NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anielskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anielskie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 grudnia 2017

Wyzwanie: 24 książki, które mam na półce dłużej niż rok - edycja 2017

     Każdy książkoholik w pewnym momencie dostrzega, że proporcja pomiędzy ilością nabywanych książek, a ilością przeczytanych tytułów zaczyna się zdecydowanie wydłużać. W pewnym momencie do każdego zaczyna docierać, że nie starczy mu życia na przeczytanie całej swojej biblioteczki. W szczególności, gdy w danym roku sięgamy po nowe tytuły, a nie spoglądamy w stronę wołających nas z półki tomiszczy, zalegających od wielu lat.
Z tym problemem borykałam się również i ja. Dlatego też pierwszym krokiem ku lepszemu samopoczuciu stało się przejrzenie książek na regale i zastanowienie się, czy rzeczywiście mam je ochotę przeczytać, czy nie uległam chwilowemu zachwytowi, gdy zobaczyłam wyprzedaż za 10zł, a może po prostu jestem już „za duża” na takie lektury.
     Kolejnym i ostatnim krokiem ku uszczupleniu mojej biblioteczki stało się wyzwanie Kasiek z bloga "Z pasją o dobrych książkach". Jego celem było przeczytanie w 2017 roku 24 książek, które mam na półce dłużej niż rok. Jestem zachwycona tym, że udało mi się osiągnąć swój cel. I to przed czasem! A pomiędzy tymi starociami znalazłam również czas na przeczytanie kilku nowości. Duma mnie rozpiera.
     Już na starcie postanowiłam wybrać tytuły, którym przyjrzę się w tym roku. Niektóre wybory były oczywiste, inne niekoniecznie. A jeszcze inne ewoluowały zamieniając się na miejsca z innymi. Jednakże wiecie jak to mówią... „co się odwlecze...”. Przyjdzie na nie czas w nowym roku, bo nie mam zamiaru osiadać na laurach. Ewentualnie trochę zmniejszę tę ilość.
Ten rok był bardzo różny. Oczywistym stało się, że nie ogarnę tak wielu recenzji. Dlatego też o części poczytać możecie osobno, ale tutaj zbiorczo przedstawię Wam moje ogólne i bardzo skrócone wrażenia po lekturze. Zdradzę Wam także inne sekrety związane z tymi książkami.
  1. Lawendowy pokój, aut. Nina George / na półce od 2014 roku
Wybór nie był oczywisty, ale zapoznałam się wcześniej (jak zawsze od tyłu) z „Księgą snów”, którą otrzymałam do recenzji. Bardzo ciekawa była to lektura. Jednakże ten tytuł w ogóle do mnie nie przemówił. Nie potrafiłam złapać klimatu już od pierwszych stron i naiwnie czekałam na większą fascynację. Nudziłam się niczym mops, a jedną stronę czytałam po dziesięć razy. Nie zaiskrzyło, więc powieść porzuciłam, obiecując sobie, że już nigdy więcej nie sięgnę po powieści Niny George.
  1. Wayward Pines. Bunt, aut. Blake Crouch / na półce od 2015 roku
W czasie moich wakacji nad polskim morzem w 2015 roku przeczytałam pierwszy tom. Miałam zamiar czytać kolejne, ale pojawiło się wiele innych rzeczy w moim życiu. Postanowiłam powrócić do tej serii i byłam zachwycona. „Bunt” może nie do końca spełnił moje oczekiwania, ale zdecydowanie był bardzo wciągający. To ten typ powieści, które bardzo szybko się czyta.
  1. Wayward Pines. Krzyk, aut. Blake Crouch / na półce od 2015 roku
Ta powieść była odrobinę inna niż poprzedniczka. Bardziej mordercza, bardziej krwawa, bardziej brutalna. Innymi słowy- zachwycająca. Nie pożałowałam ani przez chwilę, że zdecydowałam się na towarzyszenie bohaterom w ich dalszych losach w Wayward Pines. W szczególności, że tak dużo się działo. Książka zdecydowanie dla ludzi o mocniejszych nerwach.
  1. Słodkie kłopoty, aut. Susan Mallery / na półce od 2013 roku
O tej książce pisałam szerzej. Sięgnęłam po nią z powodów całkiem oczywistych- czytałam poprzednie części i chciałam w końcu zakończyć tę serię. Powieść to typowe romansidło, pełne pasji i wzruszeń. Mnie się podobało. Idealna, żeby odstresować się w szpitalu.
  1. Losing Hope, aut. Colleen Hoover / na półce od 2015 roku
I tak jak poprzednio. Książka, która jest kontynuacją innej książki, choć tak naprawdę jest innym spojrzeniem na te same wydarzenia. Ciekawe podejście do historii, ale jak dla mnie całkowicie zbędny zabieg. Owszem, fajnie spojrzeć oczami faceta na związek, ale... po co? Nadal było przejmująco, bo w końcu fabuła się nie zmienia. Jak dla mnie, do przeczytania raz.
  1. Bez skazy, aut. Sara Shepard / na półce od 2012 roku
Kupiłam, bo zakochałam się w serialu. Pierwszy tom przeczytałam podczas wspomnianych wakacji 2015 roku w podróży nad morze. Całkiem fajnie się czytało, ale trąciło banałem. Niestety, drugi tom okazał się być pod tym względem jeszcze gorszy. Zdecydowanie bardziej polecam serial. To ten jeden wyjątek od reguły, gdy ekranizacja jest lepsza od powieści- przynajmniej w moim mniemaniu. Nie inaczej jest z tym tytułem. Jest po prostu nudno. Do przeczytania i zapomnienia, niestety.
  1. Zakręceni, aut. Emma Chase / na półce od 2015 roku
Trudno jest nie zauważyć pewnej tendencji w moich wyborach. Tutaj kolejny sequel ciekawej powieści. Tym razem o zabarwieniu erotycznym. I oczywiście, jest ostro i gorąco. Jednakże trochę to przypomina tendencję zmierzchową, gdzie najpierw jest pięknie ładnie, potem przychodzi kryzys, bo-mam-taki-kaprys i znowu wielki powrót. Trochę przewidywalne, ale nie oznacza to, że wciąż nie jest zabawnie. To wciąż jest wielki plus tej powieści.
  1. Zapomniane, aut. Cat Patrick / na półce od 2012 roku
Szczerze? Już nawet nie pamiętam o czym była ta książka. Przypadek? Kupiłam dawno temu w Empiku, bo miałam fazę na paranormalne romanse. Teraz nawet nie kojarzę, czy faktycznie tam jakowyś był. Wypisz wymaluj z gatunku „przeczytaj i zapomnij”. A chyba nie o to chodzi w książkach.
  1. Podwieczność, aut. Brodi Ashton / na półce od 2014 roku
Uwielbiam klimaty mitologii w powieściach. W końcu Percy Jackson... No, ale ta cała Ashton... w ogóle mnie to nie wzięło. Nudna, fabuła ślamazarnie się wlecze. Muszę jednak przyznać, że zakończenie było zaskakujące, ale ja się nie dam nabrać na te słodkie obietnice rewelacji w kolejnym tomie i zrywam z zamiarem kontynuacji lektury.
  1. Endgame. Wyzwanie, aut. James Frey / na półce od 2015 roku
O tak! Tę książkę czytałam w szpitalu po operacji. Bardzo wciągająca z genialną koncepcją na prezentację fabuły. Świetna historia, naprawdę przejmująca i stopniująca napięcie. Koniec świata? No dajcie spokój, oczywistym było, że na to polecę! Świetnie się czyta, bo w końcu jest bardzo pomysłowa.
  1. Nigdy nie gasną, aut. Alexandra Bracken / na półce od 2014 roku
Oto mamy przykład książki, z której się wyrasta. „Mroczne umysły” mnie zachwyciły. Tak bardzo czekałam na kontynuację i co? I nic. Trochę się wynudziłam, ale stwierdziłam dobra, skończę już tę serię skoro mam ją na półce.
  1. Po zmierzchu, aut. Alexandra Bracken / na półce od 2015 roku
I tak oto trafiłam do finału, gdzie pełno było akcji, pełno powodów do wzruszeń. Czy te tomy przejściowe zawsze muszą tak człowieka wymęczyć, zanim dadzą się w pełni nacieszyć serią? Oczywiście, i tak uważam, że jest to jeden z najbardziej zaprzepaszczonych pomysłów, w szczególności, że w trakcie lektury ma się wrażenie deja vu. Szkoda, że koniec końców nie jest to nic oryginalnego.
  1. Gwiazd naszych wina, aut. John Green / na półce od 2013 roku
Zakochałam się w filmie, więc musiałam przeczytać książkę. W końcu! Jestem nią urzeczona, równie mocno jak ekranizacją. Naprawdę przejmująca historia, która chce nas chyba utopić we własnych łzach. Sympatyczni bohaterowie o moim ulubionym, sarkastycznym poczuciu humoru, których nie sposób nie pokochać. Zdecydowanie warto do niej powracać!
  1. Papierowe miasta, aut. John Green / na półce od 2014 roku
Zachwycona pierwszą książką musiałam przeczytać kolejną. I jakiż był mój zawód, gdy emocje były całkowicie odmienne. Aż ciężko uwierzyć, że to ten sam autor. Owszem, jest to historia całkiem ciekawa, ale... tak nudnie opowiedziana. Zmarnowany potencjał, jak dla mnie. A szkoda. Zaledwie jedna fajna scena i bohaterka, której nie da się lubić. Niestety.
  1. Golem, aut. Edward Lee / na półce od 2013 roku
W końcu musiałam przeczytać coś krwawego, a ta książka nie była specjalnie grubaśna. Moja pierwsza od tego autora. Aż samo się prosiło. Momentami obrzydliwa, ale w bardzo niewielkim stopniu. Chwilami intrygująca, ale szczerze mówiąc to te okultystyczne przeplatanki z przeszłością odrobinę za bardzo nużyły. Nic rewelacyjnego, raczej też do zapomnienia.
  1. Robokalipsa, aut. Daniel H. Wilson / na półce od 2012 roku
Kupiłam ją na promocji u Znaka, za 10zł bodajże. Tylko dlatego, że miał być film. Choć w sumie też z powodów czysto osobistych, bo przecież kocham roboty. Książka okazała się być takim samym zawodem jak „World War Z”. Nie przepadam za reportażową powieścią, bo nie potrafię się w nią wciągnąć. Tutaj było tak samo. Kilka przeplatających się ze sobą historii, które były mniej bądź bardziej ciekawe, czy wciągające. Pokazujące różne podejścia do robotyki, czy to od strony czysto romantycznej, czy wojskowej. Chyba nie muszę mówić, która bardziej do mnie przemawiała.
  1. Nigdy i na zawsze, aut. Ann Brashares / na półce od 2012 roku
Gdy przychodzi mi napisać o tej książce mam wrażenie, że pomieszało mi się kilka tytułów. Opowieść o podróży w czasie, a w zasadzie życiu ponad czasem. Pomysł na fabułę cudowny i wykorzystany również całkiem zgrabnie, ale mnie po prostu nie biorą historyczne powieści. Złapałam się na tym, że czekałam tylko na powroty do przyszłości, choć muszę przyznać- budowanie tej opowieści od setek lat zrobiło na mnie wrażenie. Wzruszająca historia, to na pewno.
  1. Player One, aut. Ernest Cline / na półce od 2012 roku
Tytuł znalazł się na mojej liście, gdyż jest jednym z najdłużej przeze mnie posiadanym. To po pierwsze. Poza tym... ekranizacja już wkrótce więc trzeba było się przygotować. W sumie nie będę za bardzo marudzić porównując film do pierwowzoru, bo już niewiele z niego pamiętam. Historia miała być mega i rzeczywiście pomysł intrygował. Na pomyśle się skończyło, bo niestety później bardziej się męczyłam z czytaniem niż czerpałam z tego przyjemność. Jak dla mnie wiało nudą. Szkoda.
  1. Olśnienie, aut. Aime Agresti / na półce od 2013 roku
Powieść, którą dostałam od męża na dzień kobiet. Sama chciałam. To jeden z tych tytułów, który długo mi zalegał, a byłam pewna, że się z nim rozstanę jak już przeczytam. I po jej przeczytaniu tak to się skończyło. Uwielbiam paranormalne historie więc oczywistym było, że musiałam przeczytać. Fascynują mnie klimaty elitarne, więc uważałam, że mi się spodoba. I spodobała. Względnie. Wszystko owiane tajemnicą, teoretycznie, bo gdybym nie wiedziała jaki ma być charakter tej historii, to pewnie bym się go nie domyśliła czytając. Szkoda jedynie, że rozwiązanie tajemnicy nie było jakimś wielkim WOW! Finał jak zawsze wzbudził największe emocje, ale to i tak za mało, aby zapamiętać na dłużej tę opowieść.
  1. Kobieta w czerni, aut. Susan Hill / na półce od 2013 roku
Kolejna zekranizowana opowieść. Tym razem obiecałam sobie, że nie obejrzę filmu dopóki nie przeczytam książki. W końcu będę mogła zwolnić półkę zarówno z książki, jak i filmu. Spodziewałam się czegoś... bardziej! Bardzo ślamazarna historia opierająca się o zwierzenia dziwacznego człowieczka o jego jeszcze dziwniejszej wizycie w dziwnym domu. Nic specjalnego. Jak dla mnie bez klimatu, o dziwo. Zakończenie jednak... pamiętliwe! Ponoć inne niż w filmie.
  1. Krzyk aniołów, aut. Stephen Nassise / na półce od 2013 roku
Powieść, którą porzuciłam. Jest mi tym bardziej żal, że dostałam od siostry na Gwiazdkę. Tym bardziej mi smutno, że oczekiwałam czegoś na miarę książkowego „Supernatural”. Jednakże jak zaznaczałam na Goodreads, że zaczynam czytać okazało się, że jest to kolejny tom serii. Ta myśl zawładnęła moim umysłem, który od razu nastawił się na to, że się nie wciągnie. Nie wciągnęłam się więc szybko rzuciłam ją w kąt. Szkoda.
  1. 11 cięć, praca zbiorowa / na półce od 2013 roku
Zbiór opowiadań, najstarszy jaki posiadam, a którego nie przeczytałam. I jak to zwykle ze zbiorami wygląda- jedna historia jest ciekawsza, inna niekoniecznie. Mamy tu opowieści bardziej krwawe, bardziej psychologiczne. Do mnie oczywiście przemawiają te pierwsze, gdzie bohaterami są zabójcze futra, czy ogromny głód. Inne szokują, jak romantyczna dyniowa historia. Na samo wspomnienie w mojej głowie pojawia się wielkie zszokowanie poprzez uśmiech! W większości są to jednak przeciętne opowiadania.
  1. Eleonora & Park, aut. Rainbow Rowell / na półce od 2015 roku
Kupiona na wyprzedaży w Biedronce. Tak! Tam też kupuję książki. Wiele dobrego o niej słyszałam i sama też mogłabym wiele dobrego napisać. Książka dla młodzieży, całkowicie przesiąknięta młodzieżowymi emocjami. Historia, której nie życzę żadnemu nastolatkowi- no ewentualnie poza poznaniem takiej miłości jak nasza rudowłosa. Uroczy romans, od którego aż ciepło robi się na sercu. Wszystko za pomocą porozumiewawczych spojrzeń i drobnych gestów. Cudnie!
  1. Dziesięć płytkich oddechów, aut. K.A. Tucker / na półce od 2014 roku
Książkę zdobyłam na moich pierwszych targach książki w Krakowie. Zaintrygowała mnie, bo swego czasu dużo się o niej mówiło i to w wielu superlatywach. Mnie również się spodobała, ale obawiam się, że również szybko o niej zapomnę. Historia jakich wiele, więc w sumie szybko domyśliłam się, co i jak. Zwykła opowieść o dziewczynie dochodzącej do siebie po straszliwym wypadku, w którym straciła najbliższych. Intrygujące jest otoczenie w jakim porusza się dziewczyna, a chłopak, którego spotyka w pralni rozpala policzki do czerwoności. 

niedziela, 25 maja 2014

Książka #320. Finale, aut. Becca Fitzpatrick

Tytuł oryginalny: Finale
Seria: Szeptem #4
Gatunek:romans paranormalny
Wydawca: Otwarte
Rok wydania: 2012 (Świat), 2012 (Polska)
Tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka
ISBN 978-83-7515-244-9
Ilość stron: 422    Format: 136x205 mm

     Z powieściami typu paranormal romance jest jeden mały problem (poza tym, że nudzą)- im dalej w wątek tym gorzej. Chęć jak najlepszego zakończenia serii w większości przypadków przewyższa zdolności autora i podobnie jest w przypadku „Finale”. Tom kończy serię, która rozpoczęta przez Beccę Fitzpatrick tytułem „Szeptem”wykupiła sobie, niemalże dożywotnie, miejsce w sercach czytelniczek. Jednakże to co zaczęło się wraz z debiutem, szybko się wypaliło, więc z utęsknieniem czekaliśmy zamknięcia, którego się doczekaliśmy!
     Na łożu śmierci swojego ojca, przywódcy nefilów zwanego Czarną Ręką, Nora została wytypowana na jego zastępczynię. To na nią spadł obowiązek poprowadzenia nefilów w wojnie przeciwko upadłym aniołom. Jednakże nie wszyscy ufają, że nadaje się na pełnienie tak istotnej funkcji i z trudem przyjmują do wiadomości, że Millar wybrał ją do tej roli. Dlatego też jego zaufany pracownik- Dante, postanawia pomóc dziewczynie i chce przekonać do niej pozostałych. Tymczasem Nora wciąż spotyka się ze swoim ukochanym Patchem- upadłym aniołem, co jest jeszcze bardziej ryzykowne niż wcześniej. Wojna się zbliża, a Nora ma na głowie nową współlokatorkę- siostrę i arcywroga w jednym- Marcie, a także całą rzeszę upadłych aniołów i nefilów chcących jej śmierci.
     Ze swoim finalnym tomem seria zmierza w bardzo ciekawym kierunku z romansu paranormalnego transformując w mocny twór fantasy z aniołami i nefilami w roli głównej. Powieść przestaje być więc polem do wzdychania głównej bohaterki do swojego upadłego anioła, tak przesłodzonym, że aż próchnicy można się nabawić. Wątek nie odchodzi, ale zostaje nieco ochłodzony, zepchnięty na dalszy plan. To nie na nim skupia się większość uwagi czytelnika, choć trzeba przyznać, że nadal nie brakuje tu banałów w tym zakresie. O zgrozo! Cała fabuła przybiera formę przygotowań do walki, a także i samego starcia. Bohaterowie robią wszystko, aby tego uniknąć. Na jaw wychodzą nieźle zawiązane spiski, ale przede wszystkim zaskakujące zwroty akcji. Momentami rośnie napięcie, aby za chwilę spłaszczyć się do poziomu deski. Trochę szkoda, bo taka fabuła otwiera drzwi wielu możliwościom, z których autorka nie do końca skorzystała. Nadal pozostała więc w klimacie typowego paranormala, bo ostateczną- momentami mega wstrząsającą- rozgrywkę, pozostawiła na sam koniec. Nie jest to oczywiście nic nielogicznego, problem paranormali polega jednak na tym, że cała książka to gadanie o niczym, jakieś dziwne wydarzenia zapychacze, aż po te, które faktycznie coś wnoszą do fabuły i wpływ mają na ostatnie 50 stron powieści. Przez to momentami jest naprawdę nużąco, gdyż przytłaczające staje się to wszechobecne uczucie zbędności, co niektórych fragmentów, scen. Przez to całość wypada bardzo nierówno- raz przypływ emocji i zaskoczeń, a innym razem dłużąca się paplanina marnych dialogów. Szkoda.
      „Finale”skupia się bardziej na wewnętrznej przemianie głównej bohaterki, poznawaniu swojego przeznaczenia i podążaniu ku niemu. Nora odnajduje swoje prawdziwe ja i jest w stanie się z nim zmierzyć. Na tym głównie bazuje cała ta historia, choć dziwne jest to, że koncentruje się na tak nijakiej postaci jak Nora. Więcej emocji dodaje z pewnością Patch, którego wyobrażenie z pierwszego tomu wciąż nam towarzyszy. Nie mniej, tym razem z jego ust wychodzą dość mdłe frazesy, które bardziej irytują niż zachwycają. Problemem tej powieści jest to, że postaci drugoplanowe kradną wszystko, tym razem także. Króluje Vee, która pojawia się sporadycznie, ale kiedy już jest- rozbraja humorem i hardością ducha. Jednakże to co autorka jej robi, jest całkowicie niepotrzebne. Totalnie nie na miejscu. Inni ciekawi bohaterowie tej lektury to nefile, czyli Dante- chyba najbardziej zaskakująca postać, no i oczywiście Scott, który... no cóż, z nim wiąże się największy wstrząs tego tomu!
     Dobrą serię poznaje się nie po tym, jak się zaczyna, ale jak kończy. Gdyby więc oceniać całą tą tetralogię można powiedzieć, że jest to dość przeciętny twór. Świetny początek z nieco słabszym zakończeniem. Gdzieś ulotnił się cały ten urok, cała ta atmosfera tajemniczości. Seria „Szeptem”zapowiadała się na dość ciekawą lekturę, choć oczywiście nosiła znamiona typowe dla paranormali zapoczątkowane przez sagę „Zmierzch”. Najpierw płomienny romans, potem zachwiania, aż do wielkiej walki z przeciwnikami. Schemat powielany wielokrotnie! Jednakże postaci tu nie przeszły większej przemiany, fabuła nie rozwinęła się aż nadto. Choć momentami jest ciekawie, ale innym razem wątki i sceny wydają się być jedynie mdłymi zapychaczami miejsca w książce. I może nawet nie byłoby tak źle, gdyby autorka nie pokusiła się o kropkę nad i, wisienkę na torcie, którą staje się historia „po”. Tym jedynie zabiła wrażenia, a mogło zakończyć się tak zimnokrwiście. I wtedy byłoby to fajne!
Ocena: 3/6

niedziela, 18 maja 2014

Książka #319. Nadejście aniołów mroku, aut. Kim Harrison

Tytuł oryginalny:Something Deadly This Way Comes
Seria: Madison Avery #3
Gatunek: fantasy
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2011 (Świat), 2011 (Polska)
Tłumaczenie: Marta Czub
ISBN 978-83-241-4026-8
Ilość stron: 448    Format: 130x205 mm

      Jeszcze trzy lata temu pokładałam wielkie nadzieje w tej powieści. Liczyłam na bitwy, akcję i więcej dorosłości. Jednakże historia Madison Avery kończy się tak, jak zaczęła się rozwijać, czyli nijako. Kim Harrison kończy swoją anielską trylogię na tomie „Nadejście aniołów mroku”, który nie zachwyca, a ma się ochotę zakończyć go czym prędzej.
     Madison ma szansę na wielki awans w swoim nadzwyczajnym nadprzyrodzonym życiu, nieżyciu. Jednocześnie pozbawiona ciała, ale nie do końca umarła przemierza linie czasu wraz ze swoją drużyną światła i ciemności, aby próbować ocalić ludzkie dusze. Kiedy doznaje wizję, w której widzi umierającą dziewczynę i jej brata jest zdeterminowana, aby ocalić ich od zguby. Pomimo wszystkich przeciwności sił najwyższych przystępuje do działania, na chwilę zapominając o tym, jak bardzo pragnie odzyskać swoje własne ciało i znów stać się żywą. Do czasu, gdy nie trafia na jego ślad...
     Ta historia już bardziej dziwaczna być nie mogła. Oczywiście, poprzednie tomy czytałam szmat czasu temu i nie do końca kojarzę już co niektóre z faktów, ale trzeba przyznać, że ta opowieść poszła w najgorszym z możliwych kierunków. Z jednej strony jest jakaś historia poboczna, którą tutaj jest oczywiście Tammy i jej brat Johnny. I niby wszystko byłoby okej, gdyby nie było to bezsensownie rozwleczone na całą powieść. Ciągła przepychanka z przeznaczeniem, próby jego zmiany niby mają sens, ale te wizje i wyprawy całkowicie mijają się z celem i nie wnoszą nic do fabuły. Z drugiej zaś strony mamy sobie bohaterkę, która czegoś chce od życia. Podoba jej się bycie aniołem ciemności a wizja zostania strażniczką czasu ciemności jest całkiem kusząca, ale najlepiej jakby swoją rolę pełnić mogła wprost ze swojego żywego i oddychającego ciała. Brak jest tutaj jakiś metafizycznych odniesień i analiz, ale w sumie jest to literatura młodzieżowa, fantasy w dodatku, więc specjalnej głębi nie powinniśmy tutaj się spodziewać. Aczkolwiek przydałyby się chociaż nikłe próby odwoływania się do ludzkiej wrażliwości i zmuszania do refleksji.
     Autorka być może i świetnie porusza się w świecie anielskim, w którym mamy zarówno białe, jak i czarne, czy szare charaktery. Niektóre z nich potrafią zaskoczyć bardziej niżby się można spodziewać. Nawet te złe persony nie mają w sobie wystarczającego pazura, aby zachęcić do lektury. Z nikim nie jest łatwo się utożsamić, o nikogo nie chcemy się troszczyć i nikomu nie kibicujemy. Bohaterowie są nam całkowicie obcy, ale to wszystko z powodu ich totalnej bezemocjonalności, wyblakłości. Zero charakteru, zero pomysłu na stworzenie ciekawych istnień i ich rozbudowania. Szkoda.
     Powieść miała bardzo wielki potencjał, przynajmniej jeżeli chodzi o pozycję dla młodzieży. Seria Madison Avery dawała pewną zagwozdkę, gdyż była jedną z pierwszych o aniołach na rynku. Jednakże po świetnym wstępie, o wiele gorszym środku, ale przede wszystkim masakrycznym finale w „Nadejście aniołów mroku”historię tę można okrzyknąć jedną z gorszych. Słabo rozpracowana, bez większych twistów, bez większych emocji, bo wszystko tutaj pozostaje bezsensowne. O lekturze prawdopodobnie zapomni się szybciej niżeli się ją czytało, więc nie polecam jej nikomu, gdyż jest to zwyczajne marnotrawstwo czasu.
Ocena: 1/6

wtorek, 12 marca 2013

1036. Miasto Aniołów, reż. Brad Silberling

Oryginalny tytuł: City of Angels
Reżyseria: Brad Silberling
Scenariusz: Peter Handke, Wim Wenders, Dana Stevens
Zdjęcia: John Seale
Muzyka: Johnny Rzeznik, Gabriel Yared
Kraj: USA, Niemcy
Gatunek: Melodramat, Fantasy
Premiera: 10 kwietnia 1998 (Świat), 06 listopada 1998 (Polska)
Obsada: Nicolas Cage, Meg Ryan, Andre Braugher, Dennis Franz, Robin Barlett, Colm Feore


Data wydania DVD: 08. lutego 2013
Kolekcja: Zakochane kino
Dystrybucja: Galapagos
Wersja: 1-płytowa
Dodatki: brak
     Aniołowie- wojownicy Boga, strażnicy ludzkich istnień, od wielu lat pojawiali się w kinematografii w najrozmaitszych gatunkowo filmach. W końcu udało im się pokazać z bardziej romantycznej strony. Zanim pojawiło się w ogóle pojęcie romansu z istotami nadprzyrodzonymi, w tym też Aniołami, światło dzienne ujrzał obraz Brada Silberlinga o tytule „Miasto Aniołów”. Okazał się być on nie tylko ciepłym obrazem o ludzkim losie, ale przede wszystkim jednym z najpiękniejszych romansów jakie widział świat!

sobota, 4 sierpnia 2012

Książka #187. Dar od aniołów. Karty myśli życiowej, aut. Doreen Virtue


Oryginalny tytuł: Life Purpose Oracle Cards
Gatunek: ezoteryka
Rok wydania: 2011 (USA), 2012 (Polska)
Projekt okładki: Piotr Pisiak   Ilustracje: Wendy Andrews, Audrey Rawlings Arena, Carol Heyer, Marius Michael-George, Howard David Johnson, Savannah Roy, Corey Wolf
Tłumaczenie: Mariusz Warda
ISBN978-83-7377-514-5
Ilość stron: 128 + 44 karty   Format: 89x127 mm

     Któż z nas nie chciałby poznać swojej przyszłości. Któż nie chciałby wiedzieć jaki ma cel w życiu. Tym razem staje się to możliwe, dzięki znanej anielskiej pośredniczce Doreen Virtue, która daje światu kolejny mądry zbiór kart do wróżenia i porad jak z nich korzystać.

     „Dar od aniołów. Karty myśli życiowej” to kolejne narzędzie do porozumiewania się z aniołami. Towarzyszące nam każdego dnia mogą dać nam odpowiedź za pomocą tych właśnie 44 kart, jak pokierować swoim życiem. W podręczniku załączonym do kart, każdy czytelnik znajdzie przede wszystkim kolejne kroki jak posługiwać się kartami, bowiem samo ich przetasowanie i odczytywanie to nie wszystko. Ważne jest, aby najpierw je oczyścić i pobłogosławić, aby spełniły swoje zadanie. W dalszej części tej miniaturowej książeczki znajdziemy już tylko interpretacje kolejnych 44 kart, które pomogą nam zrozumieć, co anioły chciały nam przekazać dając nam właśnie tę kartę w odpowiedzi na zadane pytanie.
     Z kolei każda karta, opatrzona zostaje drobnymi wskazówkami w powiązaniu z konkretną dziedziną, którą możemy zajmować się w naszym życiu. Jednakże to nie to przykuwa do nich naszą uwagę. Karty te to przede wszystkim przepiękne wykonanie. Każda opatrzona jest z tyłu przepięknym rysunkiem anielskiego artysty. Każda z nich przedstawia anioły. Moje ulubione, czyli te które uważam za najpiękniejsze to te z „Jesteś na właściwej drodze”, „Wrażliwość”, „Artysta”, „Czas podjęcia decyzji”, „Możliwości” i jeszcze kilka innych. Mają w sobie takie anielskie piękno, subtelne i jednocześnie magnetyczne. Każda z nich będzie nas zachwycać, bowiem każda stworzona przez innego artystę będzie miała zupełnie inny charakter. Moje stworzone zostały między innymi przez Carol Heyer i Mariusa Michaela George'a.
     „Dar od aniołów. Karty misji życiowej” to niezapomniana lektura, ale też i zabawa. Możemy dowiedzieć się co Michał Archanioł sądzi o naszym przeznaczeniu, a także o przeznaczeniu naszych bliskich. Wszystko to za sprawą urokliwych i pełnych magii kart, a także dobrze spisanego podręcznika, który pomoże nam w analizie. Z pewnością jest przydatne, ale zdecydowanie tylko dla tych, którzy chcieliby zajmować się tym na co dzień. 

Ocena: 6/6

Za podręcznik z kartami serdecznie dziękuję Wydawnictwu Studio Astropsychologii!

czwartek, 21 czerwca 2012

Książka #167. Cień anioła, aut. Iwona Czarkowska

Gatunek: fantasy młodzieżowe
Wydawca: Wilga
Rok wydania: 2012 (Polska)
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Natalia Sikora
ISBN 978-83-259-0489-0
Ilość stron: 320 Format: 125x195 mm

Książkę kupisz na stronie: Wilga


     Wampiry i wilkołaki mogą się schować w kąt, bowiem teraz świat przeżywa prawdziwe objawienie na historie iście anielskie. Polacy znani z kopiowania pochodzących z zachodnich stron kolegów i koleżanek po fachu nie mogli pozostać gorsi i tak jak Izabela Degórska podążyła szlakiem wampirycznych romansów, tak Iwona Czarkowska przeciera drogę dla aniołów na polskim rynku wydawniczym, publikując za sprawą Wydawnictwa Wilga swoją kolejną książkę pt. „Cień anioła”.

     Karol Sobota jest zwyczajnym nastolatkiem ze zwyczajnymi nastoletnimi problemami. Pewnego dnia spotyka tajemniczych ludzi, którzy uzbrojeni w jedno anielskie skrzydło spacerują po warszawskich ulicach. Szybko okazuje się, że i on ma osobistego anioła- Anielę, która nie dość, że bez przerwy kicha to w dodatku boi się wysokości. Jednakże prawdę o dziewczynie poznaje dopiero od swoich bezdomnych sąsiadów, którzy nie tylko otwierają mu oczy, ale są i drugą rodziną. Kiedy chłopiec odkrywa od dawna skrywaną tajemnicę, nie zdaje sobie sprawy, że właśnie wkroczył w drogę organizacji o nazwie „Cień anioła”.

     Iwona Czarkowska już od pierwszych stron próbuje oczarować czytelnika swoją niebanalną opowieścią. Jest to historia z pogranicza dobrego fantasy i jeszcze lepszego dramatu, w którym psychologiczne wyprawy nie są niczym zaskakującym. Pomysł na wprowadzenie aniołów do fabuły, jako elementu magicznego, boskiego, jest dość ryzykownym manewrem, bowiem w takim wydaniu spodziewać się można moralizatorskiego charakteru powieści. Trudno powiedzieć, czy autorce udało się osiągnąć upragniony cel. Z pewnością połączenie okazało się dość interesujące, aczkolwiek wydaje się, że nie wykorzystano tutaj pełnego potencjału opowieści. Z jednej strony dzieje się tutaj bardzo wiele, ale z drugiej nie są to wydarzenia zbyt porywające. Zagłębiając się w tę lekturę bez trudu można zgubić się pomiędzy kolejnymi wątkami. Momentami trudno jest się zorientować, czy bohater ma do czynienia z aniołem, czy z istotą żywą. Oczekujemy tutaj o wiele więcej. Jakiejś odwiecznej walki dobra ze złem, bądź fajerwerków, ale okazuje się, że musimy pocieszyć się jedynie problemami młodego Soboty. Gdzieś pomiędzy dowiadujemy się, że chłopak nie potrafi pogodzić się ze śmiercią ojca, wciąż żywiąc nadzieję, że może żyć. Tym też sposobem nie jest w stanie w pełni zaakceptować swojego ojczyma, co wielokrotnie doprowadza go do buntowniczych przejawów. Nie chodzi tutaj jedynie o ojca, bowiem temat aniołów jest idealnym do zaprezentowania naturalnej kolei rzeczy i ich nieuchronności. Ukazuje, tym samym, kruchość ludzkiego życia i w niezwykle prosty sposób próbuje zaszczepić w nas wiarę w anielskie zastępy. Ostatecznie odkrywa przed nami radość życia i zdolność korzystania z tego co nam oferuje, aby móc żyć.
     Autorka próbuje udowodnić, że Polacy także potrafią pisać. Jednakże patrząc na jej styl ewidentnie widać, że daleko nam do twórców światowej sławy. Dobór słów nie jest zbyt konkretny, pokazując, że jest to powieść dla młodych czytelników. Aby to podkreślić stosuje młodzieżowy slang, gdzieniegdzie przeczytamy zwroty typu „fejs” na określenie Facebooka, czy „miszczu” bądź „brachu”, których wciąż nadużywa. Do tego stopnia, że jest to aż irytujące. Pisze bardzo prostym językiem, tym samym czyniąc powieść przystępną dla każdego. Aczkolwiek z pewnością wielu porazi infantylność w wypowiedziach, czy opisach. Choć narracja nie jest pierwszoosobowa, to jako, że obserwator niczym rzep przyczepia się do postaci Soboty to nie widzimy nic poza tym. A jaki jest sam bohater? Przeciętniak, na którego nie zwrócilibyśmy uwagi. Taka szara mysz wśród nastolatków. To co jednak przeraża to sposób jego rozumowania. Wielokrotnie odniesiemy wrażenie, że nie przysłuchujemy się buńczucznemu nastolatkowi, a po prostu inteligentnemu dzieciakowi.
     „Cień anioła” jest pewnym kandydatem na tytuł jednej z najlepszych powieści dramatycznych dla młodzieży. Jednakże trochę za dużo tu tego wszystkiego. Szybko przekonamy się, że jest to jedynie kolejna opowieść pełna dramatyzmu, z lekkim elementem suspensu i lekkim zabarwieniem fantastyką. Lektura okazuje się za bardzo przyziemna, ale to wcale nie oznacza, że jest zła- wręcz przeciwnie. Jest to idealna odskocznia dla przesiąkniętych magią opowieści, gdzie mnożą się nadnaturalne istoty, których imion nie jesteśmy w stanie spamiętać. Na swój sposób jest wyjątkowa i z pewnością znajdzie się rzesza fanów, które ją docenią.

Ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Wilga. 
 

wtorek, 17 kwietnia 2012

Książka #139. Cisza, aut. Becca Fitzpatrick

Oryginalny tytuł: Silence
Seria: Szeptem #3
Gatunek: fantasy, romans
Wydawca: Otwarte
Rok wydania: 2011
Projekt okładki i zdjęcie: James Porto
Tłumaczenie: Paweł Łopatka
ISBN 978-83-7515-191-6
Ilość stron: 398  | Format: 136x205mm




     Wraz z kolejnym tomem przebojowej i uwielbianej przez nastolatki serii powieści „Szeptem”jesteśmy o krok od wielkiego finału, który zapowiadany jest na rok 2012. Becca Fitzpatrick bez problemu rozkochała masy dziewcząt w niezwykle porywającej historii miłosnej dziewczyny i upadłego anioła. Nora i Patch, w części „Cisza”muszą stanąć przed kolejnymi wyzwaniami, które całkowicie odmienią ich dotychczasowe życie, a być może i uczucie, które ich łączy.

     Po trzech miesiącach od porwania Nora zostaje wypuszczona z uwięzi. Problem polega na tym, że nie pamięta niczego co wydarzyło się w czasie porwania, a także dwa miesiące wcześniej. Nieoczekiwanie pojawia się w swoim dotychczasowym życiu, które uległo drobnej zmianie- jej matka zaczęła spotykać się z ojcem jej śmiertelnego wroga- Marcie, Hankiem Millarem. Dziewczyna nie jest w stanie się z tym pogodzić, ale każda próba ucieczki przed tym faktem sprowadza na Norę problemy. Ostatecznie na jej drodze staje niejaki Jev, upadły anioł, który stara się ją ochronić przed ścigającymi ją nefilim. Wkrótce dowie się, że ten anioł, niegdyś pod imieniem Patch, był miłością jej życia i stanowili parę. Teraz oboje muszą spróbować udaremnić plan Millara o wywołaniu największej w dziejach wojny między nefilim i archaniołami. 
    Osoby, które zakochały się w miłosnych porywach Nory i Patcha w pierwszym tomie tej serii- „Szeptem”, mogą poczuć się lekko zawiedzione tym w czym przyjdzie im się rozczytywać tym razem. Bo emocjonalnych huśtawkach serwowanych w „Crescendo”, które obfitowało w rozstania i powroty, „Cisza”zaczyna się zdecydowanie uspokajać. Para znowu jest razem, choć problematyczne jest oczywiście to, że nefilim wymazał dziewczynie pamięć. Co tu dużo mówić, nie zaczyna się to zbyt obiecująco i czytelnik ma wrażenie, że zaraz zgłupieje od tych ciągłych młodzieżowych problemów z emocjami. Jednakże już niedługo pojawia się nadzieja. Zanim to jednak nastąpi będziemy świadkami tego jak Nora próbuje z powrotem odzyskać swoje życie. Na nowo musi się dostosować do otoczenia, które nie zatrzymało się na czas jej porwania. Dziwne jest to, że jak na osobę, która padła ofiarą porwania i była przetrzymywana wbrew własnej woli przez trzy miesiące, nie okazuje większych odchyleń psychicznych. Oczywiście, można o to obwiniać fakt, że przecież nic nie pamięta, ale jednak pewien dyskomfort powinien pozostać. W międzyczasie dziewczyna musi także ogarnąć swoje relacje z matką, bowiem spotyka się ona z ojcem Marcie, który niedawno się rozwiódł. To staje się przyczyną kolejnych dziwnych akcji i dramatycznych sytuacji, w szczególności, gdy dziewczyna przypomni sobie tajemnicę, która jest przez niego skrywana. Niestety, musi się z tym kryć, żeby nie napędzić sobie i swojej matce jeszcze większej biedy. Pomiędzy tymi dramatycznymi wydarzeniami na nowo rozpala się w Norze uczucie do Patcha i odwrotnie. Przyjemnie jest o tym czytać, ale w zasadzie poza tym wszystkim nic większego nie rozgrywa się w tej powieści. Całość uwagi skupia się jedynie na wzbudzaniu seksualnego napięcia pomiędzy bohaterami, a także i u czytelnika. Bohaterowie kochają się, a co za tym idzie dopuszczają się niesamowitych poświęceń względem siebie, a wszystko w trosce o drugą osobę. Jednakże, czy takie wątki mogą być siłą napędową całej historii? Okazuje się, że jednak nie i jest to niezwykle męczące.
     W „Ciszy”Fitzpatrick próbuje pchnąć na przód miłosną historię śmiertelniczki i upadłego anioła. Jednakże ciężko tutaj mówić o znaczącym postępie, kiedy przez połowę powieści dochodzi się do tego co wydarzyło się w „Crescendo”. W pewnym momencie zaczyna to już nudzić, a prawdziwa akcja rozpoczyna się dopiero w połowie książki, może nawet trochę dalej. Ma to też pewien cel, autorka stara się przedstawić trudy odzyskiwania wspomnień, a tym samym pozbawienia bezpieczeństwa. Próbuje tym samym wniknąć w umysł Nory, co jest tutaj ułatwione jako, że to właśnie ona jest tutaj narratorem. Choć narracja trochę ogranicza manewrowanie rzeczywistością, to jednak autorka wychodzi obronną ręką poprzez ponowne wykorzystywanie wspomnień po dotknięciu ran Patcha. Dzięki temu możemy towarzyszyć Norze w jej rozmyślaniach i emocjonalnych dylematach, ale też przenosić się do chwili kiedy została porwana i co się wydarzyło zanim straciła pamięć. Trzeba jej to przyznać, potrafi pisać lekko i nie komplikuje zbytnio fabuły. Momentami, w szczególności przy zakończeniu wprowadza pewne zwroty w akcji, co wzbudza w czytelniku jednoznaczne reakcje. Jednakże nie wzbudza większych emocji, a szkoda.
Seria „Szeptem”może pochwalić się jednymi z najpiękniejszych okładek, jakie zdobią współczesne powieści. Autorem zdjęć jest nieustannie James Porto, który zachowuje w swoich pracach pewną tajemniczość. Słynący z prac, na których królują przede wszystkim anioły, okazał się być idealnych twórcą do tej serii. Na okładce „Ciszy”zobaczymy dwójkę bohaterów, w końcu! Uskrzydlony Patch trzymający w ramionach Norę. A wszystko to w mrocznych i spokojnych odcieniach szarości, w bieli i czerni. Nikt nie przejdzie obojętnie obok tej hipnotyzującej pozycji!
     Bez większych problemów zauważyć można, że seria „Szeptem”zachowuje tendencję spadkową. Żadna z kolejnych nie utrzymuje poziomu chociażby porównywalnego do tego, jaki wyznaczył tom pierwszy. Porywy namiętności zostały zepchnięte na bok, aby na pierwszy plan mogły wyjść rozgrywki aniołów i nefilim. „Cisza”jest dopiero wstępem do tego co będzie miało miejsce w wielkim finale, ale autorce nie udało się idealnie wyważyć wątków romantycznych z dynamiczną akcją. Nie ma tutaj większych porywów ani w jednej ani w drugiej sferze. Szkoda, bo zapowiadało się obiecująco, a co tutaj dużo mówić- w niektórych momentach powieść zwyczajnie nudzi.

Ocena: 3/6

wtorek, 10 kwietnia 2012

Książka #133. Córka dymu i kości, aut. Laini Taylor

Oryginalny tytuł: Daughter of Smoke and Bones
Gatunek: fantasy, romans
Wydawca: Amber
Rok wydania oryginału: 2010 (USA), 2012 (Polska)
Projekt okładki: Dave Caplan, Alison Impey
Tłumaczenie: Julia Wolin
ISBN 978-83-241-4158-6
Ilość stron: 400  | Format: 130x205mm

     Chyba każda nastolatka zapoznała się już z większością romansów paranormalnych, które ukazały się na polskim rynku wydawniczym po „Zmierzchu”. Wampiry, wilkołaki, anioły, demony. Jednakże to co Laini Taylor prezentuje w swojej książce „Córka dymu i kości”zyskuje zupełnie inny wymiar. Jest to dopiero pierwszy tom serii, która ma ukazać się o niezwykle magicznym uczuciu łączącym dwójkę istot, a już zyskał niebywały rozgłos na całym świecie. Ta laureatka licznych nagród za powieści młodzieżowe powoduje, że zapomnieć możecie o magii z serii Harry'ego Pottera, czy porzucić w mrocznym kącie romanse z wampirami. Oto nadchodzi przełomowa lektura, która u mnie wzbudziła mieszane uczucia.

     Od wieków, nieustannie, trwa wojna pomiędzy Serafinami i Chimerami. Dwie rasy żyjące po to, aby się nienawidzić i wciąż ze sobą walczyć, nie stanowią żadnej przeszkody dla tych dwojga. Ona- Karou, artystka i córka Dealera Marzeń. On- Akiva, serafiński wojownik, którego przeznaczeniem jest ją zniszczyć. Jedno spojrzenie powoduje, że zakochują się w sobie bez pamięci. To Akiva może być dla Karou zbawieniem. Może pomóc jej przejść do świata jej ojca, od którego została odcięta przez tajemniczą moc. Nieoczekiwanie to właśnie ten anioł pomaga jej poznać kim jest naprawdę, a prawda ta może przyczynić się do kolejnej wojny. 
    Akcja w powieści rozpoczyna się dosyć niepozornie. Poznajemy młodą dziewczynę, dość niezwykłą dziewczynę, o której tajemnicy dowiadujemy się już na pierwszych stronach. Nie tylko jest ona córką istoty, która produkuje marzenia. Nie tylko ma za przyjaciół niezwykłe chimery. Przede wszystkim dysponuje czarodziejską walutą, która daje jej niebieskie włosy, znajomość ponad dwudziestu języków, czy umiejętność latania, która wzbudza sensacje wśród praskich obywateli. Dziewczyna nie wie do końca kim jest i skąd się wzięły tajemnicze tatuaże na wewnętrznej części jej dłoń. Wszystko jest tajemnicą, do chwili kiedy w jej życie wkracza on- anioł. Wówczas czytelnik zapoznaje się z przeszłością. Z przeszłością Karou, która ostatecznie dowiaduje się kim jest i jak bardzo powinna dziękować swojemu ojcu. Z historią odwiecznej walki dobra ze złem, dlaczego w ogóle do tego doszło i jaki zgubny wpływ ma na to na jednostki obu ras. Trzeba przyznać, te elementy pełne są magii i niezwykłości. Przedziwne istoty, zaklęcia i wiele innych pełnych niesamowitości elementów. Fantastyczny świat atakuje nas w zasadzie z każdej kolejnej kartki tej powieści, fascynując i powodując, że chcemy czytać więcej. Choć, oczywiście, nie każdemu może się to spodobać. To właśnie ta nietypowa rzeczywistość stanowi tło dla niebanalnego uczucia. Miłości, która przetrwała śmierć i odrodziła się na nowo. Miłości, która choć zakazana nie pozostaje nieodwzajemniona. Porusza, poraża i przede wszystkim fascynuje. Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z typowym schematem, który króluje wszystkim romansom paranormalnym, przyjmującym formę unowocześnionych i przeniesionych w fantastyczne światy wersji „Romea i Julii”. Miłość pomiędzy przedstawicielami dwóch skłóconych ze sobą rodów to podstawa. Jako, że romanse nie mają w zwyczaju kończyć się tragicznie, tutaj trochę odbiega się od klasyki. Całe szczęście, bo któż chciałby coś takiego czytać. Najważniejszy jest jednak sposób prezentacji.
     Już od pierwszych słów, które Laini Taylor kieruje do czytającego przekonujemy się, że nie będzie to zwykła powieść. Jej tekst jest pełen tajemniczości i magii, która momentami sprawia, że dość trudno przekonać się do kontynuowania lektury. Stosuje wiele epitetów, niekiedy niezwykle wymyślnych, ale powodujących, że nie sposób nie podziwiać sposobu w jakim posługuje się językiem. Jest to prawdziwa artystka, przede wszystkim w dziedzinie literatury. Z pewnością wielu będzie ją utożsamiało z główną bohaterką powieści- Karou, bo tak samo ma dość niezwykły kolor włosów, jak i zamiłowanie do sztuki. Nie dziwi więc, że tak szybko przekonuje do swojej książki każdego fana literatury fantasy. Jej wyobraźnia jest genialna! Pełno w niej romantycznych uniesień, które, choć nie wywołują rumieńca na policzku, to jednak przyprawia o szybsze bicie serca. Pełno w niej opisów nadnaturalnego świata, w którym nawet Chimery mają swoje przecudne bale. Opisów bardzo szczegółowych, które bez problemu zarażą czytelnika wyobraźnią autorki i sprawią, że już nigdy nic nie będzie takie samo. W dodatku autorka w inteligentny sposób rozwija kolejne wątki i efektywnie buduje napięcie. Potrafi zainteresować od pierwszej do ostatniej strony kończąc powieść w takim momencie, że nie pozostawia czytelnikowi żadnego wyboru- musi przeczytać kolejnym tom, choćby nawet jutro!
    Pierwszy tom powieści zdecydowanie przykuwa uwagę czytelnika. Przede wszystkim za sprawą czarownej okładki, która- cóż to dużo mówić- sprawia, że trudno jest oderwać od niej wzrok. Dziewczyna skryta za maska z ptasich piór, z czego to właśnie maska jest najbardziej wyrazista, bowiem tylko tutaj zastosowano kolor, i to jeszcze jaki, niebieski. Ponadto do lektury zachęca również enigmatyczny tytuł, którego znaczenie poznajemy, prędzej czy później. Stanowi on sens całej powieści i w dodatku intryguje.
     O zaletach „Córki dymu i kości”można by pisać bez końca. Nadnaturalny świat przeplatany jest z namiętnym, choć zakazanym uczuciem. Choć autorka w dość niecodzienny sposób prezentuje odkrywanie przez Karou przeszłości to jednak wciąż potrafi przykuć uwagę czytelnika. Choć przeskakuje z przeszłości do teraźniejszości i z teraźniejszości do przeszłości to nie powoduje zamieszania w naszych głowach. Choć książka trochę dotyka schematu innych powieści z gatunku to jednak nie trzyma się go bezsensownie i ślepo. Przekonuje o potędze prawdziwej miłości, a także w symboliczny sposób prezentuje przeszkody, które rzucane są jej w codziennym życiu. Przede wszystkim stanowi drogę do poznawania samego siebie, dojrzałości i chęci zmiany na lepsze. 

Ocena: 5/6
Recenzja dla portalu IRKA.