NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura hiszpańska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lipca 2018

Książka #483: Wielka księga wartości, aut. Teresa Blanch, Anna Gasol

    
Wychowując swoje pociechy dorośli nie zawsze odnajdują dobry środek, aby zrobić bo najlepiej. Wszelkie ważne wartości poznaje właśnie dzięki swoim rodzicom. Ci z kolei mogą korzystać z rad wszystkich dookoła, ale najlepiej byłoby mieć je zebrane w jednym miejscu, prawda? Nic tak nie trafia do młodego człowieka jak nauka przez zabawę, więc teoretycznie nic nie powinno być bardziej pomocne w wychowaniu wartościowego człowieka, jak czytanie mu najrozmaitszych treści z ukrytą puentą. Tym też tokiem poszedł duet pisarski – Teresa Blanch oraz Anna Gasol, który to od lat współpracuje na hiszpańskim rynku. Ich „Wielka księga wartości” porywa od pierwszych stronic.

     Publikacja autorek to zbiór kilkunastu opowiadań ukazujących największe wartości w życiu człowieka zebranych w wielką księgę. Może nie specjalnie opasłą, ale za to rosłą. Szesnaście tekstów traktuje o siedmiu najważniejszych w życiu człowieka wartościach. Są to tolerancja, życzliwość, wysiłek, wspólnota, uczciwość, poczucie własnej wartości i empatia.

     Jak to zwykle bywa w antologiach, tak i jest w tej skierowanej dla najmłodszych. Nie wszystkie opowiadania muszą wszystkim przypasować. Jedne lepiej trafiają do człowieka, inne mniej. Inne są bardziej zrozumiałe, inne bardziej zagmatwane lub z mętnym przesłaniem. Czasami zdarza się tak, że gdyby nie nazewnictwo to w ogóle nie wiedzielibyśmy jakiej wartości dotyczy wybrane opowiadanie. Do moich ulubionych na pewno należą te o tolerancji, u której boku zawsze stoję na straży. Dwa ujmujące teksty, w których kluczową rolę grają dzieci i to ze strony dzieci inne dzieci doświadczają okrutnych zachowań. A to wnuczek nie chce zaakceptować chłopca o śniadej twarzy i kręconych czarnych włosach, który również mieszka u jego dziadków, a to dwójka rodzeństwa ma problemy ze zrozumieniem dlaczego mama darzy sympatią dziewczynkę- przybłędę, która nawet nie ma stałego domu. Już po tych pierwszych opowiadaniach dostrzegamy jakiego rodzaju będzie to książka, bowiem nic nie trafia do dzieci, jak patrzenie na inne dzieci, które dostają nauczkę.

Uwagę sympatyków słodkości zwróci przede wszystkim opowiadanie o człowieku, który traci pracę, a potem pracuje z wielkim zapałem, aby utrzymać rodzinę. W końcu rodzi się z tego konkretny pomysł na biznes, który zabiera jeszcze więcej czasu. Tak, ta historia opowiada o ludzkim wysiłki. Pełne uroku jest za to opowiadanie o uroczej dziewczynce, jej tenisówkach i pewnym bezdomnym. Bardzo wyraźnie ukazuje życzliwość wobec innych osób, patrzenie ponad swoje własne potrzeby i chęć niesienia pomocy innym. Jednym z najbardziej przejmujących opowieści poza tą o córce blacharza, jest ta o poczuciu własnej wartości w połączeniu z uczuciem niewidzialności. Mocno trafi do tych, którzy faktycznie czują się podobnie, jakby mieli super moc. Kolejnym z tej kategorii tekstów jest ten o nowej dziewczynce w szkole, która nie miała nikogo. To konkretnie przekazuje dzieciom wartość empatii, o które tak ciężko w dzisiejszych czasach, gdy każdy biegnie przed siebie każdego dnia.

     Wszystkie opowieści zawarte w tej publikacji są opowiedziane oczami dzieci i do dzieci skierowane. Nie oznacza to jednak, że są infantylne, czy napisane dziecinnym językiem. Wręcz przeciwnie, to lektura skierowana do odrobinę starszych dzieci z prostym przekazem. Przekazem, który zrozumie każdy i który każdego może czegoś nauczyć, pomóc zrozumieć jak być lepszym. Choć proste, historie są niezwykle interesujące. Każda z nich kręci się wokół innej tematyki, w związku z czym każdy z młody czytelników trafi na coś dla siebie i ostatecznie coś w nim zostanie z tej lektury.

     Prawdziwą gratką w tej książce są nie tylko wartości, które serwuje czytelnikowi, ale również przepiękne ilustracje Valentiego Gubianasa. Ten hiszpański artysta zachwyca swoimi pracami. Jego twórczość zdobi nie tylko przepiękne książki, ale również spektakularne murale, czy witryny ciekawych sklepów. Barwne, urocze i po prostu wyjątkowe. Każde nacechowane są poczuciem humoru i nostalgią. Choć mają nieregularne kształty, niekiedy dość makabryczne, to nie wywołują grozy. Idealnie komponują się z opowieścią, której dotyczą, bardzo dobrze podkreślając jej przesłanie. Jest się czym zachwycać.

      „Wielka księga wartości” zbiera w sobie najważniejsze wartości każdego człowieka. Teresa Blanch i Anna Gasol tworzą cudowne historie z myślą o dzieciach, aby nauczyć ich moralnych zachowań i wykształtować z nich dobrych ludzi. Opowieści wielokrotnie wzbudzają bardzo pozytywne emocje, przynajmniej u ich finału. Wzruszają, bawią, ale przede wszystkim zmuszają do refleksji, nie tylko tych najmłodszych, ale też i starszych czytelników. Bardzo dobrze się je czyta, a dzięki przecudownym rysunkom autorstwa Valentiego Gubianasa bardzo dobrze się na nie patrzy. Pobudzają również zmysł wzroku dostarczając estetycznych wrażeń. Razem komponują się w całość idealną, do której chce się wrócić i nad którą wciąż chce się zachwycać.

Ocena: 5/6
Recenzja dla wydawnictwa Nasza Księgarnia!

Tytuł oryginalny: El libro de los valores para ninos / Tłumaczenie: Marta Szafrańska-Brandt / Ilustracje: Valenti Gubians / Wydawca: Nasza Księgarnia / Gatunek: dziecięce / ISBN 978-83-10-13343-4 / Ilość stron: 144 / Format: 200x267mm

Rok wydania: 2018 (Polska) 2016 (Świat)

środa, 19 lutego 2014

Książka #304. Apokalipsa Z. Gniew Sprawiedliwych, aut. Manel Loureiro

Tytuł oryginalny:Apocalipsis Z. La ira de los justos
Seria:Apokalipsa Z #3
Gatunek: horror
Wydawca: MUZA
Rok wydania: 2011 (Świat), 2014 (Polska)
Tłumaczenie: Stanisław Bończyk
ISBN 978-83-7758-582-5
Ilość stron: 494     Format: 130x200mm
      Jeszcze kilka lat temu nikt nie słyszał o tym człowieku. Manel Loureiro zabunkrował się gdzieś w małym mieście w Hiszpanii i wiódł tam szczęśliwe życie. Do czasu, kiedy nie przyszło mu do głowy prowadzenie bloga o ataku zombie. Wówczas cały świat o nim usłyszał, a wydawcy umyślili sobie przerobienie jego pracy na powieść. Tak oto narodziła się Apokalipsa Z, dająca trylogii, którą pokochali nawet twórcy słynnego horroru „[Rec]”. Teraz na polskim rynku, dzięki wydawnictwu MUZA pojawił się ostatni, finałowy tom zamykający serię, o złowieszczym tytule „Gniew Sprawiedliwych”.
     Po tym jak Manel wraz ze swoim kotem Lukullusem, dziewczyną Lucią i przyjacielem Wiktorem uciekli z rąk psychopatów zamieszkujących Teneryfę dryfują sobie spokojnie po oceanie na niewielkim jachcie. Ich życie wydawałoby się wręcz idealne, gdyby nie fakt, że w jednej chwili spokojne wody zamieniają się w istne piekło. Tylko cudem udaje im się uciec z życiem, gdy na horyzoncie pojawia się olbrzymi tankowiec „Itaka” z uduchowioną załogą. Wraz z nimi docierają do jednego z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, małego miasta-państwa Gulfport rządzonego aktualnie przez wielebnego Greena. Stając w obliczu niesłychanego okrucieństwa wobec odmiennych rasowo Manel wraz ze swoimi towarzyszami muszą czym prędzej uwolnić się spod wzroku nowych „przyjaciół”. Niestety, ich plan krzyżuje tragedia, która całkowicie odmieni ich życie, a również da początek rewolucji Sprawiedliwych. 
     Każda powieść o upadku świata, który dotychczas znaliśmy musi przejść przez pewne fazy. W „Apokalipsie Z”mieliśmy fazę pierwszą, będącą pierwszą falą zombie, gdzie trup, żywy trup, ścielił się często i gęsto nawet w dość makabryczny sposób. Tam najistotniejsze było przetrwanie, znalezienie bezpiecznego schronienia. Kolejny tom dotykał już bardziej złożonego problemu, gdzie jedynym wrogiem człowieka nie był już tylko chodzący trup, ale także i człowiek dążący do władzy. Pod tym względem trzeci tom nie różni się za bardzo od poprzedniego, aczkolwiek dochodzi tutaj coś nowego- kwestie wiary i rasizm. W pewnym momencie fabuła „Gniewu Sprawiedliwych” staje się przerażająco podobna do sytuacji z drugiej wojny światowej, gdzie różnorodność rasy i religii stała się powodem do podziałów, a także i eksterminacji. Uderzające podobieństwo rzucone tym razem w walkę z zombie. Do tego dochodzą także i kwestie moralne, gdzie ludzie zamieniają się w jeszcze gorsze bestie niż sami nieumarli. Wszystko to w imię władzy, panowania nad światem- a w zasadzie tym, co z niego zostało. Praktycznie w ogóle nie porusza się już tematu zombie, ewentualnie przy kolejnych retrospekcjach wprowadzających nowych bohaterów, bowiem całość przyćmiewa wojna jednego człowiek z drugim. Teraz sprawa toczy się o wyższą stawkę, w szczególności, że wielebny Green jest w posiadaniu tajnego środka, a także i wiedzy, które mogą odmienić losy całej ludzkości. Nic więc dziwnego, że dalszy plan schodzą osobiste problemy naszych ulubionych bohaterów, oczywiście do czasu.
     Autor nie boi się jednak zaskoczyć czytelnika swoistą dla tego typu powieści brutalnością. Wystawia swoich bohaterów na bardzo ciężkie próby, niemalże nie do przejścia. Niemalże, bowiem w powieściach Manela Loureiro wszystko jest takie proste. Świat się wali, dochodzi do wybuchów w wyniku, których ginie połowa ludzi na placu, ale akurat nasi ulubieńcy musieli przetrwać. Jeden z drugim ledwo zipie, kiedy powraca z wygnania, ale jakimś cudem trafia na swoich kolegów, którzy ratują go z opresji. Nasi bohaterowie ledwo uchodzą z życiem na oceanie, bo autor zsyła im ratunek! Moc pisarza jest bardzo istotna, ale czasami nie warto z tym szaleć, bo wychodzi z tego bardzo naciągana fabuła, która wywołuje jedynie parsknięcia niedowierzania u czytelnika. Nie mniej, autor robi tutaj coś niesamowitego. Gdzieś pomiędzy walką Amerykanów i Koreańczyków, gdzieś pomiędzy wybuchami rafinerii i wielkich tankowców, postanawia wrzucić coś czego nie zrobił jeszcze nikt inny. Nie tylko zaraził jedną z postaci wirusem, ale również pokazał to, co fascynat zombie zawsze chciał zobaczyć, przeczytać- transformację w nieumarłego. Autor zwrócił uwagę tutaj na każdy szczegół, a ciągła zmiana sposobu narracji pozwoliła bardziej uwydatnić ten proces.
     I tak oto kończy się ta niezwykła przygoda z zombie i Manelem w roli głównej. Prawnik, który rozpoczynał jako twórca wpisów na blogu stał się jednym z najpoczytniejszych pisarzy. Czy to sprawa jego talentu, czy może raczej popularności tematu, po który sięgnął? Osobiście uważam, że to drugie, co nie umniejsza faktu, że „Apokalipsa Z” przez wszystkie trzy tomy trzyma równy poziom, potrafi zainteresować, idealnie balansuje grozę z wątkami dramatycznymi, wplatając również poczucie humoru. Szkoda, jednak że wszystko jest cały czas takie proste, a znikający w najtrudniejszych momentach kot pojawia się nagle cały i zdrowy. Powieść cały czas trzymała w napięciu i przeszła chyba przez wszystkie możliwe fazy. Zwieńczenie tej historii, które odnajdujemy w „Gniewie Sprawiedliwych” staje się idealnym zamknięciem, choć nie obędzie się bez łezki na pożegnanie. Oj, Manel... co też Ty mi robisz.
Ocena: 4/6
Trylogię zakończyłam dzięki Wydawnictwu MUZA!
muza.com.pl

czwartek, 12 grudnia 2013

Książka #295. Apokalipsa Z. Mroczne dni, aut. Manel Loureiro

Tytuł oryginalny: Apocalipsis Z: Los dias oscuros
Seria: Apokalipsa Z
Gatunek: horror
Wydawca: MUZA
Rok wydania: 2010 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Maria Mróz
ISBN 978-83-7758-499-6
Ilość stron: 352     Format: 130x200mm
     Debiutancka powieść Manela Laureiro, pracownika telewizyjnego i prawnika, zrobiła oszałamiającą karierę na całym świecie. „Apokalipsa Z”- prowadzona w formie bloga, a także osadzona w popularnej dziś tematyce zombie, książka zyskała rzeszę fanów, którzy dotąd zachwycali się poczynaniami bohaterów „The Walking Dead”, czy „Resident Evil”. Korzystając z wielu inspiracji, także i autor w drugim tomie serii- „Mroczne dni”, popycha swoją historię dalej w pewien sposób izolując ją od mózgożernych istot, a wrzucając pośród o wiele groźniejszych bestii... ludzi.
     Bohaterowie, którym udało się przeżyć niecały rok w świecie, gdzie dominującą rasą stali się poszukujący ludzkiego mięsa zombie. Teraz odratowani dolatują w jedno z najbezpieczniejszych miejsc na Ziemi, na Tenferyfę. Na miejscu poddani zostają dziwnej kwarantannie, zostają rozdzieleni, a siostra Cecilia zostaje poważnie pobita. W dodatku podejrzanym jest sam Pritczenko. Zadaniem prawnika będzie wybronienie go z zarzutów. Zanim to się jednak stanie, po czasie wylegiwania się i regenerowania sił, przychodzi czas na bycie pożytecznym dla reszty ogółu, a tym samym zapłatę za pobyt na wyspie z dala od zombie. Pomimo wcześniejszych ciężkich przeżyć prawnik i Pritczenko zmuszeni są znowu zejść na ląd, aby uzupełnić zapasy i zrobić rozeznanie w Madrycie. Tymczasem Lucia pozostaje na wyspie, aby doglądać siostry Cecili i pomagać w szpitalu. Wówczas przyjdzie jej dowiedzieć się, że wśród ludzi wcale nie jest bezpieczniej niż z zombie. Nieszczęśliwie ląduje w samym środku wojny domowej.
     Nigdy już chyba nie przekonamy się o tym, jakby to było gdyby cała jedna seria opierała się jedynie na walce człowieka z nieumarłymi. Autorzy wałkują tematy walki człowieka z człowiekiem, bitew z wampirami, wilkołakami i innymi nadnaturalnymi istotami, ale nie poświęcają aż tak wielkiej uwagi zombie, przynajmniej nie w aspekcie zombieapokalipsy. Tutaj bowiem chodzi o coś zupełnie innego niżeli o potwory, które czyhają na nasze mięso, a ich słuch jest tak wyczulony, że jeżeli narobimy hałasu to z możemy spodziewać się, że szybko znajdą się tam gdzie my. Współcześnie nurt zombie opiera się bardziej na świecie po apokalipsie, świecie zawładniętym przez nieumrałych, a co za tym idzie literatura tego gatunku przyjmuje wszelkie znamiona postapokaliptycznej rozgrywki. Dlatego, gdy to pierwsza powieść z serii „Apokalipsa Z” pomagała bohaterom przygotować się do walki, do wyprawy i odnalezieniu azylu, tak już drugi tom to swoista próba dostosowania się do nowego świata, a przede wszystkim do ludzi. Jacy to ludzie? Ano tacy naznaczeni przez tragedię, będący dowodem na to, że w najgorszych czasach przetrwają najsilniejsi. To, że przy okazji oznacza to najstraszliwszych i najbrutalniejszych, jest zdecydowanie efektem ubocznym. Ci odizolowani, pozbawieni wszelkich dotychczasowych luksusów i mediów podlegają cofnięciu się do czasów prytmitywnych, gdzie człowiek był jedynie zwierzęciem. Genialnie ukazuje się tutaj obraz nowego człowieka, który walczy o przetrwanie, ale jednocześnie staje się czymś znacznie gorszym od bezrozumnych zombie. W takich sytuacjach potrzebny jest przywódca, dlatego nie ma dziwne, że wszyscy są w stanie się wymordować byle tylko dopiąć swego. Uważają, że sami poradziliby sobie lepiej i co niektórzy starają się przeciwstawić aktualnej władzy, która racjonuje posiłki, czy też źle wykorzystuje ostatnie krople paliwa. Stąd też rodzi się wojna domowa pomiędzy ludźmi, bo najwyraźniej zombie czyhający na lądzie są niewystarczający, aby wszystkich uśmiercić.
     Autor porzuca blogową formę powieści i choć nie odchodzi od pierwszoosobowej narracji to postanawia rodzielić losy bohaterów. Fragmenty, w których czytelnik towarzyszy prawnikowi w Madrycie, czy podczas wielu różnych sytuacji wciąż pozwalają nam pozostać w umyśle naszego bohatera, chociaż te momenty, kiedy odrywamy się, aby zobaczyć co słychać u Lucii czekającej na Teneryfie całkowicie pozbawiają nas już wrażenia realności. A szkoda. Z drugiej zaś strony fajne jest to, że Loureiro nie trzyma się jednego schematu, w dodatku tego, który przyniósł mu ogromny sukces. Rozwija swój styl, inteligentnie rozbudowuje fabułę i kreuje coraz lepsze charaktery. W końcu bliżej poznajemy Prticzenkę i Lucię, co było wcześniej mocno ograniczone z powodu narracji. Poza tym wprowadza nowe postaci, póki co jeszcze nie tak bardzo mocne, ale może z czasem lepiej się wyklarują, oczywiście o ile przetrwają. Na szczęście autor pozbawia lekturę nonsensów i poddawania pod nos wszelkich możliwych narzędzi do przetrwania. Teraz toczy już konkretną walkę, choć zdarzają mu się wpadki w stylu ratowania z opresji, choć nadziei na przeżycie nie było żadnej.
     Kolejny tom serii autorstwa Manela Loureiro świetnie sprawdza się w roli kontynuacji. „Mroczne dni” utrzymują poziom jedynki choć same zombiaki zepchnięte zostają na drugi plan. Teraz uwaga autora, a tym samym czytelnika, koncentruje się na drugiej stronie apokalipsy zombie, a mianowicie przetrwaniu pośród ludzi, którzy w każdym wypatrują zagrożenia, ale przede wszystkim sami je stanowią. Ogarnianie nowego porządku świata, godzenie się z faktami i próby zrozumienia, że można było uniknąć infekcji zajmują wszystkie nasze myśli. Powieść na wielu płaszczyznach wzbudza wszelkie możliwe emocje, czy to przerażenia na rodzące się zło, przy jednoczesnym szoku, czy napięcie, gdy bohaterowie cudem unikają śmierci. „Apokalipsa Z” ponownie nie zawodzi. Autor zaryzykował zmianę formy, ale szczęśliwie historia nic na tym nie straciła, a wręcz zyskała. Zdecydowanie polecam!

Ocena: 5/6

Ksiażkę przeczytałam dzięki wydawnictwu MUZA!
muza.com.pl

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Książka #294. Apokalipsa Z. Początek końca, aut. Manel Loureiro

Tytuł oryginalny: Apocalipsis Z:El Principio del Fin
Seria: Apokalipsa Z #1
Gatunek: horror
Wydawca: MUZA
Rok wydania: 2010 (Świat), 2013 (Polska)
Tłumaczenie: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
ISBN 978-83-7758-474-3
Ilość stron: 416     Format: 130x200mm
     O istnieniu zombie świat kulturalny wie już nie od dziś. Dotychczas jednak ich mordercze działanie, choć odczuwalne na całym świecie skupiało się w większości na amerykańskich mieszkańcach. W końcu jednak usłyszano o nich i w Hiszpanii, a to wszystko przez Manela Loureiro, który zafascynował czytelników swojego bloga postacią bohatera przemierzającego przez kraj i walczącego z zombie. Zainteresowanie historią dało mu motywację do stworzenia książki „Apokalipsa Z. Początek końca”, która przerodziła się w pełnowymiarową trylogię.
     Bohater powieści, prawnik z zawodu, płetwonurek z zamiłowania w ramach terapii po utracie swojej ukochanej żony rozpoczyna prowadzenie bloga, na który ma przelewać wszystkie swoje emocje. W trudach dnia codziennego towarzyszy mu wierny kot Lukullus, który stał się dla niego członkiem rodziny. Wkrótce do uszu mężczyzny zaczynają dochodzić dziwne doniesienia z Rosji, gdzie rozpętała się jakaś dziwna epidemia. Kiedy po pewnym czasie urywa się kontakt słychać informacje o podobnych sytuacjach w innych częściach świata. Mężczyzna pieczołowicie opisuje wydarzenia w swoim internetowym dzienniku, aż do chwili kiedy tajemnicza choroba puka do jego drzwi i zmusza go do opuszczenia bezpiecznych murów jego domu i udania się w podróż, aby uratować siebie i kota przed krwiożerczymi żywymi trupami.
     Kolejna powieść o zombielandzie tworzona w dość nietypowej konwencji. Większość z nas pisze, bądź kiedyś pisała bloga, większość z nas wie, jak to się odbywa. Wiele z nich zostało opublikowanych więc nic dziwnego, że i Manel Loureiro doczekał się tego zaszczytu. Jednakże to co najbardziej tutaj powala, to sposób wykorzystania tej formy przelewania swoich myśli. Autor specjalnie lokuje powieść w miejscu swojego zamieszkania, Pontevedrze, a także daje bohaterowi ten sam zawód, który on wykonywał. Świetny sposób na nadanie realizmu całej opowieści, która sprawdza się równie dobrze, jak i opowiedzenie historii pod postacią reportażu w „World War Z”. Jednakże ta metoda, wykorzystana przez Hiszpana, daje zdecydowanie większe pole do manewru jeżeli chodzi o rozbudowanie najważniejszej postaci. Pierwszoosobowa narracja daje możliwość bliższego poznania i tym samym, osądzenia wykreowanego bohatera. Dzięki temu, że wszystko obserwowane jest z jego perspektywy z łatwością wczuwamy się w klimat grozy, który jest wszeobecny podczas lektury. Wraz z prawnikiem odczuwamy przerażenie, stres, obawy, ale mamy również i wątpliwości. Co prawda, niektóre z jego decyzji, a także dziwaczny tok rozumowania są zbyt prosto sformułowane, ale dzięki temu chociaż szybko wciągamy się w całą lekturę.
     Fabuła jest tutaj niesamowicie prosta. Pomimo tego, że bohater czuje się bardzo bezpiecznie w swoim domu, przecież jakimś sposobem jest to ogrodzona wysokim murem z własnym źródłem prądu forteca zmuszony jest opuścić jej ściany. W końcu na zewnątrza aż roi się od tysięcy umarlaków wobec czego trzeba znaleźć bezpieczne lokum, najlepiej na wodzie, skoro Bezpieczne Strefy upadły pod falą zombie. I tak oto bierze do kosza kota, pakuje w plecak skradziony zombie żołnierzowi resztki jedzenia i wody, no i wyrusza w poszukiwaniu łodzi. Oczywiście, choć autor sprawia, że jego bohater jest na kilka kroków przed wydarzeniami, to i tak boimi się o jego życie. Jednakże sposób narracji i ogólnie prowadzenia bloga, a następnie dziennika niesie za sobą ten problem, że od razu wiadome jest jak kończy się dana przygoda prawnika, skoro później o niej pisze. Na swój sposób jest to bardzo przewidywalne, ale z drugiej strony nie przeszkadza to czytelnikowi w obawie o jego życie, choć można złapać się na tym, że bardziej interesuje nas los kota niżeli jego właściciela. Pełno tutaj najrozmaitszych zwrotów w akcji, które zawsze starają się wyrwać z problemów bohatera i jego towarzyszy. W pewnym momencie staje się to już denerwujące, ale nie oznacza to, że lektura nie jest porywająca. Można się autentycznie przerazić, mieć nieprzyjemne uczucia względem zwłok, mózgów i flaków, ale to nadaje smaku całej powieści.
     Dzięki takim tekstom jak „Apokalipsa Z. Początek końca” człowiek może spokojnie oswoić się z tematyką zombie. Wszystko to z powodu bardziej dramatycznego podejścia do problemu zombie, traktowanego jako swoistą przyczynę zagłady całej ludzkości. Rośnie więc uczucie niepokoju, a wizja tego, że chodzi tu jedynie o przetrwanie nie jest zbyt pokrzepiająca. Wiadomo jest, że ta historia nie może się dobrze skończyć, ale zawsze pozostaje nadzieja na znalezienie lepszego, bezpieczniejszego miejsca. Loureiro robi coś ponadto. Buduje bardzo dobrą postać prawnika, a także genialna relację z jego kotem- Lukullusem, a także innymi bohaterami, takimi jak Pritczenko. Bez problemu można polubić każdego z nich, choć jednak boli, że bardziej interesujemy się losem zwierzęcego przyjaciela człowieka. Nie mniej, z powodu swojej niebanalnej prezencji książka wciąga, ciężko jest się od niej oderwać, a chyba nie ma lepszego dowodu na jej świetność.
Ocena: 5/6

Recenzja dla wydawnictwa MUZA!
muza.com.pl

wtorek, 13 grudnia 2011

Książka #61. Sztuka pomagania, aut. Claudia Casanovas, Felisa Chalcoff

Tytuł oryginalny:El arte de ayudar, su luz y su sombra
Gatunek: psychologia, poradnik
Wydawca: Studio Astropsychologii
Rok wydania: 2011
Projekt okładki: Piotr Pisiak
Tłumaczenie: Agnieszka Hippe
ISBN978-83-7377-484-1
Ilość stron: 192  | Format: 145x205 mm




      Poznały się w 1979 roku na zajęciach w Rio Abierto i od razu przypadły sobie do gustu. Choć jedna jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Buenos Aires a druga magistrem psychologii pochodzącym z Włoch połączyła je przyjaźń na wiele lat, pomimo dzielącej ich odległości. Claudia Casanovas oraz Felisa Chalcoff postanowiły w końcu wydać na świat swoje pierwsze dziecko i tak oto powstał swoisty poradnik o tytule „Sztuka pomagania. Jak dawać i przyjmować pomoc”. W Polsce pozycja ukazała się dzięki Studiu Astropsychologii.

     Sztuka pomagania” to zbiór refleksji spisanych przez autorki a dotyczących zagadnienia dawania pomocy tym, którzy tego potrzebują i przyjmowania pomocy, kiedy my sami będziemy w potrzebie. Odpowiedzą na pytania jakie cechy powinien posiadać człowiek pomagający, a także o licznych problemach z jakimi może się on spotkać. Czytelnik będzie mógł poznać wszelkie czynniki jakie wpływają na możliwość niesienia pomocy, jak także to, że aby móc udzielić komuś pomocy, najpierw musimy ją od kogoś otrzymać.
    Autorki w dość specyficzny sposób rozpoczynają swoją publikację. Z początku dają czytelnikowi możliwość poznania ich samych. Wówczas już każdy wie, czym te kobiety się zajmują i mogą sobie już nakreślić w swoich głowach jaki każda z nich będzie miała wpływ na lekturę. W dalszej części poruszają tematykę, która jest dla czytelnika dość oczywista. Każdy z nas kiedyś potrzebował pomocy, jak i każdy kiedyś komuś próbował pomóc. Autorki w dość interesujący sposób starają się to zaprezentować, choć w zasadzie nie jest to dla nikogo nic nowego. Z pewnością zwracają uwagę na to, że aby rozpocząć proces pomocy to osoba wspomagana powinna zaakceptować problem, któremu musi stawić czoło. Nie każda pomoc zakończy się sukcesem, ale nie znaczy to, że jest to pomoc zła. Na te elementy autorki w dużej mierze stawiają nacisk. Aby bardziej trafić do czytelnika i zaakcentować swoje argumenty powołują się na wiele różnych nurtów filozoficznych, odwołują się do takich postaci jak Heraklit, czy też Lao Tse. Ponadto swoje rozważania popierają także różnymi anegdotami z życia znanych wszystkim postaci, jak chociażby Edisona i jego historii z żarówką, ale też i mitologii o Heraklesie. Autorki wykorzystują ku temu także metafory z czego do czytelnika chyba najbardziej trafiają te muzyczne, gdzie przyrównuje się życie i pomaganie do koncertu czy też obsługi instrumentu. Przyrównują także pomoc do oddychania, którego mechanizm jest dość podobny- aby dać trzeba najpierw wziąć. Wydaje się być to całkowicie logiczne, choć w zasadzie wcześniej człowiek nie zwracał uwagi na jego sensowność. Ponadto autorki starają się zmusić czytelnika do własnej refleksji nad tematami przez nie poruszanymi. Nie ma rozdziału, który obył by się bez ćwiczeń lub zalecenia refleksji nad pytaniami postawionymi przez autorki, co może zdecydowanie ułatwiać sprawę i autentycznie czegoś nauczyć. Dodatkowo w rozdziałach książki poświęconych pomagającemu i wspomaganemu nie brakuje również kilku ciekawych historii obrazujących to jakimi przeszkodami może mieć do czynienia pomagający, ale też wskazówek, które uzmysłowią nam jakie przeszkody mogą stanąć przed nami jako osobami potrzebującymi pomocy. Jednakże cała ta książka nie daje nam zbyt wielu konkretnych faktów, najwięcej o historii i innych elementach, o których w swojej pracy wspominają autorki, dowiemy się z przypisów, które momentami są bardzo rozbudowane. Wynika to z faktu, że w swojej książce pisarki powołują się na sporą ilość pisarzy i ich prac, ale przynajmniej widać, że bardzo dogłębnie zbadały ową tematykę.
     Polską wersją owej książki zajęło się Wydawnictwo Studio Astropsychologii, które postarało się, aby w niedługim czasie po premierze książki ukazała się ona także na półkach polskich księgarni. Okładka projektu Piotra Pisiaka jak najbardziej przykuwa oko i idealnie oddaje charakter tej książki. Radosne barwy i prostota okładki frontowej sprawia, że przyjemniej sięga się po tą lekturę. Wydrukowany tekst także jest niczego sobie. Wszystko jest przejrzyste, zachowano ciągłość jeżeli chodzi o pogrubienie tytułów, zastosowanie kursywy przy ćwiczeniach, czy chwilach na refleksję i tego typu rzeczach. Dzięki temu przyjemniej podchodziło się do lektury, choć z niewiadomych powodów czytelnik szybko się w jej trakcie męczy.
    Sztuka pomagania” to nie jest książka dla każdego. Pomimo tego, że autorki poruszają temat w zasadzie dość życiowy, a z ich mądrości mogłoby skorzystać bardzo wiele osób, to jednak sposób w jaki je prezentują jest niezwykle męczący. Za mało tutaj konkretnych faktów, za mało ćwiczeń, za mało ciekawostek. Pozycja ta nie jest typowym poradnikiem, bo choć może zasługiwać na takie miano to jednak za dużo tutaj osobistych rozważań autorek na temat pomagania. Oczywiście, czytelnik pozna jakąś niezbędną bazę, ale niewiele ponad to. Niestety, książka rozczarowuje. Osobiście mogę powiedzieć, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Jako osoba, która zawsze chętnie innym pomaga, liczyłam na jakieś wskazówki, porady, cokolwiek. Niestety, dostałam tylko refleksje dwóch przyjaciółek, które wymieniają się poglądami na temat zapisanych już gdzieś wcześniej stwierdzeń. 


Ocena: 3/6


Książkę przeczytałam i zrecenzowałam dzięki uprzejmości pani Dominiki Dudarew ze Studia Astropsychologii, a także portalu Sztukater, który mi ją udostępnił.





wtorek, 23 sierpnia 2011

Książka #28. Książę Mgły, aut. Carlos Ruiz Zafon

Tytuł oryginalny: El Principe de la Niebla
Gatunek: literatura piękna
Wydawca: Muza S.A.
Rok wydania oryginału: 1993
Rok wydania w Polsce: 2010
Projekt okładki i ilustracja na okładce: Opalworks
Tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas
Redakcja: Marta Szafrańska-Brandt
Korekta: Elżbieta Jaroszuk
ISBN 978-83-7495-837-0 (opr. brosz.)
Ilość stron: 200
Format: 132x205 mm




     W ostatnich latach powieści pewnego pisarza o hiszpańskim nazwisku nie schodzą z list bestsellerów na całym świecie. Carlos Ruiz Zafon z zawodu dziennikarz, stworzył i nadal tworzy wspaniałe powieści, które klasyfikowane są jako pozycje dla najmłodszych. Pomimo tego, że największy sukces zyskał dzięki powieści o tytule „Cień wiatru”, to właśnie od „Księcia Mgły” rozpoczęła jego przygoda z książkami, a miało to miejsce w 1993 roku. Pomimo tego, że bardzo dużo czasu minęło od owej premiery w Polsce powieść ukazała się dopiero w 2010 roku za sprawą Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA S.A.

     Rodzina Carverów przenosi się do domu przy plaży w jednym z nadmorskich miasteczek. Po pewnym czasie w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a Maxie – synu Państwa Carverów, największą grozę wzbudzają posągi znajdujące się na tyłach posesji. Rodzina zdaje sobie sprawę ze straszliwej historii, która rozegrała się w życiu poprzedniej rodziny mieszkającej w tym domu. Wkrótce Max poznaje młodego chłopaka o imieniu Roland, który pomieszkuje w małym domu na plaży, a jego dziadek zamieszkuje latarnię morską. To właśnie on opowiada chłopcu i jego siostrze- Alicji, przerażającą historię dotyczącą tego co wydarzyło się przed 25 laty, a w którą to historię zaangażowana była magia pod postacią Księcia Mgły, a także statek widmo o nazwie „Orfeusz”. Wszyscy są pewni, że po 25 latach od zatonięcia okrętu zło ma zamiar powrócić do miasteczka, aby odebrać niespłacony dług.
     „Książę Mgły” to powieść całkowicie niepozorna. Rozpoczyna się dość niewinnie, gdyż czytelnik jest świadkiem przeprowadzki rodziny Maximilliana Carvera, z zawodu zegarmistrza, do nadmorskiej mieściny. Zamieszkują opuszczony dom, całkowicie nieświadomi jego przerażającej przeszłości. Na tym etapie jedyne czego czytelnik może się spodziewać to jedynie problemy towarzyszące takim zmianom. Zmiana przyjaciół, zmiana pracy, całkowita zmiana otoczenia. To przysparza wielu problemów, w szczególności najmłodszym, którzy nie potrafią dostosować się do nowego miejsca. Niektórzy robią to aż nazbyt chętnie, czego przykładem jest kilkunastoletni Max. Wkrótce jednak dochodzi do tragedii w wyniku, której jego najmłodsza siostra- Irina, w wyniku upadku ze schodów zapada w śpiączkę. Od tamtej pory wydarzenia toczą się w zawrotnym tempie. Atmosfera się zagęszcza, o co Zafon bardzo dobrze zadbał. Nie wyjawia tajemnicy domu do końca. Bawi się czytelnikiem, gdyż ten do końca nie wie o co dokładnie chodzi z tym domem, z posągami, no i z poprzednimi mieszkańcami. Wywołuje to dreszczyk emocji, więc kiedy dochodzi do wyjawienia części tajemnicy, czytelnik z pełnym skupieniem zagłębia się w dalszą część lektury. Z początku zwykłe czytadło zamienia się w mrożącą krew w żyłach historię, którą trudno jest przetrawić. Wprowadzone zostają elementy zaskoczenia, a także przerażenia. Cała historia jest tak niezwykła, że czytelnik z zafascynowaniem czeka na dalsze jej rozwinięcie. A to co następuje później… jest jeszcze lepsze od wprowadzenia.
     Carlos Ruiz Zafon jest autorem, który w sposób niezwykły przedstawia czytelnikowi określoną koncepcję. W „Księciu Mgły” wprowadza do powieści narratora w trzeciej osobie, który nie tylko bacznie obserwuje wydarzenia rozgrywające się w miasteczku, ale także jest wszechwiedzący. Ponadto nie siedzi tylko przy jednej osobie opisując wszystko, to jak ona je postrzega, ale skacze po różnych bohaterach. Raz towarzyszymy Maxowi, innym razem staruszkowi z latarni, a jeszcze innym stajemy tuż obok doktora Kaina, Księcia Mgły. Nie każdemu udaje się taki sposób przedstawiania fabuły, ale Zafonowi wychodzi to znakomicie, ponieważ potrafi idealnie wykreować nie tylko młodego chłopca, czy też dziewczynę, ale także wcielić się w postać staruszka, czy złowrogiego maga. Kolejnym atutem powieści są zdecydowanie bardzo rozbudowane opisy. Dzięki nim czytelnik bez trudu może wyobrazić sobie przestrzeń za nowym domem Carverów, czy też wiekowego „Orfeusza” i straszliwego klowna, który niejednokrotnie wzbudza przerażenie. Opisy fascynują, ale też wywołują u czytelnika uczucie grozy.
     W Polsce powieść ukazała się nakładem Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA S.A., które wydało także poprzednie powieści Carlosa Ruiza Zafona, takie jak „Cień wiatru”, „Gra anioła”, czy „Marina”. Nic więc dziwnego, że i tą publikacją zainteresowało się wydawnictwo. Za każdym razem powieści Zafona przyciągają wzrok potencjalnego czytelnika. „Książę Mgły” kusi zielenią, która oznaczać ma kolor nadziei. Na okładce zobaczymy starą latarnię otoczoną mgłą, a tuż obok statek widmo. Wygląda to bardzo spektakularnie i robi spore wrażenie. Od razu nakreśla nam o czym może być książka. Gdy otworzymy powieść każdy kolejny rozdział odznaczony jest latarnią, co daje bardzo fajny efekt. Poza tym napisana została całkiem znośną czcionką, a przez to, że powieść ma zaledwie 200 stron bardzo szybko się ją czyta.
     Każdy powie, że „Książę Mgły” to powieść prawdziwie magiczna. Jednakże, mnie osobiście trudno jest pojąć dlaczego książki Carlosa Ruiza Zafona są klasyfikowane dla literatury młodzieżowej, bo przecież pierwsze jego dzieło wydaje się być skierowane do wielu odbiorców, co było z góry zamierzone przez autora. Pomimo tego, że jest to historia przede wszystkim rodzinna, to jednak nie brakuje jej mrocznego klimatu. Koncepcja jest dość przerażająca, a napięcie rośnie wraz z rozwojem wydarzeń w powieści. Nie tylko budzi skrajną fascynację, ale też zmusza do pewnych przemyśleń. Czytelnik bez problemu może utożsamiać się z bohaterami, gdyż wydarzenia rozgrywane w powieści nie muszą mieć jedynie magicznego wymiaru, ale można odbierać je także metaforycznie.


Ocena: 5/6