NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmiczne podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmiczne podróże. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 maja 2018

1248. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi, reż. Rian Johnson

     Kiedy myślę sobie o sadze Gwiezdne Wojny, myślę o moim tacie. Tacie, który jest tak zagorzałym fanem, że zabrał swoją 14 letnią córkę do kina na wznowioną wersję Nowej nadziei (P.S. pierwszy i jedyny raz, gdy zasnęłam w kinie!). Nigdy nie byłam szczególnym sympatykiem tej serii, ale gdy pojawiały się pierwsze odsłony nowych trylogii ulegałam fascynacji. Tak było z Mrocznym widmem, tak było też z Przebudzeniem mocy. Jednakże wraz z kolejnymi filmami mocy brakowało mi coraz bardziej. I też sposobem, wraz z Ostatnim Jedi zaliczyłam kolejny spadek mocy.
Źródło: Galapagos Films

     Cała Galaktyka czeka na powrót jej ostatniej nadziei, wielkiego rycerza Jedi- Luke'a Skywalkera (Mark Hamill). Ten za to odpoczywa sobie na małej wysepce, otoczony całą rzeszą drobnych porgowych potworków, licząc na to, że cały wszechświat zapomniał o jego istnieniu. Na miejscu pojawia się Rey (Daisy Ridley), która nie ma zamiaru odpuścić, licząc nie tylko na możliwość opanowania swojej mocy, ale również na pomoc w walce z wrogiem. Tymczasem ostatni z Rebeliantów próbują uciec przed flotą Nowego Porządku, prowadzonego przez bezwzględnego Snoke'a (Andy Serkis) i jego ucznia Kylo Rena (Adam Driver).

     Patrząc na kolejne filmy z serii Gwiezdne Wojny mam wrażenie, że robią się coraz głupsze. Przynajmniej od kiedy wpadły w ręce Disneya. Oczywiście, nigdy nie był to za specjalnie wybitny film, ale niósł za sobą pewną mądrość, dostarczał widzom wiele radości. Dalej tak jest, ale dodatkowo jest naszpikowany bezmyślnymi wstawkami, które rzutują na odbiór całości, jako spójnego i logicznego obrazu. Wiele humorystycznych scen było zwyczajnie nie na miejscu, a może bardziej... nie wypadały naturalnie w wykonaniu konkretnych postaci. Dla równowagi inne skutecznie rozśmieszały, czy zwyczajnie wywoływały pozytywne emocje. Logika jednak potężnie siadała, a płynność przejść między niektórymi sekwencjami daleka była od ideału. Nic nie było tak dobijającego, jak zabawa pewnej postaci w superbohatera rodem z filmów Marvela. Rozbrajająco wyglądała również chwila, która mogłaby być zakończeniem filmu, aż tu nagle... po co kończyć, skoro jeszcze trochę można poszaleć. Logiczne były tutaj powody, szkoda tylko, że nie udało się tego lepiej przeprowadzić. W zasadzie to każda scena ma większy bądź mniejszy wpływ na fabułę filmu- choć z pozoru wydaje się być tylko marnowaniem czasu i przedłużaniem akcji na siłę. Ostatecznie albo sieje się zalążek nowych bohaterów, albo przegania pod mur starych. Nie jest jednak tak, że Ostatni Jedi to zlepek bezmyślnych scen, które aż się proszą o przeróbkę na memy w internecie. W końcu trzeba zrozumieć rozterki Kylo Rena i jego niezwykłą relację z Rey, trzeba wkręcić się w myślenie Ruchu Oporu, czy zrozumieć istnienie Jedi. Dlatego też produkcja Johnsona ma w zanadrzu kilka przepięknie nakręconych, dobrze zagranych i przede wszystkim zaskakujących scen. 
Źródło: Galapagos Films

     Gwiezdne Wojny to nie obraz, o którym łatwo można zapomnieć. Nawet o szkaradnym koszmarku, za jaki uznawano Mroczne Widmo, wciąż się opowiada. Ostatni Jedi nie jest absolutnie żadnym paskudztwem, to jeden z piękniejszych wizualnie filmów tej sagi. Obraz Johnsona może poszczycić się przede wszystkim pięknymi lokalizacjami. Cudownie kontrastowe- biało czerwone połacie jednej z planet zapierają dech. Z drugiej strony mamy miejsca pełne przepychu w zestawieniu z całkowicie osobliwymi, acz przestronnymi terenami. Do tego wszystkiego dochodzą również bardzo dopracowane istotki. Porgi stały się maskotką filmu, z tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i ciałkami świnki morskiej skrzyżowanej z sówką. Zachwyca każdy malutki kryształek przytwierdzony do kryształowych ciałek kryształowych lisków, które tak wspaniale się mieniły. A czy końskie lamy nie wzbudzały jak najbardziej pozytywnych emocji? Gdyby ktoś nie uważał tego za wystarczająco piękne, to nie zapominajmy, że film serwuje nam również kilka genialnie wyglądających scen. Walka w gabinecie Snoke'a, czy też starcia w kosmosie... Rey w tajemniczej grocie, co na myśl przywodziło Incepcję. Świetna zabawa nie tylko grafiką komputerową, ale przede też kamerą, dała w efekcie coś spektakularnego. Łatwo zatracić się w tej wizualnej feerii, która dodatkowo zyskuje w towarzystwie muzyki Johna Williamsa. Ojciec muzyki do całej serii Gwiezdnych Wojen, do całej serii Harry Potter, i da się tutaj wyczuć nuty zarówno tej pierwszej, jak i drugiej. Nuty dynamiczne, nuty złowrogie i nuty całkowicie lekkie. Wszystko przeplata się dając nam przepiękny koncert.

     Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nowych bohaterów. Wciąż odczuwam lekki dyskomfort na myśl o darzeniu większą sympatią roboty niżeli ludzi. Tutaj dodatkowo dochodzą jeszcze urocze porgi. Trudno jednak pokochać bohaterów, którzy lecą przez przestrzeń kosmiczną, próbują rozwalić wszystko co się rusza, lub zwyczajnie ściągają koszulki w nieodpowiednich momentach. No bo serio... skoro w pierwszym filmie Kylo Ren ściągnął maskę (meh!), w drugim koszulę (ych!), to czy należy się obawiać, że w trzecim pozbawi się go spodni? Czy na tym będzie się opierała groza finału trylogii? Oczywiście, nie ciuchy świadczą o aktorstwie, ale ostatecznie może to skutecznie utrudniać odbiór. Do tego wszystkiego mamy bohaterów, którzy nie pojawiają się z jakichś ważnych powodów, no chyba tylko po to, aby zaprezentować dziwaczność wyborów po utracie siostry, czy też całować ledwo poznanych facetów, gdy w tle umiera wolność. Dawne postaci powracające z różnych rejonów też za specjalnie nie zachwycają swoim udziałem. Lekko bawią, lekko poruszają w nas sentymentalizm, ale ostatecznie nic fascynującego to nie powoduje. 
Źródło: Galapagos Films

     Za każdym razem, gdy wskakuję na seans Gwiezdnych Wojen oczekuję prawdziwych emocji- moich, nie bohaterów. Jednakże Ostatni Jedi ledwo poruszył we mnie tę dziecięcą nutę, która ekscytuje się science fiction, walkami i uroczymi kosmitami. Być może wynika to z wieku, być może powodem jest niekończąca się ilość odcinków serialu, który nie chce się skończyć. Wciąż jednak łudzę się, że jest to kwestia zbyt dużej ilości niedoróbek, przy tej wersji zdarzeń będę obstawać. W końcu ileż można znieść takich żartów z logiki. Rozumiem- sci-fi, tutaj nie musi być realnie, ale... nie przesadzajmy. Tej jednej sceny nie jestem w stanie przeboleć i moja dłoń znów ląduje na czole, w trakcie kolejnego seansu. Szczęśliwie- jest na co popatrzeć, a patrzenie nie boli, i za to chwała niech będzie twórcom. Znowu jest satysfakcjonująco, jedynie, a mogło być przecież powalająco. Film zostawia nas z wielkimi nadziejami na przyszłość, otwiera bardzo wiele różnych furtek, że teraz z niecierpliwością wyczekiwać będziemy finału. Może wtedy moc znowu się przebudzi!

Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” - dystrybucja Galapagos Films



Oryginalny tytuł: Star Wars: The Last Jedi / Reżyseria: Rian Johnson / Scenariusz: Rian Johnson / Zdjęcia: Steve Yedlin / Muzyka: John Williams / Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Laura Dern, Benicio del Toro / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy

Premiera kinowa: 09 grudnia 2017 (Świat) 14 grudnia 2017 (Polska)
Premiera DVD: 23 kwietnia 2018

sobota, 30 września 2017

1239. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn

     Kinowe Uniwersum Marvela rozszalało się na dobre, kiedy do ekipy dołączyli „Strażnicy Galaktyki”. 3 lata temu wzbudzali zachwyt wśród widowni i krytyków, którzy pokochali nie tylko historię, ale przede wszystkim nietuzinkowych bohaterów. Teraz James Gunn powraca z najnowszą odsłoną ich przygód, bowiem ta nietypowa rodzina wyrzutków społecznych ponownie ratuje wszechświat przed złem i nikczemnością. „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to film z kategorii „bardziej”- bardziej emocjonujący, bardziej dynamiczny i jeszcze bardziej zakręcony.
Źródło: Galapagos Films

     Ekipa Star-Lorda (Chris Pratt) zyskała sławę po tym jak ostatnim razem udało im się ocalić galaktykę przed Ronanem oraz kamieniem nieskończoności. Teraz dostają kolejne zlecenia, ale ich nieokrzesane zachowanie ściąga na nich gniew zleceniodawców, którzy ścigają ich przez połowę kosmosu. Przed zbliżającą się zgubą ratuje ich tajemniczy mężczyzna. Oni sami jednak uszkadzają statek i zmuszeni są lądować na nieznanej sobie planecie. Podczas gdy Rocket (Bradley Cooper) wraz z Grootem (Vin Diesel) próbują podreperować statek, Peter wraz zresztą drużyny wyrusza na planetę Ego (Kurt Russell), gdzie poznaje swoje korzenie oraz przeznaczenie. Tymczasem poprzez galaktykę pędzą za nimi najemnicy z Yondu (Michael Rooker) na czele, którzy nie cofną się przed niczym, aby sowicie zarobić na zleceniu.
     James Gunn nie osiada na laurach. Świadomy tego, że postawił sobie wysoko poprzeczkę chciał przeskoczyć pierwszy film albo chociaż uczynić go równie zaskakującym i zachwycającym co pierwszy. Ewidentnie widać, że plany skończyły się sukcesem i pod wieloma względami „Strażnicy Galaktyki vol. 2” przebijają pierwszy film. Co najbardziej zaskakujące, udaje się tutaj uniknąć problemów wielu innych sequeli, ponieważ ten jeszcze bardziej rozbudowuje swoich bohaterów, prezentuje ich przemianę w najlepszy z możliwych sposobów, a do tego dokłada równie porywającą historię przewodnią wokół, której kumulują się działania postaci filmu. Nie jest to ten sam kotlet odgrzany ponownie, to pełnoprawna kontynuacja mogąca szczycić się najlepszą wśród tegorocznych sequeli.
Źródło: Galapagos Films

Wszystko co niedopowiedziane w części pierwszej w końcu znajduje rozwiązanie. W najnowszym filmie Gunna bohaterowie będą jednoczyć się w rozwikłaniu tajemnicy pochodzenia Petera Quilla. I już na tym etapie fabuła ciekawie się rozwarstwia. Nie tylko poznajemy ojca, ale również odnajdujemy nowego Star-Lorda i wyjaśnienie jego przetrwania po akcji z kamieniem nieskończoności. Nie tylko dostajemy potężnego złoczyńce, ale zostaje on zestawiony również ze skokami w przeszłość. Zaledwie jeden wątek z wielu w tym filmie, a dostarcza najrozmaitszych emocji, tak bardzo ze sobą sprzecznych. Przy okazji tej historii wychodzi zupełnie inna relacja, która przyprawia o zawrót głowy, ale przede wszystkim o potok łez.
Zawieszona w kosmosie opowieść Gamory i Nebuli również znajduje swój ciąg w tym tytule. W końcu mamy okazję poznać bliżej niebieską część córeczek Thanosa, a także zrozumieć motywy jej działania. Nierzadko była też obiektem drwin ze strony towarzyszy podróży, co akurat nie jest dziwne, a i jej towarzysze raczej czarne poczucie humoru mają. Czasami odnosi się wrażenie, że jej postać jest jedynie zapychaczem, aby inni mieli okazję się wykazać, ale na szczęście szybko to mija, gdy przychodzi do faktycznej rozgrywki.
Źródło: Galapagos Films

Największą przemianę przeszła chyba postać Draxa. Oczywiście, twórcy nie zapominają dlaczego w ogóle znalazł się w tej bandzie nieszczęśników, ale dają mu coś innego- poczucie humoru. Tym sposobem przy większości wiekopomnych chwil, czy chociażby każdej innej sytuacji wymagającej powagi, wkracza Drax ze swoim pokrętnym wtrąceniem rozwalającym cały system i rozśmieszającym wszystkich, na sali oczywiście. Niby śmiertelnie poważny, ale tak bardzo nieporęczny z wyczuciem chwili. O dziwo to bawi, ale co jeszcze dziwniejsze momentami też drażni, gdy sięga do przesady. Nie mniej, jego dyskusja na temat brzydoty Mantis to największy hit tej odsłony „Strażników...”. Takich scen jest za dużo, aby wszystkie wymieniać, ale koniec końców tym razem to Drax jest tym, który skupia najwięcej uwagi, bo najbardziej bawi swoimi komentarzami. Inną istotą, mogącą bardziej zachwycać niż on jest sam Groot. On zachwyca bezustannie, ale teraz jest małym drzewkowym dzieciątkiem. Jego zachowania porównywać można z półtorarocznym dzieckiem, który teoretycznie rozumie, ale jakby nie do końca. Wzbudza największe instynkty macierzyńskie, kiedy dzieje mu się krzywda. Aż ma się ochotę wejść na plan i poklepać go pocieszająco po ramieniu, ewentualnie ululać do snu.
Film porusza jeszcze całą masę innych tematów, czy to bunt załogi Yondu, jego odrzucenie z kręgu najemników- jego prawdziwej rodziny, jego niesamowitą relację z Rocketem, czy też dziwaczne zachowania Sprzymierzonych (BTW co to w ogóle za jedni?!). I co zaskakujące, pomimo tego, że jest tutaj cała masa historii pobocznych, wszystkie idealnie się ze sobą przeplatają, wzajemnie uzupełniają i dzięki temu nie ma się wrażenia przeładowania- wręcz przeciwnie, jest jeszcze bardziej intrygująco i dynamicznie.
Źródło: Galapagos Films

    Dorównując swojemu poprzednikowi „Strażnicy Galaktyki vol. 2” są równie dynamiczni, równie kolorowi i równie zachwycający muzycznie. Efekciarstwo w tym filmie jest pierwszorzędne, aczkolwiek przeładowanie grafiką znajduje również ujście w jakiejś pokrace. Niestety, nie udało się tego uniknąć i niestety finałowa akcja na Ego jest tego przykładem. Mocno rozdrażniający pokaz mocy, który jest ukłonem dla lat osiemdziesiątych, z tym muszę się zgodzić, ale finalnie jak dla mnie jest jedynie zapychającą i przesadną popisówką. Pięknie natomiast wygląda tutaj kosmos. Każda jedna planeta, a planeta Ego to już w ogóle pokaz najcudowniejszych piękności wszechświata. Zachwycają barwy, zachwyca animacja, która wygląda naprawdę realistycznie, jakbyśmy siedzieli na jednej z tych asteroidek i obserwowali z niej bezmiar cudownego kosmosu. A dużo się w nim dzieje. Szalone pościgi, jeszcze bardziej szalone wybuchy i od groma innych kosmicznych atrakcji, które przyciągną uwagę każdego.
Bezzaprzeczalną zaletą „Strażników Galaktyki” jest ich oprawa muzyczna. Z jednej strony genialny podkład muzyczny Tylera Batesa, a z drugiej... rewelacyjny zlepek najlepszych kawałków muzycznych. Do tego świetnie dopasowane do scen akcji, jak chociażby wspaniała akcja na statku Yondu w rytmie „Come a Little Bit Closer” w wykonaniu Jay and the Americans, też „Mr. Blue Sky” z niezwykłym układem tanecznym Groota i szalejącą w tle walką z gigantycznym potworaskiem, czy też „The Chain” nadający grozy chwilowemu rozstaniu przyjaciół. Utwory mniej lub bardziej znane współczesnemu odbiorcy, które latami biegały po falach radiowych lub też nie. Świetnie tutaj spełniają swoją rolę i udowadniają, że kompozycje niekoniecznie tematycznie powiązane z fabuła filmu, czy jej linią czasową, mogą idealnie się sprawdzić i nadawać dodatkowego charakteru.
Źródło: Galapagos Films

     „Strażnicy Galaktyki vol. 2” to autentycznie film niezwykły. Czysta rozrywka podrasowana intrygującą fabułą. James Gunn poszedł o krok dalej, chcąc dać widzowi nowe powody do miłości do tego filmu, a być może nawet przekonać do niego jego zagorzałych przeciwników. Niegdysiejsi wrogowie stają się sojusznikami, a wszystko przez coraz większy rozwój postaci oraz ich relacji. To nie są ci sami Strażnicy co w pierwszymi filmie. Są mądrzejsi o nowe doświadczenia, a co za tym idzie jeszcze bardziej zabawni, jeszcze bardziej angażujący się oraz bardziej intrygujący. To wszystko, jak zawsze, w najwspanialszej oprawie studia Marvela, czyli masa wybuchów, feeria światła i barw, a także rewelacyjny dobór ścieżki dźwiękowej. I to wszystko zawstydzić powinno inny największy, kosmiczny hit- „Star Wars”.
Ocena: 8/10
Recenzja filmu DVD „Strażnicy Galaktyki vol. 2” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny również na Blu-Ray oraz Blu_Ray 3D.

galapagos.com.plOryginalny tytuł: Guardians of the Galaxy vol. 2 / Reżyseria: James Gunn / Scenariusz: James Gunn / Zdjęcia: Henry Braham / Muzyka: Tyler Bates / Obsada: Chris Pratt, Zoe Saldana, Dave Bautista, Bradley Cooper, Vin Diesel, Kurt Russell, Michael Rooker, Karen Gillan, Pom Klementieff, Sylvester Stallone, Elizabeth Debicki, Chris Sullivan, Sean Gunn / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera: 19 kwietnia 2017 (Świat) 05 maja 2017 (Polska)
Premiera DVD: 20 września 2017

piątek, 14 lipca 2017

1230. Transformers: Ostatni rycerz, reż. Michael Bay

     Wciąż pamiętam emocje towarzyszące mi podczas seansu pierwszego filmu z serii „Transformers”. Pełne napięcia wyczekiwanie na pierwszą minutę produkcji, która miała później wstrząsnąć moim światem. Przez te 10 lat darzyłam ogromną miłością przygody Optimusa Prime'a i jego autobotycznych koleżków, którzy znaleźli dom na planecie Ziemia. Jednakże wraz z najnowszym obrazem Michaela Baya spod marki Hasbro, „Transformers: Ostatni rycerz” coś we mnie pękło. I jak do tej pory, pomimo wątpliwej jakości fabularnej, byłam wierna tym mechanicznym przybyszom z kosmosu, tak teraz Bay sprawił, że z sali kinowej wyszłam załamana, wręcz zrozpaczona.
     Optimus Prime opuścił planetę Ziemię i wyruszył w kosmos w poszukiwaniu swoich stwórców. Pod jego nieobecność Ziemia stała się polem walki transformerów, którzy w zastraszających ilościach zaczęli przybywać na zieloną planetę. Ludzkość musiała więc powołać do życia organizację, która miała likwidować zagrożenie i tym sposobem całe miasta usiane są żelastwem robotycznych najeźdźców. Cade Yeager (Mark Wahlberg) pomimo wszystko dzielnie stoi po stronie Autobotów i wraz z ekipą ocalonych przez niego przybyszów pomaga innym. Podczas jednej z misji ratunkowych spotyka na swojej drodze bardzo starego transformera, który powierza mu sekretny talizman o wieku sięgającym czasów arturiańskich. Nie wie jednak, że tym samym stał się wybrańcem mającym uratować Ziemię przed zbliżającą się zagładą.
    Niektórzy uważają, że filmy Michaela Baya to już całkiem nowy gatunek filmowy. „Transformerów” nigdy nie oceniało się pod względem fabularnym, a bardziej wizualnym. Reżyser zawsze stawiał drugie ponad tym pierwszym. Jednakże do tej pory historie, których realizacji się podejmował nie były przesiąknięte aż takim absurdem. Już niejednokrotnie twierdził, że chciałby czegoś więcej dla swoich produkcji niżeli tylko pięknego wyglądu. Niestety, od kiedy Sam Witwicky opuścił Autoboty w ich walce z Deceptikonami, a jego miejsce zajął Yeager coś zaczęło się mocno psuć. Za mocno. Wielu myślało, że gorzej już być nie może. Aż do czasu, gdy pojawił się „Ostatni rycerz” i nawet najwierniejsi fani Transformerów załamywali się nad nielogicznością i totalną absurdalnością scenariusza, który prowadzi donikąd. Można się było tego jednak spodziewać po zapowiedziach, gdzie w jednej fabule pojawiali się Naziści i rycerze okrągłego stołu. O dziwo, nie było to największym problemem filmu, bo choć wątek III Rzeszy pojawił się znikąd i nic nie wniósł do fabuły, tak temat legend arturiańskich wykorzystano całkiem ciekawie. Owszem, daje wielkiego kopa fanom tych opowieści, wielbicielom Merlina i rzuca nowe światło na smoki krążące ludzkości nad głowami, ale i tak stanowi to spoiwo całego filmu.
I gdyby tylko na tym skończyć to byłoby spoko. No, ale to nie wystarczyło. Musieli pojawić się „stwórcy", musiało się okazać, że Ziemia nie jest Ziemią, trzeba było dołożyć dziwnych innych pokraczków, od których aż głowa boli. Bohaterowie musieli zachowywać się idiotycznie, a Optimusowi musiano najwyraźniej wyczyścić pamięć skoro nie pamięta efektów działań w „Dark of the Moon”. Takich rzeczy jest tutaj cała masa i już po godzinie oglądania widz ma ochotę opuścić salę kinową, a gdzie tam jeszcze reszta filmu. Nie można powiedzieć, żeby to było nudne, w sumie dużo było akcji i dużo wielkiego „WOOW”, ale inteligencją to nie grzeszy.
     Bolesne jest to, że film miał spore predyspozycje do stania się bardzo fajnym filmem postapo. Liczne walki robotów na Ziemi mogłyby ją bardziej zdewastować. Sceny na stadionie były jednymi z najbardziej klimatycznych i mogły nadać zupełnie nowy kierunek serii. Świetne pustynne lokalizacje i złomowisko również sporo obiecywały. Szybko się jednak okazało, że to zwyczajna zmyłka, bo Bay szybko powrócił do starych zwyczajów, czyli dużej ilości „łubuduuu” o przepięknym komputerowym spektrum. Owszem, akcje w stylu arturiańskim... przepięknie zrealizowane. Naprawdę, cudownie patrzy się zarówno na sceny batalistyczne, jak i te wszystkie arturiańskie roboty. Cudo! Sceny przy Stonehange.. o rany! Tylko Bay jest zdolny do wielkiej rozpierduchy w pobliżu najbardziej rozpoznawalnej budowli na świecie. Na szczęście to tylko atrapa, bo zakazano mu podobnych akcji przy oryginale. Mózg jednak nie jest w stanie ogarnąć tego co się tam działo i chyba tylko skupił się na tym, że coś tam faktycznie się wydarzyło niż rozważał sens tychże scen. Wygląda to wszystko naprawdę baaardzo dobrze. Jak zawsze zresztą. Dodatkowe smaczki pod postacią brytyjskiego klimatu zawsze u mnie przejdą. To już kontynuacja genialnie wykorzystanych legend o Królu Arturze. Potomkowie, okrągłe stoły, niesamowite rezydencje... można by patrzeć i patrzeć.
      To co najbardziej boli w „Ostatnim rycerzu” to fakt, że za mało jest tu Transformerów w Transformerach. Serio. Optimusa praktycznie w ogóle nie ma, a jak już się pojawia to jest to taka chora akcja, że w sumie żałujemy jego powrotu. Pojawiają się tutaj roboty z trzeciego filmu, ale spoko... przecież po co było wspominać o nich w „Wieku zagłady”. Pojawiają się też niesamowite nowe postaci. Obdarzyłam ogromnym uczuciem niepozornego Cogmana, który nie dość, że był przystojnym robotem, to w dodatku miał iście królewskie maniery. No, ale jak się jest lokajem od 700 lat to renoma zobowiązuje. Musiała się pojawić również nowa maskotka i ta rola przypadłą Sqweeksowi. Uroczy i wywołujący matczyne uczucia, co zaskakujące! Najfajniejsze w Transformerach zawsze były składaki. Także i ten film posiada takiego montowanego robota a nazywa się on... Dragonstorm. Cudowność w każdym calu, a jaka zaskakująca składnia! Powalające, ale całkowicie groteskowe jest oblicze nowego zagrożenia, stwórcy, Quintessy. Bardziej przypominając człowieka niż robota, choć to coś bardziej na kształt Alice z „Revenge of the Fallen”. Z mrocznych charakterów powraca oczywiście stary znajomy w całkowicie odmienionej wersji. Ciężko stwierdzić, czy wygląda lepiej czy gorzej, na pewno inaczej i śmiem stwierdzić, że bardziej łagodnie. Jak wrócił? Dobre pytanie.
     Od kiedy zabrakło Shia LeBouf film zaczął krążyć w nieznanych sobie terytoriach. Brakowało zabawnych i charyzmatycznych postaci, a trzeba wierzyć na słowo, że sam Josh Duhamel nie jest w stanie tego pociągnąć. W szczególności, że w obsadzie zabrakło również jego wojskowego kumpla Tyrese Gibsona. Niestety, wiemy, że Witwicky już się nie pojawi, po rewelacjach z „Ostatniego rycerza” na pewno nie, a Cade Yeager aka Mark Wahlberg nie jest w stanie godnie go zastąpić. Nie po tym, co zrobił mu Michael Bay. Jest jednak szansa, bo przy jego boku pojawiła się urocza Laura Haddock, która zagarnia całe otoczenie. Jest odświeżająca i urocza. Sir Anthony Hopkins również pojawia się w tym filmie. Nikt nie rozumie dlaczego, ale osobiście uważam, że cel jest bardzo oczywisty- ratunek! Sprawiał, że film stał się bardziej dystyngowany, bardziej elegancki i taki... brytyjski. Na naszym oczach rośnie nam również mały talent aktorski pd postacią Isabeli Moner. Zapowiada się naprawdę obiecująco, a jest jednocześnie zadziorna i niewinna. Przykre jest jednak, że pomimo takiej obsady, to wciąż roboty odgrywają kluczową rolę i są bardziej charyzmatyczne od żywych postaci. John Goodman, czy Omar Sy robią rewelacyjną robotę nadając naszym kochanym robotom charakteru.
     O Transformerach można pisać i mówić bez końca, nawet jeżeli dopiero co zobaczyło się takiego potworka jak „Transformers: Ostatni rycerz”. Michael Bay miał spore ambicje, ale zdecydowanie chciał za wiele. Z niezliczonych wątków zrobiła się jedna wielka sieczka, która bardziej mąci w głowie niż cokolwiek rozjaśnia. Produkcja mogła nadać nowy kierunek całej serii, mogła uczynić ją bardziej mroczną w zrujnowanym świecie, ale twórcy nie mogli się powstrzymać. Zaraz obok cudownych rycerzy Iaconu, którzy zachwycają majestatycznością i nadają powagi pojawiają się pokraki w stylu Quintessy, nie dające zapomnieć, że ostatecznie jest to film science fiction, a nie bajeczka o rycerzach. Scenariusz pełny jest głupot, zupełnie jakby zapomniano o czym były poprzednie filmy. Nie ma tutaj spójności, wszystko się rozjeżdża jak z Ziemi do Cybertronu, a to boli tak bardzo, że aż się chce płakać. Jako wielka fanka serii odczuwam ogromny żal i rozgoryczenie. Nigdy nie sądziłam, że film, który dał mi tyle radości doprowadzi mnie na skraj filmowego załamania nerwowego.

Ocena: 4/10

Oryginalny tytuł: Transformers: The Last Knight / Reżyseria: Michael Bay / Scenariusz: Art Marcum, Matt Holloway, Ken Nolan / Zdjęcia: Jonathan Sela / Muzyka: Steve Jablonsky / Obsada: Mark Wahlberg, Laura Haddock, Anthony Hopkins, Josh Duhamel, Santiago Cabrera, Isabela Moner, Jerrod Carmichael, John Torturro / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 21 czerwca 2017 (Świat) 23 czerwca 2017 (Polska)

środa, 31 maja 2017

1225. Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie, reż. Gareth Edwards

     Wychodząc naprzeciw miłości starych fanów, ale też i potencjalnym sympatykom wśród nowego pokolenia wytwórnia Lucas Film realizuje nie lada projekt, który zakłada wypuszczanie na ekrany kin kolejnego filmu z serii każdego jednego roku. Saga jest tylko jedna, ale historia która stanowi jej uzupełnienie... może rozchodzić się w bardzo wielu kierunkach. Dlatego pomiędzy „Przebudzeniem mocy”, a „Ostatnim Jedi” możemy rozkoszować się spin-offem o bohaterskim „Łotrze 1”, który zaspokoi nasz starwarsowy głód.
Źródło: Galapagos Films

     Gdzieś w odległej galaktyce, gdzieś pomiędzy czasem, gdy Lord Vader wpatrywał się w rosnącą na jego oczach Gwiazdę Śmierci, a Lukiem Skywalkerem dążącym do jej zniszczenia, grupa śmiałków wdarła się do tajnej bazy Imperium, aby zdobyć jej plany. To właśnie córka Galena Erso (Mads Mikkelsen)- Jyn (Felicity Jones) otrzymuje od swojego ojca wiadomość, która może odmienić losy wszechświata i udaremnić mroczne plany Sithów. Grupa odważnych mężczyzn sprzeciwia się rozkazom i postanawia dołączyć do dziewczyny. Wspólnie kradną statek, który chrzczą mianem Łotra 1 i udają się w samozwańczą misję, aby wesprzeć rebelię w walce z Imperium.
     „Łotr 1” jest zupełnie innym filmem niż reszta serii. Dla Star Wars jest tym samym, co „Logan” dla X-menów. Koncentruje się głównie na dramatyzmie historii, bardziej niż na widowiskowości wybuchów i reszty efektów. Jedno trzeba jednak zarzucić filmowi... wlecze się niemiłosiernie. Nie potrafi zbyt długo pochwycić uwagi widza, przynajmniej przez 2/3 filmu. Wydarzenia bywają porywcze i zaskakujące, ale nie wywierają większego wrażenia. Owszem, każdy wie o czym jest historia, szkoda tylko, że cała uwaga skupia się na tym jednym aspekcie fabuły. Oczywiście, gdzieniegdzie scenariusz próbuje zboczyć na wątki poboczne- chociażby dramatu rodzinnego Jyn, ale z marnym skutkiem. Zdecydowanie akcja zagęszcza się u finału podróży. Dynamiczne sceny walki, wiele powodów do wzruszeń, przy których dopiero dostrzegamy tragizm całej wyprawy. Dla fanatycznych wyjadaczy będzie to oczywisty ruch, ale dla wrażliwców z zacięciem do romantyzmu wydaje się to być aż nazbyt dramatyczne. Wkrada się lekkie niezadowolenie, lekki zawód, ale w sumie bardziej przesiąkniętego heroizmem i jednocześnie patosem zamknięcia nie można sobie wyobrazić.
Źródło: Galapagos Films

     Cieszą oko i serce każdego geeka te elementy, spoiwa łączące konkretne filmy z kolejnych trylogii sagi. Lord Vader jak najbardziej króluje i zachwycił nawet samego Kylo Rena. Aczkolwiek jego dziarski chód i złowieszczo powiewająca na wietrze (w kosmosie) czarna pelerynka trochę kłócą się z ogólnie przyjętym wizerunkiem postaci, której wdzianko wydawało się mocno ciążyć niemalże w każdym filmie. Niby nie jak Vader, ale w sumie wciąż w brzmieniu głosu Jamesa Earla Jonesa. Sporym zaskoczeniem, ale w sumie logicznym ruchem jest postać pojawiająca się w ostatnich minutach filmu. Z początku wielkie „Whaaat?!” a zaraz po nim „Acha, no w sumie...”. Przy dzisiejszej technologii robienie takich rzeczy wydaje się nie być problematyczne, choć z drugiej może okazać się, że zaraz spadnie zatrudnienie wśród aktorów. Dziwna rzecz. Efekt sam w sobie też wymagałby dopracowania, bowiem było to pierwsze użyte w filmie CGI, które wypadło mocno karykaturalnie.
     Najnowszy film Garetha Edwardsa to z pewnością obraz, na który przyjemnie się patrzy. Cudowne zdjęcia Greiga Frasera swoją epickością wypełniają całe kadry. Przepięknie musiało to wyglądać na wielkim ekranie, wręcz majestatycznie. W szczególności baza na Scarif. Przepiękna planeta i te zdjęcia oddające jej charakter. Nie brakuje tutaj klasycznego starwarsowego „pow-pow-pow”. Laserowe strzały, świetlne miecze- choć ten jedynie w użyciu Vadera- stare, dobre i jak najbardziej udane efekty dźwiękowe. Po raz pierwszy widać również rozmach z jakim działa Gwiazda Śmierci. To jest dopiero spektakularne zjawisko! Do tych wszystkich mniej lub bardziej subtelnych efektów pięknie komponuje się muzyka napisana przez niesamowitego Michaela Giacchino. Oczywiście, wykorzystane zostały również kultowe już brzmienia Johna Williamsa, ale Giacchino stworzył coś równie pięknego, lirycznego, a momentami nawet odrobinę bardziej dramatycznego. Balsam dla uszu!
Źródło: Galapagos Films

      Produkcja cierpi na jedną zasadniczą chorobę- za mało tutaj wyrazistych postaci, a za dużo zbędnego gadania, które niewiele wnosi do opowieści. Okazuje się, że nawet użycie robota nie jest aż tak fascynujące jak to zwykle bywa. Oczywiście, K miał całkiem niewybredne poczucie humoru, momentami wzbudzał naprawdę skrajne emocje, ale było tego zdecydowanie za mało, aby oznaczyć go mianem ulubionego starwarsowego robota. Nie mniej, podkładanie tu głosu przez Alana Tudyka wypada bardzo ciekawie. Te charakterystyczny komik o rozpoznawalnej zabawie własnym głosem dał uczucia tej maszynie i z pewnością uczynił ją jedną z najbardziej świetlistych postaci Łotra 1. Ciężko jest jednak zaakceptować częsty fakt, że postacie drugoplanowe a nawet zrobotyzowane przyćmiewają tych grających pierwsze skrzypce. Przyzwyczailiśmy się już do subtelnych i stonowanych kreacji Felicity Jones więc trudno jest wyobrazić sobie ją jako zatwardziałą bojowniczkę o wolność. Wojownika nie na słowa, ale na faktyczne czyny! I rzeczywiście, odgrywanie przez nią tej roli nie jest do końca realistyczne. Ze swoim delikatnym głosikiem i dziewczęcą postawą wojowniczka z niej żadna. Bardziej charakterna wydaje się być męska część załogi Łotr 1, gdzie każdy oferuje sobą coś zupełnie innego- chociażby ze względu na zamiłowania i zadziorność.
Źródło: Galapagos Films

      „Łotr 1” jest dla serii Star Wars bardzo ożywczą produkcją. To stonowany film, który daleki jest od tych wybuchowych, przepełnionych zbędnym efekciarstwem współczesnych produkcji. Zdecydowanie stanowi bardziej dramatyczne oblicze całej serii, co widać nie tylko w fabule, czy grze aktorskiej, ale również poetyckiej oprawie– lirycznej muzyce, czy majestatycznym ujęciom malowniczych krajobrazów. Lekko okraszony humorem, intrygującymi personami i szlachetnymi wyczynami stanowi idealny łącznik pomiędzy starą i nową trylogią.

Ocena: 7/10
Recenzja filmu DVD „Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie” - dystrybucja Galapagos Films
Film dostępny na DVD, Blu-Ray i Blu-Ray 3D.


Oryginalny tytuł: Rouge One: A Star Wars Story / Reżyseria: Gareth Edwards / Scenariusz: Chris Weitz, Tony Gilroy / Zdjęcia: Greig Fraser / Muzyka: Michael Giacchino / Obsada: Felicity Jones, Diego Luna, Alan Tudyk, Donnie Yen, Wen Jiang, Riz Ahmed, Ben Mendelsohn, Guy Henry, Forest Whitaker, Mads Mikkelsen / Kraj: USA / Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera kinowa: 10 grudnia 2016 (Świat) 15 grudnia 2016 (Polska)
Premiera DVD: 26 kwietnia 2017

wtorek, 21 lutego 2017

1219. Pasażerowie, reż. Morten Tyldum

     Morten Tyldum nigdy nie zawodzi w kwestii filmów. Dlatego też, gdy rozsiadłam się wygodnie w fotelu kinowym oczekując na pierwszy film obejrzany w tym roku w kinie i zobaczyłam nazwisko reżysera wiedziałam, że mogę być spokojna. Twórca “Gry tajemnic” zabrał nas w świat popularnej ostatnimi czasy space opery, która pod eleganckim filmem o tytule “Pasażerowie” kryje zaskoczenie, grozę i refleksję.
Źródło: Rotten Tomatoes

     Setki pasażerów w stanie snu przemierzają kosmos nowoczesną arką, aby najbliższą planetę nadającą się do życia dla ludzkości. Jednakże prom spotyka na swojej drodze przeszkodę, a będąca jej skutkiem usterka wybudza ze snu jednego z mężczyzn- Jima (Chris Pratt). Kiedy zdaje sobie sprawę, że jako jedyny jest przytomny próbuje ze wszystkich sił znaleźć sposób, aby znowu zasnąć. Przytłoczony samotnością i z ograniczonym dostępem do luksusów oferowanych przez statek podejmuje decyzję, która zaważy na losach wielu istnień.
     Tyle różnych scenariuszy poruszanych przez literaturę w tym temacie i w końcu doczekaliśmy się filmu. “Pasażerowie” okazali się być równie fascynujący. Już samo to, że akcja odbywa się w kosmosie, na luksusowym statku, robi spore wrażenie. Do tego już na samym wstępie mamy zasygnalizowane, że pojawił się problem, na którym balansować będzie cała fabuła. Szkoda tylko, że tak łatwo domyślić można się jego skutków. Na całe szczęście rozwój wydarzeń szybko daje nam o tym małym fakcie zapomnieć. Ekran przysłaniają ciekawe dialogi bohatera z barmanem, a także jego osobisty dramat wynikający z tego, że został sam. Serce łamie widok jego rezygnacji i tego jak bardzo czuje się samotny. Aż do tej jednej chwili. Jego decyzja choć szokująca jest jak najbardziej zrozumiała. Może niewielu podjęłoby podobną, ale ciężko wczuć się w sytuację przytłoczenia faktem iż jest się samym na monstrualnych rozmiarów statku.
Źródło: Rotten Tomatoes

     Musiał się więc pojawić wątek romantyczny. I serio, łatwo się domyślić jak do tego dojdzie, bo innych rozwiązań nie ma. Nie jest to jakiś płomienny romans, choć próbuje takim być. Czyżby między Jennifer Lawrence i Chrisem Prattem nie było chemii? To chyba jeden z największych mankamentów całego filmu. Oboje piękni, sympatyczni i młodzi. Oboje utalentowani. Osobno zdają egzamin, ale jakoś nie uzupełniają się na planie. I choć sceny z ich udziałem są ciekawe, to jednak brak im pasji, wyglądają na mocno niezręczne i sztywne.
      Dobrze, że to nie na tym opiera się cała fabuła choć jest jej istotnym wątkiem. Reszta to bardziej podziwianie bezkresu kosmosu i zagrożeń, które za sobą niesie. Znajdzie się też chwila na zachwyty nad scenografią, bo ten prom jest po prostu niesamowity. Prawdziwe dzieło przyszłości o eleganckich i opływowych kształtach. Trochę przytłaczający wielkością, ale wykorzystane nowinki techniczne, wszystkie udogodnienia i rozrywki… aż ma się ochotę wsiąść na pokład i zapomnieć, że to monstrum pruje przez kosmos.
Źródło: Rotten Tomatoes
     Podczas seansu film wzbudza wiele ciekawych emocji, które pozostają w widzu na dłużej. Płynne przejście scen, fantastyczna muzyka i to jak przyjemnie się patrzy na kosmos oraz statek, wynagradza brak chemii między głównymi bohaterami, a także wrzucenie do fabuły jednej postaci ot tak, bo tego potrzebowała ta historia. “Pasażerowie” nie są może arcydziełem kina science fiction, ale nie był to seans męczący czy irytujący. Może trochę zbyt ckliwy u finału, ale… widywało się akcje bardziej nie na miejscu i nie o odpowiednim czasie.

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Passengers / Reżyseria: Morten Tyldum / Scenariusz: Jon Spaiths / Zdjęcia: Rodrigo Prieto / Muzyka: Thomas Newman / Obsada: Chris Pratt, Jennifer Lawrence, Michael Sheen, Laurence Fishburne / Kraj: USA / Gatunek: Przygodowe, Sci-Fi
Premiera: 21 grudnia 2016 (Świat) 25 grudnia 2016 (Polska)

piątek, 17 czerwca 2016

Książka #408: Fobos, aut. Victor Dixen

    To naprawdę zachwycające, że na rynku książki może pojawić się jakakolwiek powieść dla starszej młodzieży mogąca zaskoczyć i całkowicie zwalić z nóg! Udało się to osiągnąć Europejczykowi, pochodzącemu z Francji Victorowi Dixenowi, który wyłamuje się z przyjętych konwenansów i daje nam enigmatycznego „Fobosa”. Na głównym planie umieszcza swoją rodaczkę i od razu, bez chwili zawahania puszcza ją w kosmiczną podróż.
     Sześć dziewcząt i sześciu chłopców zostaje wybranych, aby stworzyć nową kolonię na czerwonej planecie imieniem Mars. Zanim tam jednak dotrą przez wiele tygodni, każdego dnia, będą się spotykać ze sobą w Kuli Spotkań zaledwie na sześć minut. Przez ten czas muszą zrobić wszystko, aby odnaleźć wspólny język i zakochać się w sobie. U finału podróży będą musieli podjąć decyzję, z którym z nich będą chcieli spędzić resztę swojego życia na obcej planecie. Mieszkając na statku Cupido z każdą chwilą oddalającym się od Ziemi nie są sami, bowiem każdego dnia ich poczynania śledzą miliardy widzów na całym świecie. Nikt jednak nie wie, że organizatorzy programu skrywają sekret, który może zaważyć na życiu młodych zakochanych.
     Takiego czegoś jeszcze nie było. Victor Dixen wychodzi naprzeciw wszelkim oczekiwaniom dzisiejszej młodzieży, której w głowie miłość, rozrywka i konspiracja. Lektura skrywa w sobie całą masę niespodzianek, bo choć z informacji o książce wynikać może, że wszystko kręcić się będzie wokół tzw. szybkich randek, to jednak każdy z czytelników będzie mocno zaskoczony formą jaka ostatecznie przybiera ta książka. Oczywiście, randki, zakochiwanie się i wszelkie dramaty związane z zawiązywaniem par są tutaj kluczowym wątkiem, jednakże dość szybko okazuje się, że nie jest najważniejszym z fundamentów fabuły- wręcz przeciwnie, ostatecznie prawdopodobnie zejdzie na dalszy plan. Ma to głównie charakter rozrywkowy, coś co ma pobudzić zmysły i zainteresowanie czytelniczek, ale nawet i chłopców. To co się dzieje na planie, to jedno, a to co poza nim... to zupełnie inna para kaloszy. Nie chodzi tutaj już jedynie o sekrety skrywane przez uczestników programu, chodzi o mechanizm kreowania pieniądza i ukazania do czego człowiek jest zdolny, aby go posiąść. Bowiem gdy młodym ludziom zależy na otrzymaniu drugiej szansy i rozpoczęcia nowego życia, ci którzy sterują ich losami łakną jedynie jeszcze większej fortuny niż posiadają. Od początku Dixen zasiewa nutkę niepewności w głowach czytelników, bardzo wprawnie budując napięcie. Szkoda jednak, że tak szybko przychodzi poznać prawdę co do prawdziwej przyszłości bohaterów Programu Genesis. Nie zmienia to jednak faktu, że uczucie klaustrofobii nie ustaje, bo choć czytelnik świadom jest istniejącego problemu, to tak zżył się z co niektórymi postaciami iż z zapartym tchem obserwuje ich poczynania mając nadzieję, że i o oni szybko poznają prawdę. Dlatego zbliżanie się do finału jest niezwykle dramatyczne, a odłożenie książki, gdy do końca zostało zaledwie 70 stron wydaje się zbrodnią przeciwko niej!
     Autor tworzy nie tylko świetny pomysł na fabułę, której finał chce się poznać już, natychmiast, ale przede wszystkim kilka bardzo wyrazistych postaci, od których po prostu trudno oderwać wzrok. I nie mowa tutaj o Elizabeth, która najwyraźniej ma dwie twarze i o dziwo ma się ochotę przyłożyć w każdą z nich, ale o najważniejszych postaciach w tej powieści. Dość często zdarza się, że pierwszoplanowi bohaterowie są zdecydowanie bezbarwni, a cały blask kradną im ich towarzysze fabularni. Tutaj nie ma czegoś takiego, na szczęście. Pierwsze skrzypce gra Leonor- prawdopodobnie dlatego, że jest Francuzką jak autor powieści, pomimo tego, że do dyspozycji mamy ludzi z całego świata. Każdy z innym problemem i każdy z zupełnie innym podejściem do życia oraz programu, w którym bierze udział. Leo od początku skupia uwagę z powodu jej towarzyszki- Salamandry, upośledzającej jej życie na każdym kroku. Z początku wycofana szybko nabiera wiatru w żagle i choć początkowo wytyczyła sobie racjonalne, własne zasady gry, to ostatecznie gotowa jest pójść na ustępstwa. To dziewczyna, którą cechuje odwaga i nieugiętość. Nie boi się zniszczyć własnego wizerunku dla dobra innych. Zdecydowanie lepiej to wygląda w zestawieniu z kujonkami, czy pozbawionymi skrupułów baletnicami. Po drugiej strony barykady, a tak naprawdę stacji kosmicznej uwaga nie koncentruje się na jednym- aczkolwiek trzeba przyznać, że sposób w jaki Dixen wprowadził czytelników na stronę chłopców jest najgenialniejszym posunięciem jakie mógł uczynić dla swojej powieści. Szybko okazuje się, że choć tytuł „Fobos” prezentuje bardziej męską część, to królują tutaj kobiety. Dlatego Serena McBee również należy do tych, które zachwycą i wzbudzą najwięcej kontrowersji. Ta pani psychiatra sporo namiesza, w końcu... to ona pociąga za wszystkie sznurki. Prawie wszystkie!
     Trzeba przyznać, bez dwóch zdań, „Fobos” pochłania w okamgnieniu! Sposób budowania fabuły, kreowania rzeczywistości i bohaterów, ale przede wszystkim stopniowania napięcia jest tutaj bezbłędny. Lektura zaskakuje na każdym kroku z początku dając się poznać jako romansidło, a ostatecznie przyjmując bardziej charakter politycznego thrillera. Nie ma tutaj czasu na łzy, ale z pewnością niejednemu zrobi się ciepło na sercu, a oko się zaszkli, gdy wraz z bohaterami będzie udawał się do Kuli Spotkań i poznawał mocne i słabe strony dwunastki młodych ludzi, z którymi tak wielu może się utożsamiać w realnym świecie. Powieść Victora Dixena jest przepełniona nie tylko całą gamą emocji, ale przede wszystkim tajemnicami, które odkrywamy z niemałą fascynacją, ale też i starannością. Już dawno żadna książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, że przeskakiwałam linijki nie z nudów, ale z niecierpliwości wyczekiwania na rozwój wydarzeń!

Ocena: 6/6
Recenzja dla wydawnictwa Otwarte!

otwarte.eu


Tytuł oryginalny: Phobos / Tłumaczenie: Eliza Kasprzak-Kozikowska / Wydawca: Otwarte / Gatunek: space opera / ISBN 978-83-7515-394-1 / Ilość stron: 464 / Format: 136x205mm
Rok wydania: 2015 (Świat), 2016 (Polska)