NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC Comics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DC Comics. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 listopada 2017

1241. Wonder Woman, reż. Patty Jenkins

     Superbohaterski świat aż roi się od pięknych heroin. Przynajmniej na komiksowym papierze, gdyż w filmowym uniwersum wciąż jest ich zdecydowanie za mało, a u DC to już w ogóle. Dlatego też, gdy przy okazji filmu „Batman v. Superman” na horyzoncie pojawia się Wonder Woman, wszyscy od razu przerzucili się na fanowanie tej przepięknej bohaterce. Już wówczas wiedziano, że Amazonka imieniem Diana doczeka się osobnego filmu, a kiedy w końcu się pojawił... cały świat maniaków filmowych wstrzymał oddech.
Źródło: Galapagos Films
     Piękna, rajska wyspa Themiscyra od czasu stworzenia przez boga bogów Zeusa zamieszkiwana jest przez plemię Amazonek. Diana jest jedynym dzieckiem pośród nich, dzieckiem samej królowej Hippolity (Connie Nielsen), która pod czujnym okiem najlepszego dowódcy szkolona jest na najlepszą wojowniczkę na wyspie. Kiedy dorasta u brzegu wyspy pojawia się mężczyzna- kapitan Trevor (Chris Pine), którego ratuje z opresji. Gdy wraz za nim przybywa rzesza Niemców, Amazonka (Gal Gadot) dowiaduje się o toczącej się na całym świecie wielkiej wojnie. Uważając, że za wszystkim stoi bóg wojny imieniem Ares postanawia wyruszyć wraz z kapitanem na pole bitwy, aby odnaleźć winowajcę. Nie spodziewa się, że znajdzie tam o wiele więcej, a przy okazji stanie się legendą wzniecającą ogień w sercach.
     Wonder Woman jest dla DC tym samym, czym dla Marvela jest Kapitan Ameryka. Oba filmy to superbohaterskie kino rozrywające się w czasach wojennych. Kiedy sobie to uzmysłowiłam ogarnęło mnie lekkie przerażenie, gdyż ta kombinacja w ogóle mi nie podchodzi. Niestety, starcie dwóch całkiem odmiennych światów, czyli kina wojennego z naszpikowaną efektami przygodówką, to coś co totalnie się dla mnie gryzie i traci na autentyczności. Tym sposobem zamiast zabawiać, „Wonder Woman” stała się dla mnie rozrywką nijaką, wręcz nużącą- przynajmniej na pewnym etapie.
Źródło: Galapagos Films
Wspaniale jest obserwować kształtującą się legendę, która jednoczy serca i rozpala w nich chęć do walki. W trakcie tworzy się całkiem ciekawa fabuła, spokojnie mogącą uzupełniać, czy też nadawać inny sens prawdziwej historii. Obraz, jak to obraz wojenny, nie raz okazuje się być wstrząsający. Szokuje brutalnością, ale przynajmniej nie mydli oczu. I to byłoby fajne, gdyby nie to, że cały czas przed naszymi oczami widnieje przepiękna wyspa i chyba najlepiej rozegrana scena walk w tym filmie! 
Jednakże po całym tym całkowicie przyziemnym fragmencie nagle dostajemy po głowie czymś całkowicie metafizycznym. Oczywiście, można było oczekiwać takowego rozwoju sytuacji, takowego finału, ale... serio?! Zamknięcie, ostateczna rozgrywka, całkowicie odbiega od klimatu reszty filmu. Scena nakręcona tak słabym CGI, że aż oczy od tego bolały. Diana skakała niczym Lara Croft w swojej najlepszej rozgrywce na starych komputerach. Sama scena naładowana patosem, zbędnymi dialogami, które aż się prosiły, aby przywalić im samolotem prosto w twarz. Nie mniej, wszystkie urywki, w których to Wonder Woman biegnie, skacze, wywija lassem, krzyżuje przedramiona, czy po prostu powiewa swoją kusą spódniczką, to urywki, na które czekamy przez resztę czasu podczas seansu.
Źródło: Galapagos Films
     Nie ma jednak co narzekać, no dobra... starcie z bossem było do bani, ale sama Wonder Woman jest naprawdę niezwykłą postacią. Urzeka swoją nieporadnością, kiedy to próbuje ogarnąć prawa rządzące w rzeczywistym, pozawyspowym świecie. Przy tym wzbudza możliwie największą sympatię nie tylko innych bohaterów, ale również wśród widzów. Jest charyzmatyczna i niesamowicie odważna. Da się ją lubić i właśnie takich bohaterów nam potrzeba. Oczywiście, jest też bardzo głupiutka- z początku, co Gal Gadot dodatkowo podkreślała. Niekiedy jej mimika twarzy jest przekomiczna. Nie mniej, jest niesamowicie piękna i ludzie od castingu nie mogli lepiej wybrać. Jest wręcz stworzona do tej roli, choć trochę kaleczy ją aktorsko. Liczę jednak, że się rozwinie. Ciekawą postacią mógłby być też Chris Pine AKA Kapitan Trevor, gdyby nie to, że jest tak paskudnie przystojny, że aż nie da się na niego patrzeć. Kończy więc jako mocno przesadzona postać. Chciał być dobry, aż za bardzo.
Źródło: Galapagos Films
Jednakże największym zawodem jest kreacja David Thewlisa. Ciężko jest uwierzyć w to, jaka rola przypadła mu w udziale. Naprawdę. Totalny niewypał, jak dla mnie. Serio, do takiej roli wybrać kogoś takiego. Z wąsem. Z totalną mimozą na twarzy. Wiem, że udawało mu się odgrywać całkiem ciekawe akcje, ale... NIE! Totalnie nie ten klimat, totalnie nie ta dynamika i mimika. 
     Na „Wonder Woman” bardzo przyjemnie się patrzy. Poza tymi niektórymi wpadkami wizualnymi to ujęcia są bardzo piękne. Najpiękniejsza jest ta część kręcona na wyspie, a na lokalizacje wybrano włoskie wybrzeże Amalfi. Wszystko po to, aby oddać jej rajski charakter. Zadanie zrealizowane w pełni. Wojenny świat też jest nie najgorszy. Cudowny Londyn wraz ze swoją XX wieczną stylizacją, a także makabryczne pola bitewne, które zachwycają surowością, a śmierć dało się wyczuć na kilometr. Scenografie przepiękne, jest się czym pozachwycać. Całości dopełniają interesujące kompozycje Gregsona-Williamsa. Aczkolwiek nic nie przebija motywu przewodniego naszej bohaterki, który aż wbija w fotel i ma w sobie ten amazoński pazur. 
Źródło: Galapagos Films
     Superbohaterski, kobiecy film Patty Jenkins ma w sobie wszystko to, co powinno mieć kino akcji. „Wonder Woman” jest wybuchowa, zawadiacka, ale też okraszona humorem i emocjami. Zaskakujące, że w takim tytule pojawić może się wątek romantyczny. Jeszcze bardziej zaskakuje osadzenie historii w czasach wojennych. Seourowy klimat z pola bitwy mocno się gryzie z komputerową efektownością typową dla kina superbohaterskiego. To zdecydowanie nie moja bajka, a jednak przyjemnie spędza się czas przy tym filmie. A czas ten upływa w wyczekiwaniu na boga wojny, uroczych uśmiechów i kolejnych dynamicznych podskoków cudownej Wonder Woman. 

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Wonder Woman” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Wonder Woman / Reżyseria: Patty Jenkins / Scenariusz: Allan Heinberg / Zdjęcia: Matthew Jensen / Muzyka: Rupert Gregson-Williams / Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, David Thewlis, Connie Nielsen, Robin Wright, Said Taghmaoui, Ewen Bremner, Lucy Davis, Elana Anaya / Kraj: USA, Wielka Brytania, Włochy, Chiny, Hongkong, Kanada, Nowa Zelandia / Gatunek: Akcja, Fantasy, Sci-Fi
Premiera kinowa: 15 maja 2017 (Świat) 02 czerwca 2017 (Polska)
Premiera DVD: 11 października 2017

niedziela, 2 lipca 2017

1228. LEGO® Batman: Film, reż. Chris McKay

     Najprawdziwszy z najprawdziwszych filmów o Batmanie ostatnich lat. Postać wiekowa dzięki komiksom i jakże licznym filmom, który wzniosły ją na wyżyny popularności. Gdy pojawił się gościnnie w filmie „LEGO® Przygoda” widownia oszalała i zaczęła podnosić głosy, co by było gdyby. To dało bodziec dla twórców, którzy dali Mrocznemu Rycerzowi osobny film „Lego® Batman: Film”. Inny niż wszystkie, bowiem będący jednocześnie hołdem dla zamaskowanego mściciela i jednym wielkim dowcipem.
Źródło: Galapagos Films
      Batman (Krzysztof Banaszyk) od wielu lat strzeże ulic miast Gotham. Jego największym wrogiem jest sam Joker (Waldemar Barwiński), dla którego największym upokorzeniem jest chwila, gdy jego mroczny rywal uzmysławia mu, że nie traktuje go jako zagrożenie. Następnego wieczoru Bruce Wayne udaje się na galę pożegnalną komisarza Gordona, gdzie poznaje jego piękną córkę Barbarę (Ewa Prus), która ma zająć miejsce ojca. Chce ona diametralnie zmienić politykę działania policji w Gotham, a także skończyć z pomocą ze strony Batmana. Kiedy jednak na imprezie nieproszenie pojawia się Joker z całą bandą zbirów wydaje się być znowu potrzebny, tak bardzo, że ucieka mu z głowy fakt o adopcji młodego chłopca z sierocińca imieniem Dick (Stefan Pawłowski).
     Tylu Batmanów, tylu reżyserów, tylu twórców, aby w końcu dostać postać z prawdziwego zdarzenia. Na przestrzeni lat nikt nie potraktował Nietoperza tak jak zrobiła to ekipa Chrisa McKaya. I nie mowa tutaj o wystrzałowej wizualizacji przy pomocy klocków LEGO. Mowa tu o prezentacji postaci i jej historii. Mowa tu o człowieku, który nocą jest superbohaterem. Jak nauczył nas „Spiderman”- wielka moc to wielka odpowiedzialność. Zazwyczaj większość bohaterów kończy sama. O tego rodzaju samotności mówi nowa animacja LEGO. Uczucie osamotnienia, które na swój sposób zostaje wyśmiane przez twórców- wizja Batmana w swojej jaskini, czy chociażby to ujmująca impreza u Supermana. Po raz pierwszy w całej historii batmanowskiej zostajemy zaangażowani w relacji tego mrocznego superbohatera i wręcz współczujemy mu. To już nie jest tylko historia, gdzie pełno jest nawalanek, najrozmaitszych gadżetów, czy dystyngowanych rozmów z lokajem-opiekunem Alfredem. Na pewnym poziomie jest to nietypowe kino dramatyczne, troszczące się o relacje międzyludzkie i samych ludzi. Walczące o swoje ambicje i stawiając dobro innych ponad swoje własne. Oczywiście, jest to ukłon do każdego Batmana w historii, a także jego relacji z Jokerem, bo w każdym medium ta dwójka musi się ze sobą spotkać. Rozbrajające jest również nawiązanie do ostatnich, jak i nadchodzących tytułów z wytwórni Warner Bros. związanych z uniwersum DC. Twórcy chcieli się pobawić przy tym filmie, tak jak to robili zapewne nie raz klockami LEGO i to zdecydowanie znajduje odzwierciedlenie w tym co zrobili.
Źródło: Galapagos Films
     Totalnym szałem przy zabawie z klockami jest tworzenie własnych opowieści. Z tych historii rodzą się postaci, a tych tutaj... była cała masa. Przytłaczająca wręcz ilość! W filmie pojawili się nie tylko arcywrogowie Batmana ze wszystkich możliwych filmów, ale również inni złoczyńcy, którzy rozwalają system. Jak stwierdzili sami twórcy spełnili tym swoje najskrytsze marzenia, rozważania, które chyba każdy kiedyś miał typu- kto by wygrał w starciu Batman kontra Voldemort. Bardzo ciekawy pomysł na wprowadzenie tak wielu złoczyńców do jednego filmu, lepiej nie dało się tego wykombinować. Zaskakujące jest to jak wiele dziwactw się tutaj pojawiło, bo jak jeszcze Voldzia można by ogarnąć, tak wizja Velociraptora z „Jurrasic Park”, czy rekina ludojada ze „Szczęk” trochę rozbraja. Akurat tego jest już tutaj za dużo. Dochodzi do tego, że w pewnym momencie nie jesteśmy w stanie ogarnąć co w ogóle rozgrywa się na ekranie. Dobra jest z tego zabawa, ale tylko zabawa.
     Natomiast świetnie wprowadzona zostaje tutaj postać Robina, który jest chyba najbardziej genialną postacią tego filmu poza Batmanem. Uroczy chłopaczek z historią i jakże niesamowitą radością z życia, pomimo tego co przyniósł mu los. Z drugiej strony... chyba każdy byłby podekscytowany, jakby zaadoptował go miliarder, czy Batman! A już każdy byłby zachwycony, gdyby mógł pomagać mu w misjach. No dobra, może prawie każdy. Dzięki niemu film nabiera zupełnie innego charakteru i nie pozostaje to oczywiście bez wpływu na najważniejszą postać. Sam Batman... co tu dużo o nim mówić. Świetny komik, który boi się „wężoklaunów” (Tak! One naprawdę istnieją! Nieee...?). Człowiek o dobrym sercu, w którym niezmiennie, od wielu lat, drzemie mrok. Przy tym ma niesamowitą charyzmę, choć to też może zasługa czarującego uśmiechu i tej złowieszczej barwy głosu. Bez względu na to, czy przemawia głosem Willa Arnetta, czy Krzysztofa Banaszyka.
Źródło: Galapagos Films
    Pod względem animacji ta produkcji wygląda trochę inaczej niż „LEGO® Przygoda”. Tam niemalże wszystko było w klockach- ogień, tumany pustynnego piachu, czy woda. Tutaj z kolei postawiono na bardziej realistyczne rozwiązania. I choć ogień przy płonących samochodach, czy lawa wciąż pozostały mocno sklockowane, tak wszelkie dymne atrakcje, czy wiązki czarodziejskie i potworyczne wyglądały już typowo- jak to mają w zwyczaju przy innych filmach. Nie jest to wadą, ale z pewnością jest pewnym odchyleniem od naszych oczekiwań i tego czym zachwycaliśmy się przy okazji poprzedniego filmu „LEGO”. Natomiast zachwyca tutaj zabawa kolorami i światłem. Animacja została tak dopracowana, że wygląda niezwykle realistycznie. Korzystano tutaj z animacji poklatkowej, przy konsultacjach z ekipą od klocków LEGO. To oni nadali pierwotny kształt produkcji, która później została dopieszczona w najmniejszych szczegółach przez specjalistów od CGI oraz oświetleniowców. Po otrzymaniu postaci w fizycznej formie robili im najrozmaitsze zdjęcia, aby zobaczyć jak będzie padać światło, jak będzie się zachowywać przy tych pokracznych wygibasach. „Lego® Batman: Film” jest niczym jedna neonowa reklama, gdzie dużo jest wybuchów, rozbłysków i innych genialnych wizualizacji. Jest do czego przykleić oko i pod tym względem można śmiało stwierdzić, że wypada lepiej od poprzednika.
Źródło: Galapagos Films
     Gdy mówią o jakimś filmie, że jest najlepszym w uniwersum, najlepszym ze wszystkich remake'ów, czy najlepszym z danego gatunku, to aż ma się ochotę zaśmiać dystrybutorom w twarz. Jednakże „Lego® Batman: Film” spełnia wszystkie obietnice, które nam złożono. Jest to obraz, który zdecydowanie inaczej traktuje Batmana ze wszystkich filmów z udziałem tej postaci. Nie dość, że wygląda rewelacyjnie pod względem wizualnym, nie dość że uatrakcyjnia odbiór świetnie dobraną muzyką, to w dodatku jest rewelacyjnym dramatem o samotności superbohatera i człowieka w ogóle ukrytej pod toną genialnego poczucia humoru, które rozbawi każdego. Owszem, może za dużo tutaj tych wszystkich bandziorów, w końcu „Transformers 3” legło w gruzach po takim przeładowaniu, ale Chris McKay wraz zresztą ekipy udowadniają, że jeżeli potraktuje się tytuł z szacunkiem do danego bohatera, to nawet takie wpadki nie stoją na drodze w osiągnięciu sukcesu.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Lego® Batman: Film” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray, Blu-Ray 3D (także w Steelbooku) oraz 4K Ultra HD.

Oryginalny tytuł: The Lego® Batman Movie / Reżyseria: Chris McKay / Scenariusz: Seth Grahame-Smith / Muzyka: Lorne Balfe / Dubbing polski: Krzysztof Banaszyk, Józef Pawłowski, Marek Barbasiewicz, Ewa Prus, Waldemar Barwiński, Justyna Kowalska, Michał Konarski, Stefan Pawłowski, Katarzyna Makuch, Mirosław Zbrojewicz, Artur Dziurman / Kraj: USA, Dania / Gatunek: Animacja, Komedia, Przygodowy

Premiera kinowa: 01 lutego 2017 (Świat) 09 lutego 2017 (Polska)
Premiera DVD: 14 czerwca 2017

sobota, 31 grudnia 2016

1217. Legion samobójców, reż. David Ayer

      Superbohaterowie. Bohaterowie walczący z szumowinami. Bohaterowie walczący ramię w ramię, a także przeciwko sobie. Dużo tego było zarówno po stronie Marvela, jak i DC. A gdyby tak wszystkich stłamszonych przez protagonistów złoczyńców pogłaskać i utworzyć z nich ekipę wybawicieli? Taki Legion Samobójców” z pewnością świetnie by sobie poradził nie tylko na łamach komiksu, ale przede wszystkim na ekranie. Marzenie to spełnił David Ayer, za co znienawidzili go chyba wszyscy miłośnicy ciemnej strony DC Comics.
Źródło: Galapagos Films
      Miasto Gotham dało się wszystkim mocno we znaki. Batman dopiekł nie tylko Deadshotowi (Will Smith), ale również mocno namieszał w planach Harley Quinn i Jokera (Margot Robbie, Jared Leto). Na domiar złego świat boi się latającego kosmity z wielkim “S” na wyrzeźbionej klatce piersiowej. Rząd postanawia działać i chronić świat przed nadludzkimi istotami i problemami, z którymi sami nie potrafią sobie poradzić. Rodzi się więc zakręcony plan stworzenia ekipy mającej pomagającej światu, a składającej się z… największych szumowin nie bojących się ruszyć ma samobójczą misję. Akurat nadarza się okazja sprawdzenia jak sobie poradzą, bo ze smyczy zrywa się jedna z nich, ta która trzyma z wiekowymi wiedźmami.
      Takie filmy, jak najnowsza produkcja Davida Ayera, muszą się spodobać. A przynajmniej tym, którzy cenią sobie dobrą zabawę i potrafią patrzeć na podobne obrazy z lekkim, no dobra- sporym, dystansem. Legion samobójców” nigdy nie będzie takim filmem, jak marvelowskie hity, nigdy nie będzie arcydziełem, którego będzie chciało się cytować w rozmowach z przyjaciółmi. Najlepsze, że nawet nie próbował taki być. Trudno bowiem nie dostrzec tandetnej fabuły, o wizualności nie wspominając. Sama koncepcja jest całkiem w porządku, bo w końcu jest to coś odmiennego od znanych nam superbohaterskich filmów. Aczkolwiek sposób w jaki zaprezentowane zostają postaci jest początkiem niespójności całego scenariusza. Najpierw o jednym, potem o drugim, a potem znowu o tym pierwszym, acha, no ale przecież jest jeszcze trzeci i czwarty i n-ty złoczyńca, który przyłącza się do tego absurdalnego gangu. Kolejną wtop jest motyw Enchantress. Świetnie wprowadzony, klimatyczny i enigmatyczny, a tak straszliwie zrujnowany. Strzałem w dziesiątkę okazało się być pokazanie złoczyńców jako zwykłych ludzi. Ludzi, którzy mają rodziny, którzy kochają i pragną być kochani. Na swój sposób przestali przerażać, kiedy okazali się być zwykłymi wrażliwcami, którzy gdzieś zboczyli ze swojej drogi życiowej.
Źródło: Galapagos Films
      Najważniejsze, że jest zabawa. A jak jest zabawa, to musi być kolorowo i wkroczyć winny efekty wizualne. Pod tym względem film Ayera to kicz na kiczu kiczem poganiany. Począwszy od zaćpanych i szalonych retrospekcji ze wspólnego życia Harley i Jokera, przez pokracznego boskiego brata Enchantress, na samej Enchantress skończywszy. Pierwsze zdecydowanie nie, choć stylizacja tej dwójki jest świetna- szczególnie Harley. Drugie robi wrażenie, ale takie w stylu rozgrywki rodem z Diablo III”. Trzecie… było naprawdę super. Rewelacja z każdorazowym 0przejmowaniem ciała June, rewelacja z wizualizacją Enchantress- tyle w niej było mroku, aż po totalnie tandetny jej obraz w drugiej połowie filmu. Smutne, bo to akurat mogło być coś.
      Po seansie z pewnością jedna rzecz rzuca się w oczy. Przyrównywanie Jokera w wykonaniu Ledgera do kreacji Leto jest istnym nieporozumieniem. Serio? To była najbardziej karykaturalna i nieznośna wizja złoczyńcy jaką kiedykolwiek widziałam. Postrach z niego żaden, sympatii również nie wzbudza- może za mało było nam dane czasu razem. Zdecydowanie nie. Nie wspominając już o braku chemii pomiędzy Leto i Robbie. Margot śliczna, ale jej Harley również do mnie nie przemawiała. Ta dwójka wyglądała na najbardziej sztuczną parę kochanków i nieprzekonujące jednostki jakie kiedykolwiek pojawiły się w kinie bohaterskim. Już lepsze emocje wywoływał Wilk Smith ze swoim Deadshotem, którego historia naprawdę porwała i skradła cały film. Zaraz po nim najbardziej realny okazał się być Kapitan Boomerang. Bez tej dwójki nie dałoby się przymknąć oka na tragizmy aktorskie pozostałych.
Źródło: Galapagos Films
      “Legion samobójców” zdecydowanie jest wielkim rozczarowaniem, ale jeszcze większą niespodzianką. Poza tandetnymi scenami przypominającymi starcia bossów z gry wideo dostarczył bardzo wiele ciekawych rozwiązań cieszących oko. Scenariusz siadł już praktycznie na początku historii, gdzie zabrakło logiki i płynności. Za swobodnych ujęć, mogących być osobnymi filmami- winię za to montażystów. Jednakże z bardzo fajnie dobranymi kawałkami znanymi wszystkim i bagażem emocjonalnym noszonym przez jednostkowe postaci film staje się nie tylko znośny, ale też zaskakująco intrygujący. No i ten Batek!

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Legion samobójców” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: Suicide Squad / Reżyseria: David Ayer / Scenariusz: David Ayer / Na podstawie: komiksu Johna Ostrandera / Zdjęcia: Roman Vasyanov / Muzyka: Steven Price / Obsada: Will Smith, Margot Robbie, Jared Leto, Jai Courtney, Jay Hernandez, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Cara Delevingne, Adam Beach, Karen Fukuhara, Joel Kinnaman, Viola Davis, Common / Kraj: USA, Kanada / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 05 lipca 2016 (Świat) 05 sierpnia 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 05 grudnia 2016

wtorek, 30 sierpnia 2016

1210. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, reż. Zack Snyder

    „Batman v Superman” dodatkowo potwierdza znany już wszystkim fakt, że filmy DC Comics pozostają daleko w tyle za tymi od Marvela. Ci drudzy od samego początku budowali jedno wielkie uniwersum łącząc kolejne filmy o bohaterach, pokazując wielkich Avengers, czy ostatnio stawiając przeciwko sobie ulubieńców w „Wojnie bohaterów”, podczas DC raz po raz tworzyło nowego Batmana, czy Supermana i ślamazarnie wprowadzać będzie nowe postaci tego świata. Gdzie tam jeszcze „Liga Sprawiedliwych”, ale już w nowym filmie Zacka Snydera mamy jedną wielką ich zapowiedź. No tak... bo przecież po co sensownie wprowadzić nowych bohaterów, skoro można ich przemycić w takim abstrakcyjnym filmidle. Zacku Snyder... WHY?!
Źródło: Galapagos Films
     Superman, znany również jak Clark Kent (Henry Cavill) walczy na śmierć i życie z Zodem, aby uratować Ziemię przed zagładą. Nie zważając na nic i nikogo doprowadza do wielkich zniszczeń i śmierci wielu niewinnych ludzi. Dla jednych jest bogiem, dla drugich bohaterem, ale inni traktują go jako wielkie zagrożenie. Wśród tych ostatnich jest biznesman Bruce Wayne (Ben Affleck), nocą przebierający się w strój człowieka nietoperza- Batman. Tracąc bliskich w walce Supermana pragnie nie tylko się zemścić, ale pokazać kosmicie gdzie jego miejsce. Musi się jednak przygotować, bowiem nie każdego dnia zwyczajny człowiek uzbrojony po zęby w gadżety staje do walki z „bogiem”.
     Po zakończeniu seansu, do głowę dobija się tylko jedno pytanie- „Po co ten film w ogóle powstał?!”. Dla kasy? A może po prostu chciano zbudować na szybko wątek Ligi Sprawiedliwych, wprowadzić nowe postaci? Chyba tylko Warner Bros może to zrobić w tak pozbawiony emocji i sensu sposób, przy okazji tworząc film o starciu gigantów superbohaterstwa. Przede wszystkim zapomina się dać im konkretny powód do sporu. Potrzeba czegoś więcej niż jakichś psychol, który podyktował im warunki. A przy okazji Luthor w wykonaniu Eisenberga? Dramat! Oczywiście, Superman zawsze musi znaleźć się w złym miejscu o złym czasie, aby z łatwością można było nim potrząsać jak marionetką. Już nie mówiąc o ułomnych bohaterach, którymi daje się bardzo łatwo manipulować. Całość to jakiś niezrozumiały bełkot o niczym, że aż się pragnie, aby w końcu ktoś komuś przyłożył. I to zdrowo! Piękna walka... momentami równie sensowna, co praca Syzyfa. Choć przyczyny zawieszenia broni są równie banalne i zachwycające. Nic jednak straconego, bo gdyby komuś znudziło się patrzenie na starcie dwóch gladiatorów, to dorzucają nam tutaj do zestawu jakiegoś, skromnych rozmiarów, kaiju. Ciężko stwierdzić, co autorzy scenariusza mieli na myśli (na was patrzę panowie Terrio i Goyer!), bo ani nie jest on logiczny, ani spójny. Widać to aż za dobrze chociażby w przypadku wprowadzenia Wonder Woman. Piękność pojawia się na pięć sekund, aby za moment odjechać, tylko po to, aby za jakieś pół godziny znowu pokazać się na ułamek chwili, po której znowu zostaje zrzucona w otchłań niepamięci. A potem jeszcze akcja w samolocie i ten wyraz twarzy, mówiący: „Dobra... założę moje seksowne superamazonkowe wdzianko i pomogę wam już w pchnięciu tej fabuły do przodu!”. Szkoda, że jako widzowie nie znamy genezy postaci- choć wiemy, że ma chyba ze sto lat, i nie wiemy dlaczego w ogóle chce jej się ruszyć swój tyłek do pomocy dwóm peleryniastym typkom, których nie wiążą z nią żadne relacje.
Źródło: Galapagos Films

      Nie jest odkryciem, że fabuła mocno kuleje. Większość filmów stara się to jednak nadrobić efektami, a Snyder ma swój specyficzny styl, który świetnie się sprawdza w tym filmie. Jednakże nawet i on ma zdolności do przesady i tym razem nie udało się tego uniknąć. Z jednej strony wszystko ma niesamowicie mroczny klimat, trochę bardziej dorosły i poważny- a tu scenografia pogrążona w cieniach, a tu kostiumy nie bijące po oczach głębią kolorów. Wdzianko Supermana znowu opina się tam gdzie trzeba, a skąpy strój Wonder Woman podkreśla jej walory. I można by się zachwycać tym w nieskończoność warstwą wizualną, gdyby nagle zza zakrętu nie wyskoczył Iron Batman, a chwilę później wyglądający niezwykle karykaturalnie i na totalnie niedopracowanego Doomsday- taka mocarna bestia, a tak słabo się prezentująca. Jakim sposobem w tym całym rozgardiaszu znalazło się dwóch tytanów muzyki filmowej- Hans Zimmer i Junkie XL? Najwyraźniej mieli być ostatnią deską ratunku, bo ich współpraca wyszła produkcji na dobre. Świetne motywy przewodnie Lexa Luthora i Wonder Woman, choć momentami lekko niekomponującymi się do reszty ścieżki dźwiękowej. Ten pierwszy z lekka psychodeliczny jak i jego właściciel, a drugi świetnie podkreślający wojowniczą duszę WW. Cały soundtrack daje poznać po sobie, że nie stworzyła go dwójka przypadkowych ludzi, ale ci znający się na rzeczy i zachwycający publikę od lat.
     Tym razem Henry Cavill trochę osiadł na laurach. Pokazał nagą klatkę piersiową tylko raz. Czyżby onieśmieliło go moje uwielbienie do niej, jakim obdarzyłam go przy okazji „Człowieka ze stali”? Szkoda. Przez to stał się jakiś.... bardziej wyblakły. A może to ten dramat rozgrywający się wokół jego osoby? Affleck też nie poszalał. Ładnie się co prawda prezentował, pięknie postarzał, ale Batman w jego wykonaniu stał się bezpłciowy. Eisenberg dla odmiany odrobinę przesadził z kreacją Luthora, robiąc z niego kompilację Szalonego Kapelusznika, Białego Królika i kopniętego Einseina. Niby dobre, ale wyczuwa się tutaj nienaturalność, a co za tym idzie ciężko jest kupić tę wersję. Odświeżeniem miała być Gal Gadot, która wizualnie prezentował się rewelacyjnie. Jej obecność w filmie była co prawda całkowicie bezsensowna, ale trochę poskakała z mieczem, korzystała ze swoich bransoletek niczym królowa Galaxia, pobawiła się świetlnym lassem, a przy okazji powydawała bojowe dźwięki. I to wszystko oczywiście w slow motion, co by płeć męska mogła się dłużej poślinić na jej widok.
Źródło: Galapagos Films
     O dziwo „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” nie jest całkowitą porażką. No chyba, że porówna się ten film do „Wojny bohaterów”, gdzie Iron Man stanął przeciwko Kapitanowi Ameryce. DC Comics udowodniło, że nawet wielkich starć kultowych gigantów, nie potrafi zrobić ze smakiem, rozsądkiem i napięciem zadowalającym widza. Jest to bardziej abstrakcyjne spojrzenie na superbohaterów, którzy toczą walkę tylko dlatego, że mogą. Świetnie się w tym wszystkim odnajduje Jeremy Irons, dodający produkcji dostojności tym swoim brytyjskim akcentem. Cudownie prezentuje się Wonder Woman jak już zdecyduje się litościwie wziąć udział w akcji. Ogromny plus należy się za muzykę Hansa Zimmera, bo on nigdy nie zawodzi i tworzy pamiętliwe kawałki. Niestety, trzeba też przyznać, że nawet te kilka plusów nie ożywi i nie uczyni arcydzieła przegadanego filmu z komicznymi osiłkami i nielogicznością fabularną całego tego widowiska.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – dystrybucja Galapagos Films!

Oryginalny tytuł: Batman v Superman: Dawn of Justice / Reżyseria: Zack Snyder / Scenariusz: Chris Terrio, Davis S. Goyer / Zdjęcia: Larry Fong / Muzyka: Hans Zimmer, Junkie XL / Obsada: Ben Affleck, Henry Cavill, Jesse Eisenberg, Gal Gadot, Amy Adams, Diane Lane, Laurence Fishburne, Jeremy Irons, Holly Hunter / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 12 marca 2016 (Świat) 01 kwietnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 17 sierpnia 2016

piątek, 24 lipca 2015

Pożeracze mózgów przybywają wraz z premierowymi serialami „Z Nation” oraz „iZombie”

     Nie zauważyłam, aby temat zombie został wyczerpany do końca, czy może znudził się komukolwiek. Gdzie się nie spojrzy można obejrzeć film o trupach, przeczytać książkę o nieumarłych, czy pograć w grę na Xboxie. I tak, seriale też można obejrzeć. Póki co świat stanął na etapie jednego „The Walking Dead”. Wszystko miało się dobrze aż do jesieni roku 2014, kiedy rozpoczął się nowy sezon w amerykańskiej telewizji. Wtedy to dwa całkiem odmienne stacje dały nam dwa zupełnie różne, ale przede wszystkim całkiem nowe, seriale o żywych umarłych.
     „Z Nation” opowiada o grupce ocalałych, która stara się przetransportować kolesia do Waszyngtonu. Jest on ich skarbem, gdyż był poddał się on eksperymentowi i teraz nosi w sobie lekarstwo na wirusa Z. Natomiast „iZombie” to historia młodej kobiety, która na skutek nieszczęśliwej decyzji o wyborze miejsca na imprezę zostaje zombie. Chcąc uniknąć pożerania ludzi zatrudnia się w prosektorium, gdzie szamie mózgi ofiar przestępstw przejmując ich wspomnienia i zdolności. Jak widać są to dwa różne typy seriali. Asylum dało nam typowy survival, produkcję postapo, która świetnie się odnajduje w dzisiejszej popkulturze. Uczucie osamotnienia, utraty nadziei i innego tego typu bzdety są mocno wyczuwalne, ale w sumie po co się dołować skoro można przełamać to poczuciem humoru. Natomiast Table Six we współpracy z DC Comics i Warner Bros. daje nam mocno komiksowy świat, realny świat, gdzie zombie to jakaś choroba, nie gorsza wcale od grypy, która daje możliwość całkowicie żywego funkcjonowania przy odpowiednich zasobach. Tutaj można zapomnieć o horrorze. Serial ten to bardziej kryminał powiązany z dramatem i romansem.
      Przeprawa przez oba seriale chwilami wydaje się niemożliwa. W przypadku „Z Nation” króluje nierówność konstrukcji. Na przemian doświadczamy odcinków świetnych i odcinków mocno średnich. Problem jednak w tym, że dajemy mu szansę, a potem już całkowicie toniemy w fascynacji tym, co dało nam Asylum. Najbardziej widoczna jest jego odmienność od „The Walking Dead” - serialu, w którym zombie są jedynie tłem, a całość skupia się na relacjach międzyludzkich. Tutaj tak naprawdę ciężko jest poczuć jakiekolwiek więzi. Tutaj wszystko nastawia się na dynamiczną akcje i chęć zaskoczenia widza. To co w produkcji Darabonta dzieje się dopiero w sezonie 5, Schaefer daje nam już w pierwszych epizodach. Postęp jest tutaj niewiarygodny, o czym idealnie świadczy epizod ze sztafetą zombie. Głupie to było, jak nie wiem co! Śmieszne, szokujące i takie nietypowe. Trochę inna historia przydarza się „iZombie”. Koncepcja fabularna początkowo wydaje się nader ciekawa, ale niestety... szybko tracimy zainteresowanie schematycznością kolejnych epizodów. I kiedy już mamy ustawić nasze myśli z dala od kolejnych seansów dzieje się rzecz niesamowita- akcja zaczyna nabierać tempa, robi się intrygująco, a my nie możemy przetrwać czasu, który musimy zmarnować w oczekiwaniu na kolejny odcinek.
      Tym co radykalnie odróżnia jeden serial od drugiego to przede wszystkim prezentacja zombie. „Z Nation” oferuje bardzo dobrze znany nam wizerunek tych istot. Nie dość, że biorą się z tajemniczego wirusa to dodatkowo są krwiożercze, bezmózgie- no przecież dlatego chcą jeść mózgi! To maszyny do zabijania, które nie są niezniszczalne. Gorzej jedynie stajemy w pojedynkę do walki z całą hordą. No sorry, wtedy nie ma co liczyć na nasze instynkty przetrwania. Kwestią istotną w serialu jest to, że tak jak przy „The Walking Dead” - wszyscy są już zarażeni, więc jak padniemy trupem- bez względu na to, czy poprzez to, że wszamały nas zombie, czy po prostu dostaliśmy zawału serca z nadmiaru wrażeń, to pewniakiem obudzimy się jako chodzący nieumarły. Inna rzecz ma się w serialu „iZombie”. Tamte twory niczym nie przypominają klasycznych monstrów, no może poza sympatią do ludzkich mózgów, a w zasadzie nie sympatią, a potrzebą, bo w gruncie rzeczy muszą sobie przyprawiać ten rarytas, aby szamnąć go bez mdłości. Wygląda to tak, jakby ludzie nabyli zmutowaną wersję grypy- bardzo to możliwe, gdyż bierze się to z jakiegoś tajemniczego chemicznego, narkotykowego ustrojstwa, która wzmaga ich pragnienie na ludzkie mózgi, a przy okazji strasznie wybiela skórę i rozjaśnia włosy. Pozostają jednak w pełni władz umysłowych, a nawet mogą nabywać nowe zdolności poprzez pałaszowanie ich ulubionego smakołyku. Od czasu do czasu włącza się instynkt morderczego zombie, ale w sumie któż nie zmienia się radykalnie, kiedy jest szalenie głodny? W tym przypadku jednak Snickers nie pomoże, no chyba, że doda się do tego mózg.
       Zarówno pierwszy, jak i drugi serial to niezłe ciekawostki w amerykańskiej telewizji. Oba całkowicie odmienne, oba tak samo interesujące. Wszystko zależy od tego, jaki styl bardziej komu odpowiada. Jeżeli ktoś bardziej preferuje klimaty postapo z brutalnymi pożeraczami mózgów, to zdecyduje się na produkcję Asylum. Ci jednak, którzy gustują w ekranizacjach komiksów, a wolą mniejszą ilość flaków na ekranie, powinni zdecydować się na obraz od DC Comics. Dla każdego coś dobrego, odnajdziecie się jednak w każdym serialu z zombie jeżeli tylko przepadacie za tymi monstrami. Poza tym... idealnie rozłożycie sobie czas makabrycznego oczekiwania, gdyż pierwszy z nich śledzić możecie w pierwszej połowie sezonu, na jesieni, podczas gdy drugi emitowany jest po nowym roku. Osobiście polecam oba, ale ja zaliczam się do tej trzeciej grupy fanów, czyli sympatyków wszystkich zombie.

środa, 19 czerwca 2013

1054. Człowiek ze stali, reż. Zack Snyder

Oryginalny tytuł: Man of Steel
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: David S. Goyer

Na podstawie: postaci autorstwa Joe Shustera oraz Jerry'ego Siegela
Zdjęcia: Amir M. Morki
Muzyka: Hans Zimmer
Kraj: USA, Kanada, Wielka Brytania
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 12 czerwca 2013 (Świat) 21 czerwca 2013 (Polska)
Obsada: Henry Cavill, Amy Adams, Michael Shannon, Antje Traue, Russell Crowe, Diane Lane, Kevin Costner, Harry Lennix, Laurence Fishburne, Christopher Meloni

    Chęci ekranizowania superbohaterów komiksowych, chyba już nigdy nie zgasną. Spośród wszystkich tych, które kiedykolwiek powstały nie sposób nie zauważyć, że największą popularnością cieszy się Superman. Był sobie film z Christopherem Reeve, byli sobie „Lois & Clark”, a nawet i „Tajemnice Smallville”, więc skoro wszystkim tak nagle zachciało się odświeżać stare i nie tak stare pomysły, to czemu i nie wskrzesić kosmity z planety Krypton? Nigdy za specjalnie nie darzyłam sympatią tego superbohatera, gdyż osobiście bardziej kibicuję Iron Manowi i Spidermanowi, ale przyznać się muszę, że Zack Snyder, twórca niecodziennych produkcji, „Człowiekiem ze stali” sprawił, że po raz pierwszy Clark Kent nie był mi obojętny.

sobota, 28 kwietnia 2012

932. Green Lantern, reż. Martin Campbell

Reżyseria: Martin Campbell
Scenariusz: Michael Goldenberg, Greg Berlanti, Michael Green, Marc Guggenheim
Na podstawie: komiksu Billa Fingera i Martina Nodella
Zdjęcia: Dion Beebe
Muzyka: James Newton Howard
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Akcja
Premiera światowa: 14  czerwca 2011
Premiera polska: 29 lipca 2011
Obsada: 
Ryan Reynolds, Blake Lively, Peter Sarsgaard, Mark Strong, Tim Robbins, Geoffrey Rush, Clancy Brown, Michael Clarke Duncan

      Po długich poszukiwaniach reżysera, który zająłby się realizacją filmu „Green Lantern”, po rezygnacji Quentina Tarantino, Zacka Snydera i Grega Berlanti, to w końcu Martin Campbell został jedną z najważniejszych osób sygnujących ten film swoim nazwiskiem. Ten twórca „Maski Zorro” tym razem porywa się na ekranizację jednego z ulubionych komiksów od DC Comics. Do tego komiksu powracają także twórcy licznych animacji, a ekipa odpowiedzialna za „Ligę Sprawiedliwych” wcieliła jego postać w swoje szeregi. Zielony bohater o niesłychanej zielonej mocy siły woli powraca filmie, aby przypodobać sobie szerszą publikę.
     Hal Jordan (Ryan Reynolds) jest przystojnym mężczyzną, który uwielbia latać. Pomimo tego, że jego ojciec zginął podczas testu jednej z maszyn, Hal zajmuje się dokładnie tym samym. Znany jest ze swojego lekkomyślnego podejścia do latania, wciąż próbując przełamać swój osobisty strach. Nie wypada to dobrze w oczach jego przyjaciółki – Carol Ferris (Blake Lively), która zostaje jego szefową. Pewnego późnego wieczoru życie Hala ulega całkowitej zmianie, kiedy w jego życiu pojawia się kosmita- Abin Sur, jeden z wojowników korpusu Zielonej Latarni, mający strzec porządku we wszechświecie. Będąc na łożu śmierci wyznaje Halowi, że pierścień, który leży w jego posiadaniu to właśnie Hala wybrał na swojego następcę. Gdy mężczyzna po raz pierwszy korzysta z pierścienia, dostaje się na planetę Oa. To właśnie tam przechodzi trening na wojownika poznając prawdziwą moc siły woli napędzającej pierścień, a także zagrożenie w postaci siły strachu, którą wykorzystuje Parallaxa, aby niszczyć życie we wszechświecie i zmierza w kierunku Ziemi.

piątek, 4 lutego 2011

748. Liga niezwykłych dżentelmenów, reż. Stephen Norrington

Oryginalny tytuł: The League of Extraordinary Gentlemen
Reżyseria: Stephen Norrington
Scenariusz: James Robinson
Zdjęcia: Dan Laustsen
Muzyka: Trevor Jones
Na podstawie: komiksu Kevina O'Neila i Alana Moore'a
Kraj: USA / Niemcy / Wielka Brytania / Czechy
Gatunek: Przygodowy / Fantasy
Premiera światowa: 11 lipca 2003
Premiera polska: 24 października 2003
Obsada: Sean Connery, Shane West, Peta Wilson, Stuart Townsend, Tony Curran, Naseeruddin Shah, Jason Flemyng, Richard Roxburgh

    Twórca „Blade`a- wiecznego łowcy” oraz „Maszyny śmierci”- Stephen Norrington tym razem postanawia zekranizować jeden z najciekawszych komiksów Alana Moore`a. „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” to niesamowity film przygodowy zbierający w sobie najbardziej znane postacie literackie o jakich kiedykolwiek można było poczytać. Wszystko to oprawione jest w odpowiednią szatę wizualną, a także porywającą muzyką. To wszystko sprawia, że trudno jest się nudzić podczas seansu.
    XIX wieczna Europa jest bliska wojny, gdy złoczyńca nazywający siebie Fantomem manipuluje Anglią i Niemcami. Pewien człowiek imieniem M (Richard Roxburgh) postanawia z tym skończyć i powołuje do życia Ligę Niezwykłych Dżentelmenów składającą się z niezwykłych osobistości posiadających niezwykłe umiejętności. Na czele grupy staje Allan Quatermain (Sean Connery), który słynie z tego, że jest najlepszym myśliwym na świecie, a historie o jego podbojach znane są wszystkim. Dołącza do niego Kapitan Nemo (Naseeruddin Shah)wraz ze swoją wspaniałą łodzią podwodną Nautiliusem, wampirzyca Mina (Peta Wilson), która zna się na chemikaliach oraz niewidzialny człowiek- Rodney Skinner (Tony Curran). Alan musi zwerbować jeszcze dwóch towarzyszy. Jednym z nich jest Dorian Grey (Stuart Townsend), człowiek, który jest nieśmiertelny dzięki swojemu mrocznemu sekretowi. Przy drugim będą musieli się trochę napracować, ponieważ trudno jest ujarzmić olbrzymiego i agresywnego Pana Hyde`a (Jason Flemyng). W czasie ich wyprawy przyłącza się jeszcze jedna osoba- Tom Sawyer (Shane West), agent z Ameryki. Liga podąża śladem Fantoma i ma nadzieję powstrzymać go od rozpętania wojny.
    Osobiście uwielbiam ten film. Kiedy po raz pierwszy o nim usłyszałam i kiedy po raz pierwszy miałam przyjemność go obejrzeć byłam nim po prostu zachwycona. Nigdy nie widziałam bowiem filmu, który byłby tak niezwykłą mieszanką bohaterów i ich stylów. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Wiem jednak, że dla niektórych film nie będzie spełnieniem ich marzeń, ale u mnie tak właśnie jest. Ogólnie bardzo lubię filmy przygodowe, w szczególności tak efektowne, dlatego nie trudno zrozumieć taką a nie inną moją opinię.
    Komiksów nie czytałam więc nie mogę odnieść się do nich i porównać owy film z ich treścią. Czytałam, że podobno są ciekawe, a z tego co ja osobiście odczuwam to film również taki jest. W końcu już samo pojawienie się w nim tylu intrygujących postaci z różnej beczki przyciąga uwagę widza. Ciekawe jest to jak różne są te postacie. Alan- myśliwy, występuje w swoim afrykańskim stroju, Mina- wampirzyca i chemik, która ubiera się raczej elegancko i troszku w mrocznym stylu, Nemo- kapitan Nautiliusa, który jak przystało na hindusa ubiera się tak jak na hindusa przystało, Rodney Skinner- niewidzialny, który ubrany w swój skórzany płaszcz i kapelusz wygląda całkiem współcześnie, no i Dorian Grey- nieśmiertelny, który styl ma dość klasyczny, ale nie powiem wam z jakiego wieku, bo ja się nie znam na tym ;P W każdym bądź razie każdy jest inny i było to niezwykłe jak dla mnie. Film był tym bardziej interesujący, że mieliśmy w nim dużo akcji. Zaczynając od strzelaniny w Kenii, a kończąc na ostatnim rozrachunku z Fantomem w jego zamczysku. Przyznam jednak, że najbardziej podobała mi się akcja w Wenecji, gdzie to miasto zaczęło wybuchać, no i Sawyer wraz z ekipą postanowili zatrzymać serię wybuchów, aby całe miasto nie znalazło się pod wodą. Scena ma również u mnie plusy za swój artystyczny wyraz. Poza tym podobała mi się także strzelanina w domu Doriana, ponieważ pokazała nam osobowości niektórych z bohaterów. Ciekawy był także pościg za panem Hyde. No, ale co ja będę dużo mówić, jak dla mnie wszystko było ciekawe, pomimo tego, że widziałam ten film po raz n-ty.
    Film zyskuje na atrakcyjności poprzez zastosowanie licznych efektów specjalnych. W scenie w Wenecji, o której pisałam bardzo pięknie wyglądało to całe miasto. Bardzo podobał mi się również finał kiedy Sawyer wpada wraz z automobilem Nemo do głównego budynku i tak interesująco to wygląda. Ciekawie wyglądało także to jak Mina atakowała snajperów na dachu. Te wszystkie nietoperze i w ogóle. Myślę, że jednak największą sensację wzbudził u mnie Nautilius. Był po prostu boski. Gdyby tylko takie łodzie istniały… ech. No cudowna była ta jego łódź, co tu dużo mówić będę. Szczególnie efektownie wyglądała kiedy wynurzała się spod wody. Coś wspaniałego. Podobała mi się także scena w zamczysku kiedy to widzieliśmy wszystkie te bronie, które wymyślił Fantom na podstawie zdolności członków Ligi. Niesamowicie to wyglądało. Spore wrażenie zrobił na mnie także drugi Hyde. Jak jeden z ludzi Fantoma wypił ten eliksir, dzięki któremu Jekyll zamieniał się w Hyde`a. No, a że wypił go więcej niż zazwyczaj Jekyll pije to stał się większy, silniejszy i paskudniejszy. Chociaż na mnie zrobił wrażenie a co. Szkoda tylko, że bardziej nie dopracowano Hyde`a, ale dzięki temu wyglądał bardziej realnie niż ten przykładowo z „Van Helsinga”. Czasami wspomniane przeze mnie efekty wyglądały trochę na przerysowane, ale nie odebrało mi to mojego zachwytu nad filmem.
    W filmie zobaczymy same znakomitości, czyli Seana Connery`ego, Shane`a Westa, czy też Petę Wilson, którą większość zna z serialu „Nikita”. Każda postać była unikalna i świetnie zagrana przez swojego gwiazdora. Mnie najbardziej urzekła Mina, grana właśnie przez Petę Wilson, ale to pewnie dlatego, że bardzo podobają mi się wampiry, bez względu na płeć. Jednak najzabawniejszą postacią okazał się być Rodney Skinner, dzięki, któremu nieźle się bawiłam, w szczególności kiedy stał na tym mrozie i zaczął narzekać, że jest nagi i każdy członek ciała mu zmarzł, z podkreśleniem na każdy. Ciekawą był postacią nie ma co. Największą przemianę przeszedł chyba Jekyll i Hyde, grani przez Jasona Flemynga. W końcu Hyde się zmienił, prawda? Chociaż, nie wiem czy to jest akurat pozytywne, bo przecież miał on chyba pozostać kontrowersyjnym bohaterem. No, ale nie wiem, bo nie widziałam żadnego filmu o Jekyllu i Hydzie.
    W związku z powyższym znacie już moje odczucia względem tego filmu. Może kiedy nadejdzie kilkusetny raz jak obejrzę ten film to może trochę zacznie mnie nudzić, ale póki co się na to nie zapowiada. Film ciekawi mnie za każdym razem i wiem, że pomimo tego iż nie jest to film najwyższych lotów to z pewnością wielu widzów będzie do niego wracało. Mnie się podobał każdy szczegół, a dla wspaniałości Nautiliusa, niezwykłości każdej postaci i dla wspaniałego Connery`ego warto film obejrzeć więcej niż jeden raz.