NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lipca 2019

Książka #504: Pucked Up, aut. Helena Hunting

W przypadku serii książkowych zdarza się tak, że całość nas nie urzeka. Często bywa też tak, że start nie należy do szczególnie obiecujących. Dobrze jest jednak dać drugą szansę, bo może okazać się, że historia nas wciągnie i będziemy z zainteresowaniem obserwować zmagania kolejnych postaci. „Pucked” to powieść, która była raczej przeciętnym początkiem, zniechęcając do sięgnięcia po kontynuację. Jednakże coś podpowiadało, i nie było to jedynie logo wydawnictwa Szósty Zmysł, które nie zawodzi, że „Pucked Up” może dawać więcej wrażeń. Jak wyszło?

Violet i Alex po tym, jak ostatecznie obwieścili światu, że są razem rozpoczęli przygotowania do ślubu. Tymczasem jej przyrodni brat dziewczyny o reputacji największego playboya wśród zawodników NHL- Miller „Buck” Butterson, postanawia w końcu się ustatkować i wybrać sobie na partnerkę życia młodszą siostrę faceta, któremu przywalił za obściskiwanie się z jego siostrą. Sunshine, zwana również Sunny, to bardzo skromna dziewczyna, dbająca o ekologię i każdą żywą istotę, dlatego widząc różnice między sobą a swoim adoratorem nie jest do końca pewna rodzącego się między nimi uczucia. Pojawiające się w sieci zdjęcia jej chłopaka z roznegliżowanymi „króliczkami” również nie pomagają w budowaniu zaufania.

Nie jestem wielką fanką sportu, a już tym bardziej nie hokeja, dlatego cała ta seria kręcąca się wokół tej tematyki nie do końca mi podchodzi. Na szczęście historia skupia się na czymś zupełnie innym, jak można się domyślić z opisu, na wątku romantycznym. Seria „Pucked” to nie jest jednak byle jaki romans, takie książki już dawno wyszły z mody i zastąpiono je czymś bardziej agresywnym i erotycznym. To jest akurat coś, co przemawia na korzyść tych opowieści, ale... Wygłodniała czytelniczka wyczekująca na kolejne seksualne ekscesy bohaterów i jakże soczystych przy tej okazji opisów nie do końca będzie zwracać uwagę na sedno tej historii. Oczywiście, ciężko momentami o powagę i prawdziwą zadumę nad fabułą, gdy głównego bohatera pająk gryzie prosto w jaja, które puchną mu do wielkich rozmiarów przy okazji stając się sensacją w internecie. Ciężko zachowywać spokój, kiedy Miller okazuje się być magnesem na nieporozumienia i pozory. Jaki morał płynie z zachowania tej postaci? Trzeba być zawsze ogarniętym, bo nigdy nie wiadomo czy wybierając się do inwestora na imprezę charytatywną nie trafisz na roznegliżowaną myjnię samochodów, gdzie wszyscy będą robić fotki i przy okazji rujnować ci związek, który chcesz zbudować na solidny podstawach. Zaufanie to bardzo istotny wątek tego tomu. Rozbrajające jest to, jak tacy celebryci mają przerąbane z tą swoją popularnością, w szczególności, gdy są przystojnymi sportowcami o dość jednoznacznej reputacji. Wtedy każda dziewczyna się uwiesi, potem zrobi zdjęcie, że się uwiesiła na tym przystojnym ciałku, a potem wrzuca fotkę do sieci z hasztagiem #razemnawieki. Katastrofa związkowa gotowa! Takim ludziom na pewno ciężko jest zbudować związki, chyba, że spotkają osobę, która całkowicie to zaakceptuje i odetnie się od tego co mówią jej social media. Tutaj uosobieniem wszelkich wątpliwości tego rodzaju jest właśnie Sunny, która pomimo sympatii do Millera nie potrafi w pełni mu zaufać. W końcu... zdjęcia nie kłamią! Momentami jest to już przerabiane do przesady, bo przecież ileż razy można. Trochę dziecinne zabawy w związki, z zemstami, fochami, ale także tymi pozytywnymi i przyjemnymi elementami.

Bardzo podoba mi się to, co autorka robi z tą całą historią. Już w pierwszym tomie wprowadziła postać Millera, kiedy to przyłożył Alexowi w szatni. Nie do końca kojarzę Sunny, a przecież musiała się pojawić w „Pucked” jako siostra głównego bohatera. Podoba mi się, że duet Vi i Alexa nie zaginął gdzieś w przestrzeni tylko nadal się przewija przez fabułę „Pucked Up”. Świetna sprawa, bo dalej możemy śledzić ich losy. Do tego Hunting skupia uwagę na kolejnych postaciach- przyjacielu Millera imieniu Randy, oraz przyjaciółce Sunny- niejakiej Lily. Wiadomym jest również, że jeden z kolejnym tomów skupia się na rozbudowywaniu tego duetu. Bardzo mi się podoba, że nie jest to typowa kontynuacja poprzedniej historii, ale też nie separuje się od niej. Dobrze przemyślana fabuła.

Początkowo sceptycznie nastawiona, z niechęcią brnąca przez kolejne strony, szybko wskoczyłam na właściwe tory i przeczytałam „Pucked Up” w mgnieniu oka. Bardzo łatwa w odbiorze, dość prosto, acz konkretnie napisana. Z bardzo urozmaiconymi i pikantnymi opisami scen łóżkowych. Historia może bardzo banalna, bo w końcu mierząca się z problemami prawie, że wyssanymi z palca, ale pomimo tego niemożliwie bawi i wciąga czytelnika. Można wręcz powiedzieć, że jest idealna na wakacyjny romans, tzn. wyjazd! Czekam na kolejną przygodę.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Pucked Up / Tłumaczenie: Magdalena Siewczyńska-Konieczny / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-658-3053-1 / Ilość stron: 450 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2015 (Świat)

czwartek, 9 sierpnia 2018

Książka #484: Poświęcenie, aut. Adriana Locke

     Adriana Locke wpada na polski rynek wydawniczy wraz z jedną ze swoich pierwszych powieści, z prawdziwym hukiem. Poprzedni rok, kiedy to wydawnictwo Szósty Zmysł rozpoczynało swoje podboje w branży literackiej, należał do mężczyzn zamiłowanych w wojsku- w większości przypadków. Ten natomiast próbuje łączyć spokojne kobiety ze sportowcami. Osobiście bardziej gustuję w tym pierwszym temacie i pewnie dlatego najnowsze propozycje nie wywołują we mnie większego zachwytu. „Poświęcenie” to jednak powieść wyjątkowa, bo uderza w najczulszy kobiecy punkt- w instynkt macierzyński.

     Julia musiała zmierzyć się z niesłychaną tragedią- traci najlepszego przyjaciela, swojego życiowego partnera i męża. Za tragedię obwinia jego brata- Crew, który pomimo wyczuwalnej niechęci ze strony szwagierki robi wszystko, aby troszczyć się o nią i jej córkę Everleigh. Wtedy dochodzi do kolejnego dramatu w rodzinie, usuwając wszystkim grunt spod nóg i mogąc doprowadzić do jej zniszczenia. Wyzwanie, przed którym zostają postawieni Julia i Crew zmusza ich do wielkich poświęceń, które niespodziewanie zaczyna ich zbliżać do siebie ponownie. Wówczas Crew ryzykuje wszystkim co ma, aby wygrać przyszłość dla swoich dziewczyn.

     Przyznaję, tematyka sportowa w książkach za specjalnie mnie nie kręci. Oczywiście, jest to bardzo ciekawe urozmaicenie, wzbogaca to walory książki, ale w większości przypadków nie ma większego wpływu na akcję. Inaczej jest w przypadku „Poświęcenia”, tutaj wątek walk pojawia się w konkretnym celu, wobec czego jestem w stanie wybaczyć autorce fakt jego pojawienia się. Pomimo wszystko uwaga czytelnika skupia się zupełnie na czymś innym. Nie jest to jednak kwitnący romans obojga bohaterów, których łączy wspólna przeszłość, a którzy jednoczą się w obliczu tragedii. To właśnie ta tragedia wyciska z człowieka cierpliwość, pokazuje ból istnienia, a także okrucieństwo tego świata. Ten wątek uderza w najczulszy punkt każdej kobiety- w jej instynkt macierzyński. Większości pęka serce, gdy dzieje się tragedia małym zwierzaczkom, nie ważne, że w filmie ludzie się topią wkoło, najważniejszy jest pies, który nie może się uratować. Tutaj miejsce psa zastępuje bezbronne dziecko, które wrzucone jest w najmroczniejsze z przeżyć, jakie tylko może doświadczyć w swoim krótkim życiu. Ta świadomość rani, ta świadomość wręcz zabija- wizja tych wszystkich straszliwych chwil, których nie chce przeżywać żaden rodzic, żadna matka, żadna osoba, która ma jakiekolwiek emocje i potrafi kochać. Z drugiej strony pokazuje to też ludzką siłę, że pomimo wszystko, pomimo tej tragedii pozostajemy razem, wspierając się wzajemnie. Trzymamy za rękę i choć serce nam pęka, a świat wiruje dookoła to jesteśmy razem. Takie wydarzenia pokazują prawdę o człowieku i nawet ten najbardziej zadufany w sobie, najbardziej zamknięty, w końcu wyjdzie ze swojej skorupy dając siebie i swoje oparcie światu, jego światu.

     Historia jest momentami bardzo przewidywalna, ale bohaterowie... godni podziwu. Można uznać ich za prawdziwych bohaterów w ich fikcyjnych życiach. Julia to typowa silna matka walcząca o dziecko. Pomimo ciężkich przeżyć, które mogłyby odebrać moc każdemu, ona walczy, bo ma po co. Z drugiej strony barykady jest Crew. Mężczyzna o popapranej, nieodgadnionej przeszłości, który wydoroślał i jest zdolny do największych poświęceń. Aczkolwiek gubi go też jego brawura. A pomiędzy tą dwójką jest ona, małe epicentrum wszystkich wydarzeń- córka i bratanica, którą kochają wszyscy. Mała rezolutna Everleigh, która ma więcej rozumku niż większość dzieci w jej wieku, a która może sporo nauczyć swoich rodziców. Ta trójka razem wygląda wspaniale, daje przykład prawdziwej rodziny, którą każdy chciałby mieć i którą każdy chciałby stworzyć.

     Powieść zdecydowanie wzbudza niesamowite emocje, z jednej strony łamiące, ale z drugiej dające sporo nadziei i ukojenie. Kiedy wprowadzenie z lekka przynudza, rozwinięcie łamie nam serca. Kiedy już wszystkie serca pękną z rozpaczy przybywa kolejna fala- pełna wyczekiwania, napięcia... I jeszcze ten finał! Tak dobry w swojej nieoczywistości, zaskakujący ponad miarę, ale również generujący podejrzenie, że takich tanich chwytów może pojawiać się więcej w prozie Adriany Locke. Nie mniej, jeżeli choć połowa powieści autorki jest równie dobra i wzruszająca jak „Poświęcenie”, to biorę je wszystkie w ciemno!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!
Tytuł oryginalny: Sacrifice / Tłumaczenie: Klaudia Wyrwińska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-65830-60-9 / Ilość stron: 446 / Format: 143x205mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2015 (Świat)

sobota, 30 czerwca 2018

Książka #481: Pucked, aut. Helena Hunting

     Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Pomimo tego, że przepełnione były miłością po same brzegi, to zawsze gdzieś czaiła się swoista dramaturgia. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. Helena Hunting stworzyła powieść dość powierzchowną, która nie wzbudza aż takich emocji jak pozostałe tytuły, ale „Pucked” z pewnością należy do tych łatwoprzyswajalnych.

     Violet wiedzie spokojne życie z dala od sportowego świata. Nauczona przez lata, obserwując swojego brata hokeistę, który przebiera w kobietach nigdy nie sądziła, że chociażby spojrzy w kierunku podobnych do niego. Jednakże, gdy spotyka na swojej drodze Alexa Watersa miękną jej kolana, i nie tylko one. Ideał mężczyzny, z najpiękniejszym uśmiechem i największym... Cały świat wywraca się dziewczynie do góry nogami, bo choć podchodzi z dystansem do znajomości ze światowej sławy hokeistą, to nie daje się zmanipulować i zranić.

     Żałuję, że idąc za przykładem poprzednich książek nie mogę powiedzieć, iż „Pucked” to powieść idealna. Muszę wręcz przyznać, że momentami odrobinę się nudziłam i „przewijałam” do bardziej pikantnej treści. Szkoda, bo powieść Heleny Hunting zapowiadała się dość obiecująco, choć czy z drugiej strony naprawdę tak było? Chyba jednak nie. Już sama sportowa tematyka może odstraszać co niektóre czytelniczki. Nie ma jednak co oszukiwać, nie jest to książka sportowa. Samego hokeja jest tutaj naprawdę, jak na lekarstwo, bowiem autorka skupia się bardziej na stereotypach dotyczących sportowców i celebrytów, a także na relacjach między nimi.

     Dla lepszej prezentacji tego problemu wprowadza oczywiście uroczą, młodą i zabawną niewiastę. Oczywiście koniecznie niebrzydką. W końcu musi chociaż odrobinę podchodzić pod ideał takiego machosportowca. Początkowo dziewczyna nie wydaje się być specjalnie bystra, z powodu jej pierwszego spotkania z Alexem. Później jednak nabiera trochę rozumu, choć czy naprawdę można zrozumieć jej postępowanie? Chyba niekoniecznie. Z jednej strony idzie na pierwszej randce do łóżka z hokeistą, a później ma pretensje o to, że mógłby traktować ją jak inne? Dość powierzchowne i mocno niezdecydowane zachowanie.

      Oczywiście, sama relacja Violet i Alexa pełna jest uroku. On jest tak urokliwie niezgrabny w tym co robi, ale z drugiej strony ta nieporadność bywa irytująca, wręcz męcząca. W końcu ileż można być nieogarniętym związkowo mężczyzną? Dobrze chociaż, że umie prezenty dawać, to udaje mu się zadośćuczynić błędy, które popełnia wystawiając na szwank kobiecą godność i uczucia. Jednakże cała magia kryje się w tych łóżkowych scenach, które wywołują silny rumieniec. Niestety, bardzo szybko o nich zapominamy, bo nie rozpalają zmysłów aż tak bardzo. Szkoda!

     Miałam wielkie nadzieje co do tej powieści. Patrząc na poprzednie projekty wydawnictwa liczyłam na coś „wow!”. W zamian za to dostałam zwyczajną historyjkę bez żadnego twista, nie wywołującą większych emocji, rozbawiając zaledwie odrobinę. Być może mózg od razu przyjął strategię defensywną licząc na to, że za wiele nie można spodziewać się po powieści o hokeistach. Z drugiej zaś strony pokazał prawdziwe oblicze sławy i pracy mediów, gdzie słowa wyrwane z kontekstu mogą zranić drugą osobę. „Pucked” nie zrobił na mnie większego wrażenia. Przyjemnie się czyta, ale to taka historia do przeczytania na jeden raz. Przeczytania i zapomnienia, niestety.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Pucked / Tłumaczenie: Magdalena Siewczyńska-Konieczny / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans, erotyka / ISBN 978-83-65830-56-2/ Ilość stron: 456 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2018 (Polska) 2015 (Świat)

niedziela, 28 lutego 2016

SZORTy #31: Dziewczyna z portretu, Carol, Creed: Narodziny legendy


Oryginalny tytuł: The Danish Girl | Reżyseria: Tom Hooper | Scenariusz: Lucinda Coxon | Obsada: Eddie Redmayne, Alicia Vikander, Ben Whishaw, Matthias Schoenaerst, Sebastian Koch, Amber Heard, Adrian Schiller | Kraj: USA, Wielka Brytania, Dania, Belgia, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat
Premiera: 05 września 2015 (Świat) 22 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 8/10

     Ostatnie dwa filmy Tom Hoopera wzbudzały zachwyt. Nic więc dziwnego, że najnowszy tytuł, ekranizacja życia Lili Elbe o tytule „Dziewczyna z portretu” wywołał zachwyt wśród publiczności i doczekał się nominacji do licznych nagród.
     Młode małżeństwo malarzy. On jest znakomitym i szanowanym twórcą pejzaży, ona niedocenioną portrecistką. Kiedy prosi swojego męża, aby pomógł jej przy tworzeniu portretu ich wspólnej przyjaciółki tancerki, nie sądzi, że obudzi drzemiącą w nim od lat drugą naturę o imieniu Lili. Coś, co wydawało się jedynie zabawą i pewnym urozmaiceniem ich wspólnego życia, całkowicie odmienia ich losy.
      Jeden z najbardziej przejmujących i wciągających filmów, jakie miałam okazję ostatnio oglądać. Rewelacyjna historia kobiety urodzonej w ciele mężczyzny- pięknego i niezwykle utalentowanego. Uśpiona na wiele lat i zbudzona przez niewinną zabawę w pozowanie do obrazów swojej żony pod postacią kobiety. Historia, która przedstawia dramatyczną sytuację małżeństwa Wegenerów, a jednocześnie pokazuje jak wielki łączył ich szacunek do siebie wzajemnie i że poza miłością łączyła ich również przyjaźń. Ponadto film w bardzo wymowny sposób prezentuje podejście do odmiennej seksualności w dawnych latach- do homoseksualizmu i transseksualności, traktując je jako problem natury psychicznej. Przy tym świetnie zostają odegrane emocje zagubienia, całkowitej dezorientacji i swoistego rozdarcia na dwie osobowości ze strony Eddiego Redmayne'a. Ta rola wzbudza jeszcze więcej współczucia, jeszcze więcej wsparcia w widzu niż jego kreacja Stephena Hawkinga. Co zaskakujące... ten człowiek wygląda niesamowicie pięknie w tej kobiecej charakteryzacji i z łatwością wciela się w rolę kobiecą. U jego boku dzielnie trwa Alicia Vikander, której postać powinna być wzorem do naśladowania dla każdej kobiety. Kobieta utalentowana, chcąca pewnej niezależności i pomimo całego dramatyzmu sytuacji wiernie trwa przy swoim mężu Einarze, a później swojej najlepszej przyjaciółce Lili. Oboje stworzyli role, które poruszają do łez swoim oddaniem, ale przede wszystkim odwagą! Aktorzy nie bali się swojej nagości i przekonująco odgrywali nawet najbardziej intymne sceny. Zaskakujące, że film potrafi przykuć uwagę już od pierwszych chwil. Ciężko mówić tu już o budzącej się fabule, można więc ten sukces zawdzięczać bardziej charakterowi całej produkcji. Świetnie wystylizowany, z pięknymi wnętrzami i cudowną muzyką. Świat sztuki przykuwa tutaj uwagę i zachwyca od samego początku, tak trwając... aż do ostatnich chwil i cudownych ujęć duńskich fiordów. Zachwycający!

Oryginalny tytuł: Carol | Reżyseria: Todd Haynes | Scenariusz: Phyllis Nagy | Obsada: Cate Blanchet, Rooney Mara, Sarah Paulson, Kyle Chandler, Jake Lacy, John Magaro | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Melodramat
Premiera: 17 maja 2015 (Świat) 04 marca 2016 (Polska)
Ocena: 5/10

     Twórca szanowanych filmów niezależnych i ukochanych seriali- Todd Haynes. Teraz wojuje świat swoją intymną produkcją tytułem „Carol”, której gwiazdy zdobywają uznanie całego świata. Film o kobietach, nie tylko dla kobiet, z cudowną Cate Blanchett w tytułowej roli.
     Młoda, ambitna sprzedawczyni z domu towarowego spotyka na swojej drodze piękną i wytworną damę szukającą prezentu dla swojej córki. Zwyczajna wymiana życzliwości przeradza się w niezwykłą przyjaźń, która z czasem staje się problematyczna dla męża kobiety. Spotkania odbywające się na przekór wszystkich i wszystkiego dają początki pięknej miłości, ale też masie problemów.
     Cudowna historia opowiedziana w niezwykle banalny i monotonny sposób. „Carol” to film, który jednych urzecze swoim klimatem, a innych zanudzi. Osobiście jestem w tej drugiej grupie, choć doceniam zarówno historię, jak i grę aktorską. Rodzące się uczucie pomiędzy dwiema kobietami, wszystko w otoczce skandalu, bo to przecież nie czas na homoseksualne związki- w końcu to lata 50te. Ten związek jest czymś co napędza problemy głównej bohaterki, bo w końcu zazdrosny mąż- wkrótce były, zrobi wszystko, aby zatrzymać ukochaną kobietę przy sobie. Dochodzi wobec tego do starć wewnątrz rodziny, kłótni o opiekę nad dzieckiem, bo przecież zasady moralne, itp. itd. Na tym etapie produkcja wydaje się być bardzo emocjonująca. Niestety, to jedyne takie chwile, bowiem uczucie, które połączyło Carol i Theresę jest całkowicie beznamiętne. Z uporem maniaka próbowałam wczuć się w te emocje, naprawdę przejąć się ich losem, może po prostu starałam się za bardzo, bo nie urzekło mnie to w żaden sposób. Nie kupiłam tego uczucia, które rzekomo połączyło Cate Blanchett i Rooney Marę. Jako dwie osobne persony tego filmu spisały się dobrze. Pierwsza ponownie zachwycała swoim wyglądem, swoim wizerunkiem prawdziwej damy- dobrze wychowanej i zawsze nienagannie ubranej. Druga z kolei to taka cicha myszka, która całkowicie zaginęła pod naporem tej pierwszej, choć coś dała dla całej produkcji. Niestety, we dwie zupełnie się nie sprawdziły, nie uczyniły tej historii na tyle wiarygodnej, aby móc się nią zachwycać- a szkoda. Tym, co natomiast powalało, to muzyka skomponowana Cartera Burwella. Cudowne brzmienia idealnie wypełniające te nużące chwile, dzięki której zostajemy odrobinę dłużej przy seansie, aby w trakcie napisów końcowych delektować się tymi dźwiękami. Może więc dobrze, że film odrobinę nudzi, dzięki temu można było skupić się na znakomitości Burwella. Obraz jest zdecydowanie zbyt monotonny, co jest bardzo dziwne, bo traktuje o ważnym temacie LGBT, pokazując go w bardzo subtelny sposób ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Dobrze ukazuje walkę o siebie w staroświeckim świecie. Niestety, wszystko podane w jakiś dziwny, bez emocjonalny sposób. A może to właśnie kwestia tego rzekomo urzekającego klimatu?

Oryginalny tytuł: Creed | Reżyseria: Ryan Coogler | Scenariusz: Ryan Coogler, Aaron Covington | Obsada: Michael B. Jordan, Sylvester Stallone, Tessa Thompson, Phylicia Rashad, Jacob 'Stitch' Duran, Tony Bellew, Ritchie Coster | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Sportowy
Premiera: 25 listopada 2015 (Świat) 08 stycznia 2016 (Polska)
Ocena: 7/10

     Młody reżyser o bardzo skromnym dorobku artystycznym. Wszyscy liczą na to, że kariera Ryana Cooglera dostanie prawdziwego kopa, po kontynuacji bokserskich przygód Rocky'ego Balboa o tytule „Creed: Narodziny legendy”.
     Legenda boksu spotyka potomka swojego, nieżyjącego już, najlepszego przyjaciela z ringu. Widząc jego zacięcie do walk postanawia pomóc mu w rozwoju umiejętności i sprawić, aby został tak wielką legendą, jak jego ojciec. W tym celu sam rozpoczyna trening chłopaka.
     Z jednej strony „Creed” to film przeznaczony dla fanów całej serii o Rocky'm Balboa. Wiele tutaj odniesień do poprzednich filmów, przede wszystkim z uwagi na wspominanie znaczących postaci, w tym także tej tytułowej... Apollo Creeda. Z drugiej zaś strony osoby, które nie znają dotychczasowych filmów nie będą czuły się pokrzywdzone niezrozumiałością fabuły, bowiem jest niezwykle prosta, choć niebanalna. Opowieść o młodym chłopaku wychowanym niemalże przez ulicę, który ma szansę zostać kimś. Pomimo tego, że chce być jak ojciec, to nie chce budować kariery na nazwisku swojego ojca- co się bardzo chwali. Wszystkie te nawiązania do przeszłości bohaterów, zarówno młodego Adonisa Creeda, jak i Rocky'ego nie porywają. Fabuła wlecze się niemiłosiernie i momentami mamy wrażenie, że śpimy z otwartymi oczami. Jednakże od pewnej chwili w końcu dostaje prawdziwego rozpędu. Napędza go wątek romantyczny, a także historia niezwykłej przyjaźni, która zaczyna łączyć dwójkę bohaterów. Szybko zapominamy więc o cieniach przeszłości, nie mających już znaczenia. Ostatecznie wszystko nabiera ogromnego tempa i nawet przeciwnicy walk bokserskich będą patrzyli w napięciu i z zafascynowaniem na poczynania młodego bohatera- to jest aż szokujące jak szybko zaczynamy się przejmować jego losami. Zasługa w tym Michaela B. Jordana. Nie, nie tego koszykarza, a aktora młodego pokolenia, który zdecydowanie się rehabilituje po wielkiej porażce z „Fantastycznej Czwórki”. Pokazuje się z ciekawej strony, dając obraz walecznego i odważnego człowieka z ambicjami. U jego boku Rocky Balboa, czyli nieśmiertelny Sylvester Stallone. Bardzo ciekawa rola, bardzo wszechstronna i przejmująca, ale czy kreacja warta jest Oscara? Tego dowiemy się już dzisiejszej nocy! Osobiście trzymam kciuki, gdyż byłoby to idealne uhonorowanie postaci Rocky'ego. Film ma szanse spodobać się każdemu, bo choć przewidywalny, to momentami potrafi zaskoczyć. Zresztą... kto nie chciałby zobaczyć Rocky'ego ponownie w akcji?

piątek, 4 grudnia 2015

SZORTy #21: Dziecko Rosemary, Wyścig, Przychodzi facet do lekarza

Punkt #24. Film Romana Polańskiego
Oryginalny tytuł: Rosemary's Baby | Reżyseria: Roman Polański | Scenariusz: Roman Polański | Obsada: Mia Farrow, John Cassavetes, Ruth Gordon, Sidney Blackmer | Kraj: USA | Gatunek: Horror, Psychologiczny

Premiera: 12 czerwca 1968 (Świat)
Ocena: 5/10

      Niezaprzeczalny klasyk gatunku. Jeden z najlepszych filmów wszech czasów, no i przede wszystkim prowodyr wszelkich poczęć diabelskich. „Dziecko Rosemary” jest tworem naszego rodaka Polańskiego i duma rozpiera, że to właśnie jego praca stała się inspiracją dla późniejszych twórców horrorów.
      Pewne małżeństwo przeprowadza się do uroczej kamienicy, aby rozpocząć nowe, wspólne życie. Niestety, ich z pozoru szczęśliwie życie zostaje zaburzone przez śmierć sąsiadki. Wówczas nieocenione okazuje się wsparcie reszty sąsiadów, będący przy nich na każdym kroku. Jednakże gdy kobieta zachodzi w ciążę zaczyna podejrzewać, że współmieszkańcy należą do tajemniczej sekty.
      Z filmami takimi, jak „Dziecko Rosemary” jest spory problem, gdy ogląda się je w dzisiejszych czasach. Widz, który przez wiele lat nasiąkł filmami, które bazowały na klasykach nie do końca potrafią odnaleźć się w klimacie tamtejszej epoki. Zrozumiała jest ówczesna fascynacja tytułem, to uczucie przytłoczenia, osaczenia w związku z nowym miejscem, otoczeniem. Budowanie napięcia dialogami, które teraz wydają się na totalnie nużące, wręcz zupełnie zbędne, niewnoszące niczego do ogólnej fabuły. A może po prostu środek nocy nie jest najlepszą porą na oglądanie takich filmów? Nie trudno docenić jest klimat. Uczucie klaustrofobicznego potrzasku jest zdecydowanie wyczuwalne, budzi mocny niepokój i jest to genialne. Emocjonujące jest to zburzenie ludzkiego spokoju, zaufania do ludzi i sąsiada, sielankowego życia, które dotyczyć może każdego człowieka, a wszystko to dokonane za pomocą deseru! Psychoza bohaterki, tak dobrze odegrana przez Mię Farrow, a jednak tak mocno przesadzona... To wszystko daje w efekcie dość przeciętny obraz, przynajmniej na te czasy, ale może i niegdyś było to wspaniałe zjawisko kinematografii.

Punkt #6. Film sportowy
Oryginalny tytuł: Rush | Reżyseria: Ron Howard | Scenariusz: Peter Morgan | Obsada: Chris Hemsworth, Daniel Brühl, Olivia Wilde, Alexandra Maria Lara | Kraj: USA, Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Biograficzny, Dramat, Sportowy
Premiera: 02 września 2013 (Świat) 08 listopada 2013 (Polska)
Ocena: 7/10

     Filmy biograficzne sprzedają się najlepiej, w szczególności jeżeli przedstawiają wyraziste charaktery i niebanalne historie. Ron Howard sięga do życiorysu dwóch gwiazd Formuły 1 i przenosi na ekran ich nietypową przyjaźń nadając jej tytuł „Wyścig”.
      Niki Lauda może mieć wszystko, a pragnie tylko jednego – ścigania się w wyścigach i wygrywania. Ma jednak mocnego przeciwnika w postaci człowieka nieznającego strachu, gotowego na wszystko Jamesa Hunta. Żaden nie spocznie dopóki nie pokona tego drugiego. Daje to początek niezwykłej rywalizacji na torze wyścigowym Formuły.
      Filmografia Howarda prezentuje cały wachlarz najrozmaitszych gatunków i historii. „Wyścig” dołącza do tych wspaniałości wraz ze swoim dynamizmem, fabułą i bohaterami. Nie jest to jednak tytuł, w którym darzyć będziemy postaci szczerą sympatią- wręcz przeciwnie. Arogancja tej dwójki przyćmi ich wszelkie inne zalety, czy wady, wykrzykując jedno – zapomnij, że ich polubisz! Nie oznacza to jednak, że nie dostrzegamy mocy w ich przyjaźni. Chorobliwa rywalizacja, w której każdy gotowy jest niemalże na wszystko- daje momenty ogromnych zaskoczeń, a przy okazji również wzruszeń. Wypadki, ogień, szpitale, kontuzje... wszystko to bardzo bolesne i odczuwalne również dla widza. Tworzą dramaturgię, budują napięcie i przede wszystkim koncentrują uwagę widza. Samochody są szybkie, choć może nie tak urodziwe jakbyśmy chcieli, ale nie o wygląd tutaj chodzi, a siłę. Fascynująca jest ta determinacja, porywające są wyścigi, bardzo dobra gra aktorska zarówno Hemswortha, który nie jest już jedynie Thorem, jak i Brühla. Pomimo wszystko pełno tutaj dłużyzn dających dość senną atmosferę, a także dialogów, które rozbijają napięcie. Nie zmienia to jednakże faktu, że jest to jeden z najlepszych filmów o samochodach, jakie przyszło mi oglądać.

Punkt #47. Francuska komedia
Oryginalny tytuł: Supercondriaque | Reżyseria: Dany Boon | Scenariusz: Dany Boon | Obsada: Dany Boon, Alice Pol, Kad Merad, Jean-Yves Berteloot, Judith El Zein | Kraj: Francja, Belgia | Gatunek: Komedia
Premiera: 26 lutego 2014 (Świat) 11 lipca 2014 (Polska)
Ocena: 7/10

      Znany francuski komik powraca jako reżyser i aktor w swojej najnowszej komedii. „Przychodzi facet do lekarza” to humorystyczne rozliczenie z jego osobistą dolegliwością, a także prezentacja własnych obserwacji i doświadczeń.
    Romain Faubert jest skrajnym hipochondrykiem. Unika kontaktu z ludźmi, a także z przedmiotami, nie rozstając się ze środkiem dezynfekującym. Jest utrapieniem dla swojego lekarza, przyjaciela, rodzinnego, który chciałby, aby jego najwierniejszy pacjent w końcu znalazł sobie kogoś innego do dręczenia, np. jakąś kobietę. Życie Romaina ulega jednak diametralnej zmianie, gdy przyjaciel zabiera go do bazy pomagającej emigrantom. Tam odnajduje miłość, a także wielkie kłopoty.
      Najnowsza komedia od Dany'ego Boona to genialna propozycja na leniwy wieczór. Produkcja prezentująca niezwykłą postać Romaina, którym jest każdy zwykły człowiek diagnozujący się na podstawie tego co wyczyta na internetowych forach. Przy okazji staje się ciekawą analizą ludzkiej psychiki i relacji człowieka z własnym lekarzem. Genialnie zaprezentowane przez świetne dowcipy, ale przede wszystkim wpadki sytuacyjne, które niejednokrotnie rozbawią nas do łez. Może trąci to banałem, bo z takich chwytów już dawno powinno dorosnąć dojrzałe kino, ale właśnie te tanie manewry bawią najbardziej. Sam Boon świetnie sprawdza się w tej roli, w końcu sam podziela dolegliwość swojego bohatera, choć jak sam twierdzi nie aż tak paranoidalnie. Nie stanowiło więc dla niego większego problemu wcielenie się w najważniejszą z postaci i jednocześnie reżyserowanie całego obrazu. Film zyskuje jednak większego rozmachu, kiedy do akcji wkracza rewolucjonista, tematyka wojny domowej, no i elementy grozy. Boon idealnie odgrywa udawanie owej persony, bowiem wychodzi mu to tak komicznie, że bardzo szybko traci się powaga sytuacji. Francuski twórca może trochę za bardzo popuścił wodze fantazji, kiedy to puścił w świat swojego bohatera. Lekka przesada z tą rewolucją, choć i tutaj nie zabrakło humoru i chęci odzyskiwania własnych korzeni. Nie mniej, to o wiele za dużo. Można było poprzestać na elemencie hipochondrii, który całkowicie sam by sobie poradził.

czwartek, 6 grudnia 2012

1003. Luck (sezon 1), aut. David Milch

Reżyseria: Michael Mann i inni
Scenariusz: David Milch (twórca serialu) i inni
Zdjęcia: Stuart Dryburgh, Lukas Strebel, John Grillo
Muzyka: Jeff Beal, Gary Lionelli
Kraj: USA
Gatunek: Dramat, Sportowy
Premiera: 11 grudnia 2011 (Świat HBO) 30 stycznia 2012 (Polska HBO)
Liczba odcinków: 9
Obsada: Dustin Hoffman, Nick Nolte, John Ortiz, Tom Payne, Kerry Condon, Kevin Dunn, Jason Gedrick, Ian Hart, Ritchie Coster, Richard Kind, Dennis Farina, Jill Hennessy, Michael Gambon, Joan Allen, Weronika Rosati i inni 

Data wydania DVD: 16 listopada 2012
Dystrybutor: Galapagos
Wersja wydania: 3-płytowa
Dodatki:
komentarze; materiały - "Zaproszenie na plan serialu", "Dzień na wyścigach", "Życie na torze"


    Nałogi są zgubne zarówno dla naszych umysłów, jak i portfelów. Jednakże spośród wszelkich tego typu uzależnień najciekawsze są zakłady w gonitwach. Tutaj może zrodzić się coś więcej niż chciwość, może zawiązać się pewna niesłychana więź z tak pięknym zwierzęciem, jakim jest koń. Niestety, twórcom produkcji telewizyjnej „Luck” szczęście nie sprzyjało, po niefortunnej utracie kilku koni podjęto decyzję o anulowaniu serialu kończąc zaledwie na 9 odcinkach. 
    Chester 'Ace ' Bernstein (Dustin Hoffman) wychodzi z więzienia po trzech latach. U jego boku wiernie trwa jego były szofer Gus (Dennis Farina), który służył mu jeszcze za czasów jego gangsterskiej wielkości. Z związku ze swoim zamiłowaniem do hazardu chce wejść w spółkę z kolegami po fachu i założyć jedno z najlepszych kasyn. Wkrótce jego uwaga skupia się jednak na zupełnie innej dziedzinie- kalifornijskim torze wyścigowym Santa Anita, którego właścicielem i jednym z trenerów jest nieprzystępny Turo Escalante (John Ortiz). Tam też czwórka hazardzistów wygrywa pokaźną kwotę pieniędzy i inwestuje je w jednego z czempionów. W tym samym czasie Walter Smith (Nick Nolte) chce wznieść na wyżyny swojego młodego konia i liczy na to, że w wyścigach dosiądzie go piękna i ambitna Rosie (Kerry Condon).

piątek, 31 sierpnia 2012

Książka #197. Bieganie metodą Gallowaya, aut. Jeff Galloway

Oryginalny tytuł: Galloway's Book on Running, 2nd Edition
Gatunek: poradnik
Wydawca: Septem
Rok wydania: 2002 (USA), 2011 (Polska)
Projekt okładki: Jan Paluch
Tłumaczenie: Wojciech Białas
ISBN978-83-246-3320-3
Ilość stron: 280    Format: 170x230 mm

 
     Dla większości bieganie kojarzy się z ogromną udręką, która doprowadza nas do stanu bliskiego śmierci, wywołuje mdłości, a po dłuższym biegu sprawia, że nogi zaczynają się nam plątać. Okazuje się jednak, że wcale nie musi tak być. Jeden z amerykańskich biegaczy, Jeff Galloway, korzystając z własnych doświadczeń doradza miłośnikom biegania, jak ruszyć i nie paść na zawał serca u końca. A wszystko to w poradniku „Bieganie metodą Gallowaya”.

     Amerykański rekordzista próbuje udowodnić początkującemu biegaczowi, że ten sport wcale nie musi być udręką. Dzięki odpowiedniemu tempu, mając do dyspozycji dopasowany ubiór do warunków atmosferycznych i dzięki dobrej rozgrzewce możemy zamienić to męczące doświadczenie w prawdziwą przyjemność. Jednakże o czym tak naprawdę chodzi w jego technice? Na pewno nie w monotonnym i jednostajnym rytmie i tempie. Standardowo wszystko skupia się na różnorodności.
     „Bieganie metodą Gallowaya”to kompleksowy zbiór informacji na temat biegania. Poznamy przede wszystkim różne etapy biegania, czy też budowę nóg i sposób jak je odpowiednio wytrenować. Ćwiczenia na rozciągnięcie różnych partii mięśni nóg, dzienniki, które pomogą nam wychwycić swój własny styl w bieganiu, a także wiele sposobów na urozmaicanie treningu. W swojej publikacji przygotuje każdego do przebiegnięcia całego maratonu, a także rozwieje obawy kobiet dotyczących szkodliwości biegania na ciążę. O to właśnie chodzi, ta książka jest skierowana nie tylko do mężczyzn, autor nie zapomina także o płci pięknej i ich umiłowania do tego typu sportu. Pomoże im odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących trenowania podczas ciąży, bądź po niej. Bieganie sprzyja kontuzjom dlatego też i ten element został przez niego omówiony. Bez względu na to czy jest to zerwanie ścięgien, czy ostroga, autor udziela lat popartych praktyką. Dowiemy się również jakie są tego przyczyny i jak trenować, aby uniknąć urazów. W dodatku wykazuje, że to ile uda nam się przebiec zależy tylko i wyłącznie od nas samych. Przekonuje nas, że bieganiem przekraczamy swoje własne granice i tym samym zyskujemy pewność siebie w osiąganiu dalszych celów.
     Publikacja biegacza wzbogacona zostaje o wiele rysunków będących przekrojem naszych własnych nóg. Wszystko niezwykle czytelne i bardzo obrazowe. Dodatkowo każdy rozdział uzbrojony zostaje w czarno białe rysunki biegaczy, które również nie pozostają bez wpływu na odbiór lektury. Gdyby tego było mało sporą część pracy zajmują wykresy i liczne tabele, w których to twórca poszalał z planami treningowymi, czy też postępy w wynikach uzyskiwanych na konkretnych długościach. Z jednej strony stanowią ciekawe uzupełnienie, z innej mogą być całkowicie bezużyteczne.
     Poradnik od Jeffa Gallowaya to nie jedynie zbiór pustych zasad, popartych medyczną wiedzą, są to zwyczajne zalecenia od jednego biegacza dla drugiego. To właśnie czyni „Bieganie metodą Gallowaya”tak wyjątkową. Czytelnik mając za punkt oparcia człowieka, który rozpoczynał tak samo jak on, od razu jest o wiele bardziej zmotywowany do działania. W szczególności, że w tego typu bieganiu chodzi przede wszystkim o jedno- o pokochanie biegania, które będzie nam dostarczało radości a nie będzie męczarnią. Od przygotowań, aż po pobijanie rekordów, od kontuzji poprzez dopasowanie posiłków do nas samych. W ten czy w inny sposób autor trafia do czytelnika, chcąc go uczynić bardziej sprawnym i przede wszystkim uśmiechniętym. 
Ocena: 5/6

Poradnik przeczytałam dzięki Wydawnictwu Septem!

wtorek, 24 lipca 2012

964. Giganci ze stali, reż. Shawn Levy

Oryginalny tytuł: Real Steel
Reżyseria: Shawn Levy
Scenariusz:
John Gatins
Zdjęcia:
Mauro Fiore
Muzyka:
Danny Elfman
Kraj:
USA, Indie
Gatunek:
Familijny, Akcja, Sci-Fi
Premiera:
06 września 2011 (Świat) 14 października 2011 (Polska)
Obsada:
Hugh Jackman, Dakota Goyo, Evangeline Lilly, Anthony Mackie, Kevin Durand, Hope Davis, James Rebhorn, Karl Yune, Olga Fonda

   Czas robotów nie dobiegł końca! Po tym jak poznaliśmy roboty chcące przejąć świat w filmie „Terminator”, po niezwykłej walce dwóch ras robotów z kosmosu w filmie „Transformers”, przyszedł czas na ogromną rewolucję w historii boksu, walce robotów w filmie „Giganci ze stali”. Twórca najlepszych filmów familijnych i komedii romantycznych, Shawn Levy, ponownie staje za sterami. Tym razem na ekranach oglądać można potężny film łączący w sobie nie tylko doskonałe kino rodzinne, ale przede wszystkim elementy akcji i fantastyki. W najważniejszej i dość niecodziennej roli w tym filmie zobaczymy przystojnego Hugh Jackmana.
     Charlie Kenton (Hugh Jackman) to były bokser, którego uwielbiały dziesiątki fanów. Teraz, kiedy walki ludzi zastąpione zostały przez walki robotów, Charlie nie ma zamiaru się poddawać. Choć ledwo wiąże koniec z końcem, jest zadłużony u najgorszych ludzi w mieście, a jego roboty wciąż lądują na złomie, wciąż chce wystawiać roboty na arenach. Kiedy umiera jego była dziewczyna, okazuje się, że być może będzie musiał zajmować się na okres wakacji swoim synem Maxem (Dakota Goyo). Chłopiec z przyjemnością zagłębia się w środowisko walk robotów, w szczególności kiedy odnajduje na złomowisku robota drugiej generacji- Atoma. Wraz z ojcem robią wszystko, aby stary robot zrobił prawdziwą furorę.