NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 grudnia 2015

Książka #382: Ocalenie Callie i Kaydena, aut. Jessica Sorensen

    Szczęśliwie nieudane kontynuacje to problem głównie filmowych tworów niżeli tych książkowych. Dlatego też, tego samego roku, w którym wydawnictwo Zysk i S-ka podarowało nam Callie i Kaydena, możemy cieszyć oczy udaną kontynuacją rozpoczętych wątków. Najnowsza na polskim rynku powieść Jessiki Sorensen o tytule „Ocalenie Callie i Kaydena”, to chyba jeszcze bardziej emocjonująca lektura niż ta, którą mieliśmy okazję czytać poprzednim razem.
      Po tragicznych wydarzeniach Kayden trafia do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Jego ojciec znika, a matka nie dopuszcza do niego nikogo, poza nią samą, w tym także Callie. Dziewczyna jest oszołomiona tym, co widziała, a dodatkowo nie ma żadnych wieści o swoim ukochanym. Kiedy chłopak dobrzeje podejrzewa się go o to, że sam zadał sobie okropne rany. Matka wysyła go więc do szpitala psychiatrycznego, gdzie rozpoczyna terapię. Wkrótce jednak będzie musiał stawić czoła koszmarom, a także rzeczywistości, a w tym pomocą służyć będą mu przyjaciele, ale przede wszystkim ukochana Callie.
      Chcieliście godnego zakończenia historii? Będziecie musieli trochę poczekać, bowiem „Ocalenie Callie i Kaydena” nie stanowi ostatecznego zamknięcia ich literackiej opowieści. To dopiero półfinały rozgrywek, które popychają akcję mocno do przodu, ale jeszcze pozostawiają wiele pracy przed naszymi młodymi bohaterami. Do nich wrócimy za parę tomów, bowiem w następnej kolejności poznamy losy innego związku, z bohaterem znanym nam już z grona przyjaciół Kaydena. W drugim tomie nadal borykamy się z problemami nastolatków. Nad Callie nadal wisi piękno gwałtu sprzed 6 lat natomiast nad Kaydenem wisi mordercza ręka jego ojca, a przynajmniej wspomnienie o niej, bowiem sam mężczyzna znika. Zrzuca się go na dalszy plan, bowiem bohaterowie postanawiają pomóc sobie wzajemnie, więc na nich skupia się cała fabuła. Głównym ich problemem jest oczywiście to, że chcą być razem, ale nie mogą- taki swoisty teen drama. Jednemu wydaje się, że nie zasługuje na drugie, że nie chce go krzywdzić, że nie chce obarczać swoim bagażem traumatycznych i bolesnych doświadczeń. Co za brednie! Historia młodzieżowa niczym w wampirzym romansie Belli i Edwarda. Wiadomo, kwestia psychiki, której mocno zaszkodziły urazy z dzieciństwa pielęgnowane przez prześladowcę przez wiele długich lat. Zaskakujące jest tu jednak to, jak łatwo młodzi ludzie potrafią rzucić wszystko w kąt- swoje dotychczasowe obowiązki i życia, aby po prostu zaszaleć w odleglejszym, cieplejszym klimacie. Kwestia terapeutyczna- ma się rozumieć, ale i tak mocno nagina się tu rzeczywistość. Chociaż jak można wypowiadać się o amerykańskich realiach studenckich, kiedy polskie tak dramatycznie się różnią.
    Tym razem fabuła zdecydowanie za długo się rozkręca. Początki spędzane w szpitalu niemiłosiernie się rozciągają, a osobiste dylematy Kaydena i jego walka z samym sobą wydają się być co najmniej irracjonalne. Nie dziwne więc, że wszyscy piejemy z radości, kiedy nasza ulubiona para w końcu znowu się jednoczy i mogą razem przezwyciężać swoje własne problemy. Fascynujące jest to, jak wielkim są dla siebie wsparciem, jak bardzo pomocne wydaje się być dla nich obecność tej drugiej osoby. To naprawdę porusza. Choć trzeba przyznać, że najwięcej emocji wzbudza zamknięcie opowieści. Kiedy oboje składają sobie przyrzeczenia, kiedy oboje je spełniają. Zalewa nas wówczas fala emocji, fala łez, która dotyka również i bohaterów. Niezapomniane przeżycie!
      Na pewnych płaszczyznach „Ocalenie Callie i Kaydena” jest odrobinę gorsze od początków ich historii. Jest mniej dramatycznie, choć u finału o wiele bardziej emocjonująco. Ten tom skupia się na swoistej walce z samym sobą, swoistymi słabościami, z którymi borykają się jedynie osoby dotknięte podobnymi problemami. Ciężko się patrzy na te próby ocalenia swojej własnej duszy, kiedy patrzy się przez pryzmat sposobu w jaki traktowana jest druga osoba. Jest to z pewnością porażające. Bohaterowie tak samo starannie dopracowani jak ostatnim razem, choć teraz dowiadujemy się jeszcze więcej o nich samych i o otoczeniu, w którym dotychczas przeżywali. Bardzo odkrywcze i interesujące. Druga odsłona przypadków Callie i Kaydena odkrywa zupełnie nowe pokłady wrażliwości i zaskakuje reakcjami, jakie w nas wywołuje!

Ocena: 6/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info   zysk.com.pl
 
Tytuł oryginalny: The Redemption of Callie and Kayden / Tłumaczenie: Ewa Helińska / Wydawca: Zysk i S-ka / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7785-760-1 / Ilość stron: 384 / Format: 140x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2015 (Polska)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Książka #363: Piękny nieznajomy, aut. Christina Lauren


     Kontynuacja bestsellerowej powieści amerykańskiej autorki. Książki, która rozpala najbardziej wycofane czytelniczki, która zabiera nas w podróż po niesamowitych doznaniach erotycznych. Co ją cechuje? Zdecydowanie pasja, wyobraźnia, no i lekki język. Przystojniaki powracają, aby znowu zawojować nasze serca, tym razem poznamy „Pięknego nieznajomego”.
     Po ciężkim związku Sara postanawia porzucić swoje dotychczasowe życie w Chicago i wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie czeka na nią stanowisko w firmie Bennetta Ryana. Jej dobra koleżanka Chloe nie pozwala jej jednak długo nudzić się w nowym mieście i szybko zabiera ją na podbój pobliskiego klubu. To właśnie tam Sara poznaje niesamowicie przystojnego nieznajomego, przy którym odkrywa swoje zupełnie odmienne oblicze... i wcale nie ma go dość.
      Seria „Piękny drań” to jedna z najciekawszych propozycji dla kobiet od czasów Greya. Młodzi, przystojni, odnoszący sukcesy, a do tego tak bardzo intrygujący. Tak jak Bennett Ryan był uosobieniem gruboskórności i całkowitego zdystansowania, tak nowy bohater- Max Stella, jest jego zupełnym przeciwieństwem. Dwa różne podejścia do kobiet, ale z równie pozytywnym skutkiem, a to wszystko dzięki niekwestionowanej wyobraźni. Podczas gdy związek Bennetta i Chloe odbywał się w dość spontaniczny sposób, a wszelkie ich igraszki miały podobny charakter, tak Maxa i Sarę cechowało zupełnie coś innego. Ich napędza pasja, tajemniczość, siła sugestii i oczywiście... ściśle określone zasady. To właśnie te zasady budzą najwięcej emocji, gdyż oczywistym staje się, że oboje mają je głęboko w nosie. Spotkania w każdy piątek, zero uczuć, ale za to baardzo dużo seksu. Bez twarzy, bez imion, niby na podglądzie, a jednak wciąż w sekrecie. O co tutaj chodzi? Każdy piątek, to zupełnie nowa miejscówka na upojne chwile. Niebywałe jest ile pomysłów tłuc się może w tak pięknej główce. Aczkolwiek po raz kolejny pokazane zostaje, że jak nie masz kasy, albo nie jesteś kimś, to nie masz szans na podobną frajdę. Gratka dla miłośników książek? Czytanie niemoralnych książek w bibliotece zamkniętej dla odwiedzających!
     Zabawy są tutaj nieograniczone, pomysłowość nie zna granic. Z zafascynowaniem zaczytujemy się w kolejnych stronicach i chcemy więcej, spragnieni tego, co też może strzelić do głowy przystojnemu Maxowi. Jednakże istotna jest tutaj również i problematyka postaci. Chęć Sary do zatrzymania swojej prywatności z zupełnie nieznanych powodów- choć początkowo można odnieść błędne wrażenie, że stoi za tym onieśmielająca sława Maxa. Problem tkwi o wiele głębiej i w sumie, gdy połączy się uważnie fakty kolejno prezentowane w powieści to spokojnie można rozszyfrować tę zagadkę. Nie mniej, sporo tutaj nieufności. Kobieta raz zraniona za drugim może mieć już problem w pokładaniu wiary w innych. Z drugiej strony zaś on, przytłoczony przez tabloidy kreujące całkowicie odmienny wizerunek, który on sam stara się przeforsować. Wydaje się, że ta dwójka to całkowite przeciwieństwa, z problemami nie do pogodzenia, ale zawsze znajdzie się wspólne podłoże do zawiązania współpracy. Tutaj jest nim oczywiście seks i wzajemna sympatia. Tak... zaskakujące!
      Christina Lauren już wprowadzając „Pięknego drania” pokazała, że wie czego pragnie kobieta i co może kłębić się w umysłach mężczyzn. Jednakże przy „Pięknym nieznajomym” poszła o krok dalej i uwolniła się z więzów, które mogły jeszcze pętać jej nadgarstki. Bardzo zmysłowa, momentami szalenie zabawna i przede wszystkim urocza opowieść o dojrzewaniu do prawdziwych emocji, odkrywaniu swoich własnych pragnień, definiowania siebie na nowo. Interesująca, momentami infantylna, lekko napisana i naprawdę baaardzo, baaardzo przyjemna lektura, która umili wakacyjne noce, dając więcej pewności siebie.

Ocena: 5/6

Recenzja dla portalu A-G-W.info!
  

Tytuł oryginalny: Beautiful Stranger / Tłumaczenie: Katarzyna Krawczyk / Wydawca: Zysk i S-ka / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7785-695-6 / Ilość stron: 364 / Format: 140x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2015 (Polska)

środa, 12 sierpnia 2015

Książka #362: Przypadki Callie i Kaydena, aut. Jessica Sorensten


     Rzadko trafiają w moje ręce książki, które fascynują mnie od pierwszej strony, lekko się czyta i przede wszystkim wywołują falę emocji. Pozytywnym zaskoczeniem jest więc najnowsza, na polskim rynku, powieść młodej pisarki- Jessiki Sorensen, o tytule „Przypadki Callie i Kaydena”. Otwiera ona całkiem nową serię romansu dla młodzieży z dramatem w tle - „Przypadki”.
     Młoda dziewczyna imieniem Callie w wieku dwunastu lat pada ofiarą przestępstwa. Przez lata skrywa w sobie tajemnicę z dnia swoich urodzin, która napiętnuje każdą relację w jej życiu. Pomimo wszystko, gdy jest świadkiem innej zbrodni nie staje bezczynnie, dzięki czemu Kayden może zawdzięczać jej życie. Po latach spotykają się na uczelni, pamiętając o dramatycznych wydarzeniach, które całkowicie ich odmieniły stają się sobie bliżsi niż można by się spodziewać. Niestety, koszmar trwa nadal.
     Już bardzo dawno nie spotkałam się z lekturą tak bardzo naładowaną emocjami. Ciężko zaklasyfikować ją do jednego gatunku, bowiem nie jest to stricte romans młodzieżowy. Oczywiście, ma bardzo wiele znamion literatury tego typu, a przy tym nie unika schematów. Dwójka młodych ludzi złączona przez własne bagaże, ciężkie bagaże doświadczeń życiowych. Ludzi w niedoli zawsze połączy uczucie, gdyż potrafią zrozumieć swojego partnera, wiedząc przez co przechodzą. To jakie szkody poczyniło życie na ich psychice, to jedna sprawa. Inną jest chęć wyjścia naprzeciw wszelkim kłodą rzucanym przez życie, a może bardziej przez nas samych, obawiających się otwarcia na innych po traumie. Piękny jest w tej relacji właśnie zrozumienie, wsparcie i brak nacisku ze strony przyjaciół. Tak to się wszystko zaczyna, przyjaźń kwitnąca pomiędzy dwójką osób, która potem przeradza się w coś więcej. W końcu, gdzie będzie bezpieczniej? Uroczym jest obserwowanie tych rozwijających się uczuć. Momentami bywa zabawnie, innym razem wieje grozą, ale to już zupełnie inna bajka.
     Najtrwalsze związki powstają na zgliszczach. Człowiek wiele musi się w życiu nacierpieć, aby móc docenić, ale przede wszystkim w ogóle dostrzec swoją prawdziwą miłość i szczęście, które za nią idzie. Callie i Kayden, to dwie osoby, które nacierpiały się aż nadto. Zaskakującym jest to, jaką sadystką musi być Sorensen, że w takie wspomnienia ładuje swoich bohaterów. Przy tym ukazuje hardość ich charakterów. Nie są to więc puści nastolatkowie, ale młodzi ludzie, którzy poznali okrucieństwo świata, stali się ofiarami przemocy- takiego, czy innego rodzaju. Ich przeżycia, tytułowe przypadki, poruszają. W szczególności w chwili, gdy obserwujemy ich zmagania z problemami, z blokadami ustawionymi przez życie. Niestety, tak jak w swoistych dramatach sytuacyjnych dochodzi do zderzenia przeszłości z teraźniejszością. To, co się dzieje... przechodzi najśmielsze pojęcie. Wydarzenia finałowe wzbudzają emocje nie tylko w postaciach książkowych, ale przede wszystkim w czytelniku. Ciężko jest nie uronić chociaż jednej łzy nad ich niedolą. Poruszający finał, który zostawia nas w martwym punkcie, bez odpowiedzi, totalnie bezradnych. Nie ma to jak wyrwać człowiekowi serce i tak po prostu go pozostawić samemu sobie...
     Jessica Sorensen to manipulantka ludzkimi emocjami. „Przypadki Callie i Kaydena” raz po raz zadają przerażający cios, by u finału zbombardować nas całą swoją artylerią. Nie jest to może szczyt literatury, ale z pewnością osiąga swój cel. Napisana lekką ręką, przez co czyta kolejne słowa wręcz płynnie przechodzą w zdania, dając nam prawdziwą przyjemność z lektury. Świetnie nakreślone postaci z uwagi na dramatyczne przeżycia z przeszłości są ogromnym atutem i nie trudno jest się z nimi zżyć już na początku książki. Powieść powiela wiele schematów znanych nam z literatury młodzieżowej, ale nie przeszkadza to w ogóle. Tak niepozornie się zaczyna, tak niepozornie się rozwija... wszystko po to, aby u końca lektury przynieść największe zaskoczenie i ból, jaki można doświadczyć podczas czytania. W końcu... rzadko się zdarza, że lektura tak bardzo porusza, że płaczemy nad jej zakończeniem.

Ocena: 6/6

Recenzja dla portalu A-G-W.info!

   


Tytuł oryginalny: The Coincidence of Callie and Kayden / Tłumaczenie: Ewa Helińska / Wydawca: Zysk i S-ka / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7785-696-3 / Ilość stron: 365 / Format: 140x205mm

Rok wydania: 2013 (Świat), 2015 (Polska)

niedziela, 22 marca 2015

Książka #344. Piękny drań, aut. Christina Lauren

Tytuł oryginalny: Beautiful Bastard
Gatunek: romans, erotyka
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2013 (USA), 2015 (Polska)
Tłumaczenie: Katarzyna Krawczyk
ISBN978-83-7785-637-6
Ilość stron: 320   Format: 140x205 mm
+18
     Opadł już żar po rewolucji jaką na rynek wprowadziło pojawienie się takiego gorącego tytułu jak „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Kobietom przychodzi więc delektowanie się nieco delikatniejszymi romansami. Czy aby na pewno? Wydawnictwo Zysk i S-ka wrzuca na polski rynek nową pozycję, która za oceanem robi furorę. Myślicie, że Wasze zmysły odpoczęły? Bardziej mylić się nie możecie, bo przecież co jest bardziej pociągające niż romans z super przystojnym, despotycznym szefem, na którego widok rozpala Wam nie tylko nerwy, ale również lędźwie? Uważajcie, bo „Piękny drań” nadchodzi...
     Chloe jest piękną i bardzo zdolną młodą kobietą, robiącą karierę w jednej z najpotężniejszych firm marketingowych. Dzięki znajomości z Eliottem Ryanem i jego wielkiej sympatii udaje mu się przejść do firmy jego syna- Bennetta. Jednakże mężczyzna daleki jest od ideału. Choć inteligentny jest chyba największym draniem jakim stąpał po Ziemi i z którym Chloe zawsze ma na pieńku. Kiedy podczas kolejnej próby udowodnienia kobiecie, jak wiele musi się jeszcze nauczyć o tym biznesie trafiają wieczorem do jednej sali narad dzieje się rzecz niespodziewana. Ich relacje pełne przytyków, złośliwości i zawiści zamieniają się w płomienny romans.
     Powieść spełniająca jedne z najbardziej wyuzdanych fantazji erotycznych wszystkich kobiet. Romans z szefem, gorący seks na pracowniczym biurku i wiele innych niezwykle rozpalających sposobności do pobaraszkowania. „Piękny drań” to literatura, niezwykle zmysłowa, choć zapewne ponownie większość mężczyzn nie potrafiących spełnić oczekiwań swoich kobiet stwierdzi, że jest to kolejna propozycja dla tych znudzonych życiem mamusiek i żon. Pomijając te złośliwości, które zaraz się pojawią trzeba powiedzieć jedno- lektura rozbudza zmysły już od pierwszych stron i nie jest typową, idiotyczną propozycją rozrywkową.
     W odróżnieniu od innych tego typu tworów próbuje wnieść pewną wartościową naukę, tworzy fabułę, która jest świetnym tłem dla romansu. Młoda dziewczyna budująca swoją karierę, potrafiąca przetrwać nawet największą zniewagę szefa. To w końcu historia o wytrwałości, zawziętości i ambicjach, które tworzą naszą osobowość. Dzięki temu tworzą się mocne charaktery, gdzie naprzód wybija się oczywiście panna Mills. Kobieta, która nie pozostaje dłużna swojemu szefowi draniowi, nie dająca sobie w kaszę dmuchać i przede wszystkim znająca swoją własną wartość. Jest na tyle świadoma, że bez problemu wykorzystuje fakt, jak działa na swojego szefa. To co budzi respekt do niej, to z pewnością jej niezależność i choć raz po raz traci bieliznę, nie daje sobie wcisnąć choćby najmniejszego prezentu. Nie jest jedną z tych głupiutkich i naiwnych bohaterek, od których aż roi się we współczesnej literaturze. Trochę przyćmiewa swoim charakterem Bennetta Ryana, którego umysł został całkowicie zmącony uczuciem do tej kobiety. Łatwo daje sobą manipulować, ale to tylko pokazuje jak wielką transformację przeszła jego osoba. Bardzo interesującą jest postacią ze względu na cięty język i pewną arogancję, jest o typ, którego nie da się po prostu polubić.
      Powieść przepełniona jest seksem, może nawet bardziej niż przełomowa lektura od E.L. James. Jednakże Christina Lauren nie potrzebuje wprowadzania perwersji do swojej twórczości, aby rozgrzać każdą kobietę. Wystarczy jedynie klasyczny seks w nieklasycznych miejscach, aby doprowadzić do czerwoności. Delikatność dotyku, zawiązywanie włosów wokół pięści, rozdzieranie bielizny i najrozmaitsze miejsca do zbaw- od sali konferencyjnej, przez windę, aż po klatkę schodową. Wyobraźnia autorki nie zna granic i bez większych problemów pomaga czytelnikom przenosić się w miejsca dających pełnię rozkoszy. Świetnie się bawi słowem robiąc coś naprawdę genialnego!
      „Piękny drań” to prawdziwy przebłysk geniuszu w literaturze erotycznej dla kobiet. Mało w tu subtelności, ale pełno elegancji i humoru objawiającego się w sarkastycznych uwagach, wzajemnych przekomarzań i niedopowiedzeniach. Historia pełna ambicji, przepełniona żalem i oczekiwaniem. Przede wszystkim jednak rozpala wszelkie zmysły, a chęć zagłębiania się w tę opowieść sprawia, że chłoniemy ją na jednym tchu. Aż szkoda tak szybko rozstawać się z naszymi bohaterami, których zdążyliśmy jednocześnie znienawidzić i polubić. Para pomiędzy którą iskrzy, a każda kłótnia kończy się na seksie. Czegoś bardziej rozbrajającego i zaskakującego dawno nie było na polskim rynku.

Ocena: 5/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!
a-g-w.info


czwartek, 18 września 2014

Książka #331. Wirus, aut. Guillermo del Toro, Chuck Hogan

Tytuł oryginalny: The Strain
Seria: Wirus #1
Gatunek:horror
Wydawca:Zysk i S-ka
Rok wydania: 2009 (Świat), 2014 (Polska)
Tłumaczenie:Anna Klingofer
ISBN 978-83-7785-519-5
Ilość stron: 560   Format: 135x205 mm
     Książka od człowieka, który dotychczas zachwycał nas jedynie tworami na wielkim ekranie. Guillermo del Toro to mistrz w budowaniu niesamowitego klimatu, ale przede wszystkim niebanalnych historii. Kiedy więc wraz z Chuckiem Hoganem stworzyli „Wirusa”wydawałoby się, że będzie to dzieło doskonałe. Prawie takim się stało, gdyby nie ekranizacja pod postacią serialu stacji FX, która całkowicie zmienia zdanie o lekturze sprzed lat. Wcześniej tytuł wydany przez Naszą Księgarnię, teraz przywrócony w serialowej okładce dzięki Zysk i S-ka, ma szansę doczekać się kontynuacji. W końcu!
     Na lotnisku JF Kennedy'ego ląduje samolot widmo. Stracono całkowitą łączność, a pasażerowie w ogóle nie dają znaku życia. Niemalże wszystkie okna pozostają zasłonięte, ale jedno uchylone prezentuje ciemność na pokładzie. Na miejsce przybywają specjaliści z Centrum Chorób Zakaźnych, wśród nich Ephraim Goodweather, przewodzący całej operacji. Wraz ze współpracownikami wkraczają do maszyny, aby odkryć setki zabitych w niewyjaśnionych okolicznościach. Znajdują też coś jeszcze, tajemniczą skrzynię pełną ziemi, która niczym ogromna trumna wydawała się przewozić nieznany nikomu ładunek. Tymczasem w drodze na lotnisko jest sędziwy staruszek Abraham Setrakian, uzbrojony w srebrny miecz, który ma nadzieję przekonać wszystkich, że oto do Nowego Jorku przybyła śmierć, nie pod postacią wyjątkowego wirusa, a wampira, strzygi, która nie spocznie dopóki się nie pożywi i nie zdobędzie potężnej armii.
     „Wirus” od Del Toro oraz Hogana, to jedyna powieść, do której powracam po kilku latach. Niegdyś przeczytana z nudy z powodu fascynacji tematem, teraz z chęci odświeżenia sobie wątków, które w serialu zostały aż nadto wyartykułowane. Kiedyś budziła moją fascynację i znajdowała się wśród wymienianych przeze mnie ulubionych książek, teraz wrażenia zaburza mi marność i rozwlekłość serialu. Powieść przepełniona jest grozą i mrocznymi wydarzeniami. Epidemia szaleje po ulicach każdej nocy, a nie kryje się po kątach niczym przyczajony tygrys szykujący się do skoku. Wątki są tutaj o wiele bardziej rozbudowane, przeładowane emocjami, ale przede wszystkim przerażeniem. Akcja toczy się bardzo dynamicznie, nie ma szansy na chwilowe przestoje, które niczego nie wnoszą do reszty fabuły. Cała zaraza ma swój spokojny choć niepokojący początek, bardzo agresywne rozwinięcie, no i oczywiście odrobinę zaskakujące i poruszające zakończenie - aczkolwiek w moim mniemaniu nie do końca wykorzystujące potencjał powieści.
     Autorzy skupiają się na najbardziej istotnym elemencie i choć gdzieś próbują przebijać się dramatyczne wątki życia Ephraima, to nie na nich koncentruje się ich uwaga. Dla nich najistotniejszymi elementami są strzygi, wampiry, które mają chyba najbardziej niecodzienną formę jaką obrano w popkulturze, a przy tym jak najbardziej przerażającą. Daleko im do Drakuli, czy nawet przeciwników Blade'a. To jeszcze szybsze i agresywniejsze bestie, z jeszcze bardziej rozwiniętą przyssawką. To one stają się głównymi bohaterami, dlatego też tak dużo przeczytać możemy o ocalałych pasażerach, o martwych pasażerach, a także ich rodzinach. Przy tym historie są tutaj bardzo różnorodne i nakreślające konkretne charaktery, co ukazuje, że choroba nie wybiera i niszczy zarówno kryminalistów, jak i bardzo dobrych ludzi. Gdzieś tutaj próbuje się przebić postać Epha, który jest nie tylko rozwodnikiem, ale do tego byłym alkoholikiem, który próbuje utrzymać kontakt ze swoim synem. Jego walka o opiekę nad dzieckiem zyskuje całkowicie odmienne znaczenie, idealnie dostosowujące się do aktualnego otoczenia. Oprócz niego pojawia się także najbardziej fascynująca postać tej powieści, czyli profesor Setrakian, starzec, który przetrwał obóz zagłady w Treblince i wymachujący swoim mieczem niczym prawdziwy zawodowiec. Jako jedyny z ekipy spotkał niegdyś tajemniczego Mistrza, a jednak uszedł z życiem. Urywki z okresu wojennego dotyczące jego osoby, to idealne odbicie od tego przeładowanego nadnaturalnymi istotami świata, nadaje realizmu, a przy tym więcej emocji.
     Krwawe, brutalne opisy, intrygujące żądła i pokraczne niczym zombie istoty, to ogromne zalety „Wirusa”, na których powstała fascynująca historia. Opowieść, która w serialu została za bardzo rozwleczona - co zaskakujące, w powieści prezentuje zwięzłą prezentację szybkiej inkubacji wirusa i diametralny jego wpływ na każdego człowieka. Dynamiczna, zaskakująca, pozbawiona zbędnych odniesień do ludzkiej natury. Tutaj nie ma chwili na nudę, a pomimo przysadzistości tomu nie ma wrażenia przytłoczenia. Czyta się płynnie, czyta się sprawnie, tak bardzo lektura wciąga. Szkoda tylko, że powracając do powieści nie stoi nam przed oczyma Ephraim, bohater Nowego Jorku, a jedynie jakaś mimoza prezentowana przez Coreya Stolla. Serial dał twórcom możliwość rozbudowania wielu wątków, czego nie znaleźliśmy w książce. Niestety, zamiast dopełnić tym całą opowieść, totalnie ją zrujnowali. Dlatego zdecydowanie zachęcam, aby w pierwszej kolejności zabrać się za książkę, a za serial... cóż, ewentualnie długo później.
Ocena: 5/6
Recenzja dla portalu A-G-W.info!

środa, 9 października 2013

Książka #283. Zombie Survival. Podręcznik technik obrony przed atakiem żywych trupów, aut. Max Brooks

Tytuł oryginalny: Zombie Survival Guide
Gatunek: horror, przewodnik
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2004 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Leszek Erenfeicht
ISBN 978-83-7785-120-3
Ilość stron: 432     Format: 135x205 mm

    Tyle słyszymy na temat apokalipsy z udziałem tajemniczego wirusa zarówno w filmach, jak i w książkach. Co jakiś czas docierają do nas również wieści ze świata, że ktoś komuś zjadł twarz. Do tej pory nikt jednak nie mówił o tym, jak się przygotować do walki z zombie, jak uniknąć zarażenia. Wszystko się zmieniło, gdy świat usłyszał o literackiej przygodzie twórcy programu Saturday Night Live- Maxa Brooksa, z zombie.


    Zanim powstała powieść w formie reportażu- „World War Z”,autor stworzył coś niesamowicie oryginalnego- „Zombie Survival”, czyli swoisty przewodnik po świecie zawładniętym przez zombie. Dzięki niemu nie tylko nauczymy się rozpoznawać niepokojące oznaki, ale również maksymalnie przygotować się na pierwszy atak, przetrwanie, a nawet walkę z żywymi trupami. Bowiem nie od dziś wiadomo, że jeżeli chodzi o zombiekalipsę, to w grę w chodzi jedynie przeżycie, a nie zwycięstwo i oczyszczenie świata z zarazy.
    Książka jest to dość niezwykła, w dość rzeczowy sposób prezentująca tak niezwykłego bohatera świata grozy, jakim jest zombie. Osobnik, który przeszedł już przez wszystkie fazy uwielbienia, teraz poddawany jest analizie. Wszystko za sprawką tajemniczego wirusa, który uśmierca człowieka, aby za chwilę powołać go do życia wyłączając całkowicie jego mózg i wszelkie odczucia. Czyni go tym samym jednym z najniebezpieczniejszych drapieżników, chcących pożywić się na ludzkim mięsku. Powołując się na najrozmaitsze cechy zombiaków autor prezentuje sposoby na obronę przed nimi. Przez ciągłość słów wciąż powraca do myśli, że żywe trupy mają bardzo wyczulony słuch, więc jeżeli mamy używać konkretnej broni lepiej decydować się na coś mało hałaśliwego, abyśmy mogli zamienić się w kolejnych wojowników ninja i nie skupiać na sobie zbyt wielkiej uwagi wroga. Wymienia tutaj oczywiście wszelkie możliwe rodzaje uzbrojenia, które mogą być pomocne w starciu wręcz, ale także i bardzo uciążliwe, jeżeli jesteśmy niewyćwiczonymi żołnierzami. Jednakże zanim jeszcze przejdzie do elementów zbrojenia się po pachy zwraca uwagę na najprymitywniejsze z naszych potrzeb. Wylicza co należy przygotować- tutaj dominuje woda, która nie tylko jest niezbędna do spożywania, ale również dbania o jako taką higienę. Dość ciekawym etapem przygotowań jest już chwila, gdy epidemia puka do naszych drzwi, a my nie mamy gdzie uciekać. Tutaj zdecydowanie piąć się w górę niżeli schodzić do podziemi. Bardzo trafne uwagi w stylu zniszczenia klatki schodowej, bądź wciągnięcia drabiny na dach to takie chwile, gdzie udowadnia się iż zombie to totalne bezmózgi- choć według niektórych wizji filmowych nie tak do końca. Bardzo dużo elementów przewija się przez całą masę stron książki. Autor bardzo często powraca do tego, co powinno się znaleźć w ekwipunku każdego kto chciałby przeżyć epidemię- to akurat jest dość męczące, ale przynajmniej utrwala się w pamięci i może akurat stanie się pomocne w przyszłości.
    Ostatni etap analizy zombie to bardzo wiele różnych opowieści o pojawianiu się żywych umarłych na przestrzeni wielu lat, w najrozmaitszych miejscach na całym świecie. Świetnie łączy to z faktami historycznymi, czy też nawiązaniami do tradycji poszczególnych regionów, jak chociażby przywołania tutaj procesu mumifikacji przez starożytnych Egipcjan, jakoby usuwanie mózgu umarłym było idealnym sposobem na upewnienie się, że dany człowiek nie powstanie jako gnijący nieżywy. Takie niuanse są naprawdę interesujące i stanowią nie tylko idealne podsumowanie tego, czego dowiedzieliśmy się wcześniej, ale przede wszystkim są takim drobnym elementem powieści, a nawet i reportażu dającym element zapowiedzi do tego, co Max Brooks stworzył wraz z „World War Z”.
    Z początku wydawałoby się, że „Zombie Survival”ograniczy się jedynie do suchych faktów i będzie to faktycznie przewodnik, który powie nam co zrobić, aby przetrwać. Oczywiście, autor z bardzo bogatym doświadczeniem w tworzeniu najrozmaitszych historii daje nam coś na kształt wskazówek, które odnieść można nie tylko do walki z takimi fikcyjnymi tworami, jakimi są zombie. Najrozmaitsze sytuacje, które tutaj prezentuje nie są pozbawione ani humoru ani swoistej uszczypliwości. Zachowuje bystrość umysłu i traktuje sprawę naprawdę poważnie. Czytelnik szybko może się zarazić tym zaangażowaniem i oceni książkę, jako wartościową i niezwykle przydatną lekturę. A czy faktycznie będzie pomocna? Czas pokaże. 
Ocena: 5/6

Recenzja dla portalu A-G-W.info!

sobota, 25 maja 2013

Książka #256. World War Z, aut. Max Brooks

Tytuł oryginalny: World War Z . An Oral History of the Zombie War
Gatunek: fantastyka
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2006 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Leszek Erenfeicht
ISBN 978-83-7785-119-7
Ilość stron: 544    Format: 135x205 mm


    Już 5. lipca do polskich kin wkroczy najnowsza produkcja w reżyserii Marca Fostera. Nowe widowisko z zombie w roli głównej o tytule „World War Z” zainspirowane zostało powieścią pewnego amerykańskiego scenarzysty- Maxa Brooksa, który najpierw rozpisywał się w historiach „Ligi Sprawiedliwych”, a także rozbawiał widzów dzięki tworzeniu „Saturday Night Live”, aby za chwilę zaszokować i przerazić świat jednym z najoryginalniejszych i najbardziej przydatnych poradników wszech czasów- „Zombie Survival”. Uważajcie! Wojna z mięsożernymi zombie nadchodzi!
    Początek końca zaczął się niepozornie i całkiem zwyczajnie. Nikt nie spodziewał się jednak, że tajemnicze schorzenie może mieć takie konsekwencje. Ludzie zaczęli się przemieniać, zaczęli się rozkładać, zaczęli być agresywni. Bez przeszkód potrafili posilić się ciałem innego człowieka. Rząd bezradnie rozkładał ręce, a wojsko wzięło się do roboty. Ci, którzy ocaleli z epidemii zombizmu postanowili opowiedzieć swoje historie dziennikarzowi. Teraz z tymi zapiskami z najgorszych chwil Wojny Totalnej, Pierwszej Wojny Z zapoznać może się każdy, kto tylko ma na to ochotę.
   „World War Z” to lektura dość niecodzienna i napisana w dość nietypowy sposób. To zdecydowanie wyróżnia ją na rynku czytelniczym, aczkolwiek nie koniecznie każdemu przypasować musi ten sposób przekazu. Jedni lubią wiersze, inni prozę, a jeszcze inni reportaże. Ci ostatni będą mieli ogromną radość z zagłębiania się w tę powieść. Można w zasadzie uznać, że jest to taka spora antologia króciutkich opowiadań, które przekazują wieści z globalnej walki z nowym i nie do końca niespodziewanym zagrożeniem, jakim są zombie. Forma całkiem fajna, dobrze pomyślana, bowiem bez przeszkód możemy poczuć prawdziwość tych historii. Jednakże pojawia się w niej mały problem, który nie dla każdego będzie łatwy do przejścia.
    Gdy widzimy zombie, gdy o uszy obije nam się nazwa- zombie, przed oczami staje nam może krwi, flaki, niesamowity pociąg do mózgów, innymi słowy- brutalność, brutalność i jeszcze raz brutalność! Zaskakujące jest to, że w „World War Z” jest tego tak mało. Oczywiście, okrucieństwo ukryte jest tutaj pomiędzy kolejnymi opowieściami, aczkolwiek spośród nich wszystkich mało jest tutaj takich z pierwszej ręki, usłyszanych z ust zwykłego szarego człowieka. Większość z nich to opowieści żołnierzy, którzy przygotowują się do walki. Oczywiście, na swój sposób jest to ciekawe, przynajmniej dla miłośników militariów, ale z drugiej całkowicie odpychające i takie... zdystansowane, może nawet i zanudzające- przede wszystkim ciężkie do przebrnięcia dla zwykłego szaraczka, którego to nie interesuje. Z pewnością jednak na plus przemawia to, że tak wielkie urozmaicenie co do regionów, a także typu osób możemy spojrzeć na jeden problem z zupełnie różnych stron. Człowieka, który pamięta swojego chorego przyjaciela, innego, którego przeraził widok zarażonego psa, czy nawet właśnie tego u władzy, którzy szykuje się do ataku. Ostatecznie daje tych kilkadziesiąt historyjek spaja się w jedność dając całkiem sensowną całość dzieląc powieść na kolejne etapy wojny.
    W końcu każdy z nas dostrzeże, że nie jest to jedynie powieść o zombie. Rozgrywają się tutaj prawdziwe ludzkie dramaty, kiedy to człowiek traci to co dotychczas było mu znane i musi przystosować się do nowego świata, a także unaoczniają się nieprawidłowości naszego świata. Ignorancja wobec narodu, a także swoista bezsilność. Wszystko to w obliczu straszliwej tragedii nie do ogarnięcia, która uzmysławia nam, że bez względu na to jak silnie będziemy walczyć nie ma tu mowy o całkowitym wyleczeniu. Niczym w „The Walking Dead” Kirkmana chodzi przede wszystkim o to, aby przeżyć.
     Najnowsza powieść Maxa Brooksa, to nie do końca to, co spodziewałam się przeczytać. Okazało się, że zamiast straszliwych zombie dostałam prawdziwie męczącą lekturę. To tylko świadczy o tym, że „World War Z” nie jest książką dla każdego. I choćby nie wiadomo, jak bardzo sympatyzować żywych umarłych, to problemem będzie przejście przez te wysoce rozbudowane opisy, które bardzo często nic nie wnoszą do fabuły. Jednakże, gdzieś pomiędzy tymi licznymi opowieściami ukazującymi najrozmaitsze reakcje na epidemię i walkę z zombizmem, skrywają się prawdziwe mądrości, które wspomogą nas nie tylko podczas walki z tak okrutnym przeciwnikiem, jakim jest zombie pragnący naszego móżdżku!

Ocena: 3/6

Recenzja dla portalu IRKA!

piątek, 10 lutego 2012

Książka #95. Demon ruchu i inne opowiadania, aut. Stefan Grabiński

Gatunek: horror, fantasy  
Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania pierwotnego: 1919
Rok wydania wznowionego: 2011
Projekt okładki: Agnieszka Szuba
Redakcja: Tomasz Zysk
ISBN 978-83-7506-670-8
Ilość stron: 544   | Format: 135x205 mm




    Klasyk literatury polskiej, urodzony u schyłku XIX wieku, Stefan Grabiński był jednym z przedstawicieli twórców grozy w Polsce międzywojennej. To w tym okresie pisarz ten rozpoczął swoją niezapomnianą dla kraju przygodę z opowiadaniami obfitującymi w magię i parapsychologię. Swoje liczne, ale też wówczas niedocenione prace kompletował w zbiory, a wśród nich znaczącą rolę w kulturze polskiej odegrał „Demon ruchu”. To właśnie tutaj zawarł nowele o tematyce kolejowej, a które stały się inspiracją dla twórców filmowych. W niemalże 80 lat po ukazaniu się owego zbioru, Wydawnictwo Zysk i Spółka odnawia ten tom i tym samym przypomina o geniuszu Grabińskiego.

    „Demon ruchu”to zbiór opowiadań o tematyce, przede wszystkim kolejowej. Wspaniałe pociągi, których dziś już nikt nie spotka na torach, wypełnione po brzegi grozą. Podróżnicy nie tak zwyczajni, a obdarzeniu nadnaturalnymi zdolnościami, podróżnicy, którym towarzyszą demony, czy duchy zwiastujące nieszczęścia. Pociągi pędzące przez małe miasteczka Polski, a także prowincje krajów europejskich. Pociągi ulegające nieuchronnym katastrofom. Ludzie, którzy z zamiłowaniem i przerażającym oddaniem zajmują się swoimi zajęciami dróżników, konduktorów, czy maszynistów.
    Zdecydowana większość nowel zawartych w „Demonie ruchu” dotyka przede wszystkim tematyki kolejowej. Grabiński bez problemu wprowadza do znanych nam na co dzień maszyn całą masę niezwykłości, czym objawia się jego zamiłowanie do demonologii i magii. Niejednokrotnie pojawia się motyw pociągu widmo (Sygnały, Błędny pociąg), ale też ducha zwiastującego rychłe nieszczęście (Smoluch). Pomimo tego, że pojawiają się tutaj także demony (Demon ruchu) to jednak najważniejsze stają się tutaj pojedyncze osoby. Czy to dróżnik tak oddany swojej pracy, że po jego odejściu przybywa po niego pociąg pełen duchów (Głucha przestrzeń), czy też maszynista z przeszłością przywiązany do swojego pociągu (Maszynista Grot). Autor nie zapomina także o wątkach romantycznych, które mogą rozgrywać się w wagonach pociągu, a w których centrum znajdzie się jeden z pasażerów (Przypadek). Pociągi te będą podróżowały przez różne niesamowite miejsca (Ślepy tor), a czytelnik odbędzie tę podróż wraz z nimi.
Jednakże opowieści te nie zostały do końca zdominowane przez kolejowe historie z pogranicza grozy. Choć pozostałe także obfitują w paranormalne zjawiska to jednak zaczynają bardziej ciekawić czytelnika. Ich bohaterowie będą urządzać sobie miłosne schadzki z duchami (Kochanka Szamoty), a nawet z demonicznymi kobietami (W domu Sary), które pełne będą namiętności. Będą musieli stawiać czoła nienaturalnemu kultowi ognia, czy to pod postacią demonicznej dziewczyny wywołującej pożary (Czerwona Magda), miejsca wywołującego dziwną miłość do ognistych płomieni (Pożarowisko), czy też seksualnej fascynacji tym żywiołem (Płomienne gody). Kiedy czytelnikowi wydaje się, że to już koniec zabawy z ogniem pojawia się ostateczna zemsta ogników, które chcą zawładnąć ognioodpornym strażakiem (Zemsta żywiołaków)w finalnym opowiadaniu. Wydaje się, że jest ono idealnym zwieńczeniem całego zbioru, bo choć poczytamy tutaj o wielu różnych demonach, duchach, czy ludziach, czających się w samych bohaterach, w kominach, czy kawałkach płótna to jednak idealnie łączy je wszystkie ze sobą i pozostawia w czytelniku prawdziwe uczucie grozy.
     Do Stefana Grabińskiego przyrównywać jednego ze współczesnych światowej sławy mistrzów grozy- Stephena Kinga. On także tworzy przydługie i przynudnawe wstępy pełne opisów i zbędnych treści, które tylko najwytrwalsi przeżyją, aby ostatecznie móc cieszyć się fascynującym finałem. Grabiński skupia się na otoczeniu, skupia się na elementach, skupia się na samych ludziach, których to dotykają problemy nakreślone przez autora. Jego opisy podkreślają odwagę jego postaci, oddanie dla sprawy, a także psychologiczne aspekty ich problemów. Zaznajomiony z dziedzinami magii, parapsychologii i demonologii wykreował ciekawe tła dla fascynujących wydarzeń, które mają się rozegrać. Czytelnik zagłębiając się w przesadne opisy niekiedy nie spodziewa się tego jakie zakończenie będzie go czekać (Szalona zagroda), jednakże w większości z nich fabuła jest dość przewidywalna, choć nie odbiera to przyjemności z lektury (W domu Sary). Jako były student filologii klasycznej, w swoich opowieściach stosuje przede wszystkim zwroty łacińskie. Nie zabraknie tutaj też dialogów pisanych po włosku, czy hiszpańsku. Odnosi się wielokrotnie do mitologii greckiej, ale też i irańskiej (Gabrowie). Jego religijność także nie pozostała bez wpływu na ten zbiór. Wielokrotnie odnosi się do Biblii, a jego bohaterami bywają także księża (Muzeum dusz czyśćcowych). Większość jego tekstów przybiera tradycyjne formy, ale zdarzają się też takie, które się wyróżniają. Jedną z nich jest opowiadania w formie dziennika użytego w „Projekcjach”. Ponadto niejednokrotnie korzysta z pierwszoosobowej narracji (Saturnin Sektor), dając tym samym możliwość wniknięcia głębiej w psychikę bohatera. Autor bardzo często korzysta z tego, co my dziś nazywać będziemy archaizmem, a w ówczesnych czasach stosowane było na porządku dziennym. Dlatego nie powinny dziwić nas niektóre nazewnictwa, czy też cały ciąg wyrazów tworzących zdania teoretycznie zrozumiałe, aczkolwiek w taki sposób wypowiadane, które dziś już nie stosujemy. Taka przygoda językowa zdecydowanie ubarwia te nowele i nadaje im niepowtarzalny klimat.
     „Demon ruchu”nie jest zbiorem dla każdego. Jeżeli ktoś spodziewa się naprawdę mocnych wrażeń, to z pewnością zawiedzie się na tej lekturze. Za dużo tutaj męczących wstępów, których ma się już dość przy którymś z kolei opowiadaniu. Czytelnik nie ma ochoty aż tak wnikliwie poznawać ideologii niektórych z postaci, ani tak szczegółowych opisów lokomotyw. Czytając opis chce, aby lała się krew, aby było pełno grozy pod postacią przenikających do kości duchów, jak choćby w „Pociągu upiorów” Bentleya. Niestety, nic takiego nie ma tutaj miejsca. Grabiński bardziej skupia się na ludziach i ich własnych problemach, których dodatkiem może być pojawienie się ducha, czy rozdwojenie jaźni. Wielkie finały, na które wszyscy tak oczekujemy z niecierpliwością okazują się mało zaskakujące, a przede wszystkim wypadają dość blado na tle całej opowieści, tak jak w przypadku „Problematu Czeklawy”, które miało potencjał zostania najlepszym opowiadaniem tego zbioru. Oczywiście, wśród książek z tak licznymi opowiadaniami zawsze trzeba liczyć się z tym, że czytelnik będzie oceniał, które z nich jest najlepsze, a które najgorsze. Tak samo jest z „Demonem ruchu”. Niestety, tutaj więcej jest tych słabszych opowiadań, które choć sprawnie rozwinięte mają dość banalne zakończenia. W pamięci zawsze pozostaje to ostatnie, tu wybór padł na „Zemstę żywiołaków” i cieszyć się trzeba, że w pełni zaspokaja ono czytelnika. 

Ocena: 4/6

Zbiór ten przeczytałam i zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka, a także portalu Sztukater, który mi go udostępnił.