NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig po Oscary 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyścig po Oscary 2016. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lutego 2016

SZORTy #31: Dziewczyna z portretu, Carol, Creed: Narodziny legendy


Oryginalny tytuł: The Danish Girl | Reżyseria: Tom Hooper | Scenariusz: Lucinda Coxon | Obsada: Eddie Redmayne, Alicia Vikander, Ben Whishaw, Matthias Schoenaerst, Sebastian Koch, Amber Heard, Adrian Schiller | Kraj: USA, Wielka Brytania, Dania, Belgia, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat
Premiera: 05 września 2015 (Świat) 22 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 8/10

     Ostatnie dwa filmy Tom Hoopera wzbudzały zachwyt. Nic więc dziwnego, że najnowszy tytuł, ekranizacja życia Lili Elbe o tytule „Dziewczyna z portretu” wywołał zachwyt wśród publiczności i doczekał się nominacji do licznych nagród.
     Młode małżeństwo malarzy. On jest znakomitym i szanowanym twórcą pejzaży, ona niedocenioną portrecistką. Kiedy prosi swojego męża, aby pomógł jej przy tworzeniu portretu ich wspólnej przyjaciółki tancerki, nie sądzi, że obudzi drzemiącą w nim od lat drugą naturę o imieniu Lili. Coś, co wydawało się jedynie zabawą i pewnym urozmaiceniem ich wspólnego życia, całkowicie odmienia ich losy.
      Jeden z najbardziej przejmujących i wciągających filmów, jakie miałam okazję ostatnio oglądać. Rewelacyjna historia kobiety urodzonej w ciele mężczyzny- pięknego i niezwykle utalentowanego. Uśpiona na wiele lat i zbudzona przez niewinną zabawę w pozowanie do obrazów swojej żony pod postacią kobiety. Historia, która przedstawia dramatyczną sytuację małżeństwa Wegenerów, a jednocześnie pokazuje jak wielki łączył ich szacunek do siebie wzajemnie i że poza miłością łączyła ich również przyjaźń. Ponadto film w bardzo wymowny sposób prezentuje podejście do odmiennej seksualności w dawnych latach- do homoseksualizmu i transseksualności, traktując je jako problem natury psychicznej. Przy tym świetnie zostają odegrane emocje zagubienia, całkowitej dezorientacji i swoistego rozdarcia na dwie osobowości ze strony Eddiego Redmayne'a. Ta rola wzbudza jeszcze więcej współczucia, jeszcze więcej wsparcia w widzu niż jego kreacja Stephena Hawkinga. Co zaskakujące... ten człowiek wygląda niesamowicie pięknie w tej kobiecej charakteryzacji i z łatwością wciela się w rolę kobiecą. U jego boku dzielnie trwa Alicia Vikander, której postać powinna być wzorem do naśladowania dla każdej kobiety. Kobieta utalentowana, chcąca pewnej niezależności i pomimo całego dramatyzmu sytuacji wiernie trwa przy swoim mężu Einarze, a później swojej najlepszej przyjaciółce Lili. Oboje stworzyli role, które poruszają do łez swoim oddaniem, ale przede wszystkim odwagą! Aktorzy nie bali się swojej nagości i przekonująco odgrywali nawet najbardziej intymne sceny. Zaskakujące, że film potrafi przykuć uwagę już od pierwszych chwil. Ciężko mówić tu już o budzącej się fabule, można więc ten sukces zawdzięczać bardziej charakterowi całej produkcji. Świetnie wystylizowany, z pięknymi wnętrzami i cudowną muzyką. Świat sztuki przykuwa tutaj uwagę i zachwyca od samego początku, tak trwając... aż do ostatnich chwil i cudownych ujęć duńskich fiordów. Zachwycający!

Oryginalny tytuł: Carol | Reżyseria: Todd Haynes | Scenariusz: Phyllis Nagy | Obsada: Cate Blanchet, Rooney Mara, Sarah Paulson, Kyle Chandler, Jake Lacy, John Magaro | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Melodramat
Premiera: 17 maja 2015 (Świat) 04 marca 2016 (Polska)
Ocena: 5/10

     Twórca szanowanych filmów niezależnych i ukochanych seriali- Todd Haynes. Teraz wojuje świat swoją intymną produkcją tytułem „Carol”, której gwiazdy zdobywają uznanie całego świata. Film o kobietach, nie tylko dla kobiet, z cudowną Cate Blanchett w tytułowej roli.
     Młoda, ambitna sprzedawczyni z domu towarowego spotyka na swojej drodze piękną i wytworną damę szukającą prezentu dla swojej córki. Zwyczajna wymiana życzliwości przeradza się w niezwykłą przyjaźń, która z czasem staje się problematyczna dla męża kobiety. Spotkania odbywające się na przekór wszystkich i wszystkiego dają początki pięknej miłości, ale też masie problemów.
     Cudowna historia opowiedziana w niezwykle banalny i monotonny sposób. „Carol” to film, który jednych urzecze swoim klimatem, a innych zanudzi. Osobiście jestem w tej drugiej grupie, choć doceniam zarówno historię, jak i grę aktorską. Rodzące się uczucie pomiędzy dwiema kobietami, wszystko w otoczce skandalu, bo to przecież nie czas na homoseksualne związki- w końcu to lata 50te. Ten związek jest czymś co napędza problemy głównej bohaterki, bo w końcu zazdrosny mąż- wkrótce były, zrobi wszystko, aby zatrzymać ukochaną kobietę przy sobie. Dochodzi wobec tego do starć wewnątrz rodziny, kłótni o opiekę nad dzieckiem, bo przecież zasady moralne, itp. itd. Na tym etapie produkcja wydaje się być bardzo emocjonująca. Niestety, to jedyne takie chwile, bowiem uczucie, które połączyło Carol i Theresę jest całkowicie beznamiętne. Z uporem maniaka próbowałam wczuć się w te emocje, naprawdę przejąć się ich losem, może po prostu starałam się za bardzo, bo nie urzekło mnie to w żaden sposób. Nie kupiłam tego uczucia, które rzekomo połączyło Cate Blanchett i Rooney Marę. Jako dwie osobne persony tego filmu spisały się dobrze. Pierwsza ponownie zachwycała swoim wyglądem, swoim wizerunkiem prawdziwej damy- dobrze wychowanej i zawsze nienagannie ubranej. Druga z kolei to taka cicha myszka, która całkowicie zaginęła pod naporem tej pierwszej, choć coś dała dla całej produkcji. Niestety, we dwie zupełnie się nie sprawdziły, nie uczyniły tej historii na tyle wiarygodnej, aby móc się nią zachwycać- a szkoda. Tym, co natomiast powalało, to muzyka skomponowana Cartera Burwella. Cudowne brzmienia idealnie wypełniające te nużące chwile, dzięki której zostajemy odrobinę dłużej przy seansie, aby w trakcie napisów końcowych delektować się tymi dźwiękami. Może więc dobrze, że film odrobinę nudzi, dzięki temu można było skupić się na znakomitości Burwella. Obraz jest zdecydowanie zbyt monotonny, co jest bardzo dziwne, bo traktuje o ważnym temacie LGBT, pokazując go w bardzo subtelny sposób ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Dobrze ukazuje walkę o siebie w staroświeckim świecie. Niestety, wszystko podane w jakiś dziwny, bez emocjonalny sposób. A może to właśnie kwestia tego rzekomo urzekającego klimatu?

Oryginalny tytuł: Creed | Reżyseria: Ryan Coogler | Scenariusz: Ryan Coogler, Aaron Covington | Obsada: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson, Phylicia Rashad, Jacob 'Stitch' Duran, Tony Bellew, Ritchie Coster | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Sportowy
Premiera: 25 listopada 2015 (Świat) 08 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 7/10

     Młody reżyser o bardzo skromnym dorobku artystycznym. Wszyscy liczą na to, że kariera Ryana Cooglera dostanie prawdziwego kopa, po kontynuacji bokserskich przygód Rocky'ego Balboa o tytule „Creed: Narodziny legendy”.
     Legenda boksu spotyka potomka swojego, nieżyjącego już, najlepszego przyjaciela z ringu. Widząc jego zacięcie do walk postanawia pomóc mu w rozwoju umiejętności i sprawić, aby został tak wielką legendą, jak jego ojciec. W tym celu sam rozpoczyna trening chłopaka.
     Z jednej strony „Creed” to film przeznaczony dla fanów całej serii o Rocky'm Balboa. Wiele tutaj odniesień do poprzednich filmów, przede wszystkim z uwagi na wspominanie znaczących postaci, w tym także tej tytułowej... Apollo Creeda. Z drugiej zaś strony osoby, które nie znają dotychczasowych filmów nie będą czuły się pokrzywdzone niezrozumiałością fabuły, bowiem jest niezwykle prosta, choć niebanalna. Opowieść o młodym chłopaku wychowanym niemalże przez ulicę, który ma szansę zostać kimś. Pomimo tego, że chce być jak ojciec, to nie chce budować kariery na nazwisku swojego ojca- co się bardzo chwali. Wszystkie te nawiązania do przeszłości bohaterów, zarówno młodego Adonisa Creeda, jak i Rocky'ego nie porywają. Fabuła wlecze się niemiłosiernie i momentami mamy wrażenie, że śpimy z otwartymi oczami. Jednakże od pewnej chwili w końcu dostaje prawdziwego rozpędu. Napędza go wątek romantyczny, a także historia niezwykłej przyjaźni, która zaczyna łączyć dwójkę bohaterów. Szybko zapominamy więc o cieniach przeszłości, nie mających już znaczenia. Ostatecznie wszystko nabiera ogromnego tempa i nawet przeciwnicy walk bokserskich będą patrzyli w napięciu i z zafascynowaniem na poczynania młodego bohatera- to jest aż szokujące jak szybko zaczynamy się przejmować jego losami. Zasługa w tym Michaela B. Jordana. Nie, nie tego koszykarza, a aktora młodego pokolenia, który zdecydowanie się rehabilituje po wielkiej porażce z „Fantastycznej Czwórki”. Pokazuje się z ciekawej strony, dając obraz walecznego i odważnego człowieka z ambicjami. U jego boku Rocky Balboa, czyli nieśmiertelny Sylvester Stallone. Bardzo ciekawa rola, bardzo wszechstronna i przejmująca, ale czy kreacja warta jest Oscara? Tego dowiemy się już dzisiejszej nocy! Osobiście trzymam kciuki, gdyż byłoby to idealne uhonorowanie postaci Rocky'ego. Film ma szanse spodobać się każdemu, bo choć przewidywalny, to momentami potrafi zaskoczyć. Zresztą... kto nie chciałby zobaczyć Rocky'ego ponownie w akcji?

piątek, 26 lutego 2016

SZORTy #30: Big Short, Spotlight, Zjawa

Oryginalny tytuł: The Big Short | Reżyseria: Adam McKay | Scenariusz: Adam McKay, Charles Randolph | Obsada: Christian Bale, Steve Carell, Ryan Gosling, Brad Pitt, Melissa Leo, Hamish Linklater, John Magaro, Rafe Spall, Jeremy Strong, Finn Wittrock, Marisa Tomei | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 12 listopada 2015 (Świat) 01 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 6/10

      Twórca przeciętnych filmów komediowych wziął się za realizację bardzo poważnego tematu. Czy to humorystyczna przeszłość McKaya doprowadziła do nominacji jego najnowszego filmu „Big Short” do komedii na Złotych Globach? Na pewno nie tematyka, bo ciężko śmiać się z czegoś, co pozbawiło miliony ludzi pracy i domów.
     Prawdziwa historia odsłaniająca kulisy kryzysu finansowego w Stanach Zjednoczonych, który odbił się echem na całym świecie. Wzbogacili się na tym ludzie, którzy przewidzieli nadchodzącą zapaść na rynku nieruchomości, a miliony straciły wszystko.
     Miało być zabawnie? Cóż... wyszedł dość przeciętny film, w którym posługiwanie się fachowym językiem zrozumiałe jest jedynie dla nielicznych- chyba, że ktoś przed seansem przestudiował tematykę inwestycji i kryzysu finansowego w USA. Opowieść o tym, jak na nieszczęściu milionów ludzi wzbogaciła się garstka ludzi zwiastująca kryzys, przeprowadzająca transakcje krótkiej sprzedaży, tzw. szorty. Historia bardzo przewrotna, opowieść jak najbardziej ważna. Potraktowana odrobinę zbyt poważnie, pomimo tak wielu humorystycznych aspektów- jak chociażby osoby Jareda Vennetta, w tej roli niezbyt przekonujący Ryan Gosling, próbującej naśladować postać Jordana Belforda z „Wilka z Wall Street”, czy nawet Michaela Burry'ego granego przez dobrego Christiana Bale'a, z tym swoim luzackim stylem na „pójdę boso przez świat”. W samej historii nie ma nic zabawnego i nawet twórca tak drętwych komedii jak „Policja zastępcza” nie jest w stanie zmienić charakteru wydarzeń w Ameryce. Momentami obraz jest zdecydowanie zbyt chaotyczny. Przeładowany dialogami z fachowym słownictwem, które trafią jedynie do bardzo wąskiej grupy odbiorcy staje się jeszcze bardziej niezrozumiały, a przez to dość nużący. Pomimo tego, że próbuje się wyjaśniać podstawowe zwroty, to cały mechanizm ciężki jest do ogarnięcia w szczegółach. Ciekawa jest natomiast realizacja obrazu. Bardzo fajnie wygląda tutaj montaż, w szczególności, że wykorzystano archiwalne zdjęcia. Dodaje to pewnej prawdziwości i nadaje interesujący kształt całej produkcji. Czy jednak dla tych paru chwil warto zagłębiać się w ten tytuł? Z pewnością jest wiele innych filmów, które w bardziej zrozumiały sposób opisują początki kryzysu gospodarczego. „Big Short” może być zdecydowanie zbyt złożony dla człowieka, który nigdy nie miał styczności z funduszami inwestycyjnymi i nie zna pojęć oraz mechanizmów nimi rządzących. 
 
Oryginalny tytuł: Spotlight | Reżyseria: Tom McCarthy | Scenariusz: Tom McCarthy, Josh Singer | Obsada: Mark Ruffalo, Michael Keaton, Rachel McAdams, Liev Schreiber, John Slattery, Stanley Tucci, Brian d'Arcy James | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 03 września 2015 (Świat) 05 lutego 2016 (Polska)
Ocena: 7/10

Film, który porusza bardzo istotny temat. Film, który zasłużenie znalazł się w centrum zainteresowania krytyków. Niepozorny Tom McCarthy trochę stopuje dynamikę historii ukazanej w „Spotlight” i nie do końca musi tym trafić w gusta każdego.
Opierając się na jednej historii sprzed kilku miesięcy, dziennik bostoński trafia na jedną z największych afer w katolickim kościele. Badając sprawę jednego kapłana udaje im się dotrzeć do kilkudziesięciu przypadków molestowania dzieci przez dziesiątki księży w wielu miastach, na całym świecie- także w Polsce.
Takie opowieści zawsze będą oddziaływać na widza, zawsze będą zyskiwać uznanie, że ktoś odnajduje w sobie odwagę, aby je opowiadać! Tom McCarthy podejmuje się przedstawienia tematu, o którym słyszy się niemalże na każdym kroku- o ludziach, mężczyznach, którym społeczeństwo ufa bardziej niż komukolwiek, a którzy dopuszczają się straszliwych czynów. Już sam wątek molestowania dzieci jest druzgocący, a jak dołożymy do tego jeszcze akty pedofilii ze strony księży... brzmi jakby walił nam się cały świat na głowę a fundamenty naszej wiary legły w gruzach. To właśnie tym zajmowali się dziennikarze Spotlight z bostońskiego The Globe. Grupa ta dotarła do dokumentów utajnionych, do niemalże wszystkich ofiar molestowania i wyciągnęła wszystko na światło dzienne. Film pokazuje ich ciężką drogę do poznania prawdy, ale też- co zaskakujące, drogę do możliwości wykorzystania uzyskanych materiałów, obłożonej prawem, ale też niekiedy kaprysem wydawcy. „Spotlight” to nie tylko historia o ofiarach, ale przede wszystkim okrucieństwie ludzi, którzy dla pieniędzy byli w stanie zamieść sprawę pod dywan. W końcu jest to opowieść o ludziach dążących do prawdy, próbujących naprawić swoje błędy z przeszłości. To typowe dziennikarskie kino, z którym osobiście zawsze miałam problem. Zazwyczaj takie tytuły charakteryzują się pewną dynamiką i napięciem, tutaj wszystko zdecydowanie za bardzo się rozwleka. Ma to jednak swoje plusy, bo dzięki temu buduje się postaci Marka Ruffalo, Michaela Keatona i Rachel McAdams, którzy są swoich rolach zadowalający, ale tylko zadowalający. Film nie zachwyca, pomimo tego, że traktuje o ważnym temacie. Brak mu tego napięcia, ducha, który mógłby wzbudzić więcej emocji. Całość opowiedziana dość po macoszemu, po dziennikarsku, tak jakoś... na sucho.

Oryginalny tytuł: The Revenant | Reżyseria: Alejandro González Inárritu | Scenariusz: Alejandro González Inárritu, Mark L. Smith | Obsada: Leonadro DiCaprio, Tom Hardy, Domhnall Gleeson, Will Poulter, Forrest Goodluck, Paul Anderson | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Przygodowy
Premiera: 15 grudnia 2015 (Świat) 29 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 5/10

     Najgorzej, gdy człowiek widzi jakieś nazwisko sygnujące dany film- nazwisko reżysera, który został nagrodzony Oscarem, nazwisko wielkiego aktora, który wciąż nie został nim uhonorowany, w konsekwencji oczekując czegoś naprawdę pięknego. Ostatecznie okazuje się, że oczekiwania znacząco przerosły rzeczywistość i tak właśnie jest ze „Zjawą” od Inárritu.
     Główny bohater zostaje bardzo ciężko ranny w starciu z wielkim misiem grizzly. Jego towarzysze wyprawy robią wszystko co mogą, aby pomóc mu się wylizać z ran, jednakże ostatecznie porzucają go na pewną śmierć nie widząc perspektyw na jego przeżycie. Cudem udaje mu się przeżyć, przepełniony żądzą zemsty na tym, który pozostawił go na śmierć, a także zamordował mu syna.
     Sytuacje, kiedy człowiek spodziewa się naprawdę wiele po filmie, a dostaje jedną wielką figę z makiem zdarzają się bardzo często w kinie. Oczywiście, wszystko zależy od ludzkiej wrażliwości, ale przede wszystkim od tego jak twórcy zaprezentują nam dany temat. W „Zjawie” nie fascynuje historia, która niczym się nie wyróżnia. Mężczyzna przepełniony chęcią dokonania zemsty na człowieku, który zabił jego syna nie jest niczym niezwykłym w świecie kina. W szczególności, że tutaj zostaje to przedstawione w dość monotonny, wręcz nużący sposób, a jedyne co fascynuje to wielkie starcie głównego bohatera z wielkim misiaczkiem- scena trwa dobrych kilka minut, przepełniona jest brutalnością i wywołuje najwięcej emocji. Szkoda, że takich scen nie ma o wiele więcej, może dałoby to fajnego kopa produkcji, bo tak to jedynie filozoficzny twór, który nie trafia do każdego. W tym obrazie stare powiedzenie „Zemsta najlepiej smakuje na zimno.” zyskuje nowy, dosłowny wymiar. Wszystko za sprawą rewelacyjnej scenografii i cudownych zdjęć Emmanuela Lubezkiego, który dwa lata z rzędu nagrodzony został Oscarem za swoją pracę. Czy ponownie odniesie sukces? O tym przekonamy się już w nocy z niedzieli na poniedziałek, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że tym co zrobił dla „Zjawy” swoimi ujęciami przy wykorzystaniu naturalnego światła pozamiatał konkurencję. Dzięki niemu obraz zyskał na autentyczności, czyniąc go jego największym- jeżeli nie jedynym atutem. Można by spodziewać się, że to Leonardo DiCaprio będzie mocną, najmocniejszą stroną filmu. Niestety, całe jego aktorstwo opierało się na tarzaniu się po ziemi i wydawaniu jęków agonii. Nie jest to oscarowa rola, nie tym razem. Już lepiej skupić uwagę na mroczniejszych charakterach tego przedsięwzięcia, jak Tom Hardy, bo chyba tylko dzięki niemu nie dało się zasnąć z nudów.

czwartek, 4 lutego 2016

1201. Nienawistna ósemka, reż. Quentin Tarantino

      Reklamuje się go jako ósmy film samego mistrza, Quentina Tarantino. Sam twórca zapowiada, że po zakończeniu produkcji „Nienawistna ósemka” powstaną jeszcze jedynie dwa jego obrazy. Po gangsterskich porachunkach, po powrocie do wojennej przeszłości, po historiach o niewolnictwie, w których to wydobywał wszystko co najlepsze z obsady, przyszedł czas na nienawistnych westernowych bohaterów, którzy to nie zachwycają tak jak poprzednicy.
      Zbliża się zamieć śnieżna. Pomiędzy zaspami przemieszcza się dyliżans, którego celem jest dotarcie do Red Rock. W pojeździe tym jeden z najsłynniejszych łowców głów, John „Szubienica” Roth (Kurt Russell) a wraz z nim kobieta, za którą ma dostać 10 tysięcy dolarów. Na jego drodze staje inny sławetny łowca- Major Marquis Warren (Samuel L. Jackson), którego koń padł trupem z wycieńczenia, a do przewozu wciąż pozostało trzech martwych poszukiwanych. Chcąc schronić się przed trudnymi warunkami pogodowymi trafiają do Pasmanterii Minnie i tym sposobem wplatają się w nieoczekiwane, bardzo krwawe wydarzenia.
       Filmy Quentina Tarantino zawsze są przynajmniej dobre (choć osobiście doczepiłam się do „Kill Billa 2”). Jego passa trwa od wielu lat, bez względu na to, czy tworzy produkcje pełnometrażowe, czy krótkie obrazy. Ten człowiek sprawdza się zarówno w scenariuszach, w reżyserii, czy jako aktor- choć w tej ostatniej roli widujemy go niezwykle krótko. Cóż więc jest nie tak z „Nienawistną ósemką”, która pomimo swojej rewelacyjności w ogóle nie zachwyca, tak jak poprzednie tytuły? Oglądanie dotychczasowych filmów było prawdziwą przyjemnością, natomiast w tym przypadku... na pewnym etapie stało się męczarnią ciężką do przejścia. 
Jest przecież genialna historia, choć obłożona dość dziwnymi rozwiązaniami nawiązującymi m.in. do kingowego „Łowcy snów”. Momentami pojawia się zamiłowanie Tarantino do krwistych steków, rozlewu krwi i tak absurdalnych scen, jak chociażby wizualizacja spotkania Warrena z synem generała Smithersa, gdzie wciąż nie wiem, czy było to na serio, czy stanowiło jakiś wulgarny żart scenarzysty. Momentami jest faktycznie zabawnie i jest to miejsce na humor wywołujący salwę śmiechu na sali- bo przecież trudno się nie ryknąć śmiechem na widok każdego przyłożenia serwowanego Daisy, a przede wszystkim ciągu wydarzeń z dyliżansu zapoczątkowanego przez list. Momentami obraz wlecze się niemiłosiernie, zdecydowanie przynudzając, ale dając tym samym sposobność skupienia się na dialogach, a nie ma co ukrywać są one rewelacyjne. W tej kwestii Tarantino jest niemalże mistrzem, bo cóż z tego, że obraz jest w większości przegadany, skoro dyskusje bohaterów są niezwykle interesujące i tak świetnie nakręcają klimat...
     … klimat tak bardzo mroźny i surowy! Cudowne zdjęcia Richardsona, rewelacyjnych plenerów, gdzie śniegu mamy po kolana. To jedyny w moim życiu western, w którym więcej jest z syberyjskich mrozów niż pustynnego słońca. Jednakże to co najważniejsze jest w nim zachowane. Zimowa opowieść jest jak najbardziej w porządku, gdyż idealnie podsyca napięcie w tym filmie. Świetnie sprawia się tutaj charakteryzacja postaci, a Samuel L. Jackson ma chyba najfajniejszy kubraczek ze wszystkich. Brawo! Co tutaj jednak porywa najbardziej? Oj, zdecydowanie muzyka skomponowana przez świetnego Ennio Morricone. Ten człowiek jest po prostu niesamowity. Współpracował już z Tarantino przy okazji „Bękartów wojny”, wtedy jakoś pominięto go przy wszystkich możliwych muzycznych nominacjach do nagród. Teraz znowu ma szansę zabłysnąć, Złoty Glob już zgarnął i całkowicie zasłużenie. Motyw przewodni po prostu zwala z nóg! Tyle w nim nienawiści, że to aż boli. Reszta ścieżki muzycznej nie pozostaje na przeciętnym poziomie. Innymi słowy, film Quentina tym razem zachwyca również i muzycznie. 
      Świetne w tej produkcji jest to, że mistrzu angażuje do filmu same gwiazdy. Z Samuelem L. Jacksonem współpracował nie pierwszy raz, a człowiek ten po prostu... był całym tym filmem. Każda scena, która skupiała się na jego personie była rewelacyjna. Grał całym sobą, nie tylko ciałem, nie tylko głosem, ale również i własną twarzą. Stworzył naprawdę przekonującą i mocno zadziorną postać, której ciężko było nie polubić. To chyba kwestia poczucia humoru i inteligencji, bo tych rzeczy mu nie brakowało. Bardzo dobrze sprawował się on w duecie z Kurtem Russellem. Ten jako Szubienica zachwycał z każdą chwilą coraz bardziej. Mocno zaczął i równie mocno skończył. Aż trudno było poznać w nim słabo wyróżniającego się dotychczas Russella. Tym razem zabłysnął, niczym nowo rodząca się gwiazda. A z każdym przyłożeniem w stronę Jennifer Jason Leigh zyskiwał sympatię widza. Ta z kolei równie krnąbrna jak i reszta załogi. Intrygowała swoją osobą od pierwszej chwili, kiedy ujrzeliśmy ją na ekranie. Przywitała nas wielkim limem pod okiem i rasistowskim dowcipem, rozbrajając, choć też nie zyskując sympatii. Dobra rola, ale czy na miarę Oscara, do którego została wytypowana? Wątpliwe. Z tej obsady nagroda bardziej należy się Jacksonowi, ale niestety nie jest on kobietą, a w jego kategorii wszystkie typy już obsadzone. 
       Szkoda, że podsumowując osiągnięcie Quentina Tarantino, jakim jest „Nienawistna ósemka”, nie można użyć słowa „arcydzieło”. Szkoda, bowiem film miał świetne przesłanki, aby się nim stać. Tarantino napisał bardzo ciekawą historię, dołożył do tego genialne dialogi, stworzył w tym wszystkim pewnego rodzaju tajemniczość i udało mu się zbudować dobre napięcie. Angażując rewelacyjnych aktorów, uwydatniając w filmie ich największe walory i skupiając swoją uwagę na genialnym Samuelu L. Jacksonie również nie popełnił błędu. Do tego mamy niesamowity klimat, tak mroźnego filmu nie było od czasu „Everestu”. Co więc tutaj nie gra? Prawdopodobnie to, że sam twórca niepokornie wychwalał swój film wniebogłosy, podczas gdy obraz choć bardzo dobry- nie powala. 
 
Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: The Hateful Eight / Reżyseria: Quentin Tarantino / Scenariusz: Quentin Tarantino / Zdjęcia: Robert Richardson / Muzyka: Ennio Morricone / Obsada: Samuel L. Jackson, Kurt Russell, Jennifer Jason Leigh, Walton Goggins, Demián Bichir, Tim Roth, Michael Madsen, Bruce Dern, James Parks, Channing Tatum / Kraj: USA / Gatunek: Western
Premiera: 07 grudnia 2015 (Świat) 15 stycznia 2016 (Polska)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

SZORTy #29: W głowie się nie mieści, Anomalisa, Marnie. Przyjaciółka ze snów

 
Oryginalny tytuł: Inside Out | Reżyseria: Pete Docter | Scenariusz: Pete Docter, Meg LeFauve, Josh Cooley | Dubbing polski: Małgorzata Socha, Kinga Preis, Maja Ostaszewska, Cezary Pazura, Szymon Kuśmider, Michał Piela | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Fantasy, Komedia
Premiera: 18 maja 2015 (Świat) 01 lipca 2015 (Polska)
Ocena: 7/10

      Kolejna animacja stworzona przez Disneya we współpracy z Pixarem. Mająca zadatki na laureata Oscara i pewnie ta teoria stanie się rzeczywistością. „W głowie się nie mieści” to interesujący tytuł o ciekawym pomyśle, ale nie do końca udanej realizacji.
     Na świat przychodzi mała dziewczynka, będąca spełnieniem marzeń swoich rodziców. Wraz z pierwszą myślą w jej głowie kreuje się Radość. Za nią idą Smutek, Odraza, Strach i Gniew, które wspólnymi siłami będą starały się stworzyć niepowtarzalną osobowość dziewczynki. Do chwili, kiedy przychodzi zaskoczenie- przeprowadzka, a wraz z nią burza emocji.
     Już na poziomie zwiastuna można było stwierdzić, że najnowsza produkcja Pete Doctera będzie czymś nadzwyczajnym. Personifikacja naszych własnych emocji sterujących naszym życiem prosto z panelu starowania umiejscowionego w naszej głowie, nie ma chyba bardziej śmiałej rzeczy. Jednakże porwanie się na taką koncepcję pociąga za sobą pewne komplikacje, które rozwiązane w zły sposób mogą zniszczyć klimat filmu. Twórcy utknęli gdzieś pomiędzy, bowiem film o emocjach stał się dla nich jak gdyby usprawiedliwieniem dla zabawiania się uczuciami widza. Często wygląda to na zwykłe wymuszanie ludzkich odruchów zamiast pozwolenie im na życie własnym życiem. Może to być efektem oczywiście ulokowania centrum akcji w głowie młodej dziewczyny, która przechodzi prawdziwie dramatyczne chwile. Oczywistym jest więc, że takie traumatyczne wydarzenie będzie skutkowało takimi a nie innymi zawieruchami. Ciekawym pomysłem jest stworzenie ludzkich wspomnień, a także ich wpływ na naszą osobowość, czy też odkładanie ich w pamięci długotrwałej, które po czasie będą zanikać. Lepiej nie dało się zaprezentować mechanizmu działania ludzkiego umysłu. Świetny jest również morał historii, a także postać Smutku- o dziwo. Jest chyba jedną z najbardziej zaskakujących i niewinnych w całym obrazie. Niestety, wszystkie zapychacze pomiędzy są dość słabo poprowadzone, zdecydowanie zbyt spokojnie, zbyt nijako, przez co na pewnym etapie zaczynamy się nudzić. Tak nie powinno być, bo taki tytuł powinien wzbudzać jak najwięcej emocji i nie tylko powodować powodzie łez, ale przede wszystkim dostarczać humoru! Tak się, niestety, nie dzieje. Jak na produkcję dla młodych, ma zdecydowanie za bardzo poważny charakter. Przez to nie znajdzie się w mojej dziesiątce ulubionych filmów Disneya i pewnie u innych również niekoniecznie.

Oryginalny tytuł: Anomalisa | Reżyseria: Duke Johnson, Charlie Kaufman | Scenariusz: Charlie Kaufman | Obsada: David Thewlis, Jennifer Jason Leigh, Tom Noonan | Kraj: USA | Gatunek: Animacja, Dramat
Premiera: 04 września 2015 (Świat) 22 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 7/10

     Człowiek, który stworzył dość nietypowy film „Być jak John Malkovich” ponownie wraca do gry. Wraz z Dukiem Johnsonem zrealizował niezwykły obraz o tytule „Anomalisa”, który utrzymany jest w jego koncepcji, a przy okazji został uznany przez krytyków filmowych otrzymując nominacje do najlepszej animacji roku.
     Film opowiada historię specjalisty od marketingu, którzy przyjeżdża do Cincinnati, aby wziąć udział w konferencji. Zatrzymuje się w hotelu, w którym to doświadcza dziwnej anomalii ujawniającej jego problemy.
     Bardzo osobliwy film o bardzo osobliwym tytule. „Anomalisę” można interpretować na wiele sposobów, a wszystko zależy od osobistej wrażliwości każdego z odbiorców. Mężczyzna, osamotniony wśród tłumu, ale specjalista w swojej dziedzinie. Liczy na małe wakacje od monotonnej codzienności, a także i rodziny. Ten mały wypoczynek ma stanowić próbę regeneracji akumulatorów, ale zamiast tego staje się specyficznym wydarzeniem w jego życiu uwidaczniającym jego problemy. Tutaj uwydatniające się przez zastosowanie jednego głodu dubbingowanego do niemalże każdej postaci. Każdy jeden człowiek wydaje się być tą samą osobą, a osobniki z hotelu sprawiają wrażenie, jakby jego osoba znajdowała się w centrum uwagi. Oczywiście, znajomą ma twarz, rozpoznawalną- jako pisarz i mówca, ale tu zdecydowanie chodzi o coś więcej. Ciężko jest do końca zrozumieć zamysł twórców, bardzo łatwo jest pogubić się w logice tego filmu. Nie oznacza to jednak, że jest to złe- wręcz przeciwnie. Fabuła dotyka istotnych problemów, które dotyczą każdego z nas, więc nie trudno jest się utożsamiać z głównym bohaterem. W końcu wielu ludzi zakłada maski każdego dnia, choć tutaj jest to zaprezentowane mocno nad wyraz- jeszcze bardziej trafiając w serce widza. Animacja jest naprawdę niesamowita, tworzy niesamowity klimat, niczym z pogranicza jawy i snu. Przyjemnie się na to patrzy, w szczególności, że nawet nie próbuje być idealna w swojej płynności i tempie. Całość spełnia swoje zadanie, skupia na sobie uwagę widza, który zaintrygowany zostaje formą produkcji, a także samą opowieścią.

Oryginalny tytuł: Omoide no Marnie | Reżyseria: Hiromasa Yonebayashi | Scenariusz: Hiromasa Yonebayashi, Keiko Niwa, Masashi Ando | Obsada: Sara Takatsuki, Kasumi Arimura, Nanako Matsushima, Susumu Terajima, Hitomi Kuroki | Kraj: Japonia | Gatunek: Anime, Dramat
Premiera: 19 lipca 2014 (Świat) 22 października 2015 (Polska)
Ocena: 8/10

     Studio Ghibli wciąż jest w dobrej formie. Tak dobrej, że najnowszy film z tej japońskiej wytwórni „Marnie. Przyjaciółka ze snów” została nominowana do statuetki oscarowej za najlepszą animację roku. Dziwne? Niekoniecznie!
     Mała dziewczynka straciła rodziców, a potem babcię, która opiekowała się po ich śmierci. Trafia do rodziny, która wysyła ją do małego miasteczka na wakacje. Tam nawiązuje bliską przyjaźń z dziewczynką zamieszkującą uroczą posiadłość na mokradłach.
    Filmy animowane od japońskiego studia Ghibli są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej urokliwych jakie tylko mogły przypłynąć ze wschodu. Produkcja Yonebayashiego nie stanowi wyjątku. Ten reżyser i scenarzysta tworzy niebanalną opowieść podszytą ludzkim cierpieniem, a także odrobiną tajemniczości i magii. Pomiędzy jawą i snem naznaczona jest tak cienka granica, że trudno jest je rozgraniczyć. Ta niemożność zarówno po stronie widza, jak i samej bohaterki stanowi jej swoistą ucieczkę od przeciwności życia codziennego. Na swój sposób sytuacja Anny jest bardzo przejmująca, choć to właśnie z Marnie jesteśmy w stanie bardziej się zżyć z uwagi na problematykę tej postaci. W ich znajomości następuje niesamowity obrót, co na pewien sposób porusza najwrażliwsze struny widza. Dziwne zachowanie Anny nadaje tej postaci autentyczności, ale to co również w niej fascynuje, to jej osobliwy wygląd. Nie jest typową Japoneczką, co może wskazywać na odmienne korzenie. Co prawda, pod tym względem jeszcze bardziej zachwycać będzie Marnie. To na tych postaciach skupia się najwięcej naszej uwagi, więc dopracowane zostały w każdym szczególne. Animacja jest po prostu cudowna, trudno jest oderwać od nich wzrok. No i ten nadmorski klimat... piękno samo w sobie. Cała produkcja przesycona jest kolorami- żywymi, ale nie jaskrawymi. Ma w sobie bardzo dużo naturalności. Film Yonebayashiego jest jednym z najlepszych jakie mogło wydać Studio Ghiblii. Za niekwestionowanym jego sukcesem stoi nie tylko świetna historia, ale przede wszystkim jej realizacja, która zachwyca, wzrusza i wypełnia serce ciepłem.

czwartek, 21 stycznia 2016

SZORTy #28: Most szpiegów, Pokój, Brooklyn

Oryginalny tytuł: Bridge of Spies | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Matt Charman, Ethan Coen, Joel Coen | Obsada: Tom Hanks, Mark Rylance, Scott Shepherd, Amy Ryan, Sebastian Koch, Alan Alda, Austin Stowell, Will Rogers | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 04 października 2015 (Świat) 27 listopada 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Steven Spielberg jest jednym z najbardziej wszechstronnych twórców współczesnego kina. Jego produkcje to różnorodna tematyka- począwszy od dinozaurów, przez animację, a na wojennych obrazach kończąc. W klimacie tego ostatniego znajduje się jego najnowszy twór, doceniany przez krytyków „Most szpiegów”.
    Czasy Zimnej Wojny. Amerykański prawnik staje w obronie człowieka oskarżonego o szpiegostwo. Kiedy przegrywa sprawę dostaje tajną misję od CIA wymiany skazanego za przetrzymywanego w ZSRR amerykańskiego pilota.
     Nie wstydzę się mówić o tym głośno. W moim odczuciu „Most szpiegów” jest chyba najnudniejszym filmem Spielberga, jakie miałam okazję oglądać w swoim krótkim życiu. Oczywiście, kwestią może być też to, że filmy szpiegowskie, usytuowane w okresie Zimnej Wojny, nigdy szczególnie mnie nie fascynowały- nawet te z gatunku komedii. Trudno więc oczekiwać, że w większości przegadany film, opierający swoją fabułę na wymianie jeńców zrobi na mnie spektakularne wrażenie. Jest to obraz bardzo monotonny. Jego prostolinijność i statyczność jest tak koszmarnie nużąca, że cały seans ciągnie się w nieskończoność. Jedyne czego nie można mu odmówić, to niesamowity klimat. W większości ukształtowany zostaje przez surową, momentami bardzo mroźną scenerię. Mroczne zdjęcia berlińskich i wrocławskich uliczek, zrealizowane przez naszego rodaka i ulubionego operatora Spielberga- Janusza Kamińskiego, dodają uroku, a także enigmatyczności całemu obrazowi. Do tego dochodzą jeszcze wspaniałe kompozycje utworzone przez Thomasa Newmana. Sami mistrzowie w takim przeciętnym filmie, to aż boli. W szczególności, gdy pod uwagę weźmiemy również Toma Hanksa, który świetnie spisuje się na ekranie. Zdecydowanie jest to bardziej film dla ludzi gustujących w podobnych klimatach, dla innych- choć docenią oni dobry poziom obrazu, całość będzie zdecydowanie zbyt flegmatyczna, ale piękna.

Oryginalny tytuł: Room | Reżyseria: Lenny Abrahamson | Scenariusz: Emma Donoghue | Obsada: Brie Larson, Jacob Tremblay, Joan Allen, Sean Bridgers, Willam H. Macy, Amanda Brugel, Cas Anvar | Kraj: Irlandia | Gatunek: Dramat
Premiera: 04 września 2015 (Świat) 26 lutego 2016 (Polska)
Ocena: 8/10

      Twórca przebojowego „Franka”- Lenny Abrahamson, tworzy niesamowicie klimatyczny film, który może przysporzyć mu Oscara w kilku kategoriach. „Pokój” będący ekranizacją powieści Emmy Donoghue, która stworzyła scenariusz filmu zbiera uznanie krytyków całego świata.
     Pięcioletni chłopiec od początku swojego życia mieszka ze swoją matką w małym pokoju. Dopiero po jego piątych urodzinach kobieta uzmysławia mu, że te cztery ściany nie są całym światem, a jedynie miejscem, w którym zostali zamknięci.
      Wydawałoby się, że film jest raczej niepozorny, a przynajmniej tak się zaczyna. Matka, syn, jeden pokój, co w tym nienormalnego? No cóż, gdyby to było więzienie, to faktycznie... całkiem normalna rzecz, ale cztery ściany sprawiają wrażenie najtańszego mieszkania jakie człowiek widziałby w świecie. Zastanawiające jest jednak zamknięcie i historie, którymi matka darzy swojego synka, wyglądającego jak dziewczynka. Wkrótce jednak poznajemy okrutną prawdę i towarzyszymy bohaterom w dążeniu do zmian. Desperackie posunięcia sprawiają, że ciężko jest nie wstrzymać oddechu i wyczekiwać w napięciu, jak rozwinie się sytuacja. Kiedy jednak mamy teoretyczny finisz, a tu się okazuje, że minęła dopiero połowa filmu szybko uzmysławiamy sobie, to co oczywiste. Twórcy postanowią skupić się na wydarzeniach po i tym jak zamknięcie w tytułowym Pokoju odmieniło ich psychikę. W szczególności Joy, bo to w końcu ona siedziała tam najdłużej, ale też i małego Jacka, który całe swoje dzieciństwo spędził w odosobnieniu mając u swojego boku jedynie własną matkę i to 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Takie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na człowieka i właśnie na próbie przeanalizowania, a także pomocy ofiarom koncentruje się reszta filmu. Tu już robi się bardziej dramatycznie, ale na swój sposób napełnia to również nadzieją i optymizmem. Twórcom udało się stworzyć klaustrofobiczne otoczenie, mocno obezwładniające, ale też mogli bardziej poszaleć przy otwartej przestrzeni. Nie mniej, dzięki Brie Larson i jej filmowemu synkowi Jacobowi Trembley'owi udało się zrobić bardzo emocjonujący, zajmujący, ale przede wszystkim wstrząsający i wciągający film.

Oryginalny tytuł: Brooklyn | Reżyseria: John Crowley | Scenariusz: Nick Hornby | Obsada: Saoirse Ronan, Emory Cohen, Domhnall Gleeson, Jim Broadbent, Julie Walters, Jane Brennan | Kraj: Wielka Brytania, Kanada, Irlandia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 16 kwietnia 1988 (Świat) 24 stycznia 2014 (Polska)
Ocena: 6/10

      Większość zapewne uwielbia Crowleya za to, że dał im wspaniałego „Detektywa”. Inni usłyszą o nim dopiero przy okazji najnowszego i bardzo klimatycznego filmu pełnometrażowego o tytule „Brooklyn”, którym zdobył serca krytyków.
     Młoda kobieta postanawia opuścić swoją rodzimą Irlandię i wyrusza przez ocean, aby rozpocząć nowe życie. Przybywa do Brooklynu, gdzie lokum i pracę znalazł jej zaprzyjaźniony pastor. Tęsknota za domem nie przeszkadza jej jednak w odnalezieniu szczęścia.
     Bardzo banalna opowieść, taka jakich wiele jest w dzisiejszej kinematografii. Migracje i tęsknota za domem nie jest już niczym nowym, ale oczywiście można ją opowiedzieć w zupełnie inny sposób. Tutaj młoda kobieta rozwija swoją karierę, rozpoczynając pracę w Nowym Jorku jako sprzedawczyni, a kończy zdecydowanie wyżej. Poznaje miłość życia i to wokół jej emocji toczy się cała akcja tej niezwykłej produkcji. Tragiczne wydarzenie sprawia, że musi powrócić w rodzinne strony, a tam jej uczuciami zachwieje inny człek. A przynajmniej, tak by się wydawało. Dziewczyna będzie musiała dokonywać wyborów, ale przede wszystkim stawiać czoła wścibskim oczom i szeroko rozwartym uszom, bez względu na to, jak bardzo będzie chciała być oparciem dla swojej samotnej matki. W dość zakamuflowany sposób prezentuje się trudy życia w Irlandii w latach 50-tych. W zasadzie nie uwydatnia się tego w żaden zaskakujący, czy przejmujący sposób- a szkoda, bo może nabrałoby to większego wyrazu i byłoby bardziej emocjonująco. Wszystko jednak koncentruje się na młodej Ellis i jej rozterkach. Dobra rola Saoirse Ronan, choć momentami wygląda dość posągowo i nazbyt poważnie. Na pewno nie można odmówić produkcji klimatu. Jest to autentycznie śliczny obraz, z barwnymi kreacjami, wspaniałymi plenerami i ślicznymi zdjęciami. Ma to swój urok, który świetnie podkreśla fabułę. Całość ładnie się ze sobą komponuje, aczkolwiek produkcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, a fabuła za mało porywająca, aby udało się zapamiętać film na dłużej.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

1198. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy, reż. J.J. Abrams

     Pierwsze dźwięki klasycznego utworu skomponowanego przez Johna Williamsa, żółte napisy wjeżdżające na ekran, ale przede wszystkim gromkie brawa na sali. Wszystko to dla powracającego po latach wielkiego tytułu, który zna każdy kinoman- chociażby ze słyszenia. Za kontynuację fantastycznej sagi wziął się sam J.J. Abrams, który kolejny raz zaskakuje i sprawia, że nie tylko on sam poczuł przebudzenie mocy, ale poczuli to również i fani. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” to zdecydowanie jeden z największych, o ile nie największych filmów tego roku, który pozostawia widza z efektem WOW!
Źródło: Starwars.com
     Darth Vader został pokonany, choć po trzydziestu latach Najwyższy Porządek władany ciemną stroną mocy sieje postrach w całej galaktyce za sprawą zamaskowanego Kylo Rena (Adam Driver). Przeciwko niemu staje Ruch Oporu, którego generałem jest sama księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher). Aby przywrócić równowagę mocy zawzięcie poszukuje swojego brata- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), który zaginął bez śladu. W tym celu wysyła swojego najlepszego pilota (Oscar Isaac) mającego znaleźć miejsce jego pobytu. Kiedy zostaje schwytany przez wroga z pomocą przychodzi mu zbuntowany szturmowiec (John Boyega), który najbardziej w świecie chce wyrwać się spod tyranii ciemnej strony mocy. Podczas ucieczki trafia na planetę Jakku, gdzie spotyka niezwykłą dziewczynę imieniem Rey (Daisy Ridley), a przy niej poszukiwanego przez wszystkich robota BB-8, któremu pilot przekazał mapę.
     Kiedy dwa miesiące temu przez internety przeszła informacja o przedsprzedaży biletów w siódmą część sagi „Gwiezdne wojny” bilety rozeszły się w rekordowym tempie! W weekend otwarcia film zarobił więcej niż „Jurassic World”, czy kolejna odsłona „Avengersów”. Nie ma dziwne, w końcu na ten film fani czekali od dekady! Czy świeże spojrzenie Abramsa sprostało ich oczekiwaniom? Tutaj opinie są podzielone. Pewne jest natomiast to, że kultowa saga powraca w wielkim stylu, w dodatku w trójwymiarze (!), całkowicie wykupując się z porażki drugiej trylogii. 
Źródło: Starwars.com
     Wielu narzeka na wtórność fabuły, do której ja osobiście nie mam zamiaru się przyczepiać, bo oczywiście- w przeciwieństwie do niektórych, nie nadrabiałam wcześniejszych filmów przed seansem „Przebudzenia mocy”. Można by się z pewnością przyczepić do motywu przewodniego fabuły, gdzie całość kręci się według podstawowego pytania „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. To pytanie zadawaliśmy sobie nie tylko przed seansem- bo nie pokazywał się w żadnych materiałach promocyjnych, a także przez cały seans. Bohaterowie oczywiście namiętnie nam przypominają, że to jego szukają przez cały film, bo szczęśliwie, gdzieś pomiędzy wspaniałą akcją zapominamy o tym, jakże istotnym, elemencie. Zapominamy tak szybko, że w zasadzie u finału wpada nam do głowy myśl, czy Ruch Oporu nie będzie go szukał czasem przez całą nową trylogię. To oczywiście byłoby totalnie głupim zagraniem, ale cóż... nie całkiem nieprawdopodobnym. Banalność tego wątku jest jednak dość irytująca i mamy nadzieję, że nie będzie to bazą całej produkcji.
     No i nie mylimy się. W końcu mamy tutaj nie tylko poszukiwania Skywalkera, ale także i całą masę pobocznej akcji, wśród których króluje kolejne pytanie stawiane przez Abramsa „Kim do cholewki jasnej jest Rey?!”. Postać bardzo enigmatyczna, o której praktycznie nic nie wiadomo, a której wątek nie rozwiązuje się wraz z końcem filmu. Można mieć pewne podejrzenia i oczywiście w sieci już krążą teorie spiskowe, co do jej pochodzenia. Dodatkowo jest to dziewczyna, która w trakcie zwiastuna sprawia wrażenie całkowicie nijakiej potrafi świetnie zaskoczyć! Daisy Ridley zdecydowanie za bardzo przypomina Keirę Knightley, można nawet stwierdzić, że to jej takie kosmiczne alter ego, bo nie dość, że wygląd to jeszcze brzmienie głosu wraz z akcentem, no i oczywiście ta lekkość w obyciu. Ostatecznie okazuje się być bardzo interesującą postacią, która świetnie prezentuje się na ekranie niemalże z każdym, począwszy od BB-8, przez Finna, na Hanie Solo skończywszy. Jednakże to właśnie z tym drugim tworzy genialny, komediowy duet. Interakcja między nimi jest tak fascynująca, że szybko wywróżyć można im wspólną przyszłość. Finn jako jednostka jest nie mniej frapujący. Od początku widać jego wewnętrzny konflikt, co do przynależności do rzeszy Szturmowców i ich poczynań. Ostatecznie się odłącza i chce się schować w najciemniejszych czeluściach galaktyki! Zdecydowanie za szybko nawiązuje się nić przyjaźni pomiędzy nim a Poe (Oscar Isaac), no ale taka to najwyraźniej jest męska solidarność. 
Źródło: Starwars.com
     Twórcy zrobili coś naprawdę niezwykłego z tym filmem. Czy był ktoś na sali kinowej kto nie wzruszył się pojawieniem się Hana i Chewbacci na Sokole Millenium? Cała sekwencja była chyba najgenialniejszą z całego filmu! Uczucie sentymentu powróciło, a łezka kręciła się na ponowne spotkanie z Hanem, Leią i Chewbaccą. No dobra... z Leią może mniej, bo wciąż pozostaje najbardziej nijaką w całej sadze. Jednakże dwójka z Sokoła... twórcy najzabawniejszych wymian zdań w filmie. Oczywiście poza bieganiem za rączkę Rey z Finnem, czy wymiany kciuków „Lubię to!” pomiędzy Finnem i BB-8- na czego widok cała sala wybuchła śmiechem i od razu zadurzyła się w tym kulistym robociku. Wookie po raz pierwszy miał baaardzo rozbudowane kwestie. Rozgadał się niesamowicie, a jego reakcje były tak realistyczne, że trudno było nie przeżywać wraz z nim! Trzeba przyznać, że „Przebudzenie mocy” ubarwione zostaje tym niezwykle subtelnym i lekkim poczuciem humoru.
     Ciemna strona mocy to coś, co zawsze mocno podkreślano w poprzednich filmach. A to Lord Vader, a to Anakin Skywalker, o którym chcemy zapomnieć ze wzgląd na tragicznego Haydena Christensena... Teraz, w nowej trylogii według Abramsa, mamy godnego zastępcę- Kylo Rena. Postać tak bardzo kontrowersyjna bowiem jeszcze młoda, nie przesiąknięta na wskroś złem, choć niektóre jego wybory... nie szokują co prawda, ale wciąż zawodzą! Kylo to przykład postaci, która całą swoją grozę kryje w masce, helmecie, który tak bardzo przypomina vaderowski czepiec. Ten zmodyfikowany głos, te wszystkie ruchy, to panowanie nad mocą i ten świetlisty miecz, z którego śmiano się już na etapie pierwszego zwiastuna, jaki pojawił się w sieci. Wszystko to sprawia, że ma szansę stać się wielkim czarnym charakterem na miarę Dartha Vadera. 
Źródło: Starwars.com
Tak przynajmniej się wydaje do chwili, kiedy się go uczłowiecza, czyli do momentu kiedy ściąga swoją maskę i tak objawia się nam zupełnie nijakie, młodzieńcze oblicze Adama Drivera. No i jeszcze to całkowicie banalne i nie siejące grozy imię... Z drugiej strony można zrozumieć taki sposób prezentacji jego osoby, z uwagi na jego całkowite rozdarcie pomiędzy dobrem i złem. Nie jest to do końca czarny charakter, przynajmniej jeszcze nie teraz, widać, że targają nim młodociane problemy psychiczne i w sumie fajne jest to, że zarówno Driver, jak i twórcy starają się tak urzeczywistnić tę postać. Dla mnie jednak Kylo Ren pozostanie idealny tylko w masce i od piątkowego seansu staram się wyprzeć z pamięci fakt, że w ogóle zdjął maskę! 
     Skoro ciemna strona mocy, to oczywiście Najwyższy Porządek i wszelkie próby przejęcia władzy nad galaktyką, choć tak naprawdę całość uwagi skupia się na odnalezieniu Luke'a Skywalkera, bo wiadomo- zagrożenie, które przesądzić może o wyniku wielkiej wojny! Z tego też powodu dochodzi do najrozmaitszych scen walk- czy to w małej skali na miecze świetlne, czy z prawdziwym rozmachem pod postacią strzelanek międzygwiezdnych. Wszystko bardzo dynamiczne, nie dające się nudzić ani przez chwilę. Z napięciem obserwujemy ataki wroga, z przerażeniem spoglądamy na te niesamowicie cudowne zdjęcia z walk, bo nie ulega wątpliwości, że pod względem efektów film ten robi spektakularne wrażenie. W szczególności jak ogląda się to wszystko w IMAX. Wszystko jest takie duże, tak idealnie wypieszczone, przez co film wchodzi na całkiem nowy level wykonania. Zapomnijcie o karykaturalnych robocikach z drugiej trylogii, teraz mamy cudownego BB-8, który bije na łeb na szyje zarówno R2D2, jak i C3PO. Zapomnijcie o dziwacznym Jar-Jar Binksie, którego wielu znienawidziło, bo teraz mamy przeuroczą starowinkę w wielkich goglach Maz Kanatę. I choć oczywistym jest, że grafika komputerowa to zapewne 90% filmu, jak i nie więcej, to nie ulega wątpliwości, że została ona wykorzystana bardzo subtelnie i realistycznie, bo chyba nic bardziej nie zachwyca wizualnie w tym filmie, jak pustynne tereny Jakku obłożone metalicznymi zwłokami pojazdów z „Powrotu Jedi”
Źródło: Starwars.com
     Nic tak nie ekscytuje, jak wybranie się w końcu do kina na film, na który czekało się wiele lat. W szczególności, gdy okazuje się być to nie lada wydarzeniem. Fani poprzebierani za ulubione postaci, oklaski na rozpoczęcie i zamknięcie filmu, no i oczywiście niesamowite emocje, które towarzyszą podczas samego seansu. „Przebudzenie mocy” to tytuł, który dostarczył wszystkich tych wrażeń i z pewnością wkroczył na zupełnie inny poziom emocjonalności. Wszechstronność postaci na tyle wyrazistych, aby wnieść sobą coś nowego do fabuły; niesamowite poczucie humoru; sentyment, do którego twórcy nawołują fanów sagi; spektakularne, ale też i nieprzesadzone kosmiczne starcia, no i oczywiście cała gama wrażeń muzycznych i wizualnych, to wszystko sprawia, że jest to obraz niemalże idealny. Gdyby tylko nie lekka banalność, gdyby tylko Kylo Ren nie zdjął maski...

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens / Reżyseria: J.J. Abrams / Scenariusz: J.J. Abrams, Lawrence Kasdan, Michael Arndt / Zdjęcia: Daniel Mindel / Muzyka: John Williams / Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Adam Driver, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o, Mark Hamill, Andy Serkins, Domhall Gleeson, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Gwendoline Christie, Simon Pegg / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 14 grudnia 2015 (Świat) 18 grudnia 2015 (Polska)