NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2019

Książka #497: Świat obok świata, aut. Liz Braswell

 „Małej Syrence” na opak, to tom „Mrocznej baśni”, który ukazał się jako drugi na polskim rynku wydawniczym. Szkoda, że przygodę z tą serią zaczęłam od „Dawno, dawno temu... we śnie”, bo książka odrobinę zniechęciła mnie to do dalszych lektur. Nie mniej, miesiąc później i: „BAM!”, wciągnęłam się bez reszty. Zawsze byłam sympatykiem Ariel i jej ziemsko-morskich przygód, dlatego z łatwością przyjęłam wygraną Vanessy i z pewnym zaciekawieniem spoglądałam na świat, w którym to królewska syrenka nie zdobywa księcia.
   Opowieść o

    Może i jestem brutalna, może nawet jestem sadystką, ale czy może być coś ciekawszego niż szczęśliwe zakończenia dla złoczyńców? Wszyscy pamiętają okrutną wiedźmę morską, która dała syrence nogi i trzy dni na rozkochanie w sobie księcia. Disney zaserwował Arielce szczęśliwe zakończenie pod postacią pokonanej wiedźmy, nóg i oczywiście przystojnego księcia za męża. Klasyka nie była aż taka łaskawa. Z kolei Liz Braswell bardziej skłania się ku tej drugiej opcji i postanawia zaserwować syrence przegraną, zabierając jej przy tym głos, księcia, no i ojca. Syrenka zostaje królową wśród syrenich pobratymców, ale gdy pojawia się cień nadziei, że jej ojciec żyje nie waha się na nowo stawić czoła Urszuli, znanej w lądowym świecie jako Vanessa.

     Oj, co to była za opowieść! Tak samo fascynująca, jak disneyowski pierwowzór. Zastajemy Ariel w bardzo ciężkiej sytuacji. Jej ojciec, król Tryton, został uznany za zmarłego, więc to ona musiała zasiąść na tronie. Książę Eryk przegrał walkę z Vanessą więc ta rzuciła urok na wszystkich, całkowicie pozwalając im zapomnieć u czerwonowłosej syrence, a z siebie robiąc jego małżonkę księcia. Ariel musi zatem bezgłośnie walczyć o dobro swojego królestwa, a może też i lądowego świata? Historia jak z koszmaru? Prawie, bo w sumie można to traktować niemalże tak, jakby to wyglądało w rzeczywistym świecie, gdzie nie zawsze wygrywa dobro, a złoczyńcy nie dostają zasłużonej kary i życie toczy się dalej. Historia ta pozbawiona jest większych melodramatów, natomiast nie brak jej grozy, w szczególności, gdy na jaw wychodzą prawdziwe zamiary Urszuli. Szczęśliwie (lub też nieszczęśliwie) dość szybko nadciąga nowa nadzieja i już wiemy, że wszystko zmierza w dobrą stronę. Tak, bardzo ciężkie było to do przewidzenia. Przecież ostatecznie, w baśniach, dobro zawsze musi zwyciężyć.

     Nie ma tutaj większych objawień, choć fajnie, że przemyca się odrobinę tematu „na czasie” dbania o środowisko zarówno lądowe, jak i wodne. Trochę, jak w najnowszym „Aquamanie”. W pewnym momencie ma miejsce naprawdę epicka scena, którą zobaczyłam oczami widza na sali kinowej i wydaje mi się, że mógłby być z tego niezły film katastroficzny, a o tej scenie gadaliby naprawdę wszyscy. Reszta to natomiast takie przepychanie się, budowanie strategii, która opiera się zasadniczo na jednym durnym pomyśle, który w każdej chwili może polecieć na łeb, na szyję.

       Cudownie jest spotkać się ze starymi postaciami, które odrobinę się postarzały. Arielka i Eryk nie są już tymi samymi ludźmi sprzed lat. Niosą dodatkowy bagaż, choć mam wrażenie, że wewnętrznie pozostało w nich coś z przeszłości. Vanessa budzi odrobinę więcej podziwu, ale przede wszystkim przerażenia. Dość interesujący jest udział służby, która miała okazję przed laty pomóc dostosować się syrence do ludzkich obyczajów. Kto mówi, że teraz nie może być równie pomocna. Z drugiej strony jest też i pewna postać, którą bardzo ciężko rozgryźć. Niby służąca wiedźmy, niby konspiratorka o nieprzeniknionej sympatii Ariel. Trochę ona niepokojąca i wygląda na to, jakoby miało się kontynuować jej wątek gdzieś, kiedyś.

     Seria „Mroczna baśń” całkowicie mnie do siebie przekonuje. Uwielbiam ten zamysł na zwycięstwa złoczyńców i pochowanych po kątach bohaterów. „Świat obok świata” odebrałam o wiele lepiej niżeli „Dawno, dawno temu... we śnie”. Winę zrzucam nie na samą autorkę, ale na historię bazową. Syrenka zawsze bardziej mi odpowiadała niż Śpiąca Królewna. O dziwo, to co spotyka nową Ariel jest bardzo porywające i o wiele bardziej przyswajalne. Mamy trochę morza, trochę lądu, trochę zła, trochę dobra. Tutaj choć odrobinę próbuje się poznać przyczyny problemów, dlaczego w zasadzie Urszula stała się wiedźmą morską. Nie sprawia to jednak, że historia jest mniej makabryczna i w żaden sposób nie usprawiedliwia to naszej wiedźmy, ale o dziwo dobrze się to czyta i odzyskuje się nadzieję w stare dobre baśnie. Polecam sympatykom Disneya i baśni!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Part of Your World / Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / Ilość stron: 416 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2019 (Polska) 2018 (Świat)

sobota, 27 kwietnia 2019

Książka #496: Dawno, dawno temu... we śnie, aut. Liz Braswell

    Baśnie to jeden z tych nielicznych tworów literackich, które zna chyba każdy. W oryginalnej, disneyowskiej, czy filmowej wersji budzi zainteresowanie wśród najmłodszych i najstarszych odbiorców. Ostatnimi czasy popularne stają się opowieści na opak, ujmowane z perspektywy antagonistów, ukazujących ich w zupełnie innym świetle. Jak bowiem wyglądałyby losy królewien i książąt, gdyby ziścił się plan Rumpelstiltskina z „Once Upon a Time” i złoczyńcy dostaliby swoje „szczęśliwe” zakończenia? Liz Braswell rozpoczyna serię „Mroczna baśń”, gdzie biorąc pod lupę dobrze znane nam opowieści sprawia, że losy bohaterów nie kończą się na ślubie i magicznych, ożywiających pocałunkach. 

     Pierwszą z pokręconych baśni, która ukazała się na polskim rynku wydawniczym, dzięki Egmontowi, jest przeróbka „Śpiącej Królewny”. Losy Diaboliny, Aurory i księcia Filipa znane są wszystkim. Klątwa, miłość, wrzeciono, ukłucie, sen, książę, pokonanie wroga, pocałunek „prawdziwej miłości” i „Żyli długo i szczęśliwie”. Wróć... a gdyby tak zabicie Diaboliny nie pomogło, a pocałunek zamiast wybudzić Aurorę uśpiłoby dodatkowo księcia Filipa? Brzmi koszmarnie, ale kto powiedział, że dobro zawsze musi wygrywać. Teraz bohaterowie będą musieli przejść świat snów rządzony przez resztki duszy wiedźmy, aby zmierzyć się ze swoimi koszmarami i raz na zawsze pokonać wroga.

     Oryginalny tytuł powieści od razu wskazuje baśń, którą wzięto na warsztat. „Once Upon a Dream” to nic innego jak tytuł świetnej piosenki prosto z filmu Disneya „Śpiąca Królewna”. Z drugiej zaś strony sen jest chyba najbardziej popularnym atrybutem tej historii, poza oczywiście wrzecionem. Ta opowieść nigdy nie należała do moich ulubionych, miała w sobie tę nutę, która wprawiała mnie w psychiczny dyskomfort. Dyskomfort ten urósł z małego leminga, do gigantycznego T-Rexa przybierając formę powieści Liz Braswell. Zdecydowanie nie pomogło mi to w odbiorze, a wręcz mocno przemęczyłam się z wątkami wyciągniętymi prosto z horroru. Gdyby tak przerobić tę wersję na film, z pewnością pełny byłby grozy, gotyckiego surowego klimatu, no i oczywiście makabrycznych istot. Tak to bowiem wyglądało w mojej głowie podczas lektury. Nie wzbudzało to tyle przerażenia, co bardziej niepokój. W szczególności, że to przecież świat snu, w którym wydarzyć może się wszystko. Ten nietypowy nastrój uczynił książkę odrobinę zbyt ciężką, która wyposażona jest w bardzo obrazowe opisy, czego Liz Braswell nigdy nie można było zarzucić. Dla wszystkich, którzy lubią przeciągające się budowanie klimatu i otoczenia będzie to prawdziwa przyjemność. Dla mnie, miłośniczki mocnych wrażeń i konkretnej akcji- było raczej ciężkostrawną przeprawą.

     Natomiast rewelacją jest sam pomysł na opowieść. Wielu tworzyło historie po „szczęśliwym zakończeniu”, ale niewielu uderzało w najbardziej newralgiczne punkty, najbardziej wątpliwe elementy, wychodząc poza utarte schematy. Trzeba przyznać, że Liz Braswell dobitnie pokazuje, że nie ma czegoś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia, a to zauroczenie do którego wówczas dochodzi często jest bardzo złudne. Często podążamy za nim ślepo, nie próbując nawet przyjąć do wiadomości prawdy o drugim człowieku. Później natomiast jesteśmy rozczarowani, że ten ktoś wydaje się być zupełnie inną osobą niż ta, w której się zakochaliśmy. W końcu Aurora, to nie tylko roztańczona śpiewaczka leśna, która powinna zająć się zawodowo utrzymywaniem równowagi podczas wirowania wraz z ptaszkami, ale przede wszystkim porzucona młoda kobieta, zagubiona pośród drzew królewna, która nie potrafi znaleźć sobie miejsca w otaczającym ją świecie.

     Senna wersja klasycznej opowieści jest dość... demoniczna, można by rzec. Dużo tutaj pokracznych istot, które raczej sympatii nie wzbudzają, dużo smutku, cierni i mroku. Krew się leje, jest brutalnie, no ale w końcu jest to świat rządzony przez Diabolinę. Imię zobowiązuje! Innymi słowy opowieści z punktu widzenia tych mrocznych bohaterów nie należą do najbardziej rozśpiewanych i kolorowych. Ptaszki nie ćwierkają radośnie, a pocałunki „prawdziwej miłości” nie działają. Czy można sobie wyobrazić większy koszmar senny? No chyba tylko taki, gdy jesteś świadom, że śnisz taką makabrę i nie potrafisz się wybudzić, aby zakończyć to, co mordowało cię od środka od wielu lat... Czy mnie to przekonuje? Z pewnością jest to coś nowego, coś co zostało fajnie opowiedziane i jest względnie spójne. Natomiast moje osobiste wrażenia wciąż pozostają dla mnie nieodgadnione, gdyż jak zawsze w takich przypadkach podczas lektury toczy się we mnie wewnętrzna walka na śmierć i życie- fascynacji ze śmiertelnym znużeniem. A może, po prostu, wyrosłam już z takich bajek?

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Egmont!

Tytuł oryginalny: Once Upon a Dream / Tłumaczenie: Dorota Radzimińska / Wydawca: Egmont / Gatunek: fantasy / ISBN 978-83-281-3146-0 / Ilość stron: 392 / Format: 148x210mm

Rok wydania: 2016 (Polska) 2019 (Świat)

niedziela, 11 listopada 2018

Książka #492: Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń, aut. Chris Colfer

     Wszyscy wychowaliśmy się na baśniach braci Grimm, co prawda w może mniej drastycznej formie, ale jednak. Wszyscy wiemy kim jest Czerwony Kapturek, Śpiąca Królewna, czy Królewna Śnieżka. A gdybyśmy mieli okazję naprawdę ich poznać? Co byśmy zrobili, gdybyśmy stali się jednym z bohaterów ich historii? Czy baśnie, to tak naprawdę bohaterowie i złoczyńcy, czy może racja leży gdzieś pośrodku? Na te wszystkie i wiele innych pytań odpowiedzi stara się znaleźć sam Chris Colfer w swojej debiutanckiej powieści „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń”. Tak, to ten sam młody człowiek, którego pokochały miliony nastolatek, i nie tylko, za rolę uroczego i rozśpiewanego Kurta Hummela w serialu „Glee”.

       Rodzinę Bailey'ów dotyka straszliwa tragedia, kiedy tracą ukochanego ojca i męża. Kiedy matka stara się wiązać koniec z końcem, bliźniaki- Alex i Conner, dzielnie starają się uczęszczać do szkoły i jak najbardziej wspierać mamę w zaistniałych okolicznościach. Kiedy ta znowu niespodziewanie musi stawić się w pracy, dzieci trafiają pod opiekę babci, która wróciła z dalekiej podróży i z podarkami. Alex i Connerowi trafia się egzemplarz Krainy opowieści, którą znają niemalże na wylot, kiedy to wraz z ojcem zagłębiali się w kolejne baśnie. Pewnego popołudnia niespodziewanie lądują w jej wnętrzu, gdzie zaczynają podążać śladami swoich ulubionych bohaterów.

     Każdy z nas zna baśnie, każdy chciałby poznać ich bohaterów. Zapewne niejedna zachwycała się kryształowymi pantofelkami Kopciuszka, a inna urokliwym Księciem z bajki. Pewnie znalazłoby się sporo osób chcących posiadać magiczną fasolę Jasia, ale już niekoniecznie chciałoby się spotkać oko w oko z czarownicą z piernikowej chatki. Baśnie mają bowiem swoje blaski i cienie, i tak jak to w realnym życiu często spotykamy bohaterów, jak i złoczyńców. Równowaga musi być. Bliźniaki Bailey mają tą nierealną możliwość spotkania swoje ulubione postaci z baśni, ale przede wszystkim poznania ich życia po „żyli długo i szczęśliwie”. Co, gdyby królestwo Śpiącej Królewny wciąż nie potrafiło się wybudzić? A gdyby tak Złotowłosa była poszukiwanym zbiegiem, Śnieżka spodziewała się dziecka, a Czerwony Kapturek był rozkapryszonym dziewuszyskiem? Czy nie byłoby zaskakującym, gdyby zła Królowa potrafiła kochać i miała całkiem realne i sensowne powody na zniszczenie Śnieżki? Nie jest to jednak bardziej zaskakujące niżeli Książę z bajki, który to przydomek niesie trzech innych książąt będących braćmi. Naprawdę genialnym pomysłem jest kontynuowanie wątków zaczętych w baśniach, przez lata nikt nie opowiedział nam „ciągu dalszego”. Jednakże to co zachwyca najbardziej to konstrukcja całej powieści, która przybiera postać niesamowitej podróży po fanty. Poszukiwanie i zbieranie najbardziej charakterystycznych elementów z konkretnych bajek? Dlaczego nie! Choć momentami dobija pewna schematyczność działań, naciąganie do granic możliwości konkretnych wydarzeń, to jednak da się przejść obok tego obojętnie, gdy stajemy przed nowymi odkryciami. Historia jest oczywiście bardzo przewidywalna, ale w sumie dostarcza sporo rozrywki. Co zaskakujące, jest bardzo wciągająca- na upartego można by przeczytać ją w ciągu jednego dnia pomimo prawie półtysięcznej liczby stron.

       Bardzo dobrze, że autor potraktował większość baśniowych postaci jako tło dla całej historii, w końcu to nie one były tutaj najważniejsze. Istotniejszym było zaserwowanie dzieciakom swoistej terapii po utracie ojca. Nie tylko na nowo mogły się z nim zjednoczyć poprzez opowieści, w które razem potrafili się zagłębiać, ale dodatkowo odkryli jego mądrości, dzięki czemu mogli poczuć się sobie bliżsi. Ta historia miała nauczyć ich bycia rodzinom, załatania wszystkich ran i choć momentami było to dla nich bolesne, to jednak ostatecznie przyniosło im ukojenie, którego potrzebowali. Alex i Conner to takie typowe nastolatki, będące swoimi całkowitymi przeciwieństwami, a jednocześnie idealnie się uzupełniający. On był tym niefrasobliwym, który chcąc chronić siostrę potrafił rzucić tomiszczem przez pół sali lekcyjnej w głowę nauczycielki, a ona była największym z możliwych kujonem w dziedzinie baśni. On symbol luzu, a ona wyrzutek społeczny. Chris Colfer po raz kolejny udowadnia, że jest ponad wszelkimi podziałami i potrafi do tej samej postawy przekonać ludzi.

     Wydawnictwo Młodzieżówka to debiutujący na polskim rynku wydawniczym. W dodatku robi to z ogromnym przytupem za sprawą świetnej powieści dla młodzieży prosto zza oceanu. Lektura „Kraina opowieści. Zaklęcie życzeń” to było dla mnie niesamowite przeżycie. Znowu poczułam się jak za czasów „Harry'ego Pottera”, gdy to mogłabym przeczytać jedną książkę ciągiem. Ciężko jest się bowiem oderwać od przygód Alex i Connera, bo szczerze się przyznam, że za dziecka niejednokrotnie pragnęłam być bohaterką takiej baśniowej opowieści. Świetnie się to czyta, naprawdę wciąga. Historia niespotykana, bo w końcu ktoś odważył się opowiedzieć ciąg dalszych baśniowych losów ulubionych postaci. Niejednokrotnie rozśmieszająca, wywołująca wzruszenie, ale również i strach. Pomaga zrozumieć, że nie wszystko jest czarno-białe, że zawsze istnieje też druga strona medalu. Jest to przede wszystkim powieść rodzinna, pokazująca jak wielką wartością jest miłość. Każdy powinien po nią sięgnąć, bez względu na wiek, przede wszystkim jeżeli jest sympatykiem baśniowego świata.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Młodzieżówka!

Tytuł oryginalny: The Land of Stories. The Whishing Spell / Tłumaczenie: Agnieszka Hałas / Ilustracje: Brandon Dorman / Wydawca: Młodzieżówka / Gatunek: przygodowe / ISBN 978-83-65830-41-8 / Ilość stron: 452 / Format: 140x200

Rok wydania: 2018 (Polska), 2012 (Świat)

czwartek, 8 czerwca 2017

Książka #445: Kopciuszek, aut. Gabriela Mistral

     Kto jeszcze nie zna historii Kopciuszka. Tak wiele razy opowiadana od nowa klasyczna baśń Charlesa Perraulta doczekała się zupełnie odświeżonej i niezwykłej wersji. Jej sprawczynią jest chilijska noblistka imieniem Gabriela Mistral, której miłość do baśni znalazła swoje odzwierciedlenie w krótkich tekstach pisanych do lokalnych dzienników w latach 20tych. Teraz, po niemalże 100 latach, także i my mamy możliwość zapoznania się z jej twórczością w ilustrowanych książeczkach. Wśród nich nie mogło zabraknąć także kultowego „Kopciuszka”.

      Ślicznej urody młoda dziewczyna skazana na życie z okrutną macochą i jej okropnymi córkami. Każdego dnia umorusana, wykorzystywana do granic możliwości. Wtem pojawia się wielki dzień, kiedy to książę organizuje bal spraszając na nie wszystkie okoliczne damy. Dzięki pomocy wróżki chrzestnej także i dziewczyna udaje się na bal.
     Kolejna klasyczna baśń w rękach Gabrieli Mistral i kolejny raz zaskoczenie. „Kopciuszka” zna chyba każdy, w każdej możliwej wersji. Tak by się przynajmniej wydawało. Znamy bowiem twór braci Grimm, znamy opowieść z ust Disneya, ale teraz- dzięki tej chilijskiej poetce, możemy sięgnąć jeszcze bardziej wstecz, do czasów gdy powstawała ta baśń, do czasów gdy opowiadał ją sam Charles Perrault. Bowiem to właśnie jego wersją inspirowała się kobieta. Świadczy o tym powtórzenie balu, którego nie spotykamy nigdy później, w zasadzie w ogóle jest nam to nieznane. Ten zabieg stosowany był w czasach Perraulta bardzo często, dla podkreślenia estetyki utworu. Czy tym razem trzeba go było tak ukwiecać? Wydaje się, że same opisy autorki, które utwierdzają w przekonaniu o pełnym przepychu barokowym charakterze tekstu mogłyby wystarczyć. Dynia, która staje się „karocą z masy perłowej”, ciało Kopciuszka ubrane „w tkaninę złotą, w amarant i szkarłat” i cudowność sali balowej będącej „misterium srebra i miedzi” - to tylko niektóre z opisów oddające nie tylko bogactwo tamtego okresu, ale również i języka pisarki. Cała moc tkwi w tym niesamowitych epitetach, tych całkiem przyziemnych, ale też i zaskakujących porównaniach - „tańczą niezgrabnie jak kaczki”, „stópkę podaje wąską, jak migdał i małą”. Można się w tym zaczytywać na okrągło godzinami, bo bije z tego wiele piękna i fascynacji.
     Takiego „Kopciuszka” jeszcze nie czytaliśmy. Nie wiemy nic o ojcu, nie ma tutaj makabry braci Grimm, nie ma tutaj gadających myszek i śpiewających ptaszków, które szyją balową sukienkę. Są za to przepiękne opisy i równie cudowne ilustracje Bernardity Ojeda. W jej wykonaniu Kopciuszek, choć umorusany, wciąż wygląda subtelnie i świeżo. Prześlicznie prezentuje się jej kreacja balowa, która również nawiązuje do barokowego, pełnego złota i szkarłatu, strojnictwa. Ciemne włosy, rozmazane niczym sadza, usmarowane sadzą policzki- innymi słowy zatarcie wszelkich granic, to coś co budzi zaskakująco pozytywne uczucia i nadaje odrobiny lekkości. Jest to idealna równowaga dla mocnych balowych stronic.
     Książka jest rewelacyjna pod każdym względem. Historia „Kopciuszka” opowiedziana jest może za bardzo powierzchownie, ale tu liczy się język poetycki. A trzeba przyznać, że z takimi cudownymi środkami Gabriela Mistral zrobiła tutaj świetną robotę. Można wpadać w zachwyt nad stylem języka wraz z każdym kolejnym wersem. Można przy każdej stronie powzdychać nad pięknem ilustracji. Można tę rymowaną opowieść czytać bez końca, bo przecież to zaledwie kilka kart, które z taką łatwością rozbudzają nasze zmysły. Jest to prawdziwy balsam dla duszy!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl

Tytuł oryginalny: La Cenicienta / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Bernardita Ojeda / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13182-9 / Ilość stron: 32 / Format: 190x270mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

środa, 22 lutego 2017

Książka #431: Czerwony Kapturek, aut. Gabriela Mistral

     Klasyczną historię Czerwonego Kapturka utworzoną przed latami przez braci Grimm zna dziś chyba każdy. Jednakże to, co przed stu laty zrobiła z nią chilijska noblistka Gabriela Mistral z pewnością zaskoczy każdego. Dzięki polskiej poetce Krystynie Rodowskiej także i polscy czytelnicy mają możliwość zapoznania się z najlepszymi tekstami chilijskiej pisarki, a jednym z nich jest właśnie „Czerwony Kapturek”.
     Mała, blondwłosa dziewczynka w czerwonym płaszczyku wyrusza w samotną podróż przez mroczny las, aby dotrzeć do schorowanej babci, która czeka w swoim domu w wiosce nieopodal. Na dziewczynkę czyha wiele niebezpieczeństw, w tym także straszny Pan Wilk, który jest głodny jak nigdy dotąd.
     Opowieści tej nie trzeba nikomu przedstawiać. Każdy zna ją chociażby ze szkoły podstawowej, gdzie wspólnie z nauczycielem i kolegami z klasy czytało się klasyczne bajki. Te oczywiście unowocześnione i zawsze ze szczęśliwymi zakończeniami, bo przecież nie należy straszyć małych dzieci scenami niczym z najgorszych koszmarów. W przypadku „Czerwonego Kapturka” w wersji Gabrieli Mistral jest zupełnie odwrotnie. Nie uległa ona naciskom społeczeństwa i zainspirowana pierwotną wersją tej klasycznej opowieści, wprowadziła brutalność, ale przede wszystkim realizm. Ponadto zachowała jej wierszowany charakter, gdzie utrzymuje rym zwany aleksandrynem, czyli opierającego się na czternastu sylabach. Jednakże to co najbardziej intryguje to stosowanego porównania, bardzo kwieciste- „serduszko miękkie niczym miodu plaster”, i momentami dość makabryczne- „drobne ciało tak miękkie jak runo owieczki”. W oryginalnej wersji Mistral aż roi się od archaizmów. W polskim przekładzie tego nie ma, co z jednej strony jest zrozumiałe, ale z drugiej dość zaskakujące.
     Czy taka lektura ma szansę spodobać się najmłodszym? Z jednej strony dobrze, że zachowano jej pierwotny charakter- rymy i tragiczny finał, ale z drugiej nie wydaje się być to odpowiednie dla dziecka, które dopiero zapoznaje się ze światem i literaturą. Najbardziej zaskakujące jest tutaj to, że całą wierszowaną opowieść nie czuć żadnej większej grozy- oczywiście, o ile nie patrzy się na rysunki. I wtedy ni stąd ni zowąd pojawia się przerażająca scena końcowa, która okazuje się być faktycznie końcem. Nie ma reszty historii stworzonej przez Grimmów, to jest już koniec kropka. Można tutaj chwalić za odwagę, za prezentowanie świata takim jaki jest, bez zbędnego słodzenia. Pokazuje się tutaj wilka jako zwierzę groźne, na widok którego powinno się uciekać jak najdalej, a nie wdawać w zbędne pogaduszki (o ile faktycznie wilki mogłoby mówić). Uczy to pewnej przezorności, ale z drugiej strony szufladkuje postaci mroczne, co do końca nie jest też najlepszym pomysłem.


Źródło: Nasza Księgarnia
     Można rozprawiać również i nad pracami Palomy Valdivia. Są to ilustracje naprawdę niesamowite. Talentu odmówić nie można tej artystce. Kolory są wyraziste, a kreska równie przerażająca, jak cała opowieść. Idealnie więc komponuje się z rymami poetki, może nawet za bardzo! Nie jest to chyba najlepszy wybór dla najmłodszych czytelników, choć z pewnością rysunki zaintrygują każdego.
     „Czerwony Kapturek”, w wizji Gabrieli Mistral, jest zdecydowanie za bardzo kontrowersyjny. Z pewnością podzieli czytelników na tych chcących chronić swoje dzieci przed makabrą rysunkową i słowną w tej wersji historii, oraz tych zachwycających się nad stylistyką każdego użytego koloru oraz postaci i pragnących czegoś więcej dla swoich pociech, pragnących pokazać im prawdziwy świat i literaturę. Ta opowieść zdecydowanie jest niepowtarzalna, z pewnością dostarcza wielu emocji, a także zachwyca swoim wyglądem. Jednakże strach pomyśleć jakie maluchy będą mieć koszmary senne po takiej lekturze.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Caperucita Roja / Tłumaczenie: Krystyna Rodowska / Ilustracje: Paloma Valdivia / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13179-9 / Ilość stron: 32 / Format: 205x260mm
Rok wydania: 2012 (Świat) 2017 (Polska)

niedziela, 16 października 2016

Książka #419: Baśnie i legendy polskie, praca zbiorowa

    Nasz kraj, nasza Polska, to miejsce bardzo wyjątkowe. Bogaty kulturowo i niezwykle kolorowy. Tak jak każdy kraj ma swoją historię, a pojedyncze opowieści związane z powstawaniem wielkich miast nazwać można legendarnymi. Dzięki wydawnictwu Nasza Księgarnia, które zebrało w jednym miejscu- „Baśniach i legendach polskich”, najrozmaitsze legendy i baśnie związane z poszczególnymi regionami Polski, a stworzone przez najznamienitszych polskich pisarzy na przestrzeni dziesiątek lat, także i młode pokolenia mogą zapoznać się z tą magiczną stroną ich kraju.
     Każdego z nas wychowano w miłości do ojczyzny, każdego więc zapoznawano z najważniejszymi legendami dotyczącymi polskich miast. Dziś historie te pamiętamy jedynie ogólnikowo, czyli że Warszawa wzięła się od Warsa i Sawy, a pewien knypek uratował miasto przed smokiem wawelskim. Wiemy- chociażby za sprawą serialu, że był sobie Janosik, i znana jest nam również opowieść o królu Popielu, którego zjadły myszy. Rzadko kiedy mamy jednak możliwość, czy też chęć ponownego zapoznania się z historiami, które utknęły nam w pamięci za młodu. Teraz mamy taką sposobność i okazuje się, że większość tych legendarnych opowieści jest... straszliwie nudna!
     Wszystko to zależy oczywiście od pisarza, bo zawsze najlepszym rozwiązaniem jest zwięzły przekaz Janusza Korczaka, niżeli rozwlekła plątanina słów Janiny Porazińskiej. W szczególności, że jest to co najmniej zbędne przy legendach. Faktem jest też, że zależy to wszystko od pióra, ale również i historii, którą bierze się na warsztat. Bowiem Korczak pisząc nawet o powstawaniu głosu całego świata- roślin, mórz i zwierząt, potrafi zahipnotyzować już od pierwszego zdania. Hanna Zdzitowiecka potrafiła stworzyć cudowną opowieść o powstaniu Wisły nadając rzece bardziej ludzki, choć przecież też i bardziej metaforyczny charakter. Natomiast Marian Orłoń skutecznie potrafi zniechęcić zarówno do smoka wawelskiego, jak i Janosika, czy księcia Popiela. Co jest tym dziwniejsze, że są to jedne z najpopularniejszych legend jakie znamy. A tu okazuje się, że ciekawsze stają się mniej znane opowieści o tym, że za cudownością toruńskich pierników kryje się miodek od królowej krasnoludków, czy te o dziewczynie dzielnej niczym Mulan i walczącej w imię swojego Ojca- a to wszystko spod pióra Marii Krüger. Wśród „Baśni i legend polskich” znajdziemy również warszawską syrenkę, a także zabijającego wzrokiem Bazyliszka. Poza historiami o założeniu dużych miast typu Poznań, czy odkryciu wspaniałości Wieliczki, zaczytamy się również w takich gdzie palce maczał sam Bóg wraz z aniołami- gdzie we współpracy tworzyli świat, w tym także polskie Podhale.
    Wszystkie te opowieści zawarte w „Baśniach i legendach polskich” naznaczone są nadnaturalnymi elementami. Pełno tutaj czarownic, diabłów, bogiń i podobnych im istot, które w sposób mniej bądź bardziej pozytywny miały wpływ na tworzenie Polski taką jaką znamy. Część z tych historii niesie za sobą bardziej metaforyczny przekaz, gdzie najważniejsza wydaje się być dobroć wobec drugiego człowieka. Całą publikację zdobią rysunki Mirosława Tokarczyka. I wyrażenie zdobią ma tutaj kluczowe znaczenie. Ilustracje proste- może nawet zbyt proste, ale za to bardzo dobrze akcentujące treść wyciągając z niej to, co najistotniejsze.
     Czasami w życiu człowieka przychodzi taka chwila, że chce zapoznać się z czymś klasycznym, powrócić do czasów młodości, aby zgłębić genezę tego, co od lat tkwi w jego podświadomości. Z tego też powodu, sięgnięcie po publikację z ilustracjami Tokarczyka wydawała się rozsądnym posunięciem. Okazuje się jednak, że na pewnym etapie trzeba sobie darować skoki w przeszłość, bo mogliśmy już wyrosnąć z pewnych historyjek. I już chyba lepiej jest pamiętać, że Popiela zjadły myszy, a nie zaczytywać się w tym jak niegodziwym był człowiekiem. Jednakże „Baśnie i legendy polskie” dają nam coś ponadto. Szczęśliwie odkrywają przed nami zupełnie nowe karty polskości, które nie tylko nas zachwycą, ale i zachęcą do dalszego poznawania naszej rodzimej krainy.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!
nk.com.pl


Tytuł oryginalny: Baśnie i legendy polskie / Ilustracje: Mirosław Tokarczyk / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: baśnie / ISBN 978-83-10-13131-7 / Ilość stron: 288 / Format: 165x215mm
Rok wydania: 2016 (Polska)

niedziela, 1 czerwca 2014

[Ranking]: Baśnie w świecie Disneya

     Świat oszalał na punkcie baśni. Niegdyś spisywane były przez znakomitych bajkopisarzy, takich jak Ezop, bracia Grimm, czy Hans Christian Andersen. Przekazywane z pokolenia na pokolenie zmieniały swój kształt, do tego stopnia, że już niewielu pamiętało mrożące krew w żyłach opowieści z niekiedy bardzo trafnym morałem.

poniedziałek, 6 maja 2013

Książka #253. Saga księżycowa. Scarlet, aut. Marissa Meyer

Tytuł oryginalny: Scarlet
Gatunek: fantastyka
Wydawca: Egmont
Rok wydania: 2013 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka
ISBN 978-83-237-5313-1
Ilość stron: 496     Format: 140x208 mm

Premiera: 8. MAJA 2013
    Najpierw zaatakowała Kopciuszka, a teraz przyszedł czas na kolejną klasyczną postać z najbardziej znanych bajek dla dzieci. Marissa Meyer, debiutująca powieścią „Cinder”będącej pierwszym tomem serii„Saga księżycowa”, zyskała rzeszę fanów nie tylko wśród nastoletnich fanatyczek współczesnych romansów, ale również i miłośników baśni. Po roku powraca z nowym tomem „Scarlet”, gdzie Kopciuszek cyborg jednoczy siły z Czerwonym Kapturkiem o niemałym zamiłowaniu do Wilka.
    Cinder udaje się uciec z niewoli, po tym jak pomocą służy jej tajemniczy kapitan Thorne. Razem kradną statek kosmiczny i wyruszają w przestrzeń ratując swoje skóry. W międzyczasie piękna farmerska nastolatka- Scarlet, musi uporać się ze sporym problemem, kiedy znika jej babcia. Kiedy dziewczyna nabiera podejrzeń, że ta która się nią opiekowała została porwana od razu wyrusza na jej poszukiwania. Pomocy w tym może się okazać walczący za pieniądze Wilk, który najwyraźniej ma słabość do rudowłosej dziewczyny. Niespodziewanie, losy Scarlet i Cinder zostaną splecione, gdy na jaw wyjdzie prawda z przeszłości. Tymczasem królowa Levana nie spocznie dopóki nie zyska władzy nad Unią, dlatego też bez skrupułów wykorzystuje swoją niezwyciężoną armię, aby zdominować cały kraj.
    Jak „Cinder”była oszałamiająca, tak „Scarlet”jest jedynie zadowalająca. Być może wynika to ze sposobu zaprezentowania treści, a w zasadzie otoczenia, w jakie autorka wrzuca swoich bohaterów. Być może za bardzo przytłaczające są te strategiczno-wojenne odskocznie, które niekoniecznie każdemu muszą się spodobać. Osobiście, nie przepadam za podobnymi klimatami, wobec czego momentami lektura bardzo mnie wymęczyła. Za dużo w tym wszystkim zawiłych technologii, za dużo wtrąceń stricte z pogranicza fantastyki naukowej. Ewidentnie nowy tom „Sagi księżycowej”sprawdzić się może również w przypadku męskiej części czytelników. Dostaną swoich wojowników, strzelaniny i nawet wypasione statki kosmiczne. Nie ważne, że ze sztuczną inteligencją, niczym u „Nieustraszonego”. Pod tym względem, kolejny tom, wypada o wiele słabiej niżeli ten pierwszy. Nie pociąga aż tak bardzo i nie potrafi zasysnąć w siebie czytelnika.
    Pożałować można również i odniesień, które autorka próbuje wywiązać względem baśni o Czerwonym Kapturku. Z Kopciuszkiem bardziej się postarała, ale w sumie miała też większe pole do popisu. Druga bohaterka miała z pewnością większą rzeszę fanów niżeli pierwsza. Wiadome, w końcu Kopciuszek to historia przede wszystkim miłosna, a Kapturek to opowieść o rodzinie. Ta myśl przewodnia króluje właśnie w drugiej części serii, która bardzo mocno skupia się na relacjach Scarlet z jej babcią. Momentami bardzo poruszające relacje nakreślone w bardzo brutalnym, nie do końca baśniowym świecie. Interesująco rozwiązano również motyw z Wilkiem, który z kolei wprowadza element romansu paranormalnego do tejże historii. Baśń ta nie do końca charakterystyczne znamiona, które można by przełożyć na nowy sposób. Jednakże sam motyw oddania babci i postaci Wilka został innowacyjnie poprowadzony.
    Choć zakochałam się w „Cinder”, to nie mogę powiedzieć tego samego o kontynuacji. Oczywiście, tak samo jest interesująca, bowiem postaci ze znanych baśni walczą w obronie wolności i życia mieszkańców Ziemi, ale nie ma już tego czegoś, tej pewnej świeżości. Nie jest to z pewnością historia banalna, bowiem pod płaszczem klasycyzmu kryje się prawdziwa głębia, która może nie do końca jest dostrzegalna na pierwszy rzut okna. Nie mniej, „Scarlet”utrzymuje się w klimacie „Sagi księżycowej”, być może nawet bardziej porusza, choć może i mniej inspiruje. Bez względu na wszystko, z niecierpliwością wyczekuję kolejnych tomów, gdzie spotkamy się z nowymi odsłonami Roszpunki oraz Królewny Śnieżki.
Ocena: 4/6
Recenzja dla portalu IRKA!