NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller psychologiczny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2015

Książka #342. Wiem o tobie wszystko, aut. Claire Kendal

Tytuł oryginalny: The Book of You
Gatunek: thriller psychologiczny
Wydawca:Akurat
Rok wydania: 2014 (Świat), 2015 (Polska)
Tłumaczenie: Piotr Lewiński
ISBN978-83-7758-806-2
Ilość stron: 416     Format: 130x205 mm
Kup książkę: MUZA
Premiera: 18. lutego 2015

      Czasy, w których przy użyciu sieci i mediów społecznościowych pozyskać można informacje niemalże o każdym człowieku na ziemi. Nie trudno jest więc o ludzi wpadających w obsesję. Nie trudno jest stać się ofiarą stalkingu, a sam prześladowca nie ma problemu z poznaniem o nas wszystkich szczegółów. „Wiem o tobie wszystko” to debiutancka powieść Claire Kendal, nauczycielki kreatywnego pisania, która wytrąca z równowagi nasze z pozoru bezpieczne życie, zmieniając światopogląd.
     Clarissa, młoda kobieta spełniająca swój obywatelski obowiązek i występująca w ławie przysięgłych w sprawie o gwałt na młodej kobiecie. Uczucie prześladowania i psychicznego znęcania nie jest jej obce, jako, że sama jest jego ofiarą. Jakiś czas temu popełniła błąd dając złudne nadzieje koledze z pracy na uniwersytecie, że jest nim zainteresowana. Od tamtej pory Rafe traktuje ją jak swoją własność, obsypuje prezentami, nachodzi w każdym uczęszczanym przez nią miejscu. Clarissa czuje się coraz bardziej osaczona, zagrożona, ale żeby móc wyjść zwycięsko z bitwy o swoje życie musi uzbierać jak najwięcej dowodów przeciwko prześladowcy.
     Powieść, dla której stworzono genialną kampanię reklamową. Wysyłka egzemplarzy recenzentom wcześniej prześwietlając ich życie poprzez media społecznościowe, a tym samym szokując ich już po otwarciu koperty... dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Z samą lekturą było już trochę gorzej. Licząc na wartką akcję, niesamowite sceny, brutalne w dodatku... to coś, z czym na pewno się przeliczymy. Lektura niestety, nie spełnia podstawowych potrzeb, nie dostarcza zbyt wielkiego dreszczyku emocji. Szkoda. Bardziej przypomina to dramat psychologiczny niż mrożącą krew w żyłach literaturę grozy. Autorka skupia się bardziej na budowania atmosfery osaczenia, pewnego rodzaju przytłoczenia natręctwem jednego człowieka. Z drugiej zaś strony obrazuje niemoc, a może nawet i niechęć ze strony władz, aby ukrócić męki kobiet padających ofiarą stalkingu. Przerażające jest to, z jaką łatwością oskarżony może wywinąć się z rąk policji, z jaką sprawnością może obrócić wszystko o sto osiemdziesiąt stopni. Budzi to drobny dyskomfort, gdy zrozumiemy ułomności prawa na całym świecie i fakt, że nigdy nie możemy czuć się bezpieczni.
      Claire Kendal w dość nietypowy sposób dzieli swoją powieść. Całość prowadzona jest w formie dziennika, raportów z każdego dnia życia Clarissy. Autorka wprowadza aż trzy rodzaje narracji. Od samego początku prowadzi fabułę w pierwszej osobie, narratorem jest tutaj sama bohaterka. To jej okiem obserwujemy wydarzenia, a w zasadzie ich część, szybko wczuwając się w jej skórę. Bowiem narracja pierwszoosobowa pojawia się tylko w sytuacjach dotyczących stalkera, świetnie budujących atmosferę grozy, osaczenia, pewnego rodzaju intrygę. Jednakże tuż obok wytłuszczonych słów wypowiadanych bezpośrednio przez bohaterkę pojawia się również osoba druga. Clarrisa zwraca się bezpośrednio do swojego prześladowcy. Ty zrobiłeś to, Ty przyniosłeś tamto... takich sformułowań jest cała masa, świetnie prezentująca wewnętrzną walkę, przygotowania do walki tej postaci. Ukazuje to jak wielkim utrapieniem jest dla niej mężczyzna, choć z pozoru wydaje się to jedynie lekką, nic nie znaczącą obsesją. Kolejną częścią zarówno fabuły, jak i sposobu jej prowadzenia jest etap rozprawy sądowej, a także całego życia Clarissy poza prześladowaniem ze strony Rafe'a. Tego doświadczamy już z punktu widzenia obserwatora, osoby trzeciej. Takie zestawienie narracji, choć bardzo ciekawe, pokazujące wiele sprzecznych emocji, psychologicznych odniesień do motywu stalkingu, jest niestety bardzo męczące.
     Początkowo nie lada wyzwaniem jest odnalezienie się w budowanej fabule „Wiem o tobie wszystko”, która od pierwszych stron zadaje cios, bez jakiegokolwiek wprowadzenia. Do tego stosunkowo niemrawy postęp przeplatany najrozmaitszą narracją, wprowadzający całkowity chaos do powieści. Z jednej strony dość pomysłowy patent, ale z drugiej ciężki to ogarnięcia. Problemem jest tutaj też to, że czytelnikowi z trudem przychodzi odnalezienie się w problemach głównej bohaterki, ciężko jest zrozumieć, momentami nawet usprawiedliwia się prześladowcę. Z utęsknieniem czekamy, aż Rafe przekroczy granicę i już nawet tracimy nadzieję na wielki łomot. Pomimo tego, że dobrze napisane, to jednak nie wzbudzające początkowo zbyt wielu emocji. Na pewno nie takich, jakie zwiastowało opakowanie książki, które zszokowało i zapewniało o straszliwej lekturze.
Ocena: 4/6
http://www.wydawnictwoakurat.pl/

piątek, 5 października 2012

Książka #208. Jedyne dziecko, aut. Jack Ketchum

Tytuł oryginalny: Only Child
Gatunek: thriller psychologiczny
Rok wydania: 1995 (USA), 2011 (Polska)
Projekt okładki: Wojciech Jan Pawlik
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
ISBN 978-83-61386-07-0
Ilość stron: 324      Format: 143x205 mm




     Miłośnicy mocnych wrażeń po raz kolejny zostali uszczęśliwieni, kiedy na polskim rynku wydawniczym pojawiła się długo wyczekiwana powieść mistrza w swoim fachu Jacka Ketchuma. Twórca wstrząsającej „Dziewczyny z sąsiedztwa” po raz kolejny gra na ludzkich emocjach. Tym bardziej, że w posłowiu zdradza iż nawet przy tworzeniu książki o tytule „Jedyne dziecko”zaczerpnął inspiracji w prawdziwym losie, który spotkał pewną amerykańską pielęgniarkę- Sherry Nance.

    Arthur Dense zawsze był problematycznym dzieckiem. Z kolei Lydia McClaud przeszła przez ciężki rozwód. Kiedy ta dwójka spotyka się na weselu siostry Lydii wszystko zapowiada, że w końcu znalazła ona mężczyznę swoich snów. Jednakże są to tylko pozory, bowiem, gdy tylko ta dwójka zostaje małżeństwem Arthur pokazuje swoje prawdziwe, brutalne oblicze. Wszystko jedynie się pogarsza, kiedy na świat przychodzi ich jedyne dziecko, Robert. Wówczas Lydia uzmysławia sobie, jak bardzo niebezpieczny potrafi być jej mąż. Będzie musiała zawalczyć nie tylko o swoje życie, ale również i życie molestowanego przez Arthura Roberta.
     Każdy kto usłyszał kiedyś o tym, że „Jedyne dziecko”jest mocniejsze od „Dziewczyny z sąsiedztwa”spodziewa się zaiste makabrycznych wydarzeń, a przez to z przestrachem podchodzi do lektury. Można w pewien sposób się z tym zgodzić, aczkolwiek trzeba wyjaśnić, że te dwa tytuły dotykają zupełnie różnych sfer i zupełnie różnych pojęć przerażenia, jakie można wywołać u czytelnika. Gdzie w „Dziewczynie z sąsiedztwa” wszystko kręciło się wokół przemocy i przyzwolenia na nią przez osobę dorosłą, tak w „Jedynym dziecko” chodzi bardziej o nieudolność amerykańskiego prawa, które może zbudować pułapkę dla ludzi rzeczywiście wierzących w sprawiedliwość. Fabuła rozkręca się stopniowo. Ketchum dość niekonwencjonalnym wstępem, prezentującym różne etapy życia człowieka, prowadzi studium ludzkiej psychiki, a właściwie to genezy wszelkiego jej zwyrodnienia. Bowiem psychopaci nie biorą się znikąd. Są sprawnie wykreowanymi maszynami, ukształtowanymi przez swoje otoczenie, ale przede wszystkim przez swoją rodzinę. Po dość długim wstępie dotyczącym życia zarówno Arthura, jak i Lydii, autor przystępuje do dość ostrego ciosu zadanym wprost w każdą kobietę ufającą swojemu partnerowi. Tym samym rzuca w czytelnika pytaniem i zmusza go do refleksji nad tym, czy i on jest w stanie powiedzieć, że bezgranicznie zawierza swojej drugiej połowie. Tam, gdzie niektórzy widzą powód do rozrywki inni dopatrują się deprawacji. I w tym wypadku będą mieli z tym słuszność. Wszystko to doprowadza jednak do jednego, do zwyczajnej niemocy wobec prawa, nie tylko amerykańskiego, którego luki są idealne dla kryminalistów, morderców, gwałcicieli. Lydia tocząca batalię z sądem o życie swojego syna, o jego bezpieczeństwo, jest jedną z bardziej heroicznych postaci, jakie można spotkać we współczesnej literaturze. Upór z jakim walczy, jej drapieżność, jej wszelkie wybuchy agresji, bądź co bądź, całkowicie zrozumiałe w obliczu prawdy, sprawiają, że staje się wzorcem, idolem kobiet, które nie mają w sobie na tyle odwagi, na tyle energii, aby pójść w jej ślady, aby przeciwstawić się przemocy domowej, aby pomimo gróźb werbalnych i fizycznych wciąż walczyć o bezpieczeństwo swoje i swojego jedynego dziecka. To właśnie historia Sherry Nance opowiedziana przez Jacka Ketchuma pokazuje, jak daleko jest się w stanie posunąć kobieta bezsilna wobec organów sprawiedliwości.
    Jack Ketchum ma dość niezwykły sposób na swoją twórczość, pisze wtedy, kiedy jest wkurzony. Tematy, których się podejmuje za każdym razem wzbudzają kontrowersje, bo czy i my postąpilibyśmy jak bohaterowie jego powieści? Przykład „Jedynego dziecka”to zaiste poruszająca historia. Autor bez większych skrupułów opisuje w każdym szczególe nie tylko perwersyjne żądze Arthura, czy niektóre z tych zabaw. Mocno zaskakuje jego znajomość tematu. Aby dać siłę wybuchom gniewu nie obawia się stosowania wulgaryzmów, które w żaden sposób nie rażą czytelnika, bowiem sam ma ochotę puścić niezłą wiązankę w konkretnych sytuacjach. Z drugiej zaś strony Ketchum zaczerpnął porady w sprawie prawa, procesów sądowych, a także procedur policyjnych chcąc uczynić swoją powieść jeszcze bardzo wiarygodną. I o dziwo, udaje mu się to! Precyzyjnie zagłębia się także w psychikę nie tylko zwyrodniałego damskiego boksera, nie tylko gwałciciela i mordercy, ale także i jego ofiar, wokół których krąży fabuła tegoż tytułu.
     Lektura „Jedynego dziecka” wstrząśnie nie jednym czytelnikiem. Poruszy go niemoc człowieka wobec idiotycznego prawa najwyraźniej broniącego morderców, do łez doprowadzi krzywda, która wyrządzana jest zarówno zakochanej i niewinnej kobiecie, jak i jeszcze bardziej niewinnego małego dziecka. Ketchum po raz kolejny miażdży ludzkie emocje, bawi się nimi w dość swobodny sposób. Jest nie tylko dosadny w swojej brutalności, ale i nie zapomina o wrzuceniu trochę wisielczego humoru. Przede wszystkim jednak trzyma czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, sprawiając, że na finiszu mamy ochotę bić brawa dla najlepszej matki na świecie, dbającej przede wszystkim o swoje dziecko.

Ocena: 5/6

piątek, 13 lipca 2012

Książka #176. Dziewczyna z sąsiedztwa, aut. Jack Ketchum

Oryginalny tytuł: The Girl Next Door
Gatunek: thriller psychologiczny
Rok wydania: 1989 (USA), 2011 (Polska)
Projekt okładki: Grzegorz Kamiński
Tłumaczenie: Łukasz Dunajski
ISBN 978-83-61386-09-4
Ilość stron: 308    Format: 143x205 mm




     Jack Ketchum uznawany jest za jednego z lepszych twórców grozy we współczesnym świecie literatury. Potwierdza to nawet sam Stephen King, który wypowiada się o koledze w samych superlatywach. W jednej ze swoich pierwszych wydanych w Polsce powieści o tytule „Dziewczyna z sąsiedztwa” wykorzystuje historię, która wstrząsnęła światem w latach 60tch. Książka uznawana jest za czytelników za jedną z najbardziej przerażających tytułów ostatnich lat.

    David mieszka na jednym z tych osiedli, gdzie sąsiedzi mają do siebie tak wielkie zaufanie, że nie zamykają drzwi wychodząc z domów. On sam ze swoimi przyjaciółmi, co jakiś czas, grają w tajemniczą Grę, która zdecydowanie odbiera od normalności. Gdy pewnego dnia, do ich sąsiadki i dwójki kolegów sprowadza się śliczna Meg i jej niepełnosprawna siostra- Susan, to właśnie ona staje się przedmiotem pragnień młodych chłopców. Jednakże to właśnie Davidowi najbardziej wpada w oko, dlatego też żadne z nich nie spodziewa się, że już wkrótce staną się uczestnikami nowej gry, gry prowadzonej przez ich stukniętą sąsiadkę, która całkowicie zniszczy ich niewinne dzieciństwo.
     Kiedy rozpoczynamy lekturę „Dziewczyny z sąsiedztwa”przez większość czasu zastanawiamy się nad tym, jakim sposobem pozycja ta wbiła się w pamięć milionów czytelników i na zawsze wprowadziła w zamęt ich umysły. Wszystko przez to, że pierwsza połowa powieści to zwyczajnie nudne rozważania na temat młodych chłopców, na temat ich głupich zachowań i nużącej codzienności. Względnie nic nie odbiegającego od normy- no może oprócz gry. Wciąż mamy nadzieję, że a nuż widelec w końcu coś zacznie się dziać. I dzieje się, a i owszem. Zagrożenie zakrada się niepostrzeżenie, ale większość z pewnością dostrzeże zbliżające się nieszczęście. Zaczyna się prawdziwa gra, gra, która wymyka się spod kontroli każdego, kto bierze w niej udział. Gra, w której zabawką jest młoda dziewczyna. Gra, w której oprawcami stają się młodzi chłopcy, chłopcy, którzy nawet nie zdążyli wejść w okres dojrzewania, a którzy podjudzani byli przez nienormalną kobietę, nie mogąca sobie poradzić z samą sobą. Oprócz oczywistego i całkowicie niedorzecznego okrucieństwa dostrzec można także i drugie dno w tej opowieści. Ketchum bowiem prezentuje historię, w której nie tylko młodzi ludzie zostają brutalnie zepchnięci do rzeczywistości. Ukazuje tutaj rzeczywistość, w której domowa przemoc była na porządku dziennym, kiedy to uważano, że jeżeli dziecko zasłużyło to mogło zostać zbite bądź głodzone. W jakiś sposób społeczeństwo zawsze chce usprawiedliwiać bezwzględność tego pokroju. Wydaje się, że to jest właśnie główny kontrowersyjny punkt całej historii- ludzka ignorancja i zwyrodniała znieczulica na świat i to co dzieje się w pokoju obok, a nawet tuż przed naszymi oczami.
     Faktem jest, że Jack Ketchum bez skrupułów bawi się ludzkimi emocjami. Z początku całkowicie nas zanudza przydłużonymi i nic nieznaczącymi opisami, aby w połowie rozpocząć stopniowanie napięcia, dając nam ostatecznie prawdziwie emocjonalne doznania. Z pewnością wśród czytelników znaleźliby się tacy, którzy wyznaliby, że nad drugą częścią historii wylali może łez. Nie ma się co dziwić. Nie ma też co mówić, że to jedynie fikcja literacka. Błąd! Ta historia wydarzyła się naprawdę. Wobec tego, czy możemy mówić, że „Dziewczyną z sąsiedztwa” Jack Ketchum wykazuje się ogromną wyobraźnią, kiedy to nie przebiera w słowa? Najwyraźniej nie, bowiem to co spisane na stronicach książki nie zrodziło się w jego głowie, a w umysłach młodych chłopców odpowiedzialnych za te przerażające czyny. Ketchum starał się jednak ułagodzić trochę opisy i wydarzenia. Czyni to, jak sam się przyznaje, poprzez wprowadzenie narracji pierwszoosobowej, w postaci Davida. Chłopca, który nie jest przy wszystkich wydarzeniach i jedynie musi oglądać efekty straszliwych i poniżających dziewczynę tortur. Tym samym darował nam licznych pełnych wymyślności opisów, które raz na zawsze mogłyby wbić się w naszą pamięć. Choć powieść jest dość nierówna, to jednak autorowi udało się zachować styl i sprawnie wykończyć wszystkie wątki. Czyni to w sposób bardzo lekki, a tym samym i chłonny.
    Szczerzę muszę przyznać, że po „Dziewczynie z sąsiedztwa”spodziewałam się czegoś więcej. Zachęcona licznymi i jakże pozytywnymi recenzjami liczyłam na to, że w końcu udało mi się sięgnąć po thriller z prawdziwego zdarzenia. I może rzeczywiście, na pewnym etapie lektura spełnia oczekiwania, ale, aby dotrzeć do tego momentu trzeba przejść przez bardzo wyboistą drogę młodych umysłów. Choć nie tak szczęśliwie dla jej bohaterów, to jednak lektura kończy się w dość nietuzinkowy sposób. W sposób wstrząsający. W sposób, który nigdy nie pozwoli zapomnieć o sobie czytelnikom. W sposób, w który spowodował, że w 2007 roku doczekaliśmy się ekranizacji tej niezwykłej powieści.

Ocena: 5/6

wtorek, 3 lipca 2012

Książka #172. Myszy i koty, aut. Gordon Reece

Oryginalny tytuł: Mice
Gatunek: thriller psychologiczny
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2010 (Australia), 2011 (Polska)
Projekt okładki: Małgorzata Cebo-Foniok
Tłumaczenie: Joanna Nałęcz
ISBN 978-83-241-4035-0
Ilość stron: 272   | Format: 130x205 mm




     Pochodzący z Wysp, australijski pisarz i ilustrator- Gordon Reece, tworzy przede wszystkim literaturę dziecięcą i młodzieżową. Znany głównie w kraju kangurów postanowił wstrząsnąć świat swoją najnowszą i niezwykle kontrowersyjną publikacją powieścią o tytule „Myszy i koty”. Ten pełen strachu i nietypowej przemiany thriller psychologiczny ukazał się w 12 krajach, w tym także w Polsce, gdzie projektem tym zajęło się Wydawnictwo Amber.

     Szesnastoletnia Shelly wywodzi się z rozbitego domu. Maltretowana w szkole przez swoje najbliższe przyjaciółki z dzieciństwa, dziewczyna coraz bardziej zamykała się w sobie. Od chwili kiedy ją podpaliły, jej twarz i ręce zdobią blizny. Teraz Shelly i jej mama przeniosły się do małego domku w odludnym miejscu, aby rozpocząć nowe spokojne i bezpieczne życie, w którym dziewczyna bierze prywatne lekcje i przygotowuje się do egzaminów. Jednakże tylko pozornie są bezpieczne, bowiem, gdy przychodzi im stanąć przeciwko zagrożeniu życia z potulnych i szarych myszek zamieniają się w drapieżne koty.
     „Myszy i koty” to nie jest tradycyjny thriller, w którym morderca torturuje swoją ofiarę, bądź też ofiary. „Myszy i koty”nie dostarczają zatrważających wrażeń, które kują nas w mózg i starają się zmrozić czytelnika paskudnymi obrazami śniącymi się nam po nocach. Powieść ta to droga przez mękę, przez tajemnicę, od ofiary po kata. Rozpoczyna się traumatycznie, wobec czego czytelnik spodziewać może się, że dalej nie będzie wcale lżej. Nie jest to ten typ lektur, który serwuje nam gigantyczne emocje na początku i niczym odwrócony dramat wielki finał następuje u końca drogi. Przede wszystkim szokujące będą dla nas zmiany zachodzące w otoczeniu i doprowadzające do tego, że mała myszka zostaje zagnana w róg. Zmiany tak przytłaczające, że dochodzi niemalże do tragedii. Zaskakujące jest to, jak młodzież w dzisiejszych czasach potrafi być brutalna. Wielokrotnie uwidacznia się to nie tylko w literaturze, ale i produkcjach filmowych dla młodzieży. Autor porusza nie tylko temat przemocy wśród młodzieży szkolnej, ale też i na relacji uczeń-nauczyciel, rzecz tak dobrze znana w polskiej społeczności szkolnej. Jednakże jeżeli czytelnikowi wydaje się, że na tym kończą się wszelkie rewelacje zawarte w powieści to grubo się myli. Zapewne wytworzył już swoje własne teorie na temat tego co wydarzyć się może, ale pewnie nie spodziewał się takiego obrotu spraw. A wszystko przez jedno małe wydarzenie, które zmienia tytułowe myszy w koty. Interesujące jest to jak jedna chwila może sprawić, że coś w człowieku pęka. Dopuszcza się wówczas czynów, których nigdy nie spodziewałby się popełnić. A wszystko to z chęci ochrony siebie, ochrony swojego potomstwa. Ale czy to co uczyniła matka Shelly jest czynem usprawiedliwionym? Trudno jest odpowiadać na pytania tego typu, jeżeli sami nie doświadczyliśmy podobnych rzeczy. Przypatrując się zachowaniu matki można dojść do wniosku, że kobieta zrobiła to, aby chronić samą siebie. Nie myślała wtedy o Shelly. Wypadki mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej, a i zaoszczędziłoby to im wiele stresów, przede wszystkim dziewczynie przygotowującej się do ważnych egzaminów.
     Gordon Reece pisze książkę korzystając ze swojego doświadczenia zdobytego w pracy z młodzieżą w szkole. Z pewnością niejednokrotnie spotykał się z podobną sytuacją prześladowania młodzieży i nieudolności szkolnictwa, które standardowo niewiele może zrobić bez dowodów. Przekazuje nam także odrobiny swojej wiedzy prawniczej, próbując rozwikłać to jak zadziałałoby prawo w przypadku obrony koniecznej. Jednakże przede wszystkim rozkłada na czynniki pierwsze ludzką psychikę. Psychikę człowieka postawionego pod murem. Psychikę człowieka, który w końcu pęka po wielu miesiącach prześladowań. Psychikę matki, która stara się robić to co według niej ważne. Jego uwaga skupia się także na odwiecznym strachu, który towarzyszy Shelly. Najpierw jest to obawa przed kolejnymi dniami w szkole, później niepokój związany ze skrywaną tajemnicą i jej ewentualnymi konsekwencjami. Psychologiczne wywody autora, szczęśliwie, nie są przytłaczające. Dzięki temu książkę czyta się szybko i mimo wszystko jest całkiem przyjemną lekturą. Pisarz posługuje się standardowym słownictwem, nie ryzykuje zbytnio, choć mógłby trochę przyszaleć przy tego typu twórczości.
     Jeżeli ktoś spodziewa się mocnego thrillera, który będzie trzymał wciąż w napięciu, to „Myszy i koty” nie są ku temu idealną propozycją. Dziwne uczucie dyskomfortu pojawia się tutaj sporadycznie, a autor każe nam się skupiać na psychologicznych aspektach postępowań głównych bohaterek. Porusza wątki, które są ponadczasowe, a także idealnie wkomponowują się w realia naszego świata. Nie brak tutaj brutalności, ale też i przenikliwości pisarza. Choć lektura nie jest zdumiewająca, ani szalenie porywająca, to jednak wiele się można dowiedzieć o konstrukcji umysłu człowieka, a także zbrodni doskonałej, choć przypadkowej. Przy okazji pomoże też czytelnikowi zaklasyfikować się w jednej z dwóch kategorii. Bowiem to on sam zdecyduje czy jest i na zawsze pozostanie myszą, czy też przemieni się w kota walczącego o swoje.

Ocena: 5/6

Recenzja dla portalu A-G-W.

środa, 14 marca 2012

Książka #118. Dotknąć prawdy, aut. Antoinette van Heugten

Oryginalny tytuł: Saving Max
Gatunek: thriller psychologiczny
Wydawca: Mira
Rok wydania: 2002 (USA), 2011 (Polska)
Projekt okładki: Kuba Magierowski
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
ISBN 978-83-238-7773-8
Ilość stron: 475  | Format: 135x205mm

Książkę można kupić na stronie: Mira



     „Dotknąć prawdy” to niezwykły debiut literacki amerykańskiej prawniczki Antoinette van Heughten. Książka od razu stała się światowym bestsellerem, a w Polsce miała okazję ukazać się dzięki kobiecemu Wydawnictwu Mira. Powieść ta łączy w sobie zamiłowanie autorki do prawnych kruczków, a także jej zainteresowanie autystycznymi dziećmi. W zaskakujący sposób porusza czytelnika i przykuwa jego uwagę do lektury.

     Danielle Parkman jest o krok od zostania wspólnikiem kancelarii prawniczej, w której pracuje. Jednakże jej życie wywraca się do góry nogami, kiedy to w jej ręce trafia dziennik jej autystycznego syna Maxa. Bojąc się iż chłopak zrobi sobie krzywdę zabiera go do szpitala psychiatrycznego Maitland, gdzie opiekuje się nim szereg najlepszych specjalistów. Kiedy zostaje jej przedstawiona diagnoza Maxa, kobieta nie chce się z tym pogodzić. Życie Danielle i Maxa zamienia się w piekło, kiedy zostaje on znaleziony nieprzytomny w pokoju innego pacjenta zlanego krwią z narzędziem zbrodni w dłoni. Choć jej syn zostaje oskarżony o morderstwo Danielle ani przez chwilę nie wierzy w jego winę. Dzięki swojemu prawnikowi Tony'emu, emerytowanemu detektywowi Doaksowi robi wszystko, aby udowodnić jego niewinność. Nawet gdyby miało to zagrozić jej wolności.
    Biorąc do ręki powieść „Dotknąć prawdy” nie mamy pojęcia co możemy zastać w środku. Przygotowani do wywołującej napięcie i grozę lektury z zapałem zaczytujemy się w pierwszych stronicach. Jednakże wraz z kolejnymi nigdy nie śmielibyśmy przypuszczać, że może nas ona tak zaskoczyć i wciągnąć. Wszystko za sprawą niezwykłej mieszanki, którą serwuje nam autorka. Z początku jest to dramatyczna opowieść matki karierowiczki i jej nastoletniego syna z problemem. Pełna wyrzeczeń, przeciwności losu, ale i miłości historia, która porusza czytelnika. Rozpisuje się o diagnozach psychiatrycznych, a także o relacjach w zakładach typu Maitland. Aż do momentu przełomowego, jakim tutaj okazuje się być morderstwo. Dla, z początku całkiem nijakiej kobiety, Danielle jest to czynnik zapalający do jej działania. Choć w mniemaniu niektórych działać może irracjonalnie, kierują nią jedynie instynkty. Zaczyna się prawdziwa walka o dziecko, a także udowodnienia własnych racji. Postać matki zaczyna wówczas nabierać rzeczywistszych kształtów, ale też i niejednokrotnie będzie denerwować czytelnika swoim poświęceniem. Sposoby, aby uzyskać niektóre z dowodów są sporne, aczkolwiek jej zaangażowanie i jednoczesna panika, że nie uda jej się osiągnąć celu i wydostać siebie i syna z tarapatów jest poruszające. Pukanie od drzwi do drzwi, wysuwanie trafnych wniosków na podstawie małych kwitków, ale też i totalnie oburzające zachowania, czego przykładem jest chociażby włamanie się do Maitland to tylko kilka elementów, które dotykają naszego zaciekawienia. Nie mniej, to co najważniejsze autorka zachowała na sam koniec. Poprzez strzępy informacji nie wiemy dokładnie czego się spodziewać. W dodatku, sfrustrowane nasze myśli wykrzykują pytania, które padają z ust Tony'ego. Oczekujemy w pełnym napięciu, a zachłanni tego jak to się skończy w jednej chwili pochłaniamy finał tej historii, który mrozi krew w żyłach.
    Antoinette van Heugten rozpisuje swoją powieść niczym wprawiony pisarz, a niektórzy z wieloletnim doświadczeniem nie dorastają jej do pięt. W niebywały sposób buduje napięcie, aby wywołać u czytelnika wrażenie emocjonalnej eksplozji u finału opowieści. Wykorzystując wiedzę zdobytą przy wspieraniu ludzi z autyzmem urzeczywistnia fragmenty dotyczące choroby Maxa czy Jonasa. Fabułę popiera także swoją prawniczą wiedzą. Dlatego też bez przeszkód wprowadza nas w świat sądownictwa, a także kruczków prawnych, których używa się na salach, a w których z pasją się zaczytujemy i kwitujemy mocnym „pff!”. Autorka buduje barwne dialogi pełne zagadkowych i specjalistycznych sformułowań, ale kiedy czytelnik myśli, że będzie musiał poszperać w słowniku, szybko zostaje mu to wyjaśnione na stronach książki. Prawniczka bez większych skrupułów zatapia nas w kolejnych, wywołujących dreszcze, opisach, zaskakując, wzbudzając obrzydzenie, czy też niechęć u czytelnika. Nie mniej wprowadza w dość zagadkowy świat, dotychczas nam nieznany, i w dodatku potrafi nim zafascynować.
    Intrygują nas uczucia, które pozostają w nas po lekturze „Dotknąć prawdy”. Trochę tu o prawie, trochę o szaleństwie, a także o zakładach psychiatrycznych rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, do takowych przyrównuje je też autorka. Przede wszystkim jednak jest to historia niezwykle silnej kobiety, matki, która nie cofnie się przed niczym, aby tylko uchronić swoje dziecko. Tym samym Antoinette van Heughten udało się wzbudzić w czytelniku skrajne emocje począwszy od współczucia, aż na silnym zdegustowaniu kończąc. Wielobarwność tej opowieści, uczuć w niej ukrytych, ale przede wszystkim mocnego finału sprawia, że jest to jedna z najlepszych powieści, które ukazały się na księgarnianych półkach w 2011 roku.

Ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira.