NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FX. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2015

1192. American Horror Story: Freak Show, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk

     Wyczekiwanie na kolejne sezony „American Horror Story” to niczym czekanie na prezent gwiazdkowy. Po zakończeniu każdego nowego spieszymy w przeszukiwaniu internetu, co by odnaleźć kolejny temat jaki zostanie poruszany w przyszłej serii. W przypadku „Freak Show” emocje sięgały zenitu. Znając dziwadła światowej sławy i wiedząc o co chodzi w takim miejscu człowiekowi kłębiło się w głowie wiele różnych myśli. Potem przyszedł październik i przyszło to, czego najmniej się spodziewaliśmy- zawód!
     Niemiecka diwa, Elsa Mars (Jessica Lange), zakłada cyrk odmieńców, aby dawać schronienie przed tymi, którzy nie rozumieją ich inności. Czasy jego świetności już dawno jednak minęły i nikt nie przychodzi na przedstawienia, nawet po to, aby posłuchać gwiazdy starej sławy. Elsa wyrusza więc w poszukiwaniu nowych dziwadeł, licząc na powrót do czasów świetności. Sprowadza do swojej trupy syjamskie bliźniaczki (Sarah Paulson), które od razu cieszą się sympatią pozostałych mieszkańców. Tymczasem w okolicy grasuje przerażający klown, które morduje ludzi. Oczy obywateli okolicznego miasteczka skupiają się na cyrku Elsy, wierząc, że to właśnie tam schronienie znajduje potwór.
     Kobieta z brodą, siłacz, najmniejsza kobieta świata, kobieta o trzech piersiach i człowiek foka, to tylko kilku z najdziwniejszych bohaterów najnowszej propozycji od Murphy'ego i Falchuka. „AHS: Freak Show” to jednoczesne zaskoczenie i zawód sezonu. Fajna sprawa, że twórcy sięgnęli po kolejny wątek budzący przerażenie w ludziach. Oglądanie odmieńców najrozmaitszej postury i problematyki może zachwycać i przerażać jednocześnie. Tak właśnie jest w tym obrazie, gdzie jedni bardziej przykuwają uwagę drudzy mniej. Niestety, serial nie wykorzystuje do końca potencjały, który drzemie w takiej opowieści. Za mało w tym wszystkim fantastyczności, dynamizmu, jakiegoś napięcia. 
Wtem pojawia się on, klaun! Chyba najbardziej przerażająca postać ze wszystkich. Szkoda, że pojawia się tak rzadko i szkoda, że tak szybko się kończy. Cała magia znika, ogarnia nas smutek, bo wtedy myśli się- no to o czym teraz niby będzie fabuła? Niestety, dalej roztrząsa się o prywatne problemy odmieńców, niczym nie różniące się od tych, które posiadać może każdy zwyczajny człowiek. I może właśnie o to chodziło twórcom, pokazać ludzi, którzy według niektórych traktowani są jak inni, wyrzutki społeczeństwa, a którzy tak naprawdę niczym nie różnią się od każdego z nas. Mają tę samą wrażliwość, a może nawet i większą, taki sam rozum i takie same problemy. Zdrady, maltretowanie, pozostawianie rodziny, czy akceptacja samego siebie... - normalne życie, normalnych ludzi. Od czasu do czasu pojawia się dreszczyk emocji, który oczywiście może pojawiać się przy tego typu produkcjach. Gdy do akcji wkraczają łowcy głów, a także pewien niezwykle przystojny maniak- rany... co za typ! Widza ogarnia jednocześnie żałość i przerażenie. Kluczowym odcinkiem staje się wydanie halloweenowe. To on tak naprawdę wszystko zmienia. W końcu przy horrorach, takie epizody powinny być najbardziej traumatyzujące i tak też jest. Z pewnością jest to swoistego rodzaju przełom. Natomiast trzeba przyznać, że finał mocno zawodzi. Szkoda, bo choć odrobina makabry się tu wdarła, to zupełnie inaczej wyobrażałam sobie zamknięcie tej historii.
     Każdy z serii „American Horror Story” może pochwalić się niesamowitym klimatem. Tego nie można odmówić również „Freak Show”, bo jak już sama nazwa wskazuje będzie bajecznie i cyrkowo. Świetna scenografia cyrkowych namiotów faktycznie zaskakuje intymnością i przytulnością. Z drugiej zaś strony fascynować mogą również eleganckie wnętrza domostwa Mott'ów. 
Do tego wszystkiego dochodzi oczywiście charakteryzacja bohaterów. Genialna rzecz jeżeli chodzi o klauna, straszliwszego w życiu nie widziałam! Klimatu dodaje również muzyka i tutaj trzeba przyznać, że twórcy całkowicie odbiegli od dotychczasowej ścieżki dźwiękowej wykorzystywanej przy openingu. Do tej pory wszystkie utrzymane były w jednym tonie, a tutaj? James S. Levine pokazał, że ulubione brzmienia wszystkich sympatyków „AHS” połączyć można z cyrkowymi elementami. Wyszło po prostu genialnie! Gdy dodamy do tego jeszcze świetnie zmontowane zdjęcia cyrkowych dziwów, to otrzymujemy naprawdę rewelacyjnie zrobione intro- chyba najlepsze z całej serii (przynajmniej w moim osobistym odczuciu). Bardzo dobrze komponuje się to z całością, wprowadzając swoisty klimat.
     Czwarty już sezon znanego serialu, to powrót do prawdziwych jego gwiazd. Ponownie spotkamy Jessikę Lange, która tym razem sprawnie włada niemieckim akcentem. Świetnie odgrywa postać na pograniczu dobra i zła- odnajduje się w tym doskonale, jak widać. Bardzo dobrze prezentuje się też z innymi bohaterami, bo i Kathy Bates znowu do niej dołącza, a także Angela Bassett. Obie w jak najbardziej skrajnych prezentacjach, ale postaciach z charakterem. Nie należy zapominać również o starej weterance Sarah Paulson, przed którą stało nie lada wyzwanie. Zagrać dwie postaci, siostry syjamskie, gdzie każda z nich tak bardzo jest różna. Bardzo dobrze udało jej się oddać osobowość tych postaci. Przy okazji nowego sezonu zobaczyć mogliśmy też kilka nowych perełek. Tutaj oczywiście najwięcej uroku oddać należy Jyoti Amge, najmniejszej kobiecie świata, która zagrała... najmniejszą kobietę świata. Naprawdę przecudowna osoba, tak autentyczna i ciepła. Nie dziwne, że była ulubienicą Elsy. Druga strona medalu, to zdecydowanie Finn Wittrock, któremu świetnie udało się zastąpić walniętego klauna. Czy ktoś kiedyś widział bardziej szurniętą postać? Pewnie tak, ale Wittrock jest po prostu niesamowity jako Dandy. Wpada w takie skrajności, że choć łatwo go znienawidzić, to nie jest trudno docenić jego aktorstwo. 
     Niestety, „Freak Show” nie jest tym czego można by oczekiwać po tak licznych zapowiedziach i tajemnicy, jaka spowijała sezon. Niemalże do ostatniej chwili nie wiadomo było, czego się spodziewać a internety szalały w teoriach spiskowych. Nic się jednak nie sprawdziło i prawda jest taka, że otrzymaliśmy z tego bardziej dramat z elementami grozy niżeli horror. Przy tej historii można było naprawdę poszaleć, stworzyć skrajne postaci nie tylko z powodu problematyki, a bardziej wyglądu, można było dodać o wiele więcej makabry, ale nie wywołanej jednym psychopatą. Choć pod względem wizualnym i muzycznym jest to naprawdę coś pięknego, choć emocjonalnie również daje w kość, to jednak brakuje tutaj dreszczyku emocji, który cały czas towarzyszył by fabule, a nie tylko sporadycznie. Szkoda, bo przez to produkcja jest bardzo nierówna i momentami strasznie się dłuży.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story Freak Show / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Jessica Lange, Sarah Paulson, Kathy Bates, Evan Peters, Finn Wittrock, Frances Conroy, Emma Roberts, Denis O'Hare, Gabourey Sidibe, Angela Bassett, Michael Chiklis, Jyoti Amge, Naomi Grossman, Christopher Neiman, Rose Siggins, Erika Ervin / Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13
Premiera: 08 października 2014 (FX) 09 października 2014 (FOX)

niedziela, 25 października 2015

1190. American Horror Story: Sabat, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk

     Ryan Murphy i Brad Falchuk, którzy od dwóch lat cieszą się popularnością i wprawnym gustem za sprawą serii „American Horror Story”, powracają. Po tym jak zabrali nas do nawiedzonego domu i szpitala psychiatrycznego przyszedł czas na kolejną, tym razem mocno nietypową, odsłonę innej przerażającej koncepcji chętnie wykorzystywanej przez Amerykanów- czarownice. To właśnie one są bazą dla leżącej na granicy współczesności i czasów spętanej niewolnictwem wojny secesyjnej historii o niewybrednym podtytule „Coven”, z polska- „Sabat”.
     Nastolatka imieniem Zoe Benson (Taissa Farmiga) podczas swojej inicjacji seksualnej morduje własnego chłopaka. Nie rozumiejąca swoich mocy i przytłoczona tajemnicą, klątwą ciążącą na jej rodzinie dziewczyna trafia do szkoły dla czarownic w Nowym Orleanie. Na miejscu poznaje nie tylko Cordelię (Sarah Paulson) zarządzającą całym budynkiem i edukacją dziewcząt, ale również i nowe przyjaciółki, które z gracją wrednych nastolatek witają ją w gronie czarownic. Wszystko wydaje się być w porządku, gdyby nie to, że do miasta przybywa matka przełożona Fiona (Jessica Lange), która nie cofnie się przed niczym, aby zachować swoje piękno i władzę. W tym celu zawiera pakt nie tylko z lokalną wiedźmą voodoo (Angela Bassett), ale również z najstraszliwszą kobietą z czasów wojny secesyjnej, która potrafiła zachować młodość (Kathy Bates).
      Zaledwie trzynastoepizodyczne sezony, które zawierają całą kwintesencję historii, oczywiście w swojej współczesnej aranżacji. „American Horror Story: Coven” zawiera niemalże wszystko to, co potrzebne czarownicy- od jej początków, aż po koniec. Mamy narodziny gwiazdy, niesamowite metamorfozy więc i determinacja w samodoskonaleniu, przyrost ambicji, a przede wszystkim powrót do korzeni tych historii i cofnięcia się do prymitywnych czasów, gdzie odpowiedzią na inność kobiety, w serialu także na zbrodnie wobec innych czarownic, było spalenie jej na stosie. Jednakże twórcy tej odsłony „AHS” poszli w zupełnie inną historię, bowiem bazą są nie tylko podania o czarownicach, na których wyrasta nowe pokolenie, ale przede wszystkim niewolnictwo XIX wieku. Ten drugi motyw odbija się niemalże w każdym odcinku, gdyż staje się powodem do walki dwóch różnych zgromadzeń czarownic- niekoniecznie z podziałem dla dobrych i złych, ale raczej ze źródeł czerpania energii. Zaskakujące jest to, że i na tym poziomie odbywa się swoisty podział rasowy, gdzie biali walczą z czarnymi. Kwintesencją tego jest pojawienie się Madame LaLaurie, która słynęła z brutalnego traktowania służby, swojej... czarnoskórej służby. Trzeba przyznać, że nie tylko było to brutalne, ale też i krwawe, a co za tym idzie- obrzydliwe! Nic więc dziwnego, że pojawienie się dość mrocznych zaklęć voodoo przysparza najwięcej utrapień dla białoskórych bohaterów, mała część, jak przykładowo atak zombie, ukierunkowany głównie w Delphine dodawała grozy i wybudzała z otępienia.
     Wrzucenie do fabuły młodocianych bohaterów z ewidentnymi problemami z kontrolowaniem swoich emocji, a co za tym idzie mocy, przysparza nie lada niezrównoważonego charakteru. Chęć pozostania celebrytą, doświadczanie pierwszych seksualnych przygód, ale również doświadczanie gwałtów, to może niekoniecznie najważniejsze i najpowszechniejsze z problemów nastolatek, w szczególności, że dysponowanie paranormalnymi zdolnościami dodatkowo pogarsza sprawę, przez co nie ma tu mowy o jakikolwiek przesłodzieniu, a jedynie o typowej podgrzanej rywalizacji. Jej finał skupi się w ostatnim odcinku serii, który momentami mocno zaskakuje, innym razem szokuje w dość niesmaczny sposób, ale z drugiej strony swoją formą i serwowaniem wielobarwnych emocji przypomina wszelkiego rodzaju programy rozrywkowe typu „Mam talent”. Tutaj talent do czarowania.
     Od strony estetycznej wszystko wygląda cudownie. Wszechobecny klimat próżniowej grozy idealnie pasujący do całości kompozycji. Z jednej strony otwarte przestrzenie i klaustrofobiczna szkoła, pomimo swojej wszędobylnej bieli, a z drugiej rewelacyjna stylistyka XIX wiecznych kreacji i dekoracji wnętrz, nawet tych zakrwawionych zasługujących na miano sali tortur. Do tego genialna ścieżka dźwiękowa, która bardzo często przytłacza widza. Świetny openning utrzymany w muzycznej aranżacji z poprzednich sezonów, natomiast kolaż różnorakich, niepokojących ujęć przyprawia o ciarki, które towarzyszą aż do ostatnich sekund kolejnych epizodów. Charakterystyczne jest tutaj nie tylko intro, ale również i zamknięcie, tzw. credit song. Tutaj kawałek „Lala lala song” skomponowany przez Jamesa S. Levine'a, który jest jednocześnie niewinny ze swoim lalala oraz przerażający i przywołujący gęsią skórkę. 
      Aktorstwo wciąż pozostaje jednym z najmocniejszych atutów „AHS”. Twórcy wciąż zapraszają do kolejnych sezonów te same twarze, sprawnie żonglując ich charakterami i pozwalając na odkrywanie coraz większych pokładów ukrytych w nich talentów. Nie mniej, jedni pozostają wciąż w tym samym odzieniu, jak Taissa Farmiga, która wciąż jest lekko zdystansowaną, ale nie do końca bezcharakterną postacią, a inni, tak jak Lily Rabe zmieniają się niczym kameleony. Raz stuknięta wariatka, innym razem opętana siostra zakonna, aby teraz dać jej jedną z najnaturalniejszych ról, jakie przyszło jej zagrać w tym serialu. Świetnie sprawdza się tutaj również i Jessica Lange, stała bywalczyni na salonach amerykańskiej opowieści. Niczym nie zaskakująca w swojej kreacji, gdyż tak jak w przypadku Farmigi podobny image jej się trafił w udziale. Mamy tutaj także i kilka całkiem nowych twarzy. W serii debiutuje Emma Watson, która nie zachwyca, ale bardzo dobrze prezentuje się na tle grupy. To samo dotyczy Gabourey Sidibe. Do mocniejszych ról zaliczyć można występ Angeli Bassett, która okazała się wielopłaszczyznową postacią, potrafiącą wzbudzić skrajne emocje. Największe zaskoczenie serwuje jednak Kathy Bates. Przypadła jej w roli najbardziej niewdzięczna postać, która nadaje się jedynie do znienawidzenia. Jednocześnie przechodzi ona największą metamorfozę, sprawiając, że w pewnym momencie widzowi jest jej nawet i żal (szok!). Trzeba przyznać, że cała obsada spisała się tutaj na medal!
      „American Horror Story: Coven” to kolejna i na pewno nie ostatnia odsłona amerykańskich pomysłów na straszenie widzów. „Sabat” okazuje się być wielowątkową, ale przede wszystkim wielopłaszczyznową opowieścią o tolerancji, rasizmie i niewolnictwie otoczonej białą i czarną magią w towarzystwie zaklęć voodoo. Momentami zaskakująca, innym razem zatrważająca, ale przede wszystkim mocno wbijająca się w pamięć widza swoją brutalnością, ale niekiedy i delikatnością. Świetna historia czarownic, młodych wiedźm popełniających błędy, ale też i dążących do doskonałości, utrzymanych w bardzo mrocznym, ale niekiedy i niewinnym klimacie. Wykreowane postaci są wisienką na torcie. Może i nie jest to jeden z najlepszych sezonów, ale z pewnością jest mocny i dobry!

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story Coven / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Sarah Paulson, Jessica Lange, Lily Rabe, Kathy Bates, Taissa Farmiga, Emma Roberts, Gabourey Sidibe, Jamie Brewer, Evan Peters, Frances Conroy, Denis O'Hare, Angela Bassett / Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13
Premiera: 09 października 2013 (FX) 20 października 2013 (FOX)

sobota, 17 października 2015

1188. American Horror Story: Asylum, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk

     Pierwszym sezonem zawojowali cały świat. Poddając analizie fenomen nawiedzonych domów w „American Horror Story” Murphy i Falchuk sięgnęli po najwyższy poziom grozy, dobrze znany nie tylko w Ameryce, ale i w każdym zakątku świata. Kiedy widzom przypomniano o tym, że to właśnie ten duet stoi za barbarzyństwem czwartego sezonu „Glee”, na ekranach telewizorów pojawiła się kolejna odsłona mrożących krew w żyłach opowieści. Był nawiedzony dom, a w „American Horror Story Asylum” porusza się kolejny, intrygujący i przerażający element amerykańskiego domu strachu- odbiegający od humanitarnych zachowań zakład psychiatryczny.
     Zakład psychiatryczny Briarcliff lat 60tych. W tym czasie dochodzi do serii brutalnych morderstw, których ofiarami padają kobiety. Policji w końcu udaje się złapać zabójcę zwanego Krwawą Twarzą (Evan Peters) i umieszczają go w Briarcliff, które ma ocenić, czy jego zbrodnie wywołane były odpowiednim schorzeniem psychologiczny. Na miejscu pojawia się nieustraszona i bardzo ambitna dziennikarka Lana Winters (Sarah Paulson), która nie marzy o niczym innym jak o przeprowadzeniu wywiadu z seryjnym mordercą. Gdy jednak trafia do zakładu podpada siostrze przełożonej Jules (Jessica Lange), która uznaje, iż odmienna orientacja seksualna kobiety jest wynikiem jej zaburzeń psychicznym. W efekcie Winters zostaje umieszczona w Briarcliff, placówce, która za pomocą lobotomii, elektrowstrząsów i brutalnej kadry wytępia w ludziach wszelkie odmienności.
     Fabuła kolejnego sezonu „American Horror Story” wchodzi na zupełnie inne płaszczyzny niżeli debiutująca seria. Tym razem twórcy postanowili pojechać po bandzie i skoro produkcja traktowała o zakładzie psychiatrycznym, to wprowadzili widza w całkowitą dezorientację, coraz większą konsternację. Z jednej bowiem strony prezentuje się tutaj miejsce, totalnie dalekie od normalności, gdzie homoseksualizm leczy się lobotomią, a uzależnieni od seksu poddawani są najrozmaitszym eksperymentom. Brutalności jest tutaj co niemiara, w szczególności, że w dużej mierze zakrawa to również o swoiste szaleństwo. Porwania przez kosmitów, pokraczni mutanci kryjący się w lasach niedaleko zakładu, a nawet zakonnice opętane przez Szatana i dawni naziści teraz sprawdzający się w roli szurniętego doktora Frankensteina. Wszystko wydaje się całkowicie niespójne, momentami nawet szalenie nielogiczne, a jeden absurd napędza kolejny. Nie wiemy już, czy to twórcy zwariowali, czy my jesteśmy najgłupszymi z ludźmi nie do końca rozumiejącymi zamysł fabularny.
Nie mniej, ostatecznie to wielki finał historii rozjaśnia nam w głowach. Gdzieś pomiędzy rozlewem krwi, gdzieś pomiędzy psychoanalizą jednostki, a także dowodzeniem niewinności głównego podejrzanego o bycie Krwawą Twarzą plecie się intryga, a niemalże każdego dotyka zasłużony los. W tym wszystkim ciekawie sprawia się podzielenie serialu, na część dziejącą się w latach 60-tych, kiedy to Briarcliff rządziła Jules, a czasami obecnymi, gdzie dawny morderca powraca do swojej krwawej działalności. Wszystko to z pozoru wydaje się dość przerażające, ale prawda jest taka, że poza ładunkiem emocjonalnym i psychicznym nie wnosi nic do naszego życia. W zasadzie to chyba jedynie pierwsza połowa sezonu wydaje się jakoś sobie radzić, podczas gdy druga jej część wlecze się niemiłosiernie, niemalże na siłę ciągnąć konkretne wątki. Nawet i całe to zakończenie, które niby ma być zaskakujące, ale po tych wszystkich absurdach trudno jest wymyślić bardziej rozsądną odpowiedź.
     Trzeba przyznać, że obraz ma swój niepowtarzalny klimat. Już od pierwszych chwil, kiedy serwowane jest nam intro, dostajemy ciarek. Utrzymane w tym samym schemacie co w pierwszym sezonie, jedynie idealnie dostosowany do potrzeb „Asylum”. Z nadal przerażającą muzyką i niepokojącymi, w dodatku świetnie wystylizowanymi zdjęciami, wciąż sprawia, że po zapoznaniu się z nim przy okazji pierwszego epizodu nie czujemy się na tyle komfortowo, aby przy najbliżej okazji powtarzać ten incydent. Sama stylistyka Briarcliff robi piorunujące wrażenie. Samym wyglądem przyprawia o zawał serca, a jak już do akcji wkroczą typowe odcinki z niesłychaną stylizacją- tutaj ukłon w stronę świątecznego „Unholy Night”, gdzie chyba bardziej świątecznej makabry nie dało się odstawić. Klimat to także i muzyka. Przez całą serię seanse „umilać” będzie nam „Dominique”, każdego dnia puszczana na świetlicy Briarcliff. Nic dziwnego, że ludzie tam przebywający byli szaleni. Kawałek ma w sobie nietypowy urok, czym idealnie pasuje do charakteru serialu. Jednakże do najbardziej zmysłowych, a jednocześnie najbardziej majestatycznych utworów jest „Pater Noster” w wykonaniu Voices of Light. Ten chóralny, niesamowicie stylowy kawałek najbardziej zapada w pamięć i wywołuje dość sprzeczne emocje. Mój ulubiony!
     Jeden sezon i tak jak we wcześniejszym cała rzesza aktorów, która się tu przewija w najrozmaitszych scenach. Role drugoplanowe i wspierające jak najbardziej na plus. Jednakże to właśnie te z pierwszego planu najbardziej się wyróżniają skupiając na nich naszą uwagę. Na czele stoi genialna Jessica Lange w roli siostry Jules. Tak złożonej postaci już dawno nie było szansy oglądać w żadnym z telewizyjnych show. Surowa, ale jednocześnie skrywająca wielką tajemnica, która prowadzi do faktycznego załamania jej charakteru. Drugą, na którą warto zwrócić uwagę jest oczywiście Sarah Paulson jako Lana Winters. Kobieta bardzo szybko poddała się swojej kreacji, co się chwali- oczywiście. Jednakże najwięcej emocji wzbudza chyba Lily Rabe, jako siostra Mary Eunice. Postać, która zapowiadała się początkowo na powtórkę z pierwszego sezonu, gdzie jej Nora była mało wyrazista, no i rzadziej można było oglądać ją na ekranie. Tym razem wchodzi na wyżyny całkowicie nie przejmując się łamaniem stereotypów. Ewidentnie siła tego sezonu tkwiła w kobietach, ale nie oznacza to, że mężczyźni pozostawali w tyle. Świetnie sprawdzał się James Cromwell, który w roli doktora Ardena wykazał się brutalnością, surowością, ale również i zaskakującym ciepłem, jakie udało mu się wykrzesać wobec jednej z pracownic.
     Kwestia tego, czy „Asylum” jest lepsze od pierwszego „American Horror Story”, czy też nie to standardowo sprawa bardzo sporna, w szczególności, że na każdego widza działa co innego. Pierwszy sezon był z pewnością o wiele bardziej przerażający, a napięcie tkwiące w ludzkiej psychice nie miało okazji ujść. Z kolei „Asylum” zatrważa na zupełnie innych poziomach. Tutaj wszystko skupia się na analizie człowieka i różnych jego odcieniach. Przede wszystkim jednak ma o wiele ciekawszą strukturę, między innymi muzyczną. Jednakże fabularnie pozostaje daleko w tyle, akcja wlecze się niemiłosiernie, bardziej nudząc niż intrygując widza. Trzeba jednak przyznać, że ma swój niepowtarzalny klimat.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story Asylum / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Sarah Paulson, Jessica Lange, James Cromwell, Lily Rabe, Joseph Fiennes, Zachary Quinto, Evan Peters, Lizzie Brocheré, Dylan McDermott / Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13


Premiera: 17 października 2012 (FX) 26 października 2012 (FOX)

poniedziałek, 5 października 2015

1185. American Horror Story, aut. Ryan Murphy, Brad Falchuk


     Ogląda sobie człowiek „Glee” i nawet nie jest świadomy tego, że w umysłach ludzi, którzy stworzyli ten rozśpiewany serial młodzieżowy zrodzi się pomysł na całkowicie odmienną w swojej stylizacji produkcję. Ryan Murphy i Brad Falchuk wpadli na genialny pomysł i postanowili na popularny od zawsze strach. Tak narodził się dość niezwykły serial o tytule „American Horror Story”, który polscy widzowie śledzić mogli wraz ze stacją FOX. Pierwszą częścią tego przeboju jest „Murder House”, czyli swoista antologia najrozmaitszych opowieści z pograniczy grozy i psychozy.
     Bohaterami pierwszego sezonu jest rodzina Harmonów, która postanawia rozpocząć nowe życie w przepięknym domu w Los Angeles. Vivien i Ben (Connie Britton, Dylan McDermott) próbują odbudować swoje małżeństwo po jego zdradzie, więc nie zauważają problemów z jakimi zaczyna mierzyć się ich nastoletnia córka Violet (Taissa Farmiga). To właśnie ją odwiedza nastoletni Tate, który uczęszcza również na sesje terapeutyczne do jej ojca. Nikt nie jest świadom tego, iż chłopak od wielu lat jest duchem zamieszkującym nowy dom Harmonów. Jednakże nie jest to jedyny mieszkaniec z krainy umarłych. Okazuje się, że budynek ma dość makabryczną przeszłość, a każdy kto kiedykolwiek poniósł śmierć w jego murach pozostawał w nich na zawsze.
     Ten serial ma moc, moc straszenia w sprawdzowy sposób. Jednakże wszyscy dobrze wiemy, że choć metody na przestraszenie widza znane są już od bardzo dawna, to smak przy ich wykorzystaniu uzależniony jest jedynie od wizji twórców. Na szczęście Murphy i Falchuk pokazali nie raz przy „Glee”, że gust mają nie najgorszy, więc nie da się zwątpić w sukces kolejnego obrazu, który wyszedł spod ich ręki. Najgenialniejsza w całej tej produkcji jest oczywiście fabuła. Dwunastoodcinkowy sezon serwuje nam najrozmaitsze oblicza grozy. Każdy epizod przedstawia każdego kolejnego ducha zamieszkującego Murder House. Psychopatyczny zabójca, który morduje swoich kolegów ze szkoły; sławny lekarz gwiazd, któremu odbiło, gdy utracił dziecko; czy przepiękna gosposia zamordowana przez żonę swojego kochanka- te i jeszcze kilka innych dusz nawiedzają ten dom. Najfajniejszy jest jednak pomysł na wykorzystanie owych historii, bowiem to co podziało się z tymi ludźmi przed laty, ma teraz wpływ na obecnych mieszkańców. Twórcy sprawnie łączą wątki z przeszłości, z tym co dzieje się z bohaterami. Wystawiają na próby ich zdrowe zmysły, a także nadwątloną przez zdradę moralność, czy zdrowie fizyczne po poronieniu. Dom jakby znając tą przeszłość sprawia, że wciąż powraca i to z większą siłą, aż do całkowitego wyniszczenia. To wszystko bardzo ładnie się ze sobą łączy, niekiedy nawet wprowadzając kilka zwrotów w akcji, nie tylko poruszając nas do głębi, ale przede wszystkim siadając na naszą psychikę. I wszystko byłoby pięknie i wspaniale, gdyby skończyć całą historię makabrą. No, ale nie, scenarzyści musieli pchnąć opowieść o krok dalej czyniąc z nią jakąś dziwnie pokraczną opowiastkę o sile rodzinnej miłości. Czy może być coś dziwniejszego?
     Powiedzmy sobie szczerze, „American Horror Story” nie jest jakiś superstraszny, tylko najnormalniej w świecie psychiczny! Dlaczego tak twierdzę? Cała opowieść utrzymana jest w dość specyficznym klimacie. Podniszczone meble, zakurzone zakamarki, no i oczywiście różne pokraczne duchy, kryjące się w każdym kącie. Makabra wynosi się tutaj na wyższe wyżyny, w szczególności przy epizodzie „Spooky Little Girl”. Obrzydliwości... Szczęśliwie, jest to jeden taki odcinek, no... góra dwa, na cały sezon. Jednakże tak naprawdę, straszy się nas tutaj już na samym początku każdego spotkania z bohaterami serialu. Wszystko to wina openingu. Nie ma chyba bardziej niepokojącego wejścia niż tego do „American Horror Story”. Odstraszające obrazy w połączeniu z muzyką Ceasara Davily dają autentyczny koszmar wizualny dźwiękowy, który nie jest najtrafniejszych wyborem do usypiania nas w łóżkach. Czyni go to najbardziej masakrycznym z otwarć wśród seriali. Bardziej złowieszczy był chyba tylko kawałek z „Z Archiwum X”.
     Kolejnym atutem produkcji jest obsada. Wśród nazwisk mamy nie tylko Dylana McDermotta, Denisa O'Hara, czy Zachary'ego Quinto, ale przede wszystkim gwiazdę wielkiego formatu, wiekową, ale wciąż piękną Jessikę Lange. Nadaje temu show większego wymiaru. Ma w sobie coś takiego, co wzbudza w człowieku niepokój. Gdy zechce, potrafi nas przerazić na śmierć. Jest świetna w tym co robi, gra z wielkim zaangażowaniem i charyzmą, więc nie dziwne, że została wyróżniona za rolę Constance. Świetna rola bardzo dobrze zagrana. Takie światło tego serialu telewizyjnego. Nie tak całkiem zła jest też Connie Britton. Razem z McDermottem tworzyli bardzo zgraną parę i nie trudno było uwierzyć, że są małżeństwem. Oboje niewiele gorsi od Lange, a to już prawdziwa pochwała. Nie sposób nie wspomnieć tutaj też i młodym pokoleniu- Taissa Farmiga oraz Evan Peters, czyli dwa skrajne bieguny. Pierwsza to siostra znanej Very Farmiga, robiącej błyskotliwą karierę w podobnych produkcjach z pogranicza horroru i dramatu. Młoda Farmiga może jeszcze wiele zawojować w Hollywood, gdyż ma do tego predyspozycje. Idealnie odegrała rolę zagubionej dziewczyny tęskniącej za domem. Natomiast Peters tak jak Lange, gdy chce potrafi zaskoczyć i wystraszyć nie na żarty. Nic dziwnego, że dobrali ich w taką, a nie inną relację. Podsumowując obsada znakomicie dawała sobie radę w swoich rolach. Każdy był enigmatyczny, ale również i pełen energii co do swoich kreacji. Udało im się odtworzyć wszystko to, co zamierzone zostało.
     Długo wzbraniałam się przed „American Horror Story”. Serial w formie horroru i to jeszcze o duchach, to raczej nie jest coś po co chętnie człowiek sięga. Okazuje się, że Ryan Murphy wraz z Bradem Falchukiem odwalili kawał dobrej roboty. Po seansie pierwszego sezonu bardzo szybko zapomina się, że mieli cokolwiek wspólnego z musicalem dla młodzieży. Świetnie skomponowana fabuła produkcji, gdzie strach przeplata się ze wzruszeniem i humorem. Pełny wulgarności, czułości i obrzydliwości, a także niespotykanego dotąd klimatu, co czyni go naprawdę wyjątkowym obrazem. Szkoda jedynie, że coś co zaczyna się tak obiecująco i w gruncie rzeczy wpływa na psychikę widza kończy się w tak cukierkowy sposób. W pewien sposób zaskakujący, bo nie tego się człowiek spodziewa po ładowaniu do głowy podobnych okropieństw, ale bardziej zawodzi w tym aspekcie. Nie mniej, warto sięgnąć i odczuć choć odrobinę strachu.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: American Horror Story / Reżyseria: Ryan Murphy i inni / Twórca: Ryan Murphy, Brad Falchuk / Zdjęcia: Christopher Baffa, John B. Aronson, Michael Goi / Muzyka: James S. Levine / Obsada: Dylan McDermott, Connie Britton, Taissa Farmiga, Jessica Lange, Evan Peters, Denis O'Hare, Zachary Quinto, Lily Rabe, Frances Conroy, Sarah Paulson i inni / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Akcja / Liczba odcinków: 12
Premiera: 05 października 2011 (FX) 12 listopada 2011 (FOX)

poniedziałek, 27 lipca 2015

1180. Wirus, aut. Guillermo del Toro, Chuck Hogan


     Kiedy cztery lata temu czytałam powieść Guillermo del Toro i Chucka Hogana (recenzja), a w zeszłym roku po raz drugi, stwierdziłam jedno – byłby z tego super film! Po tym czasie, zupełnie jakby ta dwójka czytała w moich myślach i tak oto wspólnymi siłami ze stacją FX powstał nie film, a serial! Wydawałoby się, że to nawet lepiej przerobić „Wirusa” na kilku epizodyczną przygodę. Niestety, zarówno mnie, jak i zapewne innym fanom, szybko przyszło pożałować swojego banalnego życzenia, bowiem to co rozgrywa się na ekranie w żaden sposób nie oddaje klimatu powieści, a co gorsza... całkowicie zmienia wrażenia po lekturze!

     Na lotnisku JF Kennedy'ego w Nowym Jorku ląduje samolot widmo. Ze względu na brak oznak na pokładzie jako pierwsi do samolotu chcą wejść przedstawiciele Centrum Chorób Zakaźnych. Tymi przewodzi Ephraim Goodweather (Corey Stoll), który jest tak bardzo oddany pracy, że swego czasu nie dostrzegł rozpadającego się własnego małżeństwa. Kiedy wydaje się, że każdy pasażer jest martwy, Eph wraz ze swoją ekipą odnajdują czworo ocalałych, których od razu poddają kwarantannie. Reszta, pozbawionych krwi ciał zostaje przewieziona do kostnicy. Podczas, gdy koroner zajmuje się sekcją zwłok Eph wraz z Norą i Jimem (Mía Maestro, Sean Astin) w trakcie przeszukiwania samolotu odkrywają kolejne tajemnicze znalezisko- pięknie rzeźbioną, ale nie mniej przerażającą trumnę. Według słów sędziwego staruszka imieniem Abraham Setrakian (David Bradley) z mieczem w lasce może być ona kluczem do walki o przyszłość całej ludzkości, gdy tylko dwustu zmarłych pasażerów zacznie wracać i osuszać swoich ukochanych.
     Z „Wirusem” mam ten problem, że czytałam powieść, która szalenie mi się spodobała. Natomiast serial... można powiedzieć, że daleko mu do ideału. Niby koncepcja ta sama, większość postaci się pokrywa, ale akcja toczy się tak ślamazarnie, że ciężko jest utrzymać oczy szeroko otwarte podczas seansu. To co było zaletą w powieści, tutaj w ogóle nie ma racji bytu. Wszystko toczy się zbyt monotonnie, zbyt sennie. Można by oczywiście zrozumieć ten zamysł, gdyby wątki dramatyczne były o wiele lepiej rozbudowane- w końcu w „The Walking Dead” sprawdza się koncepcja, że mniej się dzieje, a więcej buduje się relacji między ludźmi.
Nie mniej, tutaj nawet nie próbuje się tego zrobić. Całość roztrząsa się o dziwaczną epidemię, której praktycznie w ogóle nie widać- w książce to już po chwili wampiry zaczęły mordować ludzi, a w serialu rozwleczone jest to niemiłosiernie. Pilot tej produkcji już zwiastuje nie do końca dynamiczną akcję, gdyż w książce po prostu wchodzą na pokład i po kilkudziesięciu stronach wychodzą. A w serialu rozwleka się to bodajże na dwa odcinki. Serio? Tak wielki wpływ na akcję ma oglądanie każdego centymetra samolotu? Dajcie spokój! I wtedy coś zaczyna się dziać, ale tylko po to, aby za chwilę znowu mnie zirytować ślamazarnością. Bardzo to jest wszystko nierówne, akcje są jakby pocięte i de facto nic nie wnoszą do ogólnego zarysu fabularnego. Spośród tych wszystkich epizodów najwięcej uwagi skupia na sobie chyba tylko jeden, ten,w którym bohaterowie walczą na stacji benzynowej. Tylko ten. Nawet objawienie się lica Mistrza jest dość komicznym incydentem i praktycznie zaważyło na całej mojej ocenie tegoż obrazu. A finał? Cóż... gorszego, bardziej bezdusznego wyobrazić sobie nie można! Taka jest jednak cała produkcja. Więcej emocji wzbudzają w widzu przeżycia Setrakiana z czasów II wojny światowej niżeli to, co dzieje się aktualnie z bohaterami tej opowieści. Dziwne to i całkowicie przerażające.
     Poza tym, że fabuła jest tutaj praktycznie żadna ogromną wadą filmu jest totalny brak klimatu, który tak bardzo wyczuwalny był podczas lektury powieści. Czego to wina? Raczej zdjęciowców, starających się zrobić z tego coś fajnego, ale w konsekwencji wyszło bardzo nijako. Drugim winowajcą są specjaliści od stylizacji i efektów specjalnych. Jak dla mnie wizerunek wampira z żądłem był całkowicie przyswajalny na etapie książki i tutaj bardzo dobrze udało się odwzorować wygląd. Jednakże to co zrobiono z Mistrzem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Potwór bardziej przypominał zbitego szczeniaczka niż krwiożerczą bestię. Już więcej grozy budził jako szybko przemieszczający się łach niżeli coś z twarzą. Aczkolwiek zanimowanie tej plamy również mogłoby wyglądać atrakcyjniej. Tak czy inaczej, ciężko jest określić, czy te umarlaki to faktycznie wampiry, czy też dziwne zombiaki, bo w końcu wirus wampiryzmu? Aczkolwiek za to właśnie pokochałam powieść, za to niekonwencjonalne podejście do tak oklepanego tematu.
      Takiej tragedii aktorskiej to już dawno nie widziałam w żadnym filmie, czy serialu. Postać Epha była jedną z moich ulubionych podczas czytania książki, tuż obok Setrakiana. Natomiast tu? Jego przeładowana postać stała się zbyt przytłaczająca. Nie dość, że alkoholik, to w dodatku po rozwodzie i walczący o prawa nad synem- a przy okazji wciąż go zawodzący. Typowe. Ponadto ciąży na nim odpowiedzialność za dziwaczną epidemię wampiryczną, a jego ograniczony umysł w ogóle nie chce zaakceptować tego co się aktualnie dzieje. Corey Stoll w ogóle nie pasuje mi do tej postaci. Brak tutaj tej oczywistej odwagi, takiego charakteru, bowiem Ephraim w jego wykonaniu jest całkowicie nijaki- tak, pomimo takiego wielkiego bagażu. Beznadziejnością dorównywać może mu jedynie Mía Maestro, która także jest bezpłciowa zupełnie jak te wampiry. Wypada sztucznie i karykaturalnie podczas okazywania jakichkolwiek głębszych emocji, a szkoda! W powieści Nora również nie była zbyt ogarniętą postacią, ale nie była aż taka przezroczysta. Fajne jest to, że pomimo wszystko twórcy utrzymali takie postacie jak bogatego i schorowanego Palmera, czy Vasilija Feta. Dwie bardzo ciekawe kreacje, a aktorzy całkiem nieźle dobrani bardzo dobrze się sprawdzają. Jak dla mnie najciekawszą postacią pozostanie jednak Thomas Eichrost- były nazista, który został sługusem Mistrza. Richard Sammel idealnie odnalazł się w tej bezwzględnej roli. Co do Abrahama Setrakiana, to w powieści wypada o wiele bardziej atrakcyjnie niżeli w serialu. David Bradley nie do końca poradził sobie z ciężarem tej roli, ale i tak wypada o wiele lepiej niż niektórzy z bohaterów.
     Niestety, „Wirus” w żaden sposób nie spełnił moich oczekiwań, a nie były one aż tak wygórowane. Miało być dużo akcji, miało się coś dziać, miała się lać krew i miałam się bać iść spać po każdym kolejnym epizodzie. Miał być to najstraszliwszy z tworów del Toro, a skończyło się na tym, że zwyczajnie nudziłam się przed ekranem. Najgorsze jest to, że książkę pokochałam całym sercem i zawsze stawiałam ją w dziesiątce moich ulubionych. Tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie, jak można było zmarnować taki potencjał. Genialne podejście do wątku wampiryzmu, tak wszechstronny pod względem dramatyczności, ale przede wszystkim strachu temat, a jednak potraktowany tak bardzo płytko, tak bezemocjonalnie. Do tego aktorstwo, które w ogóle nie pomagało... Co się stało Guillermo?! Nie rozumiem...


Ocena: 3/10
Oryginalny tytuł: The Strain / Reżyseria: Guillermo del Toro i inni / Twórca: Guillermo del Toro, Chuck Hogan / Na podstawie: powieści Guillermo del Toro i Chucka Hogana „Wirus” (recenzja) / Zdjęcia: Gabriel Beristain, Mirosław Baszak, Checco Varese / Muzyka: Ramin Djawadi / Obsada: Corey Stoll, Mía Maestro, David Bradley, Miguel Gómez, Kevin Durand, Jonathan Hyde, Richard Sammel, Sean Astin, Natalie Brown, Jack Kesy, Ben Hyland, Roger R. Cross, Leslie Hope Kraj: USA / Gatunek: Horror / Liczba odcinków: 13

Premiera: 13 lipca 2014 (FX) 02 września 2014 (FOX Polska)