NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2019

Książka #507: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka, aut. Zofia Stanecka

     W dobie XXI wieku, gdzie coraz mniej ludzi sięga po książki, coraz rzadziej sięgają po nie także dzieci. Wydaje się, że kluczowym elementem dla przykucia uwagi małego czytelnika jest po prostu stworzenie uroczej postaci. Mając taki twór możemy dziecku przekazać praktycznie wszystko. Dlaczego więc nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Zofia Stanecka szlifuje przepis na sukces w literaturze dziecięcej, wprowadzając do świata najmłodszych Tuli Tuliego, który przemierza świat i opowiada o znaleziskach. „Żółwik z oceanu” to pierwszy bohater urokliwej serii edukacyjnej dla maluchów.

     Tuli Tuli jest małym, przyjacielskim duszkiem, wędrującym po całym świecie dbając o niego każdego dnia. Podczas jednej ze swoich wypraw zagląda do oceanu, gdzie śledzi poczynania małego żółwika pikina. Mały duszek towarzyszy mu od chwili poczęcia, aż po wyprawy po niezbadanym dotychczas oceanie. Tam żółwik spotyka wielu przyjaciół, ale też i wrogów. Musi walczyć o przetrwanie, ale też znaleźć czas na zabawę i naukę.

     Książeczki dla dzieci typu „Żółwik z oceanu” to prawdziwe złoto wśród literatury tej kategorii. Za jej sprawą można przekazać najmłodszym ogromną wiedzę, ale też i naukę. Zaskakującym jest to, w jakim kierunku to biegnie, ale tak naprawdę umysły trzeba naprawiać już od najmłodszych lat. 

Tym, co rzuca się w oko od samego początku jest nietuzinkowa forma tej opowieści. Śmiało można stwierdzić, że jest to książka przyrodnicza dla dzieci. Owszem, pojawia się w niej duszek opiekuńczy, ale tak naprawdę zdradza wiele sekretów z oceanicznych głębin. Poznamy w jaki sposób z małego jajeczka powstaje uroczy żółwik. Tuli Tuli opowie nam również o różnych gatunkach innych oceanicznych istot. Jakoś wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak wiele gatunków żółwi. Zdradzi co zagraża pikinom, a także...co zagraża całemu morskiemu ekosystemowi. To naprawdę bardzo dobry pomysł uzmysłowić dziecku, że to właśnie ludzie są największym zagrożeniem dla życia morskiego, ale i nie tylko. Z jednej strony całkowicie rozbrajające jest pojawienie się na karcie książki różnego rodzaju śmieci zanieczyszczających oceany, a z drugiej świetnym jest wpajanie takich podstaw i właściwych postaw wśród dzieci. Za to wielkie brawa! Ponadto każde zdanie napisane jest w sposób bardzo prosty, aby z jeszcze większą łatwością mogło trafić do najmłodszych.

     Kolejną zaletą jest z pewnością warstwa wizualna tej publikacji. Plusem jest to, że całość stanowi zlepek tekturowych stronic. Uwielbiam to w książeczkach dla dzieci. W szczególności, gdy mają zaokrąglone kanty więc oczywistym jest, że maluchy nie zrobią sobie krzywdy. Niebywałe jest natomiast to, jak bardzo jest ona kolorowa. W zasadzie to nie powinno być to dla nas zaskoczeniem, bo podobnoż ocean słynie ze swojej różnorodnej kolorystyki. Nieoczekiwanym jest natomiast to, że nie przybiera to karykaturalnego wyrazu. Nie ma mowy o przesadzie. Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że nie cała książka jest taka pstrokata, a zaledwie te stronice, które faktycznie sięgają dna oceanu. Magdalena Kozieł-Nowak zadbała o szczegóły. Potrafi uchwycić cechy charakterystyczne różnych żółwi, aby pokazać ich całkowitą odmienność od siebie. Dodatkowo nie boi się skupić uwagi na straszydle, czy wyrysować odpadków sztucznych niszczących wody oceanów. Sam żółwik pikin jest naprawdę przeuroczy, jak wszystkie małe żółwiki, które nie wiedzą jeszcze na czym ten morski świat stoi. Bardzo przyjemnie patrzy się na te opływowe kształty.

     Na tym etapie pozostaje już tylko wyczekiwać z utęsknieniem kolejnych książeczek z serii „Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka”. Jeżeli przyszłe publikacje będą tak bardzo udane jak ta, będą tak sprytnie łączyć ze sobą naukę, urok i zabawę, to myślę, że będzie to jedna z najciekawszych serii dziecięcych jaka mogła przydarzyć nam się na rynku wydawniczym. Barwna, moralizatorska, ale nie w ten nachalny sposób, a do tego skrywająca mądrość w bardzo prostych historyjkach. Polecić mogę z czystym sumieniem, zarówno dla dzieci, jak i rodziców.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka / Ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13483-7 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

niedziela, 16 czerwca 2019

Książka #500 #501: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem, aut. Marta Galewska-Kustra



     Trzy i pół roku dały mi czas na to, bym uzmysłowiła sobie, że słaby ze mnie logopeda. Na nic się zdało mówienie do dziecka, czytanie do poduszki, czytanie kiedy mały biegał. Wszyscy w koło powtarzali: „Czytaj mu, bo nawet jak Ci się wydaje, że nie słucha, to słucha”. Efekt tego taki, że młody w sierpniu kończy 3,5 roku, a jedyne co potrafi wydobyć z mowy to naśladowanie niektórych dźwięków, no i oczywiście monosylabizmy. Uwielbiam... Pucio z każdym dniem przykuwa coraz większą uwagę mojego dziecka, sam sięga po książeczki i sam dopraszał się o układanie puzzli. I bardzo dobrze, bowiem to właśnie ta postać literacka stworzona została przez Martę Galewską-Kustrę oraz Joannę Kłos, aby pobudzić mowę u dzieci. Urocza postać miała zmobilizować malców do mówienia, a autorka z ilustratorką wymyślały coraz to nowsze pomysły, żeby to uczynić.

     Po serii książek i puzzli przyszedł czas na małe książeczki o tytułach „Co robi Pucio?” oraz „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”. Obie propozycje dla najmłodszych zmieszczono w bardzo poręcznych wydaniach, dzięki czemu można je zapakować do matczynej torebki, czy też plecaczka malucha. Można zabrać je wszędzie i miło spędzić czas lub zabić go wykorzystując na naukę mowy. Nie są to bowiem książeczki przygodowe. Przedstawiają zwroty znane nam z codziennego życia w uzbrojeniu rysunków idealnie je odzwierciedlających.

     Pierwsza mini-książeczka, to „Co robi Pucio?”. Nie trudno się domyślić, że ma ona nie tylko wspomagać mowę, ale również i logiczne myślenie. Na jednej karcie mamy bowiem rysunek przedmiotu codziennego użytku, a na drugim czynność, którą Pucio wykonuje dzięki tej rzeczy. Oczywiście, kreatywność dzieci nie zna granic wobec czego mój brzdąc bawi się w odnajdywanie przedmiotów na rysunku i ekscytowanie się wniebogłosy, że odnalazł coś co było zasadniczo nie do odnalezienia. Zuch chłopak!
Natomiast kolejna propozycja dla najmłodszych, „Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem”, ma już zgoła odmienny charakter. Tak naprawdę, to właśnie ten tytuł powinien znaleźć się u dziecka od najmłodszych lat, bowiem zawiera w sobie to, co każdy zna od lat, a mój Mikuś łapie to w trymiga. Z jednej strony jest to znowuż szereg sytuacji, z którymi dziecko nie powinno mieć problemu. Z drugiej zaś spora ilość sylabizmów i naśladownictwa dźwięków. Małe brzdące zdecydowanie szybko łapią takie formy wyrażania myśli, a mój to już w szczególności, więc jak już sobie zaszczepią to w głowie, to ciężko będzie się tego pozbyć.

     Książki od Marty Galewskiej-Kustra wzbudzają wiele entuzjazmu nie tylko z powodu tego, co przekazują małym czytelnikom i ich rodzicom, ale przede wszystkim w jaki sposób to robią. Joanna Kłos stworzyła niebanalną postać małego chłopca, o bardzo prostej konstrukcji, ale bardzo dużym sercu. Rysunki zachwycają przede wszystkim minimalizmem i kolorystyką. Nie potrzeba większej ilości udziwnień i rozpraszaczy. To, co widzimy absolutnie spełnia swoją rolę, zachęcając coraz większą ilość czytelników do sięgnięcia po logopedyczne spotkania z Puciem. 

     Opiniowanie skuteczności książki jest raczej niemożliwe za sprawą jednego posiedzenia. Pewnym jest natomiast to, że skupia na sobie uwagę najmłodszego z czytelników i frapuje na tyle, że jest w stanie wejść z książeczką w interakcję. Czy jednak wpływa na poprawę mowy lub chociaż stanie się magicznym guzikiem, po wciśnięciu którego maluszek zacznie mówić? Cóż, u nas się to nie sprawdziło, ale może u innych... Na pewno wiele ulatnia więc zasadniczo można wydać te niewielkie pieniądze, aby przede wszystkim sprawić radość swojemu dziecku spotkaniami z ulubionym bohaterem ich literackiego świata. Świetne jest to, że obie książeczki dostosowane są do różnych potrzeb dzieci- takich, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem oraz takich, które chcą ją rozwinąć we właściwym kierunku. Jak dla mnie, super!

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Co robi Pucio, Pucio. Zabawy gestem i dźwiękiem / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13469-1, 978-83-10-13468-4 / Ilość stron: 28 / Format: 135x135mm

Rok wydania: 2019 

środa, 20 marca 2019

Rzuć dziecko na głęboką wodę, czyli o poprawności korzystania z puzzli z Puciem

     Jako matka terrorystka robię zazwyczaj wszystko na opak. Działam zanim przeczytam instrukcję obsługi, działam zanim w ogóle zdążę pomyśleć- z tego właśnie wychodzi jaką męczącą matką jestem. Mój Mikołaj nie ma ze mną lekko, a pojawienie się na rynku puzzli od Naszej Księgarni z Puciem wcale nie ułatwiło mu życia. Gdy tylko zobaczyłam ten produkt od razu wiedziałam- „Muszę to mieć!” (czyt. „Miki musi to mieć!”), w końcu mały jest sympatykiem tej książki, pomimo tego, że nadal ma opory przed układaniem słów polskich, a nie bobasowych.

    Układanki z serii „Pucio. Puzzle” to odwzorowane sceny z ulubionych logopedycznych książeczek dla dzieci, w których głównym bohaterem jest uroczy chłopiec w wieku przedszkolnym – Pucio. W nasze ręce wpadły dwa zestawy, a mianowicie „Co tu pasuje?”, „Czego brakuje?”. Te egzemplarze zdecydowanie najbardziej przykuły moją uwagę, gdyż pomimo swojej formy pełnią również formę edukacyjną, a to zdecydowanie przydaje się najmłodszym.
Pucio. Puzzle "Czego brakuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     I już na etapie zabaw z puzzlami okazało się, że czasami warto przeczytać instrukcję obsługi, aby wiedzieć jak z dzieckiem bawić się danym przedmiotem. Ja tego oczywiście nie zrobiłam, a więc okazało się, że bezdusznie rzuciłam własne dziecko na głęboką wodę. Zaleca się dawanie dziecku wyboru pomiędzy dwoma elementami pasującymi do przedstawionej sytuacji i stopniowe ich zwiększanie. Ja oczywiście poszłam w innym kierunku, który miał wspólny mianownik dla obu układanek. Początkowo dzieliłam puzzle na dwie kupki – pierwszą była ta przedstawiająca sytuacje, a drugą elementy do dopasowania. Zadanie było oczywiste- „Dopasuj jedno do drugiego”. Czasem się udawało, czasem nie.

     Przypadek „Czego brakuje” bardzo nam się rozwinął podczas zabawy. Od samego początku punktem wyjścia była scenka z kolejką. Mikołaj jako miłośnik „fufu” zawsze od tego zestawu musi zaczynać. Zabawa ta ewoluowała nam w zaskakującym kierunku, kiedy to Mikołaj wykorzystywał samochodzik i zdobywając kolejne punkty przesuwał go na kolejno połączone duety puzzli. Okazało się to być sporą motywacją dla malucha, aby kontynuować układanie a nie porzucić go na rzecz zderzania samochodzików.

     Zupełnie inna sytuacja ma miejsce przy „Co tu pasuje?”. Okrągłe puzzle ze scenkami, do których trzeba dopasować elementy znajdujące się na obrazku. Tutaj pojawił się spory problem, ale o tym za chwilę. Ta gra dodatkowo pobudza zmysł obserwacji i spostrzegawczości. Dziecko szybko odnajduje na rysunkach elementy i próbuje je dopasować. I na tym etapie pojawia się problem- nie wiem czy to kwestia wykonania, czy nieudolności pracy na linii matka-syn, ale niektóre elementy były niedopasowywalne. I z jednej strony okej, można byłoby to tak rozwiązać, ale raczej nie przy tej formule, gdzie głównym zamysłem jest odnajdywanie właściwych elementów niż faktyczne dopasowanie ich do koła. Tym sposobem dziecko szybko traci cierpliwość, puzzle latają po całym pokoju, a co za tym idzie – koniec z układaniem.
Pucio. Puzzle "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, 2019

     Pomijając wszelkie przytoczone za i przeciw konkluzja jest jedna. Tego typu układanki zawsze będą polecane dla dzieci, gdyż idealnie stymulują ich rozwój. Pamiętajcie jednak, żeby zapoznać się najpierw z instrukcją obsługi i zacznijcie od prostszych sposobów na edukację poprzez zabawę. Może zdarzyć się tak, że Wasze dziecko jest geniuszem i ogarnie temat w 5 sekund, ale lepiej uzbroić się w cierpliwość, gdy poskładane puzzle staną się wybiegiem dla lalek Barbie, czy torem wyścigowym dla samochodów. Ja jeszcze nie opanowałam głębokiego oddechu w takich sytuacjach, ale układanki „Co tu pasuje” i „Czego brakuje” mamy z Mikołajem rozpracowane prawie do perfekcji i to w bardzo wielu wariantach trudności. Gorąco Wam polecamy! 


Pucio. Puzzle "Czego brakuje?" oraz "Co tu pasuje?", wyd. Nasza Księgarnia, dla dzieci 2+, z wykorzystaniem postaci z książek Marty Galewskiej-Kustry oraz rysunków Joanny Kłos

piątek, 9 listopada 2018

Książka #491: Zwierzęta, które zniknęły, aut. Nikola Kucharska

     Wszyscy na świecie znają dinozaury dzięki filmom „Park Jurajski”. Poprzez „Epokę lodowcową” poznaliśmy ptaki dodo oraz mamuta, a „Meg” dał nam Megalodona. Za to książka „Zwierzęta, które zniknęły” z rysunkami świetnej polskiej ilustratorki Nikoli Kucharskiej daje nam o wiele więcej- przekrój większości zwierząt z najrozmaitszych gatunków.

      Już nie raz słyszało się tezy, że ptaki pochodzą od dinozaurów- i to nie tylko od pteradontów. Czy jednak ktokolwiek rozmyślał na temat skąd wzięły się płazy, kangury, czy tygrysy? Nikt się nie przejmował genezą tych zwierząt, to po właśnie dinozaury są najbardziej popularnymi archaicznymi stworzeniami, które kroczyły po ziemi. A przecież coś było przed groźnymi stworzeniami, w końcu nie pojawiły się poprzez magiczne pstryknięcie palcami.

     Ten nietypowy atlas stworzeń wymarłych to bardzo uproszczona prezentacja najrozmaitszych gatunków zwierząt oraz ich pochodzenia. Rozpoczyna się od ewolucji, począwszy od pierwszych płazów, aż po pierwsze ssakopodobne gady. Z każdą kolejną stroną wchodzi się na kolejne stopnie rozwoju życia na ziemi. Dużą część poświęca się dinozaurom, z oczywistym powodów, i to nie tylko tym z epoki kredy, ale również jury. Poznamy tu również ich budowę, a także najbardziej znanych paleontologów. Prawdziwą gratkę dla fanów tych zwierząt jest z pewnością Kopalna mapa świata, które umiejscawia konkretne gatunki dinusiów. Dla wielu zaskakującym będzie pewnie to, że nawet i w naszym kraju odnalazły się szczątki jednego z żyjących w trasie gigantów. Z pewnością niejednego zachwycą również teorie wymierania zwierząt tamtejszego okresu, więc upatrywanie się przyczyn w zderzeniu z asteroidą niekoniecznie musi być właściwe. W dalszych epokach zwierzęta już coraz bardziej przypominały znane nam dziś stworzenia. I tak przykładowo brontoterium wygląda bardzo podobnie do nosorożca, a koryfodon to przecież dzisiejszy hipopotam. Bardzo ciekawie wypadają tutaj również wszelkie tablice porównawcze, gdzie przykładowo możemy zaobserwować wzrostowe różnice pomiędzy zwierzętami. Gdyby ktoś spojrzał trochę ponad metr nad żyrafę, to tam mógłby wypatrywać łba Tyranozaurusa rexa. Z kolei dziesięć żubrów europejskich mogłoby nam dać długość jednego Argentynozaura. Niewyobrażalne parametry, a jednocześnie zachwycające. Najbardziej rozbrajająca jest część dotycząca poszczególnych zwierząt, przykładowo 9 rodzajów tygrysów, które na pierwszy rzut oka wyglądają niemalże identycznie, niemalże bowiem rozróżniają je drobne szczegóły wyglądu. Temat owadzi pomijam szerokim łukiem, bowiem są najmniej porywające ze wszystkich. Robal to robal, bez względu na to czy żył tydzień temu na okolicznym drzewie, czy milion lat temu ileś tam metrów pod ziemią. Wymieranie zwierząt to naturalna kolej rzeczy, która wielokrotnie nie jest spowodowana naturalnymi przyczynami. Kłusownictwo i ignoranckie zachowanie ludzkości doprowadzają do tego, że tracimy coraz więcej zwierząt, pięknych zwierząt. Także i nim poświęcono karty w tej publikacji. Znane nam stworzenia zobaczymy nie tylko wśród tych, które znikają, ale też i niedawno utraconych. Goryle, rysie iberyjskie, czy nawet bliższe kozice tatrzańskie – one wkrótce znikną.

     Nikola Kucharska ma niecodzienne podejście do rysunku. Jej prace nie są szczególnie urokliwie, ale z pewnością niezwykle prawdziwe. Bardzo szczegółowo oddaje charakter poszczególnego zwierzaka. To zachwycające jak wykorzystuje wiedzę swoich merytorycznych współtwórców, aby przenieść to odpowiednio odwzorować. Liczy się każdy element, w szczególności w odniesieniu do wspomnianych wcześniej tablic porównawczych, czy zbiorowisk zwierząt jednego gatunku i rasy- przykładowo wilków, które rozróżniają detale. Barwy są raczej bardzo zachowawcze, nic wybitnie pstrokatego, więc raczej nie będzie to sposób na przykucie uwagi najmłodszych czytelników. Nie taki jest jednak cel tej publikacji.

     Książka „Zwierzęta, które zniknęły” jest na swój sposób bardzo odkrywcza. To skarbnica wiedzy zbierająca w miejscu informacje na temat zwierząt na przestrzeni dziejów. W końcu geneza dzisiejszej fauny to nie tylko dinozaury, ale też cała masa nieznanych istot, których szczątki odkrywali paleontolodzy przez wieki. Niektóre elementy potrafią bardziej zaciekawić czytelnika, inne mniej- jak te wszystkie odmiany jednego gołębia. Litości. Całość uzupełniają piękne ilustracje, które zaintrygują każdego kto na nie spojrzy. Podsumowując, książka idealna dla miłośników biologii i genezy zwierzęcej, natomiast reszta- może sobie darować.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych / Opracowanie naukowe: Katarzyna Gładysz, Paweł Łaczek / Ilustracje: Nikola Kucharska / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13319-9 / Ilość stron: 64 / Format: 280x340

Rok wydania: 2018

środa, 7 listopada 2018

Książka #490: Atlas mitów, aut. Thiago de Moraes

     Bazgroli od kiedy tylko pamięta. Wolał rysunki niż skupianie uwagi na czymkolwiek. Teraz jego małe twory ożywiają w licznych publikacjach, tak jest w przypadku „Atlasu mitów”. Książce, której temat jest bardzo znany, utrwalany od wielu lat, ale też i ponadczasowy. Mitologię grecką, czy nordycką zna już chyba każdy, ale czy ktokolwiek wie kim byli Janomani, czy Jorubi? Thiago de Moraes zabiera czytelnika w niesamowitą przygodę po wierzeniach ludzi całego świata, a robi to w niezwykle bogaty sposób.

     Świat zbudowany z czterech dysków, czarownica w moździerzu, wielkie kurczaki, wampiry, czy maczuga, która z jednej strony zabija, a drugiej ożywia. Co łączy te wszystkie elementy? Są przedmiotami mniej, bądź bardziej pokręconych mitologicznych opowieści z całego świata. Bez względu na to, z którego zakątka pochodzą, czy to z Grecji, czy ze Skandynawii, czy Japonii, wszystkie stanowią podwaliny wierzeń mieszkańców tamtejszych rejonów. Szczęśliwie, w końcu ktoś podejmuje próbę pokazania wielu nieznanych światów najmłodszym czytelnikom.

     Publikacja Thiago de Moraesa ciągnie ten sam schemat. Każda z mitologii rozpoczyna się słowem wstępu, w którym odnajdziemy lokalizację danych wierzeń oraz mały zarys. Następnie przechodzi się do planszy prezentujący dany świat według konkretnych założeń. Prezentuje ona nie tylko spojrzenie na wygląd świata, ale również najważniejszych bogów, a przy każdym znajduje się drobny opis jego domeny. Naprzemiennie stosuje się układ poziomy bądź pionowy- ten drugi nakłada lekkie problemy z komfortem zapoznawania się z nim. W dalszej kolejności autor zapoznaje nas z najważniejszymi, najbardziej znanymi, bądź najbardziej kluczowymi opowieściami konkretnej mitologii. Z jednej strony bardzo sobie cenię niektóre z wyborów, ale innych- w szczególności, w przypadku tych najbardziej znanych nie do końca potrafię zrozumieć. Szkoda, że nie potraktowano tej publikacji jako sposobu na pokazanie tego co nieznane. Po co kolejny raz zaczytywać się w pracach Heraklesa, jak można byłoby poznać szczegóły wyprawy Jazona po złote runo, czy każdy inny mniej znany mit. Szkoda. Finałem ma być przytoczenie kilku stworzeń oraz artefaktów charakterystycznych dla danych wierzeń. Tutaj można było zdecydowanie bardziej to rozwinąć, a nie skupiać się zaledwie na 4 elementach. Cały ten układ wydaje się mieć sens, w szczególności, że jednej części poświęca się mniej drugiej więcej uwagi. Zachowuje więc to formę kompendium wiedzy odnośnie mitologii, ale też nie spełnia do końca tych przesłanek, gdyż jego za mało.

     Przez to, że twórca chciał przybliżyć czytelnikowi jak najwięcej mitologicznych światów, a nie rozszerzać za bardzo swojej publikacji wszystko potraktował praktycznie powierzchownie. Opisy bogów nie mające więcej sensu- momentami wydają się wręcz oczywiste, a niekiedy nawet i całkowicie zbędne. Z drugiej zaś strony te mity, które w zamyśle powinny zostawiać czytelnika z jakimś morałem, a tutaj sens niektórych jest w ogóle średnio zrozumiały. Autor wybierał chyba najbardziej pokraczne historie o dzieciach-dzbaneczkach, o latających wiedźmach w moździerzach, czy o dzieciach jedzących wszystko w koło- nawet swoich rodziców. Cóż zrobić, w tych dawnych czasach to było niczym w „Modzie na sukces”- czyjaś córka była jednocześnie również matką tego ktosia, itp. Co niektórzy bardzo lubili zjadać swoje własne dzieci, a także innych ludzi... Wszystko dla władzy. Stwierdzić można z łatwością ponadczasowość tych mitów.

     Ogromną zaletą książki „Atlas mitów” jest jej wygląd. Opatrzona jest licznymi rysunkami i choć nie są one może specjalnie urodziwe, bo kreskę mają dość surową, to jednak jest w nich jakieś hipnotyzujące piękno. Zaliczyć można je do bardzo chłodnych w ich kolorystyce, bowiem nie szaleją z pełnią barw, a też nie są jakoś szczególnie ciepłe, czy kuszące. Ilustracje Thiago de Moraesa mają tutaj kluczowe znaczenie, bowiem wyglądają bardziej niczym wyjęte z publikacji dla dorosłych niż dla dzieci. Nie ma tu krągłych buziek, czy twardych i smukłych linii, jest za to zabawa cieniem i światłem, oraz dynamiką.

    Bardzo żałuję, że „Atlas mitów” nie jest bardziej obszernym tytułem. Szkoda, że bardziej nie zagłębia się w poszczególnych bogów zamiast powierzchownie opisywać cechy ich charakteryzujące. Atlas ten mógłby wskazywać więcej artefaktów, prezentować więcej kluczowych dla mitologii postaci oraz mniej znane wszystkim mity. Bardzo dobrze jednak, że takie publikacje powstają i docierają przede wszystkim do najmłodszych czytelników, którzy dowiedzą się, że istnieją również inne opowieści, a nie tylko te o bohaterskim Heraklesie, władcy psot- Lokim, czy egipskim panem świata umarłych- Anubisie.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Myth Atlas / Tłumaczenie: Anna Nowak / Ilustracje: Thiago de Moraes / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13377-9 / Ilość stron: 96 / Format: 285x350
Rok wydania: 2018

piątek, 5 października 2018

Książka #488: Krasnoludki. Fakty, mity i głupoty, aut. Maciej Szymanowicz

     Zmieszczą się do każdej dziury. Dzień bez psoty jest dla nich dniem straconym. Bawią się, płaczą, grymaszą, kiedy tylko mają na to ochotę. Podczas ich licznych podróży spotkać możemy je wszędzie, a przede wszystkim w niezłej jakości opowiadaniach dla dzieci, epickich filmach, czy różnych innych książkach. „Krasnoludki” rządzą światem, więc nic dziwnego, że ostatecznie zawładnęły również polskimi księgarniami oraz sercami dzieci.

     Czerwona czapeczka, czerwony kubraczek. Nie, to nie Czerwony Kapturek, ani nie Święty Mikołaj, chociaż... To czerwone ludziki to małe krasnoludki według wyobrażeń Maciej Szymanowicza. Istoty odpowiedzialne za psoty, za ciężkie wstawanie z łóżka, które nie spoczną dopóki nie uprzykrzą nam życia, bo takimi są figlarzami i złośnikami. W kransoludzkiej publikacji mistrz krasnoludków zmieścił ich tam aż 464 sztuk. Każda strona prezentuje innego krasnala, zajętego zupełnie innymi czynnościami- w końcu, są to bardzo pracowite stworzonka.

     „Kransoludki. Fakty, mity i głupoty” to genialna książka dla dzieci. Pełno w niej humoru, pełno też i zgryźliwości. Nie brakuje fantazji, ani realistyczności. Fakty? Ależ oczywiście, bo czy wiedzieliście, że skrzaty naprawdę istnieją? A wiecie, że każdy z nas zna tego największego? Wiadomym jest również, że poranne wstawanie do pracy, czy szkoły jest bardzo ciężkie. Nie martwcie się- rozlewanie herbaty, czy ciężko otwierające się oczy to nie wasza wina- to wszystko wina ich... krasnali! Jeżeli do tej pory nie wiedzieliście o tym, że te stworzonka lubią sport, jest specjalna planeta z ufokrasnalami, ani że potrafią zakamuflować się idealnie w lesie, to teraz już poznacie wszystkie ich sekrety. Z tymi leśnymi trzeba jednak uważać, bo ciężko jest zaufać takiemu saperowi, więc omijajmy purchawki- tak na wszelki wypadek. Co z tymi mitami? No poza tym, że niemożliwym jest, aby takie mikroskopijne wręcz istoty miały takie duże mózgi, ani żeby pantofelki chciały się do nich przytulać, a dziury w serze to ich wina, to wszystko wydaje się być całkiem normalne i tak bardzo ważne. Gdzie więc te głupoty? No cóż, najwyraźniej krasnale nie mają zbyt wielu fascynujących rozrywek, więc zajmują się takimi głupotami jak odpadające guziki, czy zarażaniem nas krasnoludozą. Przy okazji wkraść się nam mogą do ulubionych baśni i całkowicie pozmieniać kontekst. A co z doniczkami? Lepiej zastanowić się dwa razy podlejemy nasze kwiatki. Może najpierw sprawdźmy, czy ziemia nie nosi znamion dodatkowych mieszkańców pod sadzonką.

     Publikacja Macieja Szymanowicza jest naprawdę urocza. Te wszystkie ciekawostki i historyjki to coś bardzo porywającego i rozluźniającego. Dlatego też tak rewelacyjnym dopełnieniem do tej treści są genialne ilustracje, utrzymane w tym samym charakterze. Wszystko jest bardzo żywe, tak bardzo kolorowe, że można na to patrzeć godzinami. Dzieciaki z chęcią będą sięgać po tę książkę, aby raz po raz rozkoszować się tym widokiem. Rysunki są bardzo zabawne, wiernie oddają przedmioty codziennego użytku, i nie tylko. Dodatkowo pięknie się prezentują, są bardzo pomysłowe. Można się pławić w zachwytem nad nimi przez długie strony, a i tak będzie to za mało. Ja osobiście jestem zaskoczona tym, jak wspaniale wygląda ta publikacja.

     Widząc „Krasnoludki” w zbliżających się premierach wydawnictwa podchodziłam do nich dość sceptycznie. Spodziewałam się nadmiaru zbędnej treści, która zepchnie na dalszy plan wygląd. Cudownie, że moje wrażenia są zgoła odmienne, a wręcz diametralnie różne od tego co oczekiwałam. Książka zawiera minimum treści, bowiem jest to bardziej ilustrowany przewodnik po krasnoludzkim życiu. Jej beztroski charakter dostarcza bardzo dużo humoru i radości, zarówno poprzez treści, jak i – o ile nie przede wszystkim, przez ilustracje. Odkryjemy tutaj rzeczy niesamowite, ale też utwierdzimy się we własnych domysłach. Wszystko to na upstrzonych czerwonymi ludzikami stronicach, które wywołają uśmiech na naszych twarzach. Książka godna polecenia każdemu!

Ocena: 6/6

Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Krasnoludki / Ilustracje: Maciej Szymanowicz / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13392-2 / Ilość stron: 28 / Format: 231x310mm
Rok wydania: 2018

sobota, 15 września 2018

Książka #486: Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków

    Seria książek edukacyjnych o małym Puciu cieszy się ogromną popularnością wśród najmłodszych i ich rodziców. Cykl ten składa się już z trzech tytułów, które na co dzień pomagają rodzicom uczyć swoje pociechy mówienia. W końcu za tą publikacją stoi sama pani logopeda, pedagog, która wie najlepiej jak radzić sobie z problemami logopedycznymi naszych dzieci. Teraz wydaje kolejną propozycję- „Pucio na wakacjach”, nadal ilustrowaną przez Joannę Kłos, która da nam wskazówki co robić dalej.

     Kiedy już dawno udało nam się zapomnieć o tym, że wakacje w ogóle miały miejsce, na półki księgarniane trafia urocza pozycja, z której okładki uśmiecha się do nas rozkoszny dzieciaczek rozłożony na pięknej plaży zażywający kąpieli słonecznej. „Ochooo, nie za dobrze mu?”. Spokojnie, to tylko kolejna książka dla dzieci. Nie byle jaka, bo do nauki języka polskiego, a w zasadzie poprawnego wymawiania wyrazów.

     Tym właśnie jest najnowsza publikacja od pani logopedy. Jedną rzeczą jest nauczyć dzieci mówić, zupełnie inną jest przekazać sposób jak poprawnie wymawiać niektóre spółgłoski, w szczególności, że większość dzieci- jak i ludzi na świecie, ma z tym problemy (bo kto by nie miał z dźwięcznym „rrr”, czy „ś”, „ć”). Polski język nie należy do najprostszych więc trudno się dziwić, że nawet nasze polskie pociechy często łamią sobie języki na co trudniejszych słowach. Na szczęście są ludzie, którzy biegną nam z pomocą. I tak oto mamy tutaj książeczkę, która opowie naszym dzieciom przeuroczą wakacyjną i jakże rodzinną historyjkę, a przy okazji zwróci uwagę na bardziej skomplikowane słowa, które wymagać będą więcej pracy. Wszystko po to, aby nasze dzieci mówiły „dom” zamiast „om”, „balony” a nie „palony”. Poprawna wymowa jest istotna z uwagi na to, że jej wszelkie odchylenia mogą całkowicie zmieniać kontekst zdania. Dobrze jest to uzmysławiać dzieciom już od najmłodszych lat. Autorka uczula nas na kilka takich słów i zwraca uwagę na konkretne litery w wyrazach, które oznacza tutaj na czerwono.

     Książka jest bardzo kolorowa. Już sama oprawa przykuwa uwagę dziecka. Dobrze, że znajdują się w niej ilustracje samochodów, bo w innym wypadku mój berbeć całkowicie by ją zignorował. Urocze rysunki całej rodzinki, gdzieś tam napotkanych zwierząt i rozmaitych przedmiotów, pojazdów, i miejsc. Dobre zabawy cieniami i światłem, wielopłaszczyznowe ilustracje. Autorka tych rysunków zadbała o szczegóły, ale jednocześnie nie pokazuje ich zbyt wiele. Innymi słowy, dobrze się to czyta i dobrze się to ogląda.

     Książka z pewnością przypadnie do gustu najmłodszym czytelnikom, chociaż rozczytywanie jej treści łatwiejsze będzie dla rodziców z uwagi na format czcionki. Publikacja ma być jednak pomocna w ćwiczeniu właściwego wymawiania niektórych słów i pewnie ten cel spełni. U mojego małego jeszcze za wcześnie, aby to trenować, u niego trzeba wrócić do podstaw. Dodatkowo „Pucio na wakacjach” idealnie komponuje się z czasem premiery w doła około jesiennego, czyli między dopiero co skończonymi wakacjami, a powrotem do szkoły, czy pracy, czy przedszkola. Pomaga przypomnieć sobie o promieniach słońca na twarzy i chwilach pełnych beztroski. Dobrze poczytać, dobrze coś z tego wynieść.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia !

Tytuł oryginalny: Pucio na wakacjach. Ćwiczenia wymowy dla przedszkolaków / Ilustracje: Joanna Kłos / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / Ilość stron: 40 / Rok wydania: 2018

niedziela, 8 lipca 2018

Książka #483: Wielka księga wartości, aut. Teresa Blanch, Anna Gasol

    
Wychowując swoje pociechy dorośli nie zawsze odnajdują dobry środek, aby zrobić bo najlepiej. Wszelkie ważne wartości poznaje właśnie dzięki swoim rodzicom. Ci z kolei mogą korzystać z rad wszystkich dookoła, ale najlepiej byłoby mieć je zebrane w jednym miejscu, prawda? Nic tak nie trafia do młodego człowieka jak nauka przez zabawę, więc teoretycznie nic nie powinno być bardziej pomocne w wychowaniu wartościowego człowieka, jak czytanie mu najrozmaitszych treści z ukrytą puentą. Tym też tokiem poszedł duet pisarski – Teresa Blanch oraz Anna Gasol, który to od lat współpracuje na hiszpańskim rynku. Ich „Wielka księga wartości” porywa od pierwszych stronic.

     Publikacja autorek to zbiór kilkunastu opowiadań ukazujących największe wartości w życiu człowieka zebranych w wielką księgę. Może nie specjalnie opasłą, ale za to rosłą. Szesnaście tekstów traktuje o siedmiu najważniejszych w życiu człowieka wartościach. Są to tolerancja, życzliwość, wysiłek, wspólnota, uczciwość, poczucie własnej wartości i empatia.

     Jak to zwykle bywa w antologiach, tak i jest w tej skierowanej dla najmłodszych. Nie wszystkie opowiadania muszą wszystkim przypasować. Jedne lepiej trafiają do człowieka, inne mniej. Inne są bardziej zrozumiałe, inne bardziej zagmatwane lub z mętnym przesłaniem. Czasami zdarza się tak, że gdyby nie nazewnictwo to w ogóle nie wiedzielibyśmy jakiej wartości dotyczy wybrane opowiadanie. Do moich ulubionych na pewno należą te o tolerancji, u której boku zawsze stoję na straży. Dwa ujmujące teksty, w których kluczową rolę grają dzieci i to ze strony dzieci inne dzieci doświadczają okrutnych zachowań. A to wnuczek nie chce zaakceptować chłopca o śniadej twarzy i kręconych czarnych włosach, który również mieszka u jego dziadków, a to dwójka rodzeństwa ma problemy ze zrozumieniem dlaczego mama darzy sympatią dziewczynkę- przybłędę, która nawet nie ma stałego domu. Już po tych pierwszych opowiadaniach dostrzegamy jakiego rodzaju będzie to książka, bowiem nic nie trafia do dzieci, jak patrzenie na inne dzieci, które dostają nauczkę.

Uwagę sympatyków słodkości zwróci przede wszystkim opowiadanie o człowieku, który traci pracę, a potem pracuje z wielkim zapałem, aby utrzymać rodzinę. W końcu rodzi się z tego konkretny pomysł na biznes, który zabiera jeszcze więcej czasu. Tak, ta historia opowiada o ludzkim wysiłki. Pełne uroku jest za to opowiadanie o uroczej dziewczynce, jej tenisówkach i pewnym bezdomnym. Bardzo wyraźnie ukazuje życzliwość wobec innych osób, patrzenie ponad swoje własne potrzeby i chęć niesienia pomocy innym. Jednym z najbardziej przejmujących opowieści poza tą o córce blacharza, jest ta o poczuciu własnej wartości w połączeniu z uczuciem niewidzialności. Mocno trafi do tych, którzy faktycznie czują się podobnie, jakby mieli super moc. Kolejnym z tej kategorii tekstów jest ten o nowej dziewczynce w szkole, która nie miała nikogo. To konkretnie przekazuje dzieciom wartość empatii, o które tak ciężko w dzisiejszych czasach, gdy każdy biegnie przed siebie każdego dnia.

     Wszystkie opowieści zawarte w tej publikacji są opowiedziane oczami dzieci i do dzieci skierowane. Nie oznacza to jednak, że są infantylne, czy napisane dziecinnym językiem. Wręcz przeciwnie, to lektura skierowana do odrobinę starszych dzieci z prostym przekazem. Przekazem, który zrozumie każdy i który każdego może czegoś nauczyć, pomóc zrozumieć jak być lepszym. Choć proste, historie są niezwykle interesujące. Każda z nich kręci się wokół innej tematyki, w związku z czym każdy z młody czytelników trafi na coś dla siebie i ostatecznie coś w nim zostanie z tej lektury.

     Prawdziwą gratką w tej książce są nie tylko wartości, które serwuje czytelnikowi, ale również przepiękne ilustracje Valentiego Gubianasa. Ten hiszpański artysta zachwyca swoimi pracami. Jego twórczość zdobi nie tylko przepiękne książki, ale również spektakularne murale, czy witryny ciekawych sklepów. Barwne, urocze i po prostu wyjątkowe. Każde nacechowane są poczuciem humoru i nostalgią. Choć mają nieregularne kształty, niekiedy dość makabryczne, to nie wywołują grozy. Idealnie komponują się z opowieścią, której dotyczą, bardzo dobrze podkreślając jej przesłanie. Jest się czym zachwycać.

      „Wielka księga wartości” zbiera w sobie najważniejsze wartości każdego człowieka. Teresa Blanch i Anna Gasol tworzą cudowne historie z myślą o dzieciach, aby nauczyć ich moralnych zachowań i wykształtować z nich dobrych ludzi. Opowieści wielokrotnie wzbudzają bardzo pozytywne emocje, przynajmniej u ich finału. Wzruszają, bawią, ale przede wszystkim zmuszają do refleksji, nie tylko tych najmłodszych, ale też i starszych czytelników. Bardzo dobrze się je czyta, a dzięki przecudownym rysunkom autorstwa Valentiego Gubianasa bardzo dobrze się na nie patrzy. Pobudzają również zmysł wzroku dostarczając estetycznych wrażeń. Razem komponują się w całość idealną, do której chce się wrócić i nad którą wciąż chce się zachwycać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: El libro de los valores para ninos / Tłumaczenie: Marta Szafrańska-Brandt / Ilustracje: Valenti Gubians / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13343-4 / Ilość stron: 144 / Format: 200x267mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

środa, 4 lipca 2018

Książka #482: Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat, aut. Sergio Olivotti

     Czytanie niektórych książek sprawia nam ogromną przyjemność. Inne pomagają wzbogacić słownictwo, a jeszcze inne... denerwują nas swoją obecnością na rynku. Wśród tych ostatnich najgorszym gatunkiem są te, które obiecują gruszki na wierzbie a wychodzi coś zupełnie innego. To dokładnie ta sama sytuacja, gdy oglądamy zapowiedź jakiegoś filmu i wszystkie najlepsze fragmenty zawarte są właśnie w tej zapowiedzi. Znacie to, prawda? Niestety, ale „Zwierzoobjaśniarka” jest czymś bardzo podobnym. Co z tego, że według włoskiego pisarza i rysownika Sergio Olivottiego jest to coś wielce odkrywczego, skoro tak naprawdę nie mamy okazji tego doświadczyć.

     Przed wieloma wieloma laty żył sobie wymyślony człowieczek o wymyślonym imieniu Bonawentura Karczoch. Miał on wielkie ambicje, wielkie pomysły i jeszcze większe projekty. Kiedy po wielu trudach wpadł na najgenialniejszy w świecie pomysł wynalezienia przyrządu do rozumienia zwierząt jego wymyślone słupki popularności skoczyły w górę. Teoretycznie ten wynalazek funkcjonuje do dziś, w naszych głowach- zwany intuicją.

     Nie lubię kiedy książka obiecuje coś czym nie jest. Ewentualnie to kwestia dwuznaczności i tak naprawdę nie naprowadzenia czytelnika czego może spodziewać się po książce. Okazuje się bowiem, że „Zwierzoobjaśniarka. Wynalazek, który zmienił świat” to nie jest tak naprawdę zwierzoobjaśniarka, a jedynie opowieść o zwierzoobjaśniarce. Wielką jest to bolączką kiedy oczekujemy zabawnej lektury, innowacyjnej wręcz, która na swój zabawny sposób pokaże nam w jaki sposób rozmawiać, a w zasadzie rozumieć swoich zwierzęcych pupili. W końcu, wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazywały, że tak właśnie będzie. No, ale... okazuje się, że to tylko zlepek wymyślonych bzdur o wymyślonym ludziku, który stworzył wymyślony przyrząd do komunikacji. Szkoda, bardzo szkoda. Oczywiście, jest to pewien sposób na książkę i też należy mieć talent, aby wpaść na taki pomysł, ale niewiele to wnosi do naszego życia. Nie dość, że musimy brać margines bezpieczeństwa, to jeszcze na nas spocznie obowiązek wyjaśnienia dziecku, któremu książkę tę przeczytamy, że pomimo tego iż wskazuje się tutaj istnienie Zwierzoobjaśniarki, to takie urządzenia naprawdę nie istnieje. W końcu, każde dziecko chciałoby mieć taki gadżet- choćby nawet tonę ważył. Książka imituje prawdziwą genezę powstania wynalazku- przesłanki, dla których go stworzono, jest też trochę nowinek o życiu wynalazcy, no i oczywiście, ostatecznie, to na co czekaliśmy całą publikację, czyli mała próbka jego działania. Bardzo mała. Za mała. Niestety.

     Przyznać jednak trzeba, że bardzo rzadko można spotkać na rynku tak piękną książkę. W zasadzie to wydanie jest dość schematyczne. Twarda oprawa, normalne papierowe stronice. Jednakże to co zawierają, to jest zdecydowanie warte uwagi każdego. Najpiękniejsze we wszechświecie rysunki Sergio Olivottiego, zachwycają! Szkice konstrukcji utrzymane w bardzo steampunkowym charakterze. Dodatkowo najrozmaitsze zwierzęta o najróżniejszych cechach charakterystycznych, każdy z innej bajki. Wszystko wygląda jakby potraktowano je sepią, bowiem nie ma tutaj wyrazistych kolorów- minują żółcie, pomarańcze, beże i brązy. Aby dodatkowo podkreślić ten klimat publikacji nie skorzystano ze zwyczajnej czcionki typu Arial. Ma swój unikatowy charakter, a dzięki jej dużemu formatowi jest bardzo czytelna.

     Patrząc na „Zwierzoobjaśniarkę” można przyczepić się do bardzo wielu jej elementów. Najbardziej boli fakt, że książka jest zupełnie czymś innym niż miała być. Nie oczekiwałam wykładu na temat genezy tego wynalazku, ale czegoś dla dzieci, co faktycznie odpowie na potrzebę kontaktu ze zwierzętami. Z tego też powodu, choć napisana czytelnym, łatwym językiem szybko stała się po prostu nużąca. Nie pomogły tutaj nawet spektakularne ilustracje, nad którymi można się zachwycać godzinami. Dlatego też, jeżeli ktoś lubi mieć w jednym miejscu portfolio utalentowanego grafika, to zdecydowanie powinien sprawić sobie prace Sergio Olivottiego wraz ze „Zwierzoobjaśniarką”.

Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Lo Zooblatore. L'invenzione che cambiò la storia / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Sergio Olivotti / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13345-8 / Ilość stron: 80 / Format: 165x230mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

sobota, 2 czerwca 2018

Książka #480: Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie, aut. Kelsey Oseid

     Kosmos niezbadany, przeogromny i jakże fascynujący, od tysięcy lat jest przedmiotem zainteresowania ludzkości. Ja sama uległam tej fascynacji, która zaskutkowała prezentem od rodziców na zakończenie podstawówki pod postacią teleskopu. Teraz każdy rodzic, który choć trochę pała zamiłowaniem do wszechświata i białych świecących punkcików na niebie ma możliwość przekazania tego bakcyla swoim pociechom poprzez cudownie wydaną książkę amerykańskiej graficzki. Wykorzystując swoją wiedzę o kosmosie i niezwykły talent odpowiada na pytanie „Co widzimy w gwiazdach?”.

      Publikacja Kelsey Oseid zawiera w sobie wszystko, co najmłodszy czytelnik poznający świat i wszechświat powinien o nim wiedzieć. Autorka prowadzi poprzez podstawowe wyjaśnienia opisując to, na co w rzeczywistości patrzymy spoglądając w nieboskłon nocą, aż po bardziej szczegółowe i niekiedy też bardzo śmiałe teorie. Co wisi nad naszymi głowami, co jest tam od milionów lat, ale także jak zmieniają się co niektóre podejścia do kosmosu i tego, co się w nim znajduje.

      Wszechświat pełen jest niezbadanych rejonów. Kiedyś nie były potrzebne sondy, aby spoglądać w niebo i coś na nim dostrzegać, ale kiedyś nie było też aż takiego sztucznego oświetlenia, które zanieczyszczałoby widok kosmosu. Wtedy to Ptolemeusze mogli patrzeć, widzieć białe punkciki na niebie, zbierać je w konstelacje i nazywać swoimi pokrętnymi nazwami, które zrozumiałe były dla wielu w starożytnym Egipcie. Było to tak wiele lat temu, że nawet nie wiedziano czym jest to, na co się patrzy, a do dziś posługujemy się tymi określeniami. Książka Kelsey Oseid również powiela tematy gwiazdozbiorów przy okazji tłumacząc wiele naukowych odniesień z tym związanych. Wraz z przytaczaniem konkretnych konstelacji gwiazd, tłumaczy również pochodzenie ich nazwy, przy okazji wskazując najjaśniejszy ich punkt. Dzięki temu młodzi czytelnicy dowiedzą się również czegoś z mitologii- nie tylko z astronomii. Ten katalog zajmuje największą część publikacji, tak samo jak i gwiazdozbiory zajmują zdecydowanie większą część naszego nieba.
Źródło: Nasza Księgarnia
W dalszej części autorka skupia się na podstawach astronomii- prezentując kolejne składowe naszej galaktyki, jaką jest Droga Mleczna, zbliżając się coraz bliżej naszego miejsca w kosmosie. W końcu niebo to nie tylko gwiazdy, ale również i planety, czy śmieci kosmiczne składające się ze skał, lodu, czy pyłu, typu meteoridy, planetoidy oraz komety. Dzięki tej książce poznamy różnicę pomiędzy nimi, a także dowiemy się czym różni się meteroid od meteoru i meteorytu, które ja (aż wstyd się przyznać) traktowałam na równi. Część pracy koncentruje się również na Słońcu oraz Księżycu, a także różnych zjawiskach i ich interakcjach, które możemy zaobserwować gołym okiem.
Astronomia to nie tylko ciała niebieskie i na szczęście Kelsey Oseid nie zapomina o tym. W swojej książce powołuje bardzo mały podrozdział dotyczący przestrzeni kosmicznej, gdzie poczytamy trochę o wyprawach w kosmos, a także reszcie tajemniczości, która skrywa się w reszcie wszechświata poza naszą galaktyką. Najbardziej urokliwym tematem jest ukłon dla sympatyków fantastyki naukowej skupiającej się na życiu pozaziemskim. Szkoda, że zajmuje zaledwie stronę.

      Książka ta jest bardzo mroczną publikacją z punktu widzenia jej wizualności. Oczywiście, cały kosmos jest mroczny- przynajmniej na pierwszy rzut oka z Ziemi, a jedyne kolory jakie go wypełniają to czerń, granat i małe punkciki bieli. W takich tonacjach zachowana jest więc barwa całej książki. Rysunki prezentujące konstelacje, rozrysowywanie faz Księżyca, czy też prezentacja poszczególnych planet- pięknie wyrysowane, bardzo pomysłowe oraz sugestywne. Jest na czym skupić uwagę. Mnie jednak najbardziej podoba się sama okładka, jej przenikliwość. To w zasadzie same gwiazdozbiory, ale jak wykonane. Konkretne gwiazdy w tych schematach błyszczą srebrem i zdecydowanie wyróżniają się na tle umownych wizerunków, które je prezentują. Daje to spektakularny efekt i szkoda, że wewnątrz książki również nie wykorzystano podobnej filozofii.

     Przeglądając i zaczytując się w kolejnych stronach publikacji „Co widzimy w gwiazdach? Ilustrowany przewodnik po nocnym niebie” stwierdzić można, że astronomia jest jedną z najbardziej fascynujących i najcięższych do zbadania nauk. Z jednej strony wydaje się być to niesamowicie nużące, bo przecież tyle tych nazw ciężkich do spamiętania, prosto ze starożytnego języka, którym dzisiaj już nikt się nie posługuje chyba, że w odniesieniu do takich dziedzictw cywilizacyjnych. Jednakże z drugiej, kiedy taki człowieczek zda sobie sprawę z ogromu całego nieboskłonu, który wisi nad nim- ile to on mieści, bo przecież duża część wciąż pozostaje niezbadana i może za tysiące lat dowiemy się więcej, to poczuje się naprawdę bardzo, bardzo mały. Egoistycznym jest więc myśleć, że w tak ogromnym systemie jesteśmy jedynymi żywymi organizmami, jedynymi rozumnymi organizmami.

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: What We See in the Stars: An Illustrated Tour of the Night Sky / Tłumaczenie: Magdalena Korobkiewicz / Ilustracje: Kelsey Oseid / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13312-0 / Ilość stron: 160 / Format: 203x203mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2017 (Świat)

czwartek, 31 maja 2018

Książka #479: Nie bój się i pocałuj mnie, aut. Nastja Holtfreter

     W bajkach, jak i w życiu, lepiej nie zadzierać z wiedźmami. Nigdy nie wiadomo o co chodzić może każdej z nich, a można być pewnym, że konsekwencje będą dramatyczne. O takich konsekwencjach tworzy książeczkę niemiecka graficzka, która na warsztat bierze popularną historyjkę o zamianie księcia w żabę. Trochę ją urozmaica i tym sposobem udaje jej się stworzyć książkę dla najmłodszych czytelników o tytule „Nie bój się i pocałuj mnie!”.

     Bohaterem opowieści jest młody książę, który pada ofiarą straszliwej wiedźmy. Zamienia go w żabę, a pomóc może mu jedynie pocałunek od dziecka. Oczywiście, nic nie jest takie na jakie wygląda wobec czego mali czytelnicy będą musieli naoglądać się kilku rozmaitych stworzeń zanim ich działanie da zamierzony efekt.

     Książeczka ta, to przede wszystkim sposobność do nauczenia dziecka pewnej wrażliwości emocjonalnej. Idealnie zmusza najmłodszych do interakcji, zachęcając do pocałunku dając nadzieję na odmianę. Uroczo obserwuje się chwile, kiedy dzieciaczek wycałowuje książkę pod każdym kątem, żeby tylko książę stał się znowu księciem. Na swój sposób publikacja traktuje o odmienności, a przede wszystkim ignorowaniu różnic, patrzeniu ponadto i rozumieniu, że każdy jest taki sam- każdy potrzebuje uczuciowości. Niesamowita sprawa.
 Źródło: Nasza Księgarnia

Dodatkowo historia nie jest zbyt skomplikowana a bazuje na klasycznej baśni o zamianie księcia w żabę. Tutaj przedstawiona w bardzo infantylny sposób, zrozumiały dla tych najmłodszych, ale nie głupi. Wpadająca w ucho rymowanka zdecydowanie wypełnia swój cel, a momentami jest niezwykle zabawna i zadziorna. Minimum tekstu, duża czcionka, niekiedy wielobarwna- innymi słowy twór idealny dla małych dzieci, nie tylko do oswajania go z tematem pocałunków, ale również z czytaniem.

      Zdecydowanie jednym z największych atrybutów tej książki to jest jej wygląd. Twarda oprawa z kartonowymi stronicami, takie coś jest w stanie sporo przetrwać- nawet najbardziej soczyste buziaczki, czy też napad złości u maluszka chcącego rozedrzeć ją brutalnie na strzępy. Kolejną zaletą jest wizualność. Wielobarwne, kształtne elementy pobudzają wyobraźnię. Dodatkowo każdy kolejny pocałunek odsłania kolejne zwierzę. Nie tylko o różnych kolorach, ale i różnorakiej charakteryzacji. Nie jest to może szczyt artystyczności ludzkiej, ale zdecydowanie wpada w oko grupy docelowej.

     „Nie bój się i pocałuj mnie” jest książeczką bardzo niepozorną, dającą dziecku nie tylko szansę na zabawę z nią, ale przede wszystkim naukę nowych rzeczy. O bardzo prostej budowie z jeszcze większą determinacją dociera do tych najbardziej zainteresowanych. Kolorowe zwierzęta, przejrzysty krój i śpiewne rymowanki, to coś co przykuwa uwagę i zachęca do powrotów do książeczki, nie tylko po to, aby nauczyć dziecko okazywania uczuć, ale przede wszystkim dostarczyć mu rozrywki. Bardzo pomysłowa koncepcja!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Sei kein Frosch und kuess mich! / Tłumaczenie: Małgorzata Słabicka / Ilustracje: Nastja Holtfreter / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięca / ISBN 978-83-10-13314-4 / Ilość stron: 22 / Format: 175x175mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

sobota, 3 marca 2018

Książka #477: Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach, aut. Yasmeen Ismail

     Wydawnictwo Nasza Księgarnia coraz częściej stawia na artystyczne talenty swoich czytelników. Co jakiś czas wypuszcza na rynek fikuśne kolorowanki, czy uzupełnianki- nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Dobrze byłoby, aby takie publikacje niosły za sobą coś więcej niżeli tylko możliwość relaksacji. Naprzeciw tym potrzebom wyszła Yasmeen Ismail, która stworzyła cały szereg książeczek aktywizujących dla dzieci. Wśród nich znajduje się „Narysuję to, co czuję. Książka o uczuciach”, dzięki której najmłodsi mogą czerpać wiedzę o różnych emocjach.
    Książka ta traktuje o trzech uroczych i bardzo humorzastych zwierzętach. Mała Kicia, która uwielbia dostawać kwiatki na swoje urodziny potrafi być jednocześnie szczęśliwa, jak i zrozpaczona. Jej przyjaciel Piesek bywa podekscytowany, gdy leci samolotem, ale z drugiej strony bardzo łatwo wpada w zazdrość i zdenerwowanie. Do tej paczki należy również strachliwy Osiołek, któremu przyjaciele przysparzają wiele stresów, ale też potrafią go zaskoczyć w najodpowiedniejszych do tego momentach.
     W taki oto uroczy, ale jakże bardzo konkretny sposób „Narysuję to, co czuję” przekazuje najrozmaitsze, te najprostsze do zdefiniowania emocje. Same w sobie nie należą one do najprostszych wobec czego przed autorką było nie lada wyzwanie- jak pomóc małemu dziecku je zrozumieć. Poszła najrozsądniejszą z możliwych dróg, czyli wskazała proste przykłady czynników mogących wywołać dane uczucia. Proste? Proste! Z tego powodu układ książeczki jest dość prosty. Każde dwie karty przeznaczone są na jedną emocję. Czytelnie i wyraźnie nazwanie uczucia, obok mała lekka historyjka skutkująca nim, która płynnie przechodzi w zadanie dla odbiorcy. Niezbyt dużo treści, prawda? Owszem, bo nie tylko o tym traktuje książka.
     Publikacja ma za zadanie aktywizować artystycznie dzieciaki, a to oznacza, że trzeba odrobinę zmusić ich do wysiłku. Tutaj nie jest aż tak bardzo skomplikowany, bo w większości przypadków wystarczy jedynie dokończyć ilustrację rozpoczętą przez Yasmeen Ismail. Czasami trzeba dorysować kwiaty do łodyżek, innym razem dołożyć cukierków do słoiczka, aż do bardziej zaawansowanych zadań polegających na stworzeniu wynalazku, dorysowaniu pływających elementów w basenie. Problemem tych zadań nie jest ich wykonanie, problemem jest to, że nijak ma się to do polskiego tytułu książki. Patrząc na oryginał widać, że nie chodzi tutaj o rysowanie uczuć, a jedynie o rysowanie przy okazji czytaniu o uczuciach. Natomiast polska interpretacja wprowadzić może czytelnika w błąd. Zadania polegają bowiem na tworzeniu rzeczy, które odpowiadają za dany stan naszych zwierzęcych bohaterów.
     Sam wygląd stron nie jest jakiś szczególnie spektakularny, bowiem zostawiony jest na pastwę talentów artystycznych najmłodszych czytelników. Cała twórczość Ismail to jedynie czarne kontury na białych kartach, niekiedy wzbogacone o kolorystyczny akcent, jeden akcent! Świetnie si to prezentuje, bo w efekcie możemy pokolorować wszystko w dowolnych barwach lub po prostu zostawić to tak jak jest, a dorysować jedynie elementy z poleceń. Prosto, schludnie, innymi słowy- na pewno trafi prosto w oczy Waszych dzieci.
     Ogólnie nie przywiązuję większej wagi do podobnych książek, jeżeli oczywiście spełniają swój cel. „Narysuję to, co czuję” zdecydowanie przemawia do mnie wizualnie. Treść również jest prosta i łatwo przyswajalna dla dzieci. Z precyzją uczy najmłodszych o ludzkich emocjach, co je wywołuje, jak je określać, choć niekoniecznie jak sobie z nimi radzić. To co boli najbardziej, to że tytuł wprowadza w błąd. Z drugiej zaś strony, jak można narysować uczucia, jeżeli właśnie nie poprzez to, co je wywołuje? Innej drogi chyba nie ma, dlatego właśnie trzeba pójść na skróty za przewodnictwem Yasmeen Ismail, bo ona robi to bezbłędnie. Książka powinna znaleźć się w każdej dziecięcej biblioteczce, zdecydowanie!

Ocena: 4/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


Tytuł oryginalny: Happy, Sad, Feeling Glad: Drew & Discover / Tłumaczenie: Joanna Wajs / Ilustracje: Yasmeen Ismail / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13328-1 / Ilość stron: 56 / Format: 205x256mm
Rok wydania: 2018 (Polska), 2017 (Świat)

czwartek, 1 marca 2018

Książka #476: Chce mi się kupę, aut. Guido van Genechten

     Zaskakujące, że na rynku wydawniczym pojawiają się takie „śmierdzące” tytuły, ale jakoś trafić trzeba do najmłodszych. Guido van Genechten to grafik z zamiłowania i wykształcenia, który zdecydowanie za często pisze o kupkach. Po sukcesie „Ale kupa. Co masz w pieluszce?” z bohaterską myszką, przyszedł czas na „Chce mi się kupę”, czyli niejaką kontynuację poprzednika. Wszystko to oczywiście nie tylko z jego tekstem, ale też i rysunkami.
     Mały piesek bardzo potrzebuje zrobić kupkę. Biegnie zatem do pokoju, aby pilnie swoją potrzebę. Jednakże jego nocniczek zajęła siostrzyczka. Cóż zatem począć? Biega od pomieszczenia, do pomieszczenia odnajdując kolejne nocniczki. Ostatecznie musi podjąć psią decyzję i porywa się na coś, czego nigdy w życiu nie próbował. Nie zapomniał jednak o właściwej higienie. 
     Szczerze, to nigdy nie zrozumiem książek tego rodzaju. Oczywiście, szanuję je za wartości naukowe dla dzieci, ale dość zaskakującym jest pisać o kupkach. Zanim człowiek dorobi się dzieci temat ten omija szerszym łukiem. Później nagle się pojawiają i nie da się gadać o niczym innym, ani patrzeć na nic innego. I nawet literatura zasypuje nas kolejnymi pomysłami na rozmyślanie o tej potrzebie fizjologicznej. Guido van Genechten oscyluje wokół tego tematu zdecydowanie za często, ale ma to większy sens- o dziwo. „Chce mi się kupę” to nie jest jaki-taki poradnik odnośnie korzystania z nocnika, choć ewidentnie pokazuje, że wszystkie dziecięce stworzonka od słonia po myszkę używają go do załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych. Z drugiej zaś strony finał tej komicznej i jakże stresującej opowiastki pokazuje, że nawet i małe pieski muszą czasem dorosnąć do większych czynów. Większych i wyższych, bowiem nie na nocniku świat się kończy. Czasem też ci malutcy muszą dorosnąć, aby korzystać z miejsc dostępnych dotychczas dla tych dużych. Spory skok rozwojowy, pokazujący jak logicznie potrafi myśleć dziecko. Na tym jednak nie koniec zabawy. Książeczka uczy też właściwej higieny. Nie wolno o tym zapominać wychodząc z toalety!
      Nie mogę powiedzieć, żeby van Genechten był najlepszym rysownikiem wszechświata. Jednakże jest jakiś urok w tych jego prostych kreskach i okrojonej kolorystyce. Zachowuje proporcje, nie kaleczy swoich bohaterów i nie nadaje im przesadnych cech charakterystycznych. W tym dynamizmie zachowuje również spokój ducha, więc przyjemnie się patrzy na jego prace. Nie jest to jednak wyższa szkoła jazdy, bo każdy kolejny kadr to bardzo schematyczne potraktowanie poprzedniego. W końcu ile razy można wchodzić do czyjejś łazience i przeszkadzać mu w robieniu kupki, ile razy można stamtąd uciekać? Prosta składnia, która nie daje zbyt wielkiego pola do popisu dla naszej wyobraźni.
     Najnowsza propozycja na rynku wydawniczym autorstwa Guido van Genechten, to kolejny tytuł o kupkowych sprawach. „Chce mi się kupę” to książeczka dla dzieci ucząca zasad korzystania z nocniczka, ale przede wszystkim radzenia sobie w sytuacji, gdy tego nocniczka brak. Zabawnie opowiedziana, z humorem, uzupełniona o ciekawe, choć proste ilustracje. Z pewnością zainteresuje każdego małego czytelnika, gdyż każda karta to kolejne zwierzątko, ale dla mnie jako dorosłego czytelnika jest to gra niewarta świeczki. Niestety, za mało tutaj pola do popisu dla rodzica, który nie ma za bardzo czego interpretować.


Ocena: 3/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!


Tytuł oryginalny: I've Got to Go / Tłumaczenie: Katarzyna Piętka / Ilustracje: Guido van Genechten / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13309-0 / Ilość stron: 32 / Format: 240x250mm
Rok wydania: 2018 (Polska), 2017 (Świat)