Ryan
Murphy i Brad Falchuk, którzy od dwóch lat cieszą się
popularnością i wprawnym gustem za sprawą serii „American
Horror Story”,
powracają. Po tym jak zabrali nas do nawiedzonego domu i szpitala
psychiatrycznego przyszedł czas na kolejną, tym razem mocno
nietypową, odsłonę innej przerażającej koncepcji chętnie
wykorzystywanej przez Amerykanów- czarownice. To właśnie one są
bazą dla leżącej na granicy współczesności i czasów spętanej
niewolnictwem wojny secesyjnej historii o niewybrednym podtytule
„Coven”,
z polska- „Sabat”.
Nastolatka
imieniem Zoe Benson (Taissa
Farmiga)
podczas swojej inicjacji seksualnej morduje własnego chłopaka. Nie
rozumiejąca swoich mocy i przytłoczona tajemnicą, klątwą ciążącą
na jej rodzinie dziewczyna trafia do szkoły dla czarownic w Nowym
Orleanie. Na miejscu poznaje nie tylko Cordelię (Sarah
Paulson)
zarządzającą całym budynkiem i edukacją dziewcząt, ale również
i nowe przyjaciółki, które z gracją wrednych nastolatek witają
ją w gronie czarownic. Wszystko wydaje się być w porządku, gdyby
nie to, że do miasta przybywa matka przełożona Fiona (Jessica
Lange),
która nie cofnie się przed niczym, aby zachować swoje piękno i
władzę. W tym celu zawiera pakt nie tylko z lokalną wiedźmą
voodoo (Angela
Bassett),
ale również z najstraszliwszą kobietą z czasów wojny secesyjnej,
która potrafiła zachować młodość (Kathy
Bates).
Zaledwie
trzynastoepizodyczne sezony, które zawierają całą kwintesencję
historii, oczywiście w swojej współczesnej aranżacji. „American
Horror Story: Coven”
zawiera niemalże wszystko to, co potrzebne czarownicy- od jej
początków, aż po koniec. Mamy narodziny gwiazdy, niesamowite
metamorfozy więc i determinacja w samodoskonaleniu, przyrost
ambicji, a przede wszystkim powrót do korzeni tych historii i
cofnięcia się do prymitywnych czasów, gdzie odpowiedzią na inność
kobiety, w serialu także na zbrodnie wobec innych czarownic, było
spalenie jej na stosie. Jednakże twórcy tej odsłony „AHS”
poszli w zupełnie inną historię, bowiem bazą są nie tylko
podania o czarownicach, na których wyrasta nowe pokolenie, ale
przede wszystkim niewolnictwo XIX wieku. Ten drugi motyw odbija się
niemalże w każdym odcinku, gdyż staje się powodem do walki dwóch
różnych zgromadzeń czarownic- niekoniecznie z podziałem dla
dobrych i złych, ale raczej ze źródeł czerpania energii.
Zaskakujące jest to, że i na tym poziomie odbywa się swoisty
podział rasowy, gdzie biali walczą z czarnymi. Kwintesencją tego
jest pojawienie się Madame LaLaurie, która słynęła z brutalnego
traktowania służby, swojej... czarnoskórej służby. Trzeba
przyznać, że nie tylko było to brutalne, ale też i krwawe, a co
za tym idzie- obrzydliwe! Nic więc dziwnego, że pojawienie się
dość mrocznych zaklęć voodoo przysparza najwięcej utrapień dla
białoskórych bohaterów, mała część, jak przykładowo atak
zombie, ukierunkowany głównie w Delphine dodawała grozy i
wybudzała z otępienia.
Wrzucenie
do fabuły młodocianych bohaterów z ewidentnymi problemami z
kontrolowaniem swoich emocji, a co za tym idzie mocy, przysparza nie
lada niezrównoważonego charakteru. Chęć pozostania celebrytą,
doświadczanie pierwszych seksualnych przygód, ale również
doświadczanie gwałtów, to może niekoniecznie najważniejsze i
najpowszechniejsze z problemów nastolatek, w szczególności, że
dysponowanie paranormalnymi zdolnościami dodatkowo pogarsza sprawę,
przez co nie ma tu mowy o jakikolwiek przesłodzieniu, a jedynie o
typowej podgrzanej rywalizacji. Jej finał skupi się w ostatnim
odcinku serii, który momentami mocno zaskakuje, innym razem szokuje
w dość niesmaczny sposób, ale z drugiej strony swoją formą i
serwowaniem wielobarwnych emocji przypomina wszelkiego rodzaju
programy rozrywkowe typu „Mam talent”. Tutaj talent do
czarowania.
Od
strony estetycznej wszystko wygląda cudownie. Wszechobecny klimat
próżniowej grozy idealnie pasujący do całości kompozycji. Z
jednej strony otwarte przestrzenie i klaustrofobiczna szkoła, pomimo
swojej wszędobylnej bieli, a z drugiej rewelacyjna stylistyka XIX
wiecznych kreacji i dekoracji wnętrz, nawet tych zakrwawionych
zasługujących na miano sali tortur. Do tego genialna ścieżka
dźwiękowa, która bardzo często przytłacza widza. Świetny
openning utrzymany w muzycznej aranżacji z poprzednich sezonów,
natomiast kolaż różnorakich, niepokojących ujęć przyprawia o
ciarki, które towarzyszą aż do ostatnich sekund kolejnych
epizodów. Charakterystyczne jest tutaj nie tylko intro, ale również
i zamknięcie, tzw. credit song. Tutaj kawałek „Lala lala song”
skomponowany przez Jamesa S. Levine'a, który jest jednocześnie
niewinny ze swoim lalala oraz przerażający i przywołujący gęsią
skórkę.
Aktorstwo
wciąż pozostaje jednym z najmocniejszych atutów „AHS”.
Twórcy wciąż zapraszają do kolejnych sezonów te same twarze,
sprawnie żonglując ich charakterami i pozwalając na odkrywanie
coraz większych pokładów ukrytych w nich talentów. Nie mniej,
jedni pozostają wciąż w tym samym odzieniu, jak Taissa Farmiga,
która wciąż jest lekko zdystansowaną, ale nie do końca
bezcharakterną postacią, a inni, tak jak Lily Rabe zmieniają się
niczym kameleony. Raz stuknięta wariatka, innym razem opętana
siostra zakonna, aby teraz dać jej jedną z najnaturalniejszych ról,
jakie przyszło jej zagrać w tym serialu. Świetnie sprawdza się
tutaj również i Jessica Lange, stała bywalczyni na salonach
amerykańskiej opowieści. Niczym nie zaskakująca w swojej kreacji,
gdyż tak jak w przypadku Farmigi podobny image jej się trafił w
udziale. Mamy tutaj także i kilka całkiem nowych twarzy. W serii
debiutuje Emma Watson, która nie zachwyca, ale bardzo dobrze
prezentuje się na tle grupy. To samo dotyczy Gabourey Sidibe. Do
mocniejszych ról zaliczyć można występ Angeli Bassett, która
okazała się wielopłaszczyznową postacią, potrafiącą wzbudzić
skrajne emocje. Największe zaskoczenie serwuje jednak Kathy Bates.
Przypadła jej w roli najbardziej niewdzięczna postać, która
nadaje się jedynie do znienawidzenia. Jednocześnie przechodzi ona
największą metamorfozę, sprawiając, że w pewnym momencie widzowi
jest jej nawet i żal (szok!). Trzeba przyznać, że cała obsada
spisała się tutaj na medal!
„American
Horror Story: Coven”
to kolejna i na pewno nie ostatnia odsłona amerykańskich pomysłów
na straszenie widzów. „Sabat” okazuje się być wielowątkową,
ale przede wszystkim wielopłaszczyznową opowieścią o tolerancji,
rasizmie i niewolnictwie otoczonej białą i czarną magią w
towarzystwie zaklęć voodoo. Momentami zaskakująca, innym razem
zatrważająca, ale przede wszystkim mocno wbijająca się w pamięć
widza swoją brutalnością, ale niekiedy i delikatnością. Świetna
historia czarownic, młodych wiedźm popełniających błędy, ale
też i dążących do doskonałości, utrzymanych w bardzo mrocznym,
ale niekiedy i niewinnym klimacie. Wykreowane postaci są wisienką
na torcie. Może i nie jest to jeden z najlepszych sezonów, ale z
pewnością jest mocny i dobry!
Ocena:
7/10

Premiera:
09 października 2013 (FX)
20 października 2013 (FOX)
Prześlij komentarz