NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morskie wyprawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morskie wyprawy. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2019

Książka #507: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka, aut. Zofia Stanecka

     W dobie XXI wieku, gdzie coraz mniej ludzi sięga po książki, coraz rzadziej sięgają po nie także dzieci. Wydaje się, że kluczowym elementem dla przykucia uwagi małego czytelnika jest po prostu stworzenie uroczej postaci. Mając taki twór możemy dziecku przekazać praktycznie wszystko. Dlaczego więc nie połączyć przyjemnego z pożytecznym? Zofia Stanecka szlifuje przepis na sukces w literaturze dziecięcej, wprowadzając do świata najmłodszych Tuli Tuliego, który przemierza świat i opowiada o znaleziskach. „Żółwik z oceanu” to pierwszy bohater urokliwej serii edukacyjnej dla maluchów.

     Tuli Tuli jest małym, przyjacielskim duszkiem, wędrującym po całym świecie dbając o niego każdego dnia. Podczas jednej ze swoich wypraw zagląda do oceanu, gdzie śledzi poczynania małego żółwika pikina. Mały duszek towarzyszy mu od chwili poczęcia, aż po wyprawy po niezbadanym dotychczas oceanie. Tam żółwik spotyka wielu przyjaciół, ale też i wrogów. Musi walczyć o przetrwanie, ale też znaleźć czas na zabawę i naukę.

     Książeczki dla dzieci typu „Żółwik z oceanu” to prawdziwe złoto wśród literatury tej kategorii. Za jej sprawą można przekazać najmłodszym ogromną wiedzę, ale też i naukę. Zaskakującym jest to, w jakim kierunku to biegnie, ale tak naprawdę umysły trzeba naprawiać już od najmłodszych lat. 

Tym, co rzuca się w oko od samego początku jest nietuzinkowa forma tej opowieści. Śmiało można stwierdzić, że jest to książka przyrodnicza dla dzieci. Owszem, pojawia się w niej duszek opiekuńczy, ale tak naprawdę zdradza wiele sekretów z oceanicznych głębin. Poznamy w jaki sposób z małego jajeczka powstaje uroczy żółwik. Tuli Tuli opowie nam również o różnych gatunkach innych oceanicznych istot. Jakoś wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak wiele gatunków żółwi. Zdradzi co zagraża pikinom, a także...co zagraża całemu morskiemu ekosystemowi. To naprawdę bardzo dobry pomysł uzmysłowić dziecku, że to właśnie ludzie są największym zagrożeniem dla życia morskiego, ale i nie tylko. Z jednej strony całkowicie rozbrajające jest pojawienie się na karcie książki różnego rodzaju śmieci zanieczyszczających oceany, a z drugiej świetnym jest wpajanie takich podstaw i właściwych postaw wśród dzieci. Za to wielkie brawa! Ponadto każde zdanie napisane jest w sposób bardzo prosty, aby z jeszcze większą łatwością mogło trafić do najmłodszych.

     Kolejną zaletą jest z pewnością warstwa wizualna tej publikacji. Plusem jest to, że całość stanowi zlepek tekturowych stronic. Uwielbiam to w książeczkach dla dzieci. W szczególności, gdy mają zaokrąglone kanty więc oczywistym jest, że maluchy nie zrobią sobie krzywdy. Niebywałe jest natomiast to, jak bardzo jest ona kolorowa. W zasadzie to nie powinno być to dla nas zaskoczeniem, bo podobnoż ocean słynie ze swojej różnorodnej kolorystyki. Nieoczekiwanym jest natomiast to, że nie przybiera to karykaturalnego wyrazu. Nie ma mowy o przesadzie. Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że nie cała książka jest taka pstrokata, a zaledwie te stronice, które faktycznie sięgają dna oceanu. Magdalena Kozieł-Nowak zadbała o szczegóły. Potrafi uchwycić cechy charakterystyczne różnych żółwi, aby pokazać ich całkowitą odmienność od siebie. Dodatkowo nie boi się skupić uwagi na straszydle, czy wyrysować odpadków sztucznych niszczących wody oceanów. Sam żółwik pikin jest naprawdę przeuroczy, jak wszystkie małe żółwiki, które nie wiedzą jeszcze na czym ten morski świat stoi. Bardzo przyjemnie patrzy się na te opływowe kształty.

     Na tym etapie pozostaje już tylko wyczekiwać z utęsknieniem kolejnych książeczek z serii „Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka”. Jeżeli przyszłe publikacje będą tak bardzo udane jak ta, będą tak sprytnie łączyć ze sobą naukę, urok i zabawę, to myślę, że będzie to jedna z najciekawszych serii dziecięcych jaka mogła przydarzyć nam się na rynku wydawniczym. Barwna, moralizatorska, ale nie w ten nachalny sposób, a do tego skrywająca mądrość w bardzo prostych historyjkach. Polecić mogę z czystym sumieniem, zarówno dla dzieci, jak i rodziców.

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: Żółwik z oceanu. Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka / Ilustracje: Magdalena Kozieł-Nowak / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13483-7 / Ilość stron: 40 / Format: 205x250mm

Rok wydania: 2019 (Polska)

czwartek, 19 października 2017

1240. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara, reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg

     Martwi głosu nie mają i patrząc po piątej już odsłonie Piratów z Karaibów trzeba stwierdzić, że także i norwescy reżyserzy- twórcy m.in. przebojowego serialu „Marco Polo” nie powinni go mieć. Seria o przygodach Jacka Sparrowa, kapitana Jacka Sparrowa powinna skończyć się na pierwszym filmie. Z bólem serca przetrwaliśmy trzy tytuły z udziałem żwawej ekipy, ale gdy zabrakło w obsadzie Blooma i Knightley produkcja straciła serce. Ekipa Rønning i Sandberg próbują odbudować zgliszcza... niestety, z marnym skutkiem, bo nawet zatrudnienie takiej gwiazdy jak Javier Bardem nie przyniosło „Zemście Salazara” zamierzonego sukcesu.
Źródło: Galapagos Films
     Jack Sparrow (Johnny Depp), kapitan Jack Sparrow, znowu powraca. Tym razem zapijaczony pirat porzuca swój ukochany kompas, który pozwalał odnaleźć mu „szczęście”. Chwilę później z Diabelskiego Trójkąta uwalnia się stary wróg- kapitan Salazar (Javier Bardem), który wraz ze swoją umarłą załogą wyrusza w pogoń za znienawidzonym piracie, aby dokonać zemsty. Tymczasem Jack obiecuje potomkowi jego wiernych przyjaciół odnaleźć legendarny Trójząb Posejdona, mającego władzę nad morzami, który ponoć ma pomóc wyzwolić go spod klątwy Latającego Holendra. W ich wyprawie towarzyszy im niezwykła kobieta, przez jednych uznawana za czarownicę, a drugich wspaniałą uczoną.
     Można by zadawać pytania, na coż kręcą tyle tych filmów? Prawda jest taka, że zawsze znajdą się tacy, którzy połaszczą się na kolejne przygody Jacka Sparrowa. Ja zdecydowanie do nich należę, pomimo tego, że opinie nie były zbyt zachęcające. Ostatnie dwie produkcje spod pirackiej bandery zdecydowanie pokazują, że ta seria bez Turnera i Swan w ogóle nie ma racji bytu. Twórcy uznali najwyraźniej, że Jack Sparrow wystarczy, bo w końcu on jest tym najzabawniejszym w swoim zapijaczonym wizerunku. Rzeczywistość okazała się brutalna i najwyraźniej w świecie coś przestało tutaj grać. „Zemsta Salazara” to kolejny już tzw. zmarnowany tytuł, który oferował wielkie nadzieje, pokazywał, że będzie się dużo i fajnie dziać, a w konsekwencji dostajemy zwyczajny zapychacz czasu, który nie jest też do końca rozrywką. No chyba, że wyłączy się myślenie i zapomni o tym, że kiedykolwiek oglądało się trzy poprzednie filmy z całkiem fajnymi czarnymi charakterami. Z drugiej zaś strony, po co o nich pamiętać, skoro nawet i truposze mają serca, bo w końcu kiedyś byli ludźmi, więc wiadomo, że kilka filmów później musi dojść do jakiegoś pokrętnego zwrotu akcji, który dał nam dodatkowe atrakcje do seansu.
Źródło: Galapagos Films
Żeby nie było, obraz Rønninga i Sandberga ma swoje ciekawe momenty, do których z pewnością należy scena otwierająca nadająca zupełnie nowe znaczenie wyrażeniu „napad na bank”. Fajnie, że zombiastyczną załogę Czarnej Perły biegającą pod wodą zamienioną na taką, co stąpa sobie wartko po wodzie. Idealnym jednak elementem, które rzucił całkiem nowe światło na cały ten seans było jego zakończenie. Daje to nowe nadzieje, choć z drugiej strony może być też zamknięciem idealnym! Natomiast całkowitą przesadą było starcie na oceanie, nie mówiąc o tym, że wciąż nie rozumiem zależności „kompas-Salazar”. Albo mnie coś ominęło, albo ten scenariusz jest głupi i ma dziury. Totalnie dziwacznym pomysłem było dopowiedzenie do historii Barbossy, mniejsza z tym, że sprawa całkowicie do przewidzenia. Tego, czego najbardziej tu jednak brakuje... to oczywistej logiki scenariusza, no i przede wszystkim poczucia humoru nadającego lekkości całej strukturze. Oglądało się przyjemnie, ale jakoś tak... kanciasto.
     Przerażające jest w „Zemście Salazara” to, że efekty komputerowe utknęły na etapie pierwszego filmu. Znowu mamy żywe truposze, które z jednej strony wyglądają zachwycająco, a z drugiej widać tam spore niedopracowanie, które czyni z nich raczej karykatury ich samym, aniżeli przerażające potwory. Fajnie prezentuje się sam kapitan Salazar, choć można było bardziej go dopucować. Za to pięknie prezentował się Diabelski Trójkąt. Miał w sobie tę całą grozę i mrok.
Źródło: Galapagos Films
Reszta to powtórki z rozrywki. Znowu zabawy z morzem i od razu w Mesjasza, jakieś gigantyczne poczwary, które chcielibyśmy odzobaczyć i to bardziej ze względu na okropność realizacji niżeli ich przerażające oblicza. Szkoda, szkoda, bo historia i jej oprawa naprawdę miały potencjał. A tak to pozostaje nam jedynie zachwycać się kultowym już utworem przewodnim skomponowanym przez Klausa Badelta, na tle tych mało wyróżniających się kompozycji Geoffa Zanelliego.
     Przy kolejnych filmach w ramach tej samej serii najbardziej boli to, jak psuje się ukochana postać. Kapitan Jack Sparrow to persona, której mamy już po prostu przesyt. Kreacja Johnny'ego Deppa była genialna na etapie pierwszego, dwóch pierwszych filmów. Potem zaczęło się dziać coś niedobrego, a „Zemsta Salazara” pokazała, że Sparrow całkowicie stracił serce. Przestał już bawić, a jego wygłupy zaczęły bardziej irytować. Jego maniera stała się już nazbyt wymuszona, a tym samym ciężko jest polubić go na nowo po dłuższej przerwie. Nie na takiego Jacka Sparrowa czekaliśmy, nie na takiego! Do tego Barbossa, czyli sam Geoffrey Rush, który też postanowił przestać być człowiekiem, którego wszyscy nienawidzą. Stracił pazura, a tym samym stracił to, za co pokochaliśmy go przy „Czarnej Perle”. Javier Bardem całkiem nieźle sobie radził na ekranie, ale przyznać trzeba, że jego dykcja – ciężko stwierdzić czy faktyczna, czy jedynie odebrana, pozostawiała wiele do życzenia. Koniec końców bardziej sobą męczył i denerwował niż wzbudzał większe emocje.
Źródło: Galapagos Films
     „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara” nie utrzymuje poziomu pierwszych filmów, pomimo tego, że fabularnie bardzo do nich nawiązuje. Wszystko wskazuje na to, że Johnny Depp stracił już serce do Jacka Sparrowa, a także i my nie bawimy się już tak dobrze jak kiedyś. Film okazał się być bardzo przewidywalny, wymusza na widzu konkretne emocje i paradoksalnie całkowicie mu je odbiera. Nie ma tutaj, niestety, wartkich akcji, a te kilka fascynujących scen nie zbudują całego filmu. Świetnie było zobaczyć trio Depp, Rush i Bardem na jednym ekranie, ale nawet ta odrobina hiszpańskiej krwi nie zdoła wywindować najnowszej produkcji Rønning i Sandberg. Dobrze by było, abyśmy na tym poprzestali przeżywanie przygód z karaibskimi piratami, bo choć i tak obejrzelibyśmy kolejne, to i tak zakończy się to klapą.

Ocena: 4/10
Recenzja filmu DVD „Piraci z Kraibów: Zemsta Salazara” - dystrybucja Galapagos Films

Oryginalny tytuł: Pirates of Carribean. Dead Men Tell No Tales / Reżyseria: Joachim Rønning, Espen Sandberg / Scenariusz: Jeff Nathanson / Zdjęcia: Paul Cameron / Muzyka: Geoff Zanelli / Obsada: Johnny Depp, Javier Bardem, Geoffrey Rush, Brenton Thwaites, Kaya Scodelario, Kevin McNally, Golshifteh Farahani / Kraj: USA, Australia / Gatunek: Przygodowy, Fantasy
Premiera kinowa: 11 maja 2017 (Świat) 26 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 27 września 2017

czwartek, 20 lipca 2017

Książka #454: Groźna grota, aut. Lemony Snicket

 
    Powolnymi krokami zbliżamy się do rozwiązania największej zagadki literatury dziecięcej! Już wkrótce, Lemony Snicket, zakończy swoją misję opowiedzenia całemu światu historię sierotek Baudelaire, a tym samym dotrzemy do finału niefortunnych zdarzeń. „Groźna grota” to kolejny tom z serii, który stanowi spójną całość z poprzednimi, a przy tym pozostaje na poziomie dotychczasowego zagrożenia.
     Kiedy rodzeństwo Baudelaire rozdzielone zostało w nurtach rzeki od brata trojaczków Bagiennych, cudem udało im się uciec przed Hrabią Olafem trafiając na pokład „Queequegu”, łodzi podwodnej dowodzonej przez Kapitana Widdershinsie. Razem z jego załogą przemierzają odmęty głębokiej wody, w jednym celu- odnalezienia cukiernicy i wyruszenia na spotkanie z innymi członkami WZS. Liczne wskazówki kierują ich do jednego miejsca, tajemniczej Gorgonicznej Groty.
     Tym razem rodzeństwo Baudelaire zabiera nas na głębinowe wyprawy. Wydaje się być to naturalną koleją rzeczy, skoro zaliczyliśmy już górskie wspinaczki, odwiedziny w Wesołym Miasteczku i inne charakterystyczne rejony w jakie można byłoby się wybrać podczas wycieczki. Tak trochę jest z „Serią niefortunnych zdarzeń”, ma to wygląd takiej swoistej wyprawy w trakcie, której udowadnia się nam, że w każdym miejscu może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i potencjalnie groźnego, w szczególności kiedy ściga nas taki łotr jak Hrabia Olaf. Ten tom przypomina trochę wyprawę z Juliuszem Varne'm, choć nie na tak majestatycznym poziomie. Autor przyjmujący pseudonim Lemony'ego Snicketa znowu nie szczędzi dziwaczności i najrozmaitszych sytuacji mrożących krew w żyłach. Po raz kolejny rozpoczyna się statyczna akcja, pełna rozwiązywania problemów, szukania tropów, aby za chwilę przemienić się w coś naprawdę dynamicznego. Dynamika niczym z historii o poszukiwaczach skarbów, którzy ostatecznie muszą natrafić na jakiś faktyczny problem zagrażający ich życiu i tak jak do tej pory obawialiśmy się Hrabiego Olafa, tak na drodze stają nam znacznie straszliwsze niebezpieczeństwa. Doprowadza to do sytuacji, która spina czytelnika niemożliwie, chociaż każdy racjonalnie myślący człowiek nie przejmie się taką koleją rzeczy wiedząc, że to przecież nie może się tak skończyć. A może właśnie to byłoby ciekawym ciosem dla książki? Może właśnie tego ta seria potrzebuje, takiego nieoczywistego zakończenia? Wydawałoby się, że bohaterowie unikną spotkania z Olafem, choć ciężko stwierdzić skąd taka nadzieja skoro każda z książek musi się ewentualnie skończyć jego pojawieniem się. Zaskakuje jednak coś innego, coś czego do tej pory nie było. Nadzieja!
     Nic bardziej nie denerwuje w książkach dla dzieci niżeli powtórzenia. Niestety, Snicket wystawia ludzką cierpliwość na poważną próbę. Po raz kolejny! Już dawno temu zdążyliśmy się przyzwyczaić do niebanalnego słownictwa zawartego w każdej z serii powieści. Już dawno przestaliśmy się przejmować infantylnością tych książek. Nie mniej, to co się tutaj wyprawia przechodzi wszelkie pojęcie. Oczywiście, można to wszystko zwalić na kwestię charakterystyczności tomu, którego fabuła kręci się wokół podmorski wojaży, ale naprawdę... nadużywanie wyrażenia „Aj-aj” już bardziej irytujące być nie może. Z pewnością pojawia się w tekście więcej niż 100 razy. Za każdym razem, gdy ktoś z załogi łodzi podwodnej się odzywa to niemalże co słowo, tudzież, co zdanie używa tego zwrotu. Głowa od tego boli. Tak samo jak od powtarzania tej dziwacznej mantry „Kto się waha- ten zgubiony”... „Albo ta”! Litości.
    Spotkanie z „Groźną grotą” ma bardzo wiele odcieni. Z jednej strony budzi grozę, intryguje, wywołuje żałość wobec rodzeństwa Baudelaire, zaś z drugiej szarpie ludzkie nerwy. Ciekawe jest to, że fabuła jedenastego tomu jest konsekwencją tomu poprzedniego, ale stanowi też wprowadzenie do kolejnego. I to nie tylko poprzez listy zostawiane przez Snicketa dla wydawcy. Historia rodzeństwa wzbudza coraz więcej emocji i gdy jedna zagadka zostaje rozwiązana zaczynają pojawiać się kolejne wątpliwości. Poza tym lektura tej książki grozi tym, że młody czytelnik, urzeczony morskimi podróżami i tak częstym powtarzaniem jednego zwrotu, zacznie co drugie wyrażenie używać kapitańskich słów „Aj-aj”! Oj, biada nam...

Ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Grim Grotto / Tłumaczenie: Jolanta Kozak / Wydawca: Egmont / Gatunek: przygodowa / ISBN 83-237-8854-5 / Ilość stron: 352 / Format: 130x180mm
Rok wydania: 2004 (Świat), 2005 (Polska)

wtorek, 3 stycznia 2017

1218. Gdzie jest Dory, reż. Andrew Stanton

      Rybich bohaterów przebojowej animacji Gdzie jest Nemo?” stworzył 13 lat temu. Andrew Stanton do serca wziął sobie sympatię milionów widzów z całego świata i ponownie wziął do ręki eleganckie rybki akwariowe i rzucił je w wielki oceaniczny świat, aby znowu mogły przeżyć morskie przygody. Jednakże Gdzie jest Dory” daleko do poprzednika, choć nawet i on nie wywoływał we mnie większego entuzjazmu.
Źródło: Galapagos Films
      Dory (Joanna Trzepiecińska), urokliwa niebieska rybka z brakiem pamięci krótkotrwałej miała cudowne dzieciństwo. Szkoda tylko, że niewiele z niego pamięta- zapomniała nawet o swoich rodzicach. Gdy jednak pewnego dnia wpada jej do głowy swobodne wspomnienie sprzed lat kurczowo trzyma się go z jednym postanowieniem- musi odnaleźć swoich rodziców. Liczy na to, że ponowna wyprawa za ocean wraz z Marlinem (Rafał Sisicki) i jego synem Nemo (Karol Kwiatkowski) przyniesie odpowiednie rezultaty i znowu będzie mogła spędzać czas w płetwach swoich rodziców.
      Nigdy nie przepadałam za kontynuacjami od Disneya. Klasyka powinna zostać klasyką i bez sensu odświeżać ją dowalając kolejne filmy, które zaburzają obraz całości. Dziwne więc, że powstał sequel “Gdzie jest Nemo”, który zauroczył, ale serca mojego nie podbił. Nie jest jednak zaskoczeniem, że skupia się na światełku poprzednika, czyli mega komicznej i fantastycznej Dory, która intryguje także i tym razem. Wkupuje się w nasze serca z łatwością bowiem mamy tutaj zaserwowany największy rozmiękczacz na świecie, czyli bobaskową rybkę. Czy jest coś bardziej słodkiego i uroczego niż pyzaty główny bohater mówiący słodkie bobasowe rzeczy?  Nawet jeżeli jest rybą? Ano, nie ma! Zabawna i słodka za młodu wciąż taką pozostaje. I tyle w temacie Dory, bo reszta jest dobrze znana z pierwszego filmu. Ciągłe zapominalstwo rybci odchodzi trochę na dalszy plan, co odrobinę zadziwia. Najwyraźniej wspomnienie rodziców stało się jakąś magiczną kotwicą dla reszty. A może po prostu za mocno się uderzyła w głowę i piąta klepka wskoczyła na właściwe miejsce. Wygłupom nie ma tutaj końca, aczkolwiek nie jest to w większości przypadków aż tak zabawne. Choć trzeba przyznać, że udawanie śledzia było intrygujące. Nie ma tutaj też i większych zwrotów w akcji, choć poszukiwanie rodziców i swojego dawnego domu przybrało dość ciekawy obrót. Nie mniej, bez zachwytów. 
Źródło: Galapagos Films
      Wciąż jest to piękna animacja. Pełno tu niezwykłych kolorów, których nazw zapewne nie znamy. Wielobarwność morskich stworzeń jest ujmująca, istna plątanina, od której po dłuższym czasie bolą oczy. A same stworzonka… nigdy nie przestanie mnie zadziwiać pomysłowość artystów pracujących dla Disneya i Pixara. Morskim żyjątkom daje się bardzo dużo charakteru i nawet takich bohaterów jak ośmiornica, czy wieloryb można polubić. Przy takich filmach ciężko o realność, ale takie fałszerstwo jestem w stanie zaakceptować. Z takimi odgłosami morskich otchłani cudownie zgrała się muzyka skomponowana przez Thomasa Newmana. Przyjemnie się tego słucha.
      Dubbing do filmu również dobrze się spisał. Znowu usłyszymy Joannę Trzepiecińską, która z pełnym zaangażowaniem i przy świetnej zabawie daje charakternego kopa niezwykłej rybce jaką jest Dory. Niestety, Globisza zastąpił Rafał Sisicki, którego Marlin brzmi zaskakująco podobnie! Kajetan niestety zdążył dorosnąć, więc nie mógł już użyczyć głosu małemu Nemo, ale dzielnie zastępuje go młody kolega Kwiatkowski, który mógłby być jego głosowym bliźniakiem. Wśród nowych bohaterów mamy Hanka ośmiornicę, a wraz z nim charakterystyczny głos Ferdka Kiepskiego aka Andrzej Grabowski. A także i Annę Cieślak, dzięki której dobrze bawiliśmy się w towarzystwie ślepawej wielorybnicy. 
Źródło: Galapagos Films
      Tytuł Gdzie jest Dory” nie urzekł mnie na tyle, aby chcieć do niego wracać. Więcej emocji wywołał seans krótkometrażowego Pisklaka”, którego odnajdziemy na płycie DVD z filmem. Sama Dory jest postacią arcy ciekawą,  taką gwiazdą wśród rybek, ale nie udaje się na tym zbudować kolejnego wielkiego hitu. Mnie przynajmniej to nie przekonuje. Pomimo tego, że jest to wartościowe kino o poszukiwaniu siebie i rodziny.  Fajnie się ogląda, bo jest to dobra rozrywka, w dodatku przyjemna dla oka i dla ucha, ale momentami strasznie trąci banałem a niekiedy nawet i nudą.


Ocena: 6/10
Recenzja filmu DVD „Gdzie jest Dory” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny zarówno na DVD, jak i Blu-Ray


Oryginalny tytuł: Finding Dory / Reżyseria: Andrew Stanton / Scenariusz: Andrew Stanton / Zdjęcia: Jeremy Lasky / Muzyka: Thomas Newman / Dubbing polski: Joanna Trzepiecińska, Rafał Sisicki, Karol Kwiatkowski, Andrzej Grabowski, Anna Cieślak, Rafał Cieszyński, Ewa Błaszczyk, Marek Barbasiewicz, Krzysztof Stelaszyk, Zbigniew Zamachowski, Rudi Schubert / Kraj: USA / Gatunek: Animacja, Przygodowe, Familijne, Komedia
Premiera kinowa: 08 czerwca 2016 (Świat) 17czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD i Blu-ray: 23 listopada 2016

wtorek, 1 maja 2012

934. Battleship: Bitwa o Ziemię, reż. Peter Berg

Oryginalny tytuł: Battleship
Reżyseria: Peter Berg
Scenariusz: Michael Kalesniko, Timo Vuorensola
Zdjęcia: Tobias A. Schliessler
Muzyka: Steve Jablonsky
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi
Premiera światowa: 11 kwietnia 2012
Premiera polska: 20 kwietnia 2012
Obsada: 
Taylor Kitsch, Alexander Skarsgård, Rihanna, Brooklyn Decker, Tadanobu Asano, Liam Neeson, Hamish Linklater, Jesse Plemons, Gregory D. Gadson, Peter MacNicol

     Nudna lekcja, czy też nuda w domu. Wyciągamy kartkę, rysujemy pole, wymalowujemy kwadraciki stanowiące naszą flotę. Każdy z nas choć raz zagrał w statki. Ta popularna zabawa dla dwóch osób utworzona była przez znanego producenta zabawek- Hasbro. Zmieniano nazwy, unowocześniano, ale koncepcja pozostała niezmieniona. W 2012 roku stała się rzecz niewyobrażalna, bowiem ta znana całemu światu rozgrywka została przeniesiona na ekran kinowy. „Battleship: Bitwa o Ziemię”, wyreżyserowany został przez aktora, scenarzystę i reżysera- Petera Berga, znanego za stworzenie „Hancocka”.
     Alex Hopper (Tylor Kitsch) pomieszkuje wraz ze swoim starszym bratem- Stone Hopperem (Alexander Skarsgård). Ten ma jednak dość jego nieodpowiedzialnego zachowania i zaciąga go do marynarki wojennej. Choć zdobywa dziewczynę swoich marzeń- Samanthę (Brooklyn Decker), i ma jeden z ciekawszych zawodów świata, wciąż jest szukającym zaczepki dzieciakiem. Teraz grozi mu wydalenie z armii, co może utrudnić mu poślubienie swojej ukochanej, która jest córką jego dowódcy- Admirała Shane'a (Liam Neeson). Jednakże, kiedy wypływają na manewry na morze, ich niszczyciele zostają odcięte od świata przez kosmitów, którzy przybyli na Ziemię po otrzymaniu sygnału ze stacji na Hawajach. Załoga trzech okrętów walczy o przetrwanie ludzkości z wysoce zaawansowaną i niszczycielską siłą gości z kosmosu.

sobota, 21 stycznia 2012

858. Kon-Tiki, reż. Thor Heyerdahl

Cykl: 360 Człowiek na krawędzi 
Reżyseria: Thor Heyerdahl
Zdjęcia: Thor Heyerdahl, Knut Haugland, Erik Hesselberg, Torstein Raaby, Herman Watzinger
Muzyka: Sune Waldimir
Kraj: Norwegia, Szwecja
Gatunek: Dokumentalny, Przygodowy
Premiera światowa: 13 stycznia 1950

Premiera polska: brak
Obsada:
Thor Heyerdahl, Knut Haugland, Erik Hesselberg, Torstein Raaby, Herman Watzinger

    Znany na całym świecie podróżnik i odkrywca, Norweg z pochodzenia – Thor Heyerdahl, stał się wzorem dla wszystkich miłośników podróży, także tych morskich po jego wyprawie na tratwie Kon-Tiki po wodach Pacyfiku. Mając na celu obalenie powszechnej opinii o niemożności przebywania przez starożytnych sporych odległości na tratwach dokładnie spisał wszystkie szczegóły wyprawy, a książkę nadał tytuł „Wyprawa Kon-Tiki”. Swoją pracę uzupełnił także filmem dokumentalnym „Kon-Tiki”, który nakręcił wraz z towarzyszami podróży, a który w 1952 roku zdobył statuetkę Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny roku. Zarówno książka, jak i film, zostały wznowione dzięki Wydawnictwu Mayfly, i stały się jednym z wydań z cyklu 360o Człowiek na krawędzi.
    W kwietniu 1947 roku Thor Heyerdahl wyruszył w niezwykłą studniową podróż po Pacyfiku, chcąc udowodnić, że możliwe jest przebycie szlaku z Peru na Polinezję, jedynie dzięki pomyślnemu wiatrowi i prądowi morskiemu. Zebrał załogę, zebrał fundusze, udało mu się zdobyć także pnie balsy, które były idealnym i jednocześnie jedynym tworzywem, z którego można było stworzyć tratwę i przeżyć wyprawę. Nie obywało się bez licznych problemów, ale ostatecznie tratwa ochrzczona imieniem „Kon-Tiki” wyruszyła z podróż po niezbadanych wodach oceanu Spokojnego. 

Książka #84. Wyprawa Kon-Tiki, aut. Thor Heyerdahl

Tytuł oryginalny powieści: Kon-Tiki Ekspedisjonen
Tytuł oryginalny filmu: Kon-Tiki
Gatunek: reportaż, dokument, przygodowy
Wydawca: Mayfly
Rok wydania oryginału: 1948 (Norwegia), 2010 (Polska)
Zdjęcia: Kon-Tiki Museum Grafika: Agata Raczyńska
Tłumaczenie: Jerzy Pański
ISBN 978-83-929483-4-6
Ilość stron: 247  | Format: 135x191 mm 

    Znany na całym świecie podróżnik i odkrywca, Norweg z pochodzenia – Thor Heyerdahl, stał się wzorem dla wszystkich miłośników podróży, także tych morskich po jego wyprawie na tratwie Kon-Tiki po wodach Pacyfiku. Mając na celu obalenie powszechnej opinii o niemożności przebywania przez starożytnych sporych odległości na tratwach dokładnie spisał wszystkie szczegóły wyprawy, a książkę nadał tytuł „Wyprawa Kon-Tiki”. Swoją pracę uzupełnił także filmem dokumentalnym „Kon-Tiki”, który nakręcił wraz z towarzyszami podróży, a który w 1952 roku zdobył statuetkę Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny roku. Zarówno książka, jak i film, zostały wznowione dzięki Wydawnictwu Mayfly, i stały się jednym z wydań z cyklu 360o Człowiek na krawędzi.

    W kwietniu 1947 roku Thor Heyerdahl wyruszył w niezwykłą studniową podróż po Pacyfiku, chcąc udowodnić, że możliwe jest przebycie szlaku z Peru na Polinezję, jedynie dzięki pomyślnemu wiatrowi i prądowi morskiemu. Zebrał załogę, zebrał fundusze, udało mu się zdobyć także pnie balsy, które były idealnym i jednocześnie jedynym tworzywem, z którego można było stworzyć tratwę i przeżyć wyprawę. Nie obywało się bez licznych problemów, ale ostatecznie tratwa ochrzczona imieniem „Kon-Tiki” wyruszyła z podróż po niezbadanych wodach oceanu Spokojnego.
    Książka „Wyprawa Kon-Tiki” jest dość osobliwym zapisem z podróży szóstki żądnych przygód naukowców. Bez problemów dołączyli oni do Heyerdahla zaintrygowani możliwością przeżycia niesamowitych wrażeń na morzu. Zasadniczo można podzielić ją na cztery części, choć sam film ma ich jedynie trzy. Pierwsza z nich to wprowadzenie do całej podróży.  Heyerdahl serwuje nam kilka historycznych informacji na temat samego Kon-Tiki, aby wprowadzić i uzasadnić wybór właśnie jego imienia na nazwę tratwy. Przez całą książkę pojawiają się różnego rodzaju wstawki historyczne. Autor nie omieszka zapoznać czytelnika z historią mijanych przez nich Wysp Wielkanocnych, a także historii powstania wspaniałych rzeźb, które można tam podziwiać. Tego w filmie nie ma, co jest w pełni zrozumiałe. 
W dalszej części mamy przygotowania do wyprawy, czyli przede wszystkim problemy wynikające z pozyskaniem funduszy, czy też zdobyciem pni balsy. Samo zdobycie załogi okazało się nie tak trudne, choć jak się okazało później nabycie pozostałych aktywów także obyło się bez większego bólu, gdyż wszyscy chcieli mieć swój udział w tej niezwykłej wyprawie. W filmie natomiast, pozbawiono widza zbędnych elementów. Tutaj wszystko przebiegało bezproblemowo, a sam Heyerdahl wydawał się zapomnieć o tych szczegółach. 
Ostatecznie dochodzi do wypłynięcia tratwy, choć i tutaj nie obyło się bez kłopotów, kiedy pozostawiono na lądzie część załogi. Umiejętność komunikacji z innymi okazała się być tutaj bezcenna, choć i o tym nie wspomniano w filmie. Dla wyprawy były to ciężkie chwile, aczkolwiek czytającemu uśmiech wypełza na usta. Później wszystko jednak idzie, względnie, bezproblemowo. Bohaterowie tej ekspedycji relaksowali się na swojej tratwie i nie musieli zbytnio walczyć o przetrwanie, bo jak się okazało nie tylko mieli czym gasić pragnienie- pomimo stęchłej wody, ale też i zaspokajać głód. Ryb tam mieli pod dostatkiem, co okazało się koić i jedno i drugie. Przez całą tą wyprawę z pewnością wiele się nauczyli. Obserwowali niezwykłe morskie stworzenia, a także próbowali ich. Od planktonu, po rekiny, czy koryfeny- będących odmianą delfinów. Dzięki produkcji filmowej możemy zobaczyć je na własne oczy i chyba nic tak nie przerażało jak wieloryby, czy gigantyczne rekiny wielorybie. W filmie pozbawiono nas jednak elementów, które mroziły krew w żyłach, ale nie ma się czemu dziwić, bowiem trudno, żeby odkrywcy mieli możliwość kręcenia filmu, kiedy zmagali się ze sztormami, zwalistymi falami przy rafie koralowej wyspy Raroia, czy choćby pomyśleli o tym, kiedy jeden ze współtowarzyszy wylądował za burtą. Dlatego też, z punktu widzenia filmu wszystko wyglądało dość spokojnie. Dopiero kiedy zagłębiamy się w lekturę odkryjemy z jakimi problemami musieli zmagać się Norwegowie zanim dotarli do docelowego punktu, będącego ostatnią częścią ich podróży.
    Heyerdahl przede wszystkim postarał się o to, aby jego reportaż z wyprawy był pełny. Opisywał nie tylko wszelkie wydarzenia, które rozgrywały się na pokładzie. Część z nich prezentowana była w formie zapisów z dziennika pokładowego. Nie zabrakło tutaj także historycznych odniesień do pożywienia, czy też mijanych miejsc. Szczegółowo opisywał otoczenie- lazur wody, gwieździste niebo, czy okropność niektórych ze stworzeń morskich. Oczywiście, tego wszystkiego nie zobaczymy w filmie, przynajmniej nie tak wyraźnie, bowiem nakręcony on został jeszcze w okresie przedwojennym, a to czyni film nie tylko czarno-białym, ale i dość ograniczonym. Nie zarejestrowano tutaj żadnych rozmów- wyjątkiem jest tylko przygrywanie na gitarce, aczkolwiek Heyerdahl stara się na bieżąco wszystko opisywać. Niestety, napisy do filmu nie są zbyt dobrze zsynchronizowane, albo za późno się pojawiają, albo za szybko znikają. W dobie kiedy angielski powinni znać wszyscy, zdarzają się jednak wyjątki. I choć dla mnie było to względnie zrozumiałe, to dla moich towarzyszy w oglądaniu nieszczególnie. Wszystko wynagradzać powinna muzyka Sune Waldimira, i w niektórych momentach naprawdę tak jest. Momentami to ona sygnalizuje nam nadejście niebezpieczeństwa, czy też ukazuje jak beztroskie mają życie na pokładzie tratwy podróżnicy. Jednakże kiedy przychodzi do momentu, w którym bohaterowie lądują na Tahiti i wyskakują dziewczyny tańczące hula, ścieżkę dźwiękową można było sobie darować i pozostawić jedynie możliwość słuchania wspaniałej lokalnej muzyki. 
    Czytając „Wyprawę Kon-Tiki” ma się wrażenie, że Heyerdahl zna się na tym co robi. Nie wyruszył w wyprawę nieprzygotowany, aczkolwiek już wcześniej miał podobne doświadczenia więc tym razem wiedział co robić. Udało mu się przede wszystkim obalić mity, a także przeświadczenia naukowców, którzy wróżyli niepowodzenie tej misji. Dzięki swoim rozbudowanym opisom udało mu się przenieść czytelnika na pokład Kon-Tiki. Z kolei swoim filmem, którym nakręcił wraz z pozostałą częścią załogi, udało mu się po części zaprezentować kolejne elementy wyprawy. Brakuje w nim wielu elementów, ale jeżeli ktoś chce się z nimi zapoznać, zawsze może sięgnąć do książki. Operowanie kamerą na otwartym morzu nie należało do najłatwiejszych, w szczególności, że tak łatwo było o uszkodzenie sprzętu z powodu zalania. Okazuje się jednak, że Heyerdahl stał się inspiracją dla wielu podróżników, także dla Polaków, którzy już teraz planują powtórzyć sukces Norwega. 

Ocena książki: 4/6
Ocena filmu: 7/10

Ocena ogólna: 7/10

Książkę przeczytałam, a film obejrzałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mayfly, a także portalu Sztukater, który mi je udostępnił.

środa, 8 grudnia 2010

378. Nie wszystko złoto co się świeci, reż. Andy Tennant