NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZORTY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SZORTY. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

piątek, 2 marca 2018

SZORTY #46 - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, Czas mroku, Tamte dni, tamte noce

Oryginalny tytuł: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri | Reżyseria: Martin McDonagh | Scenariusz: Martin McDonagh | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 04 września 2017 (Świat) 02 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 9/10

     Wśród stricte politycznych filmów, całkowicie poprawnych, zrealizowanych typowo pod ceremonię wręczenia najbardziej prestiżowych i totalnie nic nie znaczących nagród filmowych świata znajdują się takie twory, na które patrzy się z przyjemnością. Taki film stworzył właśnie Martin McDonagh- totalnie nieprzewidywalny i tak bardzo jaskrawy wśród tych wszystkich patetycznych rozmyślań.
     Samotnie wychowująca swoje dzieci kobieta (Frances McDormand) staje przed prawdziwą tragedią, gdy jedno z nich zostaje zgwałcone a następnie brutalnie zamordowane przez nieznanych sprawców. Po roku, kiedy śledztwa małomiasteczkowego biura szeryfa (Woody Harrelson) wciąż nie przynoszą odpowiedzi, kobieta wynajmuje pobliskie billboardy, aby przekazać wiadomość szeryfowi i całej okolicy. Nie spotyka się to z dobrym odbiorem.
     Takich filmów zawsze mi brakuje. Przewrotnych, bardzo nieoczywistych i tak bardzo kolorowych. „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” od samego początku zaskakuje tajemniczością. Bliżej niesprecyzowane problemy głównej bohaterki i przesłanki jej działania, które rozjuszają każdego w mieście. No, prawie każdego. Budzi to zaskoczenie, wręcz odrazę, bo jak można nie rozumieć dramatu matki, która utraciła swoją córkę w tak bestialski sposób. Inną kwestią jest charakterność tej kobietki, bo do grzecznych i łagodnych to ona nie należy. Mildred Hayes jest kobietą silną, ale też i porywczą, co niejednokrotnie udowadnia rozbawiając widza. Jednakże nie tylko jej zachowanie jest tutaj mocno przesadzone. Do podobnych atrakcji dochodzi przy okazji spotkań z szeryfem Willoughby, czy oficerem Dixonem. A dajcie tę trójkę do jednej sceny, to trzeba będzie uprzątnąć plan zdjęciowy. Każdy z nich ma mocny charakterek, ale tylko dwa z nich przechodzą zadziwiające zmiany. To nie do końca przekonuje, bo jakżesz można się zmienić w ciągu paru minut po przeczytaniu jednego listu. Historia nie kryje się ze swoją brutalnością. Jest w tym coś ze stylu Quentina Tarantino, gdzie jak coś ma być hardkorowe, to takie właśnie będzie. McDonagh daje duże pole do popisu dla swoich bohaterów, którzy wyrzucają wynajmujących przez okna, podpalają posterunki policji, czy strzelają sobie prosto w twarz. Jest to tak bardzo przejaskrawione, że aż śmieszne, ale to dobrze, bo nie jest to film trzymający się sztywnych reguł. Wszystko tutaj jest bardzo nieprzypadkowe, wszystko tak świetnie koreluje ze sobą i tworzy naprawdę genialną całość. Całość, która dostarcza bardzo wielu ciekawych emocji, która dostarcza uśmiechu, smutku, czy przerażenia. To w końcu świetna historia, która daje wiele możliwości interpretacji i tworzenia własnych zakończeń. Historia, która sprawia, że choć jest to tytuł w walce o Oscara, to jednak cała sala kinowa śmiała się pod nosem. Świetny film, po prostu! Mój faworyt.

Oryginalny tytuł: Darkest Hour | Reżyseria: Joe Wright | Scenariusz: Anthony McCarten | Obsada: Gary Oldman, Kristin Scott Thomas, Ben Mendelsohn, Lily James, Ronald Pickup, Stephen Dillane, Nicholas Jones, Samuel West | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Biograficzny, Dramat historyczny
Premiera: 01 września 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 6/10

     Nigdy nie przepadałam za filmami biograficznymi, a już na pewno nie za biografiami wielkich polityków. Jednakże nic tak nie skłania do seansu, jak obsadzenie genialnego Gary'ego Oldmana w roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych postaci w historii świata. Nic tak nie skłania do seansu, jak chęć poznania Winstona Churchilla.
     Czasy II wojny światowej, gdzie światu zagrażają naziści prowadzeni przez Adolfa Hitlera. Król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) powierza tworzenie nowego rządu Winstonowi Churchillowi (Gary Oldman), kontrowersyjnemu kandydatowi, któremu porażka w Narwiku nie przysparza poparcia wśród partyjnych kolegów. Podczas gdy jego poprzednicy i następcy w roli premierów Wielkiej Brytanii snują spiski, chcąc obalić jego urząd, mężczyzna ten robi wszystko, aby nie poddać się nazistowskiej potędze i uwolnić żołnierzy uwięzionych na plaży w Dunkierce.
     Filmy wojenne nigdy nie były moim konikiem. A jak jeszcze dochodzi do tego polityka, to już w ogóle staram się unikać szerokim łukiem. Jednakże takie tytuły zawsze będą miały poparcie wśród członków Akademii Filmowej. Zawsze! Dorzucić do tego trzeba jeszcze takiego znakomitego aktora jak Gary Oldman, reżysera też nie całkiem głupiego, bo w końcu Joe Wright dał nam „Pokutę”, czy „Dumę i uprzedzenie” i przepis na oscarowy film gotowy. Podążając za przyjętym schematem – jest dość nudno, wręcz straszliwie monotonnie, ale jest w tym jakaś ciekawość. O dziwo! Pewnie dlatego, że co jakiś czas Churchill rzuca jakimś niewybrednym dowcipem gasząc to patetyczne napięcie. Świetnie skonstruowany jest tutaj cały ten obraz zmowy a plecami premiera. Bardzo ciekawie prezentują się relacje Churchilla z królem- niby z dystansem, ale przede wszystkim z szacunkiem. Twórcy bardzo dobrze pokazują tutaj rozterki premiera, rozdartego między chęcią walki, a wymuszaniem poddaństwa. Rewelacyjna jest scena w metrze, będzie jedną z najbardziej pamiętliwych w kinie, więc tym bardziej szkoda, że nie jest poparta faktami. Gary Oldman błyszczy w tym filmie, ale prawda jest też taka, że najlepiej kreuje się postaci, których nie trzeba kreować. Churchill to taka osobowość, że nie da się tego zrobić źle, więc Oldman wyszedł z tego świetnie. Budził grozę, ale też niewątpliwą sympatię. Najbardziej żal mi, że totalnie zepchnięto na plan życie rodzinne bohatera. Postać żony Clementine wydawała się być wprowadzona do filmu dla większych celów. To samo tyczy się Lily James, która wcieliła się w postać Elizabeth Layton. Obecność tych dwóch pań okazała się być jednak całkowicie bezsensowna, niczego konkretnego nie wnosiły do fabuły. Pomimo tak wielu zalet fabularnych filmu, pomimo świetnej charakteryzacji i samej gry aktorskiej Gary'ego Oldmana, nie jest to film szczególnie wybitny. Dobija swoją monotonnością, ale to może tylko kwestia preferencji oglądającego. Jak dla mnie w wyścigu po statuetkę w najważniejszej kategorii pozostaje daleko w tyle.

Oryginalny tytuł: Call Me by Your Name | Reżyseria: Luca Guadagnino | Scenariusz: James Ivory | Obsada: Armie Hammer, Timothée Chalamet, Michael Stuhlbarg, Amira Casar, Esther Garrel, Victoire Du Bois | Kraj: USA, Włochy, Francja, Brazylia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 22 stycznia 2017 (Świat) 26 stycznia 2018 (Polska)
Ocena: 8/10

    Film, których tak bardzo brak w dzisiejszych czasach. Brak nie tylko na ekranach kin, ale przede wszystkim na galach wręczenia nagród filmowych. Tym bardziej zachwyca pojawienie się filmu Guadagnino w tej najważniejszej kategorii oscarowej, bo chyba trudno w tym roku o bardziej sielski i melancholijny film wśród nominacji.
     Gorące włoskie lato w małym miasteczku. Przystojny nastolatek zakochany w muzyce, uczący się od matki o romańskiej kulturze, czerpiący przyjemność z włoskich wakacji w starej willi. Gdy do jego ojca przyjeżdża w odwiedziny profesor specjalizujący się w lokalnej kulturze, jego świat wywraca się do góry nogami. Między chłopakiem a dorosłym mężczyzną nawiązuje się zaskakująca nić porozumienia, która budzić może spore kontrowersje wśród lokalnej społeczności.
     Podoba mi się różnorodność tegorocznych filmów walczących o Oscara dla najlepszego filmu. Podoba mi się, że takie filmy jak „Tamte dni, tamte noce” potrafią się wybić swoją historią i klimatem. Produkcja od Guadagnino zdecydowanie odstaje od reszty przede wszystkim z powodu tego błogiego uczucia, jakie wywołuje. Ten obraz to bardzo ciekawa na wielu płaszczyznach podróż po Włoszech. Wchłaniamy zapach pomarańczy, czujemy promienie włoskiego słońca na twarzy, włoskie stawy chłodzą nasze rozpalone ciała, a wszechobecna architektura zachwyca na każdym rogu. Nie obywa się również bez prezentacji charakteru Włochów, co akurat dostarcza odrobiny uśmiechu na twarzach. I w tej właśnie atmosferze rodzi się uczucie. Całkowicie zakazane, bo między mężczyzną a mężczyzną i jeszcze bardziej zakazane, bo między dorosłym mężczyzną a nastolatkiem. Budzić to może kontrowersje, bowiem akcja rozgrywa się w latach 80tych. Co za tym idzie bohaterowie muszą się ukrywać ze swoimi emocjami, co dodaje odrobiny dreszczyku. Jest nieporadnie, ale przy tym całkowicie uroczo. Niekiedy bywa też i zabawnie, choć za chwilę przerodzić może się to w prawdziwy dramat. Niewielu mogłoby pomyśleć, że takich uczuć dostarczy im podobny film. To wszystko jest zasługą cudownych aktorów, którzy swoim wyglądem i brzmieniem ich głosów rozmiękczają męskie i kobiece serca. Najpiękniejsze jest jednak w tym wszystkim jest to, co się dzieje gdy prawda wychodzi na światło dzienne. I uwierzcie... po tym filmie każdy chciałby mieć takich rodziców, jakich ma młody Elio. Tak bardzo otwartych, tak bardzo wyrozumiałych i tak bardzo mądrych. Końcowy monolog ojca chłopaka jest tym, który każdy chciałby usłyszeć, bo jest w nim bardzo dużo miłości i akceptacji. Szkoda jedynie, że historia kończy się w taki a nie inny sposób, bowiem piękno jakie w sobie zostawia, przy okazji brzmień słów rewelacyjnych piosenek „Mystery of Love” oraz „Visions of Gideon”, jest bezcenne.

niedziela, 20 sierpnia 2017

SZORTy #45: Nieodebrane połączenie, Następny jesteś Ty, Inkarnacja

Oryginalny tytuł: One Missed Call | Reżyseria: Eric Valette | Scenariusz: Andrew Klavan | Obsada: Shannyn Sossamon, Edward Burns, Ana Claudia Talancón, Ray Wse, Azura Skye, Johnny Lewis, Margaret Cho, Jason Beghe | Kraj: USA, Niemcy, Japonia | Gatunek: Horror
Premiera: 04 stycznia 2008 (Świat) 11 kwietnia 2008 (Polska)
Ocena: 2/10
     Ekranizowanie azjatyckich horrorów nie jest żadnego rodzaju ewenementem. Jedne zóry filmów wypadają lepiej, inne gorzej. Do tej drugi kategorii zalicza się na pewno „Nieodebrane połączenie”, które z niezwykle klimatycznego horroru stało się parodią nie wartą nawet uśmiechu.
     W małym mieście w makabrycznych okolicznościach giną młodzi ludzie. Każda kolejna ofiara znajduje na swojej poczcie głosowej nieodebraną wiadomość, zapowiedź swojej własnej śmierci. Szybko okazuje się, że osoby te znajdowały się w kontaktach na telefonach komórkowych poprzednio zamordowanych. Sprawą interesuje się młody detektyw, który próbuje rozwikłać zagadkę śmierci swojej siostry.
     Historia, która idealnie sprawdzała się w filmie azjatyckim, nawet w trzech kolejnych jego odsłonach, w Ameryce kuleje już przy pierwszym podejściu. Powód? Japońskie mordy są po prostu straszne! A Amerykańskie jedynie tylko wtedy, gdy aktorzy przesadzą z operacjami plastycznymi. To było oczywiste już od dawna, że to właśnie w tym tkwi sekret sukcesu azjatyckich filmów. Twórcy potrafią budować napięcie, stopniując wrażenia i przy okazji odkrywając kolejne elementy układanki. W filmie Valette tego nie ma zasadniczo nic nie ma sensu. Nie ma typowego śledztwa, które doprowadza do szokującej prawdy, nie ma odsłaniania kolejnych sekretów. Wszystko jest owiane tajemnicą i widz nie może stać się detektywem w tej sprawie. Kiedy dochodzi do wielkiej „kumulacji” wrażeń miejsce ma mocno fantastyczna scena, której wykonanie w ten sposób jest całkowicie zbędne, pozbawione jakiegokolwiek klimatu. Tym samym film staje się kolejnym slasherem, w którym młodzi ludzie giną z ręki mordercy. Wcześniej zabijały kasety, strony internetowe, a teraz telefony komórkowe. Oczywisty ruch ze strony ludzi, którzy uważają, że ludzkości odebrany został rozum, kiedy tylko sięgnęli po te luksusowe dobra. Film pozbawiony atmosfery grozy, pozbawiony sensu, a przy tym straszliwie nudny.

Oryginalny tytuł: You're Next | Reżyseria: Adam Wingard | Scenariusz: Simon Barrett | Obsada: Sharni Vinson, Nicholas Tucci, Wendy Glenn, AJ Bowen, Joe Swanberg, Margaret Laney, Amy Seimetz, Ti West, Bob Moran, Barbara Crampton | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 10 września 2011 (Świat) 06 września 2013 (Polska)
Ocena: 4/10
     Wydawałoby się, że era slasherów już dawno minęła. I wtem pojawia się „Następny jesteś Ty” licząc na to, że będzie kolejnym cravenowym hiciorem. Wingard jednak się przeliczył, bo film pozbawiony jest duszy.
     Kobieta wyjeżdża wraz ze swoim narzeczonym na kolację do posiadłości jego rodziców, na której poznać ma całą jego rodzinę. Na miejscu nie jest jednak tak przyjemnie jak sądziła i choć obwiniać można by o to członków rodziny skaczących sobie do gardeł, to jednak głównymi sprawcami stają się uzbrojeni po uszy psychole.
     Film dość niemrawo podąża naprzód. Każdy z utęsknieniem wyczekuje na dreszczyk emocji inni niż ten towarzyszący rodzinnym kłótniom. I wtem staje się! Rozpoczyna się krwawa rzeźnia zapoczątkowana strzałem z kuszy między oczy szwagra. Tak by się przynajmniej wydawało, ale od jednego zabójstwa do drugiego minąć musi zdecydowanie zbyt długa chwila. Nie ma co się jednak dziwić, bowiem potencjalnych ofiar jest względnie niewiele. Aczkolwiek... sposoby na ukatrupienie rodziny dość niekonwencjonalne, w szczególności jeden spośród nich jest wyjątkowy. Zaskakująco dynamiczny i teoretycznie trzymający z lekka w napięciu, ale głupota goni głupotę, jak zwykle przy tego typu filmach więc nic się nie zmienia, niestety. Objawia się tutaj gwiazda morderstwa, Sharni Vinson, której powódki też są totalnie dziwaczne. Mocno naciągana fabuła nie pomaga, tak samo zresztą jak dziwaczny klimat budowany komicznymi maskami. Jak jednak wiadomo, takowe przerażają najbardziej, ale nie wtedy kiedy tak często korzystano z tego pomysłu. Cały czas liczyłam na jakiś twist. Teoretycznie finał oferuje taki, ale niestety... nie jest to coś czego nie można było przewidzieć. Innymi słowy film nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom i niczym się nie różni od klasyków gatunku.

Oryginalny tytuł: Shelter | Reżyseria: Björn Stein, Måns Mårlind | Scenariusz: Michael Cooney | Obsada: Julianne Moore, Jonathan Rhys Meyers, Jeffrey DeMunn, Frances Conroy, Nate Corddry, Brooklynn Proulx | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 27 marca 2010 (Świat) 23 września 2011 (Polska)
Ocena: 7/10
     Szwedzcy twórcy stawiający pierwsze kroki w kinie grozy. Najpierw „Inkarnacja”, a za chwile kolejna odsłona „Underworld”. I choć sam tytuł przyniósł więcej strat niż zysków, to i tak śmiało można powiedzieć, że jest to jedno z filmowych zaskoczeń.
     Pani psychiatra, specjalizująca się w zaburzeniach osobowości mnogiej. Po utracie męża próbuje na nowo zdefiniować swoje życie wraz z córką. Aby mogła na nowo odnaleźć siebie jej ojciec prosi ją o poradę w sprawie jednego z pacjentów, wykazujący więcej niż jedną osobowość. Prowadząc badania i zagłębiając się coraz bardziej w jego psychikę z przerażeniem odkrywa, że prawdziwą przyczynę jego problemów.
     Lubię oglądać filmy, które okazują się być lepsze niż człowiek początkowo przypuszczał. „Inkarnacja” nie zapowiadała się na nic szczególnego. Film, który premierę miał jakiś czas temu i przeszedł praktycznie bez echa. Słaba promocja, nikt nic o nim nie mówił, czyli zazwyczaj niewielu ludzi po niego sięga. Widać to po słabych wynikach boxoffice. Jednakże okazuje się, że obraz ten staje się zupełnie czymś innym. Świetna gra psychologiczna, która z każdą minutą zamienia się w niesamowity dreszczowiec. Jeżeli ktokolwiek przypuszcza, że bohater Meyersa ma problem z głową... oj, będzie bardzo zaskoczony u finału produkcji! Takie niesamowite twisty sytuacyjne są czymś upragnionym w kinie. Coś co ma drugie dno i nigdy nie jest tym czym wydaje się być, może mocno pokiereszować ludzką psychikę. Duet Moore i Meyers udaje się dopiąć celu. Tworzą specyficzną parę, która igra z naszymi emocjami. Szwedzkim twórcom udało się stworzyć niesamowicie klimatyczny film, który u końca zaczyna lekko gubić się w swoim zamyśle. Psychologiczne igraszki wydają się być tutaj niczym w porównaniu ze starymi wierzeniami i mistyczne rytuały. Finał mocno szokujący i obezwładniający, choć na pewnym poziomie z pewnością do przewidzenia. Gdyby tylko cały motyw poprowadzony został tak jak do połowy filmu, byłoby to arcydzieło kina grozy. Zdecydowanie jest to jeden z tych filmów, który daje nam więcej niżeli moglibyśmy się po nim spodziewać!

wtorek, 8 sierpnia 2017

SZORTy #44: Gamer, Lockout, Klucz do wieczności


Oryginalny tytuł: Gamer | Reżyseria: Mark Neveldine, Brian Taylor | Scenariusz: Mark Neveldine, Brian Taylor | Obsada: Gerard Butler, Michael C. Hall, Alison Lohman, Kyra Sedgwick, Amber Valletta, Terry Crews | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 03 września 2009 (Świat) 23 października 2009 (Polska)
Ocena: 3/10
     Duet Neveldine & Taylor jest specyficzny. Nie każdemu musi przypaść do gustu sieka jaką serwuje ta dwójka, a którą zademonstrowali już przy okazji serii ze Stathamem. Wrócili z nowym tytułem- „Gamer”. Nie wiem dlaczego oczekiwałam, że mi się to spodoba...
     Świat przyszłości, w którym skazańcy mogą wykupić sobie drogę na wolność poprzez udział w grze na żywo. Przy pomocy nanotechnologii bogaci gracze mogą przejmować kontrolę nad ich umysłami i brać udział w rozgrywkach na śmierć i życie. Kiedy jeden z więźniów jest już bliski ukończenia swojej gry znajdzie się na celowniku twórcy całego wynalazku.
     Koncepcja baaardzo ciekawa. Niczym połączenie „Death Race” z „Surogatami”. Genialnie przerażająca wizja świata przyszłości, kiedy to nasze umysły miałyby być kontrolowane przez tych, którzy dadzą więcej kasy i to tylko dla swojej własnej przyjemności. Z początku powstająca Społeczność przeradza się w Zabójców, gdzie nie ważne staje się już przekuwanie w rzeczywistość swoich fantazji, także erotycznych, ale gra toczy się o większą stawkę- o życie. Ta rozrywka dotyczy tylko skazańców, którzy mogą wykupić sobie drogę na wolność? Brzmi znajomo? Statham również szalał w podobnej zabawie tylko nie strzelał do innych z karabinu, a jedynie rozwalał fury swoją bryką. To akurat jest mocno wtórne, ale i tak budzi pewien strach, powoduje dyskomfort. Jednakże poza samym pomysłem film nie oferuje absolutnie nic. Jest tak samo chaotyczny jak poprzednie produkcje. Całość wygląda jak jedna montażowa sieczka, która straszliwie męczy i wyzwala chęć na rozwalenie telewizora już po kilkudziesięciu minutach. Za dużo migania, za dużo abstrakcyjności, za dużo szatkowania, które przyprawia o ból głowy, a wręcz okropnie drażni. Do tego na pewnym etapie traci się gdzieś sens całej tej opowieści, a beznadziejne aktorstwo wcale nie polepsza sytuacji. Jedyne czym można się zachwycić to postać Michaela C. Halla- tak samo psychopatyczny, jak i jego Dexter. Problem tylko w tym, że ostatnie minuty z jego udziałem są totalnie nielogiczne. Zapowiadało się naprawdę ciekawie, ale tylko na interesującym zarysie się skończyło. Reszta jest ciężka do przetrawienia i przetrwania.

Oryginalny tytuł: Lockout | Reżyseria: James Mather, Stephen St. Leger | Scenariusz: James Mather, Stephen St. Leger, Luc Besson | Obsada: Guy Pearce, Maggie Grace, Vincent Regan, Joseph Gilgun, Lennie James, Peter Stormare, Jacky Ido | Kraj: Francja | Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 07 kwietnia 2012 (Świat) 03 sierpnia 2012 (Polska)
Ocena: 5/10
     Kino akcji w najlepszym wydaniu, w dodatku całkowicie wkupuje się w łaski współczesności z uwagi na swój fantastyczny charakterek. Luc Besson powraca z nowym hitem o tytule „Lockout”.
     Banda psychopatycznych skazańców przejmuje władzę w więzieniu orbitalnym. Zanim zniszczą całą stację kosmiczną muszę znaleźć sposób na wydostanie stamtąd córki prezydenta. W tym celu władze wysyłają na miejsce tajnego agenta, który liczy na to, że przy okazji załatwi swoje prywatne sprawy z jedną z więzionych tam osób.
     Kolejny film o więzieniu, z którego ktoś próbuje się wydostać, albo próbuje wejść do środka. Zmienna? Tym razem akcja rozgrywa się w kosmosie, więc ewidentnie jest to bardzo przyszłościowy film z dość ciekawą koncepcją wyzbycia się najgroźniejszych skazańców z powierzchni Ziemi. Do tego ciekawa intryga w związku ze skazańcami, bo co jeden gorszy jest od drugiego. Jedna samotna kobietka pomiędzy bandą zwyrodnialców? Nie trudno o konkretne i niezbyt pozytywne wnioski. Maggie Grace gra tutaj typową kobietkę, którą trzeba ratować z opresji. Nic zaskakującego. Nie mniej, gdy do akcji wkracza agent Snow przynajmniej robi się zabawnie, gdyż do tej pory jedynie wiało grozą. Pearce pokazuje się z zupełnie innej strony, takiej jego twarzy próżno szukać w innych filmach, bo widać, że tutaj dobrze się bawi. Całość bardzo fajnie się ogląda, wszelkie dłużyzny rozluźnione zostają sarkastycznymi uwagami, przez co nie ma opcji znużenia. Momentami zaskakuje, kiedy serwuje nagłe zwroty w akcji, albo prezentuje kolejne odchyły psychopatów. Ciekawy film, choć czegoś ewidentnie mu brak- stawiam na dynamizm!

Oryginalny tytuł: Self/less | Reżyseria: Tarsem Singh | Scenariusz: David Pastor, Àlex Pastor | Obsada: Ryan Reynolds, Natalie Martinez, Matthew Goode, Ben Kingsley, Victor Garber, Derek Luke | Kraj: USA | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 10 lipca 2015 (Świat) 24 lipca 2015 (Polska)
Ocena: 4/10
     Hinduski reżyser, który ma na swoim koncie bardzo skrajne produkcje- od „Celi”, aż po „Śnieżkę”. Najnowszy tytuł do skrajnych może nie należy, ale z pewnością zmusza do refleksji.
     Zamożny biznesman coraz gorzej znosi postępującą chorobę. Postanawia podjąć ryzyko przeniesienia jego świadomości do młodszego ciała, wyhodowanego syntetycznie w tym celu w laboratorium. Od tamtej pory nawiedzają go obce wspomnienia, więc chce poznać tego przyczynę.
      „Klucz do wieczności” wyglądał na całkiem interesujący i przede wszystkim dynamiczny film. Pozory jednak ponownie mnie zmyliły. Fabuła nadal pozostaje zastanawiająca i mocno niepokojąca, tak samo jak i wszystkie obrazy, które naruszają tematykę ludzkiej świadomości, ale cały wątek jest poprowadzony tak leniwie, że siłą trzeba się powstrzymywać przed przerwaniem seansu. Na szczęście człowiek jest bestią niezwykle ciekawską, a każdego z pewnością zaintryguje fakt tajemniczych wspomnień, a na pewnym etapie – jak postąpi główny bohater. To pytanie, które trzyma nas przed ekranem, bo na pewno nie jest to Ryan Reynolds choć wydaje się być o wiele mniej drażliwy niż w dotychczasowych filmach. Tajemnica, która jest raczej do przewidzenia, a która nasuwa kolejne znaki zapytania. I choć bohater nie należy do jakichś szczególnie charyzmatycznych, to i tak wyczekujemy na rozwój jego losów. Trzeba przyznać niestety, że ta kolejka w tej poczekalni dłuży się niemiłosiernie, a my marzymy o pochwyceniu w rękę jakiejś gry w ramach rozrywki. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że z tak ciekawego pomysłu, który mógł dać początki rozważań na temat człowieczeństwa, ale również być inspiracją do ciekawych, dynamicznych akcji, powstała taka mimoza, która broni się jedynie zakończeniem. Hm. Dziwaczny to twór jest, po raz kolejny. Brawo Tarsem!

wtorek, 18 lipca 2017

SZORTy #43: Nauka spadania, Życie.po.Życiu, Dziadek i ja

Oryginalny tytuł: A Long Way Down | Reżyseria: Pascal Chaumeil | Scenariusz: Jack Thorne | Obsada: Pierce Brosnan, Toni Collette, Aaron Paul, Imogen Poots, Sam Neill, Rosamund Pike | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 10 lutego 2014 (Świat) 21 marca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Twórca raczej średnio udanych francuskich komedii romantycznych. Chaumeil postanawia więc zmienić front i bierze się za prozę Nicka Hornby'ego. Tak powstaje przejmująca i intrygująca propozycja dla niedoszłych samobójców o wymownym tytule „Nauka spadania”.
     Za kilka minut zegar wskaże północ. Dla byłego prezentera telewizyjnego jest to idealna noc, aby zakończyć swój żywot. Zabiera drabinę pod pachę i idzie na dach jednego z najwyższych wieżowców. Jednakże zanim będzie dane mu skoczyć spotka tam trójkę innych ludzi, którzy wpadli na podobny pomysł odebrania sobie życia.
     Zaczyna się dość niekonwencjonalnie. Można nawet powiedzieć, że zaskakująco zabawnie. Co może się wydarzyć podczas spadania w dół? Cała masa rzeczy, która będzie w stanie nas od tego odwieść, z trójką obcych ludzi na czele. Każdy z nich ma do opowiedzenia własną historię, mniej bądź bardziej poruszającą, która najwyraźniej stanowiła bodziec do tak drastycznych środków. Twórcy nie bawią się w oskarżycieli, nie mają czelności oceniać powódek bohaterów, ani ich życia. Dają tym samym sposobność do odczuwania z ludźmi znajdującymi się w położeniu popychającym ich na skraj przepaści. Patrząc na różnorodność przyczyn łatwo zrozumieć, że bez względu na przeszłość, status majątkowy, czy sytuację rodzinną każdy może w pewnej chwili poczuć się na tyle bezsilny, aby chcieć skończyć ze swoim życiem. Takie podróże osobiste momentami stają się bardzo uciążliwe, nużące, nie do końca potrafi to przykuć uwagę widza. Zdarzają się lepsze momenty, chwile napięcia, humoru, swobody i luzu, ale jest to bardzo rzadkie. Z tego wszystkiego najciekawszy jest chyba wstęp i zamknięcie. Reszta to tylko zapychacz, gadanina- momentami bezsensowna, bo nic nie wnosząca do fabuły.

Oryginalny tytuł: After.Life | Reżyseria: Agnieszka Wójtowicz-Vosloo | Scenariusz: Agnieszka Wójtowicz-Vosloo, Paul Vosloo, Jakub Korolczuk | Obsada: Christina Ricci, Liam Neeson, Justin Long, Chandler Canterbury | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 07 listopada 2009 (Świat)
Ocena: 5/10

     „Życie.po.życiu” sklasyfikować można do gatunku filmów, które zawsze były problematyczne dla twórców, w szczególności polskich. Nie mniej, Agnieszka Wójtowicz-Vosloo pokazuje, że nawet i w tym nurcie odnaleźć można coś intrygującego.
     Młoda nauczycielka prowadzi dość monotonne życie ze swoim życiowym partnerem. Niestety, po jednej z nieudanych kolacji kobieta ma wypadek. Budzi się na stole w domu pogrzebowym.
     Fabuła już od samego początku nakreśla o czym traktować będzie cały film. Rozważania na temat życia, czerpania z niego pełnymi garściami to coś co obija się po kinematografii od lat, ale żadna produkcja nie uderza tak celnie w człowieka. Ta oczywistość niektórych będzie drażnić, ale inni totalnie się w niej zatracą i może nawet wyciągną konkretne wnioski. Film Wójtowicz-Vosloo to zdecydowanie nietypowe dzieło, które nie każdemu musi się spodobać. Natomiast Ci, którzy jakimś sposobem zostaną urzeczeni głowić będą się nad drugim dnem obrazu. Klimatu nie można mu odmówić, bowiem rzadko zdarzają się tak mroczne i niepokojące filmy. Wszechobecność śmierci również jest przytłaczająca, a zdjęcia ją reprezentujące na swój sposób przerażające. Wygląda to mniej więcej tak, jakoby po śmierci człowiek rozpoczynał nowe życie, drugie życie, życie po życiu. Aktorsko nie ma tutaj żadnych rewelacji. Neeson odnajduje się w dość niepozornej, ale lekko przerażającej roli. Natomiast Ricci całkowicie straciła swój blask. Pomimo wielu plusów, pomimo wielu wad jest to jedynie przeciętny film z zaskakującym finałem, bowiem to wtedy nasuwa się jedno zasadnicze pytanie, które robi człowiekowi prawnie z mózgu: to ona była w końcu martwa, czy nie?

Oryginalny tytuł: Wild Awake | Reżyseria: M. Night Shyamalan | Scenariusz: M. Night Shyamalan | Obsada: Joseph Cross, Robert Loggia, Dana Delany, Denis Leary, Julia Stiles, Rosie O'Donnell, Camryn Manheim, Dan Lauria, Timothy Reifsnyder, Michael Shulman, | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Familijny, Komedia
Premiera: 20 marca 1998 (Świat) 17 listopada 2006 (Polska)
Ocena: 7/10

     Najpierwsiejszy z filmów M. Night Shyamalana, który trafił do szerszej dystrybucji. „Dziadek i ja” to jeszcze obraz sprzed czasów zanim reżyser został znienawidzony przez wielu. Niewinny, intymny, tak bardzo wzruszający.
     Mały chłopiec, uczeń katolickiej szkoły traci swojego ukochanego dziadka. Pogodzenie się z jego śmiercią przychodzi mu z niezwykłym trudem, dlatego też próbuje znaleźć sposób, aby porozumieć się z Bogiem i znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące go pytania, a przede wszystkim dowiedzieć się czy jego dziadkowi dobrze się powodzi w Niebie.
     Film na pozór familijny, bowiem „Dziadek i ja” jest obrazem o rodzinie. Trudy radzenia sobie ze śmiercią ukochanego człowieka, który wykazywał tak wiele dobroci, zrozumienia, czułości, który zastępował nam najlepszego przyjaciela, a niekiedy nawet i rodzica. Jednakże z drugiej strony jest to przede wszystkim prezentacja głębokiej wiary, która zagnieżdża się w człowieku, a także możliwość przeglądu innych jej odłamów- co ciekawie się tutaj objawia, a także dojrzewania do niej i próby zrozumienia jej dogmatów. Fascynujące jest to jak młody Joshua odnosi się do każdej z wiar, aby móc jak najprędzej porozumieć się z Bogiem, choć nie jest ważne z jakiej religii będzie pochodzić. Rozpoczyna przygodę niezwykłą, tak bardzo odmienną od podróży w głusz, choć z drugiej strony bazującej na tym samym fundamencie- chęci poznania. Z jednej strony może być to i zabawne, bo chłopiec w końcu chodzi do katolickiej szkoły, ale z drugiej chęć dowiedzenia się, czy po śmierci z jego dziadkiem jest wszystko okej staje się naprawdę poruszająca. Momentami ciężko jest powstrzymać się od łez, kiedy to człowiekowi na myśl przychodzi wspomnienie jego własnego dziadka. Trudno jest więc znaleźć coś co przyprawiło by nas o rozbawienie, choć trzeba przyznać, że buźka małego Crossa jest urocza i od razu wyzwala uśmiech od ucha do ucha. M. Night Shyamalan stworzył film bardzo niezwykły bowiem wraz z małym Joshuą wyruszaliśmy w tę podróż, podczas której odkryliśmy nowe pokłady empatii, inne religijne odłamy, ale przede wszystkim mieliśmy chwilę, aby pomyśleć o własnym dziadku i przypomnieć sobie ile dla nas znaczył.

czwartek, 6 lipca 2017

SZORTy #42: Mad Max, Mad Max 2, Mad Max 3: Pod kopułą gromu

Oryginalny tytuł: Mad Max | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller | Obsada: Mel Gibson, Joanne Samuel, Hugh Keays-Byrne, Steve Bisley, Tim Burns | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny
Premiera: 12 kwietnia 1979 (Świat) 30 grudnia 1979 (Polska)
Ocena: 5/10

     Jeden z największych fenomenów światowego kina. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych filmów, a przy tym jeden z pierwszych filmów Mela Gibsona. George Miller przywołał do życia postać „Mad Maxa”, którego legenda trwa do dziś.
     Młody policjant naraża się gangowi motocyklowemu, kiedy zabija ich towarzysza. Nie świadomy, że jest przez nich poszukiwany wyrusza z rodziną na wieś, aby odpocząć. Jednakże, gdy szaleni motocykliści zagrażają życiu jego żony i dziecka policjant postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.
     Narodziny kultowej postaci. Narodziny tak nietypowe, że aż dziwnie się na to wszystko patrzy. Fabuła dość dziwaczna, totalnie bezsensowna. Grupa szaleńców na motorach jeżdżąca po ulicach przez trzy czwarte filmu. I jakiś tam sobie człowieczek, któremu jakimś niewyjaśnionym sposobem udaje się na nich trafiać co rusz. Mówi się, że jest to genialny film postapo. No niestety, ale chyba nie przy pierwszej odsłonie. Ma swój dziwaczny, niepokojąco samotny klimat, ale nie nazwałabym tego światem po apokalipsie. Trudno stwierdzić na czym przydałoby się skupić uwagę, bowiem całość zawiewa taką nudą, że aż żal patrzeć. Wszystko oczywiście do czasu, bowiem musi się znaleźć ten moment przełomowy, który z Mela Gibsona stworzy takiego a nie innego bohatera. Mamy go tutaj i jest on mega drastyczny. W zasadzie jest to jedyna chwila, kiedy pojawiają się jakieś emocje. A jakie? Dość zaskakujące, ale chyba bardziej nieoczekiwane jest to co następuje później. Brutality! Jak dla mnie „Mad Max” nie jest aż tak kultowy. Może w swoich czasach ludzie dostrzegali w nim to, czego nie widzę ja teraz. Nieistotne, bowiem przesłanie jest niejasne, a całość żenująco nużąca. Dobrze, że nie trwa to nieskończenie długo, choć takie też sprawia wrażenie.

Oryginalny tytuł: Mad Max 2 | Reżyseria: George Miller | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes, Brian Hannant | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Vernon Wells, Steve J. Spears, Michael Preston, Max Phipps | Kraj: Australia | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 24 grudnia 1981 (Świat) 30 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 6/10

     Kolejny tytuł kultowej serii, który z mocnym przytupem wkracza w klimat postapo. George Miller podąża dalej swoim tokiem myślenia i tworzy mocny i dynamiczny film.
     Czas po wielkim bum. W poszukiwaniu schronienia były policjant trafia do osady, w której wydobywa się ropę. Tym samym staje się jedyną osobą odpowiednią do ochronienia niewinnych przed gangiem chcącym odebrać im najbardziej pożądany surowiec na Ziemi.
     Kontynuacja filmu, która jest dowodem na to, że nie zawsze sequele są gorsze od pierwowzoru. Seria Millera jest nietypowa pod tym względem, że choć uznawana jest za wyznacznik współczesnego postapokaliptycznego świata w filmie, to nie rozpoczyna się od razu od wielkiego rozpierdzielnika. To właśnie ten film najbardziej obfituje we wszelkie elementy, które zachwycają swoją surowością, a tym samym dają idealny obraz świata po katastrofie. Niesamowite pustynne scenerie, mocno zniszczone kostiumy, które idealnie podkreślają charakter spustoszenia i odseparowania ludzkości od wszelkich dóbr doczesnych. W tym wszystkim idealnie odnajduje się fabuła, krążąca wokół najważniejszego źródła energii- paliwa. Najwyraźniej woda dla nich nie jest najistotniejsza. Choć i tutaj pojawiają się psychopatyczni obywatele na motocyklach, zupełnie jak w pierwszym filmie, to ich działanie i odchylenie na psychice ma zdecydowanie większy sens. Tym samym całość jest o wiele bardziej spójna, o wiele bardziej dynamiczna, o wiele bardziej zrozumiała, a co za tym idzie strawna. Kiedy więc pierwszy tytuł w ogóle mnie nie przekonał, tak druga odsłona kupiła mnie swoim klimatem!

Oryginalny tytuł: Mad Max Beyond Thunderdome | Reżyseria: George Miller, George Ogilvie | Scenariusz: George Miller, Terry Hayes | Obsada: Mel Gibson, Bruce Spence, Tina Turner, Angry Anderson, Angelo Rossitto, Helen Buday, Justine Clarke | Kraj: Australia, USA | Gatunek: Sensacyjny, Sci-Fi
Premiera: 29 czerwca 1985 (Świat) 30 grudnia 1985 (Polska)
Ocena: 6/10

     Ostatni z filmów serii „Mad Max”, przynajmniej w swoim czasie i z udziałem Mela Gibsona. „Pod kopułą gromu” uznawany jest za najgorszy z trylogii Millera, ale jak dla mnie jest plasuje się pomiędzy nudną jedynką, a bardziej od niego spójną dwójką.
     Po podróży przez pustkowia były policjant trafia do miasta, produkującego własne źródło energii. Tym samym znajduje się w samym środku walki o władzę dwóch całkowicie skrajnych osobowości. W efekcie zostaje wygnany, a następnie odratowany przez żyjące w odosobnieniu dzieci.
     Jest to całkowicie odmienny od poprzednich film. Początkowo intrygujący, kiedy Max trafia do dziwacznego miasta o dziwacznym sposobie na tworzenie energii. Rozgrywki, odrobina dynamizmu, nawet to wszystko potrafi zainteresować nie tylko wykonaniem, ale również fabułą. Wtedy też objawia się Tina Turner w swojej filmowej roli, jak dla mnie całkiem konkretnej i nie najgorzej zagranej. Niestety, później następuje totalny zwrot, który sprawia, że obraz zamienia się w jakąś bajkę dla dzieci, z wysłannikami Piotrusia Pana na czele. Bardzo skrajny skok z dość mrocznego postapo w klimatem rodem z Nibylandii. Nieudane całkowicie, ale i tak jest to bardziej znośne od pierwszego bezsensownego wariactwa. Wkrada się tutaj odrobina melodramatu, nawet i chwile napięcia, ale jest to zdecydowanie za mało, aby pozwolić na długotrwały zachwyt. Nie mniej, nie nudzi tak jak poprzednicy, więc jest dla niego nadzieja przy powtórnym seansie!

sobota, 24 czerwca 2017

SZORTy #41: Skóra, w której żyję, Misery, Kwiat pustyni

Oryginalny tytuł: La Piel que habito | Reżyseria: Pedro Almodóvar | Scenariusz: Pedro Almodóvar | Obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet Roberto Álamo, Eduard Fernández | Kraj: Hiszpania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 19 maja 2011 (Świat) 16 września 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Jeden z najchętniej oglądanych i najpopularniejszych hiszpańskich reżyserów. Pedro Almodóvar daje kolejne genialne dzieło, bazując na szokującej powieści autorstwa Thierry'ego Jonqueta „Tarantula”.
     Hiszpański chirurg plastyczny pracuje nad syntetyczną, odporną na uszkodzenia skórą. Swoje testy przeprowadza na tajemniczej kobiecie, pięknej kobiecie, którą przetrzymuje w swoim domu.
     Jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jakie przyszło mi oglądać. Szokujących, a przy tym mocno zdeprawowanych i przerażających. „Skóra, w której żyję” rozpoczyna się zdecydowanie za bardzo spokojnie. Od razu zapala się lampka ostrzegająca, bo coś tutaj nie gra. Mocno medyczny charakter, z precyzją chemika dobieranie struktur dających pożądany efekt, pożądany produkt. Wystąpienia na konferencjach, a potem? Cóż... potem włamanie, dziwaczne w skutkach, które szokuje. Jednakże jak myślicie, że na tym skończą się zwroty w akcji to bardzo się mylicie. Tego co ma nadejść nikt się nie spodziewa, no bo jak? Nie mniej, od pewnego momentu z łatwością można się domyślić w czym tkwi sekret tej produkcji, co jest jej drugim dnem. Świetnie jest to zmontowane, Almodóvar sprawnie buduje napięcie- to pewne. Bierze na barki historię, która wstrząsała czytelnikami, a niczego nie świadomy widz zaplątał się w siatkę tajemnic filmowych. Stworzenie psychologicznej warstwy filmu również się udało, choć nie dla każdego będzie to wystarczające. Można było co prawda bardziej popracować nad ludzkimi relacjami, stworzyć większą problematykę postaci, ale i tak efekt jest zachwycający. Świetnie się to ogląda, film wciąga jak niewiele produkcji. Zdecydowanie godny polecenia z uwagi na historię i jej poprowadzenie. Godny polecenia z uwagi na swoją moc w przekazie, no i klimat, klimat tajemnicy, który jest tutaj traumatyzujący.

Oryginalny tytuł: Misery | Reżyseria: Rob Reiner | Scenariusz: William Goldman | Obsada: Kathy Bates, James Caan, Richard Farnsworth, Frances Sternhagen, Lauren Bacall, Graham Jarvis | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 30 listopada 1990 (Świat) 31 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 7/10

     Klasyka kina grozy, zekranizowana na podstawie kultowej powieści Stephena Kinga. Nieprzeciętna „Misery” będąca odskocznią od aktorskiej kariery Reinera, natomiast dla Kathy Bates stała się przełomem.
     Poczytny pisarz ulega wypadkowi podczas śnieżycy. Odnajduje go i pomaga mu tajemnicza pielęgniarka, która okazuje się być najwierniejszą fanką jego twórczości, w szczególności tej związanej z postacią Misery.
     Interesująca produkcja, utrzymana w dość kiczowatym klimacie, ale tak bardzo oddająca charakter przełomu lat 80tych i 90tych ubiegłego wieku. Fabularnie jest to zdecydowanie coś dla miłośników książek, którzy tym seansem ustrzec się mogą od pewnej psychozy wywołanej nadmierną fascynacją treścią ulubionych powieści. Tutaj zdecydowanie podziałał czynnik zbyt poważnego potraktowania książki i nadmiernego przywiązania do jej głównej bohaterki. Jest to przykład genialnego złoczyńcy wykreowanego przez świat, którego zamiłowaniem stały się powieści konkretnego autora. Typowy stalker, który tworzy ołtarzyki z ukochanym pisarzem i marzy o podejściu z nim do ślubnego kobierca. Trzeba przyznać, że motyw całkiem przedni wywołujący sporo niepokoju w człowieku. Jednakże trzeba przyznać również, że jest to tytuł mocno przewidywalny, niczym nie zaskakujący widza, aczkolwiek pewnie w ówczesnych czasach ktoś jeszcze mógł uwierzyć uroczej buźce Annie. Rozwój wydarzeń bardzo dobrze buduje napięcie, gdyż nie do końca wiadomo, co stanie się ze wspomnianym pisarzem. Aż ciężko rozmyślać nad tym, czy i sam Stephen King przeżył podobne chwile grozy. Hm. Jest tutaj również kilka scen, które kumulują w nas emocje, jak chociażby wykradanie się z pokoju, a później prędkie do niego wracanie, przed powrotem Annie. Takich emocji człowiek nie chciałby doświadczyć w realu. Jak dla mnie jest to naprawdę bardzo fajny film, który potrafi zaintrygować i przykuć uwagę widza. Nietuzinkowy, a z drugiej strony na tyle życiowy, aby poczuć się nim całkowicie omamionym.

Oryginalny tytuł: Desert Flower | Reżyseria: Sherry Hormann | Scenariusz: Sherry Hormann | Obsada: Liya Kebede, Sally Hawkins, Craig Parkinson, Meera Syal, Anthony Mackie, Juliet Stevenson, Timothy Spall | Kraj: Wielka Brytania, Austria, Niemcy | Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 05 września 2009 (Świat) 26 marca 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

     Produkcja Sherry Hormann, amerykańskiej reżyserki cichych obrazów, która u swoich podstaw ma wstrząsającą historię modelki Waris Dirie. Kobieta po latach postanowiła opowiedzieć całemu światu o dramacie somalijskich dziewcząt, a przyjęło to powieść jej autobiograficznej powieści o tytule- „Kwiat pustyni”.
     Młoda i piękna dziewczyna, ucieka ze swojego rodzinnego domu w Somalii i przyjeżdża na Wyspy Brytyjskie. Kiedy po sześciu latach, rodzina, u której się zatrzymała postanawia powrócić do kraju, ona szuka swojego szczęścia gdzie indziej. Przypadkowo wkracza w świat mody, choć piętno tego co jej zrobiono w dzieciństwie, nie pozwala jej otworzyć się na ludzi.
     Czasami słyszymy historie, które wydają się nam bardzo obce. Historie, które dotykają małych zakątków naszego świata. Często są to historie, o których w ogóle się nie mówi z uwagi na religijne, plemienne przekonania. Czasami ktoś się przełamie i potem powstają takie traumatyczne książki, jak „Kwiat pustyni”, na podstawie których robi się filmy. Obraz Sherry Hormann przesycony jest emocjami. Prezentuje obraz wycofanej dziewczyny, która nie włada dobrze językiem angielskim, a pęta jej przeszłości nie ograniczają jej swobodę w kontaktach z innymi ludźmi- w szczególności mężczyznami. Jak można bowiem żyć z taką krzywdą wyrządzoną przez bliskich? I to jeszcze w tak młodym wieku? Waris jakoś żyła i radziła sobie z tym świetnie, choć i nie bez skrępowania. Ze łzami w oczach obserwujemy jak traumatyczne są to dla niej wspomnienia. Ze łzami w oczach obserwujemy relację z tej straszliwej chwili. Inaczej nie da się na to patrzeć. Oczywistym jest, że takie sceny zawsze najbardziej będą poruszać i wydaje się, że są to jedyne chwile, które wzbudzają większe emocje w widzu. Nie mniej, kogo nie cieszą postępy dziewczyny w świecie mody? Kogo nie ucieszy przemiana jaką przechodzi? Może i nie jest to poprowadzone dynamicznie, bo jakże może skoro to dramat, ale z pewnością jest w stanie przykuć uwagę. W szczególności, że Waris jest niesamowicie piękna. Każda sesja z jej udziałem uwydatnia jej urodę coraz bardziej, choć nie trudno oprzeć się wrażeniu, że modelka trafiła do jakiegoś zupełnie innego światka modelingu. Na ekranie towarzyszy jej cudowna Sally Hawkins, która stara się realizować tu swoje własne marzenia, ale znajomość z Waris nie pozostała bez wpływu na nią samą. Kolejna cudowna przemiana. Film może i nie jest jakiś wielce wybitny, może momentami zanudza, a innym razem ułagadza fakty. Pewne jest jednak to, że porusza i to niejednokrotnie, a fakt, że rytualne okaleczanie dziewczynek jest wciąż praktykowane, nawet po interwencji Waris w ONZ jest po prostu... obezwładniające.