
Oryginalny
tytuł: Gamer
| Reżyseria: Mark Neveldine, Brian Taylor | Scenariusz: Mark
Neveldine, Brian Taylor | Obsada: Gerard Butler, Michael C. Hall,
Alison Lohman, Kyra Sedgwick, Amber Valletta, Terry Crews | Kraj:
Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Thriller, Sci-Fi
Premiera: 03 września 2009 (Świat) 23 października 2009 (Polska)
Ocena:
3/10
Duet
Neveldine & Taylor jest specyficzny. Nie każdemu musi przypaść
do gustu sieka jaką serwuje ta dwójka, a którą zademonstrowali
już przy okazji serii ze Stathamem. Wrócili z nowym tytułem-
„Gamer”. Nie wiem dlaczego oczekiwałam, że mi się
to spodoba...
Świat
przyszłości, w którym skazańcy mogą wykupić sobie drogę na
wolność poprzez udział w grze na żywo. Przy pomocy
nanotechnologii bogaci gracze mogą przejmować kontrolę nad ich
umysłami i brać udział w rozgrywkach na śmierć i życie. Kiedy
jeden z więźniów jest już bliski ukończenia swojej gry znajdzie
się na celowniku twórcy całego wynalazku.
Koncepcja
baaardzo ciekawa. Niczym połączenie „Death Race”
z „Surogatami”. Genialnie przerażająca wizja
świata przyszłości, kiedy to nasze umysły miałyby być
kontrolowane przez tych, którzy dadzą więcej kasy i to tylko dla
swojej własnej przyjemności. Z początku powstająca Społeczność
przeradza się w Zabójców, gdzie nie ważne staje się już
przekuwanie w rzeczywistość swoich fantazji, także erotycznych,
ale gra toczy się o większą stawkę- o życie. Ta rozrywka dotyczy
tylko skazańców, którzy mogą wykupić sobie drogę na wolność?
Brzmi znajomo? Statham również szalał w podobnej zabawie tylko nie
strzelał do innych z karabinu, a jedynie rozwalał fury swoją
bryką. To akurat jest mocno wtórne, ale i tak budzi pewien strach,
powoduje dyskomfort. Jednakże poza samym pomysłem film nie oferuje
absolutnie nic. Jest tak samo chaotyczny jak poprzednie produkcje.
Całość wygląda jak jedna montażowa sieczka, która straszliwie
męczy i wyzwala chęć na rozwalenie telewizora już po
kilkudziesięciu minutach. Za dużo migania, za dużo
abstrakcyjności, za dużo szatkowania, które przyprawia o ból
głowy, a wręcz okropnie drażni. Do tego na pewnym etapie traci się
gdzieś sens całej tej opowieści, a beznadziejne aktorstwo wcale
nie polepsza sytuacji. Jedyne czym można się zachwycić to postać
Michaela C. Halla- tak samo psychopatyczny, jak i jego Dexter.
Problem tylko w tym, że ostatnie minuty z jego udziałem są
totalnie nielogiczne. Zapowiadało się naprawdę ciekawie, ale tylko
na interesującym zarysie się skończyło. Reszta jest ciężka do
przetrawienia i przetrwania.

Oryginalny
tytuł: Lockout
| Reżyseria: James Mather, Stephen St. Leger | Scenariusz: James
Mather, Stephen St. Leger, Luc Besson | Obsada: Guy Pearce, Maggie
Grace, Vincent Regan, Joseph Gilgun, Lennie James, Peter Stormare,
Jacky Ido | Kraj: Francja | Gatunek: Thriller, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 07 kwietnia 2012 (Świat) 03 sierpnia 2012 (Polska)
Ocena:
5/10
Kino
akcji w najlepszym wydaniu, w dodatku całkowicie wkupuje się w
łaski współczesności z uwagi na swój fantastyczny charakterek.
Luc Besson powraca z nowym hitem o tytule „Lockout”.
Banda psychopatycznych skazańców przejmuje władzę w więzieniu
orbitalnym. Zanim zniszczą całą stację kosmiczną muszę znaleźć
sposób na wydostanie stamtąd córki prezydenta. W tym celu władze
wysyłają na miejsce tajnego agenta, który liczy na to, że przy
okazji załatwi swoje prywatne sprawy z jedną z więzionych tam
osób.
Kolejny film o więzieniu, z którego ktoś próbuje się wydostać,
albo próbuje wejść do środka. Zmienna? Tym razem akcja rozgrywa
się w kosmosie, więc ewidentnie jest to bardzo przyszłościowy
film z dość ciekawą koncepcją wyzbycia się najgroźniejszych
skazańców z powierzchni Ziemi. Do tego ciekawa intryga w związku
ze skazańcami, bo co jeden gorszy jest od drugiego. Jedna samotna
kobietka pomiędzy bandą zwyrodnialców? Nie trudno o konkretne i
niezbyt pozytywne wnioski. Maggie Grace gra tutaj typową kobietkę,
którą trzeba ratować z opresji. Nic zaskakującego. Nie mniej, gdy
do akcji wkracza agent Snow przynajmniej robi się zabawnie, gdyż do
tej pory jedynie wiało grozą. Pearce pokazuje się z zupełnie
innej strony, takiej jego twarzy próżno szukać w innych filmach,
bo widać, że tutaj dobrze się bawi. Całość bardzo fajnie się
ogląda, wszelkie dłużyzny rozluźnione zostają sarkastycznymi
uwagami, przez co nie ma opcji znużenia. Momentami zaskakuje, kiedy
serwuje nagłe zwroty w akcji, albo prezentuje kolejne odchyły
psychopatów. Ciekawy film, choć czegoś ewidentnie mu brak- stawiam
na dynamizm!
Oryginalny
tytuł: Self/less |
Reżyseria: Tarsem Singh | Scenariusz: David Pastor, Àlex
Pastor | Obsada: Ryan Reynolds, Natalie Martinez, Matthew Goode, Ben
Kingsley, Victor Garber, Derek Luke | Kraj: USA | Gatunek: Thriller,
Sci-Fi
Premiera: 10 lipca 2015 (Świat) 24 lipca 2015 (Polska)
Ocena:
4/10
Hinduski
reżyser, który ma na swoim koncie bardzo skrajne produkcje- od
„Celi”,
aż po „Śnieżkę”.
Najnowszy tytuł do skrajnych może nie należy, ale z pewnością
zmusza do refleksji.
Zamożny biznesman coraz gorzej znosi postępującą chorobę.
Postanawia podjąć ryzyko przeniesienia jego świadomości do
młodszego ciała, wyhodowanego syntetycznie w tym celu w
laboratorium. Od tamtej pory nawiedzają go obce wspomnienia, więc
chce poznać tego przyczynę.
„Klucz
do wieczności”
wyglądał na całkiem interesujący i przede wszystkim dynamiczny
film. Pozory jednak ponownie mnie zmyliły. Fabuła nadal pozostaje
zastanawiająca i mocno niepokojąca, tak samo jak i wszystkie
obrazy, które naruszają tematykę ludzkiej świadomości, ale cały
wątek jest poprowadzony tak leniwie, że siłą trzeba się
powstrzymywać przed przerwaniem seansu. Na szczęście człowiek
jest bestią niezwykle ciekawską, a każdego z pewnością
zaintryguje fakt tajemniczych wspomnień, a na pewnym etapie – jak
postąpi główny bohater. To pytanie, które trzyma nas przed
ekranem, bo na pewno nie jest to Ryan Reynolds choć wydaje się być
o wiele mniej drażliwy niż w dotychczasowych filmach. Tajemnica,
która jest raczej do przewidzenia, a która nasuwa kolejne znaki
zapytania. I choć bohater nie należy do jakichś szczególnie
charyzmatycznych, to i tak wyczekujemy na rozwój jego losów. Trzeba
przyznać niestety, że ta kolejka w tej poczekalni dłuży się
niemiłosiernie, a my marzymy o pochwyceniu w rękę jakiejś gry w
ramach rozrywki. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jak to
się stało, że z tak ciekawego pomysłu, który mógł dać
początki rozważań na temat człowieczeństwa, ale również być
inspiracją do ciekawych, dynamicznych akcji, powstała taka mimoza,
która broni się jedynie zakończeniem. Hm. Dziwaczny to twór jest,
po raz kolejny. Brawo Tarsem!
Prześlij komentarz