NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą artykuły. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 marca 2019

Rzuć dziecko na głęboką wodę, czyli o poprawności korzystania z puzzli z Puciem

     Jako matka terrorystka robię zazwyczaj wszystko na opak. Działam zanim przeczytam instrukcję obsługi, działam zanim w ogóle zdążę pomyśleć- z tego właśnie wychodzi jaką męczącą matką jestem. Mój Mikołaj nie ma ze mną lekko, a pojawienie się na rynku puzzli od Naszej Księgarni z Puciem wcale nie ułatwiło mu życia. Gdy tylko zobaczyłam ten produkt od razu wiedziałam- „Muszę to mieć!” (czyt. „Miki musi to mieć!”), w końcu mały jest sympatykiem tej książki, pomimo tego, że nadal ma opory przed układaniem słów polskich, a nie bobasowych.

    Układanki z serii „Pucio. Puzzle” to odwzorowane sceny z ulubionych logopedycznych książeczek dla dzieci, w których głównym bohaterem jest uroczy chłopiec w wieku przedszkolnym – Pucio. W nasze ręce wpadły dwa zestawy, a mianowicie „Co tu pasuje?”, „Czego brakuje?”. Te egzemplarze zdecydowanie najbardziej przykuły moją uwagę, gdyż pomimo swojej formy pełnią również formę edukacyjną, a to zdecydowanie przydaje się najmłodszym.
Pucio. Puzzle "Czego brakuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     I już na etapie zabaw z puzzlami okazało się, że czasami warto przeczytać instrukcję obsługi, aby wiedzieć jak z dzieckiem bawić się danym przedmiotem. Ja tego oczywiście nie zrobiłam, a więc okazało się, że bezdusznie rzuciłam własne dziecko na głęboką wodę. Zaleca się dawanie dziecku wyboru pomiędzy dwoma elementami pasującymi do przedstawionej sytuacji i stopniowe ich zwiększanie. Ja oczywiście poszłam w innym kierunku, który miał wspólny mianownik dla obu układanek. Początkowo dzieliłam puzzle na dwie kupki – pierwszą była ta przedstawiająca sytuacje, a drugą elementy do dopasowania. Zadanie było oczywiste- „Dopasuj jedno do drugiego”. Czasem się udawało, czasem nie.

     Przypadek „Czego brakuje” bardzo nam się rozwinął podczas zabawy. Od samego początku punktem wyjścia była scenka z kolejką. Mikołaj jako miłośnik „fufu” zawsze od tego zestawu musi zaczynać. Zabawa ta ewoluowała nam w zaskakującym kierunku, kiedy to Mikołaj wykorzystywał samochodzik i zdobywając kolejne punkty przesuwał go na kolejno połączone duety puzzli. Okazało się to być sporą motywacją dla malucha, aby kontynuować układanie a nie porzucić go na rzecz zderzania samochodzików.

     Zupełnie inna sytuacja ma miejsce przy „Co tu pasuje?”. Okrągłe puzzle ze scenkami, do których trzeba dopasować elementy znajdujące się na obrazku. Tutaj pojawił się spory problem, ale o tym za chwilę. Ta gra dodatkowo pobudza zmysł obserwacji i spostrzegawczości. Dziecko szybko odnajduje na rysunkach elementy i próbuje je dopasować. I na tym etapie pojawia się problem- nie wiem czy to kwestia wykonania, czy nieudolności pracy na linii matka-syn, ale niektóre elementy były niedopasowywalne. I z jednej strony okej, można byłoby to tak rozwiązać, ale raczej nie przy tej formule, gdzie głównym zamysłem jest odnajdywanie właściwych elementów niż faktyczne dopasowanie ich do koła. Tym sposobem dziecko szybko traci cierpliwość, puzzle latają po całym pokoju, a co za tym idzie – koniec z układaniem.
Pucio. Puzzle "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     Pomijając wszelkie przytoczone za i przeciw konkluzja jest jedna. Tego typu układanki zawsze będą polecane dla dzieci, gdyż idealnie stymulują ich rozwój. Pamiętajcie jednak, żeby zapoznać się najpierw z instrukcją obsługi i zacznijcie od prostszych sposobów na edukację poprzez zabawę. Może zdarzyć się tak, że Wasze dziecko jest geniuszem i ogarnie temat w 5 sekund, ale lepiej uzbroić się w cierpliwość, gdy poskładane puzzle staną się wybiegiem dla lalek Barbie, czy torem wyścigowym dla samochodów. Ja jeszcze nie opanowałam głębokiego oddechu w takich sytuacjach, ale układanki „Co tu pasuje” i „Czego brakuje” mamy z Mikołajem rozpracowane prawie do perfekcji i to w bardzo wielu wariantach trudności. Gorąco Wam polecamy! 


Pucio. Puzzle "Czego brakuje?" oraz "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, dla dzieci 2+, z wykorzystaniem postaci z książek Marty Galewskiej-Kustry oraz rysunków Joanny Kłos

sobota, 14 maja 2016

Dlaczego kochamy kolorowanki? W oparciu o publikacje „Harry Potter. Książka do kolorowania” oraz „Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania”

 
    Każdy z nas w dzieciństwie spędzał czas nad kolorowankami. Nie zawsze trzymaliśmy się wyznaczonych linii, czy chociażby przyjętej kolorystyki. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że w naszym dorosłym życiu powstanie coś, co ponownie przywoła nam lata wczesnej młodości, a już na pewno nie, że odniesie to tak wielki sukces! Teraz każdego roku wychodzi cała masa różnych publikacji dla dorosłych oferujących najrozmaitsze wzory do uzupełniania kolorami. Powstało nawet coś dla fanatyków filmów i książek o Harrym Potterze. Wśród nich, w naszym kraju dzięki uprzejmości i zaangażowaniu wydawnictwa Moondrive, pojawiły się takie tytuły dla potteromaniaków, jak „Harry Potter. Książka do kolorowania” oraz „Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania”. Jednakże... w czym tkwi sukces kolorowanek i dlaczego je pokochaliśmy?
     Aktualnie na rynku wydawniczym mamy tak bardzo zróżnicowaną ofertę książek do kolorowania, że praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie. Dla młodszych mamy gigantyczne plakaty z Avengersami, dla delikatnych kobiet arabeski i kwiaty, dla podróżników stylowe miejsca, a dla poterromaniaków... świat Harry'ego Pottera. Znaki hogwarckich domów, najrozmaitsze sceny z filmu, magiczne istoty, ale przede wszystkim bohaterowie- całe spektrum ze wszystkich siedmiu tytułów z czarodziejskiego świata, które możemy pokolorować kredkami, pisakami, farbami, czy cienkopisami.
(kliknij, aby powiększyć)

     Najważniejszym z powodów, dla których sięgamy po tego rodzaju publikacje jest łatwość z jaką pozwalają nam poczuć się jak dzieci. Oczywiście, wówczas kontury do wypełniania zapełniały całe strony i ograniczały się do jednego bądź kilku elementów na stronie. Teraz, kiedy jesteśmy już dorośli, możemy sięgać po wydania dla naszej grupy wiekowej, a co za tym idzie poszaleć z nawet najdrobniejszymi składowymi obrazków. W zależności od tego, na które wydanie się zdecydujemy możemy się bardziej namęczyć z kolorowaniem, bądź mniej. W tym aspekcie kolorowanki ze świata Harry'ego Pottera wybiegają przed linię, bowiem oferują zarówno coś dla miłośników naostrzonych kredek, ale również zadowolą sympatyków szybszego wykończenia obrazka. Wynika z tego kolejna zaleta kolorowania potterowego świata- najpierw myśleliśmy, że pożegnaliśmy się z czarodziejami na etapie książek, potem płakaliśmy na myśl o zamknięciu serii filmów. Teraz daje nam się kolejną rzecz, dzięki której nie rozstaniemy się zbyt szybko z przeszłością i z naszym dzieciństwem. Ach... ten sentymentalizm.
     Kolejny powód uwielbienia wobec kolorowanek dla dorosłych mocno łączy się z poprzednim. Dzieciństwo kojarzy nam się z beztroską, kiedy to nie musieliśmy przejmować się stosem pieluch, zamartwianiem się co ugotować na obiad, czy też jak pogodzić pracę z życiem codziennym. Brakuje nam chwil na relaks, a przede wszystkim sposobów, aby go osiągnąć. I tym właśnie sposobem sięgamy po kolorowanki, które działają odstresowująco. W szczególności, jak przyjdzie nam pokolorować nosek Zgredka, czy zawodników Quidditcha. Pochłonięci kolorowaniem przestajemy myśleć o naszych problemach i wszystkim co nas otacza.
 (kliknij, aby powiększyć)

     Ponadto... zajęcie to wyzwala w nas nowe talenty. Stajemy się bardziej dokładnie i kreatywni, odnajdujemy w sobie ukrytego artystę, który precyzyjnie dobiera kolory- niekiedy w ogóle niezwiązane z naturalnym stanem rzeczy, a także stosuje różnorakie sposoby wypełnienia- począwszy od cieniowania, przez nakrapianie, czy blendowanie kolorów. Dzięki kolorowankom mamy możliwość rozwoju naszego talentu, w szczególności, gdy przekopujemy internety w poszukiwaniu inspiracji, dzięki którym chcemy być jeszcze lepsi i tworzyć jeszcze piękniejsze prace. Łączy się z tym zupełnie inna zaleta kolorowania- możemy tworzyć znane nam światy na nowo! Bo kto powiedział, że Hermiona nie może być brunetką, a Harry ciemnoskórym blondynem? Dementory zawsze mogą stać się różowe w groszki i promienieć blaskiem zamiast siać grozę i mrok. Z każdej nocy możemy zrobić dzień, a na Hogwartem mogą zabłysnąć gwiazdy. Natomiast strasznym „Magicznym stworzeniom” możemy dorobić kwiatki i kokardki. Wszystko czego dusza zapragnie! I przez to, że będzie to nasz świat, inny świat- nie oznacza, że będzie gorszy- wręcz przeciwnie.
 (kliknij, aby powiększyć)

     Skoro już zabieramy się za uzupełnianie takich prac jak „Harry Potter. Książka do kolorowania”, to znaczy, że dysponujemy jakimś poczuciem estetyki. Wielu z nas nie stać, niestety, na powieszenie sobie na ścianie krajobrazu znanego malarza, czy portretu Picasso. Fajnym jest to, że wiele kolorowanek daje możliwości wyrwania sobie własnych prac i oprawienia w ramki, żeby potem móc chwalić się przyjaciołom. Niestety, te dla potteromaniaków zazwyczaj zapełniają dwie kartki papieru więc albo sobie je powyrywamy i poskładamy w całość w jakiejś pięknej antyramie, albo po prostu cała książka służyć nam będzie jako osobiste portfolio.
     Kolorowanki ze świata magicznego, czyli „Harry Potter. Książka do kolorowania” oraz „Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania” dają nam dodatkowo kolejny powód dla których możemy je pokochać. Poza tym, że mamy możliwość powrotu do naszego ukochanego magicznego świata poprzez wybór barw, to dodatkowo publikacje oferują nam coś, czego nie mają inne tytuły na rynku (przynajmniej te, które ja znam!). Na samym końcu każdej z książek mamy mały załącznik, który może stanowić dla nas inspirację przy wyborze kolorów do poszczególnych rysunków, ale będzie też stanowić nie lada gratkę dla każdego fana. Liczne rysunki, ale też i zdjęcia sprawiają, że świat książek, a także i filmów, które pokochaliśmy całym sercem- odżywa na nowo!
(kliknij, aby powiększyć)

środa, 14 października 2015

Przepis na ocalenie ludzkości w trzech tomach - o trylogii "Więzień Labiryntu"



     Coś tam kiedyś, na którymś etapie rozwijania mojej manii do czytania, obiło mi się o uszy, że powstała niesamowita trylogia, dla młodych ludzi o mocnych nerwach. Jako, że tych wszystkich dystopijno-postapokaliptycznych tworów powstawała cała masa, akurat ten tytuł postanowiłam sobie darować. Oczywiście do czasu. Do czasu, kiedy to na ekrany zawitała ekranizacja pierwszego tomu, który zaintrygował mnie na tyle, aby chcieć obejrzeć drugi film. Wtedy stała się rzecz oczywista, koniecznym stało się dla mnie przeczytanie trylogii w całości. W szczególności, że na polskich ekranach jeszcze jest szansa zobaczyć „Próby ognia”.
      James Dashner znacząco przyczynił się do zmiany ludzkości. Tak bardzo, że po sukcesie „Igrzysk Śmierci” to właśnie na jego powieść postawiono w następnej kolejności. Po tym jak książki dotarły na polski rynek rozpoczęto wprowadzanie kolejnych znakomitych młodzieżowych serii jego autorstwa. Nie mniej, wciąż wszyscy pamiętać będą o „Więźniu Labiryntu” o powieści, która tak bardzo nagięła ludzką moralność i chęć zaczytywania się w kolejnych próbach przygotowanych dla obiektów powieści.
     Na tym opiera się cała historia, która zaczyna się „Więźniem Labiryntu” na tajemniczej farmie ogrodzonej wysokimi murami, za którymi kryje się gigantyczny labirynt skrywający wiele niebezpieczeństw. Szybko okazuje się, że największym problemem młodych ludzi zesłanych w głąb labiryntu nie jest wcale rzeczony twór niegdyś zamieszkiwany przez minotaura. Można nawet zignorować tam istnienie potwornych Bóldożerców, którzy to są swoistymi cyborgami stworzonymi przez dziwaczną organizację. Problem zdaje się być bardziej skomplikowany, jako, że jest to zaledwie jedna z kilku prób, którym poddawani są młodzi ludzie. Jakich prób? Po co? Na co? Tego nie dowiemy się niestety z pierwszego tomu, a dopiero w kolejnych. Drugi tom utrzymany jest w klimacie pierwszego, ale zdecydowanie więcej oferuje czytelnikom. Podczas, gdy pierwszy ograniczał się jedynie do ścian labiryntu, tak drugi wychodzi już na światło dzienne, bezkresną, zniszczoną i zaludnioną Poparzeńcami strefę. Fabuła jest tutaj najbardziej rozbudowana dając wiele różnych możliwości na wywołaniu w czytelniku emocji. Dzięki temu bez problemu ulegamy przerażeniu, gdy bohaterowie znowu zostają zaatakowani, uczuciu zdrady, którego doświadcza Thomas, czy ulgi, kiedy wszystko wydaje się być już zakończone. „Próby ognia” gwarantują najwięcej różnego rodzaju wydarzeń- bardziej zdynamizowanych, bardziej stonowanych, które świetnie się balansują. Nie brak tutaj chwil na wzruszenia, na uśmiech, czy strach i to czyni ten tom najlepszym. Wydawałoby się, że skoro „Lek na śmierć” jest wielkim finałem całej historii, to właśnie on będzie najbardziej emocjonujący. Tak też się dzieje, bo idealnie zamyka wszystkie wątki, ale nie będąc typowym zakończeniem dla opowieści Thomasa i tych, którym udało się jeszcze pozostać przy życiu. Droga do tego jest bardzo kręta, jest niezwykle długa, aż nadto chyba rozciągnięta. Wiele jest tutaj zmiennych, które z dużą łatwością potrafią odwrócić bieg wydarzeń. Nie jest to jednak ten sam schemat co w poprzednich tomach, bo jak sam tytuł wskazuje wszystko kręci się teraz wokół leku na Pożogę. Wybory, przed którymi stają bohaterowie nie zawsze wydają się być propozycjami nie do odrzucenia.
     Jednakże o co tutaj tak właściwie chodzi? Jak nie chcecie sobie spoilerować, to koniecznie omińcie ten akapit. Akcja rozgrywa się w świecie po apokalipsie, kiedy to wyładowania słoneczne doprowadziły do spalenia Ziemi. Na skutek wydarzeń z laboratorium wydostał się tajemniczy wirus, który zarażał ocalałych Pożogą. Okropną chorobą odbierającą ludziom rozum i ostatecznie zamieniającą ich w okrutne bestie mordujące innych ludzi. Wtedy przedstawiciele wszystkich państw świata zawiązali sojusz i stworzyli organizację, która miała zwalczyć chorobę. Nadali jej nazwę DRESZCZ, czyli „Departament Rozwoju Eksperymentów. Strefa Zamknięta: Czas Zagłady”. Ci z kolei opracowali Próby, którym mieli poddać grupkę młodych ludzi, ludzi odpornych na Pożogę. Dzięki ich reakcjom na zmienne miano opracować schemat pozwalający stworzyć lekarstwo dla wszystkich chorych. Pierwszą próbą był oczywiście Labirynt, to od niego się zaczęło. Nie wahano się więc zabijać młodych ludzi, nastolatków przecież (!), tylko po to, aby zdobyć lekarstwo. Nie wahano się sterować nimi, aby zmanipulować ludzkie reakcje. Niby wszystko dla dobra nauki, ale jak bardzo trzeba być walniętym w głowę, żeby tak manewrować ludźmi, jeszcze ludźmi tak młodymi. Na pewno był inny sposób na ocalenie świata. Oczywiście, jest, ale o nim przeczytamy dopiero na samym końcu opowieści. Ostatnie stronice zdradzają plan B. A można było po prostu od tego zacząć, zamiast pozbawiać świat tak wielu młodych, odpornych na Pożogę ludzi.
Poparzeńcy autorstwa Kena Barthelmeya
     Wiele czynników składa się na sukces trylogii Dashnera. Poza oczywistym, jaką jest historia- są również bohaterowie. Niezwykle elokwentni, wojowniczy i nieoczywiści w swoich zachowaniach. Z uwagi na styl tworzenia wiadomym jest, że to Thomas jest najważniejszym bohaterem całej opowieści. Dlaczego? Cóż... chociaż Dashner wprowadza narratora trzecioosobowego, to jednak całość obserwacji skupia się na wydarzeniach, w których udział bierze właśnie Tommy. Nie jest więc zaskakującym, że to właśnie jego dotyczy cała powieść. Szkoda, że jest to aż tak bardzo oczywiste, bowiem fajnie byłoby poczytać co się dzieje z drugą grupą, która wydostała się z Labiryntu albo co się dzieje z innymi kluczowymi bohaterami, którzy mają wpływ na wydarzenia. Jest to jednak najbardziej zaskakująca postać, choć więcej emocji wzbudza zdecydowanie Minho ze swoją porywczością i zdolnościami przywódczymi. Zdecydowanie na przyjaciela najbardziej nadaje się Newt, bo jest to chyba jedna z najbardziej sympatycznych postaci, poza Chuckiem- oczywiście. Wydawałoby się, że kluczowa jest tutaj też i Teresa, aczkolwiek już w trakcie drugiego domu szybko spostrzeżemy, że choć jest waleczna i harda, to nie o nią tutaj chodzi. Za mało poświęca się jej uwagi, więc zdecydowanie schodzi na dalszy plan. Zaskakuje natomiast pojawienie się bardzo ciekawych bohaterów w drugim tomie. Mamy bowiem Jansona, który jest tutaj oczywiście czarnym charakterem, ale tak fajnie nakreślonym, że tylko się czeka, aż znowu się pojawi i wprowadzi zamęt. Do tego mamy dwóch mieszkańców Pogorzeliska, którzy początkowo wydają się być najmniej zdrowymi na psychice. Nie mniej, wzbudzają bardzo duże zaufanie- o dziwo.
Cała ekipa wkracza do działania w świecie stworzonym przez Dashnera. Oczywistym jest, że pisarz ma naprawdę bogatą wyobraźnie i zdecydowanie za dużo naoglądał się fantastyki. Stworzony przez niego świat po apokalipsie odrobinę nawiązuje do madmaxowej teorii zwariowanego społeczeństwa, w połączeniu z najwyższą technologią rodem z „Terminatora”. Świetnie udaje mu się odwzorować uczucie zamknięcia, na które napotykamy przy okazji „Więźnia Labiryntu”, a potem uczucie przerażenia i osamotnienia w świetnie dotkniętym chorobą w „Próbach ognia”. Świat uległ na pewno diametralnej zmianie. Poza spalonymi terenami okołozwrotnikowymi, nastąpiła również odmiana w ludzkim słownictwie. Oczywiście... nadal mamy tutaj całą masę słów wulgarnych, wyrażających niezadowolenie, ale genialnie złagodzonych neologizmów, mogących świetnie nadawać się do użytku codziennego w normalnym życiu. Po co stosować więc słowo na „k”, kiedy możemy sobie wykrzykiwać „purwa, purwa, purwa!”. Takich tworów jest cała masa, a czyta się to ze zdecydowanym uśmiechem na ustach, aż dziwne. Interesujące są także wyrażenia typu „twarzostan”, w szczególności, kiedy ja co rusz korzystam z wyrażenia „twarzoczaszka”. Rewelacyjne, idealnie przystosowane do slangu młodzieżowego. Dashner nie obywa się jednak bez technicznego języka, aczkolwiek sprawnie ukrytego między potokiem słów. Stworzone przez niego potworne istoty wydają się nie do ogarnięcia ludzkim umysłem. Okazuje się bowiem, że przerażający Bóldożercy siekający ostrymi odnóżami to jeszcze nic. Poczekajcie aż w drugim tomie napadną was ciekłe kule ogryzające głowy, a także dziwaczne zabąblnione potwory. Nie wiem skąd takie twory w głowie, ale zdecydowanie przerażają! Dostarczają najwięcej emocji.
Bóldożercy autorstwa Kena Barthelmeya
     Szkoda, że przyszedł czas na koniec właściwej książkowej trylogii. Dla tych, którzy nie są jeszcze gotowi rozstawać z Pogorzeliskiem i Odpornymi Dashner przygotował coś specjalnego- opowiadania o wydarzeniach spomiędzy kolejnych tomów. Na polskim rynku ma się wkrótce pojawić pierwsza odsłona, czyli „Rozkaz zagłady”. Dla innych przyjdzie poczekać dwa lata na finał opowieści na wielkim ekranie. Wtedy będziemy mogli ponownie przeżyć wszystkie emocje, które towarzyszyły nam podczas lektury. Lektury, która trzymała nas w napięciu przez trzy tomy, zmuszała do refleksji, zaskakiwała kolejnymi wydarzeniami, ale również ciekawiła formą. I choć nie jest czymś innowacyjnym, to jednak trzeba przyznać, że wprowadza dość nietypowy sposób na ratowanie ludzkości, czym całkowicie intryguje każdego, kto do niej zasiądzie.

niedziela, 13 września 2015

10 powodów, dla których kocham Deana Winchestera


     Dzisiejszego dnia mija dokładnie 10 lat od kiedy w USA stacja The CW wyemitowała pierwszy epizod świetnego serialu fantasy o braciach Winchester. Śmierć matki i późniejsze zniknięcie ojca, sprawiło, że Sam i Dean ponownie łączą siły powracając do rodzinnego biznesu, czyli ścigania i zabijania istot nie z tego świata. Początkowo każdy kolejny epizod opowiadał zupełnie inną historię, o zupełnie innej bestii. Jednakże wraz z postępem czasu, granice zaczęły się zacierać i choć bracia nadal toczyli bój z nadnaturalnymi postaciami to pozostawał jeden, dominujący wątek przewodni. W czasie tych dziesięciu lat z „Supernatural” straciliśmy bardzo wiele lubianych przez nas postaci, niekiedy takich, których odejścia w ogóle byśmy się nie spodziewali. Wielokrotnie nas bawił, wielokrotnie wzruszał do łez i szokował, czasem jednak zwyczajnie nudził. Jednakże wraz z finałem 10 sezonu twórcy i Winchesterowie wypuścili do świata Ciemność, mrok, który może odmienić wszystko, nie tylko losy bohaterów, ale również i samego serialu.
     Bez względu na to, jak toczyły się kolejne epizody tej produkcji telewizyjnej, choćby ciągnęły się jak flaki z olejem, a my przysypialibyśmy przy kolejnych, to siła fandomu jest ogromna. Przez ten czas trudno było nie pokochać braci Winchester i choć grupa fanów dzieli się na #TeamDean i #TeamSam ja nigdy nie kryłam się z tym, że to właśnie ten pierwszy jest moim ulubieńcem. W zasadzie tylko dlatego wciąż tkwię wiernie przy serialu, który zdążył zawieść mnie już wielokrotnie. Natomiast poniżej znajdziecie równe 10 powodów, dla których uważam, że to właśnie Dean jest super!

Uwaga, tekst może zawierać spoilery!

Jak nikt imituje występ „Eye of a Tiger”
Odcinek z chorobą duchów „Yellow Fever” z czwartego sezonu, podczas którego Dean został zainfekowany, pokazał zupełnie nieznaną twarz bohatera. Tuż przed napisami końcowymi Jensen wyskakuje i zaczyna poruszać ustami wbijając się w słowa tego przeboju. Do tego, nawiązując do odcinka, w najlepsze bawi się naśladując różne dziwaczne ruchy. Tym występem sprawił, że ten kawałek już zawsze będzie kojarzył się z tym serialem, a gdy tylko usłyszymy pierwsze dźwięki przed nami stanie drapiący się po ramieniu Dean Winchester.

Jest Batmanem!
Kto jak kto, ale Dean byłby idealnym Batmanem. W jednym z odcinków sezonu trzeciego- „Bad Day at Black Rock” jednego z moich ulubionych, braci Winchester spotkała seria dziwacznych wydarzeń związana z króliczą łapką. Ten artefakt spełniał swoje zadanie i przynosił szczęście posiadaczowi, ale niestety... jak tylko się go pozbywał przytrafiały mu się makabryczne rzeczy i kończył marnie. Dean również miał starcie z tym elementem i to właśnie wówczas celnie rzucił długopisem zatykając lufę pistoletu napastnikowi. Cud! A nie... jednak Batman!

Robi genialne dowcipy Samowi
Bracia standardowo robią sobie całą masę kawałów, nie inaczej jest z Winchesterami. Bez względu na to, czy Dean jest ofiarą Sama, czy odwrotnie, zabawy jest co niemiara. Trzeba jednak przyznać, że wyczyny z najzabawniejszego odcinka pierwszego sezonu „Hell House” nie mają sobie równych.

Zamiłowanie do jedzenia
Cokolwiek by się nie działo Dean zawsze ma ochotę coś szamnąć. Wydaje się, że poza alkoholem i kobietami jest to jego najbardziej ulubiona rozrywka. Jeżeli pójdziesz do sklepu, przyniesiesz mu kanapkę i nie kupisz mu ciasta... masz przerąbane! Najlepiej po prostu tam wrócić i naprawić swój błąd. O tym jak bardzo Dean uwielbia jedzenie, przede wszystkim hamburgery i ciasto, można było się ostatecznie przekonać podczas jednego z odcinków siódmego sezonu - „How to Win Friends and Influence Monsters”. Wówczas całe pożywienie zostało zainfekowane przez lewiatany, a Dean martwił się oczywiście o to, że będzie musiał przerzucić się chwilowo na wegetarianizm.

Jest twardzielem, który nie boi się pokazywać uczuć
Bez względu na to, co by się nie działo Dean stara się zachować pokerową twarz. Przez wiele odcinków udaje twardziela, którego nic nie rusza, ale jeżeli stawką jest Sam, czy reszta „rodziny” nie waha się okazywać uczuć. Twórcy serialu wystawiają go na wiele prób począwszy od zabijania bliskich przyjaciół, a kończąc na związkach romantycznych. Dean pokazuje, że potrafi być nie tylko czuły, ale również troskliwy.

Ma dobre podejście do dzieci, i psów... i Impali
Bez względu na to jak wielkim twardzielem jest Dean nie ukryje tego, że jest opiekuńczy. Nie ma znaczenia, czy przychodzi mu zaopiekować się psem, swoją ukochaną, pomóc dzieciakom z opresji, czy po prostu zająć się swoim samochodem- zawsze robi to nienagannie i z prawdziwym oddaniem. Co prawda, najwięcej korzysta na tym Impala, ale nie oszukujmy się to takie dziecko i pies w jednym- nie dość, że dziecinka, to jeszcze najlepszy przyjaciel.

Zawsze chodzi uzbrojony na misje
Wszelkie misje w jakich biorą udział Winchesterowie z zasady są niebezpieczne. Jednakże, gdy jesteśmy ofiarą w całym zajściu możemy być spokojni, że Dean nas wyratuje z opresji. Przynajmniej się stara, ale nie odpowiada już za naszą głupotę. Facet jest niesłychanie oddany sprawie. Zawsze ma w rękawie jakiegoś asa, głowę nie od parady, nożyk za paskiem lub chociaż piersiówkę z wodą święconą lub zapas soli. Ten człowiek zrobi wszystko, aby ocalić jak najwięcej istnień.

Za swoim bratem pójdzie nawet do Piekła
Dean jest zdecydowanie oddany sprawie, a jeszcze bardziej swojej rodzinie. Zrobiłby dla niej wszystko, bo w końcu wciągnął Sama do „rodzinnego biznesu”, aby pomógł mu odnaleźć ojca. Jednakże z każdym kolejnym sezonem wyczyny braci są coraz bardziej dramatyczne. To w końcu Dean zawarł pakt z demonem rozdroża, aby w finale drugiego sezonu uratował Sama. To właśnie dla niego wylądował w trzecim sezonie w piekle. Dla niego przyjmuje strzały i dźgnięcia najrozmaitszymi nożami. Dla niego jest w stanie patrzeć bezczynnie na rozlewające się po świecie zło. Głupi, czy jaki?
Ma świetny styl
Jego garderoba to nie jest coś niezwykle wyrafinowanego. Znoszona koszulka, na to drwalska flanela, zdarte dżinsy i ciężkie buciory. Gdy przywieje chłodem dodatkowo okrycie wierzchnie, niczym w zasadzie nie wyróżniające się. Styl idealny dla łowców, bo w zasadzie każdy z nich nosi się podobnie. To co wyróżnia Deana to zdecydowanie magiczny naszyjnik, talizman na szczęście czy coś w ten deseń.

Jest po prostu SEXY!
Dean to po prostu Dean. Bez różnicy dla mnie, czy się uśmiecha, płacze, czy wkurza. Seksowny jest zarówno pod postacią romantyka, babiarza, strachajły, dowcipnisia, jak i walecznego twardziela. Każda zakocha się w jego uśmiechu, w jego kurzych łapkach – no dobra, do tego akurat trzeba przetrwać parę sezonów, no i oczywiście zaciętym wyrazie twarzy. Nawet jako demon Dean jest po prostu idealny. Dajcie spokój dziewczyny... na pewno każdej podoba się nawet, wtedy gdy ma policzki wypchane ciastem jak chomik. Cokolwiek nie zrobi, cokolwiek nie ubierze, cokolwiek nie zrobi i jakkolwiek głębokim głosem nie wypowiada słów, Deana nie da się nie kochać!

piątek, 14 sierpnia 2015

Pięć lat wyczekiwania zwieńczone wielkim rozczarowaniem, czyli rozwikłanie zagadki „A”


     Wiele miesięcy wyczekiwania. Tak wiele odcinków dzielących nas od wielkiego objawienia. Rozwikłania sekretu skrywanego tak baaardzo, że niektórzy fani serii mieli już tego najnormalniej w świecie dość. Amerykański serial dla młodzieży, powstały na bazie serii książek Sary Shepard - „Pretty Little Liars”, cieszy się ogromną popularnością wśród widzów zza wielkiej wody, jak i naszych krajanów. Wszystko przez postać zamaskowanego stalkera prześladującego grupkę dziewczyn. Uwaga, tekst może zawierać spoilery! Bardzo dużo spoilerów!
     Jak to się wszystko zaczęło? Tak, jak zacząć może się normalne historia. Pięć przyjaciółek ze szkoły, jedna z nich znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Po pewnym czasie zostaje odnalezione jej ciało, więc pozostała czwórka idzie na jej pogrzeb. Po jego zakończeniu dostają tajemnicze wiadomości, podpisane przez jeszcze bardziej tajemniczego „A”. „A” jak Allison? Mogłoby się tak wydawać i przez dłuższy czas twórcy nie wyprowadzali nas z błędu myślowego. Daje to początek największej zagadce serialu i całego wszechświata- kim jest „A”?
     Od tej chwili rozpoczyna się prawdziwie mrożąca krew w żyłach bajeczka. Dziewczyny co rusz są terroryzowane SMSami. Żaden z ich sekretów nie jest już bezpieczny. W początkowej fazie ma to na celu jedynie zastraszanie. Dziewczyny zostają zapędzone w róg, aby zdradziły tajemnice. Jakie skrywają? Aria ma płomienny romans ze swoim nauczycielem, Hanna jest kleptomanką, Emily woli dziewczęta, natomiast Spencer... hmmm... Spencer to Spencer, podejrzewa się, że rąbnęła łopatą w głowę Allison. Nieistotne. Każda z dziewczyn ma coś na sumieniu i wraz z postępem serialu problemów przybywa. „A” przechodzi pewne przeobrażenie zagrażając już nie tylko prywatności dziewczyn, ale także i ich rodzin. Jak na przykład próba rozbicia małżeństwa rodziców Arii z uwagi na romans ojca, czy sekret matki Hanny, która w najgorszym i najbardziej problematycznym momencie ich życia zawinęła trochę grosza z jej zakładu pracy. Na dalszym etapie „A” staje się bardziej agresywne. Nie wystarczają już SMSy, teraz przechodzi do czynów. Bez względu na to, czy próbuje rozjechać dziewczyny samochodem, czy zamrozić je w chłodni. I tak największa kumulacja agresji i zabawy z przyjaciółkami skupia się u końca piątego sezonu, kiedy to wielka czwórka zostaje porwana przez „A” i przetrzymywana w tzw. „domu dla lalek”. Przez kilka miesięcy są terroryzowane- nasz główny antagonista sprawdza ich wytrzymałość fizyczną i psychiczną. Wszystko po to, aby dobić nie tylko dziewczyny, ale również i nas w ostatecznym rozrachunku.
     Przez całe 6 i pół sezonu „A” zmieniało swoje oblicze. Oczywiście, każdy z widzów był na tym etapie, że jak tylko pojawiał się ktoś nieznajomy, niezwykle podejrzany i podejrzliwie interesujący się żywotem dziewcząt, to właśnie ten osobnik stawał się naszym tajemniczym prześladowcą! Podczas, gdy seria powieści podzielona jest na kilka etapów, gdzie w każdej części ktoś inny okazywał być się „A”, podobnie jest i z serialem. Czyż nie wszyscy byli zaskoczeni, gdy psychopatyczny, maniakalny prześladowca zdejmował maskę pod którą kryła się twarz Mony? Czyż szok nie odmalował się na waszych twarzach, gdy zakapturzonym człowiekiem okazał się być Toby? A czy nie zawiódł was odrobinę Ezra, gdy przyjaciółki odnalazły jego tajne lokum z informacjami o nich w Ravenswood? Tak... okazuje się, że dziewczyny były tak znienawidzone iż doczekały się własnego antyklubu składającego się z samych takich „A”. Wszyscy jednak byli jedynie pionkami w prawdziwej grze rozpracowanej przez najważniejszą osobę, prawdziwego „A”. W powieściach okazuje się, że za wszystkim stoi Allison, ale nie ta prawdziwa, bo nie żyje, ale jej zła siostra bliźniaczka, sprytnie się pod nią podszywająca. Idąc więc tym tokiem rozumowania, można było domyślić się, że wielki sekret będzie polegał właśnie na tym twiście. Jednakże po wydarzeniach w „domku dla lalek” nasuwa się pewna myśl. Heloooł, jak to będzie siostra skoro on ma na imię Charles?! No i wtedy odpowiedź nasuwa się już sama. Dlatego Ci, którzy dzielnie śledzą losy nastolatek nie są aż tak bardzo zaskoczeni wielkim finałem. W szczególności, jeśli nie wyłączyli sobie internetu przed obejrzeniem tego epizodu, bo przecież w USA informacja rozniosła się z prędkością światła, jakby co najmniej nowego papieża wybierano. No, ale... wiadomo. Niezadowolenie, rozgoryczenie i wielki zawód. Internety zalśniły od kolejnych memów.
     Dlaczegoż? Bowiem większość tajemnic zostaje rozwiązana. Nawet ta, o których już dawno zdążyliśmy zapomnieć. Bo serio.. kto na tym etapie wciąż głowił się nad śmiercią matki Toby'ego w Radley? Okazuje się, że sytuacja nie była całkiem przypadkowa i nie było to samobójstwo. Wyjaśni się również sytuacja domniemanego zamachu Charlesa na życie Ali w ich dzieciństwie. Ponadto... dowiemy się kto tak naprawdę zabił Bethany. Szkoda tylko, że nie wiemy kto położył kres życia matce Ali. Jednakże te tajemnice to nic. Najważniejszym stało się odkrywanie tożsamości największych antagonistów. Innymi słowy dostaliśmy w końcu odpowiedzi na pytania kim jest „A”, „Czarna wdowa” i „Red Coat”. Dwoma ostatnimi okazała się być jedna i ta sama osoba. Osobiście nie jestem zaskoczona, że to blondi znaleziona w bunkrze, bo szczerze mówiąc już od tamtejszej chwili wiedziałam, że jest z nią coś nie tak, a po pewnym czasie nabrałam podejrzeń, że z pewnością ma większy udział w grze niż można by się tego spodziewać. Natomiast jeżeli chodzi o „A”... Tutaj większość jest zaskoczona, ale idę o zakład, że wiele osób pomyślało o tej postaci, kiedy swojego czasu pojawiła się w serialu. Nie mniej, wydaje się, że najbardziej szokujące nie jest to, że właśnie ONA jest „A”, ale to, że przecież miał to być ON. Transgender wymuszający tolerancję jak znalazł. Tak... i na to czekaliśmy właśnie cały ten czas. Przez trzy lata z hakiem odpowiedź wisiała nad nami. Pięć lat ciągłego napięcia, zabawy z widzem, jego emocjami... dla czegoś takiego. Smutne.
   Teraz pozostaje już tylko pytanie, w jakim kierunku pójdą twórcy? W końcu Charles/Charlotte/CeCe został schwytany, dziewczyny ułożyły sobie życie na nowo- teoretycznie, bo jak pokazują ostatnie minuty ktoś znowu po nie idzie! No i zapewne to będzie motyw przewodni dalszej części serialu. Z tego co wiadomo, ma on się skończyć na siódmym sezonie, wobec czego jest jeszcze sporo czasu na prowadzenie fabuły. Nie mogę powiedzieć, żeby serial był kiepski- bo nie jest. Jest to naprawdę fajnie poprowadzona młodzieżówka z dreszczykiem. Fakt faktem, że ciągłe wypatrywanie „A” i te tajemnicze ujęcia z nim w roli głównej u końca każdego epizodu mogą być irytujące, ale prawda jest taka, że sprytnie buduje to całe napięcie. To, że półfinał 6 sezonu jest dość zaskakująco nijaki- tyle wyjaśnień, tak mało akcji(!), wie prawie każdy. Nie należy jednak zapominać, że to jeszcze nie koniec i że dopiero może nas zaskoczyć, bowiem... jeszcze wiele tajemnic nie zostało odkrytych!

piątek, 24 lipca 2015

Pożeracze mózgów przybywają wraz z premierowymi serialami „Z Nation” oraz „iZombie”

     Nie zauważyłam, aby temat zombie został wyczerpany do końca, czy może znudził się komukolwiek. Gdzie się nie spojrzy można obejrzeć film o trupach, przeczytać książkę o nieumarłych, czy pograć w grę na Xboxie. I tak, seriale też można obejrzeć. Póki co świat stanął na etapie jednego „The Walking Dead”. Wszystko miało się dobrze aż do jesieni roku 2014, kiedy rozpoczął się nowy sezon w amerykańskiej telewizji. Wtedy to dwa całkiem odmienne stacje dały nam dwa zupełnie różne, ale przede wszystkim całkiem nowe, seriale o żywych umarłych.
     „Z Nation” opowiada o grupce ocalałych, która stara się przetransportować kolesia do Waszyngtonu. Jest on ich skarbem, gdyż był poddał się on eksperymentowi i teraz nosi w sobie lekarstwo na wirusa Z. Natomiast „iZombie” to historia młodej kobiety, która na skutek nieszczęśliwej decyzji o wyborze miejsca na imprezę zostaje zombie. Chcąc uniknąć pożerania ludzi zatrudnia się w prosektorium, gdzie szamie mózgi ofiar przestępstw przejmując ich wspomnienia i zdolności. Jak widać są to dwa różne typy seriali. Asylum dało nam typowy survival, produkcję postapo, która świetnie się odnajduje w dzisiejszej popkulturze. Uczucie osamotnienia, utraty nadziei i innego tego typu bzdety są mocno wyczuwalne, ale w sumie po co się dołować skoro można przełamać to poczuciem humoru. Natomiast Table Six we współpracy z DC Comics i Warner Bros. daje nam mocno komiksowy świat, realny świat, gdzie zombie to jakaś choroba, nie gorsza wcale od grypy, która daje możliwość całkowicie żywego funkcjonowania przy odpowiednich zasobach. Tutaj można zapomnieć o horrorze. Serial ten to bardziej kryminał powiązany z dramatem i romansem.
      Przeprawa przez oba seriale chwilami wydaje się niemożliwa. W przypadku „Z Nation” króluje nierówność konstrukcji. Na przemian doświadczamy odcinków świetnych i odcinków mocno średnich. Problem jednak w tym, że dajemy mu szansę, a potem już całkowicie toniemy w fascynacji tym, co dało nam Asylum. Najbardziej widoczna jest jego odmienność od „The Walking Dead” - serialu, w którym zombie są jedynie tłem, a całość skupia się na relacjach międzyludzkich. Tutaj tak naprawdę ciężko jest poczuć jakiekolwiek więzi. Tutaj wszystko nastawia się na dynamiczną akcje i chęć zaskoczenia widza. To co w produkcji Darabonta dzieje się dopiero w sezonie 5, Schaefer daje nam już w pierwszych epizodach. Postęp jest tutaj niewiarygodny, o czym idealnie świadczy epizod ze sztafetą zombie. Głupie to było, jak nie wiem co! Śmieszne, szokujące i takie nietypowe. Trochę inna historia przydarza się „iZombie”. Koncepcja fabularna początkowo wydaje się nader ciekawa, ale niestety... szybko tracimy zainteresowanie schematycznością kolejnych epizodów. I kiedy już mamy ustawić nasze myśli z dala od kolejnych seansów dzieje się rzecz niesamowita- akcja zaczyna nabierać tempa, robi się intrygująco, a my nie możemy przetrwać czasu, który musimy zmarnować w oczekiwaniu na kolejny odcinek.
      Tym co radykalnie odróżnia jeden serial od drugiego to przede wszystkim prezentacja zombie. „Z Nation” oferuje bardzo dobrze znany nam wizerunek tych istot. Nie dość, że biorą się z tajemniczego wirusa to dodatkowo są krwiożercze, bezmózgie- no przecież dlatego chcą jeść mózgi! To maszyny do zabijania, które nie są niezniszczalne. Gorzej jedynie stajemy w pojedynkę do walki z całą hordą. No sorry, wtedy nie ma co liczyć na nasze instynkty przetrwania. Kwestią istotną w serialu jest to, że tak jak przy „The Walking Dead” - wszyscy są już zarażeni, więc jak padniemy trupem- bez względu na to, czy poprzez to, że wszamały nas zombie, czy po prostu dostaliśmy zawału serca z nadmiaru wrażeń, to pewniakiem obudzimy się jako chodzący nieumarły. Inna rzecz ma się w serialu „iZombie”. Tamte twory niczym nie przypominają klasycznych monstrów, no może poza sympatią do ludzkich mózgów, a w zasadzie nie sympatią, a potrzebą, bo w gruncie rzeczy muszą sobie przyprawiać ten rarytas, aby szamnąć go bez mdłości. Wygląda to tak, jakby ludzie nabyli zmutowaną wersję grypy- bardzo to możliwe, gdyż bierze się to z jakiegoś tajemniczego chemicznego, narkotykowego ustrojstwa, która wzmaga ich pragnienie na ludzkie mózgi, a przy okazji strasznie wybiela skórę i rozjaśnia włosy. Pozostają jednak w pełni władz umysłowych, a nawet mogą nabywać nowe zdolności poprzez pałaszowanie ich ulubionego smakołyku. Od czasu do czasu włącza się instynkt morderczego zombie, ale w sumie któż nie zmienia się radykalnie, kiedy jest szalenie głodny? W tym przypadku jednak Snickers nie pomoże, no chyba, że doda się do tego mózg.
       Zarówno pierwszy, jak i drugi serial to niezłe ciekawostki w amerykańskiej telewizji. Oba całkowicie odmienne, oba tak samo interesujące. Wszystko zależy od tego, jaki styl bardziej komu odpowiada. Jeżeli ktoś bardziej preferuje klimaty postapo z brutalnymi pożeraczami mózgów, to zdecyduje się na produkcję Asylum. Ci jednak, którzy gustują w ekranizacjach komiksów, a wolą mniejszą ilość flaków na ekranie, powinni zdecydować się na obraz od DC Comics. Dla każdego coś dobrego, odnajdziecie się jednak w każdym serialu z zombie jeżeli tylko przepadacie za tymi monstrami. Poza tym... idealnie rozłożycie sobie czas makabrycznego oczekiwania, gdyż pierwszy z nich śledzić możecie w pierwszej połowie sezonu, na jesieni, podczas gdy drugi emitowany jest po nowym roku. Osobiście polecam oba, ale ja zaliczam się do tej trzeciej grupy fanów, czyli sympatyków wszystkich zombie.

czwartek, 18 czerwca 2015

Zombie, smoki, psychopatyczni możnowładcy i moc internetów, czyli dlaczego nie lubię „Gry o tron”


     Kultowa produkcja HBO jest ekranizacją bestsellerowej serii powieści George'a R.R. Martina „Pieśń lodu i ognia”. Autor postanowił stworzyć najbardziej krwawy cykl, dzięki któremu wstrząsnąłby całym światem. W tym samym kierunku idą twórcy serialu, którzy jakoś muszą ratować beznamiętny serial. Nie ma co się oszukiwać, czy ktokolwiek oglądałby „Grę o tron”, gdyby chodziło jedynie o intrygi i walkę między rodami? Czy ktokolwiek wytrwałby w tej fabule, nie znudziwszy się nią, gdyby nie kilka szokujących scen, które z sezonu na sezon pojawiają się w tej produkcji? Ja wiem, że nie, bowiem zbyt szybko bym się znudziła i porzuciła ten serial. Pewnie jest wiele takich osób jak ja, ale przy produkcji trzyma nas to, że serwuje najbardziej wstrząsające, kontrowersyjne rozwiązania w historii telewizji. Uważajcie, ten tekst może zawierać spoilery.

sobota, 22 grudnia 2012

[Ranking]: O końcu świata, czyli kino apokaliptyczne i post-apokaliptyczne

    Końców świata przeżyliśmy już całkiem sporo. Biblijny Armageddon wykorzystywany był już wielokrotnie zarówno w literaturze, jak i filmie, bez względu na to czy było to 70 lat temu, czy współcześnie. Spowodowane jest to nieokiełznanym strachem człowieka przed śmiercią, a także dostępem do technologii umożliwiających wyszukiwanie podobnych bredni. Nic więc dziwnego, że wciąż mnożą się liczne teorie, a fanatycy odkrywają coraz to nowsze przepowiednie dotyczące naszej rychłej zguby.
    Z okazji 2012 roku pojawiło się ich całkiem sporo. Cały świat żył datą 21 grudnia 2012 roku, kiedy to miał nastąpić wielki koniec naszego istnienia. Wskazywał na to nie tylko kończący się tego dnia kalendarz Majów, ale również i tajemnicza przepowiednia Oriona. Okazało się być to wręcz rewelacyjnym tematem dla Rolanda Emmericha i to właśnie on postanowił zrealizować film „2012”. Szczęśliwie, tylko w Ameryce powstała zastraszająca kampania reklamowa, która nawoływała mieszkańców do przygotowywania się do końca świata. Odniosło to spory sukces. Sale kinowe pękały w szwach, a i film okazał się być najbardziej widowiskowym filmem katastroficznym, jaki ujrzał światło dzienne. To nic, że dość płytkim i nie do końca rozwiniętym fabularnie. Postacie zagubiły się gdzieś pomiędzy rozpadającą się ziemią i wybuchami wulkanów. Emmerich próbował już wcześniej wstrząsnąć widzami, kiedy w 2004 roku pojawił się tytuł „Pojutrze”. Przedstawiający problem klimatycznej rewolucji, w efekcie której świat nawiedziły powodzie, tajfuny, trąby powietrzne, ostatecznie doprowadzając do kolejnej epoki lodowcowej. Ciekawa wizja katastrofy, a także dramatu ludzi, którzy muszą ją przetrwać.