NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3D. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3D. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

1252. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony Russo, Joe Russo

     My, fani Marvela, 10 lat czekaliśmy na ten dzień. Od chwili, gdy było wiadomo, że „Iron Man” dał początek serii filmów, ekranizacji kultowych komiksów, z fascynacją wyczekiwaliśmy kolejnych zapowiadanych tytułów, prezentujących nowych bohaterów i odkrywających nowe sekrety tego uniwersum. I oto nadszedł ten czas, kwintesencja tej dekady przygotowań, która daje początek nowemu, brutalnie kończąc z tym, co znane było nam dotychczas. Tego, co nadeszło nikt się nie spodziewał, bo bracia Russo wraz z „Wojną bez granic”, z nieskrywaną satysfakcją, wyrwali nam serca z piersi. Wyrwali je również i mnie.
Źródło: Galapagos Films

    Statek z ocalałymi po upadku Asgardu przemierzając kosmos w poszukiwaniu nowego domu zostaje zaatakowany przez Thanosa (Josh Brolin) i jego dzieci, którzy przeszukują wszechświat w poszukiwaniu kamieni nieskończoności. Ci, którzy przeżyli pierwsze starcie ostatkiem sił wysyłają przebywającego na statku Hulka (Mark Ruffalo), aby ostrzegł drużynę Avengers na ziemi o nadejściu wroga. Bohaterowie ponownie łączą siły, szukając pomocy na całym świecie, aby opracować plan powstrzymania zbliżającej się katastrofy. Tymczasem Strażnicy Galaktyki pod przewodnictwem Star-Lorda (Chris Pratt) odnajdują dryfującego w przestrzeni Thora (Chris Hemsworth) i pomagają mu zdobyć broń, która jako jedyna ma szansę pokonać Thanosa. 

     Czekaliśmy na tę chwilę. Czekaliśmy na to, aż w końcu przybędzie Thanos, o którym tak długo się gada, i zrobi niemałą poruchawę. W końcu poznaliśmy genezę Kamieni nieskończoności, i zobaczyliśmy je wszystkie w jednym miejscu, w jednym czasie. Przy okazji doświadczyliśmy też spektrum ich możliwości, wydawałoby się, że pełne spektrum, ale coś kołacze mi się z tyłu głowy myśl iż to nie wszystko na co stać te błyskotki.
Źródło: Galapagos Films

Sześć pięknie mieniących się kamyczków, takie niepozorne, a cały wszechświat o nie walczy. Wszystkie wyrwane siłą z rąk ich opiekunów bo jak wiemy Thanos się nie patyczkuje. Ta istota to niezwykle zacięta persona, która ma cel, w jej mniemaniu niezwykle światły, i nie cofnie się przed niczym, aby wypełnić swoje przeznaczenie. Przed niczym. Poświeci wszystko, co dla niego ważne, wszystko co dla niego ukochane. Z jednej strony bardzo przerażający w swojej skuteczności, a z drugiej... tkwi w nim coś takiego, co porusza serce. Niezwykle wzruszająca jest geneza jego nietypowej relacji z Gamorą, który to wątek świetnie uwidoczniono dzięki wyprawie na Vormir. Jedna z najpiękniejszych i najbardziej wzruszających scen w całym filmie. 

     „Avengers: Wojna bez granic” to nie tylko opowieść o kamykach, które mogą zniszczyć połowę wszechświata. To nie tylko historia walki dobrych mróweczek z wielkim złem, bo nie wszystko jest tutaj czarno-białe. Nowy film od braci Russo przede wszystkim traktuje o odwadze i oddaniu. Te dwa elementy zawsze pojawiają się w filmach superbohaterskich, bo nie każdy ma na tyle siły, aby stoczyć walkę z kosmitami, żarłocznymi potworami, czy zabójczymi maszynami. Tutaj wszystko wydaje się kumulować, dochodzi do niesamowitego katharsis, które przynosi oczyszczenie, ale i nie tylko. Przeżywamy jeden zwrot akcji za drugim, jedno zaskoczenie przechodzi w drugie, a każda kolejna minuta filmu przynosi kolejną niepowetowaną stratę, która rozdziera nasze serca.
Źródło: Galapagos Films

Dla zwykłego człowieka będzie to zwykły film, ale dla prawdziwego fana Marvela będzie to niewiarygodne przeżycie. Przez te wszystkie lata zdążyliśmy się zżyć z postaciami, które podawało nam Studio. Nawet te będące z nami dopiero od roku, czy dwóch również stały się nam bliskie, bo zwyczajnie je polubiliśmy. Razem z nimi śmialiśmy się, walczyliśmy, czuliśmy smutek i upokorzenie, a nawet i miłość. Fascynowaliśmy się kolejnymi konfliktami pomiędzy nimi, serce radowało nam się na narodziny niezwykłych miłości, a także nietypowych relacji. Dochodziło do spotkań niezwykle egocentrycznych, ale i genialnych umysłów, miłośników muzyki lat 80tych i tych, którzy nie rozumieją co to w ogóle jest. To wszystko generowało wiele przezabawnych sytuacji, które stanowiły dobrą odskocznię i dawały rozluźnienie przed nadejściem nieuchronnego. Genialnym pomysłem było połączenie dwóch światów- wojowników prosto z ziemi oraz wojowników kosmosu. Świetne zderzenie, które idealnie się uzupełniło sprawiając, że „Wojna bez granic” to film lekki, ale i przygnębiający zarazem. Jeden z najlepszych w całej serii.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film braci Russo to nie tylko emocjonalny rollercoaster uzbrojona licznymi nawiązaniami do poprzednich filmów. Obraz ten to przede wszystkim fascynujące dzieło artystyczne, które kładzie swoich poprzedników na łopatki. Oczywiście, można było jeszcze bardziej dopracować Thanosa, żeby wyglądać bardziej realistycznie, można było lepiej wypracować walkę w Wakandzie, czy nawet bardziej wygładzić walkę z Ebony Maw, jednakże reszta filmu mocno to rekompensuje. Wszystkie zdjęcia na Vormirze... dzieła sztuki. Nic tylko drukować i robić z tego fototapetę na ścianie. Pomysłowo potraktowano również Nidavellir, planeta wyglądała pięknie i majestatycznie, no i jej cel istnienia również jak najbardziej słuszny i pożyteczny. Nowy tytuł „Avengers” prezentuje się zdecydowanie najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Zabawa zdjęciami i formami toczy się na różnych płaszczyznach, w różnych przestrzeniach, więc nie ma szansy na wizualną nudę. W szczególności, gdy dochodzimy do kulminacyjnego punktu filmu. Oczywiście, można było inaczej to rozegrać, wymyślić całkiem inny sposób na prezentację tego wydarzenia. Wciąż nie rozumiem dlaczego Russo wybrali akurat tę formę, choć podobnoż dla nich nich jest ona dosadna, aczkolwiek niebrutalna.

W tym wszystkim mamy oczywiście miejsce również na charakteryzację, bo przecież zamiana Josha Brolina w Thanosa to coś naprawdę spektakularnego, ale i jego dzieci wyglądały zjawiskowo. Ja osobiście najbardziej upodobałam sobie duet Proxima Midnight- Corvus Glaive, przypasowała mi ta stylizacja. Wszystko wygląda pięknie, bardzo efektowne, ale w sumie epickość to coś, czego nigdy nie brakowało filmom kuźni Marvela. Cudownie się na to patrzy, bo to bajka dla oczu.
Źródło: Galapagos Films

     Najnowszy film MCU, najnowszy tytuł z serii „Avengers”, to epickie i niezwykle szokujące wydarzenie. Emocje po seansie nie opadają i choć wydarzenia całego filmu zapowiadały konkretny kierunek w jakim pójdzie akcja, tak dowierzaniu nie ma końca nawet i na kilka tygodni po obejrzeniu filmu. Pozostawia on po sobie pewną pustkę, pewną chęć obejrzenia na nowo wszystkich tytułów z ostatniej dekady tego uniwersum, a nawet pragnienie ponownego sterroryzowania swojej duszy „Wojną bez granic”. To z pewnością bardzo wyjątkowy film, który łączy w sobie wszystko to, co powinien zawierać ten gatunek- miejsce na radość, miłość, a nawet i nienawiść. Tę produkcję bardzo łatwo można pokochać za jej nieszablonowość, za jej charakter, za jej pasję, ale równie szybko, tak jak to bywa z każdą miłością, może nam złamać serca. Z pewnością powrócę do tego filmu i z pewnością ponownie uzbroję się w paczkę chusteczek!

Ocena: 9/10
Recenzja filmu DVD „Avengers: Wojna bez granic” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Avengers. Infinity War / Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo / Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely / Zdjęcia: Trent Opaloch / Muzyka: Alan Silvestri / Obsada: Robert Downey Jr., Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Chris Evans, Scarlett Johansson, Benedict Cumberbatch, Chris Pratt, Tom Holland, Chadwick Boseman, Zoe Seldana, Tom Hiddleston, Paul Bettany, Josh Brolin / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-fi 

Premiera kinowa: 23 kwietnia 2018 (Świat) 26 kwietnia 2018 (Polska) 
Premiera DVD: 05 września 2018

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

poniedziałek, 21 grudnia 2015

1198. Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy, reż. J.J. Abrams

     Pierwsze dźwięki klasycznego utworu skomponowanego przez Johna Williamsa, żółte napisy wjeżdżające na ekran, ale przede wszystkim gromkie brawa na sali. Wszystko to dla powracającego po latach wielkiego tytułu, który zna każdy kinoman- chociażby ze słyszenia. Za kontynuację fantastycznej sagi wziął się sam J.J. Abrams, który kolejny raz zaskakuje i sprawia, że nie tylko on sam poczuł przebudzenie mocy, ale poczuli to również i fani. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” to zdecydowanie jeden z największych, o ile nie największych filmów tego roku, który pozostawia widza z efektem WOW!
Źródło: Starwars.com
     Darth Vader został pokonany, choć po trzydziestu latach Najwyższy Porządek władany ciemną stroną mocy sieje postrach w całej galaktyce za sprawą zamaskowanego Kylo Rena (Adam Driver). Przeciwko niemu staje Ruch Oporu, którego generałem jest sama księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher). Aby przywrócić równowagę mocy zawzięcie poszukuje swojego brata- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill), który zaginął bez śladu. W tym celu wysyła swojego najlepszego pilota (Oscar Isaac) mającego znaleźć miejsce jego pobytu. Kiedy zostaje schwytany przez wroga z pomocą przychodzi mu zbuntowany szturmowiec (John Boyega), który najbardziej w świecie chce wyrwać się spod tyranii ciemnej strony mocy. Podczas ucieczki trafia na planetę Jakku, gdzie spotyka niezwykłą dziewczynę imieniem Rey (Daisy Ridley), a przy niej poszukiwanego przez wszystkich robota BB-8, któremu pilot przekazał mapę.
     Kiedy dwa miesiące temu przez internety przeszła informacja o przedsprzedaży biletów w siódmą część sagi „Gwiezdne wojny” bilety rozeszły się w rekordowym tempie! W weekend otwarcia film zarobił więcej niż „Jurassic World”, czy kolejna odsłona „Avengersów”. Nie ma dziwne, w końcu na ten film fani czekali od dekady! Czy świeże spojrzenie Abramsa sprostało ich oczekiwaniom? Tutaj opinie są podzielone. Pewne jest natomiast to, że kultowa saga powraca w wielkim stylu, w dodatku w trójwymiarze (!), całkowicie wykupując się z porażki drugiej trylogii. 
Źródło: Starwars.com
     Wielu narzeka na wtórność fabuły, do której ja osobiście nie mam zamiaru się przyczepiać, bo oczywiście- w przeciwieństwie do niektórych, nie nadrabiałam wcześniejszych filmów przed seansem „Przebudzenia mocy”. Można by się z pewnością przyczepić do motywu przewodniego fabuły, gdzie całość kręci się według podstawowego pytania „Gdzie jest Luke Skywalker?!”. To pytanie zadawaliśmy sobie nie tylko przed seansem- bo nie pokazywał się w żadnych materiałach promocyjnych, a także przez cały seans. Bohaterowie oczywiście namiętnie nam przypominają, że to jego szukają przez cały film, bo szczęśliwie, gdzieś pomiędzy wspaniałą akcją zapominamy o tym, jakże istotnym, elemencie. Zapominamy tak szybko, że w zasadzie u finału wpada nam do głowy myśl, czy Ruch Oporu nie będzie go szukał czasem przez całą nową trylogię. To oczywiście byłoby totalnie głupim zagraniem, ale cóż... nie całkiem nieprawdopodobnym. Banalność tego wątku jest jednak dość irytująca i mamy nadzieję, że nie będzie to bazą całej produkcji.
     No i nie mylimy się. W końcu mamy tutaj nie tylko poszukiwania Skywalkera, ale także i całą masę pobocznej akcji, wśród których króluje kolejne pytanie stawiane przez Abramsa „Kim do cholewki jasnej jest Rey?!”. Postać bardzo enigmatyczna, o której praktycznie nic nie wiadomo, a której wątek nie rozwiązuje się wraz z końcem filmu. Można mieć pewne podejrzenia i oczywiście w sieci już krążą teorie spiskowe, co do jej pochodzenia. Dodatkowo jest to dziewczyna, która w trakcie zwiastuna sprawia wrażenie całkowicie nijakiej potrafi świetnie zaskoczyć! Daisy Ridley zdecydowanie za bardzo przypomina Keirę Knightley, można nawet stwierdzić, że to jej takie kosmiczne alter ego, bo nie dość, że wygląd to jeszcze brzmienie głosu wraz z akcentem, no i oczywiście ta lekkość w obyciu. Ostatecznie okazuje się być bardzo interesującą postacią, która świetnie prezentuje się na ekranie niemalże z każdym, począwszy od BB-8, przez Finna, na Hanie Solo skończywszy. Jednakże to właśnie z tym drugim tworzy genialny, komediowy duet. Interakcja między nimi jest tak fascynująca, że szybko wywróżyć można im wspólną przyszłość. Finn jako jednostka jest nie mniej frapujący. Od początku widać jego wewnętrzny konflikt, co do przynależności do rzeszy Szturmowców i ich poczynań. Ostatecznie się odłącza i chce się schować w najciemniejszych czeluściach galaktyki! Zdecydowanie za szybko nawiązuje się nić przyjaźni pomiędzy nim a Poe (Oscar Isaac), no ale taka to najwyraźniej jest męska solidarność. 
Źródło: Starwars.com
     Twórcy zrobili coś naprawdę niezwykłego z tym filmem. Czy był ktoś na sali kinowej kto nie wzruszył się pojawieniem się Hana i Chewbacci na Sokole Millenium? Cała sekwencja była chyba najgenialniejszą z całego filmu! Uczucie sentymentu powróciło, a łezka kręciła się na ponowne spotkanie z Hanem, Leią i Chewbaccą. No dobra... z Leią może mniej, bo wciąż pozostaje najbardziej nijaką w całej sadze. Jednakże dwójka z Sokoła... twórcy najzabawniejszych wymian zdań w filmie. Oczywiście poza bieganiem za rączkę Rey z Finnem, czy wymiany kciuków „Lubię to!” pomiędzy Finnem i BB-8- na czego widok cała sala wybuchła śmiechem i od razu zadurzyła się w tym kulistym robociku. Wookie po raz pierwszy miał baaardzo rozbudowane kwestie. Rozgadał się niesamowicie, a jego reakcje były tak realistyczne, że trudno było nie przeżywać wraz z nim! Trzeba przyznać, że „Przebudzenie mocy” ubarwione zostaje tym niezwykle subtelnym i lekkim poczuciem humoru.
     Ciemna strona mocy to coś, co zawsze mocno podkreślano w poprzednich filmach. A to Lord Vader, a to Anakin Skywalker, o którym chcemy zapomnieć ze wzgląd na tragicznego Haydena Christensena... Teraz, w nowej trylogii według Abramsa, mamy godnego zastępcę- Kylo Rena. Postać tak bardzo kontrowersyjna bowiem jeszcze młoda, nie przesiąknięta na wskroś złem, choć niektóre jego wybory... nie szokują co prawda, ale wciąż zawodzą! Kylo to przykład postaci, która całą swoją grozę kryje w masce, helmecie, który tak bardzo przypomina vaderowski czepiec. Ten zmodyfikowany głos, te wszystkie ruchy, to panowanie nad mocą i ten świetlisty miecz, z którego śmiano się już na etapie pierwszego zwiastuna, jaki pojawił się w sieci. Wszystko to sprawia, że ma szansę stać się wielkim czarnym charakterem na miarę Dartha Vadera. 
Źródło: Starwars.com
Tak przynajmniej się wydaje do chwili, kiedy się go uczłowiecza, czyli do momentu kiedy ściąga swoją maskę i tak objawia się nam zupełnie nijakie, młodzieńcze oblicze Adama Drivera. No i jeszcze to całkowicie banalne i nie siejące grozy imię... Z drugiej strony można zrozumieć taki sposób prezentacji jego osoby, z uwagi na jego całkowite rozdarcie pomiędzy dobrem i złem. Nie jest to do końca czarny charakter, przynajmniej jeszcze nie teraz, widać, że targają nim młodociane problemy psychiczne i w sumie fajne jest to, że zarówno Driver, jak i twórcy starają się tak urzeczywistnić tę postać. Dla mnie jednak Kylo Ren pozostanie idealny tylko w masce i od piątkowego seansu staram się wyprzeć z pamięci fakt, że w ogóle zdjął maskę! 
     Skoro ciemna strona mocy, to oczywiście Najwyższy Porządek i wszelkie próby przejęcia władzy nad galaktyką, choć tak naprawdę całość uwagi skupia się na odnalezieniu Luke'a Skywalkera, bo wiadomo- zagrożenie, które przesądzić może o wyniku wielkiej wojny! Z tego też powodu dochodzi do najrozmaitszych scen walk- czy to w małej skali na miecze świetlne, czy z prawdziwym rozmachem pod postacią strzelanek międzygwiezdnych. Wszystko bardzo dynamiczne, nie dające się nudzić ani przez chwilę. Z napięciem obserwujemy ataki wroga, z przerażeniem spoglądamy na te niesamowicie cudowne zdjęcia z walk, bo nie ulega wątpliwości, że pod względem efektów film ten robi spektakularne wrażenie. W szczególności jak ogląda się to wszystko w IMAX. Wszystko jest takie duże, tak idealnie wypieszczone, przez co film wchodzi na całkiem nowy level wykonania. Zapomnijcie o karykaturalnych robocikach z drugiej trylogii, teraz mamy cudownego BB-8, który bije na łeb na szyje zarówno R2D2, jak i C3PO. Zapomnijcie o dziwacznym Jar-Jar Binksie, którego wielu znienawidziło, bo teraz mamy przeuroczą starowinkę w wielkich goglach Maz Kanatę. I choć oczywistym jest, że grafika komputerowa to zapewne 90% filmu, jak i nie więcej, to nie ulega wątpliwości, że została ona wykorzystana bardzo subtelnie i realistycznie, bo chyba nic bardziej nie zachwyca wizualnie w tym filmie, jak pustynne tereny Jakku obłożone metalicznymi zwłokami pojazdów z „Powrotu Jedi”
Źródło: Starwars.com
     Nic tak nie ekscytuje, jak wybranie się w końcu do kina na film, na który czekało się wiele lat. W szczególności, gdy okazuje się być to nie lada wydarzeniem. Fani poprzebierani za ulubione postaci, oklaski na rozpoczęcie i zamknięcie filmu, no i oczywiście niesamowite emocje, które towarzyszą podczas samego seansu. „Przebudzenie mocy” to tytuł, który dostarczył wszystkich tych wrażeń i z pewnością wkroczył na zupełnie inny poziom emocjonalności. Wszechstronność postaci na tyle wyrazistych, aby wnieść sobą coś nowego do fabuły; niesamowite poczucie humoru; sentyment, do którego twórcy nawołują fanów sagi; spektakularne, ale też i nieprzesadzone kosmiczne starcia, no i oczywiście cała gama wrażeń muzycznych i wizualnych, to wszystko sprawia, że jest to obraz niemalże idealny. Gdyby tylko nie lekka banalność, gdyby tylko Kylo Ren nie zdjął maski...

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Star Wars: The Force Awakens / Reżyseria: J.J. Abrams / Scenariusz: J.J. Abrams, Lawrence Kasdan, Michael Arndt / Zdjęcia: Daniel Mindel / Muzyka: John Williams / Obsada: Daisy Ridley, John Boyega, Harrison Ford, Carrie Fisher, Adam Driver, Oscar Isaac, Lupita Nyong'o, Mark Hamill, Andy Serkins, Domhall Gleeson, Anthony Daniels, Peter Mayhew, Gwendoline Christie, Simon Pegg / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 14 grudnia 2015 (Świat) 18 grudnia 2015 (Polska)

czwartek, 15 października 2015

1187. Więzień Labiryntu. Próby ognia, reż. Wes Ball

     Przeczyta sobie człowiek książkę, spodziewa się nie wiadomo czego, a potem przychodzi ekranizacja i wszystkie marzenia oraz oczekiwania rozpadają się w drobny mak. „Próby ognia” to chyba jeden z najciekawszych tomów bestsellerowej trylogii „Więzień Labiryntu” autorstwa Jamesa Dashnera. I choć wielu uważa, że druga produkcja filmowa bazująca na koncepcji jest równie dobra, co pierwsza, osobiście śmiem się z tym nie zgodzić. Pomijając fakt, że filmowe „Próby ognia” są bardzo luźno oparte na wątkach drugiego tomu, to jest to bardzo nijaka produkcja. 
Źródło: foxmovies.com
     Streferom udaje się bezpiecznie opuścić mury labiryntu. Jednakże nie są świadomi, że prawdziwe wyzwanie dopiero przed nimi. Myśląc, że udało im się uciec przed DRESZCZem, nie mogą być w większym błędzie. Pomimo tego, że świat to jedno wielkie suche pustkowie, zamieszkane przez ludzkość zainfekowaną Pożogą uciekają przed ekipą naukowców chcących przeprowadzać na nich kolejne eksperymenty. Wyruszają więc w poszukiwaniu organizacji zwanej Prawą Ręką licząc na to, że zyskają ich pomoc- w pełnym słońcu, bez jakiegokolwiek zaopatrzenia, przez okrutne tereny Pogorzeliska, nie zważając na ścigających ich wysłanników DRESZCZu, ani czających się w pobliżu Poparzeńców.
     Czego można było się spodziewać po „Próbach ognia”, kiedy już sam zwiastun zapowiada, że scenarzysta dokonał drobnych zmian w opowieści? Cóż... z pewnością wszyscy ci, którzy poszli do kina zaznajomieni z lekturą byli w niemałym szoku, że film całkowicie odbiega od powieści. Na domiar złego, jeżeli ktoś nie zapoznał się z tomem trzecim, nie będzie miał bladego pojęcia o co biega z tematem pod tytułem Prawa Ręka. Nie ma to jak pomieszać wątki drugiego i trzeciego tomu w drugim filmie. Ciekawe co zostanie na finał, bo jeżeli kluczowy wątek „Leku na śmierć” to nie zapowiada się zbyt fascynujące kino, a szkoda. Jest to kolejna sytuacja, kiedy pierwsza ekranizacja jest naprawdę fascynująca i trzyma się pierwowzoru, natomiast w drugiej wieje nudą, a akcja wzięta jest chyba z kosmosu, bo na pewno nie z powieści. Jedyne co jest odwzorowane to motyw Pogorzeliska. Tylko to. Najbardziej w tym wszystkim boli to, że nie ma tutaj zaprezentowanej zadaniowości całej akcji, bo kiedy w powieści zadaniem Streferów było przejście Pogorzeliska w celu uzyskania leku, tak tutaj tego nie ma.
Źródło: foxmovies.cm
Zostaje to zamienione na głupawą, bezsensowną ucieczkę od DRESZCZu. Tym samym znika problematyka postaci Teresy i Arisa. Wywalony zostaje cały dramatyzm związany z przejściem przez Pogorzelisko, bo film niestety nie ukazuje prawdziwego okrucieństwa tego miejsca. Już pomijam dziwnego budowania relacji pomiędzy bohaterami, której praktycznie tutaj nie ma. Co dla nich za różnica, czy zginie jeden czy dwóch, a widz nawet nie jest w stanie się wzruszyć. W szczególności, że Thomas aż w jednej scenie wspomina Chucka, który poświęcił się dla niego przy okazji ucieczki z Labiryntu. Wszystkie wątki zostały całkowicie spłycone, a wszystko to zastąpione zostaje bezsensowną drogą do Prawej Ręki. Prawej Ręki, która de facto pokazuje się dopiero w trzeciej części trylogii. Nie można powiedzieć, że film nie gwarantuje akcji, bo tak jest, ale z drugiej strony sceny te zbyt szybko zostają urwane i w zasadzie niczego konkretnego nie wnoszą do fabuły. Ucieczka przed wrogiem zawsze dostarcza sporo adrenaliny, a dodając do tego element zdrady całkowicie potrafi zbić człowieka z pantałyku. O dziwo, obraz zapewnia względne wrażenia, a tempo akcji jest nawet równe, ale co z tego, kiedy tak to wszystko jest nużące.
     Na plus zdecydowanie przemawia wygląd filmu, można powiedzieć, że jest to jedyna rzecz, która przykuwa tutaj uwagę. Pogorzelisko jest bajecznie mroczne, niczym wyjęte z najlepszej postapokaliptycznej produkcji. Zniszczone budynki, wszędzie pełno ruin, ale przede wszystkim wszechobecny piach. Krajobraz niczym z „Resident Evil: Apokalipsa”, czy „Mad Max: Na drodze gniewu”. Wspomnienie o pierwszym tytule nie jest tutaj przypadkowe, bowiem wskazać należy tajemniczych Poparzeńców, czyli ludzi, których zaatakowała choroba zwana Pożogą. To właśnie na nią szuka się lekarstwa, bo przez nią ludzie tracą rozum, zamieniając się w bezmyślne zwierzęta. I tutaj pojawia się kolejny problem związany z tym obrazem. Poparzeńcy w ogóle nie przypominają ludzi chorych psychicznie. Z uwagi na popularny ostatnio nurt zombiaków, to właśnie do tych chodzących trupów zostali upodobnieni. Wybór stylizacji co najmniej dziwny, w szczególności jak ktoś przypomni sobie akcję z kanałów i dziwne narośle na ścianach. Można było zrobić to w zdecydowanie bardziej ludzki sposób, taki który chociaż odrobinę dawałby nadziei na wyleczenie.
Źródło: foxmovies.com
Ciężko jest mi zrozumieć, dlaczego pozbyto się z filmu dwóch kluczowych scen, dostarczających najwięcej grozy. Trzeba jednak przeboleć brak początkowych scen, gdzie bohaterowie uciekali przed kulami z ciekłego metalu odgryzającymi głowy, czy końcowych, kiedy to musieli stoczyć walkę z bąblowymi potworami. I tak z tych fascynujących monstrów, które pojawiły się w całej trylogii, przyszło nam wspominać jedynie Bóldożerców z pierwszego filmu. Może obawiano się, że wprowadzając te cuda trzeba będzie podnieść ograniczenie wiekowe, albo może twórcy nie byli w stanie idealnie odwzorować tych tworów. Albo... za bardzo skupili się na Poparzeńcach. Szkoda, naprawdę szkoda. W szczególności, że zapewne cała masa ludzi czekała właśnie na to, jak filmowcy poradzą sobie z tymi właśnie elementami.
     Z marnym aktorstwem, nie oddającym prawdziwego charakteru najistotniejszych postaci serii, z całkowitą zmianą ich problematyki nie ma szans, aby dało się patrzeć na ten film bez niestrawności. Dylan O'Brien jedyne, co pokazuje w tym filmie, to jak szybko potrafi biegać. Jako czołowy biegacz labiryntu mógł darować sobie już popisy, a skupić się bardziej na budowaniu emocjonalnej więzi z publicznością albo chociaż z innymi bohaterami na planie. Irytująca stała się Teresa w wykonaniu Kayi Scodelario, która po prostu zniknęła w tym filmie. I choć poświęca się jej więcej uwagi niż w powieści, to jakimś magicznym sposobem stała się po prostu niewidzialna. Wydawałoby się, że dużo atrakcji dostarczyć mogą nowe postaci, takie chociażby jak Jorge i Brenda. Niestety, ani Rosa Salazar ani Giancarlo Esposito nie radzą sobie na tyle, aby wyjść przed szereg. Ich kreacje są zdecydowanie mniej zwariowane i mniej wojownicze niż powinny być. Z kolei Janson, którego wszyscy fani „Gry o tron” znają z roli dwulicowego Littlefingera nie poczują się zawiedzeni. Aidan Gillen trzyma klasę i charakter swojej poprzedniej postaci. Czy stety, czy niestety- to już wam przyjdzie ocenić. 
Źródło: foxmovies.com
     Wiele oczekiwałam po kontynuacji „Więźnia Labiryntu” z uwagi na to, że pierwszy film wzbudził we mnie spory entuzjazm i zainteresowanie. Na dodatek całą trylogię książkową uważam za bardzo udaną i ciekawą, więc nie miałam obaw co do „Prób ognia”. Niestety, wydarzyło się coś całkowicie zaskakującego, coś co nie wyróżniło tytułu spośród innych postapokaliptycznych tworów. Historia z drugiego tomu powieści miała spory potencjał, który niestety nie został w ogóle wykorzystany. Zarówno okrojenie fabuły, jak i pozbawienie widza przyjemności oglądania niezwykłych tworów przyszłości, nie wyszło produkcji na dobre. Pozostało tylko mdłe, za bardzo podobne do zombiastycznych tytułów widowisko, które cechuje się jedynie zewnętrznym pięknem, a zgnilizną wewnętrzną. 
Ocena: 5/10

Oryginalny tytuł: The Maze Runner. The Scorch Trials / Reżyseria: Wes Ball / Scenariusz: T.S. Nowlin / Na podstawie: powieści Jamesa Dashnera / Zdjęcia: Gyula Pados / Muzyka: John Paesano / Obsada: Dylan O'Brien, Ki Hong Lee, Kaya Scodelario, Thomas Brodie-Sangster, Dexter Darden, Alexander Flores, Jacob Lofland, Rosa Salazar, Giancarlo Esposito, Patricia Clarkson, Aidan Gillen, Lili Taylor, Barry Pepper / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi, Thriller
Premiera: 09 września 2015 (Świat) 18 września 2015 (Polska)

czwartek, 17 września 2015

1183. Everest, reż. Baltasar Kormákur

     Najwyższy szczyt świata, o którego zdobyciu marzy chyba każdy himalaista. Everest nazywany również Dachem Świata od lat stanowi wyzwanie fizyczne i psychiczne dla każdego człowieka, który chce się z nim zmierzyć. Kiedyś wejście na szczyt wydawało się niemożliwością, teraz najbardziej doświadczeni zarabiają na doprowadzaniu ludzi na szczyt, na szczyt gdzie zaczyna się umieranie. Islandzki reżyser, Baltasar Kormákur, postawił nie lada wyzwanie przed aktorami, a także sobą samym, gdyż kręcenie „Everestu” okazało się być ekstremalnym przeżyciem.
     Film opowiada historię grupy himalaistów, których wyprawa na ośmiotysięcznik w 1996 roku okazała się być najtragiczniejszą w dziejach. Ekipie doświadczonych wspinaczy przewodzi Rob Hall (Jason Clarke), który wraz ze swoimi przyjaciółmi prowadzi firmę oferującą komercyjne wspinaczki na Everest. Przed nimi czterdzieści dni przygotowań dla ciała i umysłu, aby mogli zmierzyć się z największym swoim wyzwaniem w życiu.
     Ekspedycja, która od pierwszych chwil zapiera dech w piersi. Jeżeli ktokolwiek słyszał zapowiedzi filmu oczywistym było, że nie wszyscy wrócą cało z Everestu. Czy jednak warto zapoznawać się z całą historią wyprawy przed seansem? Wydaje się to zbyteczne, gdyż wówczas doświadczać będziemy więcej emocji i zaskoczeń. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, przedstawia bowiem zwykłą historię o niezwykle odważnych i silnych ludziach. Wejście na najwyższy szczyt świata jest nie lada wyzwaniem, więc trzeba mieć w sobie moc, aby chociaż pomyśleć o samym podejściu. Ekstremalne warunki na himalajskim szczycie i w drodze na niego wcale nie ułatwiają wyprawy. Rozrzedzone powietrze, przeraźliwe zimno i niekorzystne warunki pogodowe, sprawiają, że bohaterowie przełamują swoje własne bariery, które stawia przed nimi ich organizm, czy umysł. Wejście do Strefy Śmierci to nie tylko sprawa psychiki, ale również umiejętności zapanowania nad swoim ciałem, a w wielu przypadkach zrozumieniu sygnałów, które nam przesyła. Trzeba więc znać własne możliwości, trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć stop. Tragedia wyprawy Halla polega na chęci przełamania własnych słabości, jak w przypadku Douga, dla którego była to trzecia i ostatnia próba podejścia do góry. Przykre było jednak to, że takie sytuacje przyczyniły się do niefortunnych zwrotów akcji, w których śmierć odniosło kilku wspaniałych ludzi. Zaskoczeniom nie było jednak końca, gdy spisani na straty, uznani za zmarłych, cudem dotarli do bazy- co prawda z licznymi odmrożeniami, ale jednak.

     Dramaturgia opowieści to nie tylko wydarzenia na Evereście, ale również osobiste historie poszczególnych bohaterów. Świetnie zbudowana relacja Roba i Jan, niezwykle wzruszające rozmowy tych dwojga, które mogliśmy usłyszeć dzięki odwzorowaniu prawdziwych nagrań udostępnionych przez Helen Wilton- opiekunkę faktycznej wyprawy. W tych rolach wspaniali Jason Clarke i Keira Knightley. Pierwszy pokazał czym jest odwaga, przyjaźń. Był zdolny do rzeczy, których odmawiali inni. Trwał dzielnie przy przyjaciołach, pomimo najgorszych warunków pogodowych, walcząc ze swoimi słabościami nie przestawał wspierać innych. Rewelacyjna postać. Przełamywanie stereotypów, jakoby zwykły człowiek nie miał szansy zdobyć ośmiotysięcznika, trzecie podejście ze strony Douga Hansena- tu nie gorszy John Hawkes. Odwaga i wytrwałość. Pierwsza kobieta na świecie, która chciał zdobyć siódmy najwyższy szczyt świata, czyli Yasuko Namba- grana przez Naoko Mori. Postać, której nie poświęcono aż tyle uwagi, w jej przypadku chodziło jedynie o zdobycie góry i jednocześnie uznania towarzyszy. Ciekawą postacią okazał się być Scott Fischer, mocno nieprzewidywalną. Odnalazł się w tej roli Jake Gyllenhaal, idealnie pasuje go jego osobowości. Niefrasobliwy, zdecydowanie lubiący się popisywać i nie robiący sobie nic z zagrożenia skrywającego się u podnóża góry. Można by wręcz stwierdzić, że cechowała go niemała głupota, ślepo dążył do celu nie patrząc na nic.

     Cudowność produkcji Kormákura nie polega na maltretowaniu ekipy filmowej mroźnymi warunkami u podnóża Everestu, ale na pięknie ukazanym w niesamowitych zdjęciach. Genialne ujęcia góry pokazujące jej majestatyczność, urok, ale też i grozę. Wspaniale zabielone śniegiem widoki, na które można by patrzeć godzinami, a dzięki seansie w IMAX można było dodatkowo poczuć te emocje towarzyszące bohaterom filmu. Ośnieżone zbocza, piękne skamieniałości, rewelacyjne przepaści, groza zbliżającej się burzy, uderzenie lodowatego powietrza i śnieżyca... cudownie mroźny klimat, od którego aż włos jeży się na karku. Piękny w swojej prostocie. A do tego jeszcze ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Dario Marianelli idealnie wpasowująca się w klimat, podtrzymująca napięcie w sytuacjach budzących grozę, wyciskająca łzy przy większych dramatach. Innymi słowy rewelacyjna, budząca zachwyt oprawa wizualno-muzyczna. 

     „Everest” to niesamowity obraz największego himalajskiego wzniesienia budzącego trwogę, szacunek i zachwyt. Wielu śmiałków próbowało dotknąć wierzchołka świata, nielicznym się to udało. Produkcja ukazuje pasję do ekstremalnych wspinaczek górskich, ludzką odwagę w przezwyciężaniu własnych słabości, ale również to jak kilka niefortunnych decyzji na szczycie może doprowadzić do zguby wielu ludzi. Uzmysławia, że góry typu Everest rządzą się swoimi prawami, żyją własnym życiem i nie należy z nimi zaczynać. Z uwagi na niezwykłe zdjęcia prezentujące majestat góry, a także trudy związane ze wspinaczką warto obejrzeć ten film w IMAX, a może nawet i w kinie oferującym szersze spektrum wrażeń. Bowiem do pełnych emocji brakowało tylko kilku płatków śniegu na twarzy i mroźnego porywu powietrza, aby poznać cały ból towarzyszący bohaterom, ale również i ekipie filmowej.

Ocena: 8/10

Film obejrzałam w ramach zaproszenia od IMAX!


http://www.cinema-city.pl/imax



Oryginalny tytuł: Everest / Reżyseria: Baltasar Kormákur / Scenariusz: Simon Beaufoy, William Nicholson / Zdjęcia: Salvatore Totino / Muzyka: Dario Marianelli / Obsada: Jason Clarke, Josh Brolin, John Hawkes, Michael Kelly, Sam Worthington, Jake Gyllenhaal, Keira Knightley, Robin Wright, Emily Watson / Kraj: USA, Wielka Brytania, Islandia / Gatunek: Przygodowy, Thriller

Premiera: 02 września 2015 (Świat) 18 września 2015 (Polska)

czwartek, 2 lipca 2015

1177. Jurassic World, reż. Colin Trevorrow


     Dinozaurów nigdy dość. Po ponad dekadzie nieobecności na ekranach, wciąż niezapomniane są przez swoich wiernych fanów. Nieznany dotąd Colin Trevorrow daje miłośnikom legendarnych gadów spełnienie ich marzeń- „Jurassic World”. Świat oszalał, okazało się, że dinusie nadal cieszą się ogromną popularnością, bijąc rekordy otwarcia premierowego weekendu.
     Jurassic Park to już przeszłość. Po nieudanej działalności Hamonda na wyspie powstaje zupełnie nowy park rozrywki, który cieszy się ogromną popularnością wśród odwiedzających- Jurassic World. Zarządza nim Claire (Bryce Dallas Howard), która liczy na to, że jej najnowsza atrakcja spodoba się wszystkim. Zajęta przygotowaniem nowego dinozaura korzysta z porad byłego komandosa Owena (Chris Pratt). Z tego też powodu nie jest w stanie zająć się swoimi siostrzeńcami, którzy mieli nadzieję spędzić z nią weekend. Jednakże niepozornie fascynująca wycieczka zamienia się w koszmar, gdy stworzona w laboratorium niebezpieczna hybryda dinozaura ucieka ze swojego wybiegu.
     Nic tak nie poprawia mi humoru jak biegające po wyspie, zjadające ludzi gigantyczne gady. Miłość do dinozaurów rozpoczęła się wraz z ekranizacją powieści Crichtona, gdzie Spielberg po prostu zaczarował przepięknymi gadami i perfekcyjnie zbudował napięcie. Tak miłość trwała, moja i wielu innych fanów przygodówki. Więc gdy świat usłyszał o planowanym nowym filmie z serii momentalnie oszalał, a w dniu premiery ludzie zaczęli walić drzwiami i oknami na sale kinowe całego świata (osobiście do nich nie należałam, choć nie z własnej woli!). Jak to mówią... pierwsza miłość nie rdzewieje i choć „Jurassic World” daleko do idealnego pierwszego filmu, to wciąż podsyca emocje, jakie drzemały w nas dotychczas. Cudowne w tej produkcji jest nawiązanie do pierwowzoru. Zachwyca zbudowanie parku rozrywki na zgliszczach dawnego centrum Hammonda. Miło było wrócić do wielkiej sali, w której to swego czasu T-Rex stoczył walkę z velociraptorami. Za te nawiązania brawa dla twórców i wielkie dzięki!
     Niestety, obraz jest szalenie schematyczny, co jest zdecydowanie nie do uniknięcia przy tego rodzaju produkcji. Ludzie lubią się bać i zawsze będą biegać na filmy tego typu. Problematyka Jurassic World-u przenosi się więc do realnego świata, bo stworzono tutaj giga hybrydę również po to, aby właśnie widzów przyciągnąć do kin- najwyraźniej zwyczajne dinozaury już się znudziły. Zawsze marzenie musi legnąć w gruzach, bo jakiś imbecyl doprowadzi do prawdziwej masakry. Potem jest bieganie, ratunki, dużo błotka, które ostatecznie kończy się wejściem smoka- króla dinozaurów. I choć jeszcze przewidywalność fabuły jest dość znośna, to jednak głupoty, które się tutaj roją są ciężkie do zniesienia. Infantynlna bohaterka, sypiąca durnymi tekstami („Mój Boże, skoczyli” - no raczej...), biegająca przez cały film w szpilkach i nie łamiąc przy tym ani pół obcasa (serio?!). Na domiar złego pojawiają się tresowane velociraptory (nigdy nie sądziłam, że da się je udobruchać!), a także ich osobisty zaklinacz alfa. No przecież, że się słuchały, a potem razem z nim udały się na polowanie. Best Friends Forever! Przynajmniej dopóki nie pojawi się prawdziwszy alfa. Do tego cała ta głupota z dzieciakami jeżdżącymi w gyrosferze i marudzącymi „No gdzie te dinozaury”, które pięć sekund później pojawiają się przed nimi. No cóż... najwyraźniej ciężko było je zauważyć, w końcu są mikroskopijnej wielkości. Jednakże najprawdziwszy w świecie zawód stanowi końcowe starcie. Za dużo tego, zdecydowanie za dużo i jeszcze ten mezo musiał się wtrącić, nie wiadomo po co (!). Można by tu narzekać w nieskończoność, ale prawda jest taka, że to co w tym filmie najważniejsze zostało zachowane. Bowiem ponownie pojawia się intryga. Czarny charakter, który ma ukryte swoje własne cele w całej tej niedogodności. Walka o władze toczy się więc nie tylko pomiędzy dinusiami, ale również i ludźmi, którzy po raz kolejny pobawili się w bogów. Pojawia się dreszczyk emocji, pojawiają się zaskoczenia, no i ten humor... tak dziwnie lubieżny. Buzi buzi.
     Dinozaury, dużo dinozaurów, choć w sumie tak ich niewiele. Kilka strategicznych punktów filmu, które wywołują nieokiełznane emocje. Wszelkie zapowiedzi zwiastowały nadejście nieznanej hybrydy, choć od samego początku można było domyślić się jakiej krzyżówki można było się spodziewać, aby otrzymać naprawdę strasznego potworka. Jednakże kto by się spodziewał, że jeszcze podrasują go płazami, które potrafią wtapiać się w otoczenie i zmieniać ciepłotę swojego ciała. Nie trzeba dodawać, że Indominus Rex okazuje się być niesamowicie inteligentnym stworzeniem, który zabijał dla funu. Aż serce się krajało na te zdychające brontozaury... naprawdę, aż łezka kręciła się w oku. Niedobry Indominus...! O dziwaczności velociraptorów wspominałam już wyżej. Ich tresura jest ogromnie szokująca, a także zmienność zachowań. Gorzej jak z kobietą. Całość podpatrywać można było z różnych zakamarków. Dzieciaczki jeździły sobie na mikro triceratopsach, a hologramy najrozmaitszych dinozaurów zachwycały dzieci, ale przerażały raptory. Cały Jurassic World to spełnienie marzeń wszystkich dzieci i nie tylko. Wiadomym jest, że jakby coś takiego powstało w realnym świecie, to ludzie byliby zachwyceni! Przecież inne parki tematyczne się sprawdzają, ale co nam tam po skamieniałych dinozaurach...
     Pewnym jest, że dinozaury będą zachwycać zawsze. W końcu jest to coś tak bardzo dla nas nierealnego, że staje się mega marzeniem. „Jurassic World” wydaje się być spełnieniem każdego fana produkcji Spielberga, aczkolwiek daleko mu do ideału. Miło było powrócić do lat dzieciństwa, gdzie z przerażeniem spoglądaliśmy jak velociraptory poszukują pożywienia w kuchni, a T-Rex pustoszy ulice miasta. Miło było ponownie zobaczyć cudowne dinozaury i usłyszeć piękny motyw muzyczny Michaela Giacchino. Szkoda więc, że film Trevorrowa już zawsze będzie kojarzony jedynie ze StarLordem zaklinającym velociraptory. Szkoda, że kojarzony będzie z naprawdę denną grą Bryce Dallas Howard i jej bieganiem w szpilkach. Produkcja miała ogromny potencjał, ale niestety porażała dziwacznymi rozwiązaniami i pseudo naukowym bełkotem. Nie mniej, polecam wszystkim fanom serii, bo oni z pewnością się nie zawiodą.

Ocena: 5/10
Oryginalny tytuł: Jurassic World / Reżyseria: Colin Trevorrow / Scenariusz: Colin Trevorrow, Derek Connolly, Rick Jaffa, Amanda Silver / Zdjęcia: John Schwartzman / Muzyka: Michael Giacchino
Kraj: USA
Gatunek: Przygodowy
Premiera: 29 maja 2015 (Świat) 12 czerwca 2015 (Polska)
Obsada: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Nick Robinson, Ty Simpkins, Omar Sy, Irrfan Khan, Vincent D'Onofrio, Jake Johnson, Judy Greer, BD Wong, Lauren Lapkus

środa, 24 czerwca 2015

1176. San Andreas, reż. Brad Peyton

Oryginalny tytuł: San Andreas
Reżyseria: Brad Peyton
Scenariusz: Carlton Cuse
Zdjęcia: Steve Yedlin
Muzyka: Andrew Lockington
Kraj: USA, Australia
Gatunek: Katastroficzny
Premiera: 21 maja 2015 (Świat) 04 czerwca 2015 (Polska)
Obsada: Dwayne Johnson, Carla Gugino, Alexandra Daddario, Hugo Johnstone-Burt, Art Parkinson, Ioan Gruffudd, Archie Panjabi, Paul Giamatti
     Od ostatniego wielkiego filmu katastroficznego minęło 6 lat, można więc powiedzieć, że po zrealizowaniu się przepowiedni Majów 2012 nikt już nie sięgał po ten sprawdzony przepis na gigantyczny przypływ gotówki. Jednakże reżyser o niewielkiej sławie- Brad Peyton, zrozumiał, że tylko taki film może przynieść mu rozgłos. Tak też powstał widowiskowy „San Andreas” z jakże świetnie się prezentującym Dwayne'm 'The Rockiem' Johnsonem.