatunku, ale również i najlepszy na poprawę nastroju!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Singin' in the Rain / Reżyseria: Stanley Donen, Gene Kelly / Scenariusz: Betty Comden, Adolph Green / Zdjęcia: Harold Rosson / Muzyka: Nacio Herb Brown, Lennie Hayton / Obsada: Gene Kelly, Donald O'Connor, Debbie Reynolds, Jean Hagen, Millard Mitchell, Douglas Fowey, Rita Moreno / Kraj: USA / Gatunek: Musical, Komedia, Romans
Premiera: 27 marca 1952 (Świat) 05 października 2012 (Polska na DVD)

czwartek, 6 lipca 2017

SZORTy #42: Mad Max, Mad Max 2, Mad Max 3: Pod kopułą gromu

Oryginalny tytuł: Mad Max | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller | Obsada: Mel Gibson, Joanne Samuel, Hugh Keays-Byrne, Steve Bisley, Tim Burns | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 12 kwietnia 1979 (Świat) 30 grudnia 1979 (Polska)
Ocena: 5/10

     Jeden z największych fenomenów światowego kina. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmów, a przy tym jeden z pierwszych filmów Mela Gibsona. George Miller przywołał do życia postać „Mad Maxa”, którego legenda trwa do dziś.
     Młody policjant naraża się gangowi motocyklowemu, kiedy zabija ich towarzysza. Nie świadomy, że jest przez nich poszukiwany wyrusza z rodziną na wieś, aby odpocząć. Jednakże, gdy szaleni motocykliści zagrażają życiu jego żony i dziecka policjant postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
     Narodziny kultowej postaci. Narodziny tak nietypowe, że aż dziwnie się na to wszystko patrzy. Fabuła dość dziwaczna, totalnie bezsensowna. Grupa szaleńców na motorach jeżdżąca po ulicach przez trzy czwarte filmu. I jakiś tam sobie człowieczek, któremu jakimś niewyjaśnionym sposobem udaje się na nich trafiać co rusz. Mówi się, że jest to genialny film postapo. No niestety, ale chyba nie przy pierwszej odsłonie. Ma swój dziwaczny, niepokojąco samotny klimat, ale nie nazwałabym tego światem po apokalipsie. Trudno stwierdzić na czym przydałoby się skupić uwagę, bowiem całość zawiewa taką nudą, że aż żal patrzeć. Wszystko oczywiście do czasu, bowiem musi się znaleźć ten moment przełomowy, który z Mela Gibsona stworzy takiego a nie innego bohatera. Mamy go tutaj i jest on mega drastyczny. W zasadzie jest to jedyna chwila, kiedy pojawiają się jakieś emocje. A jakie? Dość zaskakujące, ale chyba bardziej nieoczekiwane jest to co następuje później. Brutality! Jak dla mnie „Mad Max” nie jest aż tak kultowy. Może w swoich czasach ludzie dostrzegali w nim to, czego nie widzę ja teraz. Nieistotne, bowiem przesłanie jest niejasne, a całość żenująco nużąca. Dobrze, że nie trwa to nieskończenie długo, choć takie też sprawia wrażenie.

Oryginalny tytuł: Mad Max 2 | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes, Brian Hannant | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Vernon Wells, Steve J. Spears, Michael Preston, Max Phipps | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 24 grudnia 1981 (Świat) 30 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 6/10

     Kolejny tytuł kultowej serii, który z mocnym przytupem wkracza w klimat postapo. George Miller podąża dalej swoim tokiem myślenia i tworzy mocny i dynamiczny film.
     Czas po wielkim bum. W poszukiwaniu schronienia były policjant trafia do osady, w której wydobywa się ropę. Tym samym staje się jedyną osobą odpowiednią do ochronienia niewinnych przed gangiem chcącym odebrać im najbardziej pożądany surowiec na Ziemi.
     Kontynuacja filmu, która jest dowodem na to, że nie zawsze sequele są gorsze od pierwowzoru. Seria Millera jest nietypowa pod tym względem, że choć uznawana jest za wyznacznik współczesnego postapokaliptycznego świata w filmie, to nie rozpoczyna się od razu od wielkiego rozpierdzielnika. To właśnie ten film najbardziej obfituje we wszelkie elementy, które zachwycają swoją surowością, a tym samym dają idealny obraz świata po katastrofie. Niesamowite pustynne scenerie, mocno zniszczone kostiumy, które idealnie podkreślają charakter spustoszenia i odseparowania ludzkości od wszelkich dóbr doczesnych. W tym wszystkim idealnie odnajduje się fabuła, krążąca wokół najważniejszego źródła energii- paliwa. Najwyraźniej woda dla nich nie jest najistotniejsza. Choć i tutaj pojawiają się psychopatyczni obywatele na motocyklach, zupełnie jak w pierwszym filmie, to ich działanie i odchylenie na psychice ma zdecydowanie większy sens. Tym samym całość jest o wiele bardziej spójna, o wiele bardziej dynamiczna, o wiele bardziej zrozumiała, a co za tym idzie strawna. Kiedy więc pierwszy tytuł w ogóle mnie nie przekonał, tak druga odsłona kupiła mnie swoim klimatem!

Oryginalny tytuł: Mad Max Beyond Thunderdome | Reżyseria: George Miller, George Ogilvie | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Tina Turner, Angry Anderson, Angelo Rossitto, Helen Buday, Justine Clarke | Kraj: Australia, USA | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 29 czerwca 1985 (Świat) 30 grudnia 1985 (Polska)
Ocena: 6/10

     Ostatni z filmów serii „Mad Max”, przynajmniej w swoim czasie i z udziałem Mela Gibsona. „Pod kopułą gromu” uznawany jest za najgorszy z trylogii Millera, ale jak dla mnie jest plasuje się pomiędzy nudną jedynką, a bardziej od niego spójną dwójką.
     Po podróży przez pustkowia były policjant trafia do miasta, produkującego własne źródło energii. Tym samym znajduje się w samym środku walki o władzę dwóch całkowicie skrajnych osobowości. W efekcie zostaje wygnany, a następnie odratowany przez żyjące w odosobnieniu dzieci.
     Jest to całkowicie odmienny od poprzednich film. Początkowo intrygujący, kiedy Max trafia do dziwacznego miasta o dziwacznym sposobie na tworzenie energii. Rozgrywki, odrobina dynamizmu, nawet to wszystko potrafi zainteresować nie tylko wykonaniem, ale również fabułą. Wtedy też objawia się Tina Turner w swojej filmowej roli, jak dla mnie całkiem konkretnej i nie najgorzej zagranej. Niestety, później następuje totalny zwrot, który sprawia, że obraz zamienia się w jakąś bajkę dla dzieci, z wysłannikami Piotrusia Pana na czele. Bardzo skrajny skok z dość mrocznego postapo w klimatem rodem z Nibylandii. Nieudane całkowicie, ale i tak jest to bardziej znośne od pierwszego bezsensownego wariactwa. Wkrada się tutaj odrobina melodramatu, nawet i chwile napięcia, ale jest to zdecydowanie za mało, aby pozwolić na długotrwały zachwyt. Nie mniej, nie nudzi tak jak poprzednicy, więc jest dla niego nadzieja przy powtórnym seansie!

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Książka #446: Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks, aut. Jan Brzechwa

      Niezwykła persona, którą zna niemalże każdy Polak. Zdarzy się nawet, że i dla kogoś ze świata nie będzie on kimś obcym. Stworzył go nie kto inny, jak sam Jan Brzechwa, który uwielbia historie fantastyczne i nietuzinkowych ludzi. Aczkolwiek według wielu życia dodał mu sam Piotr Fronczewski, który wcielił się w tę postać na wielkim ekranie. Pan Ambroży Kleks znowu powraca na półki księgarń, aby zapoznać nowe pokolenie z niezwykłościami, które pojawiły się zanim świat usłyszał o Harrym Potterze i Szkole Magii i Czarodziejstwa.
     Młody chłopiec, Adam Niezgódka, trafia do najbardziej niesamowitej szkoły, jaką ktokolwiek z nas mógłby poznać. Jej dyrektorem i jednocześnie nauczycielem jest ekscentryczny, ale jakże dostojny i miły człowiek, pan Ambroży Kleks. W towarzystwie swojego szpaka Mateusza prowadzi lekcje, zarządza akademią i boryka się z najrozmaitszymi problemami. Nigdy nie może zapomnieć, aby się napompować po malutkiej nocy, czy oprószyć swój nos i policzki piegami. Jego życie pełne jest niesamowitych przygód, o których czytelnikom opowie zarówno on sam, jak i jeden z jego najpilniejszych uczniów- wspomniany wcześniej Adam.
      Dziś opowieści o Panu Kleksie stały się już klasyką, nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. W wielu współczesnych powieściach młodzieżowych znajdziemy ułamki pomysłowości Jana Brzechwy. Nic dziwnego, bowiem rzadko trafia się na takie wyjątkowe i jednocześnie fantastyczne pomysły, które zaintrygują nawet młodych czytelników. Wszystko rozpoczyna się od przygody w szkole, „Akademii Pana Kleksa”, bo każdy z nas największą życiową wyprawę rozpoczyna właśnie tam. Niesamowitości skrywa ona całą masę, a młodzi uczniowie wydają się świetnie poruszać w tych tajemniczościach. Dziwaczne zwyczaje Pana Kleksa to jedna rzecz, a to co kryje się w sekretnych kątach akademii to rzecz zupełnie inna. Magia, która okrywa szpaka Mateusza, historia która towarzyszy jego istnieniu- to jedna z bardzo wielu fascynujących rzeczy. Jednakże to co najbardziej podoba się w tej części opowieści to nawiązanie do bardzo wielu pobocznych bajek z najrozmaitszych zakątków świata. Chyba nie ma co się dziwić skoro Brzechwa dał Kleksowi klucz, który otwiera drzwi do każdej jednej bajki. To musi być niezwykłe wydarzenie móc odwiedzić Królewnę Śnieżkę, czy Dziewczynkę z zapałkami. Może nie tak niezwykłe jak wizyta w Fabryce Dziur i Dziurek, ale zawsze to jakaś odskocznia od absurdalnego i zaskakującego życia w akademii. To zdecydowanie najbardziej naładowana fantastyką część z całej książki. Nie dość, że odkrywa magiczne zapędy pana Kleksa, to w dodatku konfunduje, gdy dochodzi do najrozmaitszych i najciekawszych zajęć szkolnych.
Źródło: Nasza Księgarnia
     Kiedy już bajka ta dobiegnie końca rozpocznie się zupełnie inna- „Podróże Pana Kleksa”. Ta, której początek da pragnienie posiadania atramentu. I to nie takiego białego jak kiedyś, a czarnego jak niegdysiejsza kreda. W końcu trzeba było doprowadzić to do porządku, bo ileż można podpisywać ważne dokumenty niewidzialnym atramentem. Nie kto inny musiał się wybrać w pełną niezwykłości podróż w poszukiwaniu barwnika do atramentu, jak niezwykły uczony Ambroży Kleks. Podczas tej wyjątkowej wycieczki odwiedzi naprawdę niespotykane miejsca. Spotka ludzi, których życie odbywa się całkowicie na niby, a także takich co zapamiętują tysiące recept- zamiast po prostu używać atramentu. Nic jednak nie pobije psychopatycznych wynalazców, którzy będą zmieniać innych w maszyny, bo przecież ktoś musi lizać znaczki! Niektóre z tych spotkań będą naturalną koleją rzeczy, inne będą o wiele bardziej zaskakujące ze względu na powiązania z „Akademią Pana Kleksa”. Zaskakujący jest za to finał całej tej publikacji. Po całym milczeniu znowu powracamy do akademii, gdzie pożegnamy uczniów, gdzie znowu spotkamy Niezgódkę. Nie mniej „Tryumf Pana Kleksa” znowu skupić musi się na człowieku orkiestrze, miłośniku piegów i kleksografii. Ta część również przybiera formę luźnych opowiadań, ale bardziej powiązanych ze sobą niż poprzednie. Wraz z „Podróżami Pana Kleksa” stanowi świetną historię z bardzo dużą ilością przygód- możne nawet zbyt dużą. Mamy nawet kilka wątków przewodnich, począwszy od poszukiwań pięknej dziewczyny, a kończąc na osobistych powódkach Niezgódki, który chce odnaleźć swoją rodzinę. Oczywiście, nie można zapominać, że nad wszystkimi cały czas wisi niedomknięta sprawa, która zapewne wciąż będzie rozdrapywać stare rany.
Finałowa część jest o tyle bardziej wyjątkowa, że powstało w niej coś niecodziennego- nowy język. Szczęśliwie nie aż tak specjalnie wymyślny, ale za to mocno komplikujący wymowę, ale przede wszystkim odbiór czytanej treści. Wymaga to sporej koncentracji, aby zrozumieć co dany mówca chciał przekazać. Tym samym wymaga się od czytelnika większej uwagi, ale z drugiej strony może stanowić świetną inspirację do wymyślnej zabawy.
Źródło: Nasza Księgarnia

     Na najnowszą publikację od Naszej Księgarni bardzo przyjemnie się patrzy. Marianna Sztyma zaangażowana do zilustrowania najnowszego wydania Pana Kleksa stworzyła naprawdę rewelacyjne obrazy. Nie ma tutaj przypadkowości, a jest za to cała gama stonowanych, pastelowych barw i zdecydowany pomysł na niekonwencjonalny rysunek. Nie ma tutaj charakterystycznych kresek, są za to rysunki wykonane niczym przez małe dziecko. Kilka maziajek, zatarte linie... i bardzo kontrastowe zestawienia kolorystyczne. Zdecydowanie imponują swoją nienachalnością i subtelnością. Nie biją po oczach, nie próbują być nowym Picassem. Oczywiście, niektóre z nich są bardziej niebanalne, ukazując zaledwie rąbek tajemnicy, ale przez to jeszcze idealnie wpasowują się swoją nieoczywistością w charakter książki. Wyglądają cudownie!
     Pan Kleks wraz z tymi swoimi fantastycznymi zapędami i ekscentrycznym wyglądem zawsze wywoływał mieszane uczucia, przynajmniej we mnie. Nawet w kreacji Piotra Fronczewskiego był on aż nazbyt nietuzinkowy, momentami nawet siejący grozę. Tak samo jest z postacią literacką, która bardziej zaskakuje i budzi trwogę niż wywołuje ciepłe uczucia. Książka z jego przygodami z pewnością nie zanudzi, przynajmniej nie chłopięcą część odbiorców, bo to oni są targetem dla tych wszystkich mechanicznych i fantastycznych fanaberii. Dla innych może być to cięższy orzech do przełknięcia, ale dzięki pięknym ilustracjom Marianny Sztymy i melodyjnym, choć prostym językiem Brzechwy, okaże się być lekturą do ogarnięcia.


Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Pan Kleks / Redakcja: Katarzyna Lajborek / Ilustracje: Marianna Sztyma / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-12962-8 / Ilość stron: 336 / Format: 195x254mm
Rok wydania: 2017 (Polska)

wtorek, 2 maja 2017

Książka #443: Złota różdżka, czyli bajki dla niegrzecznych dzieci, aut. Heinrich Hoffman

     Skończył się czas bajek dla dzieci, gdzie morały i wartości trzeba było doszukiwać się pomiędzy wierszami. Skończył się czas pozytywnego bajerowania, happy endów i głaskania dzieci po ich niegrzecznych główkach. Teraz do łask powracają wierszowanki-rymowanki, które dosadnie mówią dzieciom „Nie wolno!”. To nie jest książka z bajkami braci Grimm, to nie śmieszne historyjki Juliana Tuwima, to coś zupełnie niezwykłego- bajki skierowane do dzieci niegrzecznych lub kandydujących o to miano. Przyszedł czas na XIX-wiecznego niemieckiego pisarza, Heinricha Hoffmanna, który powraca dzięki serii wydawnictwa Egmont ART, wraz z najsłynniejszym tytułem „Złota różdżka”.
     Nie mogąc znaleźć idealnego prezentu dla swojego synka, lekarz psychiatra, postanowił stworzyć własną- pełną rozmaitych anegdot ubranych w rymy oraz kontrowersyjne rysunki, książkę. Temat tych wierszyków o wątpliwej urokliwości dotyczył jednego- posłuszeństwa! W dobie niesfornych dzieciaków, gdzie co trzecie terroryzuje dorosłych i nie do końca pojmuje różnice między dobrymi, i złymi uczynkami, mądrości spisane przez Heinricha Hoffmanna zawarte w tekstach dla synka wydają się być lekarstwem idealnym.
     Zamiast na okrągło, aż do znudzenia, powtarzać dziecku „Nie wolno! Nie ruszaj! Nie rób tak!”, zamiast wymyślać coraz to ciekawsze sposoby na tłumaczenie jakimi konsekwencjami skutkować może nieposłuszeństwo, zamiast łajać za każdy zły uczynek wystarczy poczytać mu książeczkę. I to nie taką kolorową, zabawną, gdzie musi się domyślać puenty, a rodzic znowu musi się wysilać na tłumaczeniu dziecku tego, co przecież jest oczywiste. Idealną propozycją dla dorosłych, rodziców nieokrzesanych i nieposłusznych dzieci staje się „Złota różdżka”. Dziecko nie przestaje bawić się rzeczami, które zagrażają jego bezpieczeństwu? Przykładowo... zapałkami? Wystarczy sięgnąć po pełną makabry i brutalnych opisów „Straszną historię o Hani i zapałkach”. Najmłodsi odmawiają zjedzenia posiłków? Trzeba im pokazać, czym może skutkować niejedzenie, na przykładzie „O Kacperku, który wzgardził zupą”. Zamiast bić dziecko za każdym razem, gdy zawini wystarczy pokazać, że jest taka opcja i wcale nie jest to żartem. Może wezmą sobie do własnych rozumków i serca nasze groźby, gdy przeczytamy im historyjkę „O Filipie, co się bujał”. Owszem, niektóre z tych opowieści są bardzo okrutne, opierając się na laniu pasem, odcinaniu paluchów, czy spalaniu malutkich ciałek, inne jednakże koncentrują się na mniej złowieszczych konsekwencjach. Uczą pokory wobec rodziców, tolerancji wobec rówieśników, czy życzliwości wobec istot żywych- nie tylko ludzi, ale również i zwierząt. Są to opowieści, które krytykują nie tylko ewidentne złe zachowania robiące krzywdy innym, ale też nieuwagę, czy brak higieny. Wszystko to za pomocą rymów, które pięknie rozbrzmiewają w ustach. Pomagają modulować głosem oddając charakter konkretnych opowieści, przez co możemy im nadać jeszcze więcej grozy, czy zaskoczenia. Tym też sposobem nauki płynące z tych krótkich wierszyków mogą jeszcze lepiej trafić do młodego odbiorcy.
Źródło: Egmont

     Najnowsze wydanie książki jest niezwykle zaskakujące! Króciutkie wierszyki rozrosły się do ponad 100 stron i to w naprawdę dużym formacie. Czcionka nie za duża, aczkolwiek bardzo czytelna- pomimo rozmaitej kolorystyki. Każda z historii ozdobiona niesamowitymi ilustracjami autorstwa Justyny Sokołowskiej. Zadziwiająco barwnymi, jak na publikację o takim charakterze. Zdecydowanie ciekawiej wyglądałyby makabryczne kontrasty, gdzie królowałaby czerń, szarości, krwawa czerwień i ognista żółć. Nie mniej, mogłoby to być zdecydowanie za dużo jak na dziecięce umysły, a przecież nie chodzi o przyprawienie najmłodszych o koszmary senne. Karty są sztywne, a rysunki nie zawierają zbyt wiele elementów. Kluczowe są tutaj kontury, wystarczające dla wzbudzenia niepokoju u dzieci. Bardzo to ekstrawaganckie, takie nowoczesne i jakże pokraczne. Super!
     Cudownym jest to, że ktoś postanowił odświeżyć stare opowieści autorstwa Heinricha Hoffmanna. W nowej, współczesnej aranżacji polskich pisarzy, a także przy współpracy z rewelacyjną ilustratorką, „Złota różdżka” ma szansę stać się przebojem na rynku wydawniczym. Z niekonwencjonalnym podejściem do wychowania dzieci, przepełniona makabrą i nieposłuszeństwem może zostać przydatnym, a przede wszystkim skutecznym narzędziem wychowawczym w rękach rodziców. Już nie trzeba posuwać się do kar cielesnych. Na pewno wystarczającym odkupieniem za przewinienie będzie konieczność zapoznania się z wybranym rymowanym wierszykiem, które pomoże zrozumieć jak tragicznie mogły skończyć się wygłupy malucha. A to, że jest pięknie wydana... to już mała zachęta dla rodziców, którzy dla zwykłej rozrywki sięgną po tę ARTystyczną propozycję.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

egmont.pl

Tytuł oryginalny: Der Struwwelpeter / Tłumaczenie: Anna Bieńkowska, Karolina Iwaszkiewicz, Zuzanna Naczyńska, Adam Pluszka, Michał Rusinek, Marcin Wróbel / Ilustracje: Justyna Sokołowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-281-2438-7 / Ilość stron: 112 / Format: 240x270mm
Rok wydania: 1845 (Świat), 2017 (Polska)

piątek, 24 lutego 2017

Książka #432: Śpiąca Królewna, aut. Gabriela Mistral


     Wydawnictwo Nasza Księgarnia przywołała na polski rynek wydawniczy niezwykłą serię, której celem jest przekazanie nowemu pokoleniu klasycznych, znanych wszystkim baśni, w zupełnie odmienionej wersji. Dlatego też odszukano publikacje znanej na całej świat chilijskiej poetki, laureatki literackiego Nobla, Gabrieli Mistral i zaangażowano do tłumaczenia urodzoną we Lwowie polską jej odpowiedniczkę. „Śpiąca Królewna” to już druga z cyklu książka, która tchnie nowe życie w klasyczną opowieść.
     Pewnego razu pewna królewna urodziła niezwykle urodziwą córeczkę. Radości nie było końca, a na chrzciny dziewczynki zjechały się najważniejsze głowy z całej krainy, w tym także siedem wróżek, które obdarzyło malutką najrozmaitszymi prezentami. Niestety, zapomniana czarownica rzuciła na nią straszliwą klątwę w wyniku, której ma zapaść w wieczny sen, a wraz z nią całe królestwo. Jedyne co będzie ją mogło zbudzić to miłość.
     „Śpiąca Królewna” to bardzo chętnie ekranizowana baśń. Przez tak wiele lat przeszła już całkowitą przemianę i ciężko teraz przywołać w swojej pamięci, która jest najbliższa oryginałowi. Gabriela Mistral ponownie zamienia znaną nam wersję prozą pisaną, w poetycki majstersztyk- momentami zrozumiały jedynie dla nielicznych. Zaczyna się niewinnie, tak jak to każda bajka opowiadana dzieciakom na dobranoc, od „Dawno, dawno temu...”. Nic nie zapowiada grozy, która ma nadejść- nic poza naszą osobistą znajomością tej historii. Zachowano wiele klasycznych jej elementów, więc wydaje się, jakby nic praktycznie się nie zmieniło- poza drobnymi detalami. Historia staje się o wiele bardziej barwna, bo jako, że za dzieło wzięła się kultowa poetka to nie może zabraknąć liryzmu i niesamowitych epitetów. Pełno jest tu porównań dość zwyczajnych- „I król zadrżał niczym źdźbło trawy”, a także tych bardziej niezwykłych - „zasnęła ta, co opowiada, jak kamień, który wypadł z ręki”. Najbardziej zaskakujące w tej historii jest wprowadzenie do fabuły wzmianki o postaci z zupełnie innej klasycznej baśni- „Kapturek obok lasu przeszedł, żegnając się- bo taki straszny”. Bardzo nietypowe w literaturze, jakby to powiedziano dziś- stworzenie jednego uniwersum dla znanych postaci. Aż ciekawość bierze, czy w kolejnych baśniowych tworach Mistral zastosowano ten sam środek.


Źródło: Nasza Księgarnia
     Obok niezwykłej poezji, która nadaje nowego charakteru „Śpiącej Królewnie” są jeszcze pierwszorzędne ilustracje stworzone przez Carmen Cardemil. Ich niezwykłość polega na braku wyrazistych linii. Rozmyte krawędzie i twarze postaci, a także niewyraźne spojrzenia wyglądają odrobinę groźnie. Taki niepowtarzalny efekt uzyskała poprzez połączenie różnych środków plastycznych- wymieszanie malowania akwarelami i tempery z kolażem. Piękne prace, które podkreślają charakter całej opowieści, a także samej lirycznej treści.
     W porównaniu „Czerwonego Kapturka” autorstwa Gabrieli Mistral „Śpiąca Królewna” wypada o wiele, wiele lepiej. Nie tylko jest mniej makabryczna, ale zdecydowanie bardziej barwna i wyrazista. Jej mocny charakter widać zarówno w bogato zdobionym tekście, jak i w niebanalnych ilustracjach, które zadowolą każdego. Oczywiście poetycki wydźwięk lektury może nie do końca podejść najmłodszym czytelnikom. W szczególności, że zawiera sporo niezrozumiałych dla nich słów, ale z pewnością będzie to niezapomniana atrakcja zarówno dla młodych, jak i starszych odbiorców. Ja na pewno wyczekiwać będę kolejnych tytułów z kolekcji.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


nk.com.pl

Tytuł oryginalny: La Bella Durmiente / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Carmen Cardemil / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13181-2 / Ilość stron: 32 / Format: 205x260mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

środa, 22 lutego 2017

Książka #431: Czerwony Kapturek, aut. Gabriela Mistral

     Klasyczną historię Czerwonego Kapturka utworzoną przed latami przez braci Grimm zna dziś chyba każdy. Jednakże to, co przed stu laty zrobiła z nią chilijska noblistka Gabriela Mistral z pewnością zaskoczy każdego. Dzięki polskiej poetce Krystynie Rodowskiej także i polscy czytelnicy mają możliwość zapoznania się z najlepszymi tekstami chilijskiej pisarki, a jednym z nich jest właśnie „Czerwony Kapturek”.
     Mała, blondwłosa dziewczynka w czerwonym płaszczyku wyrusza w samotną podróż przez mroczny las, aby dotrzeć do schorowanej babci, która czeka w swoim domu w wiosce nieopodal. Na dziewczynkę czyha wiele niebezpieczeństw, w tym także straszny Pan Wilk, który jest głodny jak nigdy dotąd.
     Opowieści tej nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy zna ją chociażby ze szkoły podstawowej, gdzie wspólnie z nauczycielem i kolegami z klasy czytało się klasyczne bajki. Te oczywiście unowocześnione i zawsze ze szczęśliwymi zakończeniami, bo przecież nie należy straszyć małych dzieci scenami niczym z najgorszych koszmarów. W przypadku „Czerwonego Kapturka” w wersji Gabrieli Mistral jest zupełnie odwrotnie. Nie uległa ona naciskom społeczeństwa i zainspirowana pierwotną wersją tej klasycznej opowieści, wprowadziła brutalność, ale przede wszystkim realizm. Ponadto zachowała jej wierszowany charakter, gdzie utrzymuje rym zwany aleksandrynem, czyli opierającego się na czternastu sylabach. Jednakże to co najbardziej intryguje to stosowanego porównania, bardzo kwieciste- „serduszko miękkie niczym miodu plaster”, i momentami dość makabryczne- „drobne ciało tak miękkie jak runo owieczki”. W oryginalnej wersji Mistral aż roi się od archaizmów. W polskim przekładzie tego nie ma, co z jednej strony jest zrozumiałe, ale z drugiej dość zaskakujące.
     Czy taka lektura ma szansę spodobać się najmłodszym? Z jednej strony dobrze, że zachowano jej pierwotny charakter- rymy i tragiczny finał, ale z drugiej nie wydaje się być to odpowiednie dla dziecka, które dopiero zapoznaje się ze światem i literaturą. Najbardziej zaskakujące jest tutaj to, że całą wierszowaną opowieść nie czuć żadnej większej grozy- oczywiście, o ile nie patrzy się na rysunki. I wtedy ni stąd ni zowąd pojawia się przerażająca scena końcowa, która okazuje się być faktycznie końcem. Nie ma reszty historii stworzonej przez Grimmów, to jest już koniec kropka. Można tutaj chwalić za odwagę, za prezentowanie świata takim jaki jest, bez zbędnego słodzenia. Pokazuje się tutaj wilka jako zwierzę groźne, na widok którego powinno się uciekać jak najdalej, a nie wdawać w zbędne pogaduszki (o ile faktycznie wilki mogłoby mówić). Uczy to pewnej przezorności, ale z drugiej strony szufladkuje postaci mroczne, co do końca nie jest też najlepszym pomysłem.


Źródło: Nasza Księgarnia
     Można rozprawiać również i nad pracami Palomy Valdivia. Są to ilustracje naprawdę niesamowite. Talentu odmówić nie można tej artystce. Kolory są wyraziste, a kreska równie przerażająca, jak cała opowieść. Idealnie więc komponuje się z rymami poetki, może nawet za bardzo! Nie jest to chyba najlepszy wybór dla najmłodszych czytelników, choć z pewnością rysunki zaintrygują każdego.
     „Czerwony Kapturek”, w wizji Gabrieli Mistral, jest zdecydowanie za bardzo kontrowersyjny. Z pewnością podzieli czytelników na tych chcących chronić swoje dzieci przed makabrą rysunkową i słowną w tej wersji historii, oraz tych zachwycających się nad stylistyką każdego użytego koloru oraz postaci i pragnących czegoś więcej dla swoich pociech, pragnących pokazać im prawdziwy świat i literaturę. Ta opowieść zdecydowanie jest niepowtarzalna, z pewnością dostarcza wielu emocji, a także zachwyca swoim wyglądem. Jednakże strach pomyśleć jakie maluchy będą mieć koszmary senne po takiej lekturze.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Caperucita Roja / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Paloma Valdivia / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13179-9 / Ilość stron: 32 / Format: 205x260mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

poniedziałek, 20 lutego 2017

Książka #430: Przygody dzieci z ulicy Awanturników, aut. Astrid Lindgren

      Astrid Lindgren to szwedzka pisarka, którą poznajemy w pierwszych latach naszego dzieciństwa. Cały świat uwielbia ją za “Pippi Pończoszankę”, a polskie dzieci w pierwszej kolejności za “Dzieci z Bullerbyn”. Na tej książce wychowało się wielu z nas. Aktualnie na półkach polskich księgarni znaleźć można kolejną porcję wrażeń dostarczanych przez małą Lottę w zbiorze “Przygody dzieci z ulicy Awanturników”.
     Przy ulicy Awanturników mieszka duża rodzina Nymanów a w niej trójka niesfornych urwisów - Jonas, Mia Maria i malutka Lotta. To właśnie najmłodsza z rodzeństwa przysparza sporo problemów, ale daje też powody do radości. Razem z bratem i siostrą wymyślają coraz to ciekawsze sposoby na wspólne spędzanie czasu i zabawy, które urozmaicają ich dzieciństwo.
     “Przygody dzieci z ulicy Awanturników” to w rzeczywistości mikrozbiór dwóch króciutkich książeczek dla dzieci. Składają się na niego “Dzieci z ulicy Awanturników” i “Lotta z ulicy Awanturników”. Podczas gdy pierwsza część skupia się na wspólnych wygłupach trójki rodzeństwa, druga daje koncentruje się już tylko na małej Lotcie. Dzieciaki Nymanów prezentują typowy schemat wielodzietnej rodziny i problemy jakie z tego wynikają. To nie tylko rozgardiasz, który pozostaje w pokoju po wspólnych zabawach w doktora, czy pieczeniu pierniczków, ale również problem bycia najmłodszym dzieckiem, które nie raz wyśmiewane jest przez starsze rodzeństwo. Łatwo dostrzec tu i problemy rodziców z ogarnięciem takiej niesfornej gromadki dzieci, chociażby podczas wspólnych wojaży takimi środkami lokomocji jak pociąg, gdzie z łatwością można się zgubić. Wśród tych historyjek nie zabraknie takich, które wywołają uśmiech, ani takich które zasmucą i zmuszą do refleksji. Wtedy, razem z małą Lottą, docenimy wartość rodziny i zrozumiemy co jest ważne. Z drugiej strony znajdą tu się i takie opowieści, które są jedynie opowieściami nic niewnoszącymi do życia, czy wychowania. Stanowią nic nieznaczącą rozrywkę związaną z byciem dzieckiem.
     Dwie różne książki w jednej i dwa różne spojrzenia na świat. Pierwsza, “Dzieci z ulicy Awanturników”, koncentruje się na poczynaniach trójki dzieci, ze szczególnym spojrzeniem na najmłodszą z nich. Wszystko to z perspektywy starszej siostry- Mia Marii. Każde opowiadanie to zupełnie nowa historia, nie będąca kontynuacją poprzedniej. Z kolei druga, “Lotta z ulicy Awanturników”, to zupełnie coś innego. Napisana z punktu widzenia postronnego obserwatora, którego uwaga koncentruje się na małej dziewczynce. Dobrze ukazując jej niechęć do białego sweterka, ale też towarzysząc w trakcie najważniejszej decyzji w jej życiu. Tutaj konkretne rozdziały to niby historie mogące stanowić samodzielną całość, ale w sumie tworzą opowieść mającą ręce i nogi. Ciekawe jest takie zróżnicowanie w jednej książce, choć dla niektórych może być to mylące.
     “Przygody dzieci z ulicy Awanturników” to niesamowicie proste opowieści napisane bardzo prostym językiem, którym jedno dziecko zwraca się do drugiego, tak aby zostało zrozumiane. Historyjki interesujące choć niektóre w ogóle nie przykuwają uwagi. Zdecydowanie za mało w nich niefrasobliwości dzieci i ich nieprzewidywalności. Zupełnie tak, jakby rodzeństwo Nymanów nie sprawiało większych problemów. Przyjemnie się czyta, bardzo szybko, ale gdy dla małego dziecka będzie to wystarczająca rozrywka, to dorosły czytelnik będzie czuł ogromny niedosyt.
Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Barnen på Bråkmakargatan. Lotta på Bråkmakargatan / Tłumaczenie: Maria Olszewska, Anna Węgleńska / Ilustracje: Ilon Wikland / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13118-8 / Ilość stron: 160 / Format: 165x215mm
Rok wydania: 1957, 1958 (Świat) 2017 (Polska)