NOWOŚCI

sobota, 22 grudnia 2012

[Ranking]: O końcu świata, czyli kino apokaliptyczne i post-apokaliptyczne

    Końców świata przeżyliśmy już całkiem sporo. Biblijny Armageddon wykorzystywany był już wielokrotnie zarówno w literaturze, jak i filmie, bez względu na to czy było to 70 lat temu, czy współcześnie. Spowodowane jest to nieokiełznanym strachem człowieka przed śmiercią, a także dostępem do technologii umożliwiających wyszukiwanie podobnych bredni. Nic więc dziwnego, że wciąż mnożą się liczne teorie, a fanatycy odkrywają coraz to nowsze przepowiednie dotyczące naszej rychłej zguby.
    Z okazji 2012 roku pojawiło się ich całkiem sporo. Cały świat żył datą 21 grudnia 2012 roku, kiedy to miał nastąpić wielki koniec naszego istnienia. Wskazywał na to nie tylko kończący się tego dnia kalendarz Majów, ale również i tajemnicza przepowiednia Oriona. Okazało się być to wręcz rewelacyjnym tematem dla Rolanda Emmericha i to właśnie on postanowił zrealizować film „2012”. Szczęśliwie, tylko w Ameryce powstała zastraszająca kampania reklamowa, która nawoływała mieszkańców do przygotowywania się do końca świata. Odniosło to spory sukces. Sale kinowe pękały w szwach, a i film okazał się być najbardziej widowiskowym filmem katastroficznym, jaki ujrzał światło dzienne. To nic, że dość płytkim i nie do końca rozwiniętym fabularnie. Postacie zagubiły się gdzieś pomiędzy rozpadającą się ziemią i wybuchami wulkanów. Emmerich próbował już wcześniej wstrząsnąć widzami, kiedy w 2004 roku pojawił się tytuł „Pojutrze”. Przedstawiający problem klimatycznej rewolucji, w efekcie której świat nawiedziły powodzie, tajfuny, trąby powietrzne, ostatecznie doprowadzając do kolejnej epoki lodowcowej. Ciekawa wizja katastrofy, a także dramatu ludzi, którzy muszą ją przetrwać.

    Zanim jednak zrobiło się głośno o kalendarzu Majów przeżywaliśmy zupełnie inny koniec świata. W 1999 roku, kiedy to szybkimi krokami zbliżało się kolejne millenium cały świat obawiał się, że nasze życie się skończy. Wtedy właśnie filmowcy bombardowali nas zupełnie innymi filmami katastroficznymi, ze scenariuszami najbardziej prawdopodobnymi, jako, że wokół naszej planety Ziemi krąży bardzo wiele niebezpiecznych ciał niebieskich. Jak grzyby po deszczu wyrosły zatem takie filmy jak „Armageddon” w reżyserii Michaela Baya, czy też „Dzień Zagłady” od Mimi Leder. Obie produkcje przewidujące atak ze strony asteroid, które znajdują się na kursie kolizyjnym z Ziemią. Zachowane w tym samym klimacie, nawet z podobną misją ratunkową w kosmos. Obie przedstawiające ludzi, pierwszy skupiający się bardziej na załodze promów kosmicznych, a drugi na osobistych dramatach ludzi na Ziemi. Obie niezbyt ciepło przyjęte, aczkolwiek i tak poruszające i szokujące. Realne zagrożenie dla świata, które może się urzeczywistnić już w 13 kwietnia 2029 roku, bowiem wtedy planetoida Apophis będzie najbliżej Ziemi.
     Jakie inne niebezpieczeństwo może na nas spłynąć z góry? Ci, których niektórzy prezentują, jako uroczych, a jeszcze inni jako straszliwych najeźdźców. To dość egoistyczne myśleć, że jesteśmy sami we wszechświecie. Nie myśli tak jednak, chociażby i Roland Emmerich, który napuszcza na naszą planetę kosmitów w „Dzień Niepodległości”. Film niesłychanie patetyczny i taki strasznie amerykański. Szczęśliwie, momentami zabawny, choć może to i nie przystoi, ale przede wszystkim widowiskowy. Pierwszy atak po dziś dzień zapiera dech w piersi i choć nie wszyscy przyjęli go dobrze, bo film momentami straszliwie nudzi, to jednak jest to jeden z ciekawszych tytułów w tym schemacie. Podobną wizję choć może bardziej makabryczną prezentują Colin i Greg Strause wykorzystujący mózgi ludzkie do napędzania swoich najeźdźców w „Skyline”, czy też Steven Spielberg w ekranizacji przebojowej powieści „Wojna światów”, która jako słuchowisko zrobiła swego czasu tak wielki zamęt iż ludzie faktycznie myśleli, że Ziemię najechali kosmici. Zarówno pierwszy, jak i drugi film został bardzo negatywnie przyjęty. Mnie osobiście podobał się misz masz filmowy użyty w pierwszym. Natomiast drugi ma swoje lepsze i gorsze momenty, do których zdecydowanie zaliczyć można sceny piwniczne, jak i Toma Cruise'a.
     Równie katastrofalne, ale nie aż tak katastroficzne wizje prezentują w swoich filmach Ci, którzy obawiają się niebezpieczeństwa z powodu różnego rodzaju epidemii. Najbardziej zakręceni uzbrajają się po pasy na zombiekalipsę, co zostało im zaszczepione chociażby przez Paula W.S. Andersona poprzez ekranizację gry „Resident Evil”, czy też Franka Darabonta i stację AMC, dzięki którym możemy oglądać jeden z lepszych horrorystyczno dramatycznych seriali o tytule „The Walking Dead”. Pierwszy film zdecydowanie nastawiony na wielką rozpierduchę i rozwalanie zombiaków, a drugi to typowy dramat ludzi w świecie rządzonym przez tajemniczego wirusa i szukających bezpiecznej przystani. W podobnym klimacie utrzymany jest również i „Jestem legendą”, gdzie Will Smith wędruje samotnie poprzez wyniszczone miasto, starając się nie wchodzić w drogę ludziom, którzy po spotkaniu z wirusem zamienili się w agresywne, krwiożercze bestie.
    Inny rodzaj epidemii ujrzymy w „Zdarzeniu” M. Night Shyamalana, który najwyraźniej przestraszył się wysokich, zielonych drzew i to właśnie je uczynił chętnymi do zakończenia ludzkiego żywota. Strach przeniósł na ekran, aczkolwiek spowodowany może być on raczej kiepską grą aktorską Marka Wahlberga niżeli zagrożeniem ze strony roślin. Co innego dzieje się w produkcji „Miasto ślepców” od Fernando Meirellesa, który oślepił bohaterów, tym samym ukazując strach człowieka przed utratą jednego z najważniejszych zmysłów, a także to, że nawet w takim świecie dochodzić może do bestialskich czynów.
    Współcześnie wszyscy ludzie uzależnili się od swojego dobytku, a także luksusu, jakim są różnego rodzaju sprzęty i elektryczność. Już wcześniej zastanawiano się co by się stało, gdyby maszyny przejęły sterowanie nad naszym życiem i doprowadziły świat do zguby. Jedną z osób rozważających temat był James Cameron, który zaszokował „Terminatorem”, czyli cyborgiem z przyszłości zdominowanej przez podobnych do niego. Produkcja ciekawa, pełna dynamizmu, która nie zatraca się sama w sobie. W tym kierunku poszli również i bracia (wówczas) Wachowscy, którzy swoim „Matrixem” nie tylko zaskarbili sobie serca milionów fanów gier i gatunku science fiction, ale zaprezentowali ubezwłasnowolnienie człowieka przez maszyny z zupełnie innej strony. Lekarstwem na ten problem może być zwyczajne odłączenie kabelka, które to wykorzystane zostało na potrzeby „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. Kosmita przybywający na Ziemię, który chce ją zniszczyć, i który spotyka na swojej drodze kobietę, mogącą zmienić los ludzkości. Podobno warto postawić na starszą wersję tego tytułu, bowiem remake nie spełnia oczekiwań.
     Koniec świata, apokalipsa, wielka katastrofa to jedno. Największym wyzwaniem dla ludzi będzie to co nastąpi po niej. Świat doszczętnie spalony, a Ci co przetrwali, z głodu i wycieńczenia, zaczynają tracić swoje człowieczeństwo. Niczym w „Drodze” od Johna Hillcoata, gdzie ojciec i syn wędrują ku lepszemu miejscu, spotykając tych, którym nie mogą ufać, tych, którzy bez przeszkód zabiorą im dobytek, tych, którzy z zimną krwią mordują innych. W „Księdze ocalenia” Albert Hughes i Allen Hughes postawili na klimat budowany przez zdjęcia i muzykę oraz na pierwszorzędną historię. Poszukiwanie tajemniczej księgi, która może wszystkich ocalić, pomiędzy ludzką brutalnością oraz obłudą i pragnieniami władzy. Zupełnie inny świat po domniemanym wielkim i tragicznym wydarzeniu prezentuje nasz rodak, Juliusz Machulski, który „Seksmisją” przeszedł do historii polskiej kultury. Nie tylko za świat rządzony przez kobiety, gdzie kontrolowanie narodzin jedynie dziewczynek i brak mężczyzn to coś naturalnego, ale również za dialogi, które przeszły do języka potocznego i każdy wie o co chodzi. Zaletą tutaj jest również poczucie humoru Machulskiego i wrzucenie do tego kotła dwóch mężczyzn pod postacią zawsze genialnego Jerzego Stuhra oraz jego kolegi Olgierda Łukaszewicz.
    Jak widać powyżej zarówno końców świata, jak i filmów o nich była cała masa i nawet jeszcze więcej. Temat od zawsze budzący mój niepokój, który traktuję jako osobistą fobię. W końcu jest jeszcze tyle filmów do obejrzenia, tyle książek do przeczytania, że ciężko byłoby odchodzić w takim momencie. Oczywistym staje się fakt, że nigdy nie będziemy wiedzieć kiedy nadejdzie koniec. Czy warto się tym jednak przejmować? Może zwyczajnie wystarczy cieszyć się życiem, każdą jego chwilą, co by w takim straszliwym momencie powiedzieć sobie, że zrobiłem już wszystko, poznałem wszystko i powiedziałem wszystkim to, co powinni wiedzieć. A wylęgające, jak grzyby po deszczu, filmowe produkcje o katastrofach przyjmijmy z lekkim przymrużeniem oka i cieszmy się wspaniałym widowiskiem wizualnym bądź duchowym.

8 komentarzy :

  1. Konkretny artykuł. Wymieniłaś w zasadzie wszystkie najważniejsze tytuły spośród danych kategorii. Chyba zabrakło mi tu jedynie wzmianki o Melancholii, która jako dość świeża produkcja, całkiem niedawno dotykała problemu końca świata.
    A osobiście spośród tych wszystkich wymienionych tutaj filmów najbardziej cenię sobie Terminatora. Choć w nim jako takiej zagłady raczej nie widzieliśmy (no może końcówka marnej trzeciej części). generalnie pierwsze dwa filmy opierają się raczej na samej zapowiedzi katastrofy. Ale to i ta genialne kino i rozrywka na najwyższym poziomie.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak dla mnie prezentują świat po przejęciu świata przez maszyny. Nie chodziło mi tu w zasadzie o pierwszy film Terminator, ale o całą serię :)
      Melancholii tutaj nie ma, bowiem filmu nie widziałam i wolałam się na ten temat nie wypowiadać. Wiem, że filmów o tej tematyce jest cała masa, no ale trudno, żebym pisała o czymś czego nie znam :)

      Usuń
  2. Aga jak zwykle na czasie:) Też lubię sobie czasem obejrzeć takie efekciarskie kino apokaliptyczne i postapokaliptyczne, aczkolwiek wolę mroczne obrazy w stylu "The Divide":)
    Z tych co wymieniłaś bardzo lubię: "Armageddon", "Resident Evil", ale dwójkę, "Wojnę światów", "Dzień Niepodległości" i "Terminatora", ale również dwójkę.
    Solidny artykuł, gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) W porównaniu do mojej pracy maturalnej zdecydowanie o bardziej solidny. No, ale co się tu dziwić, wcześniej fragment o filmach zajmował mi jedynie pół strony, gdyż większość była o apokalipsie w literaturze i malarstwie :) No i... nie było już tak wielkiego wyboru filmów. Jak pisałam o apokalipsie w filmie to opierałam się jedynie na Pojutrze, Dniu Niepodległości oraz Armageddonie. Siostra już miała większe pole do popisu i stworzyła na potrzeby pracy maturalnej (ten sam tytuł wybrała co ja) filmik. Zdjęcia z Armageddonu i 2012 z muzyką z Requiem dla snu. Wierz lub nie, ale płakałam jak oglądałam te 3 minuty filmiku...

      Usuń
  3. Warto byłoby poprawić ortografię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie? Poproszę o przykłady, bo sama już nie widzę :P

      Usuń
  4. A co z Mad Max`ami
    Co z Water World
    Oblivion
    Co z anime Akira
    The colony
    12 malp
    9
    Doomsday
    Planeta malp
    screamers 1 i 2

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, Oblivion się tu nie znalazło, bo w kinie pojawiło się później. Reszty filmów albo nie widziałam albo nie chciałam marnować na nie miejsca. Jakbym miała pisać o każdym filmie to byłoby tego o wiele za dużo.

      Usuń