NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przedpremierowo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 października 2018

Książka #489: Powiedz, że zostaniesz, aut. Corinne Michaels

     Corinne Michaels jest tym rodzajem pisarki, która z łatwością rozszarpuje nasze serca, a potem robi wszystko, aby nie pozbawić nas nadziei. Jej historie zawsze przesiąknięte są dramatyzmem, na którym budują się naprawdę solidne opowieści. „Powiedz, że zostaniesz” to kolejna seria z jej twórczości, która zawładnie każdym wrażliwym sercem. Wiedziałam, że z tą kobietą nie będzie łatwo, ale nie sądziłam, że doprowadzi mnie do łez już w ciągu pierwszych kilku stron.

     Presley Benson prowadzi szczęśliwe życie. Ma kochającego męża, cudownych bliźniaków, a także wspaniały dom. Tak przynajmniej myślała, do chwili gdy po powrocie do domu odkrywa przerażającą prawdę. Robi wszystko, aby uchronić swoich synów przed uczuciem porzucenia, zdrady przez ukochanego rodzica. Jej świat wali się w gruzy, gdy kolejne kłamstwa wychodzą na jaw. Kobieta zmuszona jest spakować swoje rzeczy i wrócić w rodzinne strony, gdzie ma nadzieję nie spotkać JEGO- mężczyzny, którego przed wieloma laty zniszczył jej życie. Jednakże los ma inne plany i wspomnienia uderzają w nią ze zdwojoną siłą.

     Historie takie, jak z „Powiedz, że zostaniesz” nigdy nie powinny się wydarzać. Oczywiście, mówię o tej pierwszej fazie, początkującej serię niefortunnych zdarzeń. Młoda kobieta dowiaduje się, że jej życie nie było tak idealne jak przypuszczała, a wręcz okazało się być kłamstwem. Szokujący obraz wydarzeń i tak naprawdę realny, bo mało jest takich przypadków, że mężowie ukrywają przed swoimi żonami prawdziwe oblicze? Wiele kobiet może się utożsamiać z tą historią, nie jest to w ogóle dziwne. Autorka porusza przede wszystkim ciężar tej problematyki. Nikomu nie jest łatwo pogodzić się z takim stanem rzeczy, a co dopiero odnaleźć ukochaną osobę w takim, a nie innym stanie. Pokazuje tutaj jak druzgocąca może być to wiadomość i jak bardzo wpływa na życie bliskich tej osoby.

     Inną kwestią są powroty do przeszłości. Tutaj akurat nie ma znaczenia powiedzenie „Nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki”. W tym wypadku pewna historia musiała zatoczyć pełne, okrężne koło, aby znowu doprowadzić do swojego pierwotnego celu. Można powiedzieć, że nikt nie powinien tracić swojej nadziei na odnalezienie prawdziwej miłości, bo może nie tylko czyhać na każdym kroku, ale również w naszej świadomości, czy wspomnieniach. Aspekt relacji Presley i Zacha dostarczył jeszcze więcej emocji. Niewypowiedziane słowa, urazy chowane od wczesnej młodości, sekrety, które piętrzą napięcie i cała masa innych elementów, które na przemian doprowadzają nas do smutku, radości, łez i śmiechu. Miło się zaczytuje w kolejnych stronicach, kiedy już faktycznie dochodzi do konkretów. Rumieniec pnie się po policzkach, serce zaczyna bić szybciej- robi się o wiele bardziej bezpośrednio, agresywnie i fascynująco.
Oczywiście, ten gorący romans ma również swoje negatywne aspekty, które odrobinę rzutują na odbiór całej powieści. Niektóre z momentów były aż nazbyt infantylne. Trochę jak zwierzęce oznaczanie terenu, złośliwości z przedszkola, czy ton wypowiedzi co niektórych bohaterów. Bywa to naprawdę irytujące, bowiem bohaterowie chyba zapomnieli, że nie są już nastolatkami, tylko dorosłymi ludźmi z dorosłymi problemami. A przynajmniej, takimi tworzy ich autorka.

     W konsekwencji jednak opowieść ta daje kobietom wiele dobrego. Pokazuje jak można skończyć, gdy jest się całkowicie ubezwłasnowolnioną osobą, zdaną jedynie na łaskę drugiej osoby. Daje pokaz temu, do czego doprowadzić może zależność finansowa i emocjonalna. To przykre, że z potrzeby trafienia do coraz większego grona odbiorców z takim przekazem trzeba posuwać się do drastycznych środków. Czego się jednak nie robi dla tych, którym potrzebna jest siła do działania. Może właśnie w takich historiach, które poniekąd dają do myślenia, odnajdziemy moc, która pomoże nam przenosić góry. Presley Benson jest idealnym wzorem kobiety silnej, wychodzącej naprzeciw przeciwnością losu i zmagająca się z nimi na własnych warunków. Pomimo początkowej lekkiej infantylności, zagłębieniu się w odmętach rozpaczy, sięga po swoje życie i czerpie z niego pełną radość. Odnajduje swoje prawdziwe ja, które dało jej kopa do działania.

     Chwilami bardzo przewidywalna historia, którą bardzo przyjemnie się czyta, to idealna propozycja dla tych marzących o spokojnym wieczorze z książką do utulenia. „Powiedz, że zostaniesz” jest właśnie takim typem powieści- lekkim, niewymagającym, ale wzbudzającym silne emocje. Poruszające początki, które wyciskają łzy z oczu, a przeobrażają się w niesamowicie rozbrajające, urokliwe rozterki. Wielokrotnie kusząca, innym razem doprowadzająca do śmiechu, choć ostatecznie bardzo rodzinna opowieść, traktująca nie tylko o specyfice wiejskiej społeczności, ale również ludzkiej niezależności. Wspaniale się czyta, praktycznie jednym tchem.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!

Tytuł oryginalny: Say You'll Stay / Tłumaczenie: Monika Węgrzynek / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-65830-72-2 / Ilość stron: 476 / Format: e-book
Rok wydania: 2018 (Polska), 2016 (Świat)

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Książka #470: Conviction, aut. Corinne Michaels

     Niesamowitym uczuciem jest, gdy kończysz czytać książkę, która dopiero zaczyna przygodę pełną wrażeń, a na półce masz kontynuację. Szczerze się cieszę, że miałam pod ręką „Conviction” zaraz po skończeniu „Consolation” i mocno współczuję tym, którzy nie mają takiej możliwości. Emocje, których dostarcza nam Corinne Michaels pierwszym tomem o duecie Lee i Liama, możemy pielęgnować, a nawet rozwijać, ale przede wszystkim przetrawić i zaspokoić swoją nieposkromioną ciekawość dzięki kolejnej książce.
     Rok po tragicznej utracie ukochanego męża Natalie pogodziła się z jego stratą i postanowiła ruszyć dalej ze swoim życiem, u boku Liama- najlepszego przyjaciela jej męża. Teraz ten sam zamordowany na misji mąż staje na progu ich wspólnego domu, cały, zdrowy i przede wszystkim szczęśliwy, że powrócił do swoich dziewczyn. Ale czy Natalie i ich córka Aarabelle wciąż należą do niego? Lee ciężko jest wybaczyć Aaronowi to rewelacje o których dowiedziała się podczas jego nieobecności. Jego trudy odzyskania ukochanej i  utworzenia ponownie rodziny mogą okazać się bezskuteczne, gdyż jego żona oddała już serce innemu. Niestety, ten drugi wyjechać musi na półroczną misję. Będzie to próba dla ich krótkiego związku, która da im odpowiedź czy naprawdę są sobie pisani.
     Sama nie do końca pojmuję dlaczego lubię torturować się takimi książkami. Dlaczego inni lubią zagłębiać się w takie emocje, które dostarczają pisarki pokroju Corinne Michaels. Czy naprawdę tak trudno jest nam doświadczyć podobnych wrażeń, że musimy sięgać po literaturę? Na to pytanie nie mam zamiaru odpowiadać, bo w tym sens, skoro jedyne czego pragnę to nadal czytać takie powieści jak „Duet Consolation”. Historia całkowicie niebanalna, osadzona w bardzo interesującej społeczności żołnierzy armii amerykańskiej i ich rodzin. Jednakże jest to jedynie tło dla rozgrywającej się serii dramatów. Tło, ale jakże wyraziste z tym całym wsparciem, graniem dla drużyny i tego typu patetycznych akcentów. A dramaty? Hm. W zasadzie jest ich o wiele mniej niż przy „Consolation”. Tym razem wszystko rozbija się o wybory Natalie, co jest dość dziwne, bo musi podjąć zaledwie jedną decyzję, którą wydaje się, że podjęła w poprzedniej części. Za mało tutaj dramatyzmu. Owszem, jest jedna wyciskająca łzy z oczu scena, ale to wszystko. Za mało tutaj demonów, które powinny targać Aaronem po powrocie z wojny, po powrocie z niewoli. Autorka jedynie nadmienia o tym i po pewnym czasie temat się urywa, aby znów Natalie mogła walić pouczającą przemowę o tytule „nie mogę z Tobą być, bo oddałam serce Liamowi”. Na pewnym etapie staje się to irytujące, tak jakby Aaron cofnął się w rozwoju umysłowym podczas eskapady do Afganistanu. Tajemnica, którą odznaczono w poprzednim tomie nadal pozostaje nierozwikłana. Być może finalny tom całej serii „Salvation” daje odpowiedzi.     
    Problem zaczynają stanowić również bohaterowie. Natalie stała się już monotematyczna, w przeciwieństwie do Liama, który jest uosobieniem wszystkiego co dobre. Nigdy nie sądziłam, że można jakąś poboczną postać traktować tak oschle, jak ja traktuję Aarona, ale jest to chyba jedna z najbardziej irytujących postaci „Conviction”. Tak jakby nie potrafił zdecydować się, czy woli walczyć o Natalie, czy jednak dąsać się całymi dniami.
     Pomimo kilku wad, które zliczyć można na palcach jednej ręki powieść pozostaje ciepłą i emocjonalną. Ciężko sprecyzować wywoływane przez nią uczucia, które graniczą gdzieś pomiędzy zachwytem, a rozpaczą. Na szczęście wszystkie nieszczęśliwości zapychane są przez duet Natalie i Liama, którzy są naprawdę uroczy. Prawdziwą przyjemnością jest towarzyszyć im i spoglądać jak ich miłość rozkwita. Ta dwójka ma do siebie niebywały szacunek, przez co staną się ideałem w oczach każdej kobiety, a może też i mężczyzny. Jest z kogo brać przykład, bo oto uosobienie związku idealnego, pokazującego jakie cuda potrafi zdziałać zwyczajny dialog międzyludzki.
     „Conviction” staje w czołówce moich ulubionych książek z tego roku. Zdecydowanie wzbudza bardzo wiele emocji i to totalnie odmiennych od tych, które dawał poprzednik. Dzięki dołączenie trzeciej osoby w związku mamy możliwość spojrzenia na problem Natalie i Liama z całkiem nowej strony. Bardzo fajnie zaczytuje się w tą historię, choć nie jest to zbytnio porywająca lektura. Nie mamy odczucia, że ciężko jest nam się z nią rozstać, a wrażenia po przeczytaniu dość szybko się ulatniają. Nie ma tutaj większej traumy, bo wszystko jest piękne, pełne ciekawości, namiętności i przede wszystkim zrozumienia.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty Zmysł!


Tytuł oryginalny: Conviction / Tłumaczenie: Kinga Markiewicz / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-44-9 / Ilość stron: 358 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2017 (Polska)

P R E M I E R A : 05. grudnia 2017

piątek, 10 listopada 2017

Książka #469: Arsen, aut. Mia Asher


   Nigdy nie sądziłam, że jakaś książka będzie potrafiła rozedrzeć mnie na strzępy. Nigdy nie spodziewałam się, że będę płakać jak dziecko i tylko siłą woli powstrzymywać się od autentycznego zanoszenia się od płaczu. To niesamowite, że są powieści, które dotykają najwrażliwszych tematów, ubierają je w nasycone erotyzmem sceny, a przy okazji całkowicie obdzierają czytelnika z emocji. Właśnie ta niełatwa sztuka udała się Mii Asher, spod której pióra wyszedł „Arsen”, czyli opowieść o jednej z najbardziej nieszczęśliwych historii miłosnych, jaką miałam okazję czytać w swoim życiu.

     Poznali się we wczesnej młodości i od razu zakochali się po uszy. Teraz po 11 latach Cathy i Ben są szczęśliwym małżeństwem. Do pełni szczęścia brakuje im jednak jednego- ukochanego dziecka, które wciąż nie chce z nim pozostać z nimi na tyle długo, aby w końcu mogli trzymać je razem w ramionach. Cathy czuje, że każde kolejne poronienie coraz bardziej oddala ją od jej ukochanego męża, więc kiedy znowu zachodzi w ciążę obawia się, że jego utrata położy kres wszystkiemu. Jednakże to co następuje całkowicie ją przerasta, a z otępienia wyrwać może ją nie jej idealny mąż, a ten drugi- niebieskooki, blond przystojniak o imieniu Arsen, który pożerał ją wzrokiem od chwili, gdy tylko się poznali.
     Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Przy lekturze „Arsena” towarzyszą nam wręcz nieustępliwie. Różnego rodzaju, o różnym natężeniu, ale jakie to były emocje. Emocje, które wyciskały łzy z oczu z niemocy, z oczekiwania, a nawet nienawiści. Łzy nad niedolą każdego z bohaterów, nawet tych, których nie darzymy do końca sympatią, a jednak wzbiera w nas litość nad nimi. Gdyby była to zwykła historia osadzona w teraźniejszości, to myślę, że nie dałaby aż takiego kopa w żebra. Owszem, opowieść o niepowodzeniach Cathy przy donoszeniu dzieci, przy poronieniach, oczywiście jak najbardziej jest przejmująca, w szczególności, gdy samemu jest się matką. Jednakże tak naprawdę to jej rozpacz i rozpacz Bena determinują całą tą tragedię. Nawet nie tyle rozpacz Bena, co miłość jaką potrafi obdarzyć Cathy nawet w tak straszliwej chwili. To jest tak piękne a zarazem bolesne, że nie da się przejść obok tego obojętnie. Każda kobieta zazdrościć jej będzie takiego męża. Faceta, z którym można porozmawiać i poważnie i lubieżnie. Faceta, który będzie płonął na nasz widok, a my płonąć będziemy na jego. Faceta, który będzie się martwił i troszczył o nas w każdej sekundzie naszego życia, nawet gdy damy mu w twarz i będziemy strasznymi zołzami. Całość zyskuje na jeszcze większej tragiczności, gdy ta teraźniejszość zestawiana jest z przeszłością. Z tymi wszystkimi uroczymi chwilami, gdy Cathy i Ben się poznali, gdy doświadczali swojego pierwszego razu, zaręczali się, i tak dalej. Fascynacja tą miłością jest obezwładniająca, dlatego w obliczu dalszych wydarzeń... ciężko jest nie płakać i nie chcieć zamknąć się w samotności, aby móc przetrawić to, co ta Cathy właściwie wyprawia!
     Gdzieś pomiędzy tymi koszmarnymi dramatami rozgrywa się romans. Romans, w którym pełno jest erotyzmu, wulgarności, zachłanności i pasji. Może nawet uwielbienia. Romans, który działa niczym wybawienie, który pomaga zapomnieć, a także oddychać. To jest niesamowite ile kobiecie dać może taka odskocznie. Niekiedy może ją uratować, innym razem zniszczyć i to nie tylko osobę zdradzającą, ale przede wszystkim zdradzaną. A gdy zdradzanym jest ideał, a podejrzenia i ból, które wywołują w jego oczach, w jego twarzy... nie da się nie płakać. Co z tego, że romans jest płomienny. Co z tego, że każda kobieta zapłonie zaczytując się w tych bardzo barwnych i jakże realistycznych opisach wszystkich figlów, których Cathy doświadczała z Arsenem. Wszystko to mogłoby zachwycać, mogłoby nawet podniecać, ale co z tego... skoro przejmujemy się cały czas Benem. Skoro Cathy się nim nie przejmuje, to my musimy martwić się za nią. Nie cieszy to tak, jak powinno. Dławi nas to niemalże tak samo jak główną bohaterkę. Mnie przynajmniej dławiło. Te niesamowite wrażenia nietypowego utożsamiania się z bohaterką towarzyszyły mi przez całą lekturę. Cały ten ból, cała fascynacja, ale jednocześnie kotłująca się z tyłu głowy myśl, że to jest złe. Z jednej strony nie trudno jest zrozumieć powody Cathy, ale z drugiej... przecież Ben jest idealny! Więc jeszcze łatwiej jest ją znienawidzić, tak jak ona sama siebie nienawidzi.
    Dawno już nie zagłębiłam się w taką historię, która wywołałaby we mnie tak wiele emocji, a one pozostawałyby żywe jeszcze przez kilka dni. Zachwycające jest to jak wiele dają tej powieści powroty do przeszłości. Mia Asher buduje niesamowitą historię miłosną, idealną parę, którą pokochają wszyscy. Do tego pojawia się też ten drugi, ze swoją własną historia, z nieszczęśliwą miłością, która na swój sposób obezwładnia i jest hipnotyzująca. „Arsen” to powieść niezwykła, pokazująca całe spektrum emocji, jakie może odczuć czytelnik podczas lektury. Od zauroczenia, poprzez współczucie, aż po nienawiść do bohaterów (Cathy... dlaczego!?)- długa jest to droga, bardzo wyboista, a niekiedy ognista. Takich właśnie chwil z książką oczekuję i świecie... życzę sobie takich emocji jeszcze więcej!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Szósty zmysł!


Tytuł oryginalny: Arsen: A Broken Love Story / Tłumaczenie: Iga Wiśniewska / Wydawca: Szósty Zmysł / Gatunek: romans / ISBN 978-83-65830-39-5 / Ilość stron: 512 / Format: 143x205mm
Rok wydania: 2013 (Świat), 2017 (Polska)

Premiera: 15 listopada 2017


sobota, 21 stycznia 2017

Książka #428: Księga snów, aut. Nina George

 
    Ninę George pokochały czytelniczki na całym świecie. Ta niemiecka pisarka dała im trzy książki, które stworzyły dość nietypowy cykl. Począwszy od “Lawendowego pokoju” autorka zajmowała się tematyką nieskończoności. Czy więc zamknięcie cyklu, jakim jest “Księga snów”, uczyni to godnie?
     Mężczyzna na moście ratuje małą, tonącą dziewczynkę. Chwilę później sam ulega wypadkowi i ląduje w szpitalu, gdzie wprowadzony zostaje w śpiączkę. Na miejsce wezwana zostaje jego była partnerka, którą uczynił swoją przedstawicielką. Zjawia się także jego syn, dysponujący darem synestezji, który nigdy nie widział swojego syna. Żadne z tej dwójki nie zdaje sobie sprawy z tego, co dzieje się w głowie mężczyzny. Wiedzą to tylko ci, którzy tak jak i on utknęli w krainie między życiem a śmiercią.
     Książki z podtekstem filozoficznym to zdecydowanie nie moja bajka. Taką lekturą jest “Księga snów”, która w dość metaforyczny sposób rozprawia nad zagadkami życia i śmierci. Historia, która z początku wydaje się mocno intrygująca szybko zaczyna nudzić za sprawą pobytu Henriego w tajemniczej krainie, gdzie jawa przeplata się z pragnieniami. Z pewnością bardzo pocieszająca jest wizji krainy “pomiędzy”, gdzie nie jesteśmy sami, gdzie przeżywamy niesamowite rzeczy z przeszłości i przynosimy nowe znaczenie domniemanej przyszłości. Ma to swoją magię. Wspomnienia Henriego wprowadzają w nostalgię, ale na swój sposób też w skrajny smutek, gdy uzmysłowimy sobie, że wydarzenia rozgrywające się w jego głowie to jedynie senne marzenia a nie rzeczywistość. Z drugiej zaś strony bohater zaczyna inaczej patrzeć na swoje życie, uzmysławiając sobie swoje błędy i postanawiając je naprawić.
     Niesamowitą postacią jest tutaj też i Samuel, nastoletni syn bohatera, który posiada bardzo niezwykły dar- czytania ludzkich emocji za pomocą barw. Synestezja już niejednokrotnie pojawiała się w literaturze współczesnej, ale chyba pierwszy raz zyskała taki wymiar, definiując na nowo relacje ojca i syna. Obok więzi z ojcem buduje całkiem nową relację z dziewczynką w śpiączce. Bardzo urocze są te jego starania, aby śpiąca nastolatka poczuła się jak żywa. Chłopak bardzo szybko dorasta przy ojcu, z którym tak naprawdę nigdy nie zamienił słowa i dojrzał przy dziewczynce, z którą może nigdy nie będzie.
      Inną silną osobowością jest Eddie. Ukochana Henriego sprzed lat, który niegdyś ją odrzucił a teraz sprawia, że ta znów ma się stać częścią jego życia. Kobieta silna, choć początkowo prezentuje się zupełnie inaczej. Poznajemy jej życie i bolączki przeszłości, które odkrywane z każdym kolejnym przywoływaniem tej postaci sprawiają, że zaczynamy na nią inaczej patrzeć.
     Cała ta historia ma zaskakujący charakter. Nina George tworzy ciekawe opowieści i spisuje je w niesamowity sposób. Jej zasób słów i zabawa nimi jest rzadko spotykana u dzisiejszych pisarzy. Jednakże “Księga snów” za bardzo się rozwleka przez te zachwycające opisy, które mogłyby być zdecydowanie krótsze. Lektura niebanalna, choć momentami tak potwornie nużąca a zarazem męcząca, że ciężko przez nią przebrnąć. Mnie to nie porywa, niestety.


Ocena: 4/6
Recenzja przedpremierowa dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Das Traumbuch / Tłumaczenie: Mateusz Borowski / Wydawca: Otwarte / Gatunek: obyczajowe / ISBN 978-83-7515-405-4 / Ilość stron: 432 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2016 (Świat), 2017 (Polska)
Premiera: 02 lutego 2017

poniedziałek, 4 lipca 2016

Książka #409: Przepisy na miłość i zbrodnię, aut. Sally Andrew


     Sally Andrew, początkująca pisarka mocno związana z afrykańskimi plenerami i kulturą, postanawia przelać swoją miłość do nich na papier. Barwy, zapachy i smaki Afryki widziane jej oczami, wyczuwane jej nosem i próbowane jej kubkami smakowymi przybierają formę powieści o tytule „Przepisy na miłość i zbrodnię”, otwierającej serię o niebywałej kobiecie- tannie Marii. Jednakże to nie jej historia jest czymś co zachwyca, a raczej mały prezent, który autorka zostawia swoim czytelnikom pod postacią smaków egzotycznego kraju.
     Tannie Maria słynie ze swojego zamiłowania do kuchni. Jej najlepsze przepisy trafiają na łamy lokalnej gazety jej małego Karru. Niestety, jej szefowa Hattie oznajmia, że na skutek zmian będzie musiała zmienić jej kącik na porady dla mieszkańców. Rozwiązanie tworzy się samo- kącik porad w odpowiedzi na listy czytelników ze smakowitym przepisem mającym pomóc na problemy. Jednakże zwyczajne pisanie do gazety i smakowanie nowych potraw przestaje być takie beztroskie, gdy w ręce tannie Maria trafia list kobiety maltretowanej przez swojego męża. Tannie widząc w niej samą siebie i swoje dawne problemy postanawia jej pomóc. Gdy dowiaduje się, że kobieta zostaje zamordowana robi wszystko, tannie Maria zamienia się w detektywa, aby dowiedzieć się kto jest zabójcą.
     Dla kogoś kto lubuje się afrykańskich klimatach powieść pewnie będzie nie lada gratką, a nawet i dla każdego zwykłego człowieka może nią być, bo w końcu za sprawą książek można odbyć całkiem fajne podróże. Tutaj oczywiście nie brakuje barwnych opisów lokalnej sawanny, nie brakuje tej niesamowitej gorącej atmosfery, ale przede wszystkim nie brakuje tutaj smaku! Tego ostatniego jest co niemiara, a wszystko przez ciekawą (pod tym względem) postać tannie Marii. Kobieta z zamiłowaniem do gotowania tworzy naprawdę rewelacyjne przepisy i co najlepsze... sami również możemy je przyrządzić! W jaki sposób? Autorka zostawia u końca książki pokaźną ilość przepisów, jakie Marie wykorzystała w poradach do piszących listy czytelników, czy po prostu, aby podlizać się funkcjonariuszowi Kannemeyerowi, czy poprawić humor koleżankom z pracy. Dzięki temu mamy pod ręką taką mini książkę kucharską z afrykańskimi przysmakami. Szczęśliwie, można je przygotować z produktów dostępnych na polskim rynku, a mnie osobiście ślinka cieknie na myśl o dżemie morelowym, czy wspomniane niejednokrotnie ciasto czekoladowe na maślance. Gdyby komuś nie udało się przez to poczuć klimatu, bo do przepisów docieramy dopiero pod koniec książki, to na pierwszy rzut oka dostrzeżemy z czym mamy do czynienia. Poza ciekawymi i, mam nadzieję, jadalnymi przepisami, dostajemy całą masę słówek afrykanerskich. Z jednej strony jest to bardzo ciekawa atrakcja dla czytelnika gustującego w podobnych zabiegach, z drugiej zaś może być bardzo męczące i uciążliwe, kiedy w trakcie czytania będziemy łamać sobie język, aby spróbować wymówić te dziwaczne słówka. Inną kwestią jest to, że dopiero na końcu książki znajdziemy mini słowniczek do stosowanych wyrazów, co jest sporym utrudnieniem, bo ciężko jest co chwilę zaglądać na tyły, aby zrozumieć, co też dana postać miała na myśli. Oczywiście, bardzo często z kontekstu można wywnioskować co oznaczają wybrane słowa, choć nie zawsze, więc po pewnym czasie zaczniemy ignorować ten problem.
     Gdyby tak zabrać wszystkie powyższe atrakcje to z tej powieści nie zostałoby praktycznie nic, co mogłoby zachęcić do lektury. Fabuła jest dość schematyczna, momentami wręcz strasznie naciągana. Oczywiście, nabiera odrobinę powagi, gdy wtrąca się tutaj temat maltretowania swoich żon, co najwyraźniej w RPA dotyka co drugie małżeństwo, a w co aż trudno uwierzyć. Poza tym jednak jest to zwyczajna historia o kobiecie, która nie potrafi usiedzieć na tyłku i po prostu musi wtrącać się tam gdzie nie potrzeba i ryzykować własne życie, dla ludzi, których nawet nie zna. Z pozoru lekkiej opowieści o przepisach, problemach rodzinnych i związkowych nagle zaczyna tworzyć się jakiś dziwaczny kryminał. Ktoś ginie, tannie Maria oczywiście od razu wie kim jest ofiara, od razu wystawia oczywiste podejrzenia i tak dalej i tak dalej. Dzięki jej nadpobudliwości i ocenianiu ludzi po pozorach szybko przeskakujemy z jednego podejrzanego na drugiego, a już totalnym ciosem jest rozwiązanie kim jest zabójca. Te ciągłe poszukiwania są dość męczące, momentami nawet nużące, a jedyną ciekawą i mrożącą krew w żyłach akcją jest ta w spiżarce. A szkoda! Gdzieś pomiędzy wytworzył się jakiś pseudo romans, który wziął się nie wiadomo skąd. Ewidentnie naturalna kolej rzeczy, że zwykła kobieta wpada w zauroczenie względem każdego wąsatego funkcjonariusza policji. Wszystko to mogłoby się potoczyć pewnie i o wiele lepiej, gdyby postacie były w miarę ciekawe. Niestety, mamy tylko kilka kobiet stłamszonych przez mężczyzn i potrzebujących innych mężczyzn, a także mężczyzn, którym najwyraźniej odebrało zdrowy rozsądek i zdolność logicznego myślenia, ale... kto by na to patrzył. Wszyscy są jacyś bez charakteru i jedynie młoda Jessie ze swoim gekonem wydają się być w miarę rozgarnięci.
     „Przepisy na miłość i zbrodnię” to nie jest powieść idealna, do takiej jej bowiem bardzo daleko. Nie mniej, choć fabuła momentami straszliwie się ślimaczy, a zachowania bohaterów wydają się co najmniej irracjonalne, to szczęśliwie bardzo szybko pochłania się kolejne strony. Oznacza to, że przy lekturze nie męczymy się aż tak bardzo, jak mogłyby wskazywać na to niemożliwe do wymówienia afrikaanerskie słówka poupychane dość gęsto w całej treści. Dodaje to jednak oryginalnego klimatu, bo bohaterom niestety nie udało się go wytworzyć. No chyba, że jedynie tannie Marii, która przy pomocy przepisów przeniosła nas do tego egzotycznego świata. Przynajmniej te niesamowite smakołyki zostaną nam po tej podróży.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!
otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Recipes for Love and Murder / Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko / Wydawca: Otwarte / Gatunek: kryminał, obyczajowe / ISBN 978-83-7515-363-7 / Ilość stron: 480 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Książka #390: Zaczarowana zagroda, aut. Alina Centkiewicz, Czesław Centkiewicz

      Małżeństwo Centkiewiczów, Alina i Czesław, których połączyła miłość do polarnych klimatów, którzy odbyli 63 wspólne podróże i zakochali się w Antarktydzie oraz Arktyce. Od jakiegoś czasu urzędujący na cmentarzu na Powązkach, ale ich mroźna twórczość wciąż jest żywa. Pingwiny z „Zaczarowanej zagrody”, które zachwyciły wszystkich powracają w nowym wydaniu z całkiem nowymi ilustracjami przygotowanymi przez Agnieszkę Żelewską.
      Wybrzeże Antarktydy i grupa polarników pod wodzą profesora Dobrowolskiego. Zaciekawieni badacze chcą poznać trasę wędrówki zaprzyjaźnionych pingwinów więc wpadają na pomysł oznaczenia ich, aby inni badacze dawali im znać, gdy tylko małe ptaki do nich zawitają. Po kolei wyłapują je i umieszczają w lodowej zagrodzie, aby następnego dnia rozpocząć znaczenie. Kiedy budzą się o poranku z zaskoczeniem zauważają, że wszystkie pingwiny, poza jednym, zniknęły.
      Książeczka dla dzieci, która weszła do kanonu lektur szkolnych dla ośmiolatków, czyli uczniów II klasy szkoły podstawowej. Nieskomplikowana fabuła prezentująca ekipę pasjonatów prowadzącymi badania nad zwierzętami polarnymi, ich zachowaniem oraz instynktem. Bardzo prosta w swoim przekazie, udowadniająca, że nawet pingwiny są rozumnymi istotami o pewnych swoich przyzwyczajeniach. Tytułowa zagroda, z której znikają zwierzęta- nie wydaje się być czymś spektakularnym. Pomimo jej zagadkowych mocy, oczywistym jest, że jej magiczne zdolności oscylują wokół poziomu zerowego. Jednakże... intryguje motyw zniknięcia zwierząt. Wyparowały? Ktoś je porwał? A może w jakiś niezwykły sposób znalazły drogę ucieczki? Nawet wtedy kiedy polarnicy podnieśli poprzeczkę, czyli jej mury. Morał z tej historii płynie jeden i w zasadzie jest to dość zabawne w całej tej opowieści- nie należy lekceważyć pingwinów! O tym jednak przekonały się dzisiejsze dzieciaki, które przed zapoznaniem się z „Zaczarowaną zagrodą” obejrzały już wszystkie filmy z serii „Madagaskar”, czy też odcinki serialu „Pingwiny z Madagaskaru”. Tylko podkreślają one prawdę zawartą w prozie państwa Centkiewiczów, że ci ptasi panowie w smokingach zdecydowanie potrafią zaskoczyć i wykazywać się ponadprzeciętną inteligencją.
      Całość historii spisana jest w prosty sposób, aby mogła trafić do najmłodszych czytelników. Wydanie gwarantuje dużą czcionkę, dzięki temu żadne z nas, ani naszych maluchów nie popsuje sobie wzroku. Idealna do treningu czytania, a także do wzniecenia miłości do pingwinów. W szczególności, że całość oprawiona jest cudownymi ilustracjami Agnieszki Żelewskiej. Prace swoje wykonała głównie w mroźnych odcieniach, wykorzystując niebieskości, biele i szarości. Natomiast bardzo kanciaste postaci pingwinów jedynie nadają charakteru całości. Co prawda, poza Elegancikiem żaden się zbytnio nie wyróżnia, ale już sam zamysł ich stworzenia, ich wizualność idealnie trafia do czytelnika, w szczególności, że ilustracje prezentują je w codziennych zachowaniach.
      Książka Centkiewiczów nie jest czymś porywającym. Nie zachwyca treścią, ale z pewnością intryguje wyglądem. „Zaczarowana zagroda” oferuje dość zwykłą opowieść o niespotykanym zwrocie akcji, ale przede wszystkim prezentującą uroki polarnego życia. Wyglądem zainteresuje każdego, bowiem nowe wydanie charakteryzuje się naprawdę mroźnym klimatem, a także czytelną treścią. Zdecydowanie jest to lektura, którą można poczytać swojemu dziecku, ale które i ono poczyta sobie samo. Czy jednak ulegnie mroźnej fascynacji pingwinami? To już tylko kwestia indywidualnych preferencji.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Zaczarowana zagroda / Ilustracje: Agnieszka Żelewska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13005-1 / Ilość stron: 32 / Format: 200x250mm
Rok wydania: 1962 (wydanie I), 2016 (nowe wydanie)

Premiera: 27. stycznia 2016

sobota, 19 września 2015

Książka #367: Pierwsze koty, aut. Ewa Nowak

     Polska pisarka, której doświadczenie i wiedza z zakresu pedagogiki mają znaczący wpływ na sukces jej licznych powieści. Ewa Nowak gromadzi wielu fanów bez względu na ich wiek. „Pierwsze koty” to kolejna z jej książek, w której porusza problemy młodych w świecie dorosłych. Wydawnictwo wydaje ją w swojej miętowej serii.
     Ada, uczennica gimnazjum, staje przed największym wyborem w swoim życiu. Nie spodziewa się jednak, że już wkrótce ulegnie ono diametralnej zmianie. Dorabiając pracując jako opiekunka rozkapryszonej Helenki, znika z domu, w którym ojciec skąpiradło terroryzuje całą rodzinę. Dni w szkole stają się coraz cięższe, gdy nauczyciele przypominają o nadchodzących egzaminach, wychowawczyni naciska na rozwijanie artystycznego talentu Ady, a jedna z dziewczyn nie daje jej spokoju. Ostatniego przyczyną wydaje się związek z przystojnym Konradem, który jednak nie jest chłopakiem jej marzeń, w przeciwieństwie do kolegi jej starszej siostry- Blanki. 
     Powieść, która rozpoczyna się względnie niemrawo z uwagi na historię. Na pewnym etapie życia skromnej nastolatki wkraczamy do jej świata. Młodzi czytelnicy od razu odnajdą w niej kumpelę, utożsamiając się z jej problemami. Co prawda, może nie każdego spotyka wątpliwe szczęście należenia do rodziny, w której rządzi ojciec skąpiradło wyznaczający ilość płatków papieru toaletowego możliwych do zużycia, być może nie każdy ma szansę stać się opiekunką do dziecka i nie koniecznie wszyscy muszą stać się celem ataków najzłośliwszej dziewczyny w szkole, ale cała otoczka, poczucie samotności, odrzucenia i dylematy romantyczne z pewnością dotykały każdego z nas za czasów szkolnych.
     Autorka w dość nietypowy sposób, bo za sprawą swojej literatury chce nauczać młodych ludzi jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych, a także spróbować ich wychować. Bardzo ciekawym pomysłem jest nauka określonych zachowań poprzez obserwację ludzi. Przejmowanie reakcji wywołujących pozytywne emocje, a staranie się unikać tych, które uznajemy za negatywne. Z pewnością nie jest to proces łatwy, ale na pewno bardzo fajny i pomocny. Dużym ułatwieniem dla wprowadzenia tutaj elementów psychologicznych rozwiązań jest fakt studiów Blanki interesującej się psychologią. Bardziej subtelnie nie można było tego wprowadzić i choć czasami ma się odczucie, że dziewczyna pełni tutaj rolę moralizatorki, to ze wzgląd na siostrzaną więź młode czytelniczki mogą pójść za jej radami.
     Głównym problemem nastolatki jest jej sytuacja w szkole. Nauczyciele wciąż gnębią na temat zbliżających się egzaminów, a wychowawczyni proponuje jej szkołę plastyczną, choć ona sama jeszcze nie zdecydowała do jakiego liceum chce iść. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze Ćwikła, a w zasadzie relacje z nią. Wydaje się być najwredniejszą dziewczyną w szkole i w mieście, choć w rzeczywistości jej prawdziwą niszczycielską moc poznajemy dopiero w chwili wielkiego przełomu w życiu Ady. Jej dylematy emocjonalne stają się powodem do szydzenia, stają się przedmiotem internetowych wyśmiewajek i oszczerstw na tzw. Socjecie. Wtedy wówczas ukazuje się prawdziwe oblicze okrucieństwa gimnazjalistów. Inną sprawą jest ich całkowita obłuda, jednemu takiemu coś powiesz i zaraz wykorzysta to przeciwko Tobie.
     Bohaterów w powieści mamy bardzo różnorodnych. Członkowie rodziny, uczniowie ze szkoły, przypadkowi ludzie, którzy tworzą jedno zgrabne otoczenie dla nastoletniej dziewczyny. Każdy na swój sposób kształtujący tę naiwną osóbkę, dający wzór zachowań, które chce się powielać, a od których stronić. Siostra psycholożka, chłopak analfabeta, idealny ojciec niańczonej dziewczynki, a także chłopak niemalże idealny. Każdy jednak ma swoje drugie oblicze, dzięki którym autorka może wykazywać ludzką obłudę, łapczywość na pieniądze, troskę o innych, czy to jak bardzo można dojrzeć i jak wiele nauczyć się na błędach przeszłości. Szkoda tylko, że niektóre wątki pozostały bez jednoznacznej odpowiedzi, ale z drugiej strony jest to również bardzo ciekawy i nieoczywisty zabieg dający możliwość czytelnikowi na domyślenie się tego, co niewypowiedziane.
     Powieść czyta się bardzo lekko i przyjemnie, pomimo tak wielu dramatów w niej zawartych. Prezentuje dość dziwne, momentami nawet przerażające oblicze polskiego społeczeństwa, choć z drugiej strony- kto wie co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. „Pierwsze koty” to opowieść o młodości i jej błędach, ale także swoista nauka wyciągania z niej wniosków. Dotyka problemów związanych z inicjacją seksualną, dylematami dotyczącymi przyszłości i szukania własnych ideałów. Choć napisana w sposób bardzo błahy zawiera wiele cennych uwag i porad, które odnajdzie każdy młody czytelnik.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!
egmont.pl

Tytuł oryginalny: Pierwsze koty / Redakcja: Anna Walenko / Wydawca: Egmont / Gatunek: obyczaj / ISBN 978-83-281-0565-2 / Ilość stron: 288 / Format: 128x198mm
Premiera: 21. września 2015

sobota, 2 maja 2015

Książka #349. Maybe someday, aut. Colleen Hoover

Tytuł oryginalny: Maybe someday
Gatunek:romans
Wydawca: Otwarte
Rok wydania: 2014 (USA), 2015 (Polska)
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
ISBN 978-83-7515-341-5
Ilość stron: 386 Format: e-book
Premiera: 13. maja 2015

     Stworzyła „Hopeless”, którym zauroczyła czytelników całego świata. Wprowadziła literaturę dla młodzieży na zupełnie inny poziom. Teraz spróbowała czegoś nowego. Przy współpracy z muzykiem Griffinem Petersonem dała życie niezwykłej powieści „Maybe someday” z bezpretensjonalną fabułą i niepowtarzalnym soundtrackiem podbija listy bestsellerów.
     Impreza urodzinowa Sydney zamienia się w totalny koszmar, który całkowicie odmienia jej życie. Wtedy bowiem dowiaduje się od swojego sąsiada imieniem Ridge, że jej chłopak zdradzają jej z jej własną współlokatorką. Pakuje najpotrzebniejsze rzeczy i opuszcza bezpieczne cztery kąty. Tym samym w deszczowy i ponury wieczór ląduje na bruku. Z pomocą przychodzi jej sąsiad, którego muzycznej twórczości przysłuchiwała się z balkonu. To właśnie on przygarnia ją pod swój dach wierząc w to, że razem mogą stworzyć niesamowity duet- on będzie tworzył muzykę, a ona napisze do niej słowa. Pomimo problemów, szybo odnajdują wspólny język, jest tylko jeden mały problem- Ridge ma dziewczynę, którą kocha i nie ma zamiaru opuścić.
     Powieści Colleen Hoover pochłania się jednym tchem. Udaje jej się budować nieskazitelną otoczkę dla zwyczajnych prostolinijnych historii i ludzi. „Maybe someday” ma zadatki na jedną z najlepszych premier tego roku i to nie ze względu na swój romantyczny charakter, ale przede wszystkim na formę przekazu. Jest to nietypowy romans, który teoretycznie nie mógłby być całkowicie dograny. On zajęty, a ona skrzywdzona, szukająca drogi do niezależności. Połączyła ich miłość do muzyki i może niekoniecznie z uwagi na jej brzmienie, ale jej wpływ na ludzkie ciało. Nie jest to więc standardowy romans, bo choć dwójka głównych bohaterów uwodzi się wzajemnie, to jednak flirtują przede wszystkim z nastrojowymi dźwiękami. Genialny jest to pomysł na niespełnioną miłość, przedstawiający sytuację, w której był niemalże każdy. Niczym w brazylijskiej telenoweli, ona kocha jego, a on kogoś innego. I tak w kółko. Pełno tutaj najrozmaitszych dramatów, zdrad, wewnętrznych starć, które ubarwiają całość. Szkoda, że tak szybko zapomina się o tych pobocznych postaciach, odpowiadających za cały ten rozgardiasz. Raz na jakiś czas autorce przypomina się o tym, że w końcu była taka dwójka i wtrąci jakiś niuans, jedną linijkę tekstu, aby pokazać, że jednak nie zapomniała.
      Najnowszy twór od Hoover to dość niecodzienne dzieło. Każdy z pewnością pamięta, jak irytowały go najrozmaitsze teksty piosenek w powieści, których nie mógł sobie przełożyć na prawdziwy utwór muzyczny. Trzeba było wówczas czekać do ewentualnej ekranizacji, jak w przypadku „The Hanging Tree” z „Kosogłosa”, albo pozostać w tej nieprzyjemnej nieświadomości. Tutaj wątek muzyczny wprowadza się od razu. Już na wstępie odnajdujemy magiczny kod oraz link, który odeśle nas do soundtracka stworzonego specjalnie dla prozy Hoover. Dzięki niemu nie odczytujemy jedynie wydrukowanych słów na kolejnych stronicach, ale możemy sobie jednocześnie odnaleźć określony utwór i poczuć prawdziwą siłę przekazu. Ma to ogromne znaczenie przede wszystkim podczas jednej kluczowej sceny podczas prywatnego koncertu. Nie dość, że ten owy fragment sam w sobie jest urzekający, to jeszcze przy pobrzękującej w tle muzyce możemy przenieść się do knajpy, w której przebywają Sydney i Warren, aby w pełni przeżyć emocje towarzyszące tej chwili. Dla nienasyconych w książce znajdą się również polskie tłumaczenia wszystkich napisanych piosenek. Cudo!
      Colleen Hoover po raz kolejny zaskakuje! Dzięki niej „Maybe someday” stało się emocjonalnie spektakularnym stworzeniem, rozszarpującym nasze serce na milion kawałków. Idealne połączenie tekstu czytanego z muzyką okazało się być całkiem udanym eksperymentem, pozwalającym na pełne odczuwanie przyswajanej treści. Genialni, różnorodni i bardzo dojrzali bohaterowie postawieni w niecodziennej, aczkolwiek nie do końca zaskakującej życiowej sytuacji. Nie trudno jest się zakochać w każdym z nich, w ich radościach, zamiłowaniu do muzyki, a także współodczuwać wraz z nimi wszystkie koszmary i ułomności. Bez problemu zżyjemy się z postaciami i z ogromnym trudem przyjdzie nam oderwać się od lektury. Powieść idealna, wpijająca się w serce i godna zapamiętania.

Ocena: 6/6

Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu