Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Oryginalny tytuł: Devil
Reżyseria: James Wan
Młode małżeństwo, Jamie i Lisa (Ryan Kwanten, Laura Regan), rozpoczynają nowe życie w nowym mieszkaniu, zakochani po uszy. Pewnego wieczoru przychodzi do nich pudło z lalką brzuchomówcy w środku. Jamie wychodzi po coś do jedzenia, a kiedy wraca zastaje martwą Lisę. Podejrzenia Policji padają na Jamiego, jednakże detektyw Lipton (Donnie Wahlberg) nie mając żadnych dowodów wypuszcza Jamiego. Dlatego też Jamie wraca do rodzinnego miasta, gdzie ma zamiar wyprawić Lisie pogrzeb. Na miejscu dowiaduje się, że po okolicy krąży legenda o znanej brzuchomówczyni Mary Shaw (Judith Roberts), która została pochowana wraz ze swoimi lalkami. Nikt nie wymawia jej imienia, ponieważ, gdy zaginął mały chłopiec podejrzenia padły na nią, a wtedy została brutalnie zamordowana i wyrwano jej język. Sama również chciała zostać pochowana jako lalka. Mówi się, że powróciła, aby zamordować swoich oprawców. Jamie ma zamiar rozwikłać zagadkę i dowiedzieć się dlaczego Mary zabiła jego ukochaną żonę. Prawda może okazać się szokująca.
Film zaklasyfikowany został do gatunku horrorów i tym razem muszę się w 100% z tym zgodzić. Ze względu na to, że oglądałam film, gdy było już ciemno, a poza tym siedziałam sobie sama w pokoju tak więc w ogóle od samego początku bałam się tego filmu. W sumie zapowiada się niepozornie. Jest sobie małżeństwo, taka urocza parka ludzi. Kochają się i mają ochotę coś zjeść. Nagle pod drzwiami pojawia się tajemnicza paczka i cholera wie skąd ona jest. Gdy nasi bohaterowie ja otwierają znajdują w niej lalkę dla brzuchomówcy. Od razu myślę o jednym- „szlag by trafił ten film. Nie chcę go oglądać”. Ostatnio zauważyłam, że moja zazwyczaj mocna psychika ostatnio trochę osłabła. To chyba spowodowane jest zbyt dużą ilością horrorów, a może chodzi o tematykę? No kurde jak tutaj się nie bać starej lalki, która wygląda strasznie. Będę miała koszmary w nocy. Brr. Na samą myśl o tym filmie dostaję dreszczy, a więc twórcy osiągnęli zamierzony cel- przestraszyli widza i to w stylu typowym dla tej dwójki dowcipnisiów od „Piły”. Oni to zawsze muszą mi zjechać psychikę. Gdy już po pierwszych minutach ginie Lisa, to od razu wiadomo, że będzie niezła rzeźnia w tym filmie. Jednakże po tym incydencie przez dłuższy czas nic się nie dzieje, ale nie oznacza to oczywiście, że wieje nudą- och nie, wręcz przeciwnie. Wtedy tworzy się tak zwany- klimat, czyli to co Agusia lubi i jednocześnie nienawidzi najbardziej. Co chwilę miałam wrażenie, że ta głupia lalka chce kogoś zabić. No, bo w sumie chciała, nie wiem dlaczego z początku nie zabiła policjanta- może dlatego, że nie o niego jej chodziło. Później długo nic, no a potem znowu atak. I znowu ta przerażająca twarz. Masakra. A zakończenie… w stylu Wana & Whannella. Wyjaśniające wszystko i przerażające, a wręcz powiedziałabym zamrażające krew w żyłach. Na takie chwile czeka się w horrorach, coś co jeszcze bardziej nas dobija i sprawi, że na długo film pozostanie w pamięci- niestety.
Sam pomysł stworzenia postaci, która po śmierci mordowałaby za pomocą lalek jest niesamowity. Mary Shaw znana brzuchomówczyni i jej sto lalek. Naprawdę 100. Wyglądało to świetnie, jak były pochowane w tych szafkach. Naprawdę efektowna kolekcja, ale z drugiej strony- brrr. Gdybym miała tyle lalek w swoim domu i obejrzałabym ten film to od razu wszystkie wylądowały by w ogniu. Lepiej dmuchać na zimne ;P Najupiorniejszą lalką była jednak ta, która łączy dwa koszmary w jednym- lalka i klaun zarazem. No myślałam, że fiknę na zawał. Nie mówiąc już o tym biednym chłopcu, który stał się ofiarą Shaw. Okropności. Autentycznie zjeżyły mi się włoski na ramieniu, a pisząc to teraz dalej stoją mi dęba. Mówcie co chcecie, ale dawno żaden horror nie zrobił na mnie takiego wrażenia, a teraz pozwolicie, że znowu przez dłuższy okres czasu nie obejrzę żadnego horroru, okej?
Młode małżeństwo – Kate i John, przechodzą ciężkie chwile po śmierci ich nienarodzonego dziecka i problemach alkoholowych Kate. Pomimo tego, że mają dwójkę wspaniałych dzieci – Max i Daniela, odczuwają pewną pustkę. Dlatego też w końcu decydują się na adopcję, aby przelać swoją miłość na dziecko, które będzie jej potrzebować. Udają się do jednego z sierocińców prowadzonych przez siostry zakonne. Tam spotykają uroczą i utalentowaną brunetkę imieniem Esther. Z pozoru Esther nie ma żadnych problemów z przystosowaniem się do otoczenia. Jest miłą i uprzejmą dziewczynką, która zdobywa serce większości domowników. Niektórzy jednak dostrzegają prawdziwe oblicze dziewczynki, a jej przeszłość nasuwa wiele pytań bez odpowiedzi. Próbuje je odnaleźć Kate, której nikt nie chce uwierzyć wciąż posądzając ją o powrót do dawnych nawyków. Niestety wszyscy przekonają się wkrótce do czego naprawdę zdolna jest mała dziewczynka.
Kiedy starasz się o adopcję dziecka z sierocińca nigdy do końca nie wiadomo jakie dziecko wybierasz. Oczywiście, porządne domy dziecka prowadzą kartotekę swoich podopiecznych i wiedzą o nich wszystko, ale może zdarzyć się mogą sytuacje, których nie da się przewidzieć. Z tego też powodu sytuacja zaistniała w filmie jest wręcz niemożliwa, a przynajmniej nie powinna się nigdy wydarzyć. Rodzice i adoptowane dziecko i tak już przechodzą ogromny stres, nie muszą dodatkowo denerwować się przyszłymi konsekwencjami swoich czynów. Państwo Colemanowie, niestety nie mieli takiego szczęścia i stresu było co nie miara, przynajmniej dla jednego z nich. Historia została fantastycznie przedstawiona. Twórcom udało się utrzymać widza przy ekranie, zainteresować tym co działo się w życiu bohaterów. Rewelacyjnie wyszło im stopniowanie napięcia. Już sam początek zapowiada bardzo dobry film grozy. Później sytuacja lekko się rozluźnia chociaż wciąż w powietrzu wisi ten dziwny nastrój. Kiedy pojawia się Esther wszystko przybiera na sile. Z każdym kolejnym dniem akcja się rozwija, a wraz z nią rośnie napięcie. W punkcie kulminacyjnym widz dostaje po głowie rozwiązaniem zagadki. Po wyjaśnieniach siedzi się z rozdziawioną szczęką i trawi to czego się właśnie widz dowiedział. Wyjaśnienie przychodzi niespodziewanie i osobiście w ogóle nie sądziłam, że będzie jakaś druga strona tej historii. Naprawdę myślałam, że to dziecko jest nienormalne. Umknęły mi zwyczajne wyjaśnienia tego wszystkiego. Umknęły mi drobne szczegóły, które mogły dać mi odpowiedź, no ale po co doszukiwać się kontekstów, których się człowiek nie spodziewa. Do tej pory siedzę zaskoczona i nie mogę uwierzyć w to jak twórcom udało się mnie nabrać – a to nie zdarza się zbyt często.
Film ten to nie tylko rewelacyjna historia, ale przede wszystkim niezwykły klimat. Udało się go osiągnąć między innymi poprzez zdjęcia Jeffa Cuttera, który pracował także przy produkcji mojego ukochanego „Constantina”. Wszystko utrzymane zostało w stonowanych barwach, przez co film był szary i przede wszystkim ponury. Mrocznego klimatu dodawała także muzyka Johna Ottmana, który już wcześniej współpracował z reżyserem przy „Domu Woskowych Ciał”, ale też z innymi twórcami przy „Sile strachu”, czy „Inwazji”. Te ciche dźwięki wywoływały dreszcze. Dźwiękowe próby zmylenia widza, jak przykładowo mroczna muza sygnalizująca, że zaraz zdarzy się coś złego, a jednak nic się nie dzieje. Wszystko to sprawia, że widz wkręca się w klimat tej produkcji i zapamiętuje ją na długo.
Przy takich filmach jak „Sierota” aktorzy nie mają za bardzo możliwości się wykazać. Do takich osób należy tutaj Peter Sarsgaard. Nigdy nie przepadałam za kolesiem, a w tym filmie wyjątkowo nie podobała mi się jego postać, więc jego aktorstwo także puszczałam mimo uszu, czy tam oczu, jak kto woli. Z drugiej zaś strony takie opowieści dają szansę pokazania się czarnym charakterom jak przykładowo Esther. Grająca ją 13letnia Isabelle Fuhrman pokazała, że ma szansę zostać wielką aktorką. Póki co nie ma na swoim koncie zbyt wielu produkcji, ale jeżeli będzie dalej grała tak jak w „Sierocie” to z pewnością daleko zajdzie. Zrobiła wrażenie genialnie odgrywając rolę małej dziewczynki z zaburzeniami. Pokazała swoje dwa aktorskie oblicza – udowodniła, że będzie czarować w komediach i filmach familijnych, a także przerażać jako mordercze dziecko. Wspaniała mimika twarzy dodaje jej tylko profesjonalizmu. Vera Farmiga w filmie zagrała kochającą matkę z problemami. Przekonała do swojej postaci idealnie wczuwając się w rolę. Rzadko się to zdarza, ale muszę powiedzieć w końcu, że jest świetną aktorką. Natomiast ozdobą tego filmu była mała Aryana Engineer, która zagrała głuchoniemą Max. Dziewczynka była tak słodka i urocza, że aż widz uśmiecha się za każdym razem gdy widzi ją na ekranie.