NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złoty Glob. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złoty Glob. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 czerwca 2018

1249. Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

     Do jednych trzeba dojrzeć, a inne trzeba obejrzeć kilka razy, aby zakochać się po uszy. Oczywiście, pomaga w tym również dobra historia i genialny podkład muzyczny. Z tych powodów wiadomym było, że animacja „Coco” opowiadająca o jednej z najpiękniejszych meksykańskich tradycji, a ostatecznie zdobywczyni Oscara za najlepszą animację ubiegłego roku, będzie niewiarygodnym sukcesem. Twardziele płaczą, antymuzyczni zaczynają tańczyć, a ci co dotychczas nie mieli z tym problemu bliscy są załamania nerwowego. Najnowsza produkcja duetu Unkrich & Molina to emocjonalny rollercoaster, na który na długo zapada w pamięć. 
Źródło: Galapagos Films

     Miguel (Michał Rosiński) pochodzi z przeklętej rodziny. Wiele lat temu jego prapraprababkę i praprapradziadka rozdzieliła muzyka- ona chciała poświęcić się ich córeczce Coco, a on wolał poświęcić się muzyce. Od tamtej pory jego rodzina zajmuje się produkcją butów i chyba jako jedyna w Meksyku całkowicie separuje się od muzyki. Oczywiście, poza Miguelem, bo ten mały chłopiec kocha muzykę i swoją gitarę, a pasję tę zawdzięcza wielkiemu muzykowi Ernesto de la Cruzowi (Bartosz Opania). Kiedy w dniu meksykańskiego dnia zmarłych chłopiec odkrywa kto jest jego praprapradziadkiem postanawia wziąć udział w konkursie talentów. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń sprawia, że Miguel trafia do świata zmarłych i tam poznaje resztę swojej rodziny, a spotkanie to odmieni jego życie na zawsze.

     Aby w pełni zakochać się w „Coco” wystarczą dwa seanse. Wtedy zaczynamy dostrzegać znacznie więcej ponad tą przytłaczającą warstwą wizualną. To właśnie animacja jest tym elementem, który dostrzegamy od razu i który trafia do nas najbardziej. Pełnia kolorów, bardzo kontrastowych, momentami bardzo krzykliwych, dodatkowo urozmaiconych światłem. Pięknie to wygląda, ale prawdziwą moc, która w tym tkwi dostrzegamy dopiero za drugim razem. Przy pierwszym jest to szok, totalne oszołomienie wywołane oczopląsem od nadmiaru wrażeń kolorystycznych. Ciężko zauważyć coś więcej pod tą tęczową produkcją, pomarańczowością kwiatów aksamitek, pstrokatością strażników i bladymi licami kościotrupów. Nie trudno jednak docenić piękno, które w tym tkwi, bo przecież takie jest właśnie meksykańskie święto zmarłych- pełne mocy, światła i koloru.
Źródło: Galapagos Films

Film duetu Unkrich i Molina przedstawia nam tradycję meksykańską nie tylko od strony kolorystycznej. Dias de Muertos to zupełnie inny rodzaj święta niż nasz Dzień zmarłych. To zdecydowanie bardziej kolorowe, bardziej radosne i żywe święto. „Coco” przenosi nas do tej tradycji, w której tworzy się ołtarzyki w domach układając potrawy na stołach, dekoruje się groby zmarłych i zaprasza do wspólnego posiłku ich dusze. Oczywiście, animacja bardzo wiernie oddaje zamysł, ale dodatkowo cudownie interpretuje to, co w niej najważniejsze. Miguel ma rzadką możliwość poznania swoich bliskich i poczucia prawdziwej mocy, jaka tkwi w rodzinnej miłości. Poznaje podwaliny jego rodzimej tradycji, rozumiejąc każdy jej symbol- nawet ten ze zdjęciami bliskich na domowych otłarzykach. Twórcy bardzo sprytnie wykorzystali akurat ten element rytuału, otwierając drzwi dla swojej wyobraźni i rozbudzając ciekawość widza.

Temu najważniejszemu wątkowi towarzyszy również dramat rodzinny, który poróżnił kochających się ludzi, a którego powodem była nie tyle miłość do muzyki, co raczej chora ambicja. Wprowadzenie elementu grozy, do tej jaskrawej animacji całkowicie odmieniło charakter tej opowieści. Widać zdecydowane przejście pomiędzy beztroską, a czyhającym złem, które przychodzi znienacka. Nie mniej, wprowadza sporo zamieszania, a przede wszystkim jeden z najgenialniejszych twistów w historii animacji. Oczywiście, większość się tego spodziewała- wystarczyło wyłapać szczegóły z rozmów, ale i tak... „whooooaaaaaaaaaa!”. I wtedy się zaczyna....
Źródło: Galapagos Films

     … zaczyna się robić naprawdę melancholijnie, oczy nam się pocą i w ogóle szkoda gadać. Przepięknie zanimowane wspomnienia w połączeniu z niezwykle uroczym wykonaniem piosenki „Pamiętaj mnie”- trudno jest się nie rozkleić. I choć meksykańskie rytmy „Un Poco Loco”, „La Llorona” oraz „Corazon” wpadają w ucho i wprawiają w ruch stopy, to jednak pod względem emocjonalnym nic nie przebija „Pamiętaj mnie”. W szczególności, że sterroryzowano nas nią kilkakrotnie, w tym dwa razy w najbardziej odpowiednich do tego momentach, gdy chcemy wypłakać sobie oczy. To bardzo naładowany miłością utwór, który pokazuje prawdziwą moc miłości oraz wspomnień. Rozchwianie emocjonalne gwarantowane!

Wypowiadają się o animacjach za każdym razem powtarzam, że jeżeli dubbing to tylko w takich produkcjach. Nie mamy wtedy uczucia, że głos nie pasuje do konkretnej osoby. Muszę przyznać, że jeżeli chodzi o dobór obsady do polskiej wersji „Coco”, to spisano się tutaj znakomicie. W szczególności, że wszystkie piosenki wykonywali aktorzy! Tak, wiem... szczęka na kolanach! Michał Rosiński spisał się chyba lepiej niż oryginalny Miguel- świetnie! Wrażenia mojej mamy bezcenne: „To Kulesza? Poważnie?!”. Kilka razy, ale jest i to jaka... prawdziwa Meksykanka z charakterkiem. Do tego wszystkiego Maciej Stuhr, który zaczyna dzielnie kroczyć śladami ojca w kwestii dubbingowania filmów i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów w animacjach zaraz za swoim ojcem – Jerzym Stuhrem, oraz Jarosławem Boberkiem.
Źródło: Galapagos Films

     Mało jest takich animacji dla dzieci, które traktują o czymś. Zazwyczaj są to historie z historią raczej banalną, jakich wiele w dzisiejszych czasach. Natomiast „Coco” wnosi coś nowego, daje poznać zupełnie inny świat wraz z jego najciekawszą z tradycji. Oczywiście, wszystko to doprawione odrobiną grozy, ale przede wszystkim tonami słodkości, od której aż niedobrze się robi. Jest to jednak potrzebne dla tej historii i to czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową, i emocjonującą. Produkcja Unkricha i Moliny to feeria barw i niesamowitych kompozycji muzycznych Michaela Giacchino. Wszystko podsycone meksykańskimi rytmami i kolorami. Jest żywo, jest zabawnie, jest przede wszystkim... bardzo uczuciowo, bo takiego ciepła i pozytywnych emocji po zakończeniu seansu już dawno nie doświadczyłam ze strony animacji dla dzieci.

Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Coco” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Coco / Reżyseria: Lee Unkrich, Adrian Molina / Scenariusz: Adrian Molina, Matthew Aldrich / Muzyka: Michael Giacchino / Dubbing polski: Michał Rosiński, Maciej Stuhr, Bartosz Opania, Agata Kulesza, Ewa Szykulska, Tomasz Błasiak, Marian Opania, Paweł Wawrzecki, Teresa Lipowska / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Familijny, Przygodowy

Premiera kinowa: 20 października 2017 (Świat) 24 listopada 2017 (Polska)
Premiera DVD: 09 maja 2018

środa, 16 sierpnia 2017

1235. Artysta, reż. Michel Hazanavicius

     Świat, w którym aktualnie żyjemy to świat zdominowany przez technologię, trójwymiar i płaskie ekrany telewizyjne. Jest to świat, gdzie już od ponad 80 lat nie tworzy się filmów niemych, bo przecież nie po to powstał „Śpiewak jazzbandu”, aby teraz cofać się w rozwoju. Aczkolwiek to właśnie czyni francuski reżyser i scenarzysta- Michel Hazanavicius, który powrócił do korzeni i stworzył przełomowy, i zachwycający, czarno biały, i w dodatku niemy film o tytule „Artysta”. Okazało się być to kolejną receptą na sukces i zgarnięcie najważniejszych nagród w najważniejszych kategoriach.
    George Valentin (Jean Dujardin) jest najznakomitszą gwiazdą kina niemego od Kinograph Studios. Pewnego dnia na skutek zabawnego zbiegu wydarzeń poznaje uroczą Peppy Miller (Bérénice Bejo), która od razu zyskuje sympatię publiki oraz samego Valentina. Wkrótce po tym Hollywood musi wyjść naprzeciw postępującym zmianom, czyli przestawić się z kina niemego, na mówione. Na skutek tego Peppy pnie się coraz wyżej po szczeblach swojej kariery, podczas gdy Valentin, który zrobił z niej prawdziwą aktorkę nie może odnaleźć się w nowym świecie. Choć wokół niego wszystko kręci się wokół dźwięku, on sam bierze sprawy w swoje ręce i postanawia stworzyć kolejny film niemy.
     Niektóre filmy nie potrzebują dodatkowego rozgłosu, filmy te bronią się same niesamowitą historią, wspaniałymi kreacjami aktorskimi, czy też niepowtarzalną prezentacją. Oczywiście, „Artysta” nie oferuje widzowi wszystkich tych aspektów na jak najwyższym poziomie, ale nie czyni go to filmem złym. Tutaj mamy przede wszystkim aktorów, którzy, jakby nie było, stanowią najważniejszy element w kinie niemym. Zawsze tak było, jest i będzie. Obraz Hazanaviciusa nie różni się w tym niczym od klasyków światowej kinematografii. Taki Dujardin bardzo przypomina swojego kolegę po fachu Gene'a Kelly'ego, który zagrał w podobnym tematycznie filmie. Mężczyzna niesłychanie przystojny i do tego naładowany emocjami i zaangażowaniem w projekt. Do tego dochodzi oczywiście Bérénice Bejo, która stworzyła wraz z nim niesamowity duet. Jednakże jako jednostka chwilami bardziej irytowała niż się podobała, bo jest różnica pomiędzy wyrażeniem swoich myśli poprzez gesty, a przesadą. Bez względu na wszystko to właśnie ta dwójka wyrażała siebie oraz fabułę nie poprzez dialogi, ale przede wszystkim przez gesty i mimikę twarzy. Tutaj nie potrzeba było żadnych słów, oni sami byli słowami, wypowiadanymi zdaniami. I jeżeli ktoś kiedykolwiek obawiał się kina niemego i tego, że nie zrozumie co bohaterowie pragną mu przekazać, to jego niepokój jest całkowicie bezpodstawny.
      Aktorzy przekazują widzowi przede wszystkim bardzo dobrą historię, która być może poruszy wielu, aczkolwiek nie jest to coś czego nie widzieliśmy już wcześniej. Bardzo wiele klasyków porusza temat wejścia w życie filmów dźwiękowych, a tym samym problem większości aktorów kina niemego z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. I tak właśnie George Valentin wpada w pewnego rodzaju depresję, czując się bezużytecznym, a przy okazji pozbawionym adoracji swoich fanów. Ich wszystkich podkradła mu sama Peppy Miller,którą sam darzy bardzo wielką sympatią. Z początku jest to dość niewinna relacja, ale później przeradza się w coś interesującego. W pewnym momencie mamy wrażenie, że dziewczyna popada w lekką obsesję, ale jak sama tłumaczy chciała się jedynie zaopiekować swoim „przyjacielem”. Romans, który się tu zradza nie jest aż tak oczywisty, bo w końcu Valentin ma żonę, a Miller jest o wiele młodsza. Nie ma tutaj przyrostu nadmiernych gestów, czy pocałunków. Wszystko opiera się na przeciągłych spojrzeniach i rosnących w naszych głowach wzdychaniach.
     Generalnie rzecz ujmując, w „Artyście” nie ma mowy o najazdach na odczucia piękna w oczach widza. Nie mamy migotliwych światełek, wielobarwnych kreacji, ani przekombinowania z efektami specjalnymi. Nie oznacza to jednak, że i film w czarno-białej kolorystyce nie potrafi być widowiskowy. Choć ten od Hazanaviciusa nie jest może szczytem geniuszu dizajnerskiego, to jednak scenografie oraz zdjęcia oddają wszystko, cały klimat. Wydaje się jednak, że uwaga widza, a przy okazji słuchacza skupia się na zupełnie innym elemencie. Wszyscy świadomi są tego, że aktorzy to nie jedyny element do budowania struktury filmu i jego bazy emocjonalnej. Nawet w zwyczajnych kolorowych, gadanych filmach fabularnych muzyka sprzyja wylęganiu się pozytywnych, czy też negatywnych emocji. Wrażliwszy widz od razu wyłapie co ciekawsze brzmienia, które pozostaną z nim na dłuższą chwilę. A co dopiero przy takim kinie niemym, gdzie jedyne co słyszymy to zaledwie muzyka Ludovica Bource'a. Na marginesie należy dodać, że bardzo sprawnie wyprowadzono „Artystę” z kina niemego na dźwiękowy. Muzyka ta okazuje się być kwintesencją całego obrazu. Elementem sprzyjającym rozwojowi wydarzeń, ale przede wszystkim pomagającym w opowiedzeniu całej historii. Utwory są więc bardzo wyraziste, jednakże dość szybko znikają z naszej pamięci. Nic nie zapisuje się w umyśle na dłużej i można tego pożałować. Nie mniej, świadczy to jedynie o sile przebicia się kompozytora.
     Film, który obsypany został tak licznymi nagrodami, i to w dodatku tak prestiżowymi, to obraz, który trzeba zobaczyć chociażby się paliło i waliło. Jednakże „Artysta” nie do końca spełnia oczekiwania. Wszyscy wydają się zachwycać powrotem do przeszłości, bo oczywiście nie ma to jak odświeżenie klasyki w świecie zdominowanym przez komputery, ale w moim mniemaniu był to kolejny tani chwyt na zdobycie sympatii widzów i czytelników. Oczywiście, pod względem fabuły film jest bardzo mocny, to samo dotyczy aktorstwa, ale wydaje się, że twórcy znaleźli sobie przepis na oscarowy film. Jak nie temat tabu, to znowuż ukłon w stronę pierwszych kroków kina. Mnie osobiście produkcja ta dość znacząco wymęczyła, a bardziej od Dujardina zachwycałam się Goodmanem, czy uroczym pieskiem. Film do obejrzenia na jeden raz, choć nie wykluczam powrotu do niego w przyszłości.
Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: The Artist / Reżyseria: Michel Hazanavicius / Scenariusz: Michel Hazanavicius / Zdjęcia: Guillaume Schiffman / Muzyka: Ludovic Bource / Obsada: Jean Dujardin, Bérénice Bejo, John Goodman, James Cromwell, Penelope Ann Miller, Missi Pyle, Beth Grant, Ed Lauter / Kraj: USA, Belgia, Francja / Gatunek: Dramat, Romans, Niemy
Premiera kinowa: 15 maja 2011 (Świat) 10 lutego 2012 (Polska)

sobota, 22 lipca 2017

1231. Deszczowa piosenka, reż. Stanley Donen, Gene Kelly

     Zanim powstało przebojowe „Moulin Rouge”, „Chicago”, czy nawet „Dźwięki muzyki” na świecie królował tylko jeden film, uznawany za najbardziej roztańczony i rozśpiewany, który bardzo szybko stał się wyznacznikiem w kategorii musicalu- „Deszczowa piosenka”. Film ten w reżyserii Stanleya Donena oraz Gene'a Kelly, zdobywał listy przebojów, a dziewczyny podkochiwały się w Donie Lockwoodzie. Po sześćdziesięciu latach obraz wciąż jest żywy, gdzie jego motywy wykorzystywane są we współczesnych musicalach, a piosenki przerabiane są do woli. Pewne jest, że od czasu premiery tego widowiska świat nie zobaczył już więcej tak fascynującego w tym gatunku.
Źródło: Galapagos Films
     Don Lockwood i Lina Lamont (Gene Kelly, Jean Hagen) są gwiazdami kina niemego. Choć powszechnie traktowani są jak para Lockwood skrycie nie przepada za swoją koleżanką z planu. Podczas powrotu z premiery najnowszego filmu Don pada ofiarą fanów, a z opałów pomaga mu wyjść urocza młoda aktorka- Kathy Selden (Debbie Reynolds). Kiedy ta krytycznie wyraża się o jego aktorstwie, Don nie może myśleć o niczym innym, jak Kathy. Pech chce, że wytwórnie hollywoodzkie są zmuszone udźwiękowić swoje filmy. Don zaczyna martwić się nie tylko to, czy w dźwięku będzie wypadał równie przekonująco, jak dotychczas, ale czy widownia nie ogłuchnie od piskliwego głosu jego ekranowej towarzyszki. Wraz ze swoim przyjacielem Cosmo Brownem (Donald O'Connor) wymyślają genialny plan uniknięcia porażki i przerabiają film kostiumowy na musical.
     Film o filmie to dość powszechnie stosowany dziś patent. Jednakże „Deszczowa piosenka” czasowo i fabularnie wbija się w ten czas, kiedy świat kina przechodził prawdziwą rewolucję. Przejście z kina niemego na udźwiękowiony przyczyniło się do upadku kariery większość ówczesnych aktorów, bowiem na wierzch wyszły wszelkie dotychczasowo ukryte wady, jak chociażby kiepskie brzmienie głosów, a nawet brak umiejętności aktorskich. To właśnie z takimi problemami borykają się bohaterowie filmu, bowiem aktor gra nie tylko ciałem, mimiką, ale również swoim głosem i dialogami. Jednakże, produkcja ta pokazuje przede wszystkim trudy tworzenia takiego nowego dzieła, w szczególności, kiedy coś robi się po raz pierwszy. Trudno jest więc uniknąć przekomicznych wpadek, jak chociażby słuchanie bicia serca gwiazdy ze względu na umieszczony mikrofon, z czym borykano się nie tylko w filmie, podczas występu Liny, ale również na planie filmu przy okazji partii tanecznych Debbie Reynolds. Muszę się skrycie przyznać, że zdjęcia do „Walecznego kawalera” przyprawiły mnie o atak śmiechu, w szczególności, gdy doszło do dyskusji na temat krzaka i umieszczonego tam mikrofonu [link http://www.youtube.com/watch?v=OTFCctdiS04]. Oj tak, kręcenie filmu przyprawiało wszystko o ból głowy, ale przynajmniej oglądający miał z tego nie lada frajdę. Przy okazji nawiązuje się tutaj również i do dubbingowania postaci, co było powszechnie stosowane na początku istnienia filmów dźwiękowych, choć teraz stosowane jest jedynie w filmach animowanych. Najzabawniejsze jest to, że choć w fabule filmu to Reynolds podkłada głos za Hagen to w rzeczywistości, przy partiach wokalnych to właśnie Hagen dubbingowała Reynolds. Nie mniej, film ten obrazuje nie tylko ewolucję w świecie kina, ale również wśród aktorów, którzy bojąc się o swoje kariery sięgali po dramatyczne środki, bądź zwyczajnie odpuszczali. W tej historii nie brakuje jednak opowieści o miłości, jej prawdziwości i zadziorności. O tym, jak bardzo różni ludzie lgną do siebie i jak ważne jest wsparcie drugiej osoby.
Źródło: Galapagos Films
     „Deszczowa piosenka” to niekwestionowane widowisko pełnych ekspresji układów, no i przede wszystkim muzyki. Gene Kelly wraz z Donaldem O'Connorem wywijają nogami i biodrami lepiej niż wielu współczesnych tancerzy. Cóż się dziwić, w końcu obaj od dawna mieli do czynienia z tańcem. Patrząc na nich nogi same nam tańczą. Mamy przy tym sporo zabawy, bo jakżeby inaczej. Bez względu na to, czy jest to nadzwyczajny musicalowy taniec, czy popis umiejętności stepowania, jest na co popatrzeć. Najwięcej barw i różnorodności gwarantuje nam scena do „Broadway melody”, gdzie Kelly tańczy i tańczy i tańczy i tak przez kilkanaście minut. Trochę tutaj baletu, trochę stepowania i wszystkiego po trosze, i można nawet powiedzieć, że trochę to meczy. Autorami muzyki, która wiernie towarzyszyła wszystkich choreografią, ale też i podkreślała charakter chwili są Nacio Herb Brown oraz Lennie Hayton. Natomiast jedynie trzy utwory ze wspaniałej „Deszczowej piosenki” rozbrzmiewają w naszych uszach do dziś. Pierwszy z nich to oczywiście tytułowe „Singin' in the Rain”, które usłyszymy w filmie trzy razy w całkowicie różnych aranżacjach. Jednakże to ta śpiewana przez Gene'a Kelly robi największe wrażenie [link], a wszystko ze względu na przeradosne wykonanie! Kolejnym pełnym dynamizmu, wygłupów i humoru Donalda O'Connora wykonaniem jest „Make 'Em Laugh” [link]- jak sam tytuł nawet wskazuje. No i w końcu, choć nie tak na końcu świetny utwór w wykonaniu całej trójki głównych bohaterów „Good Morning” [link]. Nie oznacza to jednak, że pozostałe aranżacje są kiepskie, oj nie. Zwyczajnie, ta trójka w radosnych podskokach i uśmiechem na twarzy pozostała w kulturze, już na zawsze!
       Aktorsko film radzi sobie całkiem nie najgorzej. Szczytem geniuszu to nie jest, role są aż nadto przerysowane, ale przecież o to tutaj chodzi. Najważniejsze, że tańczyć potrafią. Najważniejsze, że śpiewać umieją. Resztą nikt się nie przejmuje. Biel zębów Gene'a Kelly jest obezwładniająca. Sam facet jest niesłychanie przystojny, nawet jeżeli bezsensownie szczerzy się do ekranu. W dodatku przekonujący uwodziciel, na którego bardzo przyjemnie się patrzy. Jego kolega Donald O'Connor był jedną z tych zabawniejszych postaci w filmie. Dostarczał sporo rozrywki, w szczególności, że sam nie najgorzej się prezentował. Wśród żeńskich ról Debbie Reynolds spisała się na medal. Jednakże jej postać była zbyt delikatna, można nawet rzec, że nudna. Dlatego też to właśnie na Jean Hagen skupiała się nasza uwaga, która nie dość, że miała bardzo... wyrazistą barwę głosu, to dodatkowo nie grzeszyła bystrością, czy delikatnością. Obsada miała zarówno dobre, jak i złe momenty, ale prawda jest taka, że to dzięki nim odczuwaliśmy radość przez cały seans.
Źródło: Galapagos Films
      Każda minuta „Deszczowej piosenki” udowadnia, że w pełni zasługuje na miano najlepszego musicalu wszech czasów. Nie tylko pozytywnie nastraja, nawet i na deszczową pogodę, ale rozprawia o trudach przeobrażenia kina niemego w dźwiękowy. Świetni aktorzy wprowadzali tu nie tylko białe uśmiechy, ale sporo emocji i humoru. Jednakże to właśnie na dźwiękowej i wizualnej atrakcyjności film wznosi się na wyżyny. Obraz ten pełen porywających układów i wciąż żywych piosenek żywych opowiada trochę o miłości, a trochę o drugiej stronie takiego giganta jakim jest Hollywood. Można więc powiedzieć, że nie tylko jest to najlepszy film w swoim gatunku, ale również i najlepszy na poprawę nastroju!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Singin' in the Rain / Reżyseria: Stanley Donen, Gene Kelly / Scenariusz: Betty Comden, Adolph Green / Zdjęcia: Harold Rosson / Muzyka: Nacio Herb Brown, Lennie Hayton / Obsada: Gene Kelly, Donald O'Connor, Debbie Reynolds, Jean Hagen, Millard Mitchell, Douglas Fowey, Rita Moreno / Kraj: USA / Gatunek: Musical, Komedia, Romans
Premiera: 27 marca 1952 (Świat) 05 października 2012 (Polska na DVD)

czwartek, 4 lutego 2016

1201. Nienawistna ósemka, reż. Quentin Tarantino

      Reklamuje się go jako ósmy film samego mistrza, Quentina Tarantino. Sam twórca zapowiada, że po zakończeniu produkcji „Nienawistna ósemka” powstaną jeszcze jedynie dwa jego obrazy. Po gangsterskich porachunkach, po powrocie do wojennej przeszłości, po historiach o niewolnictwie, w których to wydobywał wszystko co najlepsze z obsady, przyszedł czas na nienawistnych westernowych bohaterów, którzy to nie zachwycają tak jak poprzednicy.
      Zbliża się zamieć śnieżna. Pomiędzy zaspami przemieszcza się dyliżans, którego celem jest dotarcie do Red Rock. W pojeździe tym jeden z najsłynniejszych łowców głów, John „Szubienica” Roth (Kurt Russell) a wraz z nim kobieta, za którą ma dostać 10 tysięcy dolarów. Na jego drodze staje inny sławetny łowca- Major Marquis Warren (Samuel L. Jackson), którego koń padł trupem z wycieńczenia, a do przewozu wciąż pozostało trzech martwych poszukiwanych. Chcąc schronić się przed trudnymi warunkami pogodowymi trafiają do Pasmanterii Minnie i tym sposobem wplatają się w nieoczekiwane, bardzo krwawe wydarzenia.
       Filmy Quentina Tarantino zawsze są przynajmniej dobre (choć osobiście doczepiłam się do „Kill Billa 2”). Jego passa trwa od wielu lat, bez względu na to, czy tworzy produkcje pełnometrażowe, czy krótkie obrazy. Ten człowiek sprawdza się zarówno w scenariuszach, w reżyserii, czy jako aktor- choć w tej ostatniej roli widujemy go niezwykle krótko. Cóż więc jest nie tak z „Nienawistną ósemką”, która pomimo swojej rewelacyjności w ogóle nie zachwyca, tak jak poprzednie tytuły? Oglądanie dotychczasowych filmów było prawdziwą przyjemnością, natomiast w tym przypadku... na pewnym etapie stało się męczarnią ciężką do przejścia. 
Jest przecież genialna historia, choć obłożona dość dziwnymi rozwiązaniami nawiązującymi m.in. do kingowego „Łowcy snów”. Momentami pojawia się zamiłowanie Tarantino do krwistych steków, rozlewu krwi i tak absurdalnych scen, jak chociażby wizualizacja spotkania Warrena z synem generała Smithersa, gdzie wciąż nie wiem, czy było to na serio, czy stanowiło jakiś wulgarny żart scenarzysty. Momentami jest faktycznie zabawnie i jest to miejsce na humor wywołujący salwę śmiechu na sali- bo przecież trudno się nie ryknąć śmiechem na widok każdego przyłożenia serwowanego Daisy, a przede wszystkim ciągu wydarzeń z dyliżansu zapoczątkowanego przez list. Momentami obraz wlecze się niemiłosiernie, zdecydowanie przynudzając, ale dając tym samym sposobność skupienia się na dialogach, a nie ma co ukrywać są one rewelacyjne. W tej kwestii Tarantino jest niemalże mistrzem, bo cóż z tego, że obraz jest w większości przegadany, skoro dyskusje bohaterów są niezwykle interesujące i tak świetnie nakręcają klimat...
     … klimat tak bardzo mroźny i surowy! Cudowne zdjęcia Richardsona, rewelacyjnych plenerów, gdzie śniegu mamy po kolana. To jedyny w moim życiu western, w którym więcej jest z syberyjskich mrozów niż pustynnego słońca. Jednakże to co najważniejsze jest w nim zachowane. Zimowa opowieść jest jak najbardziej w porządku, gdyż idealnie podsyca napięcie w tym filmie. Świetnie sprawia się tutaj charakteryzacja postaci, a Samuel L. Jackson ma chyba najfajniejszy kubraczek ze wszystkich. Brawo! Co tutaj jednak porywa najbardziej? Oj, zdecydowanie muzyka skomponowana przez świetnego Ennio Morricone. Ten człowiek jest po prostu niesamowity. Współpracował już z Tarantino przy okazji „Bękartów wojny”, wtedy jakoś pominięto go przy wszystkich możliwych muzycznych nominacjach do nagród. Teraz znowu ma szansę zabłysnąć, Złoty Glob już zgarnął i całkowicie zasłużenie. Motyw przewodni po prostu zwala z nóg! Tyle w nim nienawiści, że to aż boli. Reszta ścieżki muzycznej nie pozostaje na przeciętnym poziomie. Innymi słowy, film Quentina tym razem zachwyca również i muzycznie. 
      Świetne w tej produkcji jest to, że mistrzu angażuje do filmu same gwiazdy. Z Samuelem L. Jacksonem współpracował nie pierwszy raz, a człowiek ten po prostu... był całym tym filmem. Każda scena, która skupiała się na jego personie była rewelacyjna. Grał całym sobą, nie tylko ciałem, nie tylko głosem, ale również i własną twarzą. Stworzył naprawdę przekonującą i mocno zadziorną postać, której ciężko było nie polubić. To chyba kwestia poczucia humoru i inteligencji, bo tych rzeczy mu nie brakowało. Bardzo dobrze sprawował się on w duecie z Kurtem Russellem. Ten jako Szubienica zachwycał z każdą chwilą coraz bardziej. Mocno zaczął i równie mocno skończył. Aż trudno było poznać w nim słabo wyróżniającego się dotychczas Russella. Tym razem zabłysnął, niczym nowo rodząca się gwiazda. A z każdym przyłożeniem w stronę Jennifer Jason Leigh zyskiwał sympatię widza. Ta z kolei równie krnąbrna jak i reszta załogi. Intrygowała swoją osobą od pierwszej chwili, kiedy ujrzeliśmy ją na ekranie. Przywitała nas wielkim limem pod okiem i rasistowskim dowcipem, rozbrajając, choć też nie zyskując sympatii. Dobra rola, ale czy na miarę Oscara, do którego została wytypowana? Wątpliwe. Z tej obsady nagroda bardziej należy się Jacksonowi, ale niestety nie jest on kobietą, a w jego kategorii wszystkie typy już obsadzone. 
       Szkoda, że podsumowując osiągnięcie Quentina Tarantino, jakim jest „Nienawistna ósemka”, nie można użyć słowa „arcydzieło”. Szkoda, bowiem film miał świetne przesłanki, aby się nim stać. Tarantino napisał bardzo ciekawą historię, dołożył do tego genialne dialogi, stworzył w tym wszystkim pewnego rodzaju tajemniczość i udało mu się zbudować dobre napięcie. Angażując rewelacyjnych aktorów, uwydatniając w filmie ich największe walory i skupiając swoją uwagę na genialnym Samuelu L. Jacksonie również nie popełnił błędu. Do tego mamy niesamowity klimat, tak mroźnego filmu nie było od czasu „Everestu”. Co więc tutaj nie gra? Prawdopodobnie to, że sam twórca niepokornie wychwalał swój film wniebogłosy, podczas gdy obraz choć bardzo dobry- nie powala. 
 
Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: The Hateful Eight / Reżyseria: Quentin Tarantino / Scenariusz: Quentin Tarantino / Zdjęcia: Robert Richardson / Muzyka: Ennio Morricone / Obsada: Samuel L. Jackson, Kurt Russell, Jennifer Jason Leigh, Walton Goggins, Demián Bichir, Tim Roth, Michael Madsen, Bruce Dern, James Parks, Channing Tatum / Kraj: USA / Gatunek: Western
Premiera: 07 grudnia 2015 (Świat) 15 stycznia 2016 (Polska)

czwartek, 29 października 2015

1191. Odruch serca, reż. Ryan Murphy

     Jak to mówią- Ryan Murphy, to Ryan Murphy. Niedościgniony twórca telewizyjny lubiący szokować widzów swoich produkcji. Jak nie rozśpiewane „Glee”, to krytykowany przez Rady Rodzicielskie przerażający „American Horror Story”. Wielokrotnie nagradzany za swoje wybryki telewizyjne popełnia kolejny, tym razem o nieco bardziej stonowanym klimacie, ale wciąż wstrząsający w swoim przesłaniu. Genialny „Odruch serca” zbudowany na bazie sztuki aktywisty Larry'ego Kramera, który na ekran przelewa część swojego zawirowanego życia. 
Źródło: HBO.com
     Początek lat 80tych XX wieku. Beztroska impreza urodzinowa zorganizowana w małej społeczności gejowskiej. Solenizant słabnie na przepięknej plaży, a jego ukochany i przyjaciele biegną mu z pomocą. To pierwszy znak choroby, epidemii, która staje się powodem izolacji homoseksualistów, aby ostatecznie ich zabić. Nikt nie wie, co to za choroba, ale pani doktor imieniem Emma Brookner (Julia Roberts) notuje wyniki badawcze w tej kwestii. Chce jednak, aby ktoś ze społeczności gejowskiej uświadomił im, jak wielkim zagrożeniem dla ich życia jest nowy, całkowicie nieznany wirus. Jej wybór pada na Neda Weeksa (Mark Ruffalo), który wraz z przyjaciółmi zakłada organizację walczącej do upadłego o zdrowie i prawa gejów.
     Dramat to bardzo specyficzny typ filmu, który albo może człowieka wzruszyć, albo zanudzić na śmierć. Traktujące o bardzo życiowych sprawach często nic nie wnoszą do naszej osobistej egzystencji. Jednakże produkcji telewizyjnej Ryana Murphy'ego to nie grozi, bowiem „Odruch serca” to bardzo poruszający i jednocześnie bulwersujący wielopłaszczyznowy film, który dotyka do głębi. W dzisiejszym świecie tematyka filmu nie jest niczym zaskakującym i porażającym, ale u końca XX wieku, w społeczeństwie mocno stereotypowym, obawiającym się własnego cienia, nie można było liczyć na podobną wyrozumiałość, czy względną świadomość. Koszmar AIDS odbija się na świecie po dziś dzień, a statystyki są porażające. 36 milionów zabitych przez tę nieuleczalną chorobę, a każdego kolejnego dnia kolejnych 6 tysięcy zarażonych.
Źródło: HBO.com

Film pokazuje początki tej epidemii, która wstrząsnęła światem, ale przede wszystkim społecznością gejowską. To właśnie wtedy Larry Kramer- twórca sztuki, a także scenarzysta filmu, rozpoczął walkę o świadomość swoich przyjaciół, a także całego świata. Uzmysłowić, czym naprawdę jest wirus HIV i jak wiele szkód poczynić może w człowieku i jego otoczeniu. Dzięki jego współpracy na planie wraz z Murphym powstał naprawdę genialny film, traktujący nie tylko o chorobie, czy politycznych przepychankach, ale przede wszystkim o miłości. Jak nic innego zdejmuje ludziom klapki z oczu i otwiera je na zupełnie nowy świat, i sferę emocjonalną. Murphy wraz z ekipą nie boi się stworzyć piękny obraz miłości, aby potem rozszarpać go na strzępy. Pokazuje, że miłość to nie tylko bycie przy drugim człowieku podczas słonecznych dni, ale także gdy upada na ulicy. Ciężko jest patrzeć na zmagania kochanków z chorobą, serce płacze, gdy widzimy oddanie dla drugiej osoby. „Odruch serca” gwarantuje niezwykle traumatyzujące przeżycia, które co najmniej dwóch przypadków doprowadzają do największego potoku łez. Sytuacja szpitalna Alberta, jego matki oraz oczywiście Bruce'a jest tak niemożliwie szokująca, że ciężko w ogóle pojąć, że taka sytuacja może mieć miejsce. Jest to najbardziej porażająca scena z całego filmu, która mocno zmienia ludzkie odczuwanie. Z kolei sytuacja szpitalna Neda i Felixa jest jedną z najbardziej rozczulających i rewelacyjnie zagranych, aż trudno jest cokolwiek dostrzec przez zalegające w oczach łzy.
Źródło: HBO.com
     Film Murphy'ego to poza rewelacyjną historią niecodzienne i szalenie mocne charaktery. Postacie, które miały swój udział w faktycznych wydarzeniach dla społeczności homoseksualistów, a które perfekcyjnie udało się odwzorować rewelacyjnym aktorom. Oczywiście, dla części z nich był to wyjątkowy temat do realizacji, gdyż łatwiej mogli utożsamiać się ze swoimi bohaterami i w pewien sposób zawalczyć o siebie samych. Dla innych ich kreacje były prawdziwym wyzwaniem i to dla nich należy się ogromny podziw. Świetnie było zobaczyć Jima Parsonsa w innej roli niż Sheldon Cooper znany nam z „The Big Bang Theory”, aczkolwiek i tak chowa w rękawach ten swój nerdowski urok. Największe oklaski należą się z pewnością Markowi Ruffalo i Mattowi Bomerowi. Ta dwójka była spoiwem całego filmu. Niesamowicie odegrana chemia między nimi, to przywiązanie, po prostu rzecz niezwykła! Ruffalo pokazał zupełnie inną stronę siebie- stał się waleczny i dzielny, niczym Hulk, ale nie zabrakło mu również wrażliwości i uroku osobistego. Z kolei Matt Bomer... nie dziwne, że nagradzany za rolę Felixa na wszelkich możliwych galach. Przekonujący, tak bardzo poruszający, na samo wspomnienie łzy cisną się do oczu. Specjalnie dla swojej roli schudł 18kg. Ciężko jest sobie wyobrazić, że taki szczupły przystojniak mógł cokolwiek zrzucić. A jednak... efekt jest spektakularny, aż odbiera mowę. Za to wielkie poświęcenie, a także to z jaką perfekcją odegrał złamanego chorobą człowieka, należą mu się wszystkie laury świata! 
Źródło: HBO.com
     Bez dwóch zdań, „Odruch serca” zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Jest to obraz, który wbija się w pamięć nie poprzez zachwyt nad nim, ale emocje, które potrafi wywołać. Przejmujący obraz walecznego człowieka i jego przyjaciół, toczących walkę z niewidzialnym i nieznanym wrogiem. Przepiękny, niezwykle poruszający obraz ludzkiej miłości i jej wszystkich barw. „Na dobre i na złe, w chorobie i zdrowiu...” zyskuje tutaj całkowicie nowe znaczenie. Przerażenie, które obezwładnia widza na widok znamion choroby, ale przede wszystkim ludzi, traktujących gejów niczym radioaktywne śmieci. Załamujący obraz upadku człowieczeństwa, podczas którego rodzi się coś niezwykłego, dającego nadzieję. Ryan Murphy zasługuje na pochwały za to, że uczepił się pracy Larry'ego Kramera. Nie każdy potrafi przedstawić niezwykłe historie, w tak pamiętny i emocjonujący sposób.

Ocena: 8/10
Recenzja DVD "Odruch serca" - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: The Normal Heart / Reżyseria: Ryan Murphy / Scenariusz: Larry Kramer / Na podstawie: sztuki Larry'ego Kramera / Zdjęcia: Daniel Moder / Muzyka: Cliff Martinez / Obsada: Mark Ruffalo, Julia Roberts, Matt Bomer, Taylor Kitsch, Joe Mantello, Jim Parsons, Alfred Molina, Jonathan Groff, Finn Wittrock / Kraj: USA / Gatunek: Dramat
Premiera: 21 września 2015 (Świat) 09 października 2015 (Polska)

środa, 4 lutego 2015

1164. Teoria wszystkiego, reż. James Marsh

Oryginalny tytuł: Theory of Everything
Reżyseria: James Marsh
Scenariusz: A
nthony McCarten
Na podstawie: książki autorstwa Jane Hawking „Travelling to Infinity: My Life with Stephen”
Zdjęcia: Benoît Delhomme
Muzyka: Jóhann Jóhannsson
Kraj: Wielka Brytania
Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 07 września 2014 (Świat) 30 stycznia 2015 (Polska)
Obsada: Eddie Redmayne, Felicity Jones, Charlie Cox, David Thewlis, Maxine Peake, Harry Lloyd
     Jeden z najwybitniejszych umysłów w historii, podziwiany przez kolegów z branży, ale również i wielu filmowców. Osoba Stephena Hawkinga nie raz pojawiała się przy okazji różnego rodzaju produkcji oscylujących wokół tematu fizyki. Jednakże James Marsh, twórca nagrodzonego Oscarem „Człowieka na linie”, postanowił przenieść na ekran nieco inne spojrzenie życia znakomitego uczonego, ze strony jego żony Jane. To właśnie jej książka opowiadająca o wielkiej miłości i trudach życia państwa Hawking stała się inspiracją dla scenariusza „Teorii wszystkiego”.

sobota, 31 stycznia 2015

1163. Birdman, reż. Alejandro González Iñárritu

Filmowe wyzwanie 2015 punkt #2 - Film nagrodzony Oscarem w 2015 roku w kategorii "Najlepszy film"
Oryginalny tytuł: Birdman
Reżyseria: Alejandro González Iñárritu
Scenariusz: Alejandro Gonz
ález Iñárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo
Zdjęcia: Emmanuel Lubezki
Muzyka: Antonio Sanchez
Kraj: USA
Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 27 sierpnia 2014 (Świat) 23 stycznia 2015 (Polska)
Obsada: Michael Keaton, Zach Galifianakis, Edward Norton, Andrea Riseborough, Amy Ryan, Emma Stone, Naomi Watts, Lindsay Duncan
     O tym, że jest to film wyjątkowy wie każdy. O tym, że nie jest to obraz dla każdego wiedzą wszyscy Ci, którzy film widzieli. Najnowsza produkcja od Alejandro Gonzáleza Iñárritu jest tak nietypową wykładnią aktorskiego życia, że trudno jest przejść obok niej obojętnie. Jedni pokochają „Birdmana”, innych bardziej sfrustruje, ale prawdą jest niezaprzeczalną, że ten niecodzienny twór zaskarbił sobie serca krytyków obsypujących go licznymi nagrodami.

niedziela, 17 sierpnia 2014

1141. Jak wytresować smoka 2, reż. Dean DeBlois

Oryginalny tytuł: How to Train Your Dragon 2
Reżyseria:
Dean DeBlois
Scenariusz:
Dean DeBlois
Autor: na podstawie
opowiadania Cressidy Cowell
Muzyka: John Powell
Kraj: USA
Gatunek: Animacja, Familijny, Fantasy, Przygodowy
Premiera: 16 maja 2014 (Świat) 20 czerwca 2014 (Polska)
Dubbing polski: Grzegorz Drojewski, Danuta Stenka, Miłogost Reczek, Julia Kamińska, Tomasz Błasiak, Szymon Kuśmider
      Smoki jakie są każdy widzi. Dotychczas już tyle przewinęło się ich przez ekrany kinowe, że ciężko byłoby zliczyć. Krwiożercze bestie ziejące ogniem siejące trwogę. Przynajmniej tak było kiedyś. Jednakże od chwili, gdy na ekrany wkroczyła ekranizacja opowiadania „Jak wytresować smoka” wszystko się zmieniło, a to za sprawą przeuroczego Szczerbatka Nocnej Furii, który rozkochał w sobie miliony dziecięcych serc (i nie tylko!). Teraz powraca, aby zbadać siłę prawdziwej przyjaźni, a przy okazji zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.