NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lemony Snicket. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lemony Snicket. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

Książka #456: Koniec końców, aut. Lemony Snicket


     Już jest! Tu i teraz! Wielki finał, na który czekaliśmy trzynaście tomów. Wielkie rozwiązanie wielkiej zagadki nadeszło, a wraz z nim... lekkie rozczarowanie. Lemony Snicket w końcu skończył spisywać historię trójki rodzeństwa Baudelaire. Nie zrobił tego tak jak dotychczas w trzynastu rozdziałach, ale dołożył coś dodatkowego, coś co może zaskoczyć. Nigdy nikt nie spodziewałby się takiego rozwoju wydarzeń, jak w „Koniec końców”. No bo... któż tak kończy taką poczytną serię?!
     Po opuszczeniu Hotelu Ostateczność wraz z Hrabią Olafem, sierotki Baudelaire wpadają w sztorm i lądują z nim na tajemniczej wyspie. W całkiem nowym miejscu od razu znajdują sojuszników, którym nie są do końca nieznani, tak samo zresztą, jak i Olaf. Szybko jednak przekonają się, że wyspa rządzi się swoimi prawami, których pilnuje tajemniczy doradca Isz. Tam w końcu mają szansę ukryć się przed wszelkimi niebezpieczeństwami, które czyhają na nich w świecie, a przy okazji odkryć ostateczny sekret ich rodziny. I jest spora nadzieja na realizację tego planu jeżeli tylko pozbędą się demona ich przeszłości, Hrabiego Olafa.
      Kto by przypuszczał, że finał jednej z najgorętszych serii będzie się rozgrywał na jednej z najgorętszych wysp? Niemalże w całkowitym odosobnieniu, bez zbędnych postaci mogących okazać się być wrogami. Jedynym problemem wydaje się być Olaf, który przepędzony przez mieszkańców wyspy, tuła się gdzieś po jej piaskach. Niby jedna wyspa, tak ograniczona swoją wielkością, a jednak skrywająca tyle sekretów. Młodzi bohaterowie w końcu mają szansę znaleźć spokój, ale też i rozwikłać tajemnicę swojej rodziny. W szczególności, gdy wychodzi na jaw ich powiązanie z Iszmaelem i wyspą. Jest to w pewien sposób zaskakujące, zważywszy na to, że takiego obrotu czytelnik by się nie spodziewał. Choć z drugiej strony, skoro trafiają właśnie tam, a to już finał opowieści, to chyba oczywistym zdaje się, że tam musi się wszystko zakończyć. W miejscu, w którym wszystko się rozpoczęło. W miejscu tym, gdzie poznają prawdę i odnajdują prawdziwe oblicze hrabiego Olafa. Nic nie jest takie jak się wydawało, a niektóre z odpowiedzi dają niestety jeszcze więcej pytań. Jest to frustrujące, ale w zasadzie daje ciekawą furtkę dla wyobraźni czytelnika. Poznamy wielkie tradycje WZS, które odbijają się nie tylko na Baudelaire'ach. Dowiemy się kim naprawdę jest Lemony Snicket, a także słynna Beatrycze, której dedykuje każdy kolejny tom. Zrozumiemy prawdę na temat całej serii i skąd wziął się w ogóle jej tytuł. Nie do końca pojmiemy jednak udział Olafa w tym wszystkim, co jest prawdą a co zwykłą manipulacją? To już pozostawia się luźnej interpretacji. Na część zagadek odpowiedź dostajemy wprost, a w sprawie innych wielu rzeczy musimy się domyślić.
     Nie mniej, rozwiązywanie zagadek nie jest tutaj jedynym wątkiem, choć faktycznie determinuje to wszystko i tego najbardziej pragniemy. Cała fabuła kumuluje się wokół wątku wyspy i rządów Iszmaela, którego wszyscy zaczynają mieć powoli dość. On nie wydaje rozkazów, on jedynie sugeruje, ale tak naprawdę każdy podporządkowuje się jego sugestiom. Niby prawo, ale bezprawie praktykowane przez samego czcigodnego doradcę. Na swój pokręcony sposób motyw ten pokazuje jak łatwo można sterować ludźmi, jeżeli tylko przedstawi im się sprawy w określony sposób i przy wykorzystaniu odpowiednich środków, na przykład jakiegoś uzależniającego trunku. Niczym mała sekta, z której ciężko jest się wyrwać. Zaskakujące jest jak bardzo logiczne myślenie przestaje mieć tutaj wówczas sens.
    Oczywiście, spora część akcji jest tutaj mocno naciągana. Rozwiązania jakie wpadają do głowy młodym Baudelaire'om są raczej ciężkie do zrozumienia, ale to w końcu są sierotki, z której każdy ma swoje własne talenty. Zaskakujący jest tutaj również nieoczekiwany zwrot dotyczący hrabiego Olafa. Nagle stał się zupełnie innym człowiekiem w ludzkich oczach i przestał ziać groza, tak jak dotychczas- a przynajmniej przestał sprawiać takie wrażenie. Tym bardziej zaskakuje koniec jego opowieści. Choć zaskakujący sposób, to jednak bardziej przewidywalnego sposobu nie można byłoby chyba wymyślić.
     „Koniec końców” daje nam niemalże wszystko to, czego pragnęlibyśmy po finale takiej opowieści. Co prawda, sama końcówka lekko rozczarowuje, a także samo miejsce akcji, ale ogólnie zamysł jest zrozumiały i ciekawie jest dochodzić do prawdy wraz z sierotkami Baudelaire. Szkoda tylko, że nie zamyka się tak wiele wątków... Natomiast niefortunne zdarzenia, które spotykały je przez trzynaście tomów w końcu znajdują swoje zakończenie i kumulują się w ostatnich chwilach lektury. Więcej już wrażeń nie można byłoby sobie wyobrazić więc cud niesamowity, że sierotki to wszystko przetrwały! Z pewnością ktoś nad nimi czuwał, być może rodzice, a być może sam Lemony Snicket!

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The End / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 978-83-237-1862-8 / Ilość stron: 352 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2006 (Świat), 2007 (Polska)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Książka #455: Przedostatnia pułapka, aut. Lemony Snicket


     To już niemalże finał, to już prawie koniec. Każdy liczy na to, że rodzeństwo Baudelaire w końcu odnajdzie swoje szczęśliwe zakończenie, choć oczywiście Lemony Snicket jest innego zdania wciąż ostrzegając nas przed parciem na przód w lekturze. „Przedostatnia pułapka” to jednakże tom bardzo niezwykły, bowiem chyba najciekawszy ze wszystkich dotychczasowych. Po nijakich przygodach, w końcu mamy zjednoczenie!
     Kit Snicket zabiera rodzeństwo Baudelaire do ostatniego bezpiecznego miejsca WZS- Hotelu Ostateczność. Jednakże, aby nie wpaść w ręce wroga muszą działać pod przykrywką boyów hotelowych, uważać na bliźniaczych właścicieli, z których jeden jest sojusznikiem, a drugi wrogiem, no i wykonywać wszystkie powierzone im zadania- nawet gdyby bardzo tego nie chcieli. Ku ich zaskoczeniu zadanie może być o wiele bardziej skomplikowane i trudne do zrealizowania niż mogłoby im się wydawać, a wszystko przez to, że do Hotelu Ostateczność zjechali chyba wszyscy wrogowie, a także sojusznicy, z którymi mieli styczność od początku wiadomości o śmierci ich rodziców.
     Pierwsze stronice kolejnego, dwunastego już tomu, w ogóle nie zwiastują tego co ma nastąpić. Gdyby człowiek nie wiedział, że seria składa się z trzynastu części, to pomyślałby, że dalszy rozwój wydarzeń jest idealną podwaliną dla finału i zamknięcia. Wszystko przez ten genialny zjazd wszystkich białych, szarych i czarnych charakterów, którzy przybywają do Hotelu Ostateczność. Ponownie spotkamy się z tymi, o których już dawno zapomnieliśmy, a także z takimi osobnikami o których pamięć jest wciąż żywa. Wraz z nimi powracają zarówno pogodne, jak i osnute deszczowymi chmurami wspomnienia, więc kalejdoskop wrażeń gwarantowany. Na każdym piętrze hotelu inna twarz i nigdy do końca nie wiadomo kto jest przychylny, a kto nie. W szczególności, że problemy zaczynają się już na etapie kierownika budynku, a w zasadzie kierowników. Młode rodzeństwo musi usługiwać, nie może zdradzać prawdziwej tożsamości, a realizacja ich zadań podczas pobytu w hotelu zaprezentowana zostaje w bardzo ciekawy sposób, dający możliwość dowolnego wyboru, w którą z historii zaczytać się najpierw. Czy jest to fajne? Jak najbardziej, w szczególności, że dodaje wrażeń. Co chwilę coś się dzieje i o dziwo nie ma miejsca na nudę. Nasi mali bohaterowie często stawiani byli przed różnymi dylematami, ale to, co ma miejsce tym razem, przechodzi już wszelkie pojęcie. Wiadomo bowiem, że powroty demonów przeszłości pociągać za sobą będą różne konsekwencje, dopada ich więc też i ręka sprawiedliwości. Zaskakujące jest tutaj też i to, jak łatwo dochodzi do obrotu spraw, bez względu na to, czy na korzyść bohaterów, czy przeciwko nim. Jedno wydarzenie napędza drugie i zanim się spostrzeżemy dochodzimy do ostatniej strony, a tam następuje chyba jedno z największych zaskoczeń całej serii!
     Bohaterowie poznają kolejne szczegóły ze swojego życia. Wiedzą już mniej więcej czym jest Hotel Ostateczność, czym jest WZS i o co tutaj w ogóle chodzi. Względnie wszystko trzyma się spójnie, choć wciąż pozostają pytania bez odpowiedzi. A uzyskane odpowiedzi nie mogą być bardziej irytujące. Choć, to co najbardziej dobija w tym tomie, to chyba ciągłe oskarżenia, naręcza dowodów i tego typu rzeczy, od których powtarzania się z łatwością rozboli nas głowa. Szaleństwo również nam grozi. Jednakże pomimo tego, lektura wciąż pozostaje lekka, wciąż szybko się ją czyta i z łatwością można się w nią wciągnąć. Znowu odrobinę moralizuje, ponownie stawiając przed Baudelaire'ami pytania odnośnie czystości ich zamiarów.
     „Przedostatnia pułapka” jest chyba najbardziej wielobarwnym z tomów, wszystko przez to, że oferuje szerokie spektrum wydarzeń i bohaterów, z którymi stykaliśmy się już wcześniej. Powieść coraz częściej stawia przed czytelnikiem pytanie, czy złe uczynki w dobrej wierze czynią nas winnymi zbrodni, czy też i nie. Pomimo swojej infantylności stara się być coraz dojrzalsza, bowiem mija już pewien czas od kiedy poznaliśmy rodzeństwo. Z pewnością jednak stanowi dobrą rozrywkę i wciąż potrafi wciągnąć, a to jest w niej chyba najważniejsze.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Penultimate Peril / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2195-5 / Ilość stron: 366 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2005 (Świat), 2006 (Polska)

czwartek, 20 lipca 2017

Książka #454: Groźna grota, aut. Lemony Snicket

 
    Powolnymi krokami zbliżamy się do rozwiązania największej zagadki literatury dziecięcej! Już wkrótce, Lemony Snicket, zakończy swoją misję opowiedzenia całemu światu historię sierotek Baudelaire, a tym samym dotrzemy do finału niefortunnych zdarzeń. „Groźna grota” to kolejny tom z serii, który stanowi spójną całość z poprzednimi, a przy tym pozostaje na poziomie dotychczasowego zagrożenia.
     Kiedy rodzeństwo Baudelaire rozdzielone zostało w nurtach rzeki od brata trojaczków Bagiennych, cudem udało im się uciec przed Hrabią Olafem trafiając na pokład „Queequegu”, łodzi podwodnej dowodzonej przez Kapitana Widdershinsie. Razem z jego załogą przemierzają odmęty głębokiej wody, w jednym celu- odnalezienia cukiernicy i wyruszenia na spotkanie z innymi członkami WZS. Liczne wskazówki kierują ich do jednego miejsca, tajemniczej Gorgonicznej Groty.
     Tym razem rodzeństwo Baudelaire zabiera nas na głębinowe wyprawy. Wydaje się być to naturalną koleją rzeczy, skoro zaliczyliśmy już górskie wspinaczki, odwiedziny w Wesołym Miasteczku i inne charakterystyczne rejony w jakie można byłoby się wybrać podczas wycieczki. Tak trochę jest z „Serią niefortunnych zdarzeń”, ma to wygląd takiej swoistej wyprawy w trakcie, której udowadnia się nam, że w każdym miejscu może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i potencjalnie groźnego, w szczególności kiedy ściga nas taki łotr jak Hrabia Olaf. Ten tom przypomina trochę wyprawę z Juliuszem Varne'm, choć nie na tak majestatycznym poziomie. Autor przyjmujący pseudonim Lemony'ego Snicketa znowu nie szczędzi dziwaczności i najrozmaitszych sytuacji mrożących krew w żyłach. Po raz kolejny rozpoczyna się statyczna akcja, pełna rozwiązywania problemów, szukania tropów, aby za chwilę przemienić się w coś naprawdę dynamicznego. Dynamika niczym z historii o poszukiwaczach skarbów, którzy ostatecznie muszą natrafić na jakiś faktyczny problem zagrażający ich życiu i tak jak do tej pory obawialiśmy się Hrabiego Olafa, tak na drodze stają nam znacznie straszliwsze niebezpieczeństwa. Doprowadza to do sytuacji, która spina czytelnika niemożliwie, chociaż każdy racjonalnie myślący człowiek nie przejmie się taką koleją rzeczy wiedząc, że to przecież nie może się tak skończyć. A może właśnie to byłoby ciekawym ciosem dla książki? Może właśnie tego ta seria potrzebuje, takiego nieoczywistego zakończenia? Wydawałoby się, że bohaterowie unikną spotkania z Olafem, choć ciężko stwierdzić skąd taka nadzieja skoro każda z książek musi się ewentualnie skończyć jego pojawieniem się. Zaskakuje jednak coś innego, coś czego do tej pory nie było. Nadzieja!
     Nic bardziej nie denerwuje w książkach dla dzieci niżeli powtórzenia. Niestety, Snicket wystawia ludzką cierpliwość na poważną próbę. Po raz kolejny! Już dawno temu zdążyliśmy się przyzwyczaić do niebanalnego słownictwa zawartego w każdej z serii powieści. Już dawno przestaliśmy się przejmować infantylnością tych książek. Nie mniej, to co się tutaj wyprawia przechodzi wszelkie pojęcie. Oczywiście, można to wszystko zwalić na kwestię charakterystyczności tomu, którego fabuła kręci się wokół podmorski wojaży, ale naprawdę... nadużywanie wyrażenia „Aj-aj” już bardziej irytujące być nie może. Z pewnością pojawia się w tekście więcej niż 100 razy. Za każdym razem, gdy ktoś z załogi łodzi podwodnej się odzywa to niemalże co słowo, tudzież, co zdanie używa tego zwrotu. Głowa od tego boli. Tak samo jak od powtarzania tej dziwacznej mantry „Kto się waha- ten zgubiony”... „Albo ta”! Litości.
    Spotkanie z „Groźną grotą” ma bardzo wiele odcieni. Z jednej strony budzi grozę, intryguje, wywołuje żałość wobec rodzeństwa Baudelaire, zaś z drugiej szarpie ludzkie nerwy. Ciekawe jest to, że fabuła jedenastego tomu jest konsekwencją tomu poprzedniego, ale stanowi też wprowadzenie do kolejnego. I to nie tylko poprzez listy zostawiane przez Snicketa dla wydawcy. Historia rodzeństwa wzbudza coraz więcej emocji i gdy jedna zagadka zostaje rozwiązana zaczynają pojawiać się kolejne wątpliwości. Poza tym lektura tej książki grozi tym, że młody czytelnik, urzeczony morskimi podróżami i tak częstym powtarzaniem jednego zwrotu, zacznie co drugie wyrażenie używać kapitańskich słów „Aj-aj”! Oj, biada nam...

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Grim Grotto / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-8854-5 / Ilość stron: 352 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2004 (Świat), 2005 (Polska)

niedziela, 16 lipca 2017

Książka #453: Zjezdne zbocze, aut. Lemony Snicket

     Każdy kolejny tom tej, coraz bardziej niezwykłej, „Serii niefortunnych zdarzeń” przybliża nas do odkrycia sekretu, który frapuje nas już od pierwszego tomu. Szczęśliwie, mamy oto część 10 o tytule „Zjezdne zbocze”, w której to śledztwo Lemony'ego Snicketa daje coraz więcej odpowiedzi, odsłaniając kolejne zaskakujące karty.
     Słoneczko zostało schwytane przez Hrabiego Olafa, który podąża teraz śladem głównej kwatery WZS, podczas gdy Wioletka i Klaus Baudelaire robią wszystko, aby ujść z życiem w rozpędzonym barakowozie. Rozdzielone rodzeństwo nie marzy o niczym innym jak znów znaleźć się w swoich ramionach. Zanim to jednak nastąpi przebyć muszą wiele kilometrów pokrytych śniegiem i lodem, a pomoc znajdują u człowieka, który od dłuższego czasu uznawany był za jedną z ofiar straszliwego pożaru.
     I takim oto sposobem dochodzimy do kolejnego miejsca, w którym Seria zdarzeń niefortunnych wybija się całkowicie od schematu wytyczonego przez pierwsze części. Nie ma tutaj żadnych opiekunów, bowiem od pewnego czasu, od czasu szpitala, młodzi Baudelaire zdani są jedynie na siebie samych. Nie mogą liczyć już w żaden sposób na pomoc pana Poe, a jedynie przypadkowych ludzi, na których trafiają podczas swoich poszukiwań. Co jest teraz na tapecie? Aktualnie wciąż szukamy Akt Snicketa, które ponoć zawierają wystarczające dowody przeciwko Hrabiemu Olafowi, a dodatkowo mogą dać odpowiedź na temat domniemanego ocalałego z pożaru domu rodziny Baudelaire. Tyle sekretów, tyle pytań i tak niewiele odpowiedzi. Okazuje się jednak, że chociaż jedna wątpliwość została rozwiana. Szkoda tylko, że dotyczy to zupełnie innej rodziny o wielkim majątku. Nie mniej, taki obrót w wydarzeniach... tego chyba nikt się nie spodziewał. Dzięki temu powieść zyskuje zupełnie inny wymiar, odkrywa przed nami naprawdę niezgłębione wcześniej płaszczyzny, więc i daje chwilę na zastanowienie. Skończyły się bajki na zasadzie „sierotki poszły do opiekuna, gdzie odnalazł je Olaf, ale na szczęście udało im się ujść cało”. Teraz akcja nabiera tempa, jest tutaj więcej dramatyzmu, ale także chwil grozy. Dzieciaki nie są już bezpieczne, w końcu są jedynie dziećmi, a okazuje się, że same walczyć muszą z kryminalistami, którzy mają wielkie ambicje, a także środki, aby osiągnąć własne cele.
     Oczywiście, nie ma szans na to, aby książki nie przestały trącić banalnością i dziecinnością. W końcu, są to lektury przeznaczone stricte dla dzieci. Zdarzają się więc liczne wpadki i rzeczy, które nadal będą frustrować, bo serio... kiedy Słoneczko zacznie się poprawnie wysławiać?! Choć z drugiej strony, ma to swój urok i stanowi pewną cechę charakterystyczną tejże powieści, więc jak dla mnie mogłoby pozostać takim berbeciem do samego końca. Zaskakująca przemiana odbywa się u sierotek. Nie są już całkowicie bezbronnymi osobnikami, którymi trzeba pomagać na każdym kroku. Stały się bardziej odpowiedzialne, bardziej inteligentne, choć też niestety... bardziej nikczemne. Pomysły, na które wpadają momentami wzbudzają kontrowersje, pomimo tego, że cel wydaje się być szczytny. Dorośleją jednak w zastraszającym tempie, nabierają hardu ducha i odwagi! Czego nie można powiedzieć o Hrabim Olafie, którego w „Zjezdnym zboczu” jest zdecydowanie więcej. Czytelnik ma wrażenie, że jego osoba jest niezwykle ogłupiająca. Niby taki bandzior, a jednak zakrawa na osobnika o dziecięcym umyśle. To już więcej grozy wprowadzają jego pomocnicy, którzy nie dość, że wyglądają nieszablonowo, to jeszcze swoimi zachowaniami sieją postrach.
     „Zjezdne zbocze” to kolejna, bardzo udana część serii niefortunnych zdarzeń, która przytrafia się sierotom Baudelaire. Odkrywa zupełnie nowe tereny naszego osobistego zaskoczenia. Być może nie zachwyca, ale ciągłość jaką tworzy fabuła od czasu szpitala jest wprost zdumiewająca i o wiele lepiej sprawdza się niż schematyczność pierwszych tomów. Dzięki 10 tomowi wszystko zaczyna składać się w logiczną całość. Wszystkie te szyfry, sekrety, nawet i odkrycie skrótu WZS, nad którymi bohaterowie głowią się od bodajże 6go tomu, wszystko zaczyna mieć większy sens. A jak jeszcze dodamy do tego odrobinę dramatyzmu i grozy, a w dodatku połączymy to z niezwykłymi zwrotami wydarzeń to cóż... mamy prawie idealną propozycję dla młodych czytelników, która nie zanudzi też tych starszych.

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Slippery Slope / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2099-1 / Ilość stron: 360 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2003 (Świat), 2004 (Polska)

sobota, 8 lipca 2017

Książka #451: Krwiożerczy karnawał, aut. Lemony Snicket

  
   Dziewiąty. Dziewiąty tom z cyklu „Serii niefortunnych zdarzeń”. Co to oznacza? Jesteśmy coraz bliżej zakończenia trzynastoczęściowej historii, którą spisał sam Lemony Snicket- badający sprawę sierotek Baudelaire, a wszystko zilustrował jego kompan Brett Helquist. Wraz z „Krwiożerczym karnawałem” odkrywają się kolejne sekrety, najpilniej strzeżone z tajemnic, które rzucają nowe światło na wszystkie wydarzenia i sugerują już na tym etapie względny happy end całej opowieści.
     Rodzeństwo Baudelaire rozpoczęło swoją kolejna przygodę w bagażniku nikczemników, którzy czyhają na ich fortunę. To była jedyna możliwość poznania prawdy i uprzedzenia kolejnego kroku Hrabiego Olafa. Wraz z nimi trafiają na całkowite pustkowie, na którym znajduje się tylko jedno- Gabinet Osobliwości Madame Lulu, znanej i skutecznej wróżbitki. Olaf nie po raz pierwszy przybywa tam po wskazówki, gdzie może odnaleźć sierotki Baudelaire. Tym razem jednak dzieciaczki również oczekują pomocy od kobiety, dlatego też przywdziewają komiczne szaty znalezione w bagażniku trupy Olafa i udają dziwadła, aby móc uzyskać odpowiedzi na swoje własne pytania.
     Oj, no to się porobiło. Sierotki Baudelaire całkowicie upadły na swoje młodzieńcze główki. Samoistnie pakować się w ręce swoich prześladowców? Cóż... dość skrajne posunięcie! Nawet jeżeli są bardzo inteligentne jak na swój wiek i mają w zanadrzu wiele pomysłów. Jednakże jednego czego nauczyliśmy się o tej trójce przez te wszystkie epizody, których doświadczali to oczywiście- mają potwornego pecha i trzymają się ich dziwaczne przypadki, ale czy z drugiej strony to wszystko nie jest aż nadto naciągane, aby zawsze udawało im się wyjść z opresji? Mocno naginana jest tutaj ta rzeczywistość, co może i nie dziwi z racji charakteru powieści, ale z drugiej strony odbiera jej trochę logiki. O dziwo, w „Krwiożerczym karnawale” nie jest już tak kolorowo. Prawo Murphy'ego się tutaj sprawdza- jak ma się coś stać, to się to dzieje. Dziwaczne, że Lemony Snicket nie był w stanie pokrzyżować planów Olafa. Zaskakuje, że wszystko jest wciąż mroczne i mrocznym pozostaje. Zaskakuje, że nie brak w tej historii rozlewu krwi, choć oczywiście trochę to ułagodzone, bo przecież jest to książka dla dzieci! Nie mniej, bez problemu utrzymuje klimat poprzednich części, a nawet jest odrobinę lepsza.
     Fajnie, że akcja toczy się w takim miejscu jak Gabinet Osobliwości. Teraz, starszym widzom przypomina to popularny serial „American Horror Story”, gdzie czwarty sezon oscylował wokół podobnych dziwadeł. Aczkolwiek... dziwadła, które pojawiają się w dziewiątym tomie „Serii niefortunnych zdarzeń” ciężko nazwać do końca dziwadłami. Bowiem ani facet, który sprawnie posługuje się obiema rękami, ani mężczyzna z garbem- nie są aż tak bardzo dziwni. Jedynie wyginająca się we wszystkie strony kobieta może być odrobinę za bardzo jak kobieta guma, ale zdecydowanie więcej dziwnych dziwności się widywało w kinie, czy w literaturze. Ciekawie prezentuje się za to afirmacja ich potrzeby akceptacji przez otoczenie. Oczywiście, przedstawione jest to w dość infantylny sposób, choć te ich przekomarzanki któż to jest większym dziwakiem są dość zabawne.
     Hrabia Olaf wciąż jest tutaj naczelnym antagonistą- to już się powoli staje nudne, ale akurat w tym tomie zszedł bardziej na boczną stronę. Nie tworzy nikczemnych spisków, bowiem to Baudelaire'owie postanowili pobawić się w przebieranki- a tak dla odmiany. W końcu... z kim przystajesz, takim się stajesz. Wszelkie knowania nie skupiają się już tylko na naszych sierotkach, bowiem działają w ukryciu, ale i tak działania ekipy Olafa wzbudzają wiele emocji i nie należą do najbardziej łagodnych w dziejach. Przedstawienie musi trwać dalej, a lwy nie mogą pozostać wiecznie głodne.
     Historia sierotek Baudelaire nabiera tempa. „Krwiożerczy karnawał” jest naprawdę pełen krwi i brutalności, choć przedstawionej w lekko ułagodzony sposób, aby dzieciaczki nie miały koszmarów po nocach. Kolejne sekrety wychodzą na światło dzienne, a nadzieje, które się pojawiają niekoniecznie muszą okazać się być płonnymi. Świetny klimat karnawału i Gabinetu Osobliwości oraz bardzo przenikliwy morał o ludzkiej dziwaczności. Bardzo fajnie skomponowane tempo akcji, wyrobione już poczucie humoru, choć nie pozbawione infantylności. W dodatku tom pozostawia czytelnika w osłupieniu, taki cliffhanger nigdy nie jest wskazany! Zaskakujący i bardzo mroczny. Oby kolejne tomy były równie dobre!

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Carnivorous Carnival / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-2071-1 / Ilość stron: 314 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2002 (Świat), 2004 (Polska)

wtorek, 4 lipca 2017

Książka #450: Szkodliwy szpital, aut. Lemony Snicket


     Jesteśmy już za półmetkiem wraz z ósmym tomem przerażających przygód sierotek Baudelaire. „Seria niefortunnych zdarzeń” Lemony'ego Snicketa, ilustrowana przez Bretta Helquista, jest jednym z najulubieńszych cyklów dziecięcych, o którym wspomina dzisiejsza starsza młodzież i dorośli. Nawet ja sama doceniam wytrwałość twórców i zamysł koncepcyjny, a także „Szkodliwy szpital”, który jest odrobinę odmienny od dotychczasowych książek.
     Wioletka, Klaus i Słoneczko Baudelaire poszukiwani są po domniemanym zabójstwie Hrabiego Olafa, które odbyło się w wrednej wiosce. W przeciwieństwie do samego Hrabiego, który oczywiście upozorował swoją śmierć i teraz może bez obaw prześladować sierotki. Nie ustając w wysiłkach zagarnięcia majątku Baudelaire'ów raz jeszcze angażuje swoją starą ekipę i przy pomocy swojej narzeczonej Szpetnej Esmeraldzie posuwa się o krok dalej. Podczas, gdy dzieci wciąż próbują rozwikłać zagadkę WZS pozostawioną im przez trojaczki Bagienne, Olaf robi wszystko, aby zatrzeć ślady swoich działań.
     Po mdłych tomach, które w zamyśle mają być przerażające, ale człowiek już zdążył się do takich makabr przygotować, w końcu pojawia się coś naprawdę traumatycznego. Sytuacje bez wyjścia, sytuacje pełne nieustającej grozy, chwile zwątpienia, utraty nadziei, przepełnione dymem i ogniem piekielnym. Szkoda tylko, że ogień nie dosięga tych co powinien, ale skoro to seria wydarzeń niefortunnych, to oczywistym jest, że póki co nie mogą się takowe kończyć happy endem. „Szkodliwy szpital”, jak sama nazwa wskazuje, przenosi nas w szpitalne zakątki, gdzie młode rodzeństwo trafia idąc tropem, na który udało im się natrafić w wiosce. W końcu mają okazję rozwikłać zagadkę śmierci rodziców, ale przede wszystkim znaleźć dowody na Hrabiego Olafa. Niestety, muszą poruszać się niczym zakamuflowane ninja, bo przecież wszędzie o nich głośno. Choć najwyraźniej jest to wyrażenie nad wyrost, bo są miejsca, do których nie dochodzą nowinki ze świata. Młodzi bohaterowie muszą więc stać się sprytniejsi od wszystkich i bardziej nikczemni niż sam nikczemny Olaf, aby przetrwać i poznać prawdę. Nie jest to zadanie tak proste, bowiem naczelny czarny charakter ma całą rzeszę pomocników, którzy również występują pod przebraniami, więc ciężko jest ich rozpoznać. Tak samo zresztą, jak samego Olafa, teraz występującego pod imieniem Matateusz. Teoretycznie nie musiałby się już tak skradać skoro sam upozorował własną śmierć, ale... najwyraźniej ma to we krwi.
     Lektura staje się o tyle ciekawsza, że sierotki zaczynają znajdować się w naprawdę poważnym niebezpieczeństwie. Tak bardzo poważnym, że aż ciężko jest o tym wspominać. To już nie tylko zaciąganie przed ołtarze, czy wyprawa przez jeziorka, a i uwaga nie zostaje również odwrócona przez trojaczki Bagienne, skoro Baudelaire'om udało się ich uratować w wiosce. Cała uwaga złoczyńców Olafa skupia się właśnie na naszych sierotkach, a co za tym idzie, zostaną uderzeni ze zwielokrotnioną siłą. I choć momentami jest nadzieja, to za chwilę następuje niefortunny zwrot wydarzeń, po którym znowu trafiamy do punktu wyjścia. Ciekawe jest jednak to, że nie jest już aż tak bardzo schematyczne. Owszem, wciąż pozostaje lekko infantylne, ale nie ma co oczekiwać zmiany po serii skierowanej dla dzieci. To więc pomijamy szerokim łukiem i staramy się ignorować dla lepszego wczucia się w fabułę. A ta wychodzi poza ramy i stresuje bardziej niż dotychczas.
     „Szkodliwy szpital” to kolejny schodek pełen emocji i przerażenia, kolejny szczebelek prowadzący nas w górę po drabinie nieszczęśliwości, jakie spotykają ulubione literackie rodzeństwo. Nie ma tu co prawda wielkich zagadek, ale zagęszcza się tajemnica, a ciężko jest doczekać się jej rozwiązania w spokoju. Jest jeszcze bardziej mrocznie i klimatycznie, choć to może być zasługa szpitalnych ścian, za którymi chyba nikt nie przepada. Olaf jak zawsze złowieszczy i jeszcze bardziej denerwujący, więc zasadniczo wszystko jest na swoim miejscu. Już z niecierpliwością wyczekuję rozwikłania sekretu rodziny Baudelaire.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Hostile Hospital / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-1758-3 / Ilość stron: 264 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2001 (Świat), 2003 (Polska)

piątek, 30 czerwca 2017

Książka #449: Wredna wioska, aut. Lemony Snicket

 
    Okazuje się, że powracanie do kolejnych tytułów autorstwa Lemony'ego Snicketa i to w tak krótkim czasie jest bardzo męczące. „Wredna wioska” to już siódmy z kolei tom i choć tytuł jego brzmi złowieszczo, to poprzez przesycenie niefortunnymi zdarzeniami w życiu rodzeństwa Baudelaire, ciężko jest odnajdywać prawdziwą przyjemność z lektury. To dokładnie taka sama zbrodnia, jak zrobienie sobie maratonu z filmami o Jasonie Voorheesie, które są równie schematyczne i banalne.
     Sierotki Baudelaire niestety nie były w stanie uratować swoich przyjaciół z rąk hrabiego Olafa, który znowu gdzieś czmychnął w nieznane. Teraz trójka dzieciaczków sama wybierze sobie miejsce, do którego się uda, a jako, że w ofercie aż bije po oczach sekretny skrót WZS, który ma zdradzać najgorsze plany Olafa, to właśnie tam postanawiają się wybrać. Niestety, na miejscu okazuje się, że ich wybór był niemalże całkowicie chybiony, ale też i nie do końca, bo i tam znowuż dopada ich niebezpieczeństwo. I to niekoniecznie związane z czarnymi krukami wiszącymi nad miasteczkiem, czy mieszkańcami całkowicie oddanym zasadom panującym w tym miejscu.
     Książka dla dzieci, a jednak serwować może naprawdę sporą dawkę grozy. Nie trudno odnieść wrażenie, że każdy kolejny tom od Lemony'ego Snicketa jest coraz bardziej przesiąknięty makabrą. Nikt się temu nie dziwi, bo chyba o to chodzi w całej tej serii, w końcu to „Seria niefortunnych zdarzeń”, więc nie może być radośnie i kolorowo, a przynajmniej nie na półmetku opowieści. Dzieciaki trafiają do bardzo dziwnego miejsca, w którym nie mają tylko jednego opiekuna. Tak naprawdę, opiekować ma się nimi cała wioska. Podział władzy i zadań tutaj nie istnieje! Nie ma podziału ról- ty zmieniasz pieluchy, ty dostarczasz materiały na wynalazki, a ty książki dla pogłębiania wiedzy. Wioska jest dość specyficzna, bo jej funkcjonowanie reguluje szereg praw, których złamanie kończy się w makabryczny sposób, o czym możemy przekonać się podczas lektury. W dodatku, momentami bywają szalenie nielogiczne, więc niekiedy ciężko wyplątać się z tarapatów. Jednakże nie to doskwiera młodym Baudelaire'om. W ich pamięci wciąż kręcą się trojaczki Bagienne, a w zasadzie to targają nimi wyrzuty sumienia. Wtem przychodzi błysk nadziei, co jest kolejną bardzo naciąganą sytuacją, zupełnie jak akcja z apartamentów Szpetnych w „Windzie widmo”. Bowiem dziwacznym zbiegiem okoliczności ścieżki znowu się krzyżują, choć oczywiście może to być spowodowane tym, że Hrabia Olaf- po prostu, znowu odnalazł nasze sierotki, a że najwyraźniej jest rozumny inaczej i wszędzie targa ze sobą Bagiennych... no cóż.
     Ponownie pojawia się zagadkowy klimat opowieści, tak dobrze znany z „Ogromnego okna”, kiedy to Klaus miał rozszyfrować zagadkowy, pełen błędów list pożegnalny od ciotki Józefiny. Tym razem dostają kuplety od porwanej Izadory i znowu przybywa zagadka do rozwikłania! Aż czytelnik sam ma ochotę poklepać się po ramieniu, kiedy szybciej wpada na rozwiązanie niżeli bohaterowie. Wynika to chyba po prostu z prostszego przekładu na jednej kartce papieru książkowego, niżeli pociętych wstążeczek. Nie ma jednak co umniejszać swojej wartości i pomniejszać talentu detektywistycznego, no ale w końcu.. Baudelaire'owie to tylko dzieci. Fajnie się tutaj sprawuje stanowczość osądów, a przede wszystkim ten jeden tak bardzo znaczący dla dalszej fabuły. Wydarzenia przybierają nieoczekiwany obrót- tego nawet ja nie przewidziałam, a wszystko to zaskakuje, z lekka szokuje i mocno denerwuje.
      Trzeba przyznać, że z tomu na tom seria ta robi się coraz bardziej mroczna, ryzykowna i chętniej się po nią sięga. W końcu nie jest to coś, co zobaczyć można było w filmie, więc nie wiadomo czego do końca się spodziewać. W dodatku „Wredna wioska” otwiera nową stronę makabry, bo wiadomo, że czarne kruki nie wróża niczego dobrego, a są niemal tak samo mroczne jak czarne nietoperki. Z pewnością lektura szokuje rozwojem wydarzeń i choć cieszyć się można, że jeden z etapów został zamknięty i skończył się happy endem, to ciężko jest nie kryć smutku na wieść, że dobro nie zawsze musi zwyciężać nad złem.

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Vile Village / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-1757-5 / Ilość stron: 280 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2001 (Świat), 2006 (Polska)

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Książka #448: Winda widmo, aut. Lemony Snicket

   
  Szósta księga oferująca kolejne niefortunne przygody młodego rodzeństwa, sierotek w dodatku. Lemony Snicket wraz z Brettem Helquistem nie spoczywają na laurach i wprowadzają dzieci w coraz mroczniejszy świat Baudelairów. „Winda widmo”, póki co, staje się najdłuższym wydaniem z całej serii potyczek Wioletki, Klausa i Słoneczka z okropnym Hrabią Olafem.
     Po przerażających wydarzeniach w szkole z internatem, kiedy to małe sierotki straciły swoich przyjaciół Bagiennych porwanych przez Olafa, młodzi postanawiają odnaleźć prześladowcę i ich uwolnić. Jednakże trafiają do kolejnych swoich opiekunów, zamieszkujących niezwykle wysoki budynek w rodzinnym mieście rodzeństwa Baudelaire, bardzo modnych przyjaciół swoich rodziców. Budynek jest to dość niezwykły, tak samo zresztą jak i nowi opiekunowie, bowiem pomimo tego, że ich apartament zlokalizowany jest na najwyższym piętrze najwyższego w mieście budynków, to winda ułatwiająca przemieszczanie się jest wyłączona ze względu na to, że wyszła z mody.
     „Akademia antypatii” była chyba pierwszą z części, która nie zakończyła się konkretną kropką. Tak jak wcześniej, nad rodzeństwem czyhało powielające się niebezpieczeństwo ze strony Olafa (i nie było to już nic zaskakującego), tak wydarzenia poprzedniego tomu dołożyły dodatkowy element, na który przyszło wyczekiwać czytelnikom. Czy rodzeństwu w końcu uda się uniknąć pułapek Olafa? Czy uda im się odnaleźć trojaczki Bagiennych? Cóż... otoczenie, w których przyszło żyć rodzeństwu Baudelaire wydawałoby się być pewnym zabezpieczeniem co do pierwszego znaku zapytania. W końcu... komu chciałoby się wchodzić na najwyższe piętro, tylko po to, aby wcielić jakiś niecny plan w życie. No cóż, najwyraźniej wizja przejęcia wielkiego majątku działa bardzo motywująco i o dziwo, nasz główny prześladowca pojawia się już na bardzo wczesnym etapie lektury. Czy to znak, czy pewna forma zmiany schematu? Ciężko stwierdzić, ale zaskakujący jest tutaj z pewnością cel pojawienia się Olafa. Oczywiście, całość jest całkowicie nielogiczna, w zasadzie... zastanawiające jest, dlaczego akurat to miejsce zostało przez niego wybrane skoro jego motywy uległy drobnej zmianie. Może Snicket po prostu nie chciał rozdzielać tych dwóch stron walczących ze sobą już od 6 tomów. Zaskakujące jest na pewno powiązanie, które się tutaj uwydatnia, aczkolwiek trzeba przyznać, że już na etapie odkrycia przez sierotki windy widmo odpowiedź zaczyna być coraz bardziej oczywista, więc nie ma już zbytniego zaskoczenia, kiedy rysunek z okładki staje się rzeczywistością.
     Dla wielu interesująca będzie abstrakcyjność całej opowieści. Chodzi głównie o jej niezwykle modny charakter. Nie jeździmy windą- bo nie jest modna, chodzimy wszyscy w prążkowanych garniturach- bo to właśnie one są modne, zaadoptujmy sierotki- bo to ostatni krzyk mody! Na pewnym poziomie bardzo zabawne wydaje się być wprowadzenie takiej pobocznej historii. Oczywiście, hyzia na punkcie bycia modnym ma Esmeralda, czyli nowa opiekunka dzieciaczków. Serio... lemoniada pietruszkowa? Już sama nazwa jest odpychająca. Ciekawe jest zbudowanie otoczenia na całej tej modnej manii. W końcu... nawet na rozmowach z przedstawicielami innych krajów jest to temat numer jeden, a i dla miłośników modnego życia organizuje się Aukcję Rzeczy Modnych. To nic, że totalna tandeta, ale ważne, że MODNE! Moda to tutaj temat najważniejszy, chyba nawet ważniejszy od prześladowania sierotek Baudelaire, ale trzeba przyznać, że na pewnym etapie zaczyna być to bardzo frustrujące.
     Nie wiem, jakim trzeba być geniuszem na opak, aby dopiero przy szóstym tomie książki zauważyć pewną nietypowość tytułów. „Winda widmo”, tak jak przy wcześniejszych tytułach oferuje powtórzenie inicjałów. Zarówno w tytułach oryginalnych, jak i polskich. Nic dziwnego, że momentami wyglądają dziwnie, choć jednocześnie idealnie oddają charakter tomu. Sama książka nie jest niczym przełomowym. Oczywiście, jest dłuższa, jest mroczna i przede wszystkim... jest baaardzo modna! To kusi, to zachęca i z pewnością intryguje. Lekko zachwiany zostaje standardowy schemat, no i oczywiście wciąż pozostajemy bez jednoznacznych odpowiedzi. Budowanie napięcia, humor i abstrakcja w jednym. Czegoż chcieć więcej? No nie wiem... może jakiegoś większego odchylenia?

Ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: The Ersatz Elevator / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-1704-4 / Ilość stron: 280 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2001 (Świat), 2003 (Polska)