NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2019

Książka #497: Świat obok świata, aut. Liz Braswell

 „Małej Syrence” na opak, to tom „Mrocznej baśni”, który ukazał się jako drugi na polskim rynku wydawniczym. Szkoda, że przygodę z tą serią zaczęłam od „Dawno, dawno temu... we śnie”, bo książka odrobinę zniechęciła mnie to do dalszych lektur. Nie mniej, miesiąc później i: „BAM!”, wciągnęłam się bez reszty. Zawsze byłam sympatykiem Ariel i jej ziemsko-morskich przygód, dlatego z łatwością przyjęłam wygraną Vanessy i z pewnym zaciekawieniem spoglądałam na świat, w którym to królewska syrenka nie zdobywa księcia.
   Opowieść o

    Może i jestem brutalna, może nawet jestem sadystką, ale czy może być coś ciekawszego niż szczęśliwe zakończenia dla złoczyńców? Wszyscy pamiętają okrutną wiedźmę morską, która dała syrence nogi i trzy dni na rozkochanie w sobie księcia. Disney zaserwował Arielce szczęśliwe zakończenie pod postacią pokonanej wiedźmy, nóg i oczywiście przystojnego księcia za męża. Klasyka nie była aż taka łaskawa. Z kolei Liz Braswell bardziej skłania się ku tej drugiej opcji i postanawia zaserwować syrence przegraną, zabierając jej przy tym głos, księcia, no i ojca. Syrenka zostaje królową wśród syrenich pobratymców, ale gdy pojawia się cień nadziei, że jej ojciec żyje nie waha się na nowo stawić czoła Urszuli, znanej w lądowym świecie jako Vanessa.

     Oj, co to była za opowieść! Tak samo fascynująca, jak disneyowski pierwowzór. Zastajemy Ariel w bardzo ciężkiej sytuacji. Jej ojciec, król Tryton, został uznany za zmarłego, więc to ona musiała zasiąść na tronie. Książę Eryk przegrał walkę z Vanessą więc ta rzuciła urok na wszystkich, całkowicie pozwalając im zapomnieć u czerwonowłosej syrence, a z siebie robiąc jego małżonkę księcia. Ariel musi zatem bezgłośnie walczyć o dobro swojego królestwa, a może też i lądowego świata? Historia jak z koszmaru? Prawie, bo w sumie można to traktować niemalże tak, jakby to wyglądało w rzeczywistym świecie, gdzie nie zawsze wygrywa dobro, a złoczyńcy nie dostają zasłużonej kary i życie toczy się dalej. Historia ta pozbawiona jest większych melodramatów, natomiast nie brak jej grozy, w szczególności, gdy na jaw wychodzą prawdziwe zamiary Urszuli. Szczęśliwie (lub też nieszczęśliwie) dość szybko nadciąga nowa nadzieja i już wiemy, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Tak, bardzo ciężkie było to do przewidzenia. Przecież ostatecznie, w baśniach, dobro zawsze musi zwyciężyć.

     Nie ma tutaj większych objawień, choć fajnie, że przemyca się odrobinę tematu „na czasie” dbania o środowisko zarówno lądowe, jak i wodne. Trochę, jak w najnowszym „Aquamanie”. W pewnym momencie ma miejsce naprawdę epicka scena, którą zobaczyłam oczami widza na sali kinowej i wydaje mi się, że mógłby być z tego niezły film katastroficzny, a o tej scenie gadaliby naprawdę wszyscy. Reszta to natomiast takie przepychanie się, budowanie strategii, która opiera się zasadniczo na jednym durnym pomyśle, który w każdej chwili może polecieć na łeb, na szyję.

       Cudownie jest spotkać się ze starymi postaciami, które odrobinę się postarzały. Arielka i Eryk nie są już tymi samymi ludźmi sprzed lat. Niosą dodatkowy bagaż, choć mam wrażenie, że wewnętrznie pozostało w nich coś z przeszłości. Vanessa budzi odrobinę więcej podziwu, ale przede wszystkim przerażenia. Dość interesujący jest udział służby, która miała okazję przed laty pomóc dostosować się syrence do ludzkich obyczajów. Kto mówi, że teraz nie może być równie pomocna. Z drugiej strony jest też i pewna postać, którą bardzo ciężko rozgryźć. Niby służąca wiedźmy, niby konspiratorka o nieprzeniknionej sympatii Ariel. Trochę ona niepokojąca i wygląda na to, jakoby miało się kontynuować jej wątek gdzieś, kiedyś.

     Seria „Mroczna baśń” całkowicie mnie do siebie przekonuje. Uwielbiam ten zamysł na zwycięstwa złoczyńców i pochowanych po kątach bohaterów. „Świat obok świata” odebrałam o wiele lepiej niżeli „Dawno, dawno temu... we śnie”. Winę zrzucam nie na samą autorkę, ale na historię bazową. Syrenka zawsze bardziej mi odpowiadała niż Śpiąca Królewna. O dziwo, to co spotyka nową Ariel jest bardzo porywające i o wiele bardziej przyswajalne. Mamy trochę morza, trochę lądu, trochę zła, trochę dobra. Tutaj choć odrobinę próbuje się poznać przyczyny problemów, dlaczego w zasadzie Urszula stała się wiedźmą morską. Nie sprawia to jednak, że historia jest mniej makabryczna i w żaden sposób nie usprawiedliwia to naszej wiedźmy, ale o dziwo dobrze się to czyta i odzyskuje się nadzieję w stare dobre baśnie. Polecam sympatykom Disneya i baśni!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Part of Your World / Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / Ilość stron: 416 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2018 (Świat)

sobota, 27 kwietnia 2019

Książka #496: Dawno, dawno temu... we śnie, aut. Liz Braswell

    Baśnie to jeden z tych nielicznych tworów literackich, które zna chyba każdy. W oryginalnej, disneyowskiej, czy filmowej wersji budzi zainteresowanie wśród najmłodszych i najstarszych odbiorców. Ostatnimi czasy popularne stają się opowieści na opak, ujmowane z perspektywy antagonistów, ukazujących ich w zupełnie innym świetle. Jak bowiem wyglądałyby losy królewien i książąt, gdyby ziścił się plan Rumpelstiltskina z „Once Upon a Time” i złoczyńcy dostaliby swoje „szczęśliwe” zakończenia? Liz Braswell rozpoczyna serię „Mroczna baśń”, gdzie biorąc pod lupę dobrze znane nam opowieści sprawia, że losy bohaterów nie kończą się na ślubie i magicznych, ożywiających pocałunkach. 

     Pierwszą z pokręconych baśni, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, dzięki Egmontowi, jest przeróbka „Śpiącej Królewny”. Losy Diaboliny, Aurory i księcia Filipa znane są wszystkim. Klątwa, miłość, wrzeciono, ukłucie, sen, książę, pokonanie wroga, pocałunek „prawdziwej miłości” i „Żyli długo i szczęśliwie”. Wróć... a gdyby tak zabicie Diaboliny nie pomogło, a pocałunek zamiast wybudzić Aurorę uśpiłoby dodatkowo księcia Filipa? Brzmi koszmarnie, ale kto powiedział, że dobro zawsze musi wygrywać. Teraz bohaterowie będą musieli przejść świat snów rządzony przez resztki duszy wiedźmy, aby zmierzyć się ze swoimi koszmarami i raz na zawsze pokonać wroga.

     Oryginalny tytuł powieści od razu wskazuje baśń, którą wzięto na warsztat. „Once Upon a Dream” to nic innego jak tytuł świetnej piosenki prosto z filmu Disneya „Śpiąca Królewna”. Z drugiej zaś strony sen jest chyba najbardziej popularnym atrybutem tej historii, poza oczywiście wrzecionem. Ta opowieść nigdy nie należała do moich ulubionych, miała w sobie tę nutę, która wprawiała mnie w psychiczny dyskomfort. Dyskomfort ten urósł z małego leminga, do gigantycznego T-Rexa przybierając formę powieści Liz Braswell. Zdecydowanie nie pomogło mi to w odbiorze, a wręcz mocno przemęczyłam się z wątkami wyciągniętymi prosto z horroru. Gdyby tak przerobić tę wersję na film, z pewnością pełny byłby grozy, gotyckiego surowego klimatu, no i oczywiście makabrycznych istot. Tak to bowiem wyglądało w mojej głowie podczas lektury. Nie wzbudzało to tyle przerażenia, co bardziej niepokój. W szczególności, że to przecież świat snu, w którym wydarzyć może się wszystko. Ten nietypowy nastrój uczynił książkę odrobinę zbyt ciężką, która wyposażona jest w bardzo obrazowe opisy, czego Liz Braswell nigdy nie można było zarzucić. Dla wszystkich, którzy lubią przeciągające się budowanie klimatu i otoczenia będzie to prawdziwa przyjemność. Dla mnie, miłośniczki mocnych wrażeń i konkretnej akcji- było raczej ciężkostrawną przeprawą.

     Natomiast rewelacją jest sam pomysł na opowieść. Wielu tworzyło historie po „szczęśliwym zakończeniu”, ale niewielu uderzało w najbardziej newralgiczne punkty, najbardziej wątpliwe elementy, wychodząc poza utarte schematy. Trzeba przyznać, że Liz Braswell dobitnie pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, a to zauroczenie do którego wówczas dochodzi często jest bardzo złudne. Często podążamy za nim ślepo, nie próbując nawet przyjąć do wiadomości prawdy o drugim człowieku. Później natomiast jesteśmy rozczarowani, że ten ktoś wydaje się być zupełnie inną osobą niż ta, w której się zakochaliśmy. W końcu Aurora, to nie tylko roztańczona śpiewaczka leśna, która powinna zająć się zawodowo utrzymywaniem równowagi podczas wirowania wraz z ptaszkami, ale przede wszystkim porzucona młoda kobieta, zagubiona pośród drzew królewna, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca w otaczającym ją świecie.

     Senna wersja klasycznej opowieści jest dość... demoniczna, można by rzec. Dużo tutaj pokracznych istot, które raczej sympatii nie wzbudzają, dużo smutku, cierni i mroku. Krew się leje, jest brutalnie, no ale w końcu jest to świat rządzony przez Diabolinę. Imię zobowiązuje! Innymi słowy opowieści z punktu widzenia tych mrocznych bohaterów nie należą do najbardziej rozśpiewanych i kolorowych. Ptaszki nie ćwierkają radośnie, a pocałunki „prawdziwej miłości” nie działają. Czy można sobie wyobrazić większy koszmar senny? No chyba tylko taki, gdy jesteś świadom, że śnisz taką makabrę i nie potrafisz się wybudzić, aby zakończyć to, co mordowało cię od środka od wielu lat... Czy mnie to przekonuje? Z pewnością jest to coś nowego, coś co zostało fajnie opowiedziane i jest względnie spójne. Natomiast moje osobiste wrażenia wciąż pozostają dla mnie nieodgadnione, gdyż jak zawsze w takich przypadkach podczas lektury toczy się we mnie wewnętrzna walka na śmierć i życie- fascynacji ze śmiertelnym znużeniem. A może, po prostu, wyrosłam już z takich bajek?

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Once Upon a Dream / Tłumaczenie: Dorota Radzimińska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-281-3146-0 / Ilość stron: 392 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2016 (Polska) 2019 (Świat)

środa, 12 września 2018

Książka #485: Everlife. Wieczne życie, aut. Gena Showalter


     Niektóre książki zaczynają się kiepsko, ale w miarę jak akcja się rozkręca coraz bardziej zaczynamy się wciągać w historię. Część z nich utrzymuje dobry poziom do samego końca, nawet wielotomowej opowieści, a u innych siada to już w połowie drogi. Seria „Everlife” ma swoje lepsze i gorsze chwile. Ze względu na tematykę ciężko wystawić jednoznaczną opinię, bo do każdego dociera co innego. Jako młodzieżówka sprawdza się wyśmienicie, jednakże jako zwykła opowieść trochę traci na swoje mocy u finału.

     Tenley i Killian mogą wreszcie cieszyć się sobą. Nie jest to jednak pełnia szczęścia biorąc pod uwagę to z czym przyjdzie im się wkrótce zmierzyć. Ich świat może zostać zasłonięty przez cienie, które na zawsze odbiorą światło temu co dobre. Przed nimi bardzo wiele wyzwań, które mogą odmienić nie tylko ich wieczne życie, ale również wszystkich których poznali i pokochali. Wielka wojna o dusze, życia i śmierć nadchodzi, i tylko od nich zależy, po której stronie staną.

     W obliczu ostatnich życiowych wydarzeń prawdziwym wyzwaniem było mi zmierzyć się z tą powieścią. Ciężko było czytać o śmierci i życiu wiecznym, gdy dotyka cię osobista tragedia. W odbiorze nie pomagało również tempo historii, które niemożliwie się wlekło i zwyczajnie nie pozwalało zaangażować się w całą opowieść. Dopiero nikłe wspomnienie poprzednich tomów pomogło się zmobilizować i dostrzec pozytywy także w tej powieści.

    Nie ma nic bardziej irytującego niż powtarzające się schematy, tworzące akcje, które nie chcą się skończyć. Czytając „Everlife” bardzo często ma się wrażenie, że „to już było” i to nie tylko z powodu przywoływania przez autorkę wątków z przeszłości, dla odświeżenia wiadomości czytelnika. Młodzi znowu przeżywali kryzys, znowu musieli sobie zaufać, pomimo tego, że każde z nich grało w inną grę. Znowu toczyła się walka o dusze, trzeba przyznać, że ci Miriadczycy są mega wytrwali w dążeniu do celu- nie dają za wygraną, niestety. Stało się to dość męczące i rozbrajające zarazem, że taka żądza władzy może doprowadzić do takich a nie innych, dramatycznych wydarzeń. Nie ma również nic bardziej denerwującego, gdy opłakujesz jakąś postać, wręcz topisz się we własnych łzach, a potem okazuje się, że twoja męka była nadaremna, bo oto jak za pomocą magicznej różdżki powraca on do życia! Prawie jak powrót zombie, tyle, że duchowy. Można tutaj znaleźć pewne powiązania między „Everlife” a „Alicją...”. Finał jest zatem najbardziej ckliwy we wszechświecie. Okropność.

     Na szczęście frustracja powrotami do ludzi i wydarzeń zostaje odrobinę zrównana z narastającą fascynacją w trakcie dalszej lektury. Kiedy już dochodzi do konkretnej akcji, to naprawdę jest się w czym zaczytywać, a akcja toczy się tak prędko, tak bardzo nas rozochocając, że mamy ochotę przekartkowywać powieść, jak na turbodopalaczu. Wszelkie sceny walki sprawiają, że serce nam pęka. Zawsze musi wydarzyć się coś nie po naszej myśli, a jak to zazwyczaj bywa podczas wojen trup ściele się gęsto. Nie brak tutaj poświęcenia, bo przecież wiadomo, że dla osoby, którą się kocha zrobi się wszystko. Innych bohaterów cechuje za to zawziętość, gdy już raz sobie coś postanowią to nie ma szans na odciągnięcie ich od tego zamysłu. Tym sposobem dochodzi do kilku zwrotów akcji, które mocno zaskakują, wręcz szokują. Aż dziwne, że niektórych ciąg zdarzeń mógł mieć taki finał.

     Nie mogę powiedzieć, że książka mnie zawiodła. Faktem jest jednak, że daleko mi do zadowolenia z powodu tego co przeczytałam. Nie tak wyobrażałam sobie zakończenie tej opowieści. Zupełnie jakby nic się nie wydarzyło, a obawiam się, że jedynym morałem z tej całej historii jest możliwie najbanalniejszy i najbardziej naiwny z morałów- miłość zwycięży wszystko. Dosłownie wszystko! Wszystko! „Everlife” okazało się być bardziej ckliwe niż ktokolwiek mógłby przypuszczać, choć w sumie finał ma za zadanie zasłodzić nas na amen po tych dramatycznych wydarzeniach, w których towarzyszyliśmy bohaterom przez większość powieści. Wybór tego tytułu Showalter popieram z uwagi na tematykę, którą porusza, choć nie do końca za budowę tej historii.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa HarperCollins !
Tytuł oryginalny: Everlife / Tłumaczenie: Jacek Żuławnik / Wydawca: HarperCollins polska / Gatunek: fantasy, młodzieżowe / ISBN 978-83-276-3741-3 / Ilość stron: 463 / Format: 146x218mm
 Rok wydania: 2018

czwartek, 29 marca 2018

1246. Thor: Ragnarok, reż Taika Waititi

     Zbliża się wojna ostateczna, wojna ponad podziałami, wojna gdzie będą ginąć ulubieńcy, a znienawidzeni będą na szczycie. Zanim to jednak nastąpi możemy nacieszyć oczy przepięknym Ragnarokiem, w którym to Thor odegra kluczową rolę. Za najnowszy film o asgardzkich poczynaniach boga piorunów wziął się sam Taika Waititi, który udowodnił już nie raz, że dysponuje ponadprzeciętnym poczuciem humoru. Nie powinno nas więc dziwić, i nie dziwi oczywiście, że stworzył taki zaskakujący film, w którym magia, apokalipsa i humor łączą się z dźwiękami elektronicznymi muzyki z lat 80tych. Uwaga, oto nadciąga wyjątek od superbohaterskiej reguły, a na imię mu „Thor: Ragnarok”!
Źródło: Galapagos Films

     Thor (Chris Hemsworth) wraca do Asgardu po kolejnej niebezpiecznej misji. To co zastaje na miejscu przechodzi jego najśmielsze pojęcia- jego ojciec (Anthony Hopkins) wprowadza całkowicie beztroski tryb życia, ciesząc swoich podwładnych teatralnym hołdem dla jego syna- Lokiego (Tom Hidlestone). Bóg piorunów od razu demaskuje Lokiego, zmuszając go do zabrania go w miejsce przebywania ich ojca- na Ziemię. Docierają jednak za późno, a wraz z odejściem staruszka nadchodzi coś złowieszczego- ich wygnania siostra imieniem Hela (Cate Blanchett), która królowała obok ich ojca zanim jeszcze się urodzili. Teraz domaga się zadośćuczynienia- tronu i podległości wszystkich światów.

     Nic tak nie cieszy serca geeka, jak udany film z jego ulubionej kuźni. Stwierdzając, że „Thor: Ragnarok” to film rewelacyjny, nie będziemy musieli doszukiwać się przesady. To rzeczywiście jeden z najlepszych filmów od Marvela ostatnich lat, dorównywać mogą mu jedynie „Strażnicy Galaktyki”- niestety. To zdecydowanie inny rodzaj filmu niż dotychczas nam prezentowano. To zupełnie inny gatunek Thora! Nie jest tak lukrowo jak dotychczas, nie jest tak jaskrawo, jak dotychczas. Taika Waititi pokazuje całkowicie odmienione oblicze boga piorunów, a jak wiemy ma ich bardzo wiele- to jednak najlepiej podeszło pod preferencje fanów, gdyż film zbiera znakomite opinie w sieci. Może to za sprawą świetnej akcji, może za sprawą rewelacyjnych postaci, a może to po prostu przez uderzenie w nostalgiczne punkty widzów, którzy z sentymentem spoglądają wstecz do lat 80tych.
Źródło: Galapagos Films

      Fabuła nie należy do specjalnie banalnych, choć w zasadzie ciężko o bardziej okrojony wątek niż wywlekanie na wierzch sekretów rodzinnych i ponowne przywoływanie wygnanych postaci. W końcu w czym bogowie nordyccy są lepsi od zwykłych śmiertelników? Też mogą mieć podobne problemy. Poza tym jest to całkiem spory misz-masz lokalizacyjny i tematyczny. Trochę tutaj o gladiatorach i walkach na arenie, trochę o przetrwaniu w straszliwej nędzy. Za chwilę pojawia się motyw ambicji, a także walki z demonami przeszłości. Wszystko po to, aby powrócić do Asgardu i... nie da się tego zdania skończyć bez spoilerów. Panuje tutaj lekki chaos, ale na szczęście ma jakieś sensowne podwaliny, które spajają wszystko w całość. Tym fundamentem jest ratowanie świata przed Helą, a ta- jak pokazuje, nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel. Tym samym dzięki niej przeżywać będziemy mikrozawały, chwile rozpaczy (no bo przecież... jak to?!), ale też niezapomnianych efektów. Hela porządnie miesza w historii, a trzeba przyznać, że Cate Blanchett w tej roli spełnia się idealnie. Jest bezwzględna, ale niesamowicie piękna.

Jednakże nowy „Thor” to tak naprawdę ciągła rozrywka, nie ma co się tutaj doszukiwać większej głębi. Nafaszerowany licznymi gagami i humorem sytuacyjnym sprawia, że widz bardzo dobrze się bawi. Niestety, momentami niektóre żarty wydają się nie na miejscu, inne wypadają dość nienaturalnie i choć z uśmiechem przyjmujemy komentarz Korga odnośnie relacji Thor-Mjolnir, tak ten odnośnie Surtura w Asgardzie niekoniecznie. Wszyscy jednak zgodnie śmieją się podczas wizyty Thora u Surtura, przedstawienia w Asgardzie, sztuczki Thora i Lokiego z kategorii „Ratunku!”, no i oczywiście z genialnych, choć odrobinę odchylniętych postaci Korga i Grandmastera. Starzy wyjadacze również nie szczędzą nam chwili radości.
Źródło: Galapagos Films

Genialnym jest pojawienie się tutaj zupełnie innego superherosa, Avengera i nie mówię tutaj jedynie o Hulku- choć jego rola jest o wiele bardziej znacząca niż można by oczekiwać (scena z nalotem na psa... śmiać się można przez pięć minut, a potem jeszcze kolejne na każde wspomnienie o tym upadku!). Cudownie patrzy się na pogłębiającą się relację „najmocniejszego z Avengerów” z blondaskiem, choć nie tak bardzo głęboką i wyjątkową więź jaką miał Thor z Mjolnirem (jak to zauważyła postać Korga). Całkiem odświeżającym było zobaczenie w filmie Doktora Strange, któremu raczej nie po drodze do świata Asgardczyków, a tu proszę- dostarczył całej gamy rozrywki dla widza, a także ponadprzeciętnych wrażeń Lokiemu.

     Nie da się nie oceniać filmu Marvela bez komentarza odnośnie warstwy wizualnej, a nie ma co- efekciarstwo tutaj mamy pierwszorzędne. Wszystko bardzo realistyczne, dopracowane w najmniejszych szczegółach, a te dotyczące samego Ragnaroku wzbudzają ogromny zachwyt. Nic jednak nie przebija tych wyjątkowych ujęć, gdzie zobaczyć można starcia Heli z Walkiriami. To się nazywa idealne wykorzystanie slow-motion, a do tego ta animacja... pięknie i opływowo. Sakaar to zupełnie inna para kaloszy. Wszędzie walają się śmieci- przynajmniej w tej superbiednej części planety, natomiast ta należąca do elity- wygląda całkiem kolorowo i sympatycznie- wiadomo, kontrast musi być dla wyłapania szerszego kontekstu. Wszystko ma taki retro styl. Do tego idealnie pasuje muzyczka elektroniczna prosto z lat 80tych. Aż noga sama chodzi na dźwięki kompozycji Marka Mothersbaugha. Świetnie się to komponuje- znowu na zasadzie kontrastów, bo gdzie do takiego kosmicznego filmu, tak bardzo przyziemna muzyka. A jednak się sprawdza! Łatwo można to powiązać ze „Strażnikami Galaktyki” i to pewnie dlatego są to jedne z najbardziej wyjątkowych i niebanalnych filmów kuźni Marvela. 
Źródło: Galapagos Films

     Z każdym kolejnym filmem Marvela uważamy, że jest lepszy od poprzedniego. Jednakże w serii o Thorze jest to teza potwierdzona, bo każdy kolejny, osobny jego film jest lepszy od poprzedniego. Taika Waititi wprowadził sporo zmian wraz z „Thor: Ragnarok”. Nie dość, że całkowicie odmienił wizerunek filmu, to w dodatku przeprowadził metamorfozę tytułowej postaci. Swoje macki maczał w tym sam Stan Lee, który musi pojawić się oczywiście w każdej marvelowej produkcji. Z pewnością jest to bardzo efektowny obraz. Bardzo dużo się tu dzieje i dzieje się naprawdę pięknie. Aż łezka kręci się w oku na wspomnienie tych zjawiskowych zdjęć i stylizacji. Waititi przemyca do scenariusza odrobinę swojego poczucia humoru- lekkiego, odświeżającego, na tyle, że każdy będzie się dobrze bawił. Produkcja nie zagwarantuje nam wycieczek emocjonalnych i sesji terapeutycznych, ale wprowadzenie rozmaitych i bardzo ciekawych postaci, i wrzucenie ich w wir niezwykłych wydarzeń wzbudza sporo fascynacji. Nie ma czasu na nudę, jest za to czas na zabawę!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Thor: Ragnarok” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Thor: Ragnarok / Reżyseria: Taika Waititi / Scenariusz: Craig Kyle, Christopher Yost, Eric Pearson / Zdjęcia: Javier Aguirreasarobe / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Obsada: Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Cate Blanchett, Anthony Hopkins, Idris Elba, Jeff Goldblum, Tessa Thompson, Karl Urban, Mark Ruffalo, Benedict Cumberbatch / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Premiera: 10 października 2017 (Świat) 25 października 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 marca 2017 

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

czwartek, 21 grudnia 2017

1243. Za niebieskimi drzwiami, reż. Mariusz Palej

     Dobrego fantasy w polskiej kinematografii nie było od lat. Można wspominać „Starą baśń”, „Wiedźmina”, czy „Przyjaciela wesołego diabła”, które nie grzeszyły efektownością, ale coś ze sobą niosły. O dziwo, większość to ekranizacje powieści i nie inaczej jest w przypadku „Za niebieskimi drzwiami”. Produkcja w reżyserii debiutującego Mariusza Paleja, to nic innego jak adaptacja bestsellerowej powieści Marcina Szczygielskiego. Tak bestsellerowej, że niektórzy usłyszeli o niej dopiero na etapie powstania filmu.
Źródło: Galapagos Films
     Młody chłopak imieniem Łukasz (Dominik Kowalczyk) wyjeżdża z mamą (Magdalena Nieć) na upragnione wakacje. Podczas podróży ulegają wypadkowi, na skutek którego trafiają do szpitala. Mama ani myśli się budzić, natomiast jej ukochany syn wiernie trwa przy jej boku. Tak jednak nie może dłużej być i chłopiec trafia pod opiekę swojej ciotki- Agaty (Ewa Błaszczyk). Jego tymczasowym domem staje się ogromna rezydencja i mały pokój z niebieskimi drzwiami. Na skutek jednej z awantur poznaje drugie oblicze drzwi, dowiaduje się, że prowadzą do zupełnie innego świata- świata jak ze snów. Gdzieś pomiędzy wylegiwaniem się wśród kolorowych traw i rozmowami z gadającym ptaszyskiem, trafia na przerażającego potwora, który nie cofnie się przed niczym, aby dostać się do rzeczywistego świata.
     Jak to zwykle bywa przy produkcjach polskich, mocno sceptycznie podchodziłam do seansu. Do tej pory uważałam, że najlepiej wychodzą nam dramaty, a teraz okazuje się, że fantasy i przygodówki też są niczego sobie. „Za niebieskimi drzwiami” to dość nieklasyfikowalny twór, który jest ni to horrorem, ni to filmem fantasy, ni to dramatem. To produkcja z pogranicza snów i rzeczywistości, gdzie dorosłość dobija się za pomocą pięści do niebieskich drzwi naszej wyobraźni.
Źródło: Galapagos Films
Historia zaczyna się w zupełnie nieoczekiwany sposób, który od razu uzmysławia, że będzie to coś zupełnie innego niż dotychczas oglądaliśmy. Okazuje się być to całkiem dobrym obrazem dramatycznym, gdzie pokazuje się trudy dorastania, nawiązywania więzi z rówieśnikami, gdzie w tle przewija się rodzinny dramat. Cóż więc zrobić w takiej sytuacji? To samo co robi każdy, ucieka przed problemami za niebieskie drzwi. Tam może marzyć do woli i nie ponosić żadnych konsekwencji. Ale nawet zza tych niebieskich drzwi czasem coś przenika do naszej rzeczywistości, co niesie za sobą sporą dozę wiedzy, nauki na całe życie. Obok tego ukazuje się niesamowitą więź matki z dzieckiem, którzy są sobie szczególnie bliscy, bo mają jedynie siebie. Nie ma nic bardziej rozczulającego niż to, jaka tragedia ich dotyka. Łamie serce. Na szczęście rodzą się też nowe przyjaźnie. Zbudowane na makabrze, którą do tej pory dostrzegaliśmy w produkcjach typu „Stranger Things”. Świat „do góry nogami” nabiera tu aż za bardzo dosłownego znaczenia.
     Z pewnością „Za niebieskimi drzwiami” zaskakuje swoim wyglądem. Kurcze... to jest naprawdę piękny film. Ma cudowny klimat podkreślony epickimi zdjęciami, a w dodatku te efekty... Swoim pięknem przebija nawet niektóre hollywoodzkie filmy. Serio! Nieoczywista animacja świata po drugiej stronie drzwi, gdzie wszystko ma bardzo pastelowe barwy, ale momentami zieje z tego nieziemska groza.
Źródło: Galapagos Films
Przykładowo w ujęciu lokalizacji Krwawca, a już nie mówiąc o drugiej odsłonie willi... Stylizacją przypomina to „Serię Niefortunnych Zdarzeń”- ma urok, ale budzi też lekki niepokój. Cudownie zanimowany ptak, no i sam Krwawiec... O RANY! Takiego potwora nie chciałoby się spotkać na ulicy, ani nawet w sennych koszmarach. Za całość odpowiadało studio Alien FX i jeżeli o mnie chodzi, to mogą działać tak przy każdej polskiej fantasy. Świetnie się to ogląda!
     Aktorstwo jest z lekka kalekie, ale nie ma się co dziwić, bo większą część czasu filmowego zajmują dzieciaki, które dopiero raczkują w filmowej przygodzie. Dominik Kowalczyk budzi spore nadzieje, natomiast nie ma rady na totalnie dziwacznego Oskara Wojciechowskiego, który najwyraźniej próbuje się zrehabilitować swoją pokraczną grą w „Pierwszej miłości”. Z marnym skutkiem. Spośród gwiazd starszego pokolenia wymienić można Adama Ferencego, Magdalenę Nieć i Ewę Błaszczyk. Wymienić, gdyż nie spędzają na ekranie za wiele czasu. Największa uwaga skupia się na tej ostatniej i pokazała ona całą siebie. Jak sama wspomina była to dla niej świetna przygoda i dało się to odczuć. Zdecydowanie największym zaskoczeniem jest tu Michał Żebrowski, który nie ujął mnie chyba bardziej w żadnym filmie od czasu „Ogniem i Mieczem”. Jako Krwawiec jest totalnie nie do poznania, ale barwa jego głosu robi swoje przy kreacji tej przerażającej postaci. Bardzo dobre wystąpienie!
Źródło: Galapagos Films
     Pomimo wszelkich zalet jakie posiada „Za niebieskimi drzwiami” obawiam się, że jest to propozycja, o której dość łatwo się zapomina. Oczywiście, za historią idzie spora dawka emocjonalna, do tego obraz jest spektakularny, że aż godny zapamiętania- gdyż daje nowe nadzieje dla polskiego kina. Film o bliżej nieokreślonym gatunku, który łączy w sobie wszystko i wiele ma do powiedzenia światu, gdzie pastelowe barwy przeplatają się z niepokojącymi lokalizacjami, a marzenia senne przenikają do świata zewnętrznego. Obraz, który jednocześnie zachwyca pięknem, ale z drugiej strony ujmuje podejściem do straty, więzi w relacji matka-syn, a także wchodzenia w dorosłość. Do tego funduje widzowi jedno z najciekawszych zakończeń w polskim kinie. Film dla każdego z nas, bowiem każdy ma czasem ochotę schować się za niebieskimi drzwiami, bez względu na to, co czeka go po drugiej stronie.

Ocena: 6/10

Recenzja filmu DVD "Za niebieskimi drzwiami" - dystrybucja Galapagos Films.
Film dostępy również w wersji Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: Za niebieskimi drzwiami / Reżyseria: Mariusz Palej / Scenariusz: Adam Wojtyszko, Magdalena Nieć, Katarzyna Stachowicz-Gacek / Na podstawie: powieści Marcina Szczygielskiego „Za niebieskimi drzwiami” / Zdjęcia: Witold Płóciennik / Muzyka: Michał Szablowski / Obsada: Dominik Kowalczyk, Ewa Błaszczyk, Magdalena Nieć, Michał Żebrowski, Teresa Lipowska, Adam Ferency, Sara Ługowska, Oskar Wojciechowski, Jakub Gawrecki / Kraj: Polska / Gatunek: Fantasy
Premiera kinowa: 04 listopada 2016
Premiera DVD: 22 listopada 2017

czwartek, 7 grudnia 2017

1242. Mroczna wieża, reż. Nikolaj Arcel

     Ten rok jest szczęśliwym dla wszystkich sympatyków Stephena Kinga. Z każdej strony bombardowani jesteśmy ekranizacjami powieści tego poczytnego autora, z różnym efektem. Nie dość, że możemy oglądać jego bohaterów na ekranach telewizorów, to w dodatku możemy zachwycać się historiami na kinowych salach. Jednakże zawiedzeni będą długodystansowi sympatycy „Mrocznej wieży”, której wielotomowa seria uwięziona została w niespełna dwugodzinnym seansie. 
     Jeden wielki wszechświat, zamieszkiwany przez najróżniejsze istoty w ich niesamowitych krainach. Na straży tych światów, w samym ich centrum, stoi potężna, mroczna wieża, która odgradza je od wielkiej Ciemności. Jest jednak pewien czarnoksiężnik- Walter (Matthew McConaughey), korzystający z potęgi dziecięcych umysłów i chcący obalić za ich pomocą wspomnianą wieżę, aby wpuścić za barierę krwiożercze potwory. Od zarania dziejów wieży tej strzeże stowarzyszenie Rewolwerowców, do którego należy też Roland (Idris Elba), a przynajmniej należał dopóki nie zawładnęła nim żądza zemsty. Do ich świata przybywa młody chłopak- Jake (Tom Taylor), który od śmierci swojego ojca gnębiony jest straszliwymi wizjami.
      Należę wśród tych szczęśliwców, którym obca jest seria Mrocznej wieży od Kinga. Przeczytałam raz jedno opowiadanie w tym temacie i totalnie zniechęciłam się do dalszej lektury. Nie mniej, kiedy rozszalało się info o ekranizacji, a z plakatu złowieszczo spoglądał Idris Elba wiedziałam, że to muszę to zobaczyć! I tak oto weszłam na salę pozbawiona wszelkich nadziei na sukces po wszystkich tych negatywnych opiniach. Wyszłam natomiast podekscytowana z jednym credo krzątającym mi się to głowie.
     „Mroczna wieża” zaintrygowała mnie od samego początku swoją historią. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo po wspomnianym opowiadaniu zapamiętałam jedynie Rolanda i wampiry bodajże. O filmie wiedziałam tylko tyle, że będzie tam wieża. Mroczna wieża. Tyle z fabuły. Wciągnęła mnie historia młodego Jake'a- takiego typowego odludka, którego nikt nie rozumie, nawet jego własna matka, który walczy o każdy jeden dzień, aby nie skończyć w wariatkowie. No i teoretycznie mu się udaje, ale tak jakby nie do końca. Jego wątek jest idealnie dramatyczny, w szczególności, gdy spojrzy się na końcowe atrakcje, które wyciskają łzy z oczu. Oczywiście, jego rolę w całym tym przedsięwzięciu można było rozpracować już w chwili, gdy się pojawia na ekranie, ale ja byłam pochłonięta trawieniem przedmowy o Wieży, szokującym wejściem itp. Historia kupiła mnie na starcie choć tak naprawdę spodziewałam się bardziej jałowych terenów i lekko klimatów postapokaliptycznych, a nie zatłoczonego i pełnego chaosu Nowego Jorku. Początkowo przeplatanie akcji z Jakiem, a rozgrywek Waltera z Rolandem sprawiały wrażenie faktycznej podstawy na fabułę. Z początku z lekka dziwnie to wyglądało, ale wkrótce skręciło we właściwym kierunku. Postać Rolanda i Waltera wprowadzają motyw odwiecznej walki dobra ze złem, choć na moje oko to oboje wyglądają na nie do końca dobrych obywateli tego świata. Chęć zemsty, chęć władzy... w tym nie ma ani krztyny szlachetności. Jednakże są chwile, są chwile, które zapierają dech w piersi.
     Uwielbiam ujęcia, w których Roland wycisza siebie, swoje myśli, swoje ciało, kiedy wyostrza słuch, kiedy szpanuje swoimi rewolwerowymi zdolnościami, to jest to na co czeka się cały film i włos się od tego jeży. Cudowne! W szczególności, że nie są to jakieś pokraczne slow motion, tylko takie chwile, gdzie można napawać się zachwytem wywoływanym przez konkretną scenę. Podobało mi się to. Ten film ma niesamowity klimat, niby taka zwyczajna szara rzeczywistość każdego z nas, w którą wkrada się cień zła i paranormalnych łap. Oczywiście, nie udało uniknąć się przesady, jak chociażby te wszystkie dziwaczne istoty, które były aż nazbyt karykaturalne. Zachwycająco wyglądało za to niebo, a Wieża prezentowała się naprawdę... wzniośle! Do tego wszystkiego ciekawe kompozycje muzyczne, a w ich realizacji oczywiście sam wielki Junkie XL, który robi z tego prawdziwą magię.
     Przyznaję się bez bicia, że po seansie potężnie mnie wzięło na Idrisa Elbę. Jego dobra rola w „Pacific Rim” poszła na bok w obliczu Rolanda. Rewolwerowiec, jego credo, jego wyciszanie, jego stylizacja, cały Idris i więcej Idrisa, i pozostaje tylko Idris. Ze swoją powagą, lekką nonszalancją, z całą tą charyzmą stał się naprawdę idealnym Rolandem i kandydatem na obrońcę ludzkości. Nie mogę jednak zapomnieć o pięknym Matthew McConaughey, który lata swojej piękności miał już za sobą, a teraz zaprezentował się nam w skrojonym na miarę image a'la „man in black”. Ma w sobie pazur, ale udało mu się oddać lekkie znużenie całą tą postawą i tym, jak on się musi namęczyć, aby odnaleźć to jedno jedyne światło, które obali mroczną Wieżę. Tom Taylor dzielnie dotrzymuje tym panom towarzystwa, aż człowiekowi zaczyna obchodzić jego los. I na pewnym etapie nie dziwi już, że jest współczesnym synem samej Lagerthy. Tak... przez pół filmu myślałam nad tym skąd ja znam tę piękną buzię.
     „Mroczna wieża” zdecydowanie wpisał się w moje gusta. Nie zachwycał może jakoś specjalnie fabułą, ale jej wielowarstwowość wystarczyła, aby zaspokoić moje pragnienia. Pewnie, że momentami było nudno i abstrakcyjnie, aż do bólu. Całość kupiła mnie jednak klimatem, który dało się wykreować dzięki pięknej scenografii, muzyce, czy stylizacji bohaterów. W dodatku kto, jak kto, ale Idris Elba zdecydowanie przyciąga uwagę nawet najbardziej zagorzałych pacyfistów. Mnie ujął charyzmą i niezmienną barwą swojego głosu, bo w jego ustach nawet reklama psiej karmy byłaby najlepszym credo, które warto byłoby wcielić w swoje życie!

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł:  The Dark Tower / Reżyseria: Nikolaj Arcel / Scenariusz: Nikolaj Arcel, Akiva Goldsman, Anders Thomas Jensen, Jeff Pinkner / Zdjęcia: Rasmus Videbæk / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Idris Elba, Matthew McConaughey, Tom Taylor, Claudia Kim, Jackie Earle Haley, Dennis Haysbert / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Fantasy
Premiera: 27 lipca 2017 (Świat) 11 sierpnia 2017 (Polska)

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017