NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

piątek, 2 marca 2018

SZORTY #46 - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Czas mroku, Tamte dni, tamte noce

Oryginalny tytuł: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri | Reżyseria: Martin McDonagh | Scenariusz: Martin McDonagh | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 04 września 2017 (Świat) 02 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 9/10

     Wśród stricte politycznych filmów, całkowicie poprawnych, zrealizowanych typowo pod ceremonię wręczenia najbardziej prestiżowych i totalnie nic nie znaczących nagród filmowych świata znajdują się takie twory, na które patrzy się z przyjemnością. Taki film stworzył właśnie Martin McDonagh- totalnie nieprzewidywalny i tak bardzo jaskrawy wśród tych wszystkich patetycznych rozmyślań.
     Samotnie wychowująca swoje dzieci kobieta (Frances McDormand) staje przed prawdziwą tragedią, gdy jedno z nich zostaje zgwałcone a następnie brutalnie zamordowane przez nieznanych sprawców. Po roku, kiedy śledztwa małomiasteczkowego biura szeryfa (Woody Harrelson) wciąż nie przynoszą odpowiedzi, kobieta wynajmuje pobliskie billboardy, aby przekazać wiadomość szeryfowi i całej okolicy. Nie spotyka się to z dobrym odbiorem.
     Takich filmów zawsze mi brakuje. Przewrotnych, bardzo nieoczywistych i tak bardzo kolorowych. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” od samego początku zaskakuje tajemniczością. Bliżej niesprecyzowane problemy głównej bohaterki i przesłanki jej działania, które rozjuszają każdego w mieście. No, prawie każdego. Budzi to zaskoczenie, wręcz odrazę, bo jak można nie rozumieć dramatu matki, która utraciła swoją córkę w tak bestialski sposób. Inną kwestią jest charakterność tej kobietki, bo do grzecznych i łagodnych to ona nie należy. Mildred Hayes jest kobietą silną, ale też i porywczą, co niejednokrotnie udowadnia rozbawiając widza. Jednakże nie tylko jej zachowanie jest tutaj mocno przesadzone. Do podobnych atrakcji dochodzi przy okazji spotkań z szeryfem Willoughby, czy oficerem Dixonem. A dajcie tę trójkę do jednej sceny, to trzeba będzie uprzątnąć plan zdjęciowy. Każdy z nich ma mocny charakterek, ale tylko dwa z nich przechodzą zadziwiające zmiany. To nie do końca przekonuje, bo jakżesz można się zmienić w ciągu paru minut po przeczytaniu jednego listu. Historia nie kryje się ze swoją brutalnością. Jest w tym coś ze stylu Quentina Tarantino, gdzie jak coś ma być hardkorowe, to takie właśnie będzie. McDonagh daje duże pole do popisu dla swoich bohaterów, którzy wyrzucają wynajmujących przez okna, podpalają posterunki policji, czy strzelają sobie prosto w twarz. Jest to tak bardzo przejaskrawione, że aż śmieszne, ale to dobrze, bo nie jest to film trzymający się sztywnych reguł. Wszystko tutaj jest bardzo nieprzypadkowe, wszystko tak świetnie koreluje ze sobą i tworzy naprawdę genialną całość. Całość, która dostarcza bardzo wielu ciekawych emocji, która dostarcza uśmiechu, smutku, czy przerażenia. To w końcu świetna historia, która daje wiele możliwości interpretacji i tworzenia własnych zakończeń. Historia, która sprawia, że choć jest to tytuł w walce o Oscara, to jednak cała sala kinowa śmiała się pod nosem. Świetny film, po prostu! Mój faworyt.

Oryginalny tytuł: Darkest Hour | Reżyseria: Joe Wright | Scenariusz: Anthony McCarten | Obsada: Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Lily James, Ronald Pickup, Stephen Dillane, Nicholas Jones, Samuel West | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny
Premiera: 01 września 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 6/10

     Nigdy nie przepadałam za filmami biograficznymi, a już na pewno nie za biografiami wielkich polityków. Jednakże nic tak nie skłania do seansu, jak obsadzenie genialnego Gary'ego Oldmana w roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii świata. Nic tak nie skłania do seansu, jak chęć poznania Winstona Churchilla.
     Czasy II wojny światowej, gdzie światu zagrażają naziści prowadzeni przez Adolfa Hitlera. Król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) powierza tworzenie nowego rządu Winstonowi Churchillowi (Gary Oldman), kontrowersyjnemu kandydatowi, któremu porażka w Narwiku nie przysparza poparcia wśród partyjnych kolegów. Podczas gdy jego poprzednicy i następcy w roli premierów Wielkiej Brytanii snują spiski, chcąc obalić jego urząd, mężczyzna ten robi wszystko, aby nie poddać się nazistowskiej potędze i uwolnić żołnierzy uwięzionych na plaży w Dunkierce.
     Filmy wojenne nigdy nie były moim konikiem. A jak jeszcze dochodzi do tego polityka, to już w ogóle staram się unikać szerokim łukiem. Jednakże takie tytuły zawsze będą miały poparcie wśród członków Akademii Filmowej. Zawsze! Dorzucić do tego trzeba jeszcze takiego znakomitego aktora jak Gary Oldman, reżysera też nie całkiem głupiego, bo w końcu Joe Wright dał nam „Pokutę”, czy „Dumę i uprzedzenie” i przepis na oscarowy film gotowy. Podążając za przyjętym schematem – jest dość nudno, wręcz straszliwie monotonnie, ale jest w tym jakaś ciekawość. O dziwo! Pewnie dlatego, że co jakiś czas Churchill rzuca jakimś niewybrednym dowcipem gasząc to patetyczne napięcie. Świetnie skonstruowany jest tutaj cały ten obraz zmowy a plecami premiera. Bardzo ciekawie prezentują się relacje Churchilla z królem- niby z dystansem, ale przede wszystkim z szacunkiem. Twórcy bardzo dobrze pokazują tutaj rozterki premiera, rozdartego między chęcią walki, a wymuszaniem poddaństwa. Rewelacyjna jest scena w metrze, będzie jedną z najbardziej pamiętliwych w kinie, więc tym bardziej szkoda, że nie jest poparta faktami. Gary Oldman błyszczy w tym filmie, ale prawda jest też taka, że najlepiej kreuje się postaci, których nie trzeba kreować. Churchill to taka osobowość, że nie da się tego zrobić źle, więc Oldman wyszedł z tego świetnie. Budził grozę, ale też niewątpliwą sympatię. Najbardziej żal mi, że totalnie zepchnięto na plan życie rodzinne bohatera. Postać żony Clementine wydawała się być wprowadzona do filmu dla większych celów. To samo tyczy się Lily James, która wcieliła się w postać Elizabeth Layton. Obecność tych dwóch pań okazała się być jednak całkowicie bezsensowna, niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły. Pomimo tak wielu zalet fabularnych filmu, pomimo świetnej charakteryzacji i samej gry aktorskiej Gary'ego Oldmana, nie jest to film szczególnie wybitny. Dobija swoją monotonnością, ale to może tylko kwestia preferencji oglądającego. Jak dla mnie w wyścigu po statuetkę w najważniejszej kategorii pozostaje daleko w tyle.

Oryginalny tytuł: Call Me by Your Name | Reżyseria: Luca Guadagnino | Scenariusz: James Ivory | Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar, Esther Garrel, Victoire Du Bois | Kraj: USA, Włochy, Francja, Brazylia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 22 stycznia 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 8/10

    Film, których tak bardzo brak w dzisiejszych czasach. Brak nie tylko na ekranach kin, ale przede wszystkim na galach wręczenia nagród filmowych. Tym bardziej zachwyca pojawienie się filmu Guadagnino w tej najważniejszej kategorii oscarowej, bo chyba trudno w tym roku o bardziej sielski i melancholijny film wśród nominacji.
     Gorące włoskie lato w małym miasteczku. Przystojny nastolatek zakochany w muzyce, uczący się od matki o romańskiej kulturze, czerpiący przyjemność z włoskich wakacji w starej willi. Gdy do jego ojca przyjeżdża w odwiedziny profesor specjalizujący się w lokalnej kulturze, jego świat wywraca się do góry nogami. Między chłopakiem a dorosłym mężczyzną nawiązuje się zaskakująca nić porozumienia, która budzić może spore kontrowersje wśród lokalnej społeczności.
     Podoba mi się różnorodność tegorocznych filmów walczących o Oscara dla najlepszego filmu. Podoba mi się, że takie filmy jak „Tamte dni, tamte noce” potrafią się wybić swoją historią i klimatem. Produkcja od Guadagnino zdecydowanie odstaje od reszty przede wszystkim z powodu tego błogiego uczucia, jakie wywołuje. Ten obraz to bardzo ciekawa na wielu płaszczyznach podróż po Włoszech. Wchłaniamy zapach pomarańczy, czujemy promienie włoskiego słońca na twarzy, włoskie stawy chłodzą nasze rozpalone ciała, a wszechobecna architektura zachwyca na każdym rogu. Nie obywa się również bez prezentacji charakteru Włochów, co akurat dostarcza odrobiny uśmiechu na twarzach. I w tej właśnie atmosferze rodzi się uczucie. Całkowicie zakazane, bo między mężczyzną a mężczyzną i jeszcze bardziej zakazane, bo między dorosłym mężczyzną a nastolatkiem. Budzić to może kontrowersje, bowiem akcja rozgrywa się w latach 80tych. Co za tym idzie bohaterowie muszą się ukrywać ze swoimi emocjami, co dodaje odrobiny dreszczyku. Jest nieporadnie, ale przy tym całkowicie uroczo. Niekiedy bywa też i zabawnie, choć za chwilę przerodzić może się to w prawdziwy dramat. Niewielu mogłoby pomyśleć, że takich uczuć dostarczy im podobny film. To wszystko jest zasługą cudownych aktorów, którzy swoim wyglądem i brzmieniem ich głosów rozmiękczają męskie i kobiece serca. Najpiękniejsze jest jednak w tym wszystkim jest to, co się dzieje gdy prawda wychodzi na światło dzienne. I uwierzcie... po tym filmie każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ma młody Elio. Tak bardzo otwartych, tak bardzo wyrozumiałych i tak bardzo mądrych. Końcowy monolog ojca chłopaka jest tym, który każdy chciałby usłyszeć, bo jest w nim bardzo dużo miłości i akceptacji. Szkoda jedynie, że historia kończy się w taki a nie inny sposób, bowiem piękno jakie w sobie zostawia, przy okazji brzmień słów rewelacyjnych piosenek „Mystery of Love” oraz „Visions of Gideon”, jest bezcenne.

czwartek, 24 sierpnia 2017

1236. 666 Park Avenue, aut. David Wilcox

     Kiedy stacja ABC ogłosiła swoją ramówkę na sezon 2012/2013, a wraz z nią kilka premier wśród seriali telewizyjnych jeden tytuł przykuł moją uwagę. Jako sympatyczna wszelkich paranormalnych tworów nikogo nie zdziwiło, gdy produkcja pomysłu Davida Wilcoxa, który wzorował się na debiutanckiej powieści Gabrielli Pierce, o mrocznym i wymownym tytule „666 Park Avenue” trafiła w moje gusta. Z ciekawą fabułą, interesującymi postaciami, ale przede wszystkim niepowtarzalnym klimatem była jedną z nielicznych, na której kolejne epizody wyczekiwałam z utęsknieniem.
Źródło: Fanpop.com
     Pod adresem 666 Park Avenue stoi ogromny, stylowy apartamentowiec o bogatej historii- Drake. Jego właścicielem jest bardzo wpływowy i potężny człowiek- Gavin Doran (Terry O'Quinn), u którego boku wiernie trwa piękna małżonka Olivia (Vanessa Williams). Na pierwszy rzut oka majestatyczny, choć niepozorny budynek skrywa ogromną tajemnicę, którą znają jedynie jego mieszkańcy- w tym apartamentowcu dochodzi do dziwnych wydarzeń, a ich sprawcą wydaje się być właściciel. To właśnie do tego miejsca wprowadza się młoda para, rozpoczynająca swoja karierę w Nowym Jorku. Henry rozpoczyna karierę polityczną (Dave Annable), a jego ukochana Jane (Rachael Taylor) staje się nowym zarządcą Drake'a. Nie wiedzą jednak, że w chwili gdy podpisali umowę najmu, zawarli pakt z samym diabłem.
     „666 Park Avenue”, czyli bardzo diaboliczny serial z mrocznymi epizodami. Wszystkie tworzą jedną wielką całość, może niekoniecznie spójną, może niekoniecznie logiczną, czy porywającą, ale z pewnością każdy drobny element, każda fabuła najmniejszego odcinka odciska się piętnem na całym obrazie. Jak wiadomo, na początku podróży z debiutującymi serialami wszystko jest cudowne, wszystko nas intryguje, a każdy element układanki wydaje się mieć całkowity sens. Tak wszystko toczy się gdzieś do połowy sezonu, po którym fabuła leci na łeb na szyje. Twórcy coraz bardziej naciągają swoją opowieść, udziwniając, odkrywając coraz to nowsze karty mające wprowadzić widza w dezorientację, czy zapewnić kolejny twist w akcji. Prawda jest jednak taka, że zaczynają się odrobinę gubić we własnym pomyśle. Obraz, który zapowiadał się na demoniczne zabawy z paktami i terroryzowaniem bohaterów, zamienił się w zmiękczoną opowieść o niedoścignionych marzeniach, straconych szansach i zaufaniu. Pojawiają się rodzinne tragedie, momentami totalnie tandetny motyw zdrady, a cała otoczka intrygi i tajemnicy tkwiącej w samych cyrografach gdzieś się rozmywa- innymi słowy za bardzo skupiał się na wybranej grupce postaci, zamiast rozwijać motywy reszty mieszkańców. Przez to zamienia się w nudną gadaninę, gdzie pojawianie się kolejnych postaci z przeszłości, odkrywanie kolejnych brudnych i mrocznych sekretów apartamentowca przestaje być na tyle interesujące, aby zachęcić do tego pomysłu innych maniaków telewizyjnych produkcji. Tak też serial, który zaliczył bardzo ciekawy pilotowy odcinek, bardzo burzliwe, nierówne rozwinięcie, u końca swojej przygody zamienił się w kiczowatą opowieść z dość mocno przesadzonym finałem, który chyba każdego wstrząsnął swoją głupotą. A szkoda, bo miał tak wielki potencjał. Nic dziwnego, że zrezygnowano z jego kontynuacji.
Źródło: Fanpop.com
     Nie mniej, z jakichś powodów cenię sobie ten tytuł. „666 Park Avenue” ma przede wszystkim niesamowity klimat, który zachęca do dalszych seansów. Może to, a może bardziej tajemnica spoczywająca na Drake'u, która wciąż pozostaje nierozwikłana. Nie mniej, od samego początku towarzyszy nam groza, uczucie dyskomfortu, pewna klaustrofobiczna niecodzienność, którą odurza nas apartamentowiec, choć być może jest to też wina niesamowitego, acz minimalistycznego intro. W większości akcja rozgrywa się w jego murach i bez względu na to, czy stoimy w rozświetlonym holu, czy lunatykowaliśmy w stronę piwnicy, która wydaje się być epicentrum wydarzeń, wciąż będziemy odczuwać napięcie, budowane w dużej mierze nie tylko przez zdjęcia, ale również ścieżkę dźwiękową. Dobrze jednak, że twórcy nie postawili na bardziej paranormalne elementy opowieści. Chwali się, że darowali sobie nadmierność efektów specjalnych i ograniczyli się jedynie do niezbędnych elementów. Przez to obraz zachowuje swoją prawdziwość.
      W obsadzie aktorów jest co niemiara. Każdy odgrywa mniej bądź bardziej ważną rolę, każdy bohater oddaje część siebie- w mniej bądź bardziej drastyczny sposób. Władcą marionetek zostaje tutaj Terry O'Quinn i mówcie co chcecie, ale po wydarzeniach z „Lost” naprawdę wzbudza dyskomfort jako Doran. Trudno stwierdzić w czym tkwi jego sekret. Czy to w przeszywającym spojrzeniu, mimice twarzy, czy sposób w jaki się wypowiada, pewne jest jednak to, że źle mu z oczu patrzy- przynajmniej w chwili, gdy się z nim zadrze. Na co dzień pogodna persona, choć dość kontrowersyjna. Nie inaczej jest z Vanessą Williams, o której do tej pory nie wiem co mam myśleć. Prawdziwą perełką staje się tu jednak Rachael Taylor, czyli bohaterka pierwszego starcia z filmem „Transformers”. Ze swoim nietypowym akcentem idealnie komponuje się z niebanalną opowieścią. Choć przez większość epizodów nawet się sprawdza, to od pewnego momentu zaczyna irytować. Jej delikatność staje się coraz bardziej przesadzona, a głupkowatość nie tak urocza, jak można by oczekiwać. Z pewnością wypada jednak lepiej niżeli Dave Annable, który jest tak przezroczysty, że jedynie dzięki Taylor staje się momentami zauważalny. To samo dotyczy zresztą innych postaci, na szczęście niektórzy kończą bardzo źle.
Źródło: Fanpop.com
      Serialowa przygoda ABC z cyrografami i apartamentowcem dobiegła końca już na początku 2013 roku. Wyemitowano jedynie pierwszy, trzynastoodcinkowy sezon i na tym poprzestano. Patrząc na nierówności „666 Park Avenue” nie dziwne, że widzowie szybko skreślili wspólne spotkania z tym serialem. Na pewno było to coś ciekawego, na pewno zachwycało klimatem i potencjałem, ale niestety- każdy kolejny sezon gorszy był od poprzedniego i jedynie sympatia do niektórych bohaterów, a także chęć rozwikłania zagadki Drake'a były w stanie utrzymać nas lojalnie do ostatniej zagrywki. Szkoda jedynie, że finał okazał się być ciosem poniżej pasa, gdzie tanią zagrywką twórcy pokazali, że nie mieli pomysłu na zamknięcie historii. Pozostawia to spory niesmak i choć początek produkcji był całkiem obiecujący, to jednak ocenia się po tym, jak coś się kończy, a mieszkańcy z 666 Park Avenue nie skończyli zbyt dobrze.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: 666 Park Avenue / Reżyseria: Alex Graves, Robert Duncan McNeill / Scenariusz: David Wilcox / Na podstawie: powieści Gabrielli Pierce / Zdjęcia: Derick V. Underschultz, Anette Haellmigk / Muzyka: Trevor Morris / Obsada: Terry O'Quinn, Vanessa Williams, Rachael Taylor, Dave Annable, Robert Buckley, Mercedes Masöhn, Mark Palladino, Samantha Logan / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Sci-Fi, Dramat / Ilość odcinków: 13
Premiera: 30 września 2012 (ABC) 25 września 2013 (13th Street Universal)

środa, 16 sierpnia 2017

1235. Artysta, reż. Michel Hazanavicius

     Świat, w którym aktualnie żyjemy to świat zdominowany przez technologię, trójwymiar i płaskie ekrany telewizyjne. Jest to świat, gdzie już od ponad 80 lat nie tworzy się filmów niemych, bo przecież nie po to powstał „Śpiewak jazzbandu”, aby teraz cofać się w rozwoju. Aczkolwiek to właśnie czyni francuski reżyser i scenarzysta- Michel Hazanavicius, który powrócił do korzeni i stworzył przełomowy, i zachwycający, czarno biały, i w dodatku niemy film o tytule „Artysta”. Okazało się być to kolejną receptą na sukces i zgarnięcie najważniejszych nagród w najważniejszych kategoriach.
    George Valentin (Jean Dujardin) jest najznakomitszą gwiazdą kina niemego od Kinograph Studios. Pewnego dnia na skutek zabawnego zbiegu wydarzeń poznaje uroczą Peppy Miller (Bérénice Bejo), która od razu zyskuje sympatię publiki oraz samego Valentina. Wkrótce po tym Hollywood musi wyjść naprzeciw postępującym zmianom, czyli przestawić się z kina niemego, na mówione. Na skutek tego Peppy pnie się coraz wyżej po szczeblach swojej kariery, podczas gdy Valentin, który zrobił z niej prawdziwą aktorkę nie może odnaleźć się w nowym świecie. Choć wokół niego wszystko kręci się wokół dźwięku, on sam bierze sprawy w swoje ręce i postanawia stworzyć kolejny film niemy.
     Niektóre filmy nie potrzebują dodatkowego rozgłosu, filmy te bronią się same niesamowitą historią, wspaniałymi kreacjami aktorskimi, czy też niepowtarzalną prezentacją. Oczywiście, „Artysta” nie oferuje widzowi wszystkich tych aspektów na jak najwyższym poziomie, ale nie czyni go to filmem złym. Tutaj mamy przede wszystkim aktorów, którzy, jakby nie było, stanowią najważniejszy element w kinie niemym. Zawsze tak było, jest i będzie. Obraz Hazanaviciusa nie różni się w tym niczym od klasyków światowej kinematografii. Taki Dujardin bardzo przypomina swojego kolegę po fachu Gene'a Kelly'ego, który zagrał w podobnym tematycznie filmie. Mężczyzna niesłychanie przystojny i do tego naładowany emocjami i zaangażowaniem w projekt. Do tego dochodzi oczywiście Bérénice Bejo, która stworzyła wraz z nim niesamowity duet. Jednakże jako jednostka chwilami bardziej irytowała niż się podobała, bo jest różnica pomiędzy wyrażeniem swoich myśli poprzez gesty, a przesadą. Bez względu na wszystko to właśnie ta dwójka wyrażała siebie oraz fabułę nie poprzez dialogi, ale przede wszystkim przez gesty i mimikę twarzy. Tutaj nie potrzeba było żadnych słów, oni sami byli słowami, wypowiadanymi zdaniami. I jeżeli ktoś kiedykolwiek obawiał się kina niemego i tego, że nie zrozumie co bohaterowie pragną mu przekazać, to jego niepokój jest całkowicie bezpodstawny.
      Aktorzy przekazują widzowi przede wszystkim bardzo dobrą historię, która być może poruszy wielu, aczkolwiek nie jest to coś czego nie widzieliśmy już wcześniej. Bardzo wiele klasyków porusza temat wejścia w życie filmów dźwiękowych, a tym samym problem większości aktorów kina niemego z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. I tak właśnie George Valentin wpada w pewnego rodzaju depresję, czując się bezużytecznym, a przy okazji pozbawionym adoracji swoich fanów. Ich wszystkich podkradła mu sama Peppy Miller,którą sam darzy bardzo wielką sympatią. Z początku jest to dość niewinna relacja, ale później przeradza się w coś interesującego. W pewnym momencie mamy wrażenie, że dziewczyna popada w lekką obsesję, ale jak sama tłumaczy chciała się jedynie zaopiekować swoim „przyjacielem”. Romans, który się tu zradza nie jest aż tak oczywisty, bo w końcu Valentin ma żonę, a Miller jest o wiele młodsza. Nie ma tutaj przyrostu nadmiernych gestów, czy pocałunków. Wszystko opiera się na przeciągłych spojrzeniach i rosnących w naszych głowach wzdychaniach.
     Generalnie rzecz ujmując, w „Artyście” nie ma mowy o najazdach na odczucia piękna w oczach widza. Nie mamy migotliwych światełek, wielobarwnych kreacji, ani przekombinowania z efektami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że i film w czarno-białej kolorystyce nie potrafi być widowiskowy. Choć ten od Hazanaviciusa nie jest może szczytem geniuszu dizajnerskiego, to jednak scenografie oraz zdjęcia oddają wszystko, cały klimat. Wydaje się jednak, że uwaga widza, a przy okazji słuchacza skupia się na zupełnie innym elemencie. Wszyscy świadomi są tego, że aktorzy to nie jedyny element do budowania struktury filmu i jego bazy emocjonalnej. Nawet w zwyczajnych kolorowych, gadanych filmach fabularnych muzyka sprzyja wylęganiu się pozytywnych, czy też negatywnych emocji. Wrażliwszy widz od razu wyłapie co ciekawsze brzmienia, które pozostaną z nim na dłuższą chwilę. A co dopiero przy takim kinie niemym, gdzie jedyne co słyszymy to zaledwie muzyka Ludovica Bource'a. Na marginesie należy dodać, że bardzo sprawnie wyprowadzono „Artystę” z kina niemego na dźwiękowy. Muzyka ta okazuje się być kwintesencją całego obrazu. Elementem sprzyjającym rozwojowi wydarzeń, ale przede wszystkim pomagającym w opowiedzeniu całej historii. Utwory są więc bardzo wyraziste, jednakże dość szybko znikają z naszej pamięci. Nic nie zapisuje się w umyśle na dłużej i można tego pożałować. Nie mniej, świadczy to jedynie o sile przebicia się kompozytora.
     Film, który obsypany został tak licznymi nagrodami, i to w dodatku tak prestiżowymi, to obraz, który trzeba zobaczyć chociażby się paliło i waliło. Jednakże „Artysta” nie do końca spełnia oczekiwania. Wszyscy wydają się zachwycać powrotem do przeszłości, bo oczywiście nie ma to jak odświeżenie klasyki w świecie zdominowanym przez komputery, ale w moim mniemaniu był to kolejny tani chwyt na zdobycie sympatii widzów i czytelników. Oczywiście, pod względem fabuły film jest bardzo mocny, to samo dotyczy aktorstwa, ale wydaje się, że twórcy znaleźli sobie przepis na oscarowy film. Jak nie temat tabu, to znowuż ukłon w stronę pierwszych kroków kina. Mnie osobiście produkcja ta dość znacząco wymęczyła, a bardziej od Dujardina zachwycałam się Goodmanem, czy uroczym pieskiem. Film do obejrzenia na jeden raz, choć nie wykluczam powrotu do niego w przyszłości.
Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: The Artist / Reżyseria: Michel Hazanavicius / Scenariusz: Michel Hazanavicius / Zdjęcia: Guillaume Schiffman / Muzyka: Ludovic Bource / Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Penelope Ann Miller, Missi Pyle, Beth Grant, Ed Lauter / Kraj: USA, Belgia, Francja / Gatunek: Dramat, Romans, Niemy
Premiera kinowa: 15 maja 2011 (Świat) 10 lutego 2012 (Polska)

sobota, 12 sierpnia 2017

1234. Dawno, dawno temu (sezon 1), aut. Adam Horowitz, Edward Kitsis

     Baśnie znane są nam nie od dziś. Od dziesiątków lat stanowią element wychowawczy dla dzieci, a przy okazji są dla nich dobrą rozrywką. Będąc ciągłą inspiracją dla twórców nie powinno dziwić, że zabrano się za serialową adaptację. W sezonie 2011/2012 Amerykanie mogli oglądać dwie różne produkcje z baśniowym motywem. Jedną z nich jest "Once Upon a Time", stacji ABC pomysłu Adama Horowitza oraz Edwarda Kitsisa, która przenosi świat baśni do świata bez magii, świata rzeczywistego.
     Pewnego dnia pod drzwiami Emmy Swan (Jennifer Morrison), łowczyni nagród, staje mały chłopiec imieniem Henry (Jared Golmore). Twierdząc, że jest jej synem- oddanym przez nią do adopcji przed wielu laty, informuje ją, że jest jedynym wybawieniem dla mieszkańców jego miasta- Storybrooke. Dzierżąc w rękach opasły tom baśni chłopiec sądzi, że mieszkańcy miasteczka to w rzeczywistości postacie ze znanych bajek, na których klątwę rzuciła Zła Królowa, jego matka i burmistrz jednocześnie- Regina (Lana Parilla). Kiedy przyjeżdżają do miasta coś zaczyna się zmieniać, w szczególności, gdy Emma postanawia zostać. Sprowadza tym na siebie gniew pani burmistrz, która jako jedyna wie, że będąca córką Śnieżki (Ginnifer Goodwin) i Księcia (Josh Dallas), Emma, jako jedyna może złamać klątwę i przypomnieć mieszkańcom o ich dotychczasowym życiu.
    Twórcy serialu postanowili trochę urozmaicić swoją produkcję przeplatając świat rzeczywisty z baśniowym. Nie są to jednak całkowicie różne tematy. Oba światy pozostają ze sobą w harmonii. Każdy odcinek jest o czymś innym, opowiada zupełnie inną bajkę i prezentuje inne wartości. Mają jednak wspólny motyw przewodni, każdy z nich dotyka problemu klątwy i dążenia do jej złamania. Nie jest to jedynie temat samego jej istnienia, ale przede wszystkim uwierzenia przez Emmę, iż jest jedyną nadzieją na ocalenie dla baśniowych bohaterów. Z drugiej zaś strony chodzi i o to, aby uwierzyła nie tylko w magię, ale i w to, że jest gotowa na zostanie matką Henry'ego. Wobec czego jej osobista walka ze Złą Królową odbywa się na poziomie macierzyństwa. Innym istotnym wątkiem jest niezwykła i dobrze nam znana miłość Śnieżki i Księcia. W świecie bez magii wszyscy pozbawieni są swoich uczuć do ukochanych osób, w ogóle ich nie pamiętając. I choć każdy z nich w pewien sposób łączy się z bliskim, wypełnia swój cel, to jednak nadrzędny wątek Mary Margaret i Jamesa pozostaje nierozwiązany. Jak baśnie, tak też i serial ma swoje szczęśliwe zakończenie, choć i nie do końca. Jakoś trzeba było zakończyć sezon i chyba lepszego finału nie można było sobie wymyślić. Kończy jedną część i jednocześnie jest początkiem nowej opowieści. Zapowiada się naprawdę bardzo ciekawy i magiczny drugi sezon.
     Serial porywa nie tylko fabułą, ale również i wyglądem. Zachwyca nie tylko świat baśniowy, ale i rzeczywisty. W magicznej krainie urzekają nas kreacje, przede wszystkim te znalezione w szafie Złej Królowej, ale też i zamki, malownicze krajobrazy, czy magiczne istoty. Nie jest to oczywiście szczyt efekciarstwa, ale jak na serialową produkcję wizualne efekty są o wiele lepsze niż w średniej klasy serialu kanału SyFy. Świat bez magii oczaruje nas przede wszystkim aranżacją wnętrz i scenografią plenerową. Jako, że bez czarów pozbawieni jesteśmy cyfrowych bajerów, cały urok tkwi w postaciach, zdjęciach i scenografii. Nie bez wpływu na atmosferę jest też ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Marka Ishama. Podkreśla charakter chwili, przede wszystkim przy wątkach miłosnych, ale co najważniejsze, idealnie podkreśla magiczny klimat historii.
     Przez te 22 odcinki przez serial przewija się bardzo wielu bohaterów. Poznamy nowy wizerunek Czerwonego Kapturka, Pinokia, czy Świerszcza Jimmy'ego. Nie zabraknie też i tego złego- Rumpelstinskina, czy Dżina z lampy. Wielokrotnie zmienia się tak bardzo dobrze znane nam baśnie. Żadna z nich nie wygląda tak, jak ją znamy z dzieciństwa. Wzbogaca się historię Śnieżki, czy nawet i Świerszcza. Nadaje się większego charakteru Pinokio, czy Łowcy. Zaskakująco pojawiają się też inne postaci, których próżno szukać w klasycznych bajkach. Takim przykładem jest choćby Szalony Kapelusznik. Wszystkie postaci są charakterne, a obsada do nich całkiem nie najgorzej dobrana. Trzeba jednak przyznać, że Śnieżka, w wykonaniu Ginnifer Goodwin, zaczyna irytować swoją niewinnością. Dlatego też za ulubioną postać możemy sobie obrać Emmę, w tej roli podopieczna doktora House'a- Jennifer Morrison. Szybko jednak zapominamy o Cameron i całkowicie poświęcamy się podglądaniu ciągłych zmian, które zachodzą w Emmie. Jednakże największe pole do popisu miały czarne charaktery. W tym serialu jest ich aż dwójka, przez co twórcy każą nam wybierać, które z nich stanowi mniejsze zło. A tu przede wszystkim Lana Parrilla w roli Reginy. Kobieta, której szczęście zniszczono i która zaczyna niszczyć innych. Pełna ekspresji i nikczemności, jest, obok Rumpelstinskina, najciekawszą z postaci. On sam z kolei jest dosyć rozdarty. Robert Carlyle zupełnie inaczej gra Rumpela, a inaczej pana Golda- odpowiednika w świecie rzeczywistym. Rewelacyjnie ukazał różnicę pomiędzy tymi dwoma mrocznymi wcieleniami, a to czyni go największą gwiazdą tego serialu, a przynajmniej pierwszego sezonu.
     Choć początkowo "Once Upon a Time" trochę irytował, ze względu na rozwlekłość i ciągłe gonienie za prawdą, to jednak każdy kto tylko przeżyje do półmetka sezonu doczeka się prawdziwych rewelacji. Scenarzyści bardzo dobrze wykorzystali znane od wieków historie, dla podkreślenia dramatów bohaterów świata rzeczywistego. Oba te światy, choć całkiem różne, współgrają ze sobą, a to idealnie odzwierciedla jak istotne znaczenie dla świata mają mądrości zawarte w baśniach Grimmów, czy Andersena, a nawet historiach orientalnych. Dobrze wykonany wielowątkowy serial jest idealnym rozwiązaniem dla znudzonego widza. Z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji w nowym sezonie.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Once Upon a Time / Reżyseria: Mark Mylod, Greg Beeman i inni / Scenariusz: Adam Horowitz, Edward Kitsis / Zdjęcia: Steven Fierberg, Stephen Jackson / Muzyka: Mark Isham / Obsada: Jennifer Morrison, Robert Carlyle, Lana Parrilla, Josh Dallas, Ginnifer Goodwin, Jared Gilmore, Emilie De Ravin, Giancarlo Esposito, David Anders, Jamie Dornan i inni / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Przygodowy, Dramat / Ilość odcinków: 22

Premiera: 23 października 2011 (ABC) 08 lipca 2012 (FOX Polska) 

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)