NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helios. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helios. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 września 2017

1237. Piękna i Bestia, reż. Bill Condon

     Magiczne to uczucie móc przeżywać te same emocje, których doznawało się za dziecka. Pokolenie wychowane na bajkach Disneya ma ostatnimi czasy prawdziwą uciechę, kiedy to ich ulubiona wytwórnia wypuszcza na ekrany unowocześnione i jak najbardziej żywe reprodukcje znanych i ukochanych historii. Spośród tak wielu, to „Piękna i Bestia” zasługuje na szczególną uwagę. Oczarowała nas przed laty i ponownie czaruje- scenografią, nowymi piosenkami, a także... niesamowitą obsadą. Miłość odżywa, nie tylko na ekranie, ale również w naszych sercach.
Źródło: Galapagos Films
     Młoda dziewczyna imieniem Bella (Emma Watson), bez matki, ale za to z najbardziej natrętnym adoratorem w mieście. Powszechnie uznawana za „dziwną”, ale również niesamowicie piękną skradła serce Gastonowi (Luke Evans). Kiedy jej ojciec zostaje pojmany przez straszliwą bestię i uwięziony w mrocznym pałacu za kradzież róży, bez mrugnięcia okiem zajmuje jego miejsce za kratami. Początkowo okrutny i agresywny książę zaklęty w Bestię, szybko zmienia swoje oblicze kiedy wskutek niefortunnego zbiegu okoliczności wzajemnie ratują sobie z Bellą życie. Od tamtej chwili stają się nierozłączni, a zarówno dla Bestii, jak i jego przyjaciół zaklętych w pałacowe sprzęty użytkowe pojawia się nadzieja na zdjęcie straszliwego czaru zanim opadnie ostatni płatek róży.
     Historia „Pięknej i Bestii” jest wciąż żywa. Wciąż niesie za sobą ponadczasowe przesłanie, które sprawdzało się kilka wieków temu, sprawdzające się również i teraz. Opowieść o miłości do pozazdroszczenia, o miłości ponad podziałami i pomimo wszelakich przeszkód- z czego największą jest straszliwa klątwa rzucona na przystojnego księcia, a czyniącego z niego przerażającą Bestię. To też film dający pstryczka w nos narcyzmowi, ale uaktualniona do współczesnych wciąż problematycznych tematów LGBT. I choć można by się przyczepić do tych minimalnych zmian fabularnych w filmie, to nie można im zarzucić bezcelowości, czy braku logiki. Rewelacyjnym pomysłem staje się odnowiona wersja wstępu do filmu i przedstawienie historii Bestii, rozszerzenie wizyty Maurycego w zamku Bestii, a jeszcze bardziej genialnie wypada jeden z prezentów od wróżki, który rzuca zupełnie nowe światło na postać Belli, która dotychczas była taka, bo tak! Wszystkie te udoskonalone wydarzenia stają się idealnym tłem na urozmaicenie filmowych postaci. Dodają im dramatyzmu u finału historii, gdzie twórcy postanowili pójść o krok dalej niż ci od animacji z 1991 roku. Jednakże najbardziej magiczne w tym filmie jest zobaczenie cudowności, jakie oferuje współczesne kino, a które było mocno ograniczone na poziomie animacji. Sceny wyczekiwane przez nas przez lata, upragnione do obejrzenia na wielkim ekranie, upamiętnione przez prawdziwe kamery i, co oczywiste, efekty grafiki komputerowej, które robią spektakularne wrażenie.
Źródło: Galapagos Films
     Oglądanie tego na wielkim ekranie kinowym, a potem ponownie przeżywanie tych emocji w domowym zaciszu jest prawdziwym wydarzeniem. Wizualnie film dopieszczony jest pod każdym możliwym względem. Co prawda dogłaszczanie Bestii poszło w niebezpiecznym kierunku, momentami zakrawając o pewną przesadę, ale i tak nie zmienia faktu, że idealnie komponował się do całego wizerunku filmu i tego osiemastowiecznego obrazu Francji. Przepiękne scenografie pełne zamkowego przepychu, postawione naprzeciw subtelności zwyczajnej prowincji. Wszystkie lokalizacji niesamowicie malownicze i jakże magiczne, z tymi okwieconymi polanami, zaśnieżonymi lasami, czy oświetlonymi blaskiem świec pałacowymi korytarzami i salami. Na tym tle dzieją się rzeczy niezwykłe. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali sceny obiadowej będącej kwintesencją całej magii filmu, gdzie efekty leją się strumieniami, a widz chyba tylko cudem nie doznaje oczopląsu. I tylko tańczącej w rytm muzyki Belli zabrakło w tym wydaniu. Wszyscy z zapartym tchem spoglądali na scenę na sali balowej, która jak najbardziej spełniła oczekiwania nie tylko emocjonalne, ale również i wizualne. Udana zabawa światłem i cieniem, i złotem, i chabrem. Cudowności! Kostiumolodzy również nie próżnowali. Naszych bohaterów obdarzyli najpiękniejszymi strojami, jakie można było zobaczyć w filmach fabularyzowanych na podstawie klasycznych animacji. Nowy wizerunek Belli zachwycał i dodawał jej lekkiego pazura. Złota suknia balowa stała się jeszcze bardziej złota niż można było sobie wyobrazić! Dla panów również skapnęło kilka przepięknych kombinacji, a zważywszy na czasy osiemnastowiecznej Francji, w których to akcja się toczy, twórcy mogli puścić wodze fantazji materiałowej i kolorystycznej, i wspaniale ubrać zarówno księcia, jak i Bestię, a nawet i nieokiełznanego Gastona, który prezentował się o wiele lepiej niż w wersji animowanej.
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” miała chyba najbardziej zachwycającą muzykę i piosenki ze wszystkich animacji Disneya. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Oprawa muzyczna ponownie wynosi film na wyżyny, a my ponownie usłyszymy najbardziej ulubione motywy. Gdyby tego było mało powracają również kultowe piosenki, w całkiem ciekawym brzmieniu w wykonaniu aktorów („Belle” w wersji Emmy Watson, czy chociażby „Be Our Guest” a'la Ewan McGregor), a także odrobinę urozmaicone, jak w przypadku „Gaston”. Jednakże to co najbardziej zachwyca to zupełnie nowe utwory, które z marszu wpadają w ucho i stają się jednością z pozostałymi. Subtelność Kevina Claine'a śpiewającego „How Does a Moment Last Forever”, czy niezwykle przejmujący aranż Dana Stevensa w piosence „Evermore”. Pojawił się jednak pewien koszmarek, który jest ledwo znośny w oryginale, a całkowicie nie do strawienia w wersji polskiej w głosie Małgorzaty Walewskiej. „Aria”, o tobie mówię! I to nie dlatego, że nie przepadam za operami, to po prostu strasznie odstaje od reszty. Szczęśliwie jednak dla całego filmu tragedia ta ma miejsce u początku seansu więc szybko zostaje zgnieciona przez pozostałe genialne utwory.
Źródło: Galapagos Films
     Czasami chciałoby się zapomnieć o tym, że niektóre produkcje filmowe zostają zmasakrowane dubbingiem. Nigdy nie rozumiałam sensu podkładania głosu do filmu, gdzie przecież patrzymy na żywych ludzi i w większości sytuacjach wiemy, jak brzmią ich głosy. Cóż. Dlatego wspaniałością jest posiadanie własnego egzemplarza filmu, gdzie będzie można wybrać wersję w jakiej chce się go obejrzeć. Widząc „Piękną i Bestię” w obu wersjach stwierdzam, że oryginał wypada milion razy lepiej! Po prostu. Luke Evans jest totalnie seksowny, a jednocześnie denerwujący w swoim lukeowoevansowym brzmieniu i wyglądzie. Emma Watson wciąż jest odrobinę beznamiętna, ale za to wyjątkowo piękna w wersji a'la Bella. Natomiast Dan Stevens to zupełnie inny przypadek. Ja wiem, że wiele kobiet zachwycało się jego personą po seansie „Gość”, ale osobiście nie uznaję go za wyjątkowo pięknego. Jak dla mnie wygląda na lekkiego szaleńca, co podkreśla jedynie słuszność wyboru go do roli Davida w serialu „Legion”. To tylko podkreślało wrażenia obłąkania, kiedy w końcu ujrzeliśmy jego niebestyjne lico!
Źródło: Galapagos Films
     „Piękna i Bestia” nie jest tym filmem sprzed lat. Brak mu tego czegoś, co sprawia, że seans jest momentami dość męczący. Może powód kryje się w przydługich wstępach, przeładowaniu wątkami, czy licznymi zmianami wprowadzonymi przez nowych scenarzystów, a może po prostu zbyt wielkie emocje łączą nas z poprzednikiem. Wciąż pamiętam cudowną oryginalną wersję animacji, nieprzykrytą polskim dubbingiem, a jedynie lektorem. Pamiętam tę niesamowitą kreskę, tutaj zastąpioną efektami komputerowymi, które robią nie mniejsze wrażenie. Nadal zachwycają piosenki, które pokochał cały świat i cały świat nuci pod nosem. Wielbiciele wersji Kirka Wise'a i Gary'ego Trousdale (w tym ja) mogą być jednak zadowoleni z tego, co zrobił Bill Condon. Wniósł współczesnej świeżości do tej klasycznej historii, nadając jej zupełnie nowym wymiar i pokazując bohaterów w zupełnie innym świetle.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Piękna i Bestia” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray

Oryginalny tytuł: Beauty and the Beast / Reżyseria: Bill Condon / Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopoulos / Zdjęcia: Tobias A. Schliessler / Muzyka: Alan Menken / Obsada: Emma Watson, Dan Stevens, Luke Evans, Kevin Kline, Josh Gad, Ewan McGregor, Ian McKellen, Emma Thompson / Dubbing polski: Olga Kalicka, Kamil Kula, Damian Aleksander, Krzysztof Dracz, Jacek Bończyk, Marian Opania, Małgorzata Walewska / Kraj: USA / Gatunek: Romans, Musical, Fantasy
Premiera kinowa: 23 lutego 2017 (Świat) 17 marca 2017 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 17 sierpnia 2017

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)

czwartek, 23 lutego 2017

1220. Split, reż. M. Night Shyamalan

     Cóż byłaby ze mnie za fanka M. Night Shyamalana, gdybym nie obejrzała jego najnowszego filmu “Split”. Skoro wszyscy rozpływali się w zachwytach i zwiastowali wielki powrót mistrza suspensu, to byłam przekonana, że i mnie film zachwyci. Zrywów fascynacji nie było, ale dla nawet mnie zaskoczył finał finałów. Szkoda jedynie, że nie był to szok na miarę pierwszych tytułów reżysera.
Źródło: Rotten Tomatoes
     Młody mężczyzna (James McAvoy) i jego 23 osobowości chodzą na psychoterapię do uznanej psychiatry badającej jedną z najbardziej przełomowych teorii odnośnie ludzkiego umysłu. Pewnego dnia jedno z wcieleń mężczyzny porywa z parkingu trzy nastolatki i przetrzymuje je w ukryciu, przygotowując do wielkiego rytuału. Bowiem już wkrótce nadejść ma kolejna z osobowości, która sieje postrach u pozostałych.
     Filmy o ludzkiej psychice, mocno koncentrujące się na tym motywie, zawsze są zachwycające i jednocześnie nużące. Shyamalan niemalże w każdym swoim obrazie prezentuje jakiś aspekt naszego umysłu, gdyż jego bohaterowie zawsze są w jakiś sposób skrzywieni. Jednakże teoria wysunięta przez niego w “Split” przechodzi wszelkie granice. Jest niezwykle zatrważająca, co dodatkowo podkreślone jest sceną, w której poznajemy znaczną część osobowości i dostrzegamy te różnice.
      Do tamtej pory nie dopuszczamy do siebie podobnej możliwości. Oglądamy po prostu sceny, gdzie mężczyzna porywa dziewczyny i trzyma je w zamknięciu. Nie terroryzuje, nie torturuje, nie molestuje. Nawet ich nie dotyka. To budzi sporą konsternację i rodzi pytania… ale dlaczego? Głównie dlatego, że nie o porwaniu jest to film, a o doświadczanych krzywdach i ich wpływie na nasze późniejsze życie. I to nie jest już tylko kwestia porywacza. Więcej odkrywają ostatnie minuty filmu, na które warto było czekać.
Źródło: Rotten Tomatoes


Wyczekiwanie krwawej rzezi nie należy do najprzyjemniejszych. Napięcie często sięga tutaj zenitu, niejednokrotnie doprowadzając do szału. Shyamalan nie stracił daru do budowania napięcia, zawsze wiedział, za którą stronę pociągnąć, żeby nas przestraszyć, zranić, czy zainteresować. Zazwyczaj udaje mu się zaskoczyć nas tak bardzo, że szczękę trzeba zbierać z podłogi. Często przekracza granice a widz tylko krzyczy w głowie, że to przecież nie ten rodzaj filmu! Jak jednak ktoś myślał, że to koniec niespodzianek, to bardzo się myli, bowiem reżyser puszcza nam jeszcze oczko u samego finiszu. Ta muzyka brzmiała tak bardzo cudownie. Ta muzyka brzmiała tak bardzo znajomo. Zakochani w tej nucie już będą wiedzieć co się szykuje. A wtedy zostaną z jednym wielkim szokiem na twarzy, przez którą przemknie uśmiech.
     Od pewnego czasu nie przepadam za Jamesem McAvoyem. Wizualnie mi nie podchodzi, a często nawet i aktorsko. Jednakże to co zrobił z postacią wieloosobowościowego typka… jak dla mnie niemalże mistrzostwo. Nawet Eddie Murphy nie zagrał w jednym filmie tylu postaci, a już na pewno nie zrobił tego tak rewelacyjnie. Każda z nich zupełnie inna i świetnie zaakcentowana przez McAvoya. W każdej odsłonie stał się przejmujący i każdą z nich wywoływał różne emocje. U jego boku pojawiła się też zjawiskowa Anya-Taylor Joy, która skradła cały film. Mam nadzieję, że szybko zobaczymy ją w czymś równie dobrym.
Źródło: Rotten Tomatoes
     “Split” to film bardzo nieoczywisty, co jest domeną wszystkich produkcji Shyamalana. Tutaj gra psychologiczna wznosi się na wyższy poziom. Klimatycznie jest to coś w stylu “Szóstego zmysłu”, choć tutaj fabuła skupia się bardziej na analizie niezwykłości ludzkiego umysłu. Choć tempo jest dość rozlazłe i monotonne, to jednak całość pozostaje intrygująca i zaskakująca. Do tego świetny McAvoy, który tworzy niezapomniane kreacje, świetna muzyka, no i ten finał, który dla fanów Shyamalana jest czymś naprawdę niesamowitym, czymś na co tak długo czekali choć sami o tym nie wiedzieli. Brawo!

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Split / Reżyseria: M. Night Shyamalan / Scenariusz: M. Night Shyamalan / Zdjęcia: Mike Gioulakis / Muzyka: West Dylan Thordson / Obsada: James McAvoy, Anya Taylor-Joy, Betty Buckley, Haley Lu Richardson, Jessica Sula, Brad William Henke, Sebastian Arcelus, Izzie Coffey / Kraj: USA / Gatunek: Thriller
Premiera: 26 września 2016 (Świat) 20 stycznia 2017 (Polska)

wtorek, 21 lutego 2017

1219. Pasażerowie, reż. Morten Tyldum

     Morten Tyldum nigdy nie zawodzi w kwestii filmów. Dlatego też, gdy rozsiadłam się wygodnie w fotelu kinowym oczekując na pierwszy film obejrzany w tym roku w kinie i zobaczyłam nazwisko reżysera wiedziałam, że mogę być spokojna. Twórca “Gry tajemnic” zabrał nas w świat popularnej ostatnimi czasy space opery, która pod eleganckim filmem o tytule “Pasażerowie” kryje zaskoczenie, grozę i refleksję.
Źródło: Rotten Tomatoes

     Setki pasażerów w stanie snu przemierzają kosmos nowoczesną arką, aby najbliższą planetę nadającą się do życia dla ludzkości. Jednakże prom spotyka na swojej drodze przeszkodę, a będąca jej skutkiem usterka wybudza ze snu jednego z mężczyzn- Jima (Chris Pratt). Kiedy zdaje sobie sprawę, że jako jedyny jest przytomny próbuje ze wszystkich sił znaleźć sposób, aby znowu zasnąć. Przytłoczony samotnością i z ograniczonym dostępem do luksusów oferowanych przez statek podejmuje decyzję, która zaważy na losach wielu istnień.
     Tyle różnych scenariuszy poruszanych przez literaturę w tym temacie i w końcu doczekaliśmy się filmu. “Pasażerowie” okazali się być równie fascynujący. Już samo to, że akcja odbywa się w kosmosie, na luksusowym statku, robi spore wrażenie. Do tego już na samym wstępie mamy zasygnalizowane, że pojawił się problem, na którym balansować będzie cała fabuła. Szkoda tylko, że tak łatwo domyślić można się jego skutków. Na całe szczęście rozwój wydarzeń szybko daje nam o tym małym fakcie zapomnieć. Ekran przysłaniają ciekawe dialogi bohatera z barmanem, a także jego osobisty dramat wynikający z tego, że został sam. Serce łamie widok jego rezygnacji i tego jak bardzo czuje się samotny. Aż do tej jednej chwili. Jego decyzja choć szokująca jest jak najbardziej zrozumiała. Może niewielu podjęłoby podobną, ale ciężko wczuć się w sytuację przytłoczenia faktem iż jest się samym na monstrualnych rozmiarów statku.
Źródło: Rotten Tomatoes

     Musiał się więc pojawić wątek romantyczny. I serio, łatwo się domyślić jak do tego dojdzie, bo innych rozwiązań nie ma. Nie jest to jakiś płomienny romans, choć próbuje takim być. Czyżby między Jennifer Lawrence i Chrisem Prattem nie było chemii? To chyba jeden z największych mankamentów całego filmu. Oboje piękni, sympatyczni i młodzi. Oboje utalentowani. Osobno zdają egzamin, ale jakoś nie uzupełniają się na planie. I choć sceny z ich udziałem są ciekawe, to jednak brak im pasji, wyglądają na mocno niezręczne i sztywne.
      Dobrze, że to nie na tym opiera się cała fabuła choć jest jej istotnym wątkiem. Reszta to bardziej podziwianie bezkresu kosmosu i zagrożeń, które za sobą niesie. Znajdzie się też chwila na zachwyty nad scenografią, bo ten prom jest po prostu niesamowity. Prawdziwe dzieło przyszłości o eleganckich i opływowych kształtach. Trochę przytłaczający wielkością, ale wykorzystane nowinki techniczne, wszystkie udogodnienia i rozrywki… aż ma się ochotę wsiąść na pokład i zapomnieć, że to monstrum pruje przez kosmos.
Źródło: Rotten Tomatoes
     Podczas seansu film wzbudza wiele ciekawych emocji, które pozostają w widzu na dłużej. Płynne przejście scen, fantastyczna muzyka i to jak przyjemnie się patrzy na kosmos oraz statek, wynagradza brak chemii między głównymi bohaterami, a także wrzucenie do fabuły jednej postaci ot tak, bo tego potrzebowała ta historia. “Pasażerowie” nie są może arcydziełem kina science fiction, ale nie był to seans męczący czy irytujący. Może trochę zbyt ckliwy u finału, ale… widywało się akcje bardziej nie na miejscu i nie o odpowiednim czasie.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Passengers / Reżyseria: Morten Tyldum / Scenariusz: Jon Spaiths / Zdjęcia: Rodrigo Prieto / Muzyka: Thomas Newman / Obsada: Chris Pratt, Jennifer Lawrence, Michael Sheen, Laurence Fishburne / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowe, Sci-Fi
Premiera: 21 grudnia 2016 (Świat) 25 grudnia 2016 (Polska)

wtorek, 29 listopada 2016

1213. Inferno, reż. Ron Howard


     Symboliczne przygody Roberta Langdona okraszone mocną dawką grozy, ale i wpisujące się w estetyczne gusta ludzi stworzone zostały przez Dana Browna. Jego książki czytają miliony, a “Inferno” jest ostatnim z dzieł twórcy. Ron Howard postanowił pominąć w kolejności Zaginiony symbol”- pewnie z uwagi na brak filmowego potencjału, i od razu przystąpił do realizacji kinowej wizji Piekła według Dantego. Przy produkcji standardowo towarzyszy mu Tom Hanks w głównej roli, jak i Hans Zimmer ze swoimi kompozycjami.
Źródło: TheHollywoodNews
     Oszołomiony Robert Langdon (Tom Hanks) budzi się w szpitalu i z niemałym zaskoczeniem rozpoznaje, że znajduje się we Włoszech. Na głowie ma ranę po postrzale, a jego wspomnienia ostatnich dwóch dni zakrywa gęsta mgła, które zastąpione zostały piekielnymi koszmarami. Gdy u drzwi jego pokoju pojawia się uzbrojona kobieta przebrana za lokalną policjantkę, która nie ukrywa swoich zamiarów względem niego z pomocą przychodzi mu młoda pani doktor (Felicity Jones). Jako miłośniczka symboliki i samego Langdona z chęcią postanawia pomóc mu w odzyskaniu pamięci i rozwikłania śladów, które po sobie zostawił. Nie mają jednak zbyt wiele czasu bowiem okazuje się, że na szali waha się egzystencja całej ludzkości, która może stać się ofiarą fanatyka piekielnej twórczości Dantego Alighieri.
     To interesujące, jak film może bardziej zachwycać niż książka. To przerażające, zaledwie kilka lat od jej premiery nie pamiętać jej szczegółów na tyle, aby szerzej odnieść się do ekranizacji. Każdy z tytułów ma zupełnie inny układ. W “Kodzie Da Vinci” szukaliśmy mordercy, w “Aniołach i demonach” próbowaliśmy zapobiec kolejnym zabójstwom biegając od rzeźby do rzeźby (mój ulubiony film i książka), a teraz przy okazji “Inferna” próbujemy zapobiec globalnej katastrofie, która dziesiątkuje ludzkość. I choć same powody, dla których ktokolwiek próbuje dokonać tego czynu wzbudza ogromne przerażenie i odrobinę zmusza do refleksji nad całym naszym życiem, to jednak nic więcej sobą nie oferuje. Znika gdzieś znamiono thrillera, spora dawka napięcia i fascynacji, które towarzyszyły nam przy poprzednich wyczynach Langdona i przeradza się to w zwyczajową przygodówkę z zamiłowaniem do sztuki. Wszystko to niby przebiega spójnie, fajnie się na to patrzy, ale z drugiej strony wlecze się to niemiłosiernie. Gdzieniegdzie dorwie nas element zaskoczenia, o którym teoretycznie się nie myśli podczas trwania filmu, ale jak już dochodzi do rozwikłania to wydaje się to w sumie logiczne. Gdzieniegdzie dopadnie nas żałość i całkowita utrata nadziei. Nie zabraknie tutaj również i absurdalnych wątków, które to zakrawają o niezłą zabawę ludzkim losem i psychiką. Szkoda tylko, że nie jest to otoczone większą tajemniczością, a napięcie koncentruje się jedynie w czasie ostatnich kilku scen.
Źródło: TheHollywoodNews
     Porywającą jest z pewnością spójność realizacji całej fabuły i filmu. Nic nie dzieje się z przypadku, a kierunek obrany, to kierunek realizowany. Zawsze fajnie było pobawić się w kulturalnego detektywa wraz z Langdonem i pobiegać po Francji, czy Rzymie w poszukiwaniu śladów a wykorzystując do tego swoją znajomość historii sztuki. Przy “Infernie” to również jest istotne, ale nie mniej niż zdolność łączenia wątków, a z tym u Langdona było ciężko tym razem. Oczywiście kojarzenie niektórych faktów jest mocno naciągane do woli twórcy, ale jednak akcja musi się toczyć. Dzięki niej mogliśmy poznać kolejne cuda klasyki sztuki, zobaczyć kolejne cuda włoskiej architektury, a przede wszystkim bliżej przyjrzeć się Piekłu według Dantego. Genialnym było wmanewrowanie w to piekielnych wizji Langdona, skrywających wskazówki. Fajny pomysł, zrealizowany w mocno groteskowy sposób, aby podkreślić grozę sytuacji, a przy okazji odzwierciedlić także charakter Inferna. Piękne i makabryczne zarazem.
     Tom Hanks ponownie szaleje na ekranie i choć mega się postarzał to wciąż zachował w żyłach wigor specjalisty od symboli, choć po skałkach to on się wspinać nie potrafi (nie żebym ja była w tym wprawiona). Z jakąkolwiek kobietą nie pojawi się w duecie, świetnie z nią współpracuje i tym samym jedno nie przyćmiewa drugiego. Postać Felicity Jones jest bardzo frapująca od samego początku jej pojawienia się. Dziewczyna trochę irytuje, ale szybko i łatwo jej się to wybacza. Na ekranie zobaczymy również Omara Sy, który już dawno nie zagrał takiej zaskakującej roli, choć jemu za to zabrakło ikry. Niestety. Jego przeciwieństwem jest Irrfan Khan, który wciela się w niezwykle zagadkową, ale i jakże ułożoną postać. To chyba jedna z najlepszych kreacji w tym filmie.
Źródło: TheHollywoodNews
     “Inferno” ma swoje lepsze i gorsze chwile, zupełnie jak jego pierwowzór. Nie jest to produkcja ani szczególnie porywająca ani zachwycająca. W tych kategoriach wypada słabo w porównaniu do poprzedników. Nie mniej, temat bardzo na czasie, bardzo istotny dla nas wszystkich, bo problem staje się coraz bardziej realny. Trochę zawodzi tempo akcji, a także sam schemat fabularny, choć twisty, które się pojawiają są bardzo ożywcze i dają mega kopa. Na szczęście piękne widoki, cudowne dzieła sztuki i muzyka Hansa Zimmera tuszuje mankamenty filmu.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Inferno / Reżyseria: Ron Howard / Scenariusz: David Koepp / Na podstawie: powieści Dana Browna „Inferno” [recenzja] / Zdjęcia: Salvatore Totino / Muzyka: Hans Zimmer / Obsada: Tom Hanks, Felicity Jones, Omar Sy, Irrfan Khan, Sidse Babett Knudsen, Ben Foster, Ana Ularu / Kraj: USA, Japonia, Turcja, Węgry / Gatunek: Thriller

Premiera: 12 października 2016 (Świat) 14 października 2016 (Polska)


poniedziałek, 16 maja 2016

1204. Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     Ten rok jest wyjątkowy. Co rusz superbohaterowie toczą ze sobą walki lub zwyczajnie zlewają cały system. Nie wspominając już o tym, że studio Marvela dominuje w tym roku ze swoimi produkcjami. Kwiecień „należał” do starcia dwóch gigantów DC Comics- Batmana i Supermana, więc Marvel nie mógł pozostać w tyle- triumfując miesiąc później. Ponownie zaangażował braci Russo do kontynuacji przygód Kapitana Ameryki. Tym razem jednak skupił się na wyjątkowym konflikcie, który doprowadził do „Wojny bohaterów” i na zawsze, albo przynajmniej długi czas, podzielił fanów komiksowych ekranizacji na team Tony'ego Starka i team Stevena Rogersa.
     Grupa Avengers podzieliła cały świat. Choć dzielnie broni cywilów, to jednak ich ruchy nie obywają się bez strat w ludziach. Odpowiedzią na ich samowolną działalność staje się Protokół Sokovia, podpisany przez ponad 100 państw, który ma podporządkować decyzjom ONZ ruchy superbohaterów. Jedni z członków Avengers nie mają problemów, aby na to przystać- jak chociażby Tony Stark (Robert Downey Jr.), natomiast inni nie są w stanie przyjąć takich ograniczeń, przykładowo Steven Rogers (Chris Evans). Konflikt między bohaterami i dotychczasowymi przyjaciółmi pogłębia się, gdy na scenie ponownie pojawia się Zimowy Żołnierz (Sebastian Stan), ponownie siejąc zamęt. Stark musi powstrzymać Rogersa przed popełnieniem większej ilości błędów i wraz ze swoją ekipą wzbogaconą o nowicjuszy staje do walki z jego poplecznikami.
     Na to starcie czekali chyba wszyscy fani Marvela. To właśnie oni podzieleni zostali na dwie przeciwstawne frakcje. Tak Team Stark stanął naprzeciw Team Rogers nie tylko na ekranie, ale również wśród ludu fascynującego się ekranizacjami komiksów. „Wojna bohaterów” to jednak nie tylko rozgrywka między tym kto jest przystojniejszy, kto sympatyczniejszy, a kto mądrzejszy. Jest to przede wszystkim sprawnie przeprowadzona, dramatyczna rozgrywka o rzeczy ważne i ważniejsze. Zaskakujące jest to, jak bardzo rozbudowane są płaszczyzny tego konfliktu. Na etapie zapowiedzi determinujący wydaje się być zaledwie jeden czynnik, natomiast w trakcie trwania fabuły okazuje się, że dostajemy aż trzy bodźce do podziału i chęci sympatyzowania z jedną z drużyn- o dziwo... za każdym razem inną.
Kwestie, które dzielą Starka i Rogersa mają swoje korzenie już praktycznie w „Avengersach”, gdzie zawzięcie skakali sobie do gardeł, bo ich rozbuchane ego nie dawało dojść im do porozumienia. To co się wydarzyło w kontynuacji przygód ekipy superherosów pogłębiło ten problem i efekty widać już na samym początku filmu. Tym razem jednak każdy z nich ma więcej bądź mniej racji, ale każdego rozumowanie jest warte rozważenia i poparcia. Bardzo dobrze, że twórcom udało się zrobić coś więcej niżeli kino akcji z bohaterami w roli głównej. Obnażyli ich dusze, pomogli dotrzeć do początków i przestali robić z nich bogów, a w końcu zrobili ludzi posiadających serce oraz wyrzuty sumienia, a także ludzi którzy mogą upaść. W końcu przestała być to zwykła naparzanka tych dobrych ze złymi z kosmosu, bądź z Ziemi. Ostatecznie dostaliśmy przejmujący obraz drugiej strony barykady, czyli ludzi cierpiących po wybrykach Avengersów. Nie ma się jednak co martwić, bowiem nawet i w tym filmie pojawiają się sceny walki i to naprawdę bardzo dobre. Tak świetnie skrojone, że początek seansu to praktycznie taniec na ekranie z Czarna Wdową w roli primabaleriny, a nie kino superbohaterskie. Walka na lotnisku przypominająca te avengerskie, tak pięknie rozciągająca w czasie bieg Kapitana Ameryki i Zimowego Żołnierza. No i ostateczna bitwa, która najnormalniej w świecie łamie serce, bo przenosi się na zupełnie inny grunt. Zaskakuje i przede wszystkim wzrusza, jak nigdy dotąd żaden film Marvela.
     „Wojna bohaterów” to chyba pierwszy film ze świata Marvela, który w końcu łączy w sobie całość. Niesamowite jest to, jak fabuła jest skutkiem wydarzeń z poprzednich filmów i to nie tylko „Avengers”, ale również „Kapitana Ameryki”. Zachwycające jest to jak wiele potrafi nagromadzić przy sobie postaci. Tutaj nie ma przypadkowych osobników. Pojawiają się ci, podziwiani i poznani wcześniej- jak chociażby Ant-Man, a także ci, których historie dopiero poznamy- przykładowo Czarna Pantera. Marvel pokusza się nawet o powołanie do życia, do nowego życia, bohatera już nam znanego, czyli Spidermana. Ten ostatni dostarcza zdecydowanie najwięcej humoru. Zaprezentowanie go jako dzieciaka ze szkoły, totalnego fanboya bohaterów, to chwyt niemalże idealny, bowiem każdy mógłby się z nim utożsamiać. Natomiast Pantera... zachwyca pod względem wizualnym, ale również i mentalnym. Zarówno w swojej wersji zakamuflowanej, jak i obnażonej. Aż nie mogę doczekać się jego osobnego filmu. Natomiast starzy wyjadacze? Tony Stark bardzo zyskuje w ludzkich oczach. Po raz pierwszy od dawna, o ile w ogóle, pokazuje swoje prawdziwe oblicze, wrażliwe oblicze, skrywane pod tym nonszalanckim uśmiechem i ciętym dowcipem. Żarty idą na bok, a pojawiają się wyrzuty sumienia. Natomiast Steven Rogers... ten człowiek to ma przechlapane już na całej linii. Postać, która dotychczas uznawana była za wcielenie praworządności i lojalności również pokazała swoją prawdziwą twarz. I to nie taką jakiej byśmy oczekiwali. To sprawia, że w końcu przestał być nudnym lalusiem i stał się kimś o wiele bardziej interesującym.
     Choć tytuł „Wojna bohaterów” nie jest naszym wymarzonym dla nowej odsłony Kapitana Ameryki, to trzeba przyznać, że wszyscy wiele się po nim spodziewali- w tym też ja. Starcie wielkich ludzi, tak różnych charakterami, przeszło jednak najśmielsze oczekiwania. Wielopłaszczyznowy konflikt, który powoduje rozdarcie nie tylko w światku superbohaterów, ale także fanów tej serii filmów, wynosi to kino na zupełnie inny poziom. Ze zwyczajnej opowieści dla dzieciaków, gdzie walka goni walkę, a robot uderza drugiego potwora prosto w ryjek, stało się tu coś zjawiskowego- Marvelowi udaje się widza poruszyć dramatyzmem swojej produkcji. Do tego świetnie łączy w jedno wszystkie dotychczasowego wątki, a także nienachalnie wprowadza nowe twarze do kinowego uniwersum. Świetnie zrealizowane, naprawdę pierwszorzędne kino, który zaspokaja wszystkie nasze zmysły, a także i moje osobiste pragnienia związane z... Czarną Panterą!

Ocena: 8/10


Oryginalny tytuł: Captain America. Civil War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Na podstawie: komiksu Marka Millara / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Henry Jackman / Obsada: Chris Evans, Robert Downey Jr., Scarlett Johansson, Sebastian Stan, Anthony Mackie, Don Cheadle, Jeremy Renner, Chadwick Boseman, Paul Bettany, Elizabeth Olsen, Paul Rudd, Tom Holland, Daniel Brühl, Emily VanCamp, William Hurt, Martin Freeman / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 12 kwietnia 2016 (Świat) 06 maja 2016 (Polska)