NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guillermo del Toro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guillermo del Toro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

SZORTY #47: Uciekaj, Czwarta władza, Kształt wody

Oryginalny tytuł: Get Out! | Reżyseria: Jordan Peele | Scenariusz: Jordan Peele | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA | Gatunek: Horror
Premiera: 23 stycznia 2017 (Świat) 28 kwietnia 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Ewenement w historii Oscarów, pierwszy raz od kiedy jestem z nimi w bliższych stosunkach wśród nominacji pojawia się film z gatunku grozy. Oczywiście, trzeba mieć na względzie to, że produkcja Jordana Peele nie jest typowym tworem z tej kategorii. Nie mniej, obraz traktuje o problemie, który aż prosi się chociażby o wspomnienie o nim w trakcie ceremonii.
    Młoda para zakochana w sobie bez pamięci. Ona jest piękną białą kobietą, a on urodziwym czarnym mężczyzną. Przyjeżdżają do posiadłości jej rodziców na weekend, w celu bliższego zapoznania obydwóch stron. Podczas jednego z przyjęć mężczyzna dostrzega jak bardzo wszyscy otwarci są na kontakty z czarnoskórymi. W dodatku spora część sama związała się z ludźmi tej rasy. Dochodzi jednak do incydentu, który każe mu przypuszczać, że coś jest nie w porządku. Kiedy odkrywa sekret domu rodziców ukochanej musi działać szybko. Musi uciekać!
     „Uciekaj!” jest filmem dość zaskakującym. Stonowanym, intrygującym, ale... na pewno nie strasznym. Ma swój osobliwy klimat, który z pewnością jest mocno przytłaczający. Uczucie niepewności i osaczenia towarzyszy przez większość seansu. Pomyśleć, że wszystko zaczyna się tak bardzo niepozornie, jak zwykła sielska historyjka miłosna. W końcu co może być podejrzanego w wyjeździe z dziewczyną do rodziców? Wydaje się, że nic. Fabuła nie rozwleka się niemiłosiernie, buduje względne napięcie, które znajduje swoje ujście. Nie jest to może szczyt geniuszu, ale przez temat którego dotyka musiał się spotkać z uznaniem- pomimo tego, że sklasyfikowano go jako horror. Odkrycie przez Chrisa tajemnicy jego dziewczyny jest niczym lodowaty prysznic- zaskakujący i przejmujący do kości. Jednakże sama jego koncepcja to coś z kategorii fantastyki naukowej niżeli typowego horroru. Opowieść zmusza do refleksji czy taka sytuacja w ogóle jest możliwa, w końcu czy możliwy jest transfer osobowości? W wielu filmach wysuwano teorie o przeniesieniu umysłu człowieka do maszyny- w końcu, według założeń, to tylko kod źródłowy. Twórcy coraz bardziej przyzwyczajają nas do takiej opcji. Drugim podłożem tego obrazu jest społeczeństwo czarnoskórych, a bardziej kwestie rasizmu. W czasach tak bardzo tolerancyjnych i tak bardzo otwartych na zmiany już zapomina się o tym problemie. Ktoś kiedyś jednak stwierdził, że tak wielka sympatia do czarnoskórych tylko dlatego, że są czarnoskórzy i według niektórych wręcz idealni do niektórych celów, to też pewna odmiana rasistowskiej ideologii. Właśnie tym wszystkim jest ten film. Z jednej strony stawia na piedestale Afroamerykanów, a z drugiej nie obawia się zanegować za to drugiej strony barykady. Mnie osobiście nie ujął film swoim przesłaniem, oczywiście dociera do mnie, ale nie uważam samej realizacji za godną Oscarów.
Oryginalny tytuł: The Post | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Liz Hannah, Josh Singer | Obsada: Meryl Streep, Tom Hanks, Sarah Paulson, Bob Odenkirk, Tracy Letts, Bradley Whitford, Bruce Greenwood | Kraj: USA | Gatunek: Dramat
Premiera: 22 grudnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 5/10

     Dlaczego do Oscarów nominowane są filmy, których ja nie toleruję? Cóż, najwyraźniej Akademia Filmowa testuje moje granice wytrzymałości. Nie ma dla mnie nic bardziej nudnego niż filmy polityczne. A w tym gatunku kręci się Steven Spielberg ze swoją „Czwartą władzą”. I to chyba jedyny film w trakcie którego przez pierwszą połowę robiłam wszystko tylko nie patrzyłam na ekran.
     Sekret skrywany przez lata w końcu może ujrzeć światło dzienne. Ekipa redakcyjna The Post wchodzi w posiadanie tajnego raportu, który może zaważyć na wierze obywateli amerykańskich w ich idealny Rząd. Naczelny wydawca dziennika (Meryl Streep) może stracić wszystko na co jej rodzina pracowała przez lata. Jednakże wraz z przyjacielem (Tom Hanks) postanawiają pójść za ciosem i opublikować artykuł przed New York Timesem.
     Jak to bywa w przypadku takich filmów, jak „Czwarta władza” zanim akcja konkretnie się rozkręci trzeba się niemożliwie wymęczyć. Tak można nazwać moje odczucia- męczarnią, podczas pierwszej połowy filmu, gdzie silnie walczyłam z przymykającymi się powiekami. Ślamazarny początek, cała masa tajemnic bez jakiegokolwiek pobudzenia zmysłów czytelnika. Konspiracje i potok słów wypowiadany przez bohaterów. W tym czasie aktorsko wykazać może się zarówno Meryl Streep, jak i Tom Hanks. Ciekawe kreacje, ale niezbyt pamiętliwe, więc dla mnie nie są idealne. Prawdziwa akcja rozpoczyna się w chwili, gdy do redakcji trafiają materiały. Wtedy wszystko nabiera tempa. Napięcie sięga zenitu, bo dochodzi do prawdziwej batalii między prasą a władzą. Rozterki między służeniem dla narodu poprzez pisanie prawdy, a słuchanie głosu z góry nakazującego zaprzestanie procedury. Zaczyna się prawdziwa walka z czasem, ale przede wszystkim z własnymi ograniczeniami. Wtedy bohaterowie stawiają na szali swoje życia, reputację oraz przyszłość. Z jednej strony służba obywatelom, a z drugiej własne ambicje bycie najlepszymi wśród konkurentów, pierwszymi którzy wyjawią światu pilnie strzeżoną tajemnicę. Mnie ta historia w ogóle nie bierze, w szczególności, że wiele było już podobnych filmów. Nie jest to nic odkrywczego, co zasługiwałoby na nagrodę. W końcu dwa lata temu statuetkę odebrał film „Spotlight”. Myślę, że wystarczy tych dziennikarskich zasług.

Oryginalny tytuł: The Shape of Water | Reżyseria: Guillermo del Toro | Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor | Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, John Hawkes, Peter Dinklage, Abbie Cornish, Lucas Hedges, Želijko Ivanek | Kraj: USA, Wielka Brytania | Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał
Premiera: 31 sierpnia 2017 (Świat) 16 lutego 2018 (Polska)
Ocena: 7/10

     Do filmów Guillerma del Toro mam sporą słabość. Wszystko zaczęło się w czasach, gdy na ekranach pojawił się „Labirynt fauna”. Po tak wielu latach ten wyjątkowy reżyser i scenarzystach ponownie zabiera nas w świat fantazji, kolejny raz ujmując nas niebanalną historią.
     Niema kobieta prowadzi bardzo spokojne życie w małym mieście, za sąsiada mając niespełnionego artystę, a za przyjaciółkę najszlachetniejszą kobietę na świecie. Pracując jako sprzątaczka w centrum badawczym może pozwolić sobie na zwykłe życie. Jednakże ulega ono diametralnej zmianie, gdy do centrum sprowadzone zostaje tajemnicze stworzenie z Amazonii. Tych dwoje od razu znajdują wspólny język, pomimo tego, że nie porozumiewają się za pomocą słów. Gdy obiekt ma zostać inwazyjnie przebadany kobieta podejmuje ryzykowną decyzję.
     „Kształt wody” to taka współczesna baśń dla dorosłych. Wizualnie hipnotyzująca, przepełniona seksualnością i emocjami, ale zupełnie nieangażująca widza. Del Toro świetnie daje sobie radę z nakładaniem świata fantazji na brutalną rzeczywistość. Mydli oczy, do tego stopnia, że zachwyca nie dopuszczając do strachu. Jest to bardzo enigmatyczna opowieść o ludzkiej odwadze, ale również i okrucieństwie. Pełno tutaj krwi, pełno niewypowiedzianych słów, pełno uroku. To wszystko jest tak bardzo magiczne, że aż zapierające dech w piersi. Cudowna istota, bardzo surowe otoczenie i całkowicie delikatna, niewinna kobietka, która łączy te dwa światy. Tylko ona potrafi zrozumieć jego i tylko on potrafi zrozumieć ją. Oboje są poza wszelkimi barierami i porozumiewają się perfekcyjnie, pomimo tego, że żadne z nich nie wypowiada najmniejszego słowa. Są uosobieniem subtelności i piękna. Drugą stronę medalu prezentuje Michael Shannon i jego postać Stricklanda, która jest tutaj tym czarnym charakterem, uosobieniem wszystkiego co złe, zwyczajnie chorej ambicji, ale też i strachu. Del Toro posuwa się tutaj do rzeczy, które obce są zwyczajnemu człowiekowi, nawet lubującemu w świecie kina. Niejednokrotnie wzbudza oburzenie, czy obrzydzenie. Nie mniej, sceny te jedynie podkreślają charakter bohaterów- przede wszystkim uwydatniając ich poczucie samotności, ale też i baśniowy wydźwięk produkcji, gdzie w pierwowzorach nie brakowało brutalności, czy jednoznacznych sytuacji. Pięknie się patrzy na ten film, fabuła pełna jest uroku, ale i wojennej brutalności- kiedy to Rosja walczyła z USA o władzę w świecie. Kompozycje Alexandra Desplata nie mają sobie równych idealnie ubierając tę produkcję w wyjątkowy charakter. Jedyne co przeraża przy tym filmie, to choć jest on niemalże idealny, to jakoś całkowicie bezpłciowy. Osobiście miałam problem, żeby emocjonalnie zaangażować się w historię i finał autentycznie mną nie wstrząsnął. Choć może powodem jest również jego przewidywalność.

poniedziałek, 27 lipca 2015

1180. Wirus, aut. Guillermo del Toro, Chuck Hogan


     Kiedy cztery lata temu czytałam powieść Guillermo del Toro i Chucka Hogana (recenzja), a w zeszłym roku po raz drugi, stwierdziłam jedno – byłby z tego super film! Po tym czasie, zupełnie jakby ta dwójka czytała w moich myślach i tak oto wspólnymi siłami ze stacją FX powstał nie film, a serial! Wydawałoby się, że to nawet lepiej przerobić „Wirusa” na kilku epizodyczną przygodę. Niestety, zarówno mnie, jak i zapewne innym fanom, szybko przyszło pożałować swojego banalnego życzenia, bowiem to co rozgrywa się na ekranie w żaden sposób nie oddaje klimatu powieści, a co gorsza... całkowicie zmienia wrażenia po lekturze!

     Na lotnisku JF Kennedy'ego w Nowym Jorku ląduje samolot widmo. Ze względu na brak oznak na pokładzie jako pierwsi do samolotu chcą wejść przedstawiciele Centrum Chorób Zakaźnych. Tymi przewodzi Ephraim Goodweather (Corey Stoll), który jest tak bardzo oddany pracy, że swego czasu nie dostrzegł rozpadającego się własnego małżeństwa. Kiedy wydaje się, że każdy pasażer jest martwy, Eph wraz ze swoją ekipą odnajdują czworo ocalałych, których od razu poddają kwarantannie. Reszta, pozbawionych krwi ciał zostaje przewieziona do kostnicy. Podczas, gdy koroner zajmuje się sekcją zwłok Eph wraz z Norą i Jimem (Mía Maestro, Sean Astin) w trakcie przeszukiwania samolotu odkrywają kolejne tajemnicze znalezisko- pięknie rzeźbioną, ale nie mniej przerażającą trumnę. Według słów sędziwego staruszka imieniem Abraham Setrakian (David Bradley) z mieczem w lasce może być ona kluczem do walki o przyszłość całej ludzkości, gdy tylko dwustu zmarłych pasażerów zacznie wracać i osuszać swoich ukochanych.
     Z „Wirusem” mam ten problem, że czytałam powieść, która szalenie mi się spodobała. Natomiast serial... można powiedzieć, że daleko mu do ideału. Niby koncepcja ta sama, większość postaci się pokrywa, ale akcja toczy się tak ślamazarnie, że ciężko jest utrzymać oczy szeroko otwarte podczas seansu. To co było zaletą w powieści, tutaj w ogóle nie ma racji bytu. Wszystko toczy się zbyt monotonnie, zbyt sennie. Można by oczywiście zrozumieć ten zamysł, gdyby wątki dramatyczne były o wiele lepiej rozbudowane- w końcu w „The Walking Dead” sprawdza się koncepcja, że mniej się dzieje, a więcej buduje się relacji między ludźmi.
Nie mniej, tutaj nawet nie próbuje się tego zrobić. Całość roztrząsa się o dziwaczną epidemię, której praktycznie w ogóle nie widać- w książce to już po chwili wampiry zaczęły mordować ludzi, a w serialu rozwleczone jest to niemiłosiernie. Pilot tej produkcji już zwiastuje nie do końca dynamiczną akcję, gdyż w książce po prostu wchodzą na pokład i po kilkudziesięciu stronach wychodzą. A w serialu rozwleka się to bodajże na dwa odcinki. Serio? Tak wielki wpływ na akcję ma oglądanie każdego centymetra samolotu? Dajcie spokój! I wtedy coś zaczyna się dziać, ale tylko po to, aby za chwilę znowu mnie zirytować ślamazarnością. Bardzo to jest wszystko nierówne, akcje są jakby pocięte i de facto nic nie wnoszą do ogólnego zarysu fabularnego. Spośród tych wszystkich epizodów najwięcej uwagi skupia na sobie chyba tylko jeden, ten,w którym bohaterowie walczą na stacji benzynowej. Tylko ten. Nawet objawienie się lica Mistrza jest dość komicznym incydentem i praktycznie zaważyło na całej mojej ocenie tegoż obrazu. A finał? Cóż... gorszego, bardziej bezdusznego wyobrazić sobie nie można! Taka jest jednak cała produkcja. Więcej emocji wzbudzają w widzu przeżycia Setrakiana z czasów II wojny światowej niżeli to, co dzieje się aktualnie z bohaterami tej opowieści. Dziwne to i całkowicie przerażające.
     Poza tym, że fabuła jest tutaj praktycznie żadna ogromną wadą filmu jest totalny brak klimatu, który tak bardzo wyczuwalny był podczas lektury powieści. Czego to wina? Raczej zdjęciowców, starających się zrobić z tego coś fajnego, ale w konsekwencji wyszło bardzo nijako. Drugim winowajcą są specjaliści od stylizacji i efektów specjalnych. Jak dla mnie wizerunek wampira z żądłem był całkowicie przyswajalny na etapie książki i tutaj bardzo dobrze udało się odwzorować wygląd. Jednakże to co zrobiono z Mistrzem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Potwór bardziej przypominał zbitego szczeniaczka niż krwiożerczą bestię. Już więcej grozy budził jako szybko przemieszczający się łach niżeli coś z twarzą. Aczkolwiek zanimowanie tej plamy również mogłoby wyglądać atrakcyjniej. Tak czy inaczej, ciężko jest określić, czy te umarlaki to faktycznie wampiry, czy też dziwne zombiaki, bo w końcu wirus wampiryzmu? Aczkolwiek za to właśnie pokochałam powieść, za to niekonwencjonalne podejście do tak oklepanego tematu.
      Takiej tragedii aktorskiej to już dawno nie widziałam w żadnym filmie, czy serialu. Postać Epha była jedną z moich ulubionych podczas czytania książki, tuż obok Setrakiana. Natomiast tu? Jego przeładowana postać stała się zbyt przytłaczająca. Nie dość, że alkoholik, to w dodatku po rozwodzie i walczący o prawa nad synem- a przy okazji wciąż go zawodzący. Typowe. Ponadto ciąży na nim odpowiedzialność za dziwaczną epidemię wampiryczną, a jego ograniczony umysł w ogóle nie chce zaakceptować tego co się aktualnie dzieje. Corey Stoll w ogóle nie pasuje mi do tej postaci. Brak tutaj tej oczywistej odwagi, takiego charakteru, bowiem Ephraim w jego wykonaniu jest całkowicie nijaki- tak, pomimo takiego wielkiego bagażu. Beznadziejnością dorównywać może mu jedynie Mía Maestro, która także jest bezpłciowa zupełnie jak te wampiry. Wypada sztucznie i karykaturalnie podczas okazywania jakichkolwiek głębszych emocji, a szkoda! W powieści Nora również nie była zbyt ogarniętą postacią, ale nie była aż taka przezroczysta. Fajne jest to, że pomimo wszystko twórcy utrzymali takie postacie jak bogatego i schorowanego Palmera, czy Vasilija Feta. Dwie bardzo ciekawe kreacje, a aktorzy całkiem nieźle dobrani bardzo dobrze się sprawdzają. Jak dla mnie najciekawszą postacią pozostanie jednak Thomas Eichrost- były nazista, który został sługusem Mistrza. Richard Sammel idealnie odnalazł się w tej bezwzględnej roli. Co do Abrahama Setrakiana, to w powieści wypada o wiele bardziej atrakcyjnie niżeli w serialu. David Bradley nie do końca poradził sobie z ciężarem tej roli, ale i tak wypada o wiele lepiej niż niektórzy z bohaterów.
     Niestety, „Wirus” w żaden sposób nie spełnił moich oczekiwań, a nie były one aż tak wygórowane. Miało być dużo akcji, miało się coś dziać, miała się lać krew i miałam się bać iść spać po każdym kolejnym epizodzie. Miał być to najstraszliwszy z tworów del Toro, a skończyło się na tym, że zwyczajnie nudziłam się przed ekranem. Najgorsze jest to, że książkę pokochałam całym sercem i zawsze stawiałam ją w dziesiątce moich ulubionych. Tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie, jak można było zmarnować taki potencjał. Genialne podejście do wątku wampiryzmu, tak wszechstronny pod względem dramatyczności, ale przede wszystkim strachu temat, a jednak potraktowany tak bardzo płytko, tak bezemocjonalnie. Do tego aktorstwo, które w ogóle nie pomagało... Co się stało Guillermo?! Nie rozumiem...


Ocena: 3/10
Oryginalny tytuł: The Strain / Reżyseria: Guillermo del Toro i inni / Twórca: Guillermo del Toro, Chuck Hogan / Na podstawie: powieści Guillermo del Toro i Chucka Hogana „Wirus” (recenzja) / Zdjęcia: Gabriel Beristain, Mirosław Baszak, Checco Varese / Muzyka: Ramin Djawadi / Obsada: Corey Stoll, Mía Maestro, David Bradley, Miguel Gómez, Kevin Durand, Jonathan Hyde, Richard Sammel, Sean Astin, Natalie Brown, Jack Kesy, Ben Hyland, Roger R. Cross, Leslie Hope Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13

Premiera: 13 lipca 2014 (FX) 02 września 2014 (FOX Polska)

piątek, 12 lipca 2013

1059. Pacific Rim, reż. Guillermo del Toro

Oryginalny tytuł: Pacific Rim
Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Travis Beacham, Guillermo del Toro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Ramin Djawadi
Kraj: USA
Gatunek: Akcja, Sci-fi
Premiera: 11 lipca 2012 (Świat) 12 lipca 2013 (Polska)
Obsada: Charlie Hunnam, Idris Elba, Rinko Kikuchi, Charlie Day, Burn Gorman, Max Martini, Robert Kazinski, Clifton Collins Jr., Ron Pearlman
    Moje małe wariactwo rozpoczęło się od pewnego zwiastuna sprzed kilku miesięcy. Niczym zaczarowana patrzyłam na wielkie walczące roboty z potworami nie z tego świata. Stęskniona za mocnymi wrażeniami, które dostarczał film „Transformers”, z nadzieją patrzyłam w przyszłość. Guillermo del Toro nigdy nie zawodził swoimi produkcjami, a jego „Labirynt fauna” zrobił furorę na całym świecie, mnie całkowicie omamiając. I tak oto nadszedł ten dzień, kiedy stworzył coś, co zwyczajnie nie miało prawa mi się nie podobać. I zgadnijcie co? „Pacific Rim” zatrząsł moim światem w posadach!

środa, 8 grudnia 2010

466. Hellboy, reż. Guillermo del Torro

Oryginalny tytuł: Hellboy   
Seria: Hellboy #1  
Reżyseria: Guillermo del Torro  
Scenariusz: Guillermo del Torro, Peter Briggs
Zdjęcia: Guillermo Navarro 
Muzyka: Marco Beltrami, Buck Sanders 
Kraj: USA 
Gatunek: Akcja / Fantasy 
Na podstawie: komiksu Mike`a Mingola
Premiera światowa: 30 marca 2004 
Premiera polska: 17 września 2004 
Obsada: Ron Pearlman, John Hurt, Doug Jones, Selma Blair, Rupert Evans,  Karel Roden

    Film Guillermo del Torro znanego z takich filmów jak „Kręgosłup diabła” postanowił przenieść na ekran kinowy jeden z najpopularniejszych komiksów Mike`a Mignola o demonie, który walczy dla dobra ludzkości. Pomimo swojej demoniczności przypada do gustu i choć nie jest to film dla każdego to dla mnie jest w sam raz.
    W czasie drugiej wojny światowej Naziści próbują skorzystać z czarnej magii, aby wygrać. W tym celu Grigorij Rasputin (Karel Roden) otwiera portal jednak dzięki Profesorowi Bruttenholm  (John Hurt) portal zostaje zamknięty, a Naziści w większej części zniszczeni.Kiedy jednak Profesor wraz z wojskiem przeszukują teren okazało się, że na ziemię sprowadzony został mały demon, którego Profesor za pomocą batoników przekonał do siebie, przygarnął i zaczął traktować jak syna. Po latach Grigorij Rasputin wraz ze swoją ukochaną Ilsą i podwładnym Kroenen wracają i postanawiają jeszcze raz otworzyć portal. Hellboy (Ron Perlman), który teraz pracuje w Biurze Zjawisk Paranormalnych i Ochrony musi im przeszkodzić. Pomaga mu w tym jego nowa niania- John Myers (Rupert Evans), Abe Sapien (Doug Jones) oraz ognista ukochana- Liz Sherman (Selma Blair).
    Film ten miałam okazję obejrzeć już dawno temu, ale ucieszyłam się kiedy zobaczyłam, że pojawi się on w telewizji. Osobiście uwielbiam ten film i dawno już się tak dobrze nie bawiłam na żadnym filmie. Ma on w sobie dużo magii, barwnych postaci oraz całkiem niezłą dawkę humoru. Właściwie to ma on wszystko czego można zapragnąć od takiego rodzaju filmu, w związku z czym fani gatunku z pewnością nie będą zawiedzeni.
    Na główny plan wysuwają się oczywiście efekty specjalne. Już od samego początku zostajemy zaskoczeni całym tym otwieraniem portalu no i tą śmieszną istotą jaką jest Hellboy. Później spotykamy różne ciekawe stwory do których z pewnością można zaliczyć Sammaela. Jego przedziwna budowa i to co on tam wyprawia w tym filmie są nie do podrobienia. Bardzo oryginalny pomysł, ale jak się przekonaliśmy Guillermo najwyraźniej gustuje w tego typu postaciach :D Przynajmniej wnosił dużo radości :D innym ciekawym stworem jest ten cały wielki demon, na przyjście którego czekał Rasputin. Przyznam, że ogromna bestia i nie chcę nawet wiedzieć co by się działo jakby zstąpiło to na ziemię. Pod tym względem film jest bez zarzutu, ponieważ każda postać jest starannie dopracowana, chociaż czasami widać, że nie są to tylko efekty komputerowe jak na przykład Hellboy wypada przez okno muzeum. No, ale za pomysł na postacie i ich wykonanie należą się gratulacje. Oczywiście efekty to nie tylko barwne osobistości, no ale ogólne efekty wizualne. Przyznam, że bardzo podobała mi się moc Liz. Chociaż wydawało mi się, że w drugiej części były to już tylko żółte płomienie, dlatego zdziwiłam się zobaczywszy niebieskie :D no, ale bardzo podobała mi się scena jak wysadziła w powietrze szpital, albo kiedy pomagała Hellboyowi, gdy ten walczył z Sammaelami :D no, albo w tym flashbacku kiedy zabiła te dzieciaki.Ciekawe. Najbardziej jednak ze wszystkich scen zachwyciła mnie ta, w której Rasputin pokazuje Profesorowi przyszłość Hellboya. No niesamowity klimat według mnie :D te rogi i buchające spomiędzy nich płomienie, no i oczywiście otoczenie. Miało to coś w sobie. Moim zdaniem w swojej mroczności wyglądało to przepięknie :D
    Film obfituje w różnego rodzaju pościgi i sceny walk. W końcu Hellboy musiał dopaść tego całego Sammaela. Oczywiście był z tym pewien problem, bo jak go zabijał to ten odradzał się podwójnie :D No, a zabijał go bodajże chyba na trzy różne sposoby:D w muzeum kiedy go zastrzelił, a Abe poinformował go, że Sammael jest też władcą wskrzeszania :D później kiedy Hellboy przysmażył go w metrze, no i kiedy Sammael oberwał metrem :D śmiesznie to wyglądało tak przy okazji. To jest właśnie najlepsze w tych wszystkich scenach, że pomimo swojej takiej jakby mroczności zostały one rozjaśniane zabawnymi tekstami lub innymi takimi :D Mnie najbardziej przypadła do gustu właśnie ta scena, w której Hellboy zabija Sammaela w metrze, trzymając przy tym kotki w drugiej ręce :D no nie wiem czemu, ale strasznie mnie urzekła ta scena. Bardzo podobają mi się również sceny, w których występuje Kroenen. Jak on wywija tymi nożami to aż normalnie dziw bierze. Podczas oglądania filmu w telewizji wykrzyknęłam „masz talent!” :D ciekawe czy przeszedł by do następnej rundy, ale założę się, że nie byłoby chętnych do jego pokazu :) takich scen mogłabym wymieniać w nieskończoność, bo po prostu każda jest ciekawa na swój sposób i zabawna.
    Film obfituje w humor, który tak jak wspomniałam możemy właściwie zobaczyć na każdym kroku. W końcu jak Hellboy chodzi i jak coś mu nie wychodzi to wciąż tylko powtarza „crap!” (cholera). Dosyć to jest zabawne :D a to właściwie przez to jak on to wymawia. Najbardziej bawi scena, kiedy Hellboy wraz z nowo poznanym dzieciakiem śledzi Liz i Johna, który zabrał ją na kawę :D zabawnie jest kiedy John obrywa kamieniem w głowę od Hellboya :D zdziwiłam się tylko, że nie miał żadnego zadrapania :| Hellboy jak to Hellboy zawsze nas zaskakuje ciekawymi tekstami :D kiedy Sammael próbuje się do niego przyssać po raz drugi za pomocą swojego jęzora ten mówi: „Na pierwszej randce bez języczka”. No jakby nie było to Hellboy to zabawny gość :) nie mówiąc już o tym jaki był słodki kiedy był mały:D mogłabym wiele pisać o tym aspekcie filmu, ale wydaje mi się, że najlepiej będzie jeżeli sami to zobaczycie i usłyszycie.
    Ron Perlman miał okazję wcielić się w postać samego Hellboya i pomimo tego, że nie przepadam za tym aktorem, ani nie jest on za specjalnie urodziwy to jego postać naprawdę przypadła mi do gustu. Ze wszystkich super bohaterów Hellboy`a lubię najbardziej. Jest twardy, dowcipny, no i siedzi mu na karku to straszliwe przeznaczenie zniszczenia świata. Tak czy inaczej Ron wspaniale zagrał tą postać i nie wyobrażam sobie nikogo innego do tej roli, po prostu on najbardziej mi pasuje. W rolę drugiego dziwnego ludzika, czyli Abe Sapiena wcielił się Doug Jones, który w filmach Guillermo del Torro zawsze gra takie dziwne postacie. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu, bo uwielbiam go za rolę Abe`a. Co prawda głos podkładał do niego inny aktor, ale i tak dzięki Dougowi mieliśmy szansę poznać Abe`a. Jest to moja druga ulubiona postać po Hellboyu :) Cała obsada moim zdaniem jest genialnie dobrana. Wszyscy sprawdzili się w swoich rolach i przekonali mnie do siebie.
    Powiem po raz kolejny, że kocham ten film. Jest to jeden z fajniejszych i ciekawszych filmów na podstawie komiksu. Takie właśnie filmy uwielbiam, takie gdzie jest dużo akcji, dużo emocji a to wszystko przyprawiane humorem. Poza tym postacie i efekty robią swoje. Widz z zaciekawieniem patrzy w telewizor i ma ochotę na więcej. 

355. Hellboy: Złota Armia, reż. Guillermo del Torro

Oryginalny tytuł: Hellboy II: The Golden
Seria: Hellboy #2
Reżyseria: Guillermo del Torro
Scenariusz: Guillermo del Torro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Marco Beltrami, Danny Elfman
Kraj: USA / Niemcy
Gatunek: Akcja / Fantasy
Na podstawie: komiksu Mike`a Mignola
Premiera światowa: 28 czerwca 2008
Premiera polska: 05 września 2008
Obsada: Ron Perlman, Selma Blair, Doug Jones, Seth MacFarlane, Luke Gross, Anna Walton, Jeffrey Tambor, John Hurt, Roy Dotrice
  
    "Hellboy: Złota Armia" jest kontynuacją przygód o dziwnej istocie z piekła, która walczy o ludzkość imieniem Hellboy. Guillermo del Torro po raz drugi zmierzył się z fabularyzowanym bohaterem komiksu i coś mi mówi, że nie jest to ostatni raz. Jak to jednak bywa wśród filmów kontynuowanych każda jest gorsza od pierwszego filmu. W każdej kolejnej chce się widza omamić licznymi fascynującymi żyjątkami i niezwykłymi efektami specjalnymi, które zatuszują wszystkie, a przynajmniej większość mankamentów owego filmu.
    Profesor Bruttenholm (John Hurt), który podczas wojny odnalazł dziwną istotę od dziecka opowiadał mu legendę o tajemniczej Złotej Armii, która kierowana jest specjalnie wykutą koroną. Kiedy Król Balor (Roy Dotrice) poznał okrucieństwo Złotej Armii postanowił podzielić koronę na trzy części i założył rozejm pomiędzy jego rasą i ludzkością. Teraz po wielu wielu latach syn króla, Książę Nuada (Luke Gross), obrzydzony zachowaniem ludzi pragnie wyjść spod ziemi, ożywić niezniszczalną Złotą Armię i zaprowadzić porządek na Ziemi. Ze swoim bratem nie zgadza się Księżniczka Nuala (Anna Walton), która jako posiadaczka ostatniego elementu korony mogącej ożywić Złotą Armię znajduje ratunek wśród grupy do badań paranormalnych, na którą składa się Hellboy, zwany Redem (Ron Perlman), jego ognista dziewczyna, Liz (Salma Blair), oraz Abe Sapien (Doug Jones), zwany także Blue.
    Bardzo długo czekałam na ten film. Jest to właściwie mój hit wrześniowy. Pokochałam Hellboya i to już po raz pierwszy jak go zobaczyłam. Nie tylko dlatego, że jest czerwony, po prostu ta postać bardzo mnie bawi, porusza i jednocześnie przeraża. Wiedziałam więc, że film będzie niezwykłym widowiskiem i nie spodziewałam się jakiś głębszych doznań niż tylko wzrokowych. Pod tym względem się nie zawiodłam, ale jakby nie było to czegoś mi brakowało w tym filmie. Już nie mówiąc o jego wątku przewodnim, który już chyba w każdym współczesnym filmie się pojawia, przez co niektóre teksty wydają się dość irytujące.
    Moją największą fascynację wzbudziły na pewno niezliczone masy dziwnych stworków. Przyznam, że lud elfów zrobił na mnie wrażenie, a same postacie Nuady i Nuali wydały mi się dość ciekawe z tymi ich doznaniami bliźniaczymi. Jednakże jak wiecie jestem wzrokowcem i jestem istotą dość wrażliwą na piękno. Była jedna postać, która po prostu mnie zauroczyła swoim wyglądem. Mówię tutaj o Aniele Śmierci, do którego nasi bohaterowie zostają zaprowadzeni, aby uratować Hellboya. W Galerii znajdziecie mam nadzieję jakiś fotos z tą postacią. Ja nie wiem, ale bohaterowie filmów del Toro zawsze mają coś w sobie. Są piękne, ale jednocześnie czujecie się trochę niekomfortowo patrząc na nie. Tak jest w przypadku Anioła Śmierci w Hellboyu czy też Fauna z filmu "Labirynt Fauna". Mają one w sobie coś mrocznego, a Anioł z tymi swoimi skrzydłami uzbrojonymi w gałki oczne przebija chyba wszystkie dziwne stwory jakie widziałam do tej pory w filmach fantasy. Dość słodkimi istotami wydają się być małe Zębowe Duszki, które zjadły wszystkich uczestników aukcji, łącznie z ich kościami. A skąd wzięła się nazwa Zębowe Duszki, ponieważ zęby zjadały na samym końcu. No i oczywiście same mają fajne ząbki :) Innym ciekawym stworem był Bóg Lasu (bodajże). Czyli to duże zielone coś co urosło z takiej małej fasolki :D Było to bardzo piękne cosik i właściwie to budziło we mnie raczej przyjemne uczucia niż uczucia pobliskie przerażeniu. Dzięki tej istocie mieliśmy małe nawiązanie do tego co się aktualnie dzieje w rzeczywistym świecie i wydaje mi się, że wszyscy wiecie już o czym mówię, ale o tym później.
    Skoro mowa o stworkach to trudno nie wspomnieć o tym jak takie potwory powstają, a więc efekty specjalne. Jak wiecie większość współczesnych filmów, a właściwie to wszystkie, w których pojawia się jakaś lepsiejsza akcja nie obejdą się bez efektów specjalnych, czy też cyfrowych. Ja osobiście nie mam nic przeciwko temu, bo oczywiście dzięki temu jest niezłe widowisko podczas oglądania takiego filmu, no ale niestety w większości przypadków dzieję się tak, że takie efekty mają za zadanie przysłonić inne braki filmu. Bardzo bym chciała powiedzieć, że ten film to arcydzieło pod każdym względem, ale muszę się ograniczyć tylko do walorów wizualnych. Ja osobiście siedziałam na sali kinowej z ogromną fascynacją. Patrzyłam na każdy szczegół tego filmu. Na każdy szczegół mniej lub bardziej przyjaznych istot, ale przede wszystkim na każdy szczegół otoczenia. Dech mi zaparło w piersi, gdy nasi bohaterowie zeszli do podziemia, w którym niegdyś panował Król Balor. Skoro tak pięknie wyglądało jak było zniszczone to nie wiem jak wyglądło za swojej świetności. Ciekawy było też targowisko trolli. Tyle tam było tych różności i pomimo tego, że miejsce nie należało do najprzyjemniejszych to sprawiało jakieś takie przytulne wrażenie. Zdecydowanie najlepszym efektem z jakim spotkaliśmy się w tym filmie była Złota Armia. Zastanawiałam się jak to jest w ogóle możliwe, że kupa żelastwa może się poruszać i nie można jej zniszczyć. Ciekawie wyglądało to kiedy Johann przejął jedną tą maszynę i kiedy wszyscy byli czerwoni on pozostał niebieski. Wyglądło to dość ciekawie. Sama walka Hellboya z tymi żołnierzami wydawała się zbyteczna, ale dzieki temu było na co popatrzeć. Najbardziej intrygowało mnie to w co zamieniali się Nuala i Nuada kiedy umierali. Czy to było drewno? A może wosk? Nie mam pojęcia, ale stawiałabym za drewnem. Ciekawe było oczywiście samo wejście filmu. Ta historyjka o Złotej Armii gdzie wszyscy jej bohaterowie byli zbudowani z drewna. Było to dość ciekawe doświadczenie nie powiem :) już nie mówię o pojawiającym się napisie Hellboy, który powstał z różnego żelastwa. Podobało mi się to.
    Wydaje się, że efekty specjalne są jedyną zaletą tego filmu, ale jakby nie było to jest jeszcze przecież to czego nie brakuje dzięki Hellboyowi, czyli humor, no i poniekąd akcja. Humoru było pod dostatkiem. Wiele ciekawych i zabawnych scen oraz wiele humorystycznych dialogów. Oczywiście mnie najbardziej uśmiało spotkanie z jednym trollem, który miał na piersi dziecko. Abe klepie małego po głowie i mówi: "Fajny dzieciak", na co ten się odzywa: "nie jestem dzieckiem, tylko guzem". Dziwny ten guz, no ale może to norma wśród trolli :D Oczywiście można było się pośmiać także z sprzeczek Hellboya i Liz, chociaż jak dla mnie nie zostały one odegrane do końca tak jak możnaby tego chcieć. Trochę to naciągane było, no ale nie będę się czepiać ;P Śmieszne było również starcie Hellboya z Johannem :D Hellboy trochę oberwał tymi szafkami, no ale cóż :D nawet mu piwa nie dali wypić :D a to jak wraz z Abem śpiewali piosenkę? trochę byli wypici. Było to takie romantyczne hehe :D Najbardziej chyba uśmiałam się ze sceny z małym dzieckiem, które Hellboy uratował, a potem musiał chronić go przed tym całym Bogiem Lasu. Dziecku najwyraźniej sprawiało to przyjemność hehe :D Jak więc sami widzicie jest to film raczej rozrywkowy.
    Jednakże nawet w takim filmie rozrywkowym zdarzają się pewne sytuacje, które zmuszają innych do myślenia. Przyznam, że w wielu filmach i serialach także zaczyna mnie to powoli irytować. Film miał pewną podstawę, którą możemy odnieść do współczesności. Dlaczego w ogóle Książę Nuada chciał wyniszczyć ludzkość? Pewnie już wiecie, ponieważ ludzie nie doceniają tego wszystkiego co posiadają. Niszczą sami siebie poprzez niszczenie ziemi. Jak to powiedział Nuada stawiają betonowe miasta, niszcząc naturę. Film ten w pewien sposób miał uświadomić nam, że niszczymy sami siebie. Czy nie zbyt często potykamy się o ten temat we współczesnych filmach? Przez to, że film nawiązywał do tego problemu globalnego teksty Księcia Nuady były lekko przesadne. Było słychać po nim ten pewien rodzaj wymuszenia. Jakbyśmy byli na zajęciach z biologi, albo coś w tym stylu. Zero przekonania, a może aż za wiele przekonania w głosie, ale zbyt marna gra aktorska.
    Co do samej gry aktorskiej to nie mam żadnych zastrzeżeń. Czegoż można spodziewać się po grupie ludzi grających superbohaterów ratujących świat? Robią co mają robić. Jedni grają to w sposób godny uwagi, inni tylko po to, aby to zagrać. Nie wiem czemu tak jest. A  może po prostu ja już mam zwidy. Kilka postaci nie przekonało mnie do siebie i koniec. Zdecydowanie na uznanie zasługuje postać Johanna Kraussa, no i Abe`a. Hellboy też był niczego sobie :) No, ale nie zachwycił mnie aż tak bardzo jak w pierwszej części.
    Film jest niewątpliwie wielkim hitem tej jesieni. Typowe kino rozrywkowe. Oczywiście film otwiera nam drzwi do kolejnej części, która niewątpliwie powstanie, bo przecież musimy zobaczyć jak to Hellboy będzie zmierzał się ze swoim przeznaczeniem zgładzenia ludzkości. Poza tym spodziewają się dzieci więc trzeba zobaczyć jak będzie wyglądało skrzyżowanie Hellboya z ognistą Liz :D czekam z niecierpliwością. Wiecie, że lubię takie filmy :P ale jakby nie było to czegoś mi tutaj brakowało. Dało się przewidzieć właściwie każdy ruch, może to właśnie to sprawiło, że mam takie a nie inne odczucia do filmu, bo jak już pewnie się przekonaliście lubię filmy z zakręconą akcją, gdzie nic nie jest przewidywalne.

poniedziałek, 29 listopada 2010

237. Labirynt fauna, reż. Guillermo del Torro

Oryginalny tytuł: El laberinto del fauno
Reżyseria: Guillermo del Torro
Scenariusz: Guillermo del Torro
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Muzyka: Javier Navarrete
Kraj: USA, Hiszpania, Meksyk
Gatunek: Fantasy, Dramat
Premiera światowa: 27 maja 2006
Premiera polska: 30 marca 2007
Obsada: Ivana Baquero, Ariadna Gil, Sergi Lopez, Maribel Verdu, Doug Jones, Alex Angulo, Roger Casamajor, Manolo Solo, Cesar Vea

    Ofelia bardzo kocha baśnie i bajki, pomimo panującej w Hiszpanii wojny domowej. Gdy wraz z ciężarną matką przyjeżdża na wieś do swojego nowego ojca kapitana Vidala, za domem znajduje tajemniczy labirynt. Rządzi w nim stary faun, dzięki któremu Ofelia dowiaduje się, że prawdopodobnie jest księżniczką. Jednak, aby móc spotkać się znowu ze swoim prawdziwym ojcem musi przejść pomyślnie trzy  bardzo trudne i niebezpieczne zadania, które wykażą, że nie należy ona do śmiertelników.
Plusy:
-    pomysł. Jak dla mnie pomysł na film był rewelacyjny. Nie ma to jak kochać bajki i w pewnej chwili wziąć udział w jednej z nich. W dodatku niesamowite tło, którym była wojna domowa. Piękne skontrastowanie dwóch światów- świata fantazji i świata brutalności. A co najważniejsze, co się również rzadko zdarza, jest to oryginalny pomysł. Przynajmniej ja się nigdzie nie doszukałam żadnych źródeł. Oryginalny pomysł i w dodatku świetne wykonanie. 
-    okrucieństwo. Ludzie najczęściej mówią, że ten film jest za bardzo brutalny. Głupoty jakieś. A jaki niby ma być? to jest film przede wszystkim o wojnie. Założę się, że tam działy się gorsze rzeczy niż pobicie człowieka butelką do tego stopnia, żeby nos mu się wklęsnął do twarzy i w dodatku jeszcze żył. To było chyba najbardziej ohydne. Bardzo jeszcze obrzydził mnie moment, gdy Vidal przesłuchiwał jednego z rebeliantów. Jąkała niestety. Pobił go strasznie, rękę mu połamał. Cieszę się, że tego akurat nie pokazywali tak jak tego pierwszego. Nie chciałabym dodatkowo oglądać masakrowania komuś dłoni. To samo jeżeli chodzi o to, gdy Mercedes rozcięła Vidalowi usta :D buhaha jak to mówią "poszerzyła mu uśmiech", szkoda tylko, że z jednej strony. W sumie wyglądał jak Joker z Batmana, nawet nie tak źle, ale i tak próbował się zszyć. Oczywiście na tym już przymykałam oczy, bo już miałam dość. Oczywiście nie wspominam już tutaj o tych dziwnych rzeczach, tzn. o tych dziwnych istotach, które spotykała Ofelia, a właściwie to mówię tutaj o jednym, bo o dziwo nie było ich aż tak dużo jak mówiono. Chodzi mi głównie to o coś bez oczu, tzn. miało oczy, ale w dłoniach, które było takie chude, że aż gorzej jak anorektyk. Skóra obwisła i w ogóle. Oczywiście nie było zbyt przyjemne, gdy Ofelia nie posłuchała trzech latających wróżek i wzięła tego winogrona, chociaż miała nie jeść ;/ no i niestety dwie wróżki w dość brutalny sposób straciły życie z ręki tego monstra.
-    efekty. Właściwie to nie  ma się tutaj za specjalnie nad czym tak zachwycać. Z tego co słyszałam to miało być tego duuuużo duuuużo więcej. Myślę, że chodzi tutaj głównie o zdjęcia, które były po prostu przepiękne. Jeżeli chodzi o efekty to oczywiście na pierwszy rzut idą latajace wróżki :) fajniusie były :) potem oczywiście tajemnicze stworzenia typu gigantyczna ropucha wysysająca soki z drzewa :) no i to jak Ofelia dała jej te trzy kulki to trochę się wywróciła do góry nogami (za mało powiedziane). Było to obrzydliwe, ale cóż :P o efekcie zjadającego czegoś z oczami na rękach zamiast normalnie na głowie :D powaliło mnie to :D tam gdzie ja myślałam, że on powinien mieć oczodoły to zdaje mi się, że to był nos ;P a oczodoły miał w dłoniach :) super :D fajnie to wyglądało. Wydaje mi się jednak, że najbardziej efektowne było miejsce, do którego miała udać się Ofelia. Było tam przepięknie :) Tak słonecznie i w ogóle kolorowo. Pięknie zostało to zrobione. Podobało mi się jedno z ujęć.. zakochałam się w nim. Gdy pokazane jest to drzewo pod którym siedziała ropucha, a na nim zakwitł kwiat. Po prostu piękne ujęcie.
-    faun ;] oczywiście jak to zwykle bywa, gdy pojawia się jakaś super postać w filmie to ja muszę opisać ją w osobnym myślniku. Z niecierpliwością czekałam aż pojawi się faun. Na szczęście nie musiałam aż tak długo czekać. Był zrobiony rewelacyjnie. Bardzo podobały mi się jego niebieskie oczy. Jego baczki ;P i zarost :) miał niesamowite nogi, których nie potrafię nawet porównać do niczego. Wyglądał jak żywcem wyjęty z bajki, a mnie jednak troszkę przypominał drzewo ;P no sorki tak wyszło :) tak czy inaczej był on dosyć wysoki :) za pewne wyższy nawet ode mnie, ale jego głos był po prostu zniewalający.
-    alegorie. Nie wiem jak dla was, tzn. dla tych co oglądali film to mnie to tak tamto całe królestwo i cały ten faun przypomina mi trochę Niebo i Anioła Stróża. A ojciec, który siedział na tronie, naszego Boga. Można by to tak interpretować. Nie powiem czemu, bo musicie to zobaczyć. Pierwsze co to właśnie ta metafora nasunęła mi się na  myśl.
-    napięcie. Wiele było sytuacji, w których można było się nieźle przerazić. Sama choćby nawet sytuacja, gdy Ofelia uciekała przed tym chudzielcem była dosyć stresująca. Nie wiem jak dla niej, ale ja osobiście myślałam, że tam oszaleję. Oczywiście już nie muszę wspominać o sytuacji, gdy Vidal dowiedział się, że Mercedes pomaga rebeliantom, bo jeden z nich to jej brat.
-    zakończenie. Był piękne. Tak jak wspominałam z tą całą alegorią. Właściwie to byłam trochę zszokowana, ale z drugiej strony domyśliłam się, że film skończy się tak jak się skończył. W sumie czułam to od samego początku :)
Minusy:
-    można domyśleć się zakończenia.
Ulubione sceny:
-    scena z chudzielcem.
-    końcowa scena.
Moja opinia:
Przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś innego po tym filmie. Myślałam, że więcej będzie motywów fantasy niż scen wojennych, a tutaj okazało się coś zupełnie innego. Jednakże wcale się nie zawiodłam na tym filmie. Bardzo mnie urzekł swoją prostotą oraz tą prawdziwością. Było to coś niezwykłego, czego nie udaje się ostatnio obejrzeć. Jak to powiedział mój narzeczony "dziwny był ten film". Dziwny, bo ambitny i inny niż wszystkie filmy. To go wyróżnia i jest to jeden z punktów dla którego każdy powinien obejrzeć ten film.