NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monolith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Monolith. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 czerwca 2017

1227. Uprowadzona 2, reż. Olivier Megaton

     W 2008 roku Luc Besson zaskoczył wszystkich przejmującą i wstrząsającą sceną porwania w filmie „Uprowadzona”. Wprowadził do świata kina nowy rodzaj bohatera, który posługując się swoimi specjalnymi talentami potrafił odnaleźć człowieka w wielkim mieście w ciągu zaledwie trzech dni. Film odniósł wielki sukces, więc kwestią czasu było powstanie kontynuacji. Tym razem za sterami stanął- Olivier Megaton, który popełnił już inny sequel- „Transporter 3”.
     Po wydarzeniach w Paryżu były agent specjalny Bryan Mills (Liam Neeson) prowadzi w miarę spokojne życie. Akurat wybiera się do Stambułu jako jeden z ochroniarzy i zaprasza przeżywającą kryzys byłą żonę- Lenore (Famke Jenssen), oraz córkę- Kim (Maggie Grace), aby zrobiły sobie wakacje i dołączyły do niego na miejscu. Jednakże żadne z nich nie spodziewa się, że ojciec zamordowanego przez Millsa porywacza poprzysiągł zemstę i wraz ze swoją albańską rodziną pojawia się na tureckich ulicach w jednym celu- odnaleźć, porwać i zabić Millsa. Pech chce, że porwana zostaje również jego żona, więc jedyna szansa na ratunek spoczywa w rękach Kim.
     To co wstrząsnęło nami w pierwszym filmie, nie pojawiło się w drugiej odsłonie, co jest akurat oczywiste. Sceny porwania zazwyczaj są poruszające, ale to co działo się w Paryżu przeszło wszelkie oczekiwania i stało się jak gdyby punktem kulminacyjnym całej historii. Dwójka prezentuje nam równie udaną scenę, choć nie tyle porwania co właśnie ucieczki najmłodszej z Millsów. No bo wiadomo... powaga w głosie Millsa to coś niezastąpionego i genialnie trzymającego w napięciu. Tym razem trochę za bardzo irytują nad wyraz rozwinięte umiejętności naszego agenta. Nie dość, że zna on obce miasto jak własną kieszeń to okazuje się być genialnym obserwatorem nie tylko wzrokowym, ale i słuchowym- o ile ktoś taki w ogóle istnieje. Wysoce rozwinięte zdolności dedukcji są idealnie naciągane na potrzeby produkcji, o czym świadczyć może późniejsze poszukiwanie Lenore. Oczywiście, jest to tylko film, ale chwilami robi się z człowieka głupka. W szczególności rozbraja tutaj celność Kim, której sprzęt albo trafia w silos z wodą, albo pod samochód, a co tam. Trochę hałasu, a jakiż on jest potrzebny! Szok, szok, szok. Większość sytuacji całkowicie przewidywalna, ot samo chociażby porwanie, ale niektóre filmy mają to do siebie, że już ze startu można dowiedzieć się, co tym razem będzie się dziać. W końcu oczywiste jest, że twórcy nie pójdą tą samą drogą co poprzednio. Motyw zemsty wciąż jest bardzo modny, więc to on jest motorem całej historii. Można nawet i stwierdzić o czym będzie kontynuacja. No wiadomo, że ktoś znów zostanie porwany i można domyślić się nawet przez kogo. Czas pokaże, szkoda, że dopiero za 2 lata. Trochę boli to, że na chama wciska się tutaj wątek romantyczny. No dobrze, może nie aż tak dosadnie, ale cóż, nie żeby widz nie domyślał się co nadchodzi. Jednakże umówmy się, w filmie naprawdę sporo się dzieje, a napięcie momentami sięga zenitu. Fabuła porywa więc ogólnie nie ma co narzekać!
     Nie można się tutaj poskarżyć i na drugą stronę filmu, czyli wycieczkę po kolejnym pięknym mieście. Najpierw był Paryż a teraz Stambuł! Piękne miasto z uroczymi i zatłoczonymi uliczkami. Z bardzo surowymi, a jednak urzekającymi krajobrazami pełnymi meczetów, a także budowlami pozostałymi po czasach bizantyjskich. Jakby nie było, zwiedzimy sobie okolice największej budowli miasta- meczetu Sulejama, a także piętnastowieczny Wielki Bazar, czy nawet i tradycyjną turecką łaźnię, w której to Mills toczy ostateczną walkę. Wszystko to ma swój urok, zachowane jest przecież w klimatach tego pełnego ortodoksów miejsca, a do tego przygrywają nam również modły i melodie tamtego regionu. Coś wspaniałego!
      Liam Neeson, który dotychczas znany był z bardziej dramatycznych ról idealnie sprawdza się jako napędzany agresją były agent, który nie cofnie się przed niczym, aby wyrwać swoją rodzinę z niewoli. Udowodnił to raz i robi to po raz kolejny. Jako Bryan Mills jest tak niezwykle przekonujący, a powaga w jego głosie wręcz obezwładniająca. Wmówił by nam wszystko, przekonał do wszystkiego. Niesamowita i pełna ekspresji postać, w dodatku trafnie obsadzona. Trochę nie sprawdza się tu Famke Jenssen. Wcześniej stanowiła tylko marne tło dla wydarzeń, więc widz nie skupiał na niej swojej uwagi. Teraz pojawia się w centrum, więc siłą rzeczy staje się dostrzegalna. Obróciło się to jednak przeciwko niej, bowiem widz ma ochotę znów zepchnąć ją w najciemniejszy, najdalszy kąt. Co innego można powiedzieć o Maggie Grace, której rola zostaje bardzo rozbudowana i wychodzi to na dobre dla całej produkcji. Widać, że podąża w ślady tatusia i ewidentnie sporo podziała w kolejnym filmie. Czarne charaktery nie do końca się tutaj sprawdzają. Siłą napędową jest Rade Šerbedžija, który zachwyca sceną na wzgórzu i daje znakomite prognozy dla jego postaci, a jednak jego wrogość zanika gdzieś po drodze.

      „Uprowadzona 2” względnie trzyma poziom pierwszego filmu. Oczywiste staje się, że twórcy nie mogą wykorzystać tych samych chwytów co wcześniej, więc z góry wiadomo, że nie można oczekiwać podobnej przewrotności. Jednakże tytuł nadrabia innymi cechami, czy to ciekawą ucieczką, czy umiejętnościami dedukcyjnymi bohatera, ale przede wszystkim fascynuje nowymi krajobrazami oraz ścieżką dźwiękową. Film ogląda się bardzo przyjemnie i choć nie brakuje tu kilku tanich chwytów to jest to na tle interesująca i wciągająca produkcja, że czas z nią minie nam w mgnieniu oka.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Taken 2 / Reżyseria: Olivier Megaton / Scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen / Zdjęcia: Romain Lacourbas / Muzyka: Nathaniel Méchaly / Obsada: Liam Neeson, Maggie Grace, Famke Jenssen, Leland Orser, Jon Gries, Luke Grimes, D.B. Sweeney, Rade Šerbedžija, Alain Figlarz / Kraj: Francja / Gatunek: Sensacja
Premiera: 07 września 2012 (Świat) 05 października 2012 (Polska)

niedziela, 7 sierpnia 2016

SZORTy #39: Kiedy ją spotkałem, Love Rosie, Wesele w Sorrento

Oryginalny tytuł: Jab We Met | Reżyseria: Imatiaz Ali | Scenariusz: Imatiaz Ali | Obsada: Shahid Kapoor, Kareena Kapoor, Kamal Tiwari, Dara Singh, Tarun Arora, Kiran Juneja, Pavan Malhotra | Kraj: Indie | Gatunek: Komedia romantyczna, Bollywood
Premiera: 26 października 2007 (Świat)
Ocena: 7/10

     Jeden z najbardziej pozytywnych i pokręconych bollywoodów jakie przyszło mi oglądać. Imatiaz Ali stworzył dobry obraz międzyludzkich relacji z duetem Kapoor&Kapoor w kultowym filmie „Kiedy ją spotkałem”.
     Młody mężczyzna przechodzi ciężkie chwile, kiedy jego ukochana bierze ślub z innym. Wsiada więc do byle jakiego pociągu i rusza przed siebie. Kiedy nagle do wagonu trafia gadatliwa, energiczna i bardzo sympatyczna dziewczyna, nie spodziewa się, że jego życie całkowicie się odmieni.
     Pozytywny, niesamowicie kolorowy, tak bardzo przejmujący i różnorodny. Stęskniłam się całym sercem i ciałem za kinem prosto z Bombaju. Produkcja Imatiaza Ali jest kwintesencją gatunku, kumulacją wszystkiego co w nim najlepsze. Ma bardzo wyraziste postacie, jak dla mnie jest to pierwszy film z Kareeną jaki widziałam, ale jej bohaterka jest tak pozytywnie zakręcona, że wprowadza najwięcej humoru. Wystarczy na nią spojrzeć i już buźka sama się cieszy. Genialna! Do tego super przystojny Shahid, którego ma się ochotę schrupać. Duet nie do przebicia! Razem tworzą historię bardzo banalną, bo w końcu miłosną, z lekkimi turbulencjami po drodze. Tu ślub, tam nie ślub, ślub nie z tym co trzeba, a może jednak z tym odpowiednim. Pokręcone to na maksa! Potrafi być za to przejmująco, bohaterzy oczywiście po czasie rozumieją co ich połączyło, a po tylu miesiącach może być trudno o ponowne roziskrzenie. To pomieszanie humoru z dramatyzmem świetnie robi historii, która staje się idealnie zbalansowana. Jak przystało na rasowy bollywood pełno tutaj cudowności, choć piosenek wpadających w ucho jest naprawdę niewiele. Do moich ulubionych należy „Yeh Ishaq Hai”. Radosna, rytmiczna, a klip niezwykle żywy i barwny. Czegoż chcieć więcej? Może bardziej zjawiskowej opowieści, bo przyjaźń przeradzająca się w miłość to nic nowego.

Oryginalny tytuł: Love, Rosie | Reżyseria: Christian Ditter | Scenariusz: Juliette Towhidi | Obsada: Lily Collins, Sam Claflin, Christian Cooke, Jaime Winstone, Suki Waterhouse | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 17 października 2014 (Świat) 05 grudnia 2014 (Polska)
Ocena: 8/10

     W jego karierze nie pojawił się dotąd żaden kultowy film. Ditter jednak poszedł w ślady swoich kolegów po fachu i pokusił się o ekranizację poruszającej powieści Cecile Ahern. Jego „Love, Rosie” w wersji filmowej nie mogło się nie udać.
     Są przyjaciółmi od małego dziecka. Kiedy dorastają razem chodzą na imprezy i nadal mówią sobie o wszystkim. Wszystko się zmienia po balu szkolnym, który daje dziewczynie coś, czym nie jest w stanie podzielić się z przyjacielem, aby nie psuć jego marzeń. Wtedy wyjeżdża on na studia, a ich przyjaźń zostanie wystawiony na ogromną próbę.
     Teoretycznie jest to historia jak każda inna. Opowieść o wielkiej, nierozłącznej przyjaźni pomiędzy dziewczyną i chłopakiem, która w końcu musi stanąć przed pytaniem, czy wciąż jest to przyjaźń, czy jest to już kochanie. W „Love, Rosie” bohaterowie wydają się być całkowicie ślepi na znaki przesyłane przez drugą stronę, te krótkie spojrzenia świadczące o zazdrości, te nieskrywane wybuchy złości mogące znaczyć jedynie dozgonną miłość i złamane serca. Problemy, które ich dotykają wydają się być szalenie przyziemne, ale dzięki temu film staje się o tyle prawdziwszy. Klimat jest niesamowicie senny, choć z pewnością całość nie jest pozbawiona energii. Gdzieś pomiędzy brytyjskimi uliczkami kreuje się bardzo niecodzienny świat, ludzkie emocje, szkolne zawody, ale przede wszystkim tak niesamowite mijanie się dwóch bliźniaczych dusz. Zaskakującym jest jak wiele ta dwójka musi przejść, aby w końcu zrozumieć, że są dla siebie najważniejsi. Całość jest wobec tego bardzo przewidywalna, bo tego właśnie można byłoby spodziewać się po rasowym romansie. Aczkolwiek trzeba przyznać, że te wydłużające się lata rozłąki wydają się być aż nadto nienormalne, w szczególności, że po połowie filmu mamy wrażenie, jakbyśmy spędzili przy nim pół dnia. Wiele się tu mieści, a zapewne jeszcze więcej treści dałoby się wsadzić, gdy człowiek upewni się, że przestrzeń czasową skrócono z półwiecza do zaledwie dwunastu lat. Coś jest w tym obrazie magnetycznego, coś niesłychanie uroczego, coś co pozostawia jak najbardziej przyjemne uczucia. Nie mniej, nie ma się co oszukiwać- takich związków próżno szukać w prawdziwym świecie.

Oryginalny tytuł: Den Skaldede frisør | Reżyseria: Susanne Bier | Scenariusz: Anders Thomas Jensen | Obsada: Pierce Brosnan, Trine Dyrholm, Molly Blixt Engelind, Sebastian Jessen, Paprika Steen, Kim Bodnia | Kraj: Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy | Gatunek: Komedia romantyczna
Premiera: 02 września 2012 (Świat) 01 lutego 2013 (Polska)
Ocena: 5/10

     Duńska reżyserka, Susanne Bier, twórczyni kultowych „Braci”, doceniana przez krytyków tworzy zaskakująco przeciętny film w włoskim klimacie. „Wesele w Sorrento”, niespodziewanie, dalekie jest od ideału.
     Udało jej się wyrwać ze szponów śmierci, kiedy pokonała raka. Niestety, po powrocie z kolejnej wizyty w szpitalu zastaje męża w jednoznacznej sytuacji z jego księgową. To zwiastuje koniec ich małżeństwa, pomimo tego, że za chwilę spotkają się na ślubie swojej córki we Włoszech. Tam kobieta poznaje przystojnego ojca pana młodego i od razu znajdują wspólny język.
     Film, jak gdyby, zupełnie o niczym. Zwykła opowieść o rodzinie, zmaganiach z chorobą, a także kilkoma zaskoczeniami. Bez większych emocji, bez większych rewelacji. „Wesele w Sorrento”- jak sama nazwa wskazuje, mogłoby się skupić bardziej na weseleniu się w Sorrento. Wszystko jednak rozbija się o główną bohaterkę, której choroba zniszczyła jej życie. Teoretycznie. Pozbawiła włosów, pozbawiła poczucia własnej wartości, no i pozbawiła męża. Szczęśliwie na swojej drodze spotyka Philipa, który trzeźwo patrzy na świat, momentami zbyt... rozważnie, a nie romantycznie, przez co wydaje się być dla niej idealnym oparciem. Widać rozkwitające między nimi emocje, ale jest to bardzo subtelny zabieg, a nie jakiś wielki wybuch namiętności. Ich wspólne chwile są chyba najjaśniejszymi promieniami w filmie. Scenariusz serwuje kilka abstrakcyjnych wątków, jak chociażby mąż zabierający swoją kochankę na ślub córki. Heloooł?! Przecież nawet nie są w oficjalnej separacji z Idą! Dziwne i co najmniej nieetyczne. Piękne w tym filmie są na pewno włoskie scenerie. Piękne pomarańczowe sady, z których aż czuć zapach cytrusów. Cudowne budynki, wspaniałe terany zielone. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia. Długo bym się nie zastanawiała gdyby Philip poprosił mnie o zamieszkanie tam. Raczej. Nie jest to zaskakujący film, jest wręcz bardzo schematyczny i banalny. Szkoda, bo mogłoby powstać z tego coś naprawdę interesującego. Jest lekki, ale do tego tak bardzo nużący, że aż szkoda dla niego czasu.

środa, 4 maja 2016

SZORTy #35: Uprowadzona 3, Zanim zasnę, Krocząc wśród cieni

Oryginalny tytuł: Taken 3 | Reżyseria: Olivier Megaton | Scenariusz: Luc Besson, Robert Mark Kamen | Obsada: Liam Neeson, Forest Whitaker, Famke Janssen, Maggie Grace, Dougray Scott, Sam Spruell | Kraj: Francja | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 16 grudnia 2014 (Świat) 09 stycznia 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Sześć lat temu pierwszy film zrobił furorę na całym świecie. Aczkolwiek kontynuowanie genialnego pomysłu, ze świetną sceną porwania i wspaniałym Liamem Neesonem nie do końca sprawdza się w kolejnym, trzecim już wydaniu. Tym sposobem „Uprowadzona 3” staje się najgorszym filmem z serii.
     Wydaje się, że emerytowany agent specjalny, Bryan Mills, w końcu uwolnił się od demonów przeszłości. Teraz wraz ze swoją córką cieszą się z odnowionych relacji, a i szansa na odzyskanie ukochanej kształtuje się gdzieś na horyzoncie. Do czasu kiedy zostaje wrobiony w morderstwo. Musi wykorzystać wszystkie swoje zdolności, uruchomić kontakty, aby odnaleźć mordercę i nie tylko uniewinnić siebie, ale przede wszystkim ochronić córkę.
     Akcja rozpoczyna się niezwykle dynamicznie, a zarys fabuły zmusza do zastanowienia się, czy aby na pewno oglądamy właściwy film. Już z samego początku rodzi się zagadka do rozwiązania, aczkolwiek nikt nie spodziewa się jakie pójdą za nią konsekwencje. Przerażające jest to, że tytuł który dotychczas kojarzył się z czymś naprawdę interesującym i nowoczesnym, teraz przybiera znamiona banalności amerykańskich produkcji, gdzie sporo jest strzelania, biegania, pościgów, a mało suspensu. Czy, aby na pewno? Otóż nie do końca, bowiem niewielu oczekiwało takiego obrotu spraw. Twórcy uderzają w najczulszy z punkt, pozostawiając widza z niedowierzaniem na twarzy. Mills ma naprawdę ciężkie zadanie do wykonania, a skradanie się, aby porozmawiać z córką zakrawa o tradycyjną zabawę w kotka i myszkę. Scenariusz miewa inteligentne chwile, które zaintrygują i dadzą poczuć powiew przeszłości. Szkoda jednak, że trwa to tak krótko. Liam Neeson nie wypada z gry. Wciąż żwawy, wciąż agresywny i jak najbardziej rodzinny. Jest prawdziwym twardzielem, ale przede wszystkim kochającym ojcem i za to uwielbiamy go najbardziej.

Oryginalny tytuł: Before I Go to Sleep | Reżyseria: Rowan Jof | Scenariusz: Rowan Jof | Obsada: Nicole Kidman, Colin Firth, Mark Strong, Anne-Marie Duff, Adam Levy | Kraj: Francja, Szwecja, Wielka Brytania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 04 września 2014 (Świat) 12 września 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ekranizacja świetnie przyjętej na całym świecie powieści S.J. Watson. Ten twór od nieznanego brytyjskiego reżysera wstrząsa sercami widzów kreując przerażającą wizję świata bez wspomnień.
     Od czasu nieszczęśliwego wypadku Christine każdego dnia budzi się nie pamiętając co robiła dotychczas. Każdy jej dzień zostaje wymazany z jej umysłu kiedy tylko zamknie oczy. W tajemnicy przed swoim mężem odwiedza lekarza, z którym pracuje nad odzyskaniem swoich wspomnień i życia. Ale może lepiej, aby nie poznała prawdy o sobie...
     Rozpoczynamy seans trwając w nim i rozmyślając, że jest sobie oto zwyczajna historia, o zwyczajnych ludziach. Opowieść o zapominaniu i odszukiwaniu własnego ja spośród tych wszystkich wspomnień, ale również i zaufaniu do ludzi, którzy trwają obok nas. Przerażająca wizja tego, jak jedno wydarzenie może całkowicie odmienić nasz los, nacechowany emocjami i zachowujący pewną rezerwę, ostrożność wobec osób, które są przy nas. Scenariusz daje nam mylące wskazówki odsuwające nas od prawdziwej dramaturgii całej tej produkcji. Fabuła skupiająca się przede wszystkim na stracie i pozwalająca się zastanowić, czy chcielibyśmy poznać bolesne fakty z naszego życia, czy dalej żyć w nieświadomości. Wszystko to toczy się monotonnym rytmem, swoim rytmem i wydaje się, że już nic spektakularnego nie może się zdarzyć, no chyba, że nagle by się okazało, że to mąż głównej bohaterki doprowadził ją do takiego stanu. Możliwość manewrowania przez Colina Firtha rzeczywistością jest nadwyraz przerażająca. Jednakże ten niezwykły twist, który zaszczepiają w nas twórcy jest tak szokujący, tak traumatyczny, że nie tylko dla bohaterki staje się on klaustrofobiczny. W tej chwili także i widz czuje się osaczony i zaczyna dostrzec prawdziwy ciężar historii. I choć film ma ogólnie bardzo senny klimat, to ta jedna chwila, ta kulminacja, ożywi nas i sprawi, że oczy wyjdą z orbit!

Oryginalny tytuł: A Walk Among the Tombstones | Reżyseria: Scott Frank | Scenariusz: Scott Frank | Obsada: Liam Neeson, Dan Stevens, David Harbour, Boyd Holbrook, Astro | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Kryminał
Premiera: 16 września 2014 (Świat) 03 października 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

     Liam Neeson już zawsze będzie nam się kojarzył ze świetnym kinem akcji. Wszystko za sprawą „Uprowadzonej”, w której to ratował swoją córkę. Jednakże wszystko diabli wzięli, gdy wystąpił w „Krocząc wśród cieni”, najnowszym filmie Scotta Franka, o którym zapomina się niesamowicie szybko.
     Niegdyś był świetnym policjantem. Do czasu feralnego incydentu, który na zawsze odmienił jego karierę. Teraz jest prywatnym detektywem, wykonującym różne usługi dla różnych ludzi. Jednym z jego klientów jest boss narkotykowy. Scudder musi odnaleźć zabójców jego ukochanej żony.
     Nudniejszego filmu już dawno nie widziałam. „Krocząc wśród cieni” zapowiadał się niezwykle interesująco, w szczególności, że po tak zaprezentowanej fabule oczekiwałoby się niesamowitego twistu u finału seansu. Możecie jednak o tym zapomnieć. Akcja filmu Franka niemiłosiernie się wlecze. Ma swój nietypowy klimat, to na pewno, ale jest to atmosfera tak senna, że prędzej mu do usypiacza niżeli pobudzacza emocji. Nie kręci się tutaj żadna intryga, choć na pewien sposób bohater próbuje odkupić swoje winy z przeszłości. Nie ma tutaj jednak czynnika zapalnego, nie ma tego elementu, który mógłby zaintrygować do samego końca. Jedyne co trzyma przy ekranie to nadzieja wielkiego finału i mega zaskoczenia, które nigdy ma nie nadejść. A poza tym, to Liam Neeson, który jak zawsze nieźle sobie szarżuje po ekranie. Niestety, nic więcej. Szkoda, że film wypada tak przeciętnie, bo zapowiadało się naprawdę nieziemsko, dramatycznie i szokująco!

poniedziałek, 21 marca 2016

SZORTy #32: Herkules, Lucy, Niezniszczalni 3

Oryginalny tytuł: Hercules | Reżyseria: Brett Ratner | Scenariusz: Ryan Condal, Evan Spiliotopoulos | Obsada: Dwayne Johnson, Ian McShane, John Hurt, Rufus Sewell, Aksel Hennie, Reece Ritchie, Ingrid Bolsø Berdal, Joseph Fiennes | Kraj: USA | Gatunek: Przygodowy
Premiera: 23 lipca 2014 (Świat) 25 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      Mit o Heraklesie tak często był już ekranizowany, że trudno jest sobie przypomnieć najrozmaitsze wizje różnych twórców. Film Ratnera zapowiadał się na spore widowisko z elementami fantasy, a skończyło się jedynie na obrazie przygodowym. „Hercules” nie staje się tym, czego oczekuje widz.
      Opowiada się o nim legendy, o tym jak własnymi rękami zabił hydrę, czy dzika erymantejskiego. Syn Zeusa, znienawidzony przez Herę ulubieniec ludzkości. Po opuszczeniu rodzinnych stron wraz z czworgiem przyjaciół wyrusza przez kraj podejmując się kolejnych zadań. Trafiają do króla Kotysa, który potrzebuje ich pomocy, aby wyzwolić królestwo z władzy demonów i centaurów.
     Jak uwielbiam mitologiczne filmy, tak „Hercules” okazał się być czymś zupełnie innym. Zwyczajną opowieścią o sile i odwadze, aniżeli o magii i boskich istotach. Z jednej strony ciekawa koncepcja, która ukazuje zupełnie inne oblicze znanych przygód tego herosa. Z drugiej zaś jest kolejnym dowodem na to, że w zapowiedziach umieszcza się najlepsze sceny filmów. Skoro cały klimat fantasty ukazany w trailerach skumulowany zostaje w pierwszych pięciu minutach, to oczywistym jest odczuwanie lekkiego zawodu po seansie. Inną sprawą jest skupienie się na odkupieniu bohatera, niżeli na konkretnej akcji. Intryga, o której bytności w ogóle nie mamy pojęcia, aż do chwili jej ujawnienia. Wszystko to niby interesujące, ale jak gdyby całkowicie mdłe. Nie porywa, nie zachwyca, a klimat mógłby być urzekający, gdyby nie ta nijakość. Czegoś tutaj brakuje i w ciemno postawić można na prawdziwie charyzmatycznego głównego bohatera, bo trzeba się zgodzić, że choć The Rock wygląda szałowo jako półbóg, to jednak... brak mu charakteru do takich ról. I choć uwielbiam go jako człowieka, to położył na łopatki prawie cały film. Szkoda.

Oryginalny tytuł: Lucy | Reżyseria: Luc Besson | Scenariusz: Luc Besson | Obsada: Scarlett Johansson, Morgan Freeman, Min-sik Choi, Amr Waked | Kraj: Francja | Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 24 lipca 2014 (Świat) 14 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 4/10

      Dla Luca Bessona czasy świetności to lata 90te ubiegłego tysiąclecia. Szkoda, że od „Leona zawodowca”, czy „Joanny d'Arc” ciężko jest mu powtórzyć sukces. Tym razem francuski reżyser sięga w przyszłość i to przy udziale pięknej, choć drapieżnej „Lucy”.
     Lucy- zwykła dziewczyna, która znajduje się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Dostaje się w ręce gangsterów i zmuszona zostaje do przemytu nowego narkotyku. Jednakże substancja zaszyta w jej brzuchu przedostaje się do jej ciała, a ona sama zyskuje nadnaturalne zdolności coraz bardziej rozwijając działanie swojego mózgu.
     „Lucy” to jeden z tych dziwacznych obrazów, który u finału pozostawia nas z mieszanymi uczuciami. Besson po raz kolejny sięga w sferę fantastyki naukowej, najwyraźniej bardzo dobrze się w w niej odnajdując. Zgubił jednak gdzieś zdolność budowania napięcia przy udziale mafii, a wątek przemytniczy jest co najmniej dziwaczny. Mało tu akcji, więcej naukowego bełkotu, który dla jednych jest bardziej zrozumiały, dla innych niestety mniej. Wydaje się, że pomysł tego typu daje spore możliwości do poszalenia przy udziału efektów specjalnych, tutaj jednak twórcy postanawiają wykorzystać to bardziej do zobrazowania ludzkiego wnętrza, czy popełnienia największej dziwaczności wszech czasów. Nie do końca kupuję koncepcję wykorzystywania na maksa możliwości swojego mózgu, ciężko jest też przyjąć za pewnik każdą kolejną fazę, aczkolwiek hipoteza jest jak najbardziej intrygująca. Film ma dość dziwaczny klimat, w który tak naprawdę ciężko jest się wciągnąć. Momentami straszliwie obskurny nie tylko z wyglądu. Dodatkowo przepiękna Scarlett Johansson bardziej drażni niżeli zachwyca, a to dość niemiła odmiana. Fabuła ni to ziębi ni to parzy, całkowity poker face przez cały film. A szkoda.

Oryginalny tytuł: The Expendables 3 | Reżyseria: Patrick Hughes | Scenariusz: Sylvester Stallone, Katrin Benedikt, Creighton Rothenberger | Obsada: Sylvester Stallone, Jason Statham, Harrison Ford, Arnold Schwarzenegger, Mel Gibson, Welsey Snipes, Antonio Banderas, Rolph Lundgren, Randy Couture | Kraj: USA, Francja | Gatunek: Akcja
Premiera: 04 sierpnia 2014 (Świat) 15 sierpnia 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

      „Niezniszczalni” to niekończąca się seria z gigantami kina akcji! Po ciekawej jedynce i marnej dwójce, przyszedł czas na odsłonę trzecią. Pojawiają się nowi twardziele a początkujący Patrick Hughes wyciska z nich siódme poty, aby względnie to wyglądało.
     Ekipa Rossa wyrusza na kolejną akcję. Jednakże kiedy okazuje się, że ich przeciwnikiem jest dawny członek Niezniszczalnych, które uznanego za martwego, Barney całkowicie traci kontrolę nad sytuacją. Wtedy jeden z nich zostaje ciężko ranny, a Ross poprzysięga zemstę na starym druhu. Wiedząc, że prawdopodobnie jest to bilet w jedną stronę porzuca swoich przyjaciół i kolekcjonuje nową ekipę.
     Ten film mógł się spodobać za pierwszym razem, aczkolwiek najnowsza część nie pozostaje daleko w tyle. Ciekawą koncepcją jest wymiana wapniaków na młodziaków, problem tkwi w tym, że nikt o nich nie słyszał. Stallone, Statham, czy Lundgren to znane nazwiska kojarzące się z jednym rodzajem filmów. Natomiast nowe twarze, przykładowego Lutza – utożsamiane są z niczym, no chyba, że z wampirami. Serio? Nie mniej, pomijając absurdy doboru obsady, film to zwyczajna napierdzielanka pełna wybuchów, pościgów i innych dziwacznych wydarzeń. Atakowanie opuszczonego budynku czołgami, bieganie po rozpadającym się dachu, tak... to brzmi jak elementy filmu o „Niezniszczalnych”. Tutaj akcję napędza chęć zemsty, a jak wiadomo od dawien dawna, takie sytuacje nigdy dobrze się nie kończą. No chyba, że należy się do ekipy Barneya Rossa, wtedy czy to wiekowe, czy młode wsparcie w pełnym uzbrojeniu jest zawsze pomocne. I choć scenariusz kuleje, to jest to najnormalniej w świecie całkiem fajna rozrywka, która drugi film bije na głowę i pozwala popatrzeć na nowych, fajnych bohaterów.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

SZORTy #29: W głowie się nie mieści, Anomalisa, Marnie. Przyjaciółka ze snów

 
Oryginalny tytuł: Inside Out | Reżyseria: Pete Docter | Scenariusz: Pete Docter, Meg LeFauve, Josh Cooley | Dubbing polski: Małgorzata Socha, Kinga Preis, Maja Ostaszewska, Cezary Pazura, Szymon Kuśmider, Michał Piela | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Fantasy, Komedia
Premiera: 18 maja 2015 (Świat) 01 lipca 2015 (Polska)
Ocena: 7/10

      Kolejna animacja stworzona przez Disneya we współpracy z Pixarem. Mająca zadatki na laureata Oscara i pewnie ta teoria stanie się rzeczywistością. „W głowie się nie mieści” to interesujący tytuł o ciekawym pomyśle, ale nie do końca udanej realizacji.
     Na świat przychodzi mała dziewczynka, będąca spełnieniem marzeń swoich rodziców. Wraz z pierwszą myślą w jej głowie kreuje się Radość. Za nią idą Smutek, Odraza, Strach i Gniew, które wspólnymi siłami będą starały się stworzyć niepowtarzalną osobowość dziewczynki. Do chwili, kiedy przychodzi zaskoczenie- przeprowadzka, a wraz z nią burza emocji.
     Już na poziomie zwiastuna można było stwierdzić, że najnowsza produkcja Pete Doctera będzie czymś nadzwyczajnym. Personifikacja naszych własnych emocji sterujących naszym życiem prosto z panelu starowania umiejscowionego w naszej głowie, nie ma chyba bardziej śmiałej rzeczy. Jednakże porwanie się na taką koncepcję pociąga za sobą pewne komplikacje, które rozwiązane w zły sposób mogą zniszczyć klimat filmu. Twórcy utknęli gdzieś pomiędzy, bowiem film o emocjach stał się dla nich jak gdyby usprawiedliwieniem dla zabawiania się uczuciami widza. Często wygląda to na zwykłe wymuszanie ludzkich odruchów zamiast pozwolenie im na życie własnym życiem. Może to być efektem oczywiście ulokowania centrum akcji w głowie młodej dziewczyny, która przechodzi prawdziwie dramatyczne chwile. Oczywistym jest więc, że takie traumatyczne wydarzenie będzie skutkowało takimi a nie innymi zawieruchami. Ciekawym pomysłem jest stworzenie ludzkich wspomnień, a także ich wpływ na naszą osobowość, czy też odkładanie ich w pamięci długotrwałej, które po czasie będą zanikać. Lepiej nie dało się zaprezentować mechanizmu działania ludzkiego umysłu. Świetny jest również morał historii, a także postać Smutku- o dziwo. Jest chyba jedną z najbardziej zaskakujących i niewinnych w całym obrazie. Niestety, wszystkie zapychacze pomiędzy są dość słabo poprowadzone, zdecydowanie zbyt spokojnie, zbyt nijako, przez co na pewnym etapie zaczynamy się nudzić. Tak nie powinno być, bo taki tytuł powinien wzbudzać jak najwięcej emocji i nie tylko powodować powodzie łez, ale przede wszystkim dostarczać humoru! Tak się, niestety, nie dzieje. Jak na produkcję dla młodych, ma zdecydowanie za bardzo poważny charakter. Przez to nie znajdzie się w mojej dziesiątce ulubionych filmów Disneya i pewnie u innych również niekoniecznie.

Oryginalny tytuł: Anomalisa | Reżyseria: Duke Johnson, Charlie Kaufman | Scenariusz: Charlie Kaufman | Obsada: David Thewlis, Jennifer Jason Leigh, Tom Noonan | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Dramat
Premiera: 04 września 2015 (Świat) 22 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 7/10

     Człowiek, który stworzył dość nietypowy film „Być jak John Malkovich” ponownie wraca do gry. Wraz z Dukiem Johnsonem zrealizował niezwykły obraz o tytule „Anomalisa”, który utrzymany jest w jego koncepcji, a przy okazji został uznany przez krytyków filmowych otrzymując nominacje do najlepszej animacji roku.
     Film opowiada historię specjalisty od marketingu, którzy przyjeżdża do Cincinnati, aby wziąć udział w konferencji. Zatrzymuje się w hotelu, w którym to doświadcza dziwnej anomalii ujawniającej jego problemy.
     Bardzo osobliwy film o bardzo osobliwym tytule. „Anomalisę” można interpretować na wiele sposobów, a wszystko zależy od osobistej wrażliwości każdego z odbiorców. Mężczyzna, osamotniony wśród tłumu, ale specjalista w swojej dziedzinie. Liczy na małe wakacje od monotonnej codzienności, a także i rodziny. Ten mały wypoczynek ma stanowić próbę regeneracji akumulatorów, ale zamiast tego staje się specyficznym wydarzeniem w jego życiu uwidaczniającym jego problemy. Tutaj uwydatniające się przez zastosowanie jednego głodu dubbingowanego do niemalże każdej postaci. Każdy jeden człowiek wydaje się być tą samą osobą, a osobniki z hotelu sprawiają wrażenie, jakby jego osoba znajdowała się w centrum uwagi. Oczywiście, znajomą ma twarz, rozpoznawalną- jako pisarz i mówca, ale tu zdecydowanie chodzi o coś więcej. Ciężko jest do końca zrozumieć zamysł twórców, bardzo łatwo jest pogubić się w logice tego filmu. Nie oznacza to jednak, że jest to złe- wręcz przeciwnie. Fabuła dotyka istotnych problemów, które dotyczą każdego z nas, więc nie trudno jest się utożsamiać z głównym bohaterem. W końcu wielu ludzi zakłada maski każdego dnia, choć tutaj jest to zaprezentowane mocno nad wyraz- jeszcze bardziej trafiając w serce widza. Animacja jest naprawdę niesamowita, tworzy niesamowity klimat, niczym z pogranicza jawy i snu. Przyjemnie się na to patrzy, w szczególności, że nawet nie próbuje być idealna w swojej płynności i tempie. Całość spełnia swoje zadanie, skupia na sobie uwagę widza, który zaintrygowany zostaje formą produkcji, a także samą opowieścią.

Oryginalny tytuł: Omoide no Marnie | Reżyseria: Hiromasa Yonebayashi | Scenariusz: Hiromasa Yonebayashi, Keiko Niwa, Masashi Ando | Obsada: Sara Takatsuki, Kasumi Arimura, Nanako Matsushima, Susumu Terajima, Hitomi Kuroki | Kraj: Japonia | Gatunek: Anime, Dramat
Premiera: 19 lipca 2014 (Świat) 22 października 2015 (Polska)
Ocena: 8/10

     Studio Ghibli wciąż jest w dobrej formie. Tak dobrej, że najnowszy film z tej japońskiej wytwórni „Marnie. Przyjaciółka ze snów” została nominowana do statuetki oscarowej za najlepszą animację roku. Dziwne? Niekoniecznie!
     Mała dziewczynka straciła rodziców, a potem babcię, która opiekowała się po ich śmierci. Trafia do rodziny, która wysyła ją do małego miasteczka na wakacje. Tam nawiązuje bliską przyjaźń z dziewczynką zamieszkującą uroczą posiadłość na mokradłach.
    Filmy animowane od japońskiego studia Ghibli są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej urokliwych jakie tylko mogły przypłynąć ze wschodu. Produkcja Yonebayashiego nie stanowi wyjątku. Ten reżyser i scenarzysta tworzy niebanalną opowieść podszytą ludzkim cierpieniem, a także odrobiną tajemniczości i magii. Pomiędzy jawą i snem naznaczona jest tak cienka granica, że trudno jest je rozgraniczyć. Ta niemożność zarówno po stronie widza, jak i samej bohaterki stanowi jej swoistą ucieczkę od przeciwności życia codziennego. Na swój sposób sytuacja Anny jest bardzo przejmująca, choć to właśnie z Marnie jesteśmy w stanie bardziej się zżyć z uwagi na problematykę tej postaci. W ich znajomości następuje niesamowity obrót, co na pewien sposób porusza najwrażliwsze struny widza. Dziwne zachowanie Anny nadaje tej postaci autentyczności, ale to co również w niej fascynuje, to jej osobliwy wygląd. Nie jest typową Japoneczką, co może wskazywać na odmienne korzenie. Co prawda, pod tym względem jeszcze bardziej zachwycać będzie Marnie. To na tych postaciach skupia się najwięcej naszej uwagi, więc dopracowane zostały w każdym szczególne. Animacja jest po prostu cudowna, trudno jest oderwać od nich wzrok. No i ten nadmorski klimat... piękno samo w sobie. Cała produkcja przesycona jest kolorami- żywymi, ale nie jaskrawymi. Ma w sobie bardzo dużo naturalności. Film Yonebayashiego jest jednym z najlepszych jakie mogło wydać Studio Ghiblii. Za niekwestionowanym jego sukcesem stoi nie tylko świetna historia, ale przede wszystkim jej realizacja, która zachwyca, wzrusza i wypełnia serce ciepłem.

czwartek, 21 stycznia 2016

SZORTy #28: Most szpiegów, Pokój, Brooklyn

Oryginalny tytuł: Bridge of Spies | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Matt Charman, Ethan Coen, Joel Coen | Obsada: Tom Hanks, Mark Rylance, Scott Shepherd, Amy Ryan, Sebastian Koch, Alan Alda, Austin Stowell, Will Rogers | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 04 października 2015 (Świat) 27 listopada 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Steven Spielberg jest jednym z najbardziej wszechstronnych twórców współczesnego kina. Jego produkcje to różnorodna tematyka- począwszy od dinozaurów, przez animację, a na wojennych obrazach kończąc. W klimacie tego ostatniego znajduje się jego najnowszy twór, doceniany przez krytyków „Most szpiegów”.
    Czasy Zimnej Wojny. Amerykański prawnik staje w obronie człowieka oskarżonego o szpiegostwo. Kiedy przegrywa sprawę dostaje tajną misję od CIA wymiany skazanego za przetrzymywanego w ZSRR amerykańskiego pilota.
     Nie wstydzę się mówić o tym głośno. W moim odczuciu „Most szpiegów” jest chyba najnudniejszym filmem Spielberga, jakie miałam okazję oglądać w swoim krótkim życiu. Oczywiście, kwestią może być też to, że filmy szpiegowskie, usytuowane w okresie Zimnej Wojny, nigdy szczególnie mnie nie fascynowały- nawet te z gatunku komedii. Trudno więc oczekiwać, że w większości przegadany film, opierający swoją fabułę na wymianie jeńców zrobi na mnie spektakularne wrażenie. Jest to obraz bardzo monotonny. Jego prostolinijność i statyczność jest tak koszmarnie nużąca, że cały seans ciągnie się w nieskończoność. Jedyne czego nie można mu odmówić, to niesamowity klimat. W większości ukształtowany zostaje przez surową, momentami bardzo mroźną scenerię. Mroczne zdjęcia berlińskich i wrocławskich uliczek, zrealizowane przez naszego rodaka i ulubionego operatora Spielberga- Janusza Kamińskiego, dodają uroku, a także enigmatyczności całemu obrazowi. Do tego dochodzą jeszcze wspaniałe kompozycje utworzone przez Thomasa Newmana. Sami mistrzowie w takim przeciętnym filmie, to aż boli. W szczególności, gdy pod uwagę weźmiemy również Toma Hanksa, który świetnie spisuje się na ekranie. Zdecydowanie jest to bardziej film dla ludzi gustujących w podobnych klimatach, dla innych- choć docenią oni dobry poziom obrazu, całość będzie zdecydowanie zbyt flegmatyczna, ale piękna.

Oryginalny tytuł: Room | Reżyseria: Lenny Abrahamson | Scenariusz: Emma Donoghue | Obsada: Brie Larson, Jacob Tremblay, Joan Allen, Sean Bridgers, Willam H. Macy, Amanda Brugel, Cas Anvar | Kraj: Irlandia | Gatunek: Dramat
Premiera: 04 września 2015 (Świat) 26 lutego 2016 (Polska)
Ocena: 8/10

      Twórca przebojowego „Franka”- Lenny Abrahamson, tworzy niesamowicie klimatyczny film, który może przysporzyć mu Oscara w kilku kategoriach. „Pokój” będący ekranizacją powieści Emmy Donoghue, która stworzyła scenariusz filmu zbiera uznanie krytyków całego świata.
     Pięcioletni chłopiec od początku swojego życia mieszka ze swoją matką w małym pokoju. Dopiero po jego piątych urodzinach kobieta uzmysławia mu, że te cztery ściany nie są całym światem, a jedynie miejscem, w którym zostali zamknięci.
      Wydawałoby się, że film jest raczej niepozorny, a przynajmniej tak się zaczyna. Matka, syn, jeden pokój, co w tym nienormalnego? No cóż, gdyby to było więzienie, to faktycznie... całkiem normalna rzecz, ale cztery ściany sprawiają wrażenie najtańszego mieszkania jakie człowiek widziałby w świecie. Zastanawiające jest jednak zamknięcie i historie, którymi matka darzy swojego synka, wyglądającego jak dziewczynka. Wkrótce jednak poznajemy okrutną prawdę i towarzyszymy bohaterom w dążeniu do zmian. Desperackie posunięcia sprawiają, że ciężko jest nie wstrzymać oddechu i wyczekiwać w napięciu, jak rozwinie się sytuacja. Kiedy jednak mamy teoretyczny finisz, a tu się okazuje, że minęła dopiero połowa filmu szybko uzmysławiamy sobie, to co oczywiste. Twórcy postanowią skupić się na wydarzeniach po i tym jak zamknięcie w tytułowym Pokoju odmieniło ich psychikę. W szczególności Joy, bo to w końcu ona siedziała tam najdłużej, ale też i małego Jacka, który całe swoje dzieciństwo spędził w odosobnieniu mając u swojego boku jedynie własną matkę i to 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Takie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na człowieka i właśnie na próbie przeanalizowania, a także pomocy ofiarom koncentruje się reszta filmu. Tu już robi się bardziej dramatycznie, ale na swój sposób napełnia to również nadzieją i optymizmem. Twórcom udało się stworzyć klaustrofobiczne otoczenie, mocno obezwładniające, ale też mogli bardziej poszaleć przy otwartej przestrzeni. Nie mniej, dzięki Brie Larson i jej filmowemu synkowi Jacobowi Trembley'owi udało się zrobić bardzo emocjonujący, zajmujący, ale przede wszystkim wstrząsający i wciągający film.

Oryginalny tytuł: Brooklyn | Reżyseria: John Crowley | Scenariusz: Nick Hornby | Obsada: Saoirse Ronan, Emory Cohen, Domhnall Gleeson, Jim Broadbent, Julie Walters, Jane Brennan | Kraj: Wielka Brytania, Kanada, Irlandia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 16 kwietnia 1988 (Świat) 24 stycznia 2014 (Polska)
Ocena: 6/10

      Większość zapewne uwielbia Crowleya za to, że dał im wspaniałego „Detektywa”. Inni usłyszą o nim dopiero przy okazji najnowszego i bardzo klimatycznego filmu pełnometrażowego o tytule „Brooklyn”, którym zdobył serca krytyków.
     Młoda kobieta postanawia opuścić swoją rodzimą Irlandię i wyrusza przez ocean, aby rozpocząć nowe życie. Przybywa do Brooklynu, gdzie lokum i pracę znalazł jej zaprzyjaźniony pastor. Tęsknota za domem nie przeszkadza jej jednak w odnalezieniu szczęścia.
     Bardzo banalna opowieść, taka jakich wiele jest w dzisiejszej kinematografii. Migracje i tęsknota za domem nie jest już niczym nowym, ale oczywiście można ją opowiedzieć w zupełnie inny sposób. Tutaj młoda kobieta rozwija swoją karierę, rozpoczynając pracę w Nowym Jorku jako sprzedawczyni, a kończy zdecydowanie wyżej. Poznaje miłość życia i to wokół jej emocji toczy się cała akcja tej niezwykłej produkcji. Tragiczne wydarzenie sprawia, że musi powrócić w rodzinne strony, a tam jej uczuciami zachwieje inny człek. A przynajmniej, tak by się wydawało. Dziewczyna będzie musiała dokonywać wyborów, ale przede wszystkim stawiać czoła wścibskim oczom i szeroko rozwartym uszom, bez względu na to, jak bardzo będzie chciała być oparciem dla swojej samotnej matki. W dość zakamuflowany sposób prezentuje się trudy życia w Irlandii w latach 50-tych. W zasadzie nie uwydatnia się tego w żaden zaskakujący, czy przejmujący sposób- a szkoda, bo może nabrałoby to większego wyrazu i byłoby bardziej emocjonująco. Wszystko jednak koncentruje się na młodej Ellis i jej rozterkach. Dobra rola Saoirse Ronan, choć momentami wygląda dość posągowo i nazbyt poważnie. Na pewno nie można odmówić produkcji klimatu. Jest to autentycznie śliczny obraz, z barwnymi kreacjami, wspaniałymi plenerami i ślicznymi zdjęciami. Ma to swój urok, który świetnie podkreśla fabułę. Całość ładnie się ze sobą komponuje, aczkolwiek produkcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, a fabuła za mało porywająca, aby udało się zapamiętać film na dłużej.

piątek, 4 grudnia 2015

SZORTy #21: Dziecko Rosemary, Wyścig, Przychodzi facet do lekarza

Punkt #24. Film Romana Polańskiego
Oryginalny tytuł: Rosemary's Baby | Reżyseria: Roman Polański | Scenariusz: Roman Polański | Obsada: Mia Farrow, John Cassavetes, Ruth Gordon, Sidney Blackmer | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Psychologiczny

Premiera: 12 czerwca 1968 (Świat)
Ocena: 5/10

      Niezaprzeczalny klasyk gatunku. Jeden z najlepszych filmów wszech czasów, no i przede wszystkim prowodyr wszelkich poczęć diabelskich. „Dziecko Rosemary” jest tworem naszego rodaka Polańskiego i duma rozpiera, że to właśnie jego praca stała się inspiracją dla późniejszych twórców horrorów.
      Pewne małżeństwo przeprowadza się do uroczej kamienicy, aby rozpocząć nowe, wspólne życie. Niestety, ich z pozoru szczęśliwie życie zostaje zaburzone przez śmierć sąsiadki. Wówczas nieocenione okazuje się wsparcie reszty sąsiadów, będący przy nich na każdym kroku. Jednakże gdy kobieta zachodzi w ciążę zaczyna podejrzewać, że współmieszkańcy należą do tajemniczej sekty.
      Z filmami takimi, jak „Dziecko Rosemary” jest spory problem, gdy ogląda się je w dzisiejszych czasach. Widz, który przez wiele lat nasiąkł filmami, które bazowały na klasykach nie do końca potrafią odnaleźć się w klimacie tamtejszej epoki. Zrozumiała jest ówczesna fascynacja tytułem, to uczucie przytłoczenia, osaczenia w związku z nowym miejscem, otoczeniem. Budowanie napięcia dialogami, które teraz wydają się na totalnie nużące, wręcz zupełnie zbędne, niewnoszące niczego do ogólnej fabuły. A może po prostu środek nocy nie jest najlepszą porą na oglądanie takich filmów? Nie trudno docenić jest klimat. Uczucie klaustrofobicznego potrzasku jest zdecydowanie wyczuwalne, budzi mocny niepokój i jest to genialne. Emocjonujące jest to zburzenie ludzkiego spokoju, zaufania do ludzi i sąsiada, sielankowego życia, które dotyczyć może każdego człowieka, a wszystko to dokonane za pomocą deseru! Psychoza bohaterki, tak dobrze odegrana przez Mię Farrow, a jednak tak mocno przesadzona... To wszystko daje w efekcie dość przeciętny obraz, przynajmniej na te czasy, ale może i niegdyś było to wspaniałe zjawisko kinematografii.

Punkt #6. Film sportowy
Oryginalny tytuł: Rush | Reżyseria: Ron Howard | Scenariusz: Peter Morgan | Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Brühl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara | Kraj: USA, Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat, Sportowy
Premiera: 02 września 2013 (Świat) 08 listopada 2013 (Polska)
Ocena: 7/10

     Filmy biograficzne sprzedają się najlepiej, w szczególności jeżeli przedstawiają wyraziste charaktery i niebanalne historie. Ron Howard sięga do życiorysu dwóch gwiazd Formuły 1 i przenosi na ekran ich nietypową przyjaźń nadając jej tytuł „Wyścig”.
      Niki Lauda może mieć wszystko, a pragnie tylko jednego – ścigania się w wyścigach i wygrywania. Ma jednak mocnego przeciwnika w postaci człowieka nieznającego strachu, gotowego na wszystko Jamesa Hunta. Żaden nie spocznie dopóki nie pokona tego drugiego. Daje to początek niezwykłej rywalizacji na torze wyścigowym Formuły.
      Filmografia Howarda prezentuje cały wachlarz najrozmaitszych gatunków i historii. „Wyścig” dołącza do tych wspaniałości wraz ze swoim dynamizmem, fabułą i bohaterami. Nie jest to jednak tytuł, w którym darzyć będziemy postaci szczerą sympatią- wręcz przeciwnie. Arogancja tej dwójki przyćmi ich wszelkie inne zalety, czy wady, wykrzykując jedno – zapomnij, że ich polubisz! Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegamy mocy w ich przyjaźni. Chorobliwa rywalizacja, w której każdy gotowy jest niemalże na wszystko- daje momenty ogromnych zaskoczeń, a przy okazji również wzruszeń. Wypadki, ogień, szpitale, kontuzje... wszystko to bardzo bolesne i odczuwalne również dla widza. Tworzą dramaturgię, budują napięcie i przede wszystkim koncentrują uwagę widza. Samochody są szybkie, choć może nie tak urodziwe jakbyśmy chcieli, ale nie o wygląd tutaj chodzi, a siłę. Fascynująca jest ta determinacja, porywające są wyścigi, bardzo dobra gra aktorska zarówno Hemswortha, który nie jest już jedynie Thorem, jak i Brühla. Pomimo wszystko pełno tutaj dłużyzn dających dość senną atmosferę, a także dialogów, które rozbijają napięcie. Nie zmienia to jednakże faktu, że jest to jeden z najlepszych filmów o samochodach, jakie przyszło mi oglądać.

Punkt #47. Francuska komedia
Oryginalny tytuł: Supercondriaque | Reżyseria: Dany Boon | Scenariusz: Dany Boon | Obsada: Dany Boon, Alice Pol, Kad Merad, Jean-Yves Berteloot, Judith El Zein | Kraj: Francja, Belgia | Gatunek: Komedia
Premiera: 26 lutego 2014 (Świat) 11 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 7/10

      Znany francuski komik powraca jako reżyser i aktor w swojej najnowszej komedii. „Przychodzi facet do lekarza” to humorystyczne rozliczenie z jego osobistą dolegliwością, a także prezentacja własnych obserwacji i doświadczeń.
    Romain Faubert jest skrajnym hipochondrykiem. Unika kontaktu z ludźmi, a także z przedmiotami, nie rozstając się ze środkiem dezynfekującym. Jest utrapieniem dla swojego lekarza, przyjaciela, rodzinnego, który chciałby, aby jego najwierniejszy pacjent w końcu znalazł sobie kogoś innego do dręczenia, np. jakąś kobietę. Życie Romaina ulega jednak diametralnej zmianie, gdy przyjaciel zabiera go do bazy pomagającej emigrantom. Tam odnajduje miłość, a także wielkie kłopoty.
      Najnowsza komedia od Dany'ego Boona to genialna propozycja na leniwy wieczór. Produkcja prezentująca niezwykłą postać Romaina, którym jest każdy zwykły człowiek diagnozujący się na podstawie tego co wyczyta na internetowych forach. Przy okazji staje się ciekawą analizą ludzkiej psychiki i relacji człowieka z własnym lekarzem. Genialnie zaprezentowane przez świetne dowcipy, ale przede wszystkim wpadki sytuacyjne, które niejednokrotnie rozbawią nas do łez. Może trąci to banałem, bo z takich chwytów już dawno powinno dorosnąć dojrzałe kino, ale właśnie te tanie manewry bawią najbardziej. Sam Boon świetnie sprawdza się w tej roli, w końcu sam podziela dolegliwość swojego bohatera, choć jak sam twierdzi nie aż tak paranoidalnie. Nie stanowiło więc dla niego większego problemu wcielenie się w najważniejszą z postaci i jednocześnie reżyserowanie całego obrazu. Film zyskuje jednak większego rozmachu, kiedy do akcji wkracza rewolucjonista, tematyka wojny domowej, no i elementy grozy. Boon idealnie odgrywa udawanie owej persony, bowiem wychodzi mu to tak komicznie, że bardzo szybko traci się powaga sytuacji. Francuski twórca może trochę za bardzo popuścił wodze fantazji, kiedy to puścił w świat swojego bohatera. Lekka przesada z tą rewolucją, choć i tutaj nie zabrakło humoru i chęci odzyskiwania własnych korzeni. Nie mniej, to o wiele za dużo. Można było poprzestać na elemencie hipochondrii, który całkowicie sam by sobie poradził.

niedziela, 21 czerwca 2015

SZORTy #17: Gwiazd naszych wina, Step Up Revolution, Step Up All In

Oryginalny tytuł: The Fault in Our Stars | Reżyseria: Josh Boone | Scenariusz: Scott Neustadter, Michael H. Weber | Obsada: Shailene Woodley, Ansel Elgort, Nat Wolff, Laura Dern, Sam Trammell, Willem Dafoe | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Romans

Premiera: 16 maja 2014 (Świat) 06 czerwca 2014 (Polska)  
Ocena: 8/10
     O wiele za mało jest prawdziwych wyciskaczy łez, na których przepłakało by się większość filmu. Niegdyś było to „Love Story”, potem przyszła pora na „Szkołę uczuć” od Nicholasa Sparksa, a teraz jest czas kolejnej ekranizacji rozmiękczające serca nie tylko czytelników powieści, ale też i filmomaniaków - „Gwiazd naszych wina”.
     Oto historia jakich wiele. Ona jest śmiertelnie chora na raka i z trudem walczy o każdy oddech kolejnego dnia. On z kolei jest lekkoduchem, któremu udało się pokonać tę okropną chorobę. Ich spojrzenia krzyżują się na jednym ze spotkań wsparcia dla chorujących na nowotwór. Z początku połączeni wielką przyjaźnią i miłością do jednej ulubionej książki. Wkrótce ta miłość wychodzi poza kartki i staje się ich wszechświatem.
     Opowieść zrealizowana w oparciu o bestsellerową powieść Johna Greena, który również mocno jak Sparks polubił rozdzierać wszelkie ludzkie emocje. Fabuła nie należy może do najbardziej skomplikowanych, ale za to porusza wątki nie tylko miłosne, ale przede wszystkim przemijania. Radzenie sobie z odejściem i radowanie się każdą chwilą jaką daje nam los. Do tego dochodzi oczywiście pasja do literatury, która nie zawsze musi być zbawienna dla bohatera. Film ten pełen jest najrozmaitszych mądrości zaczerpniętych prosto z książki o tym samym tytule, do tego zaprezentowanych w bardzo swobodny, wręcz humorystyczny sposób. Czasem najprostsza forma przekazu jest najlepszą i to daje temu efekt. Widz szybko zżywa się z bohaterami i przechodzi każdą katuszę wraz z nimi. Jest to najbardziej wzruszający film, jaki powstał i jaki przyszło mi oglądać od czasu wspomnianej „Szkoły uczuć”. Historia o miłości tak pięknej, a jednocześnie tak tragicznej nie może być też i zaskakująca, ale nie ujmuje to jej wartości. Jeżeli chcesz, aby wydarto Ci serce i poszatkowano je na małą kosteczkę, jeżeli chcesz wysmarkać wszystkie chusteczki jakie tylko posiadasz w domu- koniecznie musisz sięgnąć po ten film!


Oryginalny tytuł: Step Up Revolution | Reżyseria: Scott Speer | Scenariusz: Amanda Brody | Obsada: Ryan Guzman, Kathryn McCormick, Misha Gabriel Hamilton, Cleopatra Coleman, Stephen Boss, Peter Gallagher | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat, Muzyczny

Premiera: 26 lipca 2012 (Świat) 27 lipca 2012 (Polska)

Ocena: 5/10

     „Step up” to już swojego rodzaju epoka. W czasach kiedy rozpoczęła się mania na filmy taneczne, to właśnie pierwszy obraz z tej serii był tutaj prowodyrem. Teraz, kiedy wydaje się, że gatunek ten już wymiera, twórcy wciąż kontynuują zamiłowanie do tańca i z wraz z tytułem „Step Up Revolution” idą o krok dalej, łącząc w sobie niezłe bity, ruchy sceniczne i słynny flash mob.
     Przez jednych uważani za chuliganów, a przez innych za artystów. Grupa The Mob szarżuje po ulicach i lokalach Miami, aby stworzyć najbardziej spektakularne taneczne widowisko, które przysporzy im miliony wyświetleń i zapewni sporą ilość gotówki w nagrodę. Jednakże, gdy jeden z liderów grupy- Sean, poznaje piękną pannę z zasadami ich działalność odrobinę zmienia charakter. Nie liczą się jedynie pieniądze, ale też dobro dzielnicy oraz ich mieszkańców.
     Niby jest to kolejny film z kategorii taneczno-muzycznych. Niby powiela wszelkie schematy taneczne i wątki. Jednakże, gdyby wyciągnąć z tego wszelkie nieudolne próby tworzenia kolejnej banalnej historii to byłby to film, a w zasadzie teledysk doskonały. Nieważne są tutaj bowiem dylematy uczuciowe bohaterów, tak znowu to samo. Nieważne jest to, że na pewnym etapie starają się przekazać coś swoim zrywem. Sens tracą również starania Emily, a właściwie chęć wykorzystania grupy The Mob dla rozwinięcia swoich talentów tanecznych i dostania się do wymarzonej ekipy tanecznej. To wszystko traci sens, kiedy młodzi ludzie wbijają na ulice, parkiet, do galerii, restauracji i prezentują to co umieją najlepiej- zwyczajnie, a w zasadzie nadzwyczajnie tańczą! Nie chodzi tutaj jednak o sam taniec, ale sposób w jaki to robią. To już nie są tylko ruchy ciała, to jest ruch wszystkiego co mają dookoła. W „Step up Revolution” wszystko nabiera artystycznego wyrazu, co w jakiś sposób spotęgowane zostaje przez bohatera tworzącego coraz to wymyślniejsze loga grupy The Mob. Innymi słowy, można zatańczyć się, ale przede wszystkim nacieszyć oczy. A już prawdziwym dziełem sztuki jest układ przedstawiony w galerii sztuki, w pokoju dla baletnic! Genialność, piękno, delikatność i pazur w jednym. Coś niesamowitego. I choć film jest tragiczny i płytki fabularnie, a aktorstwo poniżej przeciętności, to warto to zobaczyć chociażby dla tych niewiarygodnie kreatywnych układów!
Oryginalny tytuł: Step Up All In | Reżyseria: Trish Sie | Scenariusz: John Swetnam | Obsada: Ryan Guzman, Briana Evigan, Adam G. Sevani, Misha Gabriel Hamilton, Cleopatra Coleman, Stephen Boss, Mari Koda, Chadd Smith, Alyson Stoner, Izabella Miko | Kraj: USA | Gatunek: Melodramat, Muzyczny
Premiera: 09 lipca 2014 (Świat) 18 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 4/10
     Piąty już z serii filmów tanecznych o tytule „Step Up” tym razem stworzony przez choreografkę, specjalistkę w tworzeniu znakomitych teledysków. Szkoda więc, że nie udało jej się przenieść choć odrobiny tego talentu na ekran za sprawą „Step Up: All in” i stworzyć z niego pomysłowego klipu.
     Ekipa The Mob przenosi się do Hollywood licząc na zrobienie zawrotnej kariery. Niestety, szybko spadają na ziemię, gdyż zawód tancerza nie jest najbardziej dochodowym. Ekipa rozpada się i wraca na stare śmiecie, na miejscu pozostawiając jednego ze swoich liderów. Odnajduje on informację o konkursie tanecznym, którego zwycięzcy podpiszą trzyletni kontrakt na występy w Las Vegas. Chłopak zbiera nową ekipę, którzy rzucają swoje nudne życie, aby zawalczyć o marzenia.
     Można odnieść wrażenie, że najnowszy tytuł z serii filmów tanecznych ma jakiś głębszy sens. W końcu bohaterowie zderzają się z rzeczywistością i muszą pogodzić się z faktem, że z tańca nie zapłaci się rachunków. Szkoda, że ten motyw rozrasta się w jakąś dziwaczną parodię życia i walkę o każdy oddech, gdzie bohater szybko zapomina o co naprawdę chodzi w tańcu. Jednakże, takich produkcji nie ogląda się dla fabuły, która zazwyczaj jest znikoma, a dla wygibasów. Niestety, ekipę tworzą najrozmaitsze postaci ze wszystkich czterech dotychczasowych filmów, które reprezentują różne style taneczne. Brak jest tu więc swoistego łącznika, mogącego zaintrygować widza. Wychodzi z tego dość sporawy misz masz a przez to układy nie są tak porywające jak dotychczas, a poza tym jest ich szalenie niewiele. Pomysłowy jest jednak filmik, który LMNTRIX wysyła do konkursu, no i sam finał- standardowo. Tam dzieje się najwięcej. Muzyka świetnie ze sobą gra i szacun dla ludzi, którzy postanowili zaangażować tutaj kawałek Coolio „Gangsta Paradise”. Jednakże brak mi tutaj tej energii, którą czuło się podczas występów The Mob w poprzednim filmie, brak jest tej kreatywności i płynności. Tutaj nie ma takiego zgrania, nie ma tej pasji. I to jest najbardziej bolesne!