Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Oryginalny tytuł: The Midnight Meat Train
Leon Kauffman (Bradley Cooper) jest fotografem walczącym o uznanie nowojorskim światku. Jego specjalnością są zdjęcia miasta, w których to Leon stara się odnaleźć serce. W jego dążeniach wspiera go jego ukochana dziewczyna imieniem Maya (Leslie Bibb) oraz jego przyjaciel Jurgis (Roger Bart), który prowadzi go do Susan Hoff (Brooke Shields), która może pomóc Leonowi się wybić. Jednakże na miejscu okazuje się, że dla Susan wspaniałe zdjęcia Leona nie wystarczają, ale widzi w nim nadzieję. Kolejnej nocy Leon wybiera się na stację metra, gdzie przypadkowo jest świadkiem napadu na modelkę- Erikę Sakaki. Po tym jak ją ratuje odprowadza ją do metra robiąc przy okazji zdjęcia. Niestety, następnego ranka Leon dowiaduje się, że Erika uznana jest za zaginioną. Gdy bliżej przygląda się zdjęciom odkrywa, że na jednym z nich może znajdować się potencjalny porywacz Eriki. Następnej nocy udaje się na miasto, aby znowu porobić parę zdjęć. Wtedy wpada na tajemniczego mężczyznę (Vinnie Jones), który z zawodu jest rzeźnikiem. Od tej pory mężczyzna staje się obsesją Leona, który stara się z całych sił udowodnić winę rzeźnika. Nie zdaje sobie sprawy jak niebezpieczne może okazać się prześladowanie mężczyzny i że może zagrażać to także jego najbliższym.
Broniłam się rękami i nogami, aby tego filmu nie obejrzeć, ale pech chciał, że miałam ochotę na coś mocnego, a ze względu na to, że obejrzałam już wszystkie horrory jakie mam w posiadaniu mój wybór padł na „Nocny pociąg z mięsem”. Poniekąd zachęciła mnie też opinia Maxiora, który swego czasu pisał o tym filmie. Miałam jedynie nadzieję, że obchodzona za oknem rocznica wizyty papieża w moim mieście nie zepsuje klimatu filmu. Tak się nie stało. Film pochłonął mnie w całości. Zaintrygował mnie. Już z początku miałam wiele pytań, na które w trakcie filmu otrzymałam odpowiedzi.
Rzeźnik mordujący ludzi? Nie jest to jakoś specjalnie fascynujący temat. Ale jak pomyśleć, że morduje on ich w nocnym pociągu… to już powoduje nasuwanie się różnego rodzaju pytań. Przykładowo: czemu maszynista nie reaguje? Jak to się dzieje, że następnej nocy ten sam pociąg jest czysty, jak gdyby nigdy nic się nie stało? No i podstawowe pytanie: jaki jest motyw rzeźnika? Póki nie dostajemy odpowiedzi na to ostatnie pytanie film jest nawet całkiem nie najgorszy. Koleś morduje ludzi, wydłubuje im oczy, wyrywa paznokcie i zęby, goli ich głowy na łyso. Wtedy zastanawiamy się po co to całe zamieszanie. W pewnym momencie miałam obawy, że zbiera mięso bo w masarni im brakuje. Na szczęście nie to było odpowiedzią. To właśnie przykuwa uwagę widza, ponieważ bez względu na to jak bardzo mu się ten film nie podoba to i tak zostanie do samego końca, żeby poznać rozwiązanie zagadki. Muszę jednak przyznać, że w pewnym momencie stało się to bardziej oczywiste, a reszta była niestety do przewidzenia, ale żeby przewidzieć zakończenie trzeba uważnie oglądać cały film. Poza tym cały ten motyw z Leonem i śledzeniem przez niego Mahogany`ego też wprawiało w niezły klimat. Powiem tylko tyle, że rozwiązanie jest co najmniej szokujące, ale jak dla mnie zbyt drastyczne i mało realne- chociaż w sumie kto to wie. Cała ta brutalność, która pojawia się w filmie na mnie osobiście nie robiła większego wrażenia. Facet, który morduje ludzi za pomocą tłuczka do mięsa to dość abstrakcyjna sytuacja, no ale skoro mógł być górnik mordujący kilofem to czemu nie rzeźnik z tłuczkiem. Dużo krwi się lało i momentami było dość obrzydliwie. Z pewnością ma to swój mroczny urok, ale to co dzieje się na zakończeniu moim zdaniem całkowicie go psuje.
Rzeźnika Mahogany`ego zagrał nie kto inny jak sam Vinnie Jones. Ja póki co widziałam z nim dwa filmy, ale to właśnie jego rola w „Nocny pociąg z mięsem” najbardziej mi się spodobała. Był on niesamowicie przerażający. Niewielu aktorów potrafi zagrać tak- nic właściwie nie mówiąc, i jedynie samym spojrzeniem paraliżować widza. Autentycznie wzbudzał we mnie strach i dziwię się, że Leon wciąż za nim łaził, ja bym w ogóle nie chciała się do niego zbliżać. W postać Leona wcielił się Bradley Cooper. Był on całkiem uroczy do momentu, gdy zaczął wyglądać jak śmierć. Całkiem dobrze szło mu granie przerażania. Przez niego też zaczynałam się bać. Jednakże kiedy to on miał wzbudzać grozę już mu to tak za bardzo nie wychodziło. Niestety. Najwyraźniej nie pasował do tego aż tak bardzo. Jego dziewczyną- Mayą, została Leslie Bibb. Podobała mi się. Była przekonująca. Ale prawda jest taka, że nie wzbudzała większych emocji niestety.
Młoda dziewczyna urodzona na wsi – Christine Brown (Alison Lohman), stara się o stanowisko zastępcy dyrektora banku, w którym pracuje na dziale kredytów. Wiedzie w miarę ułożone życie ze swoim chłopakiem oraz próbuje przypodobać się jego bogatej rodzinie. Jednak pewnego słonecznego dnia do jej biurka podchodzi staruszka- Sylvia Ganush (Lorna Raver), prosząc, aby bank nie zabierał jej domu i odroczy termin spłaty kredytu. Szef daje Chris możliwość samodzielnego podjęcia decyzji, ale napędzana chęcią awansu dziewczyna odmawia kobiecie pomocy. Ganush napada na Chris w związku z czym ochrona zmuszona jest wyprowadzić ją z banku. Staruszka jednak nie daje za wygraną i kiedy Chris kończy pracę ta dopada ją na podziemnym parkingu. Po ostrej szamotaninie staruszka dostaje to po co przyszła – guzik Chris, a następnie odchodzi. Wkrótce dziewczyna przekona się, że została rzucona na nią klątwa. Staruszka bowiem sprowadziła rogatego Lamię, który trzy dni po rzuceniu klątwy zabierze właściciela przeklętej rzeczy, w tym przypadku Christine.
Tematyka rzucania klątw na bohaterów jest powszechnie stosowana. Ja osobiście nie mam żadnych ale do tego typu kierunku w fabule filmu. Wiadomo wtedy, że będzie się działo coś ciekawego, no i będą tego negatywne konsekwencje. Kiedy jednak do akcji wkroczyła niepozorna staruszka nic nie zapowiadało tego co będzie miało za chwilę miejsce. Oczywiście stara cyganka nie wygląda zbyt urokliwie i nawet same jej dłonie potrafią człowieka przerazić. Jednakże później zaczyna się jakaś paranoja w tym filmie. Babcia rzucająca się na Christine, urywanie guzika, walka w samochodzie (co akurat było jedną z zabawniejszych scen), itd. Raimi prowadzi nas przez świat egzorcyzmów i seansów spirytystycznych pokazując jak niebezpieczna jest to praktyka (tak na wypadek, gdyby ktoś o tym zapomniał). No i najlepsze pozostawia na koniec, czyli wewnętrzne dramaty bohatera. W sumie nie taki najgorszy film. Całość podkreślona zostaje zaskakującym zakończeniem, które być może nie byłoby takie dla uważnego widza, ale po drodze człowiek zapomina o tych wszelkich szczegółach, które pomogłyby pojąć mu zawczasu koniec tej historii.
Szkoda, że film nie był typowym horrorem. Idealnie dopracowana została postać Sylvii Ganush, która był najbardziej przerażającą osobą w tym filmie. Poza tym całkiem ciekawie wyglądała postać Lamii, a właściwie jej cień. Robiło to spore wrażenie, ale niewystarczające. Już chyba bardziej przerażające było to jak Christina poszła na egzorcyzmy. No nie wiem, ale jakoś te rzeczy bardziej do mnie trafiają, no a to co się tam działo było autentycznie porażające. Szokujący był także początek filmu kiedy to po raz pierwszy dochodzi do rzucenia klątwy Lamii. Zwiastowało to całkiem fajny film, a skończyło się to niestety tak jak zawsze. Zamiast straszyć więcej bawił, w szczególności podczas scen z Ganush. Jej wizyta w banku także bawiła- kiedy wyjęła sobie szczękę, oraz potem na parkingu, kiedy to z niezwykłą zaciekłością walczyła o ten guzik. Śmiać mi się chciało w szczególności z postawy Christine kiedy wykopała staruszkę z samochodu i zamknęła drzwi: „Skopałam Ci dupsko, Ty stara ruro!”. Oczywiście potem nie było jej do śmiechu, ale za to ja bawiłam się super ;P
Oryginalny tytuł: The Final Destination
Nick (Bobby Campo) wraz z dziewczyną- Lori (Shantel Vansanten), oraz przyjaciółmi – Huntem i Janet (Nick Zano, Haley Webb), wybierają się na tor wyścigowy. Podczas kolejnego okrążenia dochodzi do wypadku, w wyniku, którego giną ludzie, w tym sam Nick z przyjaciółmi. Jednakże wszystko to okazuje się być tylko dziwnym snem. Nick jednak nie chce w to wierzyć, w szczególności, że wszystkie szczegóły z wizji sprawdzają się z tym co właśnie ma miejsce. Dlatego czym prędzej chce opuścić tor, a za nimi podążają jego przyjaciele, a także kilka osób chcących go sprać za zniszczenie im rozrywki. Chwilę później wszyscy z przerażeniem spoglądają w stronę toru widząc tragiczny wypadek. Wszyscy uratowani postanawiają żyć dalej spokojnie, ale Nick ma dziwne wizje, które wkrótce okazują się być wizjami śmierci osób, które ocalały z wypadku. Dzięki poszukiwaniom w sieci odkrywa, że takie przypadki miały wcześniej miejsce i że teraz śmierć będzie ich ścigać dopóki wszyscy nie zginą. Jego przyjaciele nie chcą mu wierzyć, dopóki ocalali nie zaczynają umierać. Nick jednak jest przekonany, że może oszukać śmierć dzięki swoim wizjom.
Kiedy oglądałam zwiastun „Oszukać przeznaczenie 4” nie mogłam powstrzymać się od złośliwych komentarzy, na temat tego co tam zobaczyłam. Bowiem czwarty film zupełnie nie przypomina swoich poprzedników, oprócz znaczącego szczegółu –absurdalnych niemożliwości, które towarzyszą nam mniej więcej od końca filmu drugiego. Kiedy zobaczyłam wykręcające się śrubki na torze wiedziałam, że przez cały film będę denerwowała się na podobne szczegóły filmu i uznam go najgorszym z sequelów chociaż myślałam, że po trzecim filmie będzie to niemożliwe.Oczywiście było pomysłowo, ale niestety za mało kreatywnie. Ponadto sceny śmierci były okropnie zabawne, co może być spowodowane przygotowaniem tego filmu specjalnie dla widowni wersji 3D. Niestety, nie przekonuje mnie to, a nawet śmiem powiedzieć, że wkurza.
Najbardziej w tym filmie podobać się mogą nawiązania do poprzednich filmów, co ewidentnie wskazywać mogłoby na fakt, iż jest to ostatni film (pomijając tytuł „The Final Destination”, gdzie ‘the’ wskazuje na ostatnie z ostatnich). Z doświadczenia jednak wiemy, że często takie przypuszczenia okazują się być złudne, bo twórcy i tak popchną tą historię dalej, żeby zarobić na niej jeszcze więcej. Takie nawiązania to przede wszystkim czołówka filmu, w której widzimy zdjęcia rentgenowskie ofiar z poprzednich filmów – jest to ciekawe. Ponadto sama fabuła nawiązuje do wcześniejszych wydarzeń, przykładowo tablica z „Clear Rivers Water”, która ewidentnie wskazuje na bohaterkę dwóch pierwszych filmów. Ponadto tor, na którym dochodzi do katastrofy nazwany został McKinley – tak samo jak jeden z bohaterów filmu trzeciego. No i przede wszystkim liczba 180, która wiernie pokazuje się we wszystkich częściach filmu– lot 180, droga 180, itp. zapowiadając największe katastrofy. Poza tym można też odnaleźć pewne podobieństwa z zabójstwami z poprzednich filmów – śmierć ochroniarza rozjechanego przez ambulans, jak śmierć Terry rozjechanej przez autobus; po raz kolejny pojawiła się też matka z synem, jak w filmie drugim; no i jeszcze śmierć od wybuchu, tak samo jak w drugim filmie. Pewnie było tego więcej, ale to szczegóły na które zwróciłam uwagę.
Po raz kolejny w filmie mamy standardowy zestaw bohaterów – chłopak ze swoją dziewczyną, rozwydrzona przyjaciółka, chamski cwaniak, rasista przepełniony nienawiścią, no i niedowiarki. Postać Nicka obdarzoną wizjami zagrał Bobby Campo, który nie jest znany szerszej publice ze względu na początki swojej kariery. Niestety nie jest on przekonujący więc nie wróżę mu świetlanej kariery. To samo dotyczy Shantel Vansanten, która zagrała jego dziewczynę. Ładna dziewczyna i jeżeli już to pewnie tylko z tego powodu dostanie później jakąś rolę. Haley Webb także ma niewiele filmów na swoim koncie. Z młodych aktorów największą przeszłość filmową ma Nick Zano, którego ja osobiście znam z sitcomu „Siostrzyczki”, gdzie pokazał, że ma niebywałe poczucie humoru. Dlatego też właśnie patrząc na niego w tym filmie nie potrafiłam się do niego przekonać, w szczególności, że jego postać znacznie odbiegała od serialowego Vince`a, tzn. no w pewnym stopniu. W rolach pozostałych ofiar wystąpili między innymi Mykelti Williamson („Zabójczy numer”), Krista Allen, czyli gwiazda filmów z serii „Emmanuelle”, czy też Andrew Fiscella („Bal maturalny”).
Film jest już trzecim filmem z tej serii. Znowu akcja z wywinięciem się z rąk śmierci. Znowu potem wszyscy po kolei giną. Jednak jest coś dziwnego w tym filmie. Panuje tu pewien chaos. W poprzednich częściach wszystko było jakoś w miarę uporządkowane i wiadome było kto następny zginie, a tutaj... tutaj nie było tej przewidywalności. No, ale czego można się spodziewać po kolejnej części. W tym przypadku sprawdza się reguła, że pierwszy film najlepszy. Co prawda, drugi też nie był zły, ale tam niektóre akcje były już raczej nierealne. Za to ta część... to jest po prostu przegięcie. Wypadki, które w normalnym świecie nie miałyby w ogóle miejsca, wypadki, które powodowali sami ludzie, no przecież kto byłby taki nienormalny i nieostrożny? Ten kto widział ten film to wie o czym mówię. Ta część już nie ma tej normalności co część pierwsza, rzeczywistość jest strasznie naginana. Tak samo jak sam fakt wykolejenia się rollercoastera. Ciekawe, że wagoniki wcześniejsze się nie wykoleiły tylko akurat ten i to jeszcze z tej przyczyny, że trochę odskoczyła z linii prostej szyna. No po prostu brak mi słów.
Oryginalny tytuł: Matrix: Reloaded