NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy i potwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchy i potwory. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

SZORTy #36: Uniwersytet potworny, Dzień dobry, kocham Cię, Sekstaśma

Oryginalny tytuł: Monsters University | Reżyseria: Dan Scanlon | Scenariusz: Dan Scanlon, Robert L. Baird, Daniel Gerson | Dubbing: Wojciech Paszkowski, Paweł Sanakiewicz, Sylwester Maciejewski, Artur Barciś, Eryk Lubos, Danuta Stenka | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Komedia, Przygodowy
Premiera: 08 czerwca 2013 (Świat) 03 lipca 2013 (Polska)
Ocena: 3/10

     Po premierze „Potworów i spółka” cały świat pokochał potwory prosto z szafy. Jednakże takie kontynuacje pokroju „Uniwersytet potworny” z niesamowitą skutecznością niszczą zbudowany przez klasykę obraz postaci i dodatkowo plasują się na najniższych pozycjach ulubionych bajek dla najmłodszych.
     Po  wizycie w firmie zamieniającą dziecięcy strach na energię Mike ma tylko jedno marzenie- dostać się na potworny uniwersytet na strachologię i zostać najstraszniejszym potworem na świecie. Jednakże kiedy w końcu dorasta i przekracza próg uczelni jego marzenia zostają zniszczone przez niesfornego Sully'ego.
     Bajka totalnie o niczym. Kiedy poprzedni film wzruszał i rozczulał urokiem do granic możliwości, tak prequel opowieści pozwala się zastanawiać nad tym jak bardzo nieogarnięci byli nasi ulubieni bohaterowie. „Uniwersytet potworny” jest jednym z tych tworów, który pozbawiony jest jakichkolwiek emocji, a nawet i humoru- niestety. Wszystko co powinno bawić jest na żenująco niskim poziomie i w dodatku tak wtórne, że aż żal na to patrzeć. Nie zadbano nawet o jakąkolwiek dynamikę, aczkolwiek trzeba przyznać, że idealnie reprezentuje schematy filmów młodzieżowych. W końcu jest tutaj i nękanie słabszych, a także i jakiś upierdliwy nauczyciel. A gdyby i tego było Wam mało, to oto jesteśmy świadkami transformacji bohaterów! Zadbano o morał dla młodych, którzy mają bardziej wierzyć w siebie, ot... takie to niezwykłe w tych filmach dla najmłodszych. Szkoda tylko, że to wszystko jest tak szalenie nudne.

Oryginalny tytuł: Dzień dobry, kocham Cię | Reżyseria: Ryszard Zatorski | Scenariusz: Joanna Wilczewska, Ryszard Zatorski | Obsada: Aleksy Komorowski, Barbara Kurdej-Szatan, Paweł Domagała, Olga Bołądź, Łukasz Garlicki, Weronika Książkiewicz, Maciej Musiał, Anna Dereszowska | Kraj: Polska | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 07 listopada 2014 (Polska)
Ocena: 3/10

     Jego seriale uznawane są za jedne z najbardziej kultowych w polskiej telewizji. Szkoda, że nie można tego samego powiedzieć o produkcjach filmowych. Jego nowy film „Dzień dobry, kocham Cię!” zdobył całą rzeszę antyfanów, a także kilka nominacji do polskiego odpowiednika Złotej Maliny.
     Przystojny doktorek poznaje uroczą blondynkę i od razu się w niej zakochuje, w dodatku z wzajemnością. Wymieniają się numerami telefonów, ale pech chce, że nie mogą się do siebie dodzwonić- jej numer rozmywa się na zapoconej dłoni, a jego jest błędny. Próbują się odnaleźć, ale na tej drodze staje przystojny bogacz.
     Trzeba podchodzić z wielkim dystansem do polskich komedii romantycznych. Wydawałoby się, że już dawno zapomniano o tym daremnym gatunku filmowym, który nic nie wnosi do polskiej kinematografii. Wtem jednak zjawia się nowy film Zatorskiego, udowadniający, że ten gatunek powinno się uznać za fakt dokonany i nigdy do niego nie wracać. Scenariusz jest tak szalenie głupi, że to aż boli. Całość fabuły opiera się na wzajemnym poszukiwaniem się doktorka i blondynki. Luk tu cała masa, a durności jeszcze więcej. Film przeczy wszelkim prawom logicznego myślenia, bo przecież nikt normalny nie bierze ślubu z kimś skoro kocha kogoś innego. Romantyczne, jak zwiedzanie grobowców. W dodatku to wszystko jest potwornie nudne. Ileż razy można się mijać i w ogóle nie wykazywać jakichkolwiek umiejętności kojarzenia. Szokujące to, mdłe i totalnie gorszące. Jedyne co trzyma przy życiu przez cały seans to postać Lucka, który próbuje wprowadzić choć trochę komizmu. Na resztę obsady nie da się patrzeć, no może z wyjątkiem Aleksa, bo przystojny to on jest mega! Wszyscy jednak zachowują się jak niedoświadczeni aktorzy, którzy nie potrafią być ani trochę naturalni. Smutek i żal mnie ogarnia!

Oryginalny tytuł: Sex Tape | Reżyseria: Jake Kasdan | Scenariusz: Kate Angelo, Jason Segel, Nicholas Stoller | Obsada: Cameron Diaz, Jason Segel, Rob Corddry, Ellie Kemper, Rob Lowe | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 10 lipca 2014 (Świat) 01 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Twórca przebojowego „Californication” oraz „New Girl” od pewnego czasu buszuje sobie po świecie filmowym. Swego czasu nie najgorzej przyjęta „Zła Kobieta” z Cameron Diaz pozwoliła mu uwierzyć w siłę swojego humoru i tak powstała „Sekstaśma”.
     Niegdyś nie mogący oderwać się od siebie, teraz przytłoczeni codziennością i rodzicielstwem. Annie i Jay postanawiają na nowo rozpalić ogień w swoim związku, podejmując decyzję o nagraniu sekstaśmy. Być może obyło by się bez krzyku, gdyby nie fakt, że film dostaje się do chmury sieciowej i tym samym trafia w wiele niepowołanych rąk.
     W teorii komedia to całkiem nie najgorsza- ciekawy pomysł, może nawet i nie takie kiepskie wykonanie. Poczucie humoru jakim emanuje „Sekstaśma” jest oczywiście kwestią sporną, bo ile osób tyle różnych poglądów. Jednego będzie razić wulgarność dialogów, innego bawić będą perypetie małżeństwa chcącego odzyskać swoją prywatność. Historia jak wszystkie, nie wnosząca nic nowego do naszego życia poza przeświadczeniem, że Amerykanie to bardzo lubią nagrywać filmiki podczas seksu, który powinien ograniczać się jedynie do naszej prywatnej sypialni. Z drugiej zaś strony jest to dość ciekawie zaprezentowane zagrożeni ze strony nowoczesnych technologii, a stwierdzenie, że nie da się usunąć niczego z Chmury kładzie cień na synchronizację urządzeń bądź łączenie się przez Wi-Fi w różnych miejscach. Intryguje wprowadzenie też branży pornograficznej, innymi słowy ciekawą podróż przebywa jeden mały filmik. Aktorsko jest mocno przeciętnie, ale czegoż spodziewać się po tak niewymagającej fabule.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Książka #395: Mała encyklopedia Domowych Potworów, aut. Stanislav Marijanović

      Chorwacki ilustrator i twórca książek dla najmłodszych. Stanislav Marijanović pochodzi z Bośni i Hercegowiny, ale jego prace znane są na całym świecie. Jego twórczość dotarła także do Polski, gdzie w 2005 roku publikacją zajęło się wydawnictwo Nasza Księgarnia. Wówczas wydano dwa tomy małej encyklopedii stworzonych przez niego domowych potworów. Po 11 latach firma wznawia wydanie, tym razem łącząc je w jedno i dzięki temu dostajemy „Małą encyklopedię Domowych Potworów” zawierającą kompleksową wiedzę o potworach, które odnaleźć można w zaciszu własnego domu.
     Żaden zwyczajny człowiek nie jest świadom, że w jego domu czaić może się cała masa najstraszliwszych potworów. Większość z nich odpowiadać będzie za nieodpowiednie zachowania zarówno najmłodszych domowników, jak i dorosłych. Ci pierwsi muszą szczególnie uważać na Chciwuska, natomiast drudzy przede wszystkim na Awanturellę, czy chociażby Robolka Nadczynnościowego, które uprzykrzać będą życie nie tylko im, ale wpłyną również na ich relacje z najmłodszymi. Ciekawą odmianą potworów są Gierkomaniak Ekranowy oraz Telemaniak. Te dwie istoty zachęcają zarówno jednych, jak i drugich do zapominania o całym świecie i zagłębiania się na wiele godzin w gry, bądź programy telewizyjne. Wśród monstrów odpowiedzialnych za cechy charakteru domowników znajdą się również takie, które samoistnie doprowadzają do różnego rodzaju szkód- te są chyba najgorsze, bo nad nimi najciężej zapanować.
      Na szczęście, poza ciekawą, bardzo dowcipną i barwną charakterystyką każdego z potworów, które odnajdziemy na stronicach publikacji autor daje nam również porady jak można sobie z nimi poradzić, jak nie ulec ich urokom. Tym samym prawi idealne morały dla młodych czytelników, którzy niekoniecznie muszą odnaleźć w tych postaciach odzwierciedlenie własnych negatywnych przyzwyczajeń i cech osobowości. Wprowadzenie tego typu encyklopedii jest więc bardzo dobrym sposobem do wykreowania w najmłodszych pewnych zachowań, nauczenia innych sposobów na spędzanie wolnego czasu, a także radzenia sobie w życiu. To, że odbywa się to za pomocą bardzo inspirujących i jednocześnie sugestywnych imion potworów, a przede wszystkim rewelacyjną ich wizualizacją, działa zdecydowanie na korzyść. 
Źródło: Nasza Księgarnia
 
      Poza chwytliwymi nazwami, a także ciekawymi opisami ta niezwykła encyklopedia oferuje coś zupełnie więcej- jest to niesamowity zbiór cudownych ilustracji, od których ciężko jest oderwać wzrok. Stanislav Marijanović całe swoje życie tworzy podobne prace. Ich rysunki są zdecydowanie karykaturalne, mocno przerysowane, a w przypadku Domowych Potworów całkowicie... nieprzerażające! Niczym postaci z animacji „Potwory i Spółka” wzbudzają o wiele więcej sympatii niż niechęci. Pewnie z uwagi na uśmiechy, które królują na ustach, ale przede wszystkim kolorystyce, w jakiej są utrzymane. W końcu jest to publikacja dla najmłodszych- musi pobudzać wyobraźnię, zachwycać, wprawiać w dobry humor, a nie przerażać!
     Książka stworzona w całości przez chorwackiego autora i ilustratora to naprawdę niesamowity twór. W niebanalny sposób staje się podstawą do wyznaczania właściwych zachowań u najmłodszych czytelników, a przy tym stanowi nie lada rozrywkę. „Mała encyklopedia Domowych Potworów” jest zbiorem wiedzy o najgorszych cechach jakie mogą charakteryzować człowieka, a przedstawione za pomocą kolorowych, uśmiechniętych i jakże sympatycznych potworów. Wraz z zachwycającymi ilustracjami i lekkimi morałami ukrytymi pod opisami postaci staje się świetną książką wywołującą uśmiech na twarzach i wprawiającą w zadumę zarówno starszych, jaki młodszych domowników.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl

Tytuł oryginalny: Kućna čudovišta I, Kućna čudovišta II / Tłumaczenie: Hanna Baltyn / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-12983-3 / Ilość stron: 56 / Format: 220x220mm
Rok wydania: 1997, 1999 (Świat) 2016 (Polska)

środa, 2 grudnia 2015

Książka #379: Potrzebuję mojego potwora, aut. Amanda Noll

      Potwory spod łóżka, makabryczne istoty z szafy- innymi słowy wszystkie okropieństwa, które czają się w ciemnościach. Któż z nas za dziecka nie bał się tajemnic, które się tam skrywały, a może nawet boi się do dziś? I tak jak „Potwory i spółka” próbowały oswoić nam tych mrocznych i strasznych, tak też i Amanda Noll podąża tym śladem. We współpracy ze wspaniałym artystą- Howardem McWilliamem tworzy niesamowitą książeczkę dla dzieci o tytule „Potrzebuję mojego potwora”, w której oswaja nasze lęki.
      Mały Ignaś ma nie lada problem, nie może zasnąć jeżeli nie znajdzie pod swoim łóżkiem swojego ulubionego, ociekającego zieloną wydzieliną, okropnego potwora imieniem Gab. Pewnej nocy jego koszmar się ziszcza i pod łóżkiem zamiast przerażającego przyjaciela znajduje liścik z informacją, że jego koszmarek wybrał się na ryby. Ignaś potrzebuje więc zastępstwa.
      Urocze książeczki, ilustrowane, kolorowe, cudownie wydane, to coś co powinno mieć na swojej półce każde dziecko. Wszystkie te cechy zawiera w sobie propozycja wydawnictwa Czy-Tam, które na polski rynek sprowadziło niesamowitą pracę początkującej pisarki Amandy Noll. Tytuł dość kontrowersyjny, tak samo zresztą jak i cała opowieść, bo przecież opowieści o potworach spod łóżka przedstawiamy dzieciom, aby je postraszyć. „Potrzebuję mojego potwora” spełnia całkowicie odmienną funkcję. Dzięki niezwykłej więzi jaka łączy małego Ignasia z Gabem dziecko oswaja się ze wszystkimi potwornościami jakie może spotkać, rozpoczynając od okropnego potwora spod łóżka. Traktowanie z tak pozytywnymi emocjami odmienną istotę bardzo ciekawie kształtuje umysł dziecka, nie tylko ucząc stawiania czoła różnym problemom, ale również i tolerancji. Kto by pomyślał, że w takiej książce, w której aż roi się od potworów znaleźć można coś wartościowego. Kolejne odwiedziny potworów, ale przede wszystkim wybredność małego Ignasia postrzegać można w dwojaki sposób. Z jednej strony fakt, jest to obraz lekki rozkapryszonego dzieciaka, który jak się na coś uprze, to rodzic zastępstwa mu nie odnajdzie, ale z drugiej pokazuje prawdziwe przywiązanie i nieprzekupność ludzkich emocji. 


      Prawdziwą gratka dla każdego będą niesamowite ilustracje stworzone przez początkującego w książeczkach dziecięcych Howarda McWilliamsa. Ten nadzwyczajny artysta daje małym i dużym czytelnikom wspaniałe obrazki, które rewelacyjnie odzwierciedlają treść książeczki, ale przede wszystkim same w sobie stanowią nie lada atrakcję. Wymyślne potwory najrozmaitszej barwy, postury i wyglądu, raz bawią, innym razem przerażają. Po prostu zachwycają! Samo otoczenie jest tak bardzo starannie wyrysowane, że wygląda to tak jakby się spoglądało na prawdziwą animację rodem z Disneya. Wspaniała kreska i te barwy... Wydawnictwo postarało się również, aby jakość papieru była jak najlepsza. To oczywiście wpływa na wrażenia, bowiem ilustracje są jeszcze bardziej żywe. Dodatkowo twarda oprawa zapewni trwałość na długie lata, więc nasze pociechy będą mogły cieszyć się do woli tą książeczką.
      „Potrzebuję mojego potwora” to niebanalna książeczka do wspólnej zabawy rodzica z dzieckiem, jak i samego dziecka. Dzięki większej ilości postaci o różnych charakterach, możemy pobawić się w ciekawe inscenizacje i pograć scenki z innymi członkami rodziny. Przepiękne ilustracje pomogą nam wyobrazić sobie okoliczności, a także okropności potwornych bohaterów. W dodatku sama książka pełni świetne zadanie terapeutyczne oswajając dziecko z tym co złe i niedobre, prezentując w zupełnie innym, pozytywnym świetle. Super książka, która zachwyci każdego!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Czy-Tam!

https://czy-tam.pl

Tytuł oryginalny: I Need My Monster / Tłumaczenie: Tomasz Panas / Wydawca: Czy-Tam / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-938731-11 / Ilość stron: 32 / Format: 260x260mm
Rok wydania: 2009 (Świat), 2014 (Polska)

Profil wydawnictwa na Facebooku [klik]

środa, 11 listopada 2015

1195. Hotel Transylwania 2, reż. Genndy Tartakovsky

     Genndy Tartakovsky od dawien dawna potrafił przykuć uwagę młodych widzów, dostarczając im nie lada rozrywki. Twórca największych hitów klasycznego Cartoon Network już w 2012 roku udowodnił, że dobrze wychodzą mu również pełnometrażowego produkcje, bowiem właśnie wtedy wszyscy- mali i duzi widzowie, mogli cieszyć oczy wielkimi strachami zamieszkującymi „Hotel Transylwania”. Po trzech latach, kiedy młodzi już trochę podrośli powraca do starego hitu, aby przekazać banalne mądrości życiowe.
     Pomimo różnic rasowych, jakie dzielą Mavis, Jonathana (Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz) oraz ich rodziny ta dwójka postanawia połączyć swoje życie na zawsze. Po pewnym czasie na świecie pojawia się mały Dennisek, który staje się oczkiem w głowie matki, a także Draculi (Tomasz Borkowski). Jego największym marzeniem jest to, aby mały rudowłosy bobas okazał się być wampirkiem. Wkrótce malec osiągnie piąty roczek, a wtedy będzie już za późno na obudzenie w nim potworka. Dlatego też Dracula wpada na plan wysłania córki i jej męża na wakacje, a sam wraz z potwornymi przyjaciółmi robi wszystko, aby Dennisowi wyszły wampirze kły.
     „Hotel Transylwania 2”, tak oto powracają na ekrany nasi ulubieni, ale też i przerażający bohaterowie. Kiedy pierwsza część przygód Draculi i jego potworniastych przyjaciół skupiała się na uprzedzeniach potworów i strachem przed ludźmi, tak druga odsłona prezentuje niemalże całkowitą symbiozę tych dwóch różnych gatunków. Wystawienie na ciężką próbę podczas wesela, które okazało się być chyba najbardziej dowcipnym z całego filmu wraz ze zdjęciami niewidocznych wampirów, tańcami z galaretowatym blobem, czy smakowaniem rozkrzyczanego, nawiedzonego tortu. Potem tylko myśl o tym, czym jeszcze mogą zaskoczyć nas twórcy. Oczywiście, niczym szczególnym, bowiem nie wszystkie uprzedzenia znikają, a próby sprawienia, aby ludzki chłopaczek stał się wampirem wydają się bardziej męczące niżeli zabawne- choć trzeba przyznać, że lot ze straszliwej wieży robi spore wrażenie.
Całe to wymuszanie zmiany rasowej nie pozostaje bez wpływu na relacje pomiędzy kochającymi się Drakiem i Mavis. Smutne jest naruszenie zaufania, utraty kontroli nad życiem, co ostatecznie emocjonalnie rozbraja na widok rozpadającej się rodziny. Wszystkie te emocje, wszelkie zadry ujawniają się kiedy pojawia się zupełnie inna postać- bardzo klasyczna i o wiele bardziej mroczna niż wszystkie te monstra razem wzięte, innymi słowy- pradziadek! Trzeba przyznać, że jego pojawienie się, wraz z pomocnikami, dostarczyło sporo mroku i strachu, przez co małe dzieciaczki na sali mogłyby się mocno przestraszyć- w końcu, to nie to samo co Drak i jego ekipa.
     Produkcja Tartakovsky'ego po raz kolejny zachwyca swoim wyglądem. Postacie nadal pozostają starannie dopracowane, pojawiają się również nowe twory, o wiele bardziej makabryczne- co daje spore pole do popisu animatorom. Nie mniej, nic bardziej nie irytuje w tego typu filmach, jak nie zachowanie podstawowych zasad fizyki, bo serio... czy nie można było zrobić opadającego welonu i peleryny Draka kiedy wraz ze swoją córką tańczył na suficie? No serio ludzie! Grawitacja i te sprawy, nie żeby małe dzieciaczki zwracały na to uwagę. Oczywiście ponownie rozczulają postacie latających nietoperków, aczkolwiek nie poznaliśmy całkowitego uroku tych stworzeń, dopóki nie zobaczyliśmy nowego, a ten opatrzony został figlarnym kędziorkiem! Co to był za widok. Niestety, także i od strony wizualnej film został za bardzo przerysowany, bo pojawiła się tutaj o dziwo walka, która niemalże przypominała starcie Avengers z robotami Ultrona. Serio.
     Nie mogę powiedzieć, że film nie był udany, jednakże nie wzbudzał aż tak wiele sensacji, co pierwszy film. Niestety, nie był na tyle przebojowy, ani na tyle zabawny, choć ponoć wiele ludzi śmiało się do rozpuku. „Hotel Transylwania 2” momentami wzbudzał zainteresowanie, zdarzało mu się również i rozśmieszyć widza, ale w moim mniemaniu zdecydowanie za często nużył. Przeciąganie akcji na siłę, wtrącanie wątków całkowicie zbędnych- niekoniecznie wyszło to produkcji na dobre. Oczywiście, czołowe postacie dalej frapują, dalej potrafią rozbawić, ale to niestety nie wystarcza, aby udźwignąć całą produkcję. Kontynuacja wypada zdecydowanie gorzej od pierwowzoru, a może po prostu ta fascynacja gdzieś uciekła?

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: Hotel Transylvania 2 / Reżyseria: Genndy Tartakovsky / Scenariusz: Adam Sandler, Robert Smigel / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Dubbing polski: Tomasz Borkowski, Agnieszka Mrozińska, Paweł Ciołkosz, Piotr Warszawski, Krzysztof Dracz, Tomasz Bednarek, Marek Robaczewski, Bruno Skalski, Tomasz Grochoczyński / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia
Premiera: 21 września 2015 (Świat) 09 października 2015 (Polska)

poniedziałek, 5 października 2015

1185. American Horror Story, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk


     Ogląda sobie człowiek „Glee” i nawet nie jest świadomy tego, że w umysłach ludzi, którzy stworzyli ten rozśpiewany serial młodzieżowy zrodzi się pomysł na całkowicie odmienną w swojej stylizacji produkcję. Ryan Murphy i Brad Falchuk wpadli na genialny pomysł i postanowili na popularny od zawsze strach. Tak narodził się dość niezwykły serial o tytule „American Horror Story”, który polscy widzowie śledzić mogli wraz ze stacją FOX. Pierwszą częścią tego przeboju jest „Murder House”, czyli swoista antologia najrozmaitszych opowieści z pograniczy grozy i psychozy.
     Bohaterami pierwszego sezonu jest rodzina Harmonów, która postanawia rozpocząć nowe życie w przepięknym domu w Los Angeles. Vivien i Ben (Connie Britton, Dylan McDermott) próbują odbudować swoje małżeństwo po jego zdradzie, więc nie zauważają problemów z jakimi zaczyna mierzyć się ich nastoletnia córka Violet (Taissa Farmiga). To właśnie ją odwiedza nastoletni Tate, który uczęszcza również na sesje terapeutyczne do jej ojca. Nikt nie jest świadom tego, iż chłopak od wielu lat jest duchem zamieszkującym nowy dom Harmonów. Jednakże nie jest to jedyny mieszkaniec z krainy umarłych. Okazuje się, że budynek ma dość makabryczną przeszłość, a każdy kto kiedykolwiek poniósł śmierć w jego murach pozostawał w nich na zawsze.
     Ten serial ma moc, moc straszenia w sprawdzowy sposób. Jednakże wszyscy dobrze wiemy, że choć metody na przestraszenie widza znane są już od bardzo dawna, to smak przy ich wykorzystaniu uzależniony jest jedynie od wizji twórców. Na szczęście Murphy i Falchuk pokazali nie raz przy „Glee”, że gust mają nie najgorszy, więc nie da się zwątpić w sukces kolejnego obrazu, który wyszedł spod ich ręki. Najgenialniejsza w całej tej produkcji jest oczywiście fabuła. Dwunastoodcinkowy sezon serwuje nam najrozmaitsze oblicza grozy. Każdy epizod przedstawia każdego kolejnego ducha zamieszkującego Murder House. Psychopatyczny zabójca, który morduje swoich kolegów ze szkoły; sławny lekarz gwiazd, któremu odbiło, gdy utracił dziecko; czy przepiękna gosposia zamordowana przez żonę swojego kochanka- te i jeszcze kilka innych dusz nawiedzają ten dom. Najfajniejszy jest jednak pomysł na wykorzystanie owych historii, bowiem to co podziało się z tymi ludźmi przed laty, ma teraz wpływ na obecnych mieszkańców. Twórcy sprawnie łączą wątki z przeszłości, z tym co dzieje się z bohaterami. Wystawiają na próby ich zdrowe zmysły, a także nadwątloną przez zdradę moralność, czy zdrowie fizyczne po poronieniu. Dom jakby znając tą przeszłość sprawia, że wciąż powraca i to z większą siłą, aż do całkowitego wyniszczenia. To wszystko bardzo ładnie się ze sobą łączy, niekiedy nawet wprowadzając kilka zwrotów w akcji, nie tylko poruszając nas do głębi, ale przede wszystkim siadając na naszą psychikę. I wszystko byłoby pięknie i wspaniale, gdyby skończyć całą historię makabrą. No, ale nie, scenarzyści musieli pchnąć opowieść o krok dalej czyniąc z nią jakąś dziwnie pokraczną opowiastkę o sile rodzinnej miłości. Czy może być coś dziwniejszego?
     Powiedzmy sobie szczerze, „American Horror Story” nie jest jakiś superstraszny, tylko najnormalniej w świecie psychiczny! Dlaczego tak twierdzę? Cała opowieść utrzymana jest w dość specyficznym klimacie. Podniszczone meble, zakurzone zakamarki, no i oczywiście różne pokraczne duchy, kryjące się w każdym kącie. Makabra wynosi się tutaj na wyższe wyżyny, w szczególności przy epizodzie „Spooky Little Girl”. Obrzydliwości... Szczęśliwie, jest to jeden taki odcinek, no... góra dwa, na cały sezon. Jednakże tak naprawdę, straszy się nas tutaj już na samym początku każdego spotkania z bohaterami serialu. Wszystko to wina openingu. Nie ma chyba bardziej niepokojącego wejścia niż tego do „American Horror Story”. Odstraszające obrazy w połączeniu z muzyką Ceasara Davily dają autentyczny koszmar wizualny dźwiękowy, który nie jest najtrafniejszych wyborem do usypiania nas w łóżkach. Czyni go to najbardziej masakrycznym z otwarć wśród seriali. Bardziej złowieszczy był chyba tylko kawałek z „Z Archiwum X”.
     Kolejnym atutem produkcji jest obsada. Wśród nazwisk mamy nie tylko Dylana McDermotta, Denisa O'Hara, czy Zachary'ego Quinto, ale przede wszystkim gwiazdę wielkiego formatu, wiekową, ale wciąż piękną Jessikę Lange. Nadaje temu show większego wymiaru. Ma w sobie coś takiego, co wzbudza w człowieku niepokój. Gdy zechce, potrafi nas przerazić na śmierć. Jest świetna w tym co robi, gra z wielkim zaangażowaniem i charyzmą, więc nie dziwne, że została wyróżniona za rolę Constance. Świetna rola bardzo dobrze zagrana. Takie światło tego serialu telewizyjnego. Nie tak całkiem zła jest też Connie Britton. Razem z McDermottem tworzyli bardzo zgraną parę i nie trudno było uwierzyć, że są małżeństwem. Oboje niewiele gorsi od Lange, a to już prawdziwa pochwała. Nie sposób nie wspomnieć tutaj też i młodym pokoleniu- Taissa Farmiga oraz Evan Peters, czyli dwa skrajne bieguny. Pierwsza to siostra znanej Very Farmiga, robiącej błyskotliwą karierę w podobnych produkcjach z pogranicza horroru i dramatu. Młoda Farmiga może jeszcze wiele zawojować w Hollywood, gdyż ma do tego predyspozycje. Idealnie odegrała rolę zagubionej dziewczyny tęskniącej za domem. Natomiast Peters tak jak Lange, gdy chce potrafi zaskoczyć i wystraszyć nie na żarty. Nic dziwnego, że dobrali ich w taką, a nie inną relację. Podsumowując obsada znakomicie dawała sobie radę w swoich rolach. Każdy był enigmatyczny, ale również i pełen energii co do swoich kreacji. Udało im się odtworzyć wszystko to, co zamierzone zostało.
     Długo wzbraniałam się przed „American Horror Story”. Serial w formie horroru i to jeszcze o duchach, to raczej nie jest coś po co chętnie człowiek sięga. Okazuje się, że Ryan Murphy wraz z Bradem Falchukiem odwalili kawał dobrej roboty. Po seansie pierwszego sezonu bardzo szybko zapomina się, że mieli cokolwiek wspólnego z musicalem dla młodzieży. Świetnie skomponowana fabuła produkcji, gdzie strach przeplata się ze wzruszeniem i humorem. Pełny wulgarności, czułości i obrzydliwości, a także niespotykanego dotąd klimatu, co czyni go naprawdę wyjątkowym obrazem. Szkoda jedynie, że coś co zaczyna się tak obiecująco i w gruncie rzeczy wpływa na psychikę widza kończy się w tak cukierkowy sposób. W pewien sposób zaskakujący, bo nie tego się człowiek spodziewa po ładowaniu do głowy podobnych okropieństw, ale bardziej zawodzi w tym aspekcie. Nie mniej, warto sięgnąć i odczuć choć odrobinę strachu.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Christopher Baffa, John B. Aronson, Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Dylan McDermott, Connie Britton, Taissa Farmiga, Jessica Lange, Evan Peters, Denis O'Hare, Zachary Quinto, Lily Rabe, Frances Conroy, Sarah Paulson i inni / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Akcja / Liczba odcinków: 12
Premiera: 05 października 2011 (FX) 12 listopada 2011 (FOX)

czwartek, 21 lutego 2013

1029. ParaNorman, reż. Chris Butler, Sam Fell

Reżyseria: Chris Butler, Sam Fell
Scenariusz: Chris Butler
Zdjęcia: Tristan Oliver
Muzyka: Jon Brion
Kraj: USA
Gatunek: Animacja, Fantasy, Horror
Premiera: 03 sierpnia 2012 (Świat) 21 września 2012 (Polska)
Polski dubbing: Franciszek Dziduch, Kacper Cybiński, Justyna Bojczuk, Mateusz Narloch, Paweł Podsiadło, Joanna Węgrzynowska-Cybińska, Grzegorz Pawlak, Tomasz Traczyński 

    Zombiekalipsa wciąż przed nami, ale żeby wątek zombiaków wykorzystywać w filmie animowanym? Cóż ten Chris Butler z Samem Fellem („Wpuszczony w kanał”, „Dzielny Despero”) sobie ubzdurali? Co prawda, takich animacji wykorzystujących motywy z klasycznych horrorów jest jak na lekarstwo, ale „ParaNorman” nie wyróżnia się niczym szczególnym pośród innych produkcji z tego gatunku. Nominacja do Oscara w kategorii najlepsza animacja? Też mi coś. Najwyraźniej w tym roku dość słabe bajeczki pojawiły się na ekranach.

sobota, 5 stycznia 2013

Książka #231. Zaułek potworów, pod redakcją Christophera Goldena

Tytuł oryginalny: The Monster's Corner
Gatunek: fantasy, horror, thriller
Wydawca: GJ
Rok wydania: 2011 (Świat), 2012 (Polska)
Tłumaczenie: Anna Czechowska, Piotr Kaliński, Robert P. Lipski, Anna Kurpiewska-Welenc, Małgorzata Winkler-Pogoda, Kamil Maksymiuk,
ISBN 978-83-237-7778-266-8
Ilość stron: 440    Format: 130x195 mm
Książka do kupienia na stronie: G+J

     Kryją się w szafach. Czekają pod łóżkiem. Objadają się trupami, bądź zwyczajnie mordują innych ludzi. Potwory, wysysają nasze dusze i spędzają nam sen z powiek. W zbiorze opowiadań o tytule „Zaułek potworów” pod redakcją Christophera Goldena znajdziemy najpotworniejsze z najpotworniejszych. Jednakże i tym razem okaże się, że nie ma groźniejszej bestii od samego człowieka.

    W tej dość makabrycznej antologii znajdziemy publikacje najlepszych twórców literatury ścinającej nam krew w żyłach. Wśród nich znajdziemy stworzy z tajemniczym krain, które podmieniają ich potomstwo na ludzkie okazy, ghule, które są smakoszami ludzkiego mięsa, czy czarownice, których żądza zemsty jest tak potężna, że lepiej nie zaleźć im za skórę, syreny, które dzięki swoim talentom unikają więzienia, a nawet i mięsożerne rośliny. Czy potrafią kochać? Czy odczuwają jakiekolwiek wyrzuty sumienia po swoich haniebnych występkach? Opowiadają nam o nich same.
    Nie ma bardziej paskudnej istoty na świecie niżeli potwór. Powszechnie uważa się je za budzące grozę nie tylko swoich wyglądem, ale przede wszystkim tym, że zwyczajnie w świecie zobaczyłyby człowieka w formie pozbawionej życia. Zaskakujące jest więc to, że autorzy tych kilkunastu opowiadań dają swoim bohaterom życie. Dają im szanse na romanse, dają możliwości do rozwoju. Nawet wtedy kiedy jesteś zwyczajną roślinką kwitnącą w szklarni jakiegoś maniakalnego doktorka. Opowiadania typu „Okaz 313”, „Jezioro”, czy „Trudny wiek” pokazują zupełnie inne potwory. Istoty, które mają moc odczuwania. Po części ma to również miejsce w „Wielkoludzie”, aczkolwiek dotyczy to bardziej miłości do własnego dziecka niż drugiej miłości. Uczucia mają moc sprawczą, moc naprawczą dla nich wszystkich. Nadaje to trochę człowieczeństwa tymże bestiom, o ile roślina może być choć trochę ludzka.
    Jednakże podążając za myślą, która niegdyś zalęgła się w głowie Deana Winchestera, potwory można jeszcze zrozumieć, ale ludzi... nie ma nic gorszego i bardziej przerażającego od nich. Kilku autorów poszło tym tropem i postawiło na najbardziej bestialskie ludzkie zachowania. Przykładem jest „Święty John”, gdzie zainteresuje nas tajemniczy wybawca, z natury zły, który wyzwala ludzi od gorszych od niego. Do ludzkich instynktów, całkowicie pierwotnych odwołuje się również i John McIlveen w „Uległym”.
    Całkiem ciekawą formę przyjmuje ten, tak zwany pseudomanifest „Ciągle się dziwicie, dlaczego chcemy was odruchowo ukatrupiić?”. Kwintesencja całego tomu, pomimo tego, że nie znajduje się na jego końcu. Swoista prezentacja najrozmaitszych tworów demonicznych, które „stąpają” po ziemi, w dodatku w układzie alfabetycznym. Można się z tego dowiedzieć czegoś ciekawego, a autor przy okazji wzbogacił teorię interesującymi historiami.
    Zaskakujące jest to, że choć o potworach tu przecież mowa to lekturze brakuje chociażby odrobiny napięcia. Powodem tego mogą być zarówno słabe postaci, jak i wątła fabuła, którą się wokół nich buduje. Wydaje mi się jednak, że chodzi o brak poczucia jakiekolwiek grozy, bowiem to same bestie opowiadają czytelnikowi o sobie. Nie ma więc tu zbyt wielkiego pola do popisu w straszeniu ludzi i przede wszystkim przedstawianiu nam tego. Z tego też powodu sporo opowiadań jest bardzo słabych, inne są nie do zniesienia i nawet takie tęgie głowy świata literatury jak Heather Graham, czy Jonathan Maberry nie mogą tych nowelek zaliczyć do naprawdę udanych. Aczkolwiek i tak Maberry stworzył jeden za najciekawszych tekstów.
    „Zaułek potworów” to upadek wielkich pisarzy w oczach ich fanów i narodziny nowych relacji z dotychczas nam nieznanymi. Po mocnym i makabrycznym otwarciu przy pomocy „Trudnego wieku” oraz „Świętego Johna” następuje bardzo spory spadek w budowie napięcia i chęci zaciekawienia czytelnika fabułą. Nie każdy ma talent do pisania tak krótkich utworów jakimi są opowiadania i dobrze, nie każdy przecież musi, aczkolwiek nie trudno jest odnieść wrażenie, że najsłabsze opowiadania znalazły schronienie właśnie w tym tomie. A jest to dziwne, bowiem tak ciekawy temat jak potwory wydaje się być przepisem na sukces samym w sobie. Najwyraźniej nie został on udźwignięty przez twórców.

Ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa G+J.

wtorek, 18 grudnia 2012

1008. Szepty, reż. Nick Murphy

Oryginalny tytuł: The Awakening
Reżyseria:  Nick Murphy
Scenariusz:  Nick Murphy, Stephen Volk
Zdjęcia: Eduard Grau
Muzyka:  Daniel Pemberton
Kraj: Wielka Brytania   
Gatunek:  Horror
Premiera: 16 września 2011 (Świat) 15 czerwca 2012 (Polska)
Obsada: Rebecca Hall, Dominic West, Imelda Staunton, Isaac Hempstead-Wright, Lucy Cohu, Alfie Field i inni
    Pełne niesłychanego klimatu, ciemnych zakamarków i figli ze strony ludzkiej psychiki, horrory hiszpańskie, odsunęły się w cień dając tym samym możliwość innym krajom na wykazanie się pomysłowością. Debiutujący na wielkim ekranie w roli reżysera, Nick Murphy, robi wszystko, aby doścignąć tytuły sygnowane nazwiskiem Guillermo del Toro. Jednakże pozycja „Szepty”, pomimo zaczerpnięcia bardzo wielu inspiracji z chociażby „Sierocińca”, pozostaje daleko w tyle.
    Florence Cathcart (Rebecca Hall) mocno stąpa po ziemi i nie wierzy w nadprzyrodzone zjawiska, jakimi są nawiedzenia. Dlatego też zawodowo zajmuje się demaskowaniem fałszywych mediatorów pomiędzy światem żywych i duchów. Pewnego dnia zostaje wezwana do jednej z najbardziej renomowanych szkół dla chłopców w Wielkiej Brytanii. Tam musi poznać prawdę dotyczącą śmierci jednego z chłopców, który wcześniej miał halucynacje. Nie wie, że jej praca ściągnie na nią zainteresowanie jednego z mieszkańców internatu, który nie ustąpi dopóki Florence nie pozna prawdy.