NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Książka #472: Podaruj mi miłość, praca zbiorowa

     12 najpoczytniejszych pisarzy i pisarek, specjalistów od emocji młodzieży bierze pióra, tudzież klawiatury komputerów w dłonie i pod nadzorem Stephanie Perkins tworzy miłosne opowiadania. Warunek? Wątek świąteczny. Ładując w nowele charakterystyczne dla siebie motywy udaje im się stworzyć wielobarwną antologię o tytule “Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań”.
     12 różnych opowiadań. 12 historii świątecznych osadzonych w mniej bądź bardziej prawdziwej rzeczywistości. 12 opowieści o miłości rodzicielskiej, chłopięcej, heteroseksualnej i magicznej. Miłości w miejscach najoczywistszych i najbardziej zaskakujących. Rosnącej w fabryce zabawek, przy wyborze choinki, czy w odciętej od świata uroczej chatce.
     Kiedy zbliżają się święta Bożego Narodzenia a za oknem jedynie deszcz i masa światełek- innymi słowy klimat świąt schował się chyba w kanałach, idealnym na pobudzenie świątecznego ducha może okazać się dobra lektura. Na ten czas idealną propozycją staje się “Podaruj mi miłość”. Ta antologia jest przepełniona wszystkim tym, czego potrzeba nam w czasie oczekiwania na święta. Nie chodzi tu tylko o świecidełka, stosy prezentów i akcenty świąteczne. Magia tkwi przede wszystkim w ośnieżonych ulicach i polnych drogach, które rozświetlone są światłem świec i ludzką życzliwością. Bez względu na to czy bohaterowie pomagają wtaszczyć choinkę na ostatnie piętro budynku, przebierają się za Mikołaja, aby zrobić przyjemność rodzeństwu chłopaka, czy po prostu przygotowują świąteczną kolację i prezenty- każde z tych opowiadań jest wyjątkowe. Wśród historii znajdą się te bardziej magiczne, gdzie bohaterki podkochują się w starych duchach, elfich pomocnikach Mikołaja, czy magicznych istotach. Wszystko jednak ściśle trzymające się Świąt. Najlepsze w tej antologii jest to, że przy ponownej lekturze spokojnie możemy zagłębiać się w nasze ulubione opowiadania, które idealnie wprowadzą nas w świąteczny klimat.
     Miłości tutaj nie brakuje. Emocje wylewają się z kart książki. Mają one bardzo różne oblicza. To nie tylko miłość pomiędzy dwójką młodych ludzi, czasem z bagażem przeszłości. Najbardziej poruszające są te, które wychodzą ponad to, bo w końcu w Święta nie chodzi o miłość romantyczną a rodzinną. Bohaterowie budują utracone więzi z rodziną, a także odnajdują nową w miejscach, w którym by się tego nie spodziewali. Nie ma niczego bardziej wzruszającego i zachwycającego w całej tej książce.
     “Podaruj mi miłość” to chyba najfajniejsza książka jaką można przeczytać z okazji Świąt i przy okazji sprezentować najbliższej osobie. W szczególności, że w dzisiejszych czasach tak ciężko jest o klimat świąteczny sprzed lat. Dzięki ciekawym bohaterom i jeszcze ciekawszym historiom spędzimy kilka najbardziej magicznych i najbardziej świątecznych godzin. W dodatku dzięki zbiorowi możemy czytać dokładnie to czego chcemy, bo przy takim przeglądzie każdy znajdzie coś dla siebie.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: My True Love Gave to Me: Twelve Holiday Stories / Tłumaczenie: Małorzata Kafel / Wydawca: Otwarte / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7515-381-1 / Ilość stron: 432 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2014 (Świat), 2015 (Polska)

sobota, 21 stycznia 2017

Książka #428: Księga snów, aut. Nina George

 
    Ninę George pokochały czytelniczki na całym świecie. Ta niemiecka pisarka dała im trzy książki, które stworzyły dość nietypowy cykl. Począwszy od “Lawendowego pokoju” autorka zajmowała się tematyką nieskończoności. Czy więc zamknięcie cyklu, jakim jest “Księga snów”, uczyni to godnie?
     Mężczyzna na moście ratuje małą, tonącą dziewczynkę. Chwilę później sam ulega wypadkowi i ląduje w szpitalu, gdzie wprowadzony zostaje w śpiączkę. Na miejsce wezwana zostaje jego była partnerka, którą uczynił swoją przedstawicielką. Zjawia się także jego syn, dysponujący darem synestezji, który nigdy nie widział swojego syna. Żadne z tej dwójki nie zdaje sobie sprawy z tego, co dzieje się w głowie mężczyzny. Wiedzą to tylko ci, którzy tak jak i on utknęli w krainie między życiem a śmiercią.
     Książki z podtekstem filozoficznym to zdecydowanie nie moja bajka. Taką lekturą jest “Księga snów”, która w dość metaforyczny sposób rozprawia nad zagadkami życia i śmierci. Historia, która z początku wydaje się mocno intrygująca szybko zaczyna nudzić za sprawą pobytu Henriego w tajemniczej krainie, gdzie jawa przeplata się z pragnieniami. Z pewnością bardzo pocieszająca jest wizji krainy “pomiędzy”, gdzie nie jesteśmy sami, gdzie przeżywamy niesamowite rzeczy z przeszłości i przynosimy nowe znaczenie domniemanej przyszłości. Ma to swoją magię. Wspomnienia Henriego wprowadzają w nostalgię, ale na swój sposób też w skrajny smutek, gdy uzmysłowimy sobie, że wydarzenia rozgrywające się w jego głowie to jedynie senne marzenia a nie rzeczywistość. Z drugiej zaś strony bohater zaczyna inaczej patrzeć na swoje życie, uzmysławiając sobie swoje błędy i postanawiając je naprawić.
     Niesamowitą postacią jest tutaj też i Samuel, nastoletni syn bohatera, który posiada bardzo niezwykły dar- czytania ludzkich emocji za pomocą barw. Synestezja już niejednokrotnie pojawiała się w literaturze współczesnej, ale chyba pierwszy raz zyskała taki wymiar, definiując na nowo relacje ojca i syna. Obok więzi z ojcem buduje całkiem nową relację z dziewczynką w śpiączce. Bardzo urocze są te jego starania, aby śpiąca nastolatka poczuła się jak żywa. Chłopak bardzo szybko dorasta przy ojcu, z którym tak naprawdę nigdy nie zamienił słowa i dojrzał przy dziewczynce, z którą może nigdy nie będzie.
      Inną silną osobowością jest Eddie. Ukochana Henriego sprzed lat, który niegdyś ją odrzucił a teraz sprawia, że ta znów ma się stać częścią jego życia. Kobieta silna, choć początkowo prezentuje się zupełnie inaczej. Poznajemy jej życie i bolączki przeszłości, które odkrywane z każdym kolejnym przywoływaniem tej postaci sprawiają, że zaczynamy na nią inaczej patrzeć.
     Cała ta historia ma zaskakujący charakter. Nina George tworzy ciekawe opowieści i spisuje je w niesamowity sposób. Jej zasób słów i zabawa nimi jest rzadko spotykana u dzisiejszych pisarzy. Jednakże “Księga snów” za bardzo się rozwleka przez te zachwycające opisy, które mogłyby być zdecydowanie krótsze. Lektura niebanalna, choć momentami tak potwornie nużąca a zarazem męcząca, że ciężko przez nią przebrnąć. Mnie to nie porywa, niestety.


Ocena: 4/6
Recenzja przedpremierowa dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Das Traumbuch / Tłumaczenie: Mateusz Borowski / Wydawca: Otwarte / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-7515-405-4 / Ilość stron: 432 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2017 (Polska)
Premiera: 02 lutego 2017

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Książka #424: November 9, aut. Colleen Hoover

     Rzadko spotyka się powieści wyjątkowe. W szczególności, gdy chodzi o romanse. Jednakże jeżeli spojrzymy na książki Colleen Hoover możemy być pewni, że ich wybór będzie jak najbardziej trafiony. W każdym przypadku. Jej niebanalne opowieści trafiają prosto w serce i nie inaczej jest z jej najnowszą propozycją o tajemniczym tytule “November 9”.
      9 listopada to dzień, w którym życie nastoletniej gwiazdy telewizji- Fallon O’Neil, dramatycznie się zmieniło. Pożar, w którym ucierpiała odebrał jej nie tylko karierę aktorską, ale również pewność siebie pozostawiając po sobie blizny nie tylko na jej skórze, ale i duszy. Kiedy dwa lata później, w rocznicę traumatycznego wydarzenia, spotyka się z ojcem na obiedzie nie spodziewa się, że jej życie znowu zaliczy niespodziewany zwrot. Wszystko za sprawa tajemniczego chłopaka, który chcąc jej pomóc w rozmowie z ojcem udaje jej chłopaka. Ten związek na niby szybko nabrałby realnego kształtu, gdyby nie to, że dziewczyna opuszcza Los Angeles chcąc robić karierę w Nowym Jorku. Pomimo tego, że świetnie się dogadują z Benem dziewczyna pragnie poznać siebie i nie ma zamiaru zakochiwać się zanim nie skończy 23 lat. Zawierają więc pakt, że nie będą się ze sobą kontaktować przez pięć najbliższych lat, ale ten jeden dzień w roku będą spędzać razem, a Ben będzie to upamiętniał w książce, do powstania której zainspirowała go Fallon.
      Cóż to jest za urocza historia, pomimo tego, że “November 9” początkowo zaskakuje prostotą. Wydaje się, że historia niczym nas nie uwiedzie, ale już po chwili przekonujemy się w jak wielkim byliśmy błędzie. Opowieść jest to o miłości i można by zacząć krzyczeć, że znowu te same sflaczałe i mdłe banały, których nie ustrzegą się liczne powieści tej kategorii. Jednakże ten kto zna twórczość Colleen Hoover wie, że nie będzie miał do czynienia z nijaką historią ani wyblakłymi bohaterami. To co wyróżnia tę akurat opowieść to przede wszystkim tajemniczość. Niby wydaje nam się, że wszystko jest oczywiste i w zasadzie nie ma nad czym gdybać, aż tu nagle zaskoczenie, niespodziewany zwrot w akcji. I to nie jeden. Takie nieoczywistości powinno nieść za sobą więcej lektur. Niektórych rzeczy nie da się jednak obejść więc finał łatwo da się przewidzieć, ale na szczęście droga ku niemu jest bardzo wyboista. Nie raz złamane zostanie nasze serce, a traumatyczność przeżyć nie da nam pójść spać dopóki nie skończymy czytać. Nie ważne, że od ostatniej strony dzieli nas nieco ponad 50 kartek a zegarek uparcie sygnalizuje, że pora spać. Po prostu się nie da!
     Nie jest to zwyczajna opowieść, gdzie dwójka młodych ludzi zakochuje się w sobie, od tak, bo może. Świetna jest tutaj baza ich relacji, bodziec do działania, jakim jest pożar, w którym ucierpiała Fallon i który zniszczył jej aktorską karierę. To świetna podstawa do stworzenia czegoś więcej niż typowe love story. Dzięki temu wydarzeniu buduje się całą otoczkę, gdzie istotna jest wiara w siebie i walka z wewnętrznymi demonami. To ciągle odbudowywanie pewności siebie i przekładanie tego na swoją przyszłą karierę. Druga sprawa to koncept fabularny. Wprowadzenie układu, którego zasadą jest zero kontaktu przez pięć lat poza tym jednym dniem, 9 listopada- czysta magia, a przy okazji rewelacyjny patent na zbudowanie zachwycającego napięcia. Zastanawiamy się nie tylko nad tym, czy tej dwójce tak na sobie zależy, że będą na siebie czekać te pięć lat i pamiętać o tym jednym dniu. Rozmyślamy też nad tym, czy my sami bylibyśmy gotowi na coś takiego, gdybyśmy znali daną osobę niecały dzień.
      Colleen Hoover świetnie radzi sobie z budowaniem napięcia. Również seksualnego. Tutaj flirty zyskują innego wymiaru. To coś na zasadzie ubóstwiania partnera. Czuć te iskry wypadające z kartek, do tego stopnia, że obawiamy się, czy książka czasem się nie zajmie. Bije z nich nie tylko miłość i uwielbienie, ale również delikatność niczym dotyk piórka. Wszystko po, to aby za chwilę wbić nam nóż w plecy, bo przecież takich rzeczy się nie robi ludziom, którzy zakochali się w bohaterach.
      Fallon i Ben to wręcz idealna para. Nie tylko razem, ale również osobno. Młodzi ludzie ze sporym bagażem doświadczeń więc cechuje ich nieskrywana mądrość. Inteligencja daje im możliwość prowadzenia genialnych rozmów- zabawnych, ale i niegłupich. Dzięki temu tak uwielbiamy, gdy ta dwójka łączy się 9 listopada. Ona jest niesamowicie silną kobietą, prawdziwym wzorem do naśladowania. On z kolei najlepszym motywatorem na świecie i do tego niesamowicie czułym. Takich mężczyzn bierze się na mężów. Choćby i tych urojonych, wykreowanych jedynie na łamach książki. I tak samo jak tę dwójkę ciągnie do siebie, tak samo i nas do nich ciągnie. To niesamowite!
      Książka idealna! Szkoda, że więcej tytułów nie można określić tym mianem, ale dzięki temu dostrzegamy takie perełki jak “November 9”. Oczywiście, można przyczepić się lekkiego surrealizmu w tej historii, bo przecież niewielu zakochuje się w kimś w ciągu kilku godzin i czeka rok na kolejne spotkanie bez żadnego kontaktu, ale ta historia jest tak piękna, że trudno się od niej oderwać. Opowieść wywołująca tak wiele emocji i to w tak krótkim czasie, którą pragnie się skończyć jak najszybciej, a jednocześnie nie chce się z nią rozstać. Niesamowici bohaterowie, tak ludzcy i tak dojrzali pomimo młodego wieku, w których z łatwością się zakochujemy i chcemy się z nimi przyjaźnić. Takich powieści nam trzeba, a Colleen Hoover zawsze nam takie dostarcza!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu

Tytuł oryginalny: November 9 / Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski / Wydawca: Otwarte / Gatunek: romans / ISBN 978-83-7515-143-5 / Ilość stron: 336 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

piątek, 2 grudnia 2016

Książka #423: Piąta fala. Ostatnia gwiazda, aut. Rick Yancey

      W końcu się doczekaliśmy. Zakończenie niezwykle wciągającej serii młodzieżowej o jednej z najbardziej niepokojących inwazji kosmitów. “Piąta fala. Ostatnia gwiazda” autorstwa Ricka Yanceya przychodzi do nas z ostatecznym finałem, odpowiedziami na liczne pytania i frustracje, ale również rodzi nowe wątpliwości, w pewien sposób zadając brutalny cios w dotychczasowe nasze wrażenia.
      Po ostatnich wydarzeniach ocaleni znajdują azyl w dawnej kryjówce jednego z Uciszaczy. Jednak nie na długo, gdyż pojmana przez ludzkich sługusów kosmitów powraca. Wtedy wszystko się zmienia, a poszukiwany były Uciszacz powraca do swoich. Teraz Cassie wraz z resztą przyjaciół obmyśla plan odbicia swojego ukochanego z rąk wroga. Pojawiają się szokujące fakty dotyczące inwazji i planów, które mają wejść w życie lada dzień. Priorytety się zmieniają i najistotniejsze staje się ocalenie resztek ludzkości przed całkowitą eksterminacją z rąk Piątej fali.
      Przygoda z serią “Piąta fala” była niczym jazda na rollercoasterze- bardzo nierówna, raz na górze, raz do góry nogami. Początkowo irytująca, szybko stała się wciągająca. Tak bardzo, że rzucaliśmy pytaniami z kategorii “Czy on kiedykolwiek zginie?!”. W końcu dostajemy odpowiedź i to zaskakująco nie taką, jakiej byśmy oczekiwali. Wstęp do końca jest zdecydowanie zbyt rozciągnięty, a samemu starciu brakuje dynamizmu. Niestety. “Ostatnia gwiazda” ma swoje mocne momenty, kilka naprawdę fajnych zagrań godnych zamknięcia serii. Rick Yancey wstrząsa czytelnikiem, choć nie aż tak gwałtownie. Z takiej traumy zdecydowanie za łatwo się podnieść i już kilka dni po lekturze nie pamiętamy szczegółów. Dobrze chociaż, że cały twist fabularny wżera się w głowę, bo trzeba mieć mega wyobraźnię, aby wymyślić tak szalenie niepokojącą wizję przejęcia świata. Autor pokazuje tym samym, jakie słabości dostrzega w ludzkości-  przede wszystkim zdolność manipulacji nią i wmówienia jej wszystkiego, gdy odpowiednio się ją dostroi. Brakuje mi tutaj pewnej makabry, która towarzyszy opowieściom o inwazji. Brakuje tu szaleńczych zrywów bojowych i prawdziwie miłosnych uniesień. Serio, po to było wprowadzenie wątku romantycznego, aby zakończyć go w taki mało uwrażliwiony sposób? Obyło się bez łez.. Szkoda, bo potencjał do utopienia się w nich jak najbardziej był. Sam finał pozostawia wiele niedopowiedzeń, co jest jednocześnie zaletą i wadą tej historii. Czytelnik musi sam wysilić swoją mózgownicę, aby uzyskać niektóre odpowiedzi. To takie zamknięcie w stylu “Kosogłosa” Suzanne Collins. Niby sielskie, ale ze sporym nadbagażem ukrytym w szopie.
      Trochę żal, że kolejna seria została zamknięta. Trochę smutno, że nie wykorzystano w pełni potencjału historii “Piątej fali”. Rick Yancey zdecydowanie za bardzo trzyma się utartych schematów przez co jego seria może zagubić się pośród innych. Wystarczyło wyjść poza pewną poprawność i jej ramy, aby finisz zaliczyć z przytupem. A tak, to “Ostatnia gwiazda” odrobinę rozczarowuje, gdyż dostaliśmy więcej wyzutych z emocji stanowisk niż prawdziwie targanych emocjami sytuacji. Nie mniej, lektura wciąż potrafiła wciągnąć i wspaniale zbudować napięcie. Liczne zwroty akcji również zrobiły swoje całkowicie gubiąc nas w zamiarach konkretnych postaci. Jednakże, jak na zamknięcie tak świetnie zapowiadającej się serii...wypada to zdecydowanie zbyt blado.

Ocena: 5/6
Recenzja dla Wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu

Tytuł oryginalny: The Last Star / Tłumaczenie: Maria Borzobohata-Sawicka / Wydawca: Otwarte / Gatunek: sci-fi / ISBN 978-83-7515-206-7 / Ilość stron: 436 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Książka #421: Piąta fala, aut. Rick Yancey

      Książka z gatunku young adult, która niewiele różni się od innych w tym gatunku. Twórczość Ricka Yancey miałam już okazję poznać przy okazji „Badacz potworów”, który mnie nie porwał. Z „Piątą falą” jest podobnie choć miała swoje momenty. Coś jednak musi być w tej serii skoro podjęto decyzję o jej ekranizacji.
     Inwazja kosmitów odbyła się w czterech falach. Najpierw zabrali ludziom energetykę, potem zalano ich wodą, aby zaraz po tym spustoszyć ludzkość tajemniczym wirusem. Wtem przyszedł czas na tajniaków, którzy odnajdywali niedobitków i likwidowali ich. Przy okazji czwartek fali ocalono dzieci, a wśród nich brata Cassie- Sammy'ego. Dziewczyna cudem uchodzi z życiem z masowej rzezi, czego nie można powiedzieć o ich ojcu. Z pomocą przychodzi jej tajemniczy chłopak, który skrywa ogromny sekret. Wspólnymi siłami chcą odnaleźć jej brata, nie wiedząc, że wylądował w tajnej bazie wojskowej, aby szykować się na nadejście piątej fali.
     W świcie filmu i literatury najlepiej sprzedają się najprostsze schematy, których i w „Piątej fali” nie brakuje. Początkowo fabuła zapowiada porywającą opowieść rodem ze starego sci-fi- kosmici, inwazje, panika i wszechobecna groza. Wydawałoby się, że aż się prosi o dynamiczny rozwój wydarzeń. Jednak autor skupia się zupełnie na czymś innym- wojskowych przygotowaniach i - o zgrozo! - problemach sercowych nastolatków. No, ale czegoż innego się spodziewać skoro jest to jakby przywara tej grupy ludzkości, a akcja kręci się się właśnie wokół nich. Oczywiście i tak dobija pytanie, czy dzieciaki nie potrafią myśleć o czymś bardziej rozgarniętym w obliczu zbliżającej się zagłady ludzkości. Najwyraźniej NIE! Szkoda, bo fajnie prezentuje się tutaj temat straty doświadczanej przez młodą dziewczynę. Dodatkowo serce się kraje, gdy uwaga skupia się na jej 5-letnim braciszku Sammy'm. Szkoda, że nie widać większego zaangażowania ocalałych w swoje własne przeżycie, próby przetrwania- przynajmniej póki co! Choć bardzo przeszkadza mi w tym wszystkim wątek miłosny, to paradoksalnie on skupia najwięcej mojej uwagi podczas lektury. Wszystko przez to, że z taką łatwością i dramatyzmem powiela schemat paranormali typu 'człowiek+wampir= wielka miłość do grobowej deski'. Tutaj, romans ten jest jeszcze bardziej obezwładniający, bo przecież zagrożenie jest o wiele bardziej realne. Rozczulają wszystkie romantyczne fragmenty i pozwalają zapomnieć o reszcie fabuły- choć to akurat może stanowić problem.
     Yancey tworzy realistyczne postaci i całkiem przyswalajny, choć straszliwie przerażający świat, ale czy to znaczy, że to wszystko jest pamiętliwe i zjawiskowe? Bynajmniej. Cassie to postać bardziej złożona i ewidentnie widać, że jeszcze do końca się nie rozwinęła. Sammy to taka bardziej maskotka drużyny, nad którą wypłakujemy sobie oczy, gdy dzieje się coś złego. Evan to typ bohatera, w którym dość łatwo jest się zakochać. To właśnie takich przystojniaków, w dodatku niebezpiecznych, bierze się za fikcyjnych mężów. Reszta ekipy też dokłada swoje 3 grosze, ale ich egzystencja jest mi- póki co, obojętna.
     „Piąta fala” nie jest powieścią idealną. Zarysem fabularnym dość mocno przypomina inną lekturę young adult o tytule „Intruz”. Nie jest to więc nic nowego, choć na niektórych płaszczyznach potrafi zaintrygować. Jeżeli fabuła rozwinie się w przyszłych tomach, to będzie naprawdę super akcja, która mocno da nam po kościach i rozbudzi wyobraźnię. Chyba, że Yancey znowu rozpisze się na mało znaczące tematy, nie mające wpływu na postęp akcji, czy rozbudowanie relacji między postaciami. Póki co... jestem rozdarta.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The 5th Wave / Tłumaczenie: Marcin Wróbel / Wydawca: Otwarte / Gatunek: sci-fi / ISBN 978-83-7515-090-2 / Ilość stron: 512 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)

wtorek, 20 września 2016

Książka #415: Never Never, aut. Colleen Hoover, Tarryn Fisher

    Każdy kto kiedykolwiek spotkał się z twórczością Colleen Hoover doskonale wie, jakie huśtawki emocjonalne potrafi ona zaserwować swoim bohaterom, jak i czytelnikom ich historii. Autorka przebojowej powieści „Hopeless” oraz „Maybe someday” powraca, aby uderzyć ze zdwojoną siłą. Do pomocy zaprzęga Tarryn Fisher i razem tworzą niesamowicie wciągającą i enigmatyczną opowieść miłosną o tytule „Never Never”, która jeszcze długo po lekturze nie daje o sobie zapomnieć.
     Para nastolatków, którą połączyło wielkie uczucie. Jeden dzień, który ma już na zawsze wszystko odmienić. Charlie i Silas znają się od dziecka, po czternastu latach zakochują się w sobie i stają się jeszcze bardziej nierozłączni. Jednakże pewnego przedpołudnia wszystko to znika. Nie ma już Charlie, nie ma Silasa. Zamiast nich pozostaje dwójka całkowicie obcych sobie ludzi, nie wiedzących kim są, nie znających siebie wzajemnie i nie wiedzących o miłości, która ich łączy. Mają jeden cel- dowiedzieć się co im się przydarzyło i dlaczego w ogóle ich to spotkało. Czy jednak naprawdę pragną wiedzieć kim byli wcześniej i przypomnieć sobie to, co odmieniło ich życie?
     Jeżeli o mnie chodzi, to półki księgarniane mogłyby być od góry do dołu wypchane powieściami takimi jak „Never Never”, czyli wciągającymi, wielowątkowymi historiami, które na zawsze odmieniają oblicze klasycznego romansu. Nie da się ukryć, że jest to miłosna opowieść, jednakże to, co autorki robią z okolicznościami budowania emocji jest niesamowite, wręcz niezwykłe. Już sama koncepcja utraty przez bohaterów pamięci zyskuje wymiaru nadnaturalnego, choć chwilami zastanawiamy się, czy nie ma to znamiona sytuacji rodem z filmu „50 pierwszych randek”. Do tego dochodzi cała masa wątków pobocznych począwszy od machlojek finansowych, przez zdrady rodzinne, aż po manipulacje młodymi umysłami. Między innymi dzięki temu lektura wciąga. Jednakże sukces ten przewidzieć można już po pierwszych jej stronach, bowiem bez zbędnych wprowadzeń, bez rozciągniętych opisów i mdłych frazesów zostajemy wrzuceni w sam środek przedziwnej akcji. Sytuacji, którą bohaterowie- Charlie i Silas, będą próbowali rozwikłać przez całą powieść. Przeogromną zaletą jest udane budowanie napięcia. Żadne z nas nie wie, co spotkało bohaterów, a co więcej... żadne z nas nie wie, kim oni w ogóle są. Zarówno dla samych bohaterów, jak i czytelników są pustymi postaciami- bez wspomnień, bez doświadczeń, bez dotychczasowych emocji. Wraz z nimi odkrywamy kolejne sekrety i dzieje się wtedy rzecz magiczna- wraz z nimi dzielimy radości, smutki, jesteśmy równie zszokowani lub zaintrygowani. Już na tym etapie udaje się zbudować rewelacyjną więź czytelników z tą typową parą zakochanych. Oczywiście, można się tutaj dopatrywać tego z jaką łatwością przychodzi odnajdywanie kolejnych elementów układanki, nie mówiąc już o tym, jak wygodnym dla rozwoju fabuły było rozpoczęcie jej w szkolnej ławce, gdzie poboczni bohaterowie z łatwością mogli nakierować naszych ulubieńców na właściwe tory. Może i odrobinę naciągane, ale nikt tak naprawdę nie ma tego za złe ani Colleen Hoover, ani Tarryn Fisher.
     Charlie i Silas to ludzie, których można kochać lub nienawidzić. Jako, że nie znamy dokładnie wydarzeń, które doprowadziły do ich stanu, nie znamy początków ich związku, bo poznajemy ich na jakimś jego etapie- to wszystko sprawia, że patrzymy na nich jako na zagubionych, wymagających naszej opieki osobników. Ich postawy zmuszają nas do refleksji, czy na ich miejscu sami chcielibyśmy być nami sprzed utraty pamięci, czy na nowo określalibyśmy samych siebie. Emocje, które łączą tych dwojga są niebywałe. Nie bez powodu mówi się o takich ludziach, że są sobie pisani, tzw. bratnie dusze, które zawsze powinny być razem. Jako para są naprawdę cudowni. Ciągnie ich do siebie, a i czytelników nie pozostawiają niewzruszonych na ich umizgi. Rozczulają drobnymi gestami i uroczymi uśmiechami. Trzeba przyznać, że o wiele łatwiej o sympatię dla Silasa niżeli Charlie. On wydaje się być ułożony i choć ma bogatych rodziców- nie jest rozpieszczony. Z kolei ona sprawia wrażenie zbuntowanej i rozwydrzonej dziewczyny z problemami większymi niż Mount Everest. Jej dziwaczne zachowanie wobec Silasa irytuje niemalże każdą czytelniczkę. Na szczęście takie wydarzenia jak „magiczna utrata pamięci” pomagają na nowo ukształtować samych siebie.
     „Never Never” zachwyciło mnie od pierwszych stron! Z trudem przychodziło mi odkładać książkę na bok, aby zająć się obowiązkami. Jest tutaj wszystko to, czego oczekiwać można od powieści idealnej- fascynująca zagadka, która z każdą chwilą wydaje się być jeszcze bardziej zawiła, porywająca historia miłosna, która potrafi rozczulić do łez, ale przede wszystkim różnobarwność uczuć jakich dostarcza. Chwilami będziemy mieli ochotę płakać z radości, innym razem zapragniemy schować się w kąt z przerażenia, a momentami zapragniemy przyłożyć bohaterom w te nastoletnie głowy. Magiczna historia, cudownie opowiedziana i jakże wciągająca. Aż ciężko było się rozstawać z tymi wszystkimi emocjami!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Never Never / Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski / Wydawca: Moondrive / Gatunek: romans / ISBN 978-83-751-5256-2 / Ilość stron: 300 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka #409: Przepisy na miłość i zbrodnię, aut. Sally Andrew


     Sally Andrew, początkująca pisarka mocno związana z afrykańskimi plenerami i kulturą, postanawia przelać swoją miłość do nich na papier. Barwy, zapachy i smaki Afryki widziane jej oczami, wyczuwane jej nosem i próbowane jej kubkami smakowymi przybierają formę powieści o tytule „Przepisy na miłość i zbrodnię”, otwierającej serię o niebywałej kobiecie- tannie Marii. Jednakże to nie jej historia jest czymś co zachwyca, a raczej mały prezent, który autorka zostawia swoim czytelnikom pod postacią smaków egzotycznego kraju.
     Tannie Maria słynie ze swojego zamiłowania do kuchni. Jej najlepsze przepisy trafiają na łamy lokalnej gazety jej małego Karru. Niestety, jej szefowa Hattie oznajmia, że na skutek zmian będzie musiała zmienić jej kącik na porady dla mieszkańców. Rozwiązanie tworzy się samo- kącik porad w odpowiedzi na listy czytelników ze smakowitym przepisem mającym pomóc na problemy. Jednakże zwyczajne pisanie do gazety i smakowanie nowych potraw przestaje być takie beztroskie, gdy w ręce tannie Maria trafia list kobiety maltretowanej przez swojego męża. Tannie widząc w niej samą siebie i swoje dawne problemy postanawia jej pomóc. Gdy dowiaduje się, że kobieta zostaje zamordowana robi wszystko, tannie Maria zamienia się w detektywa, aby dowiedzieć się kto jest zabójcą.
     Dla kogoś kto lubuje się afrykańskich klimatach powieść pewnie będzie nie lada gratką, a nawet i dla każdego zwykłego człowieka może nią być, bo w końcu za sprawą książek można odbyć całkiem fajne podróże. Tutaj oczywiście nie brakuje barwnych opisów lokalnej sawanny, nie brakuje tej niesamowitej gorącej atmosfery, ale przede wszystkim nie brakuje tutaj smaku! Tego ostatniego jest co niemiara, a wszystko przez ciekawą (pod tym względem) postać tannie Marii. Kobieta z zamiłowaniem do gotowania tworzy naprawdę rewelacyjne przepisy i co najlepsze... sami również możemy je przyrządzić! W jaki sposób? Autorka zostawia u końca książki pokaźną ilość przepisów, jakie Marie wykorzystała w poradach do piszących listy czytelników, czy po prostu, aby podlizać się funkcjonariuszowi Kannemeyerowi, czy poprawić humor koleżankom z pracy. Dzięki temu mamy pod ręką taką mini książkę kucharską z afrykańskimi przysmakami. Szczęśliwie, można je przygotować z produktów dostępnych na polskim rynku, a mnie osobiście ślinka cieknie na myśl o dżemie morelowym, czy wspomniane niejednokrotnie ciasto czekoladowe na maślance. Gdyby komuś nie udało się przez to poczuć klimatu, bo do przepisów docieramy dopiero pod koniec książki, to na pierwszy rzut oka dostrzeżemy z czym mamy do czynienia. Poza ciekawymi i, mam nadzieję, jadalnymi przepisami, dostajemy całą masę słówek afrykanerskich. Z jednej strony jest to bardzo ciekawa atrakcja dla czytelnika gustującego w podobnych zabiegach, z drugiej zaś może być bardzo męczące i uciążliwe, kiedy w trakcie czytania będziemy łamać sobie język, aby spróbować wymówić te dziwaczne słówka. Inną kwestią jest to, że dopiero na końcu książki znajdziemy mini słowniczek do stosowanych wyrazów, co jest sporym utrudnieniem, bo ciężko jest co chwilę zaglądać na tyły, aby zrozumieć, co też dana postać miała na myśli. Oczywiście, bardzo często z kontekstu można wywnioskować co oznaczają wybrane słowa, choć nie zawsze, więc po pewnym czasie zaczniemy ignorować ten problem.
     Gdyby tak zabrać wszystkie powyższe atrakcje to z tej powieści nie zostałoby praktycznie nic, co mogłoby zachęcić do lektury. Fabuła jest dość schematyczna, momentami wręcz strasznie naciągana. Oczywiście, nabiera odrobinę powagi, gdy wtrąca się tutaj temat maltretowania swoich żon, co najwyraźniej w RPA dotyka co drugie małżeństwo, a w co aż trudno uwierzyć. Poza tym jednak jest to zwyczajna historia o kobiecie, która nie potrafi usiedzieć na tyłku i po prostu musi wtrącać się tam gdzie nie potrzeba i ryzykować własne życie, dla ludzi, których nawet nie zna. Z pozoru lekkiej opowieści o przepisach, problemach rodzinnych i związkowych nagle zaczyna tworzyć się jakiś dziwaczny kryminał. Ktoś ginie, tannie Maria oczywiście od razu wie kim jest ofiara, od razu wystawia oczywiste podejrzenia i tak dalej i tak dalej. Dzięki jej nadpobudliwości i ocenianiu ludzi po pozorach szybko przeskakujemy z jednego podejrzanego na drugiego, a już totalnym ciosem jest rozwiązanie kim jest zabójca. Te ciągłe poszukiwania są dość męczące, momentami nawet nużące, a jedyną ciekawą i mrożącą krew w żyłach akcją jest ta w spiżarce. A szkoda! Gdzieś pomiędzy wytworzył się jakiś pseudo romans, który wziął się nie wiadomo skąd. Ewidentnie naturalna kolej rzeczy, że zwykła kobieta wpada w zauroczenie względem każdego wąsatego funkcjonariusza policji. Wszystko to mogłoby się potoczyć pewnie i o wiele lepiej, gdyby postacie były w miarę ciekawe. Niestety, mamy tylko kilka kobiet stłamszonych przez mężczyzn i potrzebujących innych mężczyzn, a także mężczyzn, którym najwyraźniej odebrało zdrowy rozsądek i zdolność logicznego myślenia, ale... kto by na to patrzył. Wszyscy są jacyś bez charakteru i jedynie młoda Jessie ze swoim gekonem wydają się być w miarę rozgarnięci.
     „Przepisy na miłość i zbrodnię” to nie jest powieść idealna, do takiej jej bowiem bardzo daleko. Nie mniej, choć fabuła momentami straszliwie się ślimaczy, a zachowania bohaterów wydają się co najmniej irracjonalne, to szczęśliwie bardzo szybko pochłania się kolejne strony. Oznacza to, że przy lekturze nie męczymy się aż tak bardzo, jak mogłyby wskazywać na to niemożliwe do wymówienia afrikaanerskie słówka poupychane dość gęsto w całej treści. Dodaje to jednak oryginalnego klimatu, bo bohaterom niestety nie udało się go wytworzyć. No chyba, że jedynie tannie Marii, która przy pomocy przepisów przeniosła nas do tego egzotycznego świata. Przynajmniej te niesamowite smakołyki zostaną nam po tej podróży.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Recipes for Love and Murder / Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko / Wydawca: Otwarte / Gatunek: kryminał, obyczajowe / ISBN 978-83-7515-363-7 / Ilość stron: 480 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

piątek, 17 czerwca 2016

Książka #408: Fobos, aut. Victor Dixen

    To naprawdę zachwycające, że na rynku książki może pojawić się jakakolwiek powieść dla starszej młodzieży mogąca zaskoczyć i całkowicie zwalić z nóg! Udało się to osiągnąć Europejczykowi, pochodzącemu z Francji Victorowi Dixenowi, który wyłamuje się z przyjętych konwenansów i daje nam enigmatycznego „Fobosa”. Na głównym planie umieszcza swoją rodaczkę i od razu, bez chwili zawahania puszcza ją w kosmiczną podróż.
     Sześć dziewcząt i sześciu chłopców zostaje wybranych, aby stworzyć nową kolonię na czerwonej planecie imieniem Mars. Zanim tam jednak dotrą przez wiele tygodni, każdego dnia, będą się spotykać ze sobą w Kuli Spotkań zaledwie na sześć minut. Przez ten czas muszą zrobić wszystko, aby odnaleźć wspólny język i zakochać się w sobie. U finału podróży będą musieli podjąć decyzję, z którym z nich będą chcieli spędzić resztę swojego życia na obcej planecie. Mieszkając na statku Cupido z każdą chwilą oddalającym się od Ziemi nie są sami, bowiem każdego dnia ich poczynania śledzą miliardy widzów na całym świecie. Nikt jednak nie wie, że organizatorzy programu skrywają sekret, który może zaważyć na życiu młodych zakochanych.
     Takiego czegoś jeszcze nie było. Victor Dixen wychodzi naprzeciw wszelkim oczekiwaniom dzisiejszej młodzieży, której w głowie miłość, rozrywka i konspiracja. Lektura skrywa w sobie całą masę niespodzianek, bo choć z informacji o książce wynikać może, że wszystko kręcić się będzie wokół tzw. szybkich randek, to jednak każdy z czytelników będzie mocno zaskoczony formą jaka ostatecznie przybiera ta książka. Oczywiście, randki, zakochiwanie się i wszelkie dramaty związane z zawiązywaniem par są tutaj kluczowym wątkiem, jednakże dość szybko okazuje się, że nie jest najważniejszym z fundamentów fabuły- wręcz przeciwnie, ostatecznie prawdopodobnie zejdzie na dalszy plan. Ma to głównie charakter rozrywkowy, coś co ma pobudzić zmysły i zainteresowanie czytelniczek, ale nawet i chłopców. To co się dzieje na planie, to jedno, a to co poza nim... to zupełnie inna para kaloszy. Nie chodzi tutaj już jedynie o sekrety skrywane przez uczestników programu, chodzi o mechanizm kreowania pieniądza i ukazania do czego człowiek jest zdolny, aby go posiąść. Bowiem gdy młodym ludziom zależy na otrzymaniu drugiej szansy i rozpoczęcia nowego życia, ci którzy sterują ich losami łakną jedynie jeszcze większej fortuny niż posiadają. Od początku Dixen zasiewa nutkę niepewności w głowach czytelników, bardzo wprawnie budując napięcie. Szkoda jednak, że tak szybko przychodzi poznać prawdę co do prawdziwej przyszłości bohaterów Programu Genesis. Nie zmienia to jednak faktu, że uczucie klaustrofobii nie ustaje, bo choć czytelnik świadom jest istniejącego problemu, to tak zżył się z co niektórymi postaciami iż z zapartym tchem obserwuje ich poczynania mając nadzieję, że i o oni szybko poznają prawdę. Dlatego zbliżanie się do finału jest niezwykle dramatyczne, a odłożenie książki, gdy do końca zostało zaledwie 70 stron wydaje się zbrodnią przeciwko niej!
     Autor tworzy nie tylko świetny pomysł na fabułę, której finał chce się poznać już, natychmiast, ale przede wszystkim kilka bardzo wyrazistych postaci, od których po prostu trudno oderwać wzrok. I nie mowa tutaj o Elizabeth, która najwyraźniej ma dwie twarze i o dziwo ma się ochotę przyłożyć w każdą z nich, ale o najważniejszych postaciach w tej powieści. Dość często zdarza się, że pierwszoplanowi bohaterowie są zdecydowanie bezbarwni, a cały blask kradną im ich towarzysze fabularni. Tutaj nie ma czegoś takiego, na szczęście. Pierwsze skrzypce gra Leonor- prawdopodobnie dlatego, że jest Francuzką jak autor powieści, pomimo tego, że do dyspozycji mamy ludzi z całego świata. Każdy z innym problemem i każdy z zupełnie innym podejściem do życia oraz programu, w którym bierze udział. Leo od początku skupia uwagę z powodu jej towarzyszki- Salamandry, upośledzającej jej życie na każdym kroku. Z początku wycofana szybko nabiera wiatru w żagle i choć początkowo wytyczyła sobie racjonalne, własne zasady gry, to ostatecznie gotowa jest pójść na ustępstwa. To dziewczyna, którą cechuje odwaga i nieugiętość. Nie boi się zniszczyć własnego wizerunku dla dobra innych. Zdecydowanie lepiej to wygląda w zestawieniu z kujonkami, czy pozbawionymi skrupułów baletnicami. Po drugiej strony barykady, a tak naprawdę stacji kosmicznej uwaga nie koncentruje się na jednym- aczkolwiek trzeba przyznać, że sposób w jaki Dixen wprowadził czytelników na stronę chłopców jest najgenialniejszym posunięciem jakie mógł uczynić dla swojej powieści. Szybko okazuje się, że choć tytuł „Fobos” prezentuje bardziej męską część, to królują tutaj kobiety. Dlatego Serena McBee również należy do tych, które zachwycą i wzbudzą najwięcej kontrowersji. Ta pani psychiatra sporo namiesza, w końcu... to ona pociąga za wszystkie sznurki. Prawie wszystkie!
     Trzeba przyznać, bez dwóch zdań, „Fobos” pochłania w okamgnieniu! Sposób budowania fabuły, kreowania rzeczywistości i bohaterów, ale przede wszystkim stopniowania napięcia jest tutaj bezbłędny. Lektura zaskakuje na każdym kroku z początku dając się poznać jako romansidło, a ostatecznie przyjmując bardziej charakter politycznego thrillera. Nie ma tutaj czasu na łzy, ale z pewnością niejednemu zrobi się ciepło na sercu, a oko się zaszkli, gdy wraz z bohaterami będzie udawał się do Kuli Spotkań i poznawał mocne i słabe strony dwunastki młodych ludzi, z którymi tak wielu może się utożsamiać w realnym świecie. Powieść Victora Dixena jest przepełniona nie tylko całą gamą emocji, ale przede wszystkim tajemnicami, które odkrywamy z niemałą fascynacją, ale też i starannością. Już dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, że przeskakiwałam linijki nie z nudów, ale z niecierpliwości wyczekiwania na rozwój wydarzeń!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Phobos / Tłumaczenie: Eliza Kasprzak-Kozikowska / Wydawca: Otwarte / Gatunek: space opera / ISBN 978-83-7515-394-1 / Ilość stron: 464 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)