NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seans UNLIMITED. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seans UNLIMITED. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

1255. Ant-Man i Osa, reż. Peyton Reed

     „Avengers: Wojna bez granic” wprowadziło spore zamieszanie w kinowe uniwersum Marvela. Wszyscy zastanawiają się, co będzie z dalszymi losami ich ulubionych superbohaterów. W końcu wiele dotychczasowych filmów obiecywało powroty postaci. I tak oto mamy powrót jednego z nich, powrót, który tak naprawdę umiejscowiony jest w czasie równoległym do rozgrywającej się wojny z Thanosem. Człowiek Mrówka powrócił w iście uskrzydlonym towarzystwie- i nie mówię to o Antonim, a o Osie!
Źródło: Galapagos Films

     Po starciu Tony'ego Starka ze Steve'em Rogersem, która zapoczątkowała rozłam w grupie Avengers, Scott Lang (Paul Rudd) odsiaduje areszt domowy. Hank Prym i Hope van Dyne (Michael Douglas i Evangeline Lily) są rozzłoszczeni na swojego starego kumpla za ujawnienie ich technologii całemu światu, jednakże sytuacja zmusza ich do ponownego kontaktu. Okazuje się, że Lang może być ich jedyną nadzieją na uratowanie Janet- kochającej żony i matki. Jednakże już na samym początku ich misji na ich drodze staje tajemniczy Duch, który ma wobec nich całkowicie odmienne plany.

     Gdy oglądamy takie starcia, jak w filmie „Avengers: Wojna bez granic” i rozmyślamy nad tym dlaczego jedni superbohaterowie mają przerąbane walcząc z Thanosem i jego zakonem koszmarnych i mrocznych bachorów, a drudzy mają całą aferę totalnie w nosie, bo w ogóle w niej nie uczestniczą, dostajemy jakieś dziwaczne wykręty, „A, bo on ma areszt domowy!”. Jak wyraźnie pokazuje „Ant-man i Osa”, twórcy MCU nie potrafią się trzymać konkretnej linii. Skoro ma areszt domowy, to ma areszt domowy, a nie biega sobie po San Francisco pomagając swoim starym kumplom. A jeżeli już wynajduje się sposób na bieganie sobie po San Francisco pomagając kumplom, to równie dobrze mogę skorzystać z technologii i ratować połowę ludzkości przed pstryknięciem Thanosa. Cóż, najwyraźniej była to jakaś supertajna wojna, bo przecież ani Thanos, ani Stark, ani T'Challa nie wrzucił na Fejsbuczka relacji na żywo z toczącej się wojny. Ostatecznie, po całej aferze już tylko mrówki mogły poszaleć na perkusji. 
Źródło: Galapagos Films

     W czasie kiedy reszta bohaterów ratowała wszechświat Ant-Man znakomicie się bawił, przynajmniej przez ostatnie kilka dni, kiedy to zrobił z domu potężny tor przeszkód do zabaw z córką, no i notorycznie zwiększając, i zmniejszając siebie oraz wszystko, co wokół niego. Tu kopniak w piszczel, tam plaskacz w twarz, innymi słowy rozrywek mu nie brakowało. W szczególności, gdy przez swoją nieuwagę doprowadził do wyślizgnięcia się nogi poza dopuszczalną granicę i po raz kolejny funkcjonariusze robili mu wjazd na chatę. Nic fascynującego, niestety. Nie oznacza to jednak, że cały film jest poniżej przeciętnej przewidywalności. Udaje się rozbudować pewną zaskakującą- na swój sposób, bo w innej kategorii jest coś całkowicie oczywistego i oczekiwanego do nadejścia- zważywszy na zapowiedzi i otwarcie filmu.

      Sporym atutem, ale też i już znakiem rozpoznawczym tego tytułu jest jego subatomowy charakter. Nie tylko ze względu na kreatywność twórców odnośnie jego wykorzystania, ale przede wszystkim sposób prezentacji. Przecież pomniejszając się do maksymalnej minimalności można dostrzec najprawdziwsze cuda. Być mniejszym niż roztocze na kanapie? Fascynujące! A jak to wszystko pięknie wygląda, tak kolorowo... Jest się czym zachwycić. Natomiast samo wykorzystywanie technologii na zwiększanie i zmniejszanie przedmiotów? Hmm... jest kilka rzeczy, które sprawiają frajdę- jazda na hulajnodze, duża podawajka dropsów, no i oczywiście koło z resorakami. Super. Obawiam się jednak, że jest to jedyna prawdziwa zaleta filmu, ponieważ z tego aspektu wychodzi praktycznie wszystko. Daje to całą masę powodów do żartów, więc nie brakuje tutaj humoru, ale też dostarcza rozrywki wizualnej. 
Źródło: Galapagos Films

     Fabuła filmu nie porusza zbyt wielkiej problematyki moralnej, życiowej, itd. Krąży jednak wokół tematu rodzicielstwa, bo kto jak kto, ale Scott Lang jest genialnym ojcem i za to ma ogromnego plusa. Uwielbiam jego relację z małą Cassie, tworzą cudowny duet. Może to kwestia samego Paula Rudda i uroczej Abby. Ciepło się robi na sercu, gdy się na nich patrzy. Innym ciekawym duetem jest oczywiście Scott-Hope. Tych dwoje się uwielbia, choć wiadomo trzeba się czasem pozłościć, żeby nudno nie było. Jest między nimi zdrowa chemia, która dobrze odbija się na całej produkcji. Natomiast, czy problem Ducha jest czymś, co angażuje nas emocjonalnie? Wątpliwe. Myślę jednak, że jest to problem samej aktorki, która ewidentnie nie jest w stanie przekonać nas do swojej kreacji. Hannah John-Kamen jest bardziej przekonująca i tajemnicza z maską na twarzy, niż bez niej. Wyczuwam tutaj nowy syndrom Kylo Rena. Bardziej fascynuje misja Hope i jej ojca, to najbardziej absorbujący ze wszystkich wątków i najchętniej resztę wyrzucilibyśmy za okno, bo są całkowicie bezużyteczne. Łatwo tutaj dostrzec emocje bohaterów, łatwo jest się nimi zainfekować. W dodatku Lily i Douglas świetnie wypadają w tej relacji, jak prawdziwa córka z ojcem, aż miło popatrzeć. 
Źródło: Galapagos Films

     Człowiek Mrówka i Osa to kino całkowicie rozrywkowe. Do tego stopnia, że totalnie nic nie wnoszące do fabuły, przynajmniej na razie. Jest typowym zapychaczem czasu w oczekiwaniu na „Avengers: Endgame”, którego premiera zbliża się wielkimi krokami i coś mi się wydaje, że ciężko będzie się dostać na seans w pierwszym terminie, bo chyba cała druga połowa wszechświata chce wiedzieć co się stało z tą pierwszą. Kiedy większość superbohaterów walczyło Ant-Man przebimbał całą akcję walcząc z małymi, nic nieznaczącymi kryminalistami, i pomagał rozwiązywać rodzinne dramaty. Problemy tak samo malutkie, jak jego postura. Szkoda, że całość wypada tak mizernie i mało porywająco, bo można było dać więcej, żeby bardziej podjudzić oczekiwanie widza na finał.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Ant-Man i Osa” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Ant-Man and the Wasp / Reżyseria: Peyton Reed / Scenariusz: Andrew Barrer, Gabriel Ferrari, Chris McKenna, Erik Sommers, Paul Rudd / Zdjęcia: Dante Spinotti / Muzyka: Christophe Beck / Obsada: Paul Rudd, Evangeline Lily, Michael Douglas, Michelle Pfeiffer, Laurence Fishburne, Hannah John-Kamen, Michael Pena, Walton Goggins / Kraj: USA, Wielka Brytania / Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Premiera kinowa: 04 lipca 2018 (Świat) 03 sierpnia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 05 grudnia 2018

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

czwartek, 5 lipca 2018

1251. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler

     Ponowne seanse niektórych filmów potrafią całkowicie odmienić nasze wrażenia. Cudownie jeżeli kolejne spotkanie z bohaterami pomoże nam odkryć nowe płaszczyzny wspaniałości i wielkie zalety. Gorzej kiedy następna randka z tytułem zmusza nas do myślenia „co my takiego w nim widzieliśmy?”. Najnowszy film Marvela, który mamy okazję odnaleźć na sklepowych półkach, plasuje się gdzieś pomiędzy tymi dwoma skrajnymi, bo choć „Czarna Pantera” ma całą masę zalet i jest naprawdę wyjątkową postacią, to jednak... coś tutaj nie gra. 
Źródło: Galapagos Films

    Mieszkańcy Wakandy, tajemnej afrykańskiej krainy, od pokoleń strzegli swojego dziedzictwa. Robili wszystko, aby sekrety ich domu pozostały nieznane reszcie świata. Kiedy w straszliwych okolicznościach ginie król- T'Chaka (John Kani), to jego syn T'Challa (Chadwick Boseman) ma zasiąść na tronie i stać się nową Czarną Panterą. Jednakże, gdy na horyzoncie pokazuje się inny prawowity dziedzic, porzucony przed laty na łaskę i niełaskę ludzi, losy Wakandy mogą się diametralnie zmienić. T'Challa musi staną do rytualnej walki z nowo przybyłym kuzynem Erikiem (Michael B. Jordan), a gdy wynik jest odmienny od oczekiwanego będzie musiał połączyć ze sobą różne plemiona, spajając tradycję i nowoczesną technologię napędzaną wibranium, aby zawalczyć o wolność swojego domu.

      Najbardziej boli chyba jak film Waszego ulubionego uniwersum nie do końca Wam przypasuje. A najgorzej, jak ciężko rozwikłać w czym tkwi problem danej produkcji. Zasadniczo „Czarna Pantera” był filmem, na który czekałam od czasu „KA: Wojna bohaterów”. Od kiedy poznałam tę postać zostałam nią zauroczona. No i masz! Indywidualny film, tak niedługo po premierze. I co? Jedno wielkie „meeeeh”. To smutne, gdy wrażenia po seansie takiego filmu porównuje się do tych z przygody z Kapitanem Ameryką, do którego uprzedziłam się na całe życie. Chyba. Ciężko powiedzieć, że Pantera jest filmem marnym, ale... coś tutaj nie zagrało. Fabuła, która nie do końca porywa, to bazująca na prastarych problemach rodzinnych i schematach opowieść. Powrót „marnotrawnego syna” tutaj przybiera bardziej formę powrót zaginionego członka rodziny, który oczywiście musi upominać się o swoje. Dla zasady. Dodaje to sporo pazura z bardzo wielu powodów. Robi się o wiele dramatyczniej i o wiele bardziej dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

     Bardzo zachwycają te afrykańskie tradycje. Rytualne walki, a później tajemne obrządki nadawania mocy Czarnej Pantery. Bardzo dużo tutaj kolorów, różnych elementów charakterystycznych dla konkretnych plemion. Jednakże... jest to już za bardzo zagrane na pograniczu fantazji. Atrakcje niczym z „Króla lwa”, do którego bez oporów porównywano film po premierze, to zdecydowanie była za duża przesada. Nie mniej, jeżeli to przebolejemy, to przecież pozostaje najważniejszy problem- wsadzenie do tego fantazyjnego świata, opartego na magii, tradycji i niezwykłej etniczności mieszkańców Wakandy, nowoczesnych technologii napędzanych wibranium. Z łatwością można to zrozumieć, bo przecież twórcy dosadnie wyjaśniają co, skąd i dlaczego, ale nie każdemu łatwo będzie przetrawić to oczywiste zderzenie nowego ze starym. Dobrze, że podejmują tę próbę, ale jak w moim mniemaniu za bardzo razi to w oczy, niestety.

     Nie oznacza to jednak, że źle się na to patrzy. Fajnie to wszystko wygląda, chociaż momentami odrobinę przypomina sceny walki z gry niż dopracowaną nierzeczywistość. Robią wrażenie wszystkie te gadżety napędzane wibranium, stworzone przez księżniczkę Shuri, a będące na wyposażeniu Czarnej Pantery. To taki afrykański Agent 007! Ewentualnie... marvelowski Batman. Dzięki tym gadżetom nasz czarny bohater nabiera dynamizmu i barwy. Dostarcza zdecydowanie więcej atrakcji, m.in. przez swój nadzwyczajny kostium. Oczy cieszą się również na widok wszelkich walk, choć trzeba przyznać, że z tą finałową to zdecydowanie przedobrzyli. Po co?! Do tego wszystkiego nie mają one żadnego ciekawego podkładu. Kompozytor za bardzo się tutaj nie wykazał, ale na uznanie zasługują kawałki nawiązujące do klimatu harlemowskich dzielnic Nowego Jorku. Od razu nabiera to bardziej gangsterskiego wydźwięku. 
Źródło: Galapagos Films

     W „Czarnej Panterze” większość obsady to afroamerykanie. Przyjmuje to formę ukłonu w stronę ich korzeni. Dlatego do filmu zaangażowano najlepszych za najlepszych, a przynajmniej tych bardziej znanych. Chadwick Boseman jest księciem z niesamowicie pięknym akcentem. Do pokochania. Idealnie nadaje się na postać Czarnej Pantery. Jego przeciwnikiem staje się Michael B. Jordan, który ponownie wkracza na ring, tym razem jako spadkobierca dosłownego tronu. On chyba pokazuje największy charakterek i jest naprawdę wyrazistym czarnym charakterem. Jednakże jego oddanie sprawie zdecydowanie budzi spory respekt. Wśród kobiet pojawiają się same czarnoskóre piękności. Króluje im Angela Bassett, która swobodnie się czuje w takiej dostojnej stylizacji. Lupita Nyong'o również ma swoje pięć minut, zupełnie jak Letitia Wright, którą kojarzyć mogą fani Netflixa z serialu „Black Mirror”. Jednakże spośród nich najjaśniej świeciła Danai Gurira. Może to kwestia roli, a może po prostu jej charyzmy. Niesamowicie waleczna, niczym w „The Walking Dead”, bardzo oddana sprawie- kobieta z zasadami, pani generał. Zachwyca kocimi ruchami, stanowczością i błyskotliwością. Idealna obrończyni narodów!
Źródło: Galapagos Films

     Największą zaletą, a jednocześnie problemem „Czarnej Pantery” jest jej indywidualność. Prezentuje sobą coś zupełnie innego niż dotychczas otrzymywaliśmy ze strony Marvela. Nie dość, że dostajemy ludzi odmiennych rasowo, z niesamowitymi obrzędami i historią, które gwarantują niesłychane wrażenia wizualne, to dodatkowo próbuje się to scalić z najwyższą możliwą technologią. Ponadto bohaterskość tego tytułu dociera do zupełnie innego grona odbiorców, zwracają uwagę na zupełnie inne wartości niż dla przeciętnego człowieka. To, poza nieco bardziej stonowaną warstwą wizualną i muzyczną, zdecydowanie odmienia go od poprzednich marvelowskich produkcji.

Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Czarna Pantera” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Black Panther / Reżyseria: Ryan Coogler / Scenariusz: Joe Robert Cole, Ryan Coogler / Zdjęcia: Rachel Morrison / Muzyka: Ludwig Göransson / Obsada: Chadwick Boseman, Michael B. Jordan, Lupita Nyong'o, Danai Gurira, Martin Freeman, Angela Bassett, Forest Whitaker, Andy Serkis, Daniel Kaluuya, Letitia Wright, Winston Duke / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi

Premiera kinowa: 29 stycznia 2018 (Świat) 14 lutego 2018 (Polska)
Premiera DVD: 20 czerwca 2018

niedziela, 1 lipca 2018

1250. Atak paniki, reż. Paweł Maślona

     Kiedy 4 lata temu oglądałam argentyńskie „Dzikie historie” wydawało mi się, że nikt nie jest w stanie lepiej przedstawić agresji w człowieku niż Damián Szifrón. Film sympatię krytyków, a także i moją. Teraz polski młody reżyser zainspirowany tamtym scenariuszem tworzy podobny przebój kinowy tym razem skupiając się na panice. „Atak paniki” jako jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku w końcu doczekał się swojej premiery na DVD i Blu-Ray. Teraz każdy z nas może popanikować razem z bohaterami tej zakręconej, spanikowanej historii.
Źródło: Galapagos Films

     Małżeństwo (Artur Żmijewski, Magdalena Segda) wraca z urlopu w Egipcie w towarzystwie trupa na pokładzie samolotu. Ich syn (Olaf Marchwicki) upala się wraz z przyjaciółmi i wycina numer jednemu maniakowi gier komputerowych (Barłomiej Kotschedoff). Ten z kolei próbuje uratować swoje cybernetyczne imperium z matką za sterami myszki i klawiatury, bo on sam obsługiwać musi jedno z wesel. Panna młoda (Julia Wyszyńska) jest w ciąży, a jej nowy mąż (Grzegorz Damięcki) gdzieś znika. Pewnie rozmyśla nad swoim pożegnaniem ze swoją byłą żoną (Magdalena Popławska), kiedy to zabrał ją na obiad pod pretekstem podpisania papierów rozwodowych. Na dłuższą chwilę przed weselem dawna przyjaciółka (Aleksandra Pisula) panny młodej próbuje ukryć swoją prawdziwe zajęcie, nie wytrzymując presji pakuje torbę i ucieka.

     Bardzo łatwo przyrównywać „Atak paniki” do „Dzikich historii”, w końcu jest to podobny zamysł fabularny i w dodatku podobnej formie. Cały film poszatkowany jest na kilka elementów, historii, które w odróżnieniu od argentyńskiego hitu przeplatają się wzajemnie, wiążąc bohaterów ze sobą, a nie stanowią sześciu sekwencji zaczynających się jedna po drugiej. Oczywiście, że nie w każdym przypadku wiadomo jak łączą się bohaterowie, w zasadzie to niekiedy w jednej historii znajdzie się kilku bohaterów z poprzednich, a innym razem jeden z nich pojawi się w kilku. Początkowo jednak twórcy zachowują ten sekret dla siebie. Zaskakują innymi rozwiązaniami, które zdecydowanie są mocno abstrakcyjne, ale niekoniecznie niemożliwymi do wydarzenia się. 
Źródło: Galapagos Films

     W końcu rzadko spotykane są podobne przypadki w samolotach jakiej doświadczyło małżeństwo wracając z urlopu. Aczkolwiek już powód, dla którego ma to miejsce wydaje się już bardziej przyziemny i łatwiejszy do zrozumienia dla każdego kto pracuje. Najbardziej zadziwiająca i bardzo na czasie jest opowieść o graczu komputerowym, tak bardzo poświęconemu swojej pasji, tak bardzo uzależnionemu, że agresja aż z niego kipi. Wielka kulminacja następuje na weselu i o dziwo wzbudza chyba najwięcej emocji. Chociaż... jest jeszcze historia małżeństwa w separacji, które ostatecznie ma się rozejść. Jest to przede wszystkim rewelacyjnie zagrana sekwencja, króluje tutaj Magdalena Popławska, która stworzyła bardzo realną, znerwicowaną postać. Cudownie się patrzy na jej emocje, bo zaraża nas nimi i aktualnie zaczynamy kobiecie współczuć. Niesamowicie charyzmatyczna rola. Najdurniejszym z epizodów jest ten dotyczący upalenia się dzieciaków, w zasadzie najmniej interesujący i chyba sami twórcy byli tego świadomi, bo temu wątkowi poświęcili najmniej uwagi. Zdecydowanie za mało emocji wywołują również fragmenty z internetową gwiazdką porno. Szkoda, bo potencjał był przeogromny. Fajne jest jednak to, że każda z tych sytuacji popycha człowieka na skraj wytrzymałości. Przy takim uderzeniu napięcia wiele osób potrafi wybuchnąć. W szczególności, gdy jest się na ślubie w zaawansowanej ciąży i istnieje obawa o poród w trakcie. Nie ma tutaj jednak takich absurdów, na które aż podśmiewujemy się z poddenerwowania. Nie ma takich sytuacji, w obliczu których śmialibyśmy się z niedowierzania. Zdecydowanie nie jest to tak hardkorowe, jak w przypadku „Dzikich historii”, a można było bardziej podkręcić klimat. 
Źródło: Galapagos Films

     Sporym problemem prawdziwego zaangażowania się w akcje jest aktorstwo. Twórcy nie do końca poradzili sobie z nagromadzeniem takiej ilości postaci w jednym filmie. Trzeba się postarać i uczynić je na tyle wyrazistymi, aby nie zaginęły w tłumie. W tym przypadku wyróżnia się jedynie wspomniana wcześniej kreacja Magdaleny Popławskiej. Nic dziwnego, że została wyróżniona za tę rolę, w pełni zasłużenie. Jednakże wszelkie zachwyty nad Bartłomiejem Kotschedoffem dla mnie są bezsensowne. Owszem, miał bardzo ciekawą kreację, ale tak jak w przypadku Aleksandry Pisuli mam wrażenie, że był aż nadto przejaskrawiony. Zdecydowanie nie wypadało to naturalnie, nie było w tym większego realizmu, który można by odnaleźć w każdym z nas.

     Początkowo miałam nadzieję, że chociaż formatem „Atak paniki” przypominać będzie argentyńską produkcję. Szybko jednak pojęłam zamysł twórców i przeszłam nad tym do porządku w pełni koncentrując się na filmie. Przyznam się jednak, że takie przeplatanie różnych wątków, które nie są ulokowane w tym samym czasie, i mam tutaj na myśli przynajmniej kilka dni, a nie kilka miesięcy, może doprowadzić do sporej konsternacji i rzeczywistego zagubienia w czasie. Jedyne co jesteśmy w stanie doprecyzować, to czy coś działo się przed tym wydarzeniem, czy po. Jednakże w sytuacji małżeństw w kontakcie z synem... u mnie nastąpiła czarna dziura w próbie ulokowania w czasie tej imprezy, a w zasadzie to ich podróży samolotem, a może... tak, takie zagubienie mi towarzyszyło u końca tego seansu. Nie mówiąc już o wielkim finale, który stanowił ogromny zlepek finałów wszystkich historii i nie było to finałem na miarę kina nolanowskiego, niestety. Był to finał na miarę „O rety! Zaraz mi głowa eksploduje!”. Oczopląs gwarantowany... Wkradł się tutaj zbędny chaos, który pozostawia w myśli to co się obejrzało, ale z drugiej strony ma się ochotę wypchnąć go z odmętów pamięci.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowsza produkcja Pawła Maślony to coś nowego w polskiej kinematografii. Oczywiście, antologii próbowało wcześniej już bardzo wielu twórców, ale niewielu podeszło do tego tak ambitnie chcąc przekazać prawdziwy problem. „Atak paniki” nie jest filmem wyjątkowym, ale z pewnością zachwyca pod pewnymi względami. Nie trąci banalnością, zaskakuje, a momentami nawet rozśmiesza swoją durnością. Niestety, nie jest to film dla każdego, jak już przekonałam się patrząc na mojego męża. Nie do każdego trafić musi tak chaotyczna i agresywna forma przekazu. Pewnym jest jednak, że dzięki temu na długo pozostaje w pamięci, bo w końcu jest to coś innego, coś świeżego w naszym polskim kinie.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Atak paniki” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Atak paniki / Reżyseria: Paweł Maślona / Scenariusz: Paweł Maślona, Bartłomiej Kotschedoff, Aleksandra Pisula / Zdjęcia: Cezary Stolecki / Muzyka: Radzimir Dębski / Obsada: Artur Żmijewski, Dorota Segda, Olaf Marchwicki, Bartłomiej Kotschedoff, Julia Wyszyńska, Grzegorz Damięcki, Magdalena Popławska, Aleksandra Pisula / Kraj: Polska / Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera kinowa: 17 sierpnia 2017 (Świat) 19 stycznia 2018 (Polska)
Premiera DVD: 06 czerwca 2018

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

piątek, 2 marca 2018

SZORTY #46 - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Czas mroku, Tamte dni, tamte noce

Oryginalny tytuł: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri | Reżyseria: Martin McDonagh | Scenariusz: Martin McDonagh | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 04 września 2017 (Świat) 02 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 9/10

     Wśród stricte politycznych filmów, całkowicie poprawnych, zrealizowanych typowo pod ceremonię wręczenia najbardziej prestiżowych i totalnie nic nie znaczących nagród filmowych świata znajdują się takie twory, na które patrzy się z przyjemnością. Taki film stworzył właśnie Martin McDonagh- totalnie nieprzewidywalny i tak bardzo jaskrawy wśród tych wszystkich patetycznych rozmyślań.
     Samotnie wychowująca swoje dzieci kobieta (Frances McDormand) staje przed prawdziwą tragedią, gdy jedno z nich zostaje zgwałcone a następnie brutalnie zamordowane przez nieznanych sprawców. Po roku, kiedy śledztwa małomiasteczkowego biura szeryfa (Woody Harrelson) wciąż nie przynoszą odpowiedzi, kobieta wynajmuje pobliskie billboardy, aby przekazać wiadomość szeryfowi i całej okolicy. Nie spotyka się to z dobrym odbiorem.
     Takich filmów zawsze mi brakuje. Przewrotnych, bardzo nieoczywistych i tak bardzo kolorowych. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” od samego początku zaskakuje tajemniczością. Bliżej niesprecyzowane problemy głównej bohaterki i przesłanki jej działania, które rozjuszają każdego w mieście. No, prawie każdego. Budzi to zaskoczenie, wręcz odrazę, bo jak można nie rozumieć dramatu matki, która utraciła swoją córkę w tak bestialski sposób. Inną kwestią jest charakterność tej kobietki, bo do grzecznych i łagodnych to ona nie należy. Mildred Hayes jest kobietą silną, ale też i porywczą, co niejednokrotnie udowadnia rozbawiając widza. Jednakże nie tylko jej zachowanie jest tutaj mocno przesadzone. Do podobnych atrakcji dochodzi przy okazji spotkań z szeryfem Willoughby, czy oficerem Dixonem. A dajcie tę trójkę do jednej sceny, to trzeba będzie uprzątnąć plan zdjęciowy. Każdy z nich ma mocny charakterek, ale tylko dwa z nich przechodzą zadziwiające zmiany. To nie do końca przekonuje, bo jakżesz można się zmienić w ciągu paru minut po przeczytaniu jednego listu. Historia nie kryje się ze swoją brutalnością. Jest w tym coś ze stylu Quentina Tarantino, gdzie jak coś ma być hardkorowe, to takie właśnie będzie. McDonagh daje duże pole do popisu dla swoich bohaterów, którzy wyrzucają wynajmujących przez okna, podpalają posterunki policji, czy strzelają sobie prosto w twarz. Jest to tak bardzo przejaskrawione, że aż śmieszne, ale to dobrze, bo nie jest to film trzymający się sztywnych reguł. Wszystko tutaj jest bardzo nieprzypadkowe, wszystko tak świetnie koreluje ze sobą i tworzy naprawdę genialną całość. Całość, która dostarcza bardzo wielu ciekawych emocji, która dostarcza uśmiechu, smutku, czy przerażenia. To w końcu świetna historia, która daje wiele możliwości interpretacji i tworzenia własnych zakończeń. Historia, która sprawia, że choć jest to tytuł w walce o Oscara, to jednak cała sala kinowa śmiała się pod nosem. Świetny film, po prostu! Mój faworyt.

Oryginalny tytuł: Darkest Hour | Reżyseria: Joe Wright | Scenariusz: Anthony McCarten | Obsada: Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Lily James, Ronald Pickup, Stephen Dillane, Nicholas Jones, Samuel West | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny
Premiera: 01 września 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 6/10

     Nigdy nie przepadałam za filmami biograficznymi, a już na pewno nie za biografiami wielkich polityków. Jednakże nic tak nie skłania do seansu, jak obsadzenie genialnego Gary'ego Oldmana w roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii świata. Nic tak nie skłania do seansu, jak chęć poznania Winstona Churchilla.
     Czasy II wojny światowej, gdzie światu zagrażają naziści prowadzeni przez Adolfa Hitlera. Król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) powierza tworzenie nowego rządu Winstonowi Churchillowi (Gary Oldman), kontrowersyjnemu kandydatowi, któremu porażka w Narwiku nie przysparza poparcia wśród partyjnych kolegów. Podczas gdy jego poprzednicy i następcy w roli premierów Wielkiej Brytanii snują spiski, chcąc obalić jego urząd, mężczyzna ten robi wszystko, aby nie poddać się nazistowskiej potędze i uwolnić żołnierzy uwięzionych na plaży w Dunkierce.
     Filmy wojenne nigdy nie były moim konikiem. A jak jeszcze dochodzi do tego polityka, to już w ogóle staram się unikać szerokim łukiem. Jednakże takie tytuły zawsze będą miały poparcie wśród członków Akademii Filmowej. Zawsze! Dorzucić do tego trzeba jeszcze takiego znakomitego aktora jak Gary Oldman, reżysera też nie całkiem głupiego, bo w końcu Joe Wright dał nam „Pokutę”, czy „Dumę i uprzedzenie” i przepis na oscarowy film gotowy. Podążając za przyjętym schematem – jest dość nudno, wręcz straszliwie monotonnie, ale jest w tym jakaś ciekawość. O dziwo! Pewnie dlatego, że co jakiś czas Churchill rzuca jakimś niewybrednym dowcipem gasząc to patetyczne napięcie. Świetnie skonstruowany jest tutaj cały ten obraz zmowy a plecami premiera. Bardzo ciekawie prezentują się relacje Churchilla z królem- niby z dystansem, ale przede wszystkim z szacunkiem. Twórcy bardzo dobrze pokazują tutaj rozterki premiera, rozdartego między chęcią walki, a wymuszaniem poddaństwa. Rewelacyjna jest scena w metrze, będzie jedną z najbardziej pamiętliwych w kinie, więc tym bardziej szkoda, że nie jest poparta faktami. Gary Oldman błyszczy w tym filmie, ale prawda jest też taka, że najlepiej kreuje się postaci, których nie trzeba kreować. Churchill to taka osobowość, że nie da się tego zrobić źle, więc Oldman wyszedł z tego świetnie. Budził grozę, ale też niewątpliwą sympatię. Najbardziej żal mi, że totalnie zepchnięto na plan życie rodzinne bohatera. Postać żony Clementine wydawała się być wprowadzona do filmu dla większych celów. To samo tyczy się Lily James, która wcieliła się w postać Elizabeth Layton. Obecność tych dwóch pań okazała się być jednak całkowicie bezsensowna, niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły. Pomimo tak wielu zalet fabularnych filmu, pomimo świetnej charakteryzacji i samej gry aktorskiej Gary'ego Oldmana, nie jest to film szczególnie wybitny. Dobija swoją monotonnością, ale to może tylko kwestia preferencji oglądającego. Jak dla mnie w wyścigu po statuetkę w najważniejszej kategorii pozostaje daleko w tyle.

Oryginalny tytuł: Call Me by Your Name | Reżyseria: Luca Guadagnino | Scenariusz: James Ivory | Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar, Esther Garrel, Victoire Du Bois | Kraj: USA, Włochy, Francja, Brazylia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 22 stycznia 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 8/10

    Film, których tak bardzo brak w dzisiejszych czasach. Brak nie tylko na ekranach kin, ale przede wszystkim na galach wręczenia nagród filmowych. Tym bardziej zachwyca pojawienie się filmu Guadagnino w tej najważniejszej kategorii oscarowej, bo chyba trudno w tym roku o bardziej sielski i melancholijny film wśród nominacji.
     Gorące włoskie lato w małym miasteczku. Przystojny nastolatek zakochany w muzyce, uczący się od matki o romańskiej kulturze, czerpiący przyjemność z włoskich wakacji w starej willi. Gdy do jego ojca przyjeżdża w odwiedziny profesor specjalizujący się w lokalnej kulturze, jego świat wywraca się do góry nogami. Między chłopakiem a dorosłym mężczyzną nawiązuje się zaskakująca nić porozumienia, która budzić może spore kontrowersje wśród lokalnej społeczności.
     Podoba mi się różnorodność tegorocznych filmów walczących o Oscara dla najlepszego filmu. Podoba mi się, że takie filmy jak „Tamte dni, tamte noce” potrafią się wybić swoją historią i klimatem. Produkcja od Guadagnino zdecydowanie odstaje od reszty przede wszystkim z powodu tego błogiego uczucia, jakie wywołuje. Ten obraz to bardzo ciekawa na wielu płaszczyznach podróż po Włoszech. Wchłaniamy zapach pomarańczy, czujemy promienie włoskiego słońca na twarzy, włoskie stawy chłodzą nasze rozpalone ciała, a wszechobecna architektura zachwyca na każdym rogu. Nie obywa się również bez prezentacji charakteru Włochów, co akurat dostarcza odrobiny uśmiechu na twarzach. I w tej właśnie atmosferze rodzi się uczucie. Całkowicie zakazane, bo między mężczyzną a mężczyzną i jeszcze bardziej zakazane, bo między dorosłym mężczyzną a nastolatkiem. Budzić to może kontrowersje, bowiem akcja rozgrywa się w latach 80tych. Co za tym idzie bohaterowie muszą się ukrywać ze swoimi emocjami, co dodaje odrobiny dreszczyku. Jest nieporadnie, ale przy tym całkowicie uroczo. Niekiedy bywa też i zabawnie, choć za chwilę przerodzić może się to w prawdziwy dramat. Niewielu mogłoby pomyśleć, że takich uczuć dostarczy im podobny film. To wszystko jest zasługą cudownych aktorów, którzy swoim wyglądem i brzmieniem ich głosów rozmiękczają męskie i kobiece serca. Najpiękniejsze jest jednak w tym wszystkim jest to, co się dzieje gdy prawda wychodzi na światło dzienne. I uwierzcie... po tym filmie każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ma młody Elio. Tak bardzo otwartych, tak bardzo wyrozumiałych i tak bardzo mądrych. Końcowy monolog ojca chłopaka jest tym, który każdy chciałby usłyszeć, bo jest w nim bardzo dużo miłości i akceptacji. Szkoda jedynie, że historia kończy się w taki a nie inny sposób, bowiem piękno jakie w sobie zostawia, przy okazji brzmień słów rewelacyjnych piosenek „Mystery of Love” oraz „Visions of Gideon”, jest bezcenne.

sobota, 24 lutego 2018

1245. LEGO®Ninjago: Film, reż. Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan

    Filmy z serii LEGO cieszą się ogromną popularnością. Nigdy nie wiadomo jaki jeszcze szalony pomysł wpadnie do głowy twórcom. Wszystko zaczęło się od „LEGO®Przygoda”, która pokazała nam nowy wymiar animacji i przede wszystkim przebojowych kloców LEGO. Potem był czas genialnego Batmana, który bawił do łez i dał szansę na polubienie tego mrocznego superbohatera. Teraz przyszła kolej na kultowy produkt Ninjago, który to sympatycy mogli oglądać już w wersji z przeznaczeniem na mały ekran. Dlaczego więc ekipa Charliego Beana postanowiła zrobić z tego film? Pewnie, żeby ciągnąć ten ciekawy cykl. Szkoda jedynie, że nie podzielili sukcesu poprzedników.
Źródło: Galapagos Films
     Ninjago City notorycznie atakowane jest przez złowieszczego Garmadona (Jakub Wieczorek), pałającego żądzą władzy. Nie przysparza to sympatii ze strony rówieśników porzuconemu przez niego synowi- Lloydowi (Aleksander Sosiński), który pragnie jedynie odzyskać rodzinę. Ciężko jest to jednak osiągnąć, gdy stale walczy się ze swoim ojcem. W końcu chłopak i grupa jego przyjaciół w obliczu zagrożenia przywdziewają stroje ninja, wskakują do swoich mechów i pod duchowym przewodnictwem Mistrza Wu (Stefan Knothe) bronią miasta przed każdym atakiem. Wszystko się jednak sypie, gdy ogarnięty gniewem na swojego ojca Zielony Ninja ściąga siejącego zniszczenie gigantycznego kota.
     „LEGO®Ninjago: Film” to bardzo złożony twór, który zdecydowanie nie potrafi wzbudzić większych emocji u odbiorcy. Czasami, gdy scenarzyści mają ambicję stworzenia filmu, gdzie każdy będzie identyfikował się z bohaterami, gdzie historia będzie bardzo przejmująca i trafiająca do najmłodszych widzów dając im naukę, to wychodzi potem totalny chaos. I choć produkcja Charliego Beana mówi praktycznie o wszystkim, to nie daje zupełnie nic. Fabularnie to prosta historia o dzieciakach spełniających marzenia byciu bohaterami miasta. W głębi serca każdy z nas chciał lub nawet nadal chce coś znaczyć dla społeczeństwa. Z drugiej zaś strony ta sama grupka staje się uosobieniem współczesności i jej problemów. Bohaterowie, którzy nie potrafią spojrzeć w głąb siebie i odnaleźć w nim potencjał, a zamiast tego posiłkują się wszelkimi udogodnieniami jakie tylko oferuje im współczesna technologia. Są od niej tak uzależnieni, że nie potrafi poradzić sobie bez niej, gdy pojawia się problem.
Źródło: Galapagos Films
     Historia ukazuje również dramat młodego chłopaka, który wychowywał się bez ojca. Co gorsza, ten ojciec to wielki złoczyńca, a więc dzieciak nie ma najlepszych notowań w szkole i w ogóle... w mieście. Jednak pomimo wszystko pragnie bliskości i jest w stanie zrobić wszystko, aby zrealizować swoje pragnienia- nawet zniszczyć miasto. Kiedy ma więc okazję na poprawę relacji z ojcem, nie waha się ani chwili. Może nadrobić stracony czas, nauczyć się tego, czego nie potrafił zrobić bez przewodnictwa rodzica. W tych momentach klaruje się obraz bardzo ciekawej postaci Garmadona, który poza mistrzem Wu wzbudza najwięcej i najciekawszych emocji. Z jednej strony człowiek kreujący się na tego złego, który pragnie jedynie większej władzy. Z drugiej udręczona dusza, która porzuciła swoją rodzinę dla realizacji wielkich życiowych celów. Postać nieodgadniona całkowicie rozdarta pomiędzy chęcią posiadania, a swoim instynktem ojcowskim.
     Akcja rozwija się tutaj bardzo dynamicznie, ale ten chaos momentami nuży. Ileż można obserwować ciągłych zwrotów akcji, dziwacznie klockowych wojaży duchowych, czy scen walki nie mających końca. Tu coś wybuchnie, tam ktoś komuś przywali, a gdzieniegdzie jeszcze ktoś będzie toczył walkę na śmierć i życie bambusowymi pałkami. Dla najmłodszych widzów będzie to zapewne nie lada rozrywka, ale starszemu będzie tutaj czegoś brakowało. Spoiwa, który nadałby tym wygibasom na ekranie większy sens. Tymczasem sceneria mienia się zdecydowanie za szybko. Gdzieniegdzie scenarzyści wplatają jakieś żarty i gagi, ale to odgrzewane kotlety, wciąż powtarzane schematy, które już dawno temu przestały ludzi bawić. Nie ma w tych dowcipach niczego odkrywczego, film nie śmieje się sam z siebie. To spory minus, który sprawia, że cały obraz odbieramy raczej drętwo.
Źródło: Galapagos Films
     Sporą zaletą filmów LEGO jest ich warstwa wizualna, bo nie ma się co oszukiwać- oglądać ożywione klocki na ekranie, to naprawdę fantastyczna zabawa. Twórcy realizują najbardziej pokręcone scenariusze użytkowników tych klocków, a i sam film na takowy się stylizuje. Bowiem podobnie jak „LEGO Przygoda”, tak też i „Ninjago” łączy w sobie świat realny z klockowym, gdzie fabuła krystalizuje się w głowie małego chłopca. Szkoda tylko, że wybuchy nie mają klockowego charakteru, a ognie piekielne nie są latającymi klocuszkami. Dobrze jednak, że twórcy nie poszli w kierunku wykreowania klocków komputerowo, a użyli tych realnych, przez co zupełnie inaczej się to ogląda. Zupełnie jakby klocki LEGO ożyły naprawdę. 
Źródło: Galapagos Films
     Już na etapie seansu kinowego miałam spory problem z „LEGO® Ninjago: Film”. Nie była to kwestia nieznajomości tematu, ale słabej jakości fabuły. Animacja w ogóle nie angażuje emocjonalnie widza, nie odczuwamy sympatii do postaci na ekranie, nie przejmują nas też ich losy- wszystko traktujemy raczej na chłodno. Ten sam problem miałam podczas seansu domowego. Bez względu na to, czy jesteśmy fanami serii LEGO, czy klocków Ninjago, nie będziemy w pełni ukontentowani. Szkoda, bo mogłaby to być bardzo ciekawa pozycja wśród kultowych filmów, a tak to pozostaje zadrą w oku. Nie dostarcza zbyt wiele rozrywki, można wręcz powiedzieć, że niemiłosiernie nudzi. Film ma sporo zalet, do których pewnie zaliczam jego wygląd, ale jednak po seansie uczucie dominuje jedno- chciałabym go rzucić w głąb swojej pamięci. W moim przypadku jest to film naraz (co wyjaśnia, dlaczego obejrzałam go razy dwa). 

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „LEGO®Ninjago Film” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również w wersji Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: LEGO®Ninjago Movie / Reżyseria: Charlie Bean, Paul Fisher, Bob Logan / Scenariusz: Bob Logan, Paul Fisher, William Wheeler / Muzyka: Mark Mothersbaugh / Dubbing polski: Jakub Wieczorek, Aleksander Sosiński, Grzegorz Drojewski, Grzegorz Kwiecień, Bartosz Martyna, Przemysław Stippa, Monika Pikuła, Laura Breszka, Stefan Knothe / Kraj: USA, Dania / Gatunek: Animacja, Komedia, Akcja
Premiera kinowa: 20 września 2017 (Świat) 22 września 2017 (Polska)
Premiera DVD: 15 lutego 2017