NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja powieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja powieści. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 grudnia 2017

1243. Za niebieskimi drzwiami, reż. Mariusz Palej

     Dobrego fantasy w polskiej kinematografii nie było od lat. Można wspominać „Starą baśń”, „Wiedźmina”, czy „Przyjaciela wesołego diabła”, które nie grzeszyły efektownością, ale coś ze sobą niosły. O dziwo, większość to ekranizacje powieści i nie inaczej jest w przypadku „Za niebieskimi drzwiami”. Produkcja w reżyserii debiutującego Mariusza Paleja, to nic innego jak adaptacja bestsellerowej powieści Marcina Szczygielskiego. Tak bestsellerowej, że niektórzy usłyszeli o niej dopiero na etapie powstania filmu.
Źródło: Galapagos Films
     Młody chłopak imieniem Łukasz (Dominik Kowalczyk) wyjeżdża z mamą (Magdalena Nieć) na upragnione wakacje. Podczas podróży ulegają wypadkowi, na skutek którego trafiają do szpitala. Mama ani myśli się budzić, natomiast jej ukochany syn wiernie trwa przy jej boku. Tak jednak nie może dłużej być i chłopiec trafia pod opiekę swojej ciotki- Agaty (Ewa Błaszczyk). Jego tymczasowym domem staje się ogromna rezydencja i mały pokój z niebieskimi drzwiami. Na skutek jednej z awantur poznaje drugie oblicze drzwi, dowiaduje się, że prowadzą do zupełnie innego świata- świata jak ze snów. Gdzieś pomiędzy wylegiwaniem się wśród kolorowych traw i rozmowami z gadającym ptaszyskiem, trafia na przerażającego potwora, który nie cofnie się przed niczym, aby dostać się do rzeczywistego świata.
     Jak to zwykle bywa przy produkcjach polskich, mocno sceptycznie podchodziłam do seansu. Do tej pory uważałam, że najlepiej wychodzą nam dramaty, a teraz okazuje się, że fantasy i przygodówki też są niczego sobie. „Za niebieskimi drzwiami” to dość nieklasyfikowalny twór, który jest ni to horrorem, ni to filmem fantasy, ni to dramatem. To produkcja z pogranicza snów i rzeczywistości, gdzie dorosłość dobija się za pomocą pięści do niebieskich drzwi naszej wyobraźni.
Źródło: Galapagos Films
Historia zaczyna się w zupełnie nieoczekiwany sposób, który od razu uzmysławia, że będzie to coś zupełnie innego niż dotychczas oglądaliśmy. Okazuje się być to całkiem dobrym obrazem dramatycznym, gdzie pokazuje się trudy dorastania, nawiązywania więzi z rówieśnikami, gdzie w tle przewija się rodzinny dramat. Cóż więc zrobić w takiej sytuacji? To samo co robi każdy, ucieka przed problemami za niebieskie drzwi. Tam może marzyć do woli i nie ponosić żadnych konsekwencji. Ale nawet zza tych niebieskich drzwi czasem coś przenika do naszej rzeczywistości, co niesie za sobą sporą dozę wiedzy, nauki na całe życie. Obok tego ukazuje się niesamowitą więź matki z dzieckiem, którzy są sobie szczególnie bliscy, bo mają jedynie siebie. Nie ma nic bardziej rozczulającego niż to, jaka tragedia ich dotyka. Łamie serce. Na szczęście rodzą się też nowe przyjaźnie. Zbudowane na makabrze, którą do tej pory dostrzegaliśmy w produkcjach typu „Stranger Things”. Świat „do góry nogami” nabiera tu aż za bardzo dosłownego znaczenia.
     Z pewnością „Za niebieskimi drzwiami” zaskakuje swoim wyglądem. Kurcze... to jest naprawdę piękny film. Ma cudowny klimat podkreślony epickimi zdjęciami, a w dodatku te efekty... Swoim pięknem przebija nawet niektóre hollywoodzkie filmy. Serio! Nieoczywista animacja świata po drugiej stronie drzwi, gdzie wszystko ma bardzo pastelowe barwy, ale momentami zieje z tego nieziemska groza.
Źródło: Galapagos Films
Przykładowo w ujęciu lokalizacji Krwawca, a już nie mówiąc o drugiej odsłonie willi... Stylizacją przypomina to „Serię Niefortunnych Zdarzeń”- ma urok, ale budzi też lekki niepokój. Cudownie zanimowany ptak, no i sam Krwawiec... O RANY! Takiego potwora nie chciałoby się spotkać na ulicy, ani nawet w sennych koszmarach. Za całość odpowiadało studio Alien FX i jeżeli o mnie chodzi, to mogą działać tak przy każdej polskiej fantasy. Świetnie się to ogląda!
     Aktorstwo jest z lekka kalekie, ale nie ma się co dziwić, bo większą część czasu filmowego zajmują dzieciaki, które dopiero raczkują w filmowej przygodzie. Dominik Kowalczyk budzi spore nadzieje, natomiast nie ma rady na totalnie dziwacznego Oskara Wojciechowskiego, który najwyraźniej próbuje się zrehabilitować swoją pokraczną grą w „Pierwszej miłości”. Z marnym skutkiem. Spośród gwiazd starszego pokolenia wymienić można Adama Ferencego, Magdalenę Nieć i Ewę Błaszczyk. Wymienić, gdyż nie spędzają na ekranie za wiele czasu. Największa uwaga skupia się na tej ostatniej i pokazała ona całą siebie. Jak sama wspomina była to dla niej świetna przygoda i dało się to odczuć. Zdecydowanie największym zaskoczeniem jest tu Michał Żebrowski, który nie ujął mnie chyba bardziej w żadnym filmie od czasu „Ogniem i Mieczem”. Jako Krwawiec jest totalnie nie do poznania, ale barwa jego głosu robi swoje przy kreacji tej przerażającej postaci. Bardzo dobre wystąpienie!
Źródło: Galapagos Films
     Pomimo wszelkich zalet jakie posiada „Za niebieskimi drzwiami” obawiam się, że jest to propozycja, o której dość łatwo się zapomina. Oczywiście, za historią idzie spora dawka emocjonalna, do tego obraz jest spektakularny, że aż godny zapamiętania- gdyż daje nowe nadzieje dla polskiego kina. Film o bliżej nieokreślonym gatunku, który łączy w sobie wszystko i wiele ma do powiedzenia światu, gdzie pastelowe barwy przeplatają się z niepokojącymi lokalizacjami, a marzenia senne przenikają do świata zewnętrznego. Obraz, który jednocześnie zachwyca pięknem, ale z drugiej strony ujmuje podejściem do straty, więzi w relacji matka-syn, a także wchodzenia w dorosłość. Do tego funduje widzowi jedno z najciekawszych zakończeń w polskim kinie. Film dla każdego z nas, bowiem każdy ma czasem ochotę schować się za niebieskimi drzwiami, bez względu na to, co czeka go po drugiej stronie.

Ocena: 6/10

Recenzja filmu DVD "Za niebieskimi drzwiami" - dystrybucja Galapagos Films.
Film dostępy również w wersji Blu-Ray.

Oryginalny tytuł: Za niebieskimi drzwiami / Reżyseria: Mariusz Palej / Scenariusz: Adam Wojtyszko, Magdalena Nieć, Katarzyna Stachowicz-Gacek / Na podstawie: powieści Marcina Szczygielskiego „Za niebieskimi drzwiami” / Zdjęcia: Witold Płóciennik / Muzyka: Michał Szablowski / Obsada: Dominik Kowalczyk, Ewa Błaszczyk, Magdalena Nieć, Michał Żebrowski, Teresa Lipowska, Adam Ferency, Sara Ługowska, Oskar Wojciechowski, Jakub Gawrecki / Kraj: Polska / Gatunek: Fantasy
Premiera kinowa: 04 listopada 2016
Premiera DVD: 22 listopada 2017

czwartek, 7 grudnia 2017

1242. Mroczna wieża, reż. Nikolaj Arcel

     Ten rok jest szczęśliwym dla wszystkich sympatyków Stephena Kinga. Z każdej strony bombardowani jesteśmy ekranizacjami powieści tego poczytnego autora, z różnym efektem. Nie dość, że możemy oglądać jego bohaterów na ekranach telewizorów, to w dodatku możemy zachwycać się historiami na kinowych salach. Jednakże zawiedzeni będą długodystansowi sympatycy „Mrocznej wieży”, której wielotomowa seria uwięziona została w niespełna dwugodzinnym seansie. 
     Jeden wielki wszechświat, zamieszkiwany przez najróżniejsze istoty w ich niesamowitych krainach. Na straży tych światów, w samym ich centrum, stoi potężna, mroczna wieża, która odgradza je od wielkiej Ciemności. Jest jednak pewien czarnoksiężnik- Walter (Matthew McConaughey), korzystający z potęgi dziecięcych umysłów i chcący obalić za ich pomocą wspomnianą wieżę, aby wpuścić za barierę krwiożercze potwory. Od zarania dziejów wieży tej strzeże stowarzyszenie Rewolwerowców, do którego należy też Roland (Idris Elba), a przynajmniej należał dopóki nie zawładnęła nim żądza zemsty. Do ich świata przybywa młody chłopak- Jake (Tom Taylor), który od śmierci swojego ojca gnębiony jest straszliwymi wizjami.
      Należę wśród tych szczęśliwców, którym obca jest seria Mrocznej wieży od Kinga. Przeczytałam raz jedno opowiadanie w tym temacie i totalnie zniechęciłam się do dalszej lektury. Nie mniej, kiedy rozszalało się info o ekranizacji, a z plakatu złowieszczo spoglądał Idris Elba wiedziałam, że to muszę to zobaczyć! I tak oto weszłam na salę pozbawiona wszelkich nadziei na sukces po wszystkich tych negatywnych opiniach. Wyszłam natomiast podekscytowana z jednym credo krzątającym mi się to głowie.
     „Mroczna wieża” zaintrygowała mnie od samego początku swoją historią. Nie wiedziałam czego się spodziewać, bo po wspomnianym opowiadaniu zapamiętałam jedynie Rolanda i wampiry bodajże. O filmie wiedziałam tylko tyle, że będzie tam wieża. Mroczna wieża. Tyle z fabuły. Wciągnęła mnie historia młodego Jake'a- takiego typowego odludka, którego nikt nie rozumie, nawet jego własna matka, który walczy o każdy jeden dzień, aby nie skończyć w wariatkowie. No i teoretycznie mu się udaje, ale tak jakby nie do końca. Jego wątek jest idealnie dramatyczny, w szczególności, gdy spojrzy się na końcowe atrakcje, które wyciskają łzy z oczu. Oczywiście, jego rolę w całym tym przedsięwzięciu można było rozpracować już w chwili, gdy się pojawia na ekranie, ale ja byłam pochłonięta trawieniem przedmowy o Wieży, szokującym wejściem itp. Historia kupiła mnie na starcie choć tak naprawdę spodziewałam się bardziej jałowych terenów i lekko klimatów postapokaliptycznych, a nie zatłoczonego i pełnego chaosu Nowego Jorku. Początkowo przeplatanie akcji z Jakiem, a rozgrywek Waltera z Rolandem sprawiały wrażenie faktycznej podstawy na fabułę. Z początku z lekka dziwnie to wyglądało, ale wkrótce skręciło we właściwym kierunku. Postać Rolanda i Waltera wprowadzają motyw odwiecznej walki dobra ze złem, choć na moje oko to oboje wyglądają na nie do końca dobrych obywateli tego świata. Chęć zemsty, chęć władzy... w tym nie ma ani krztyny szlachetności. Jednakże są chwile, są chwile, które zapierają dech w piersi.
     Uwielbiam ujęcia, w których Roland wycisza siebie, swoje myśli, swoje ciało, kiedy wyostrza słuch, kiedy szpanuje swoimi rewolwerowymi zdolnościami, to jest to na co czeka się cały film i włos się od tego jeży. Cudowne! W szczególności, że nie są to jakieś pokraczne slow motion, tylko takie chwile, gdzie można napawać się zachwytem wywoływanym przez konkretną scenę. Podobało mi się to. Ten film ma niesamowity klimat, niby taka zwyczajna szara rzeczywistość każdego z nas, w którą wkrada się cień zła i paranormalnych łap. Oczywiście, nie udało uniknąć się przesady, jak chociażby te wszystkie dziwaczne istoty, które były aż nazbyt karykaturalne. Zachwycająco wyglądało za to niebo, a Wieża prezentowała się naprawdę... wzniośle! Do tego wszystkiego ciekawe kompozycje muzyczne, a w ich realizacji oczywiście sam wielki Junkie XL, który robi z tego prawdziwą magię.
     Przyznaję się bez bicia, że po seansie potężnie mnie wzięło na Idrisa Elbę. Jego dobra rola w „Pacific Rim” poszła na bok w obliczu Rolanda. Rewolwerowiec, jego credo, jego wyciszanie, jego stylizacja, cały Idris i więcej Idrisa, i pozostaje tylko Idris. Ze swoją powagą, lekką nonszalancją, z całą tą charyzmą stał się naprawdę idealnym Rolandem i kandydatem na obrońcę ludzkości. Nie mogę jednak zapomnieć o pięknym Matthew McConaughey, który lata swojej piękności miał już za sobą, a teraz zaprezentował się nam w skrojonym na miarę image a'la „man in black”. Ma w sobie pazur, ale udało mu się oddać lekkie znużenie całą tą postawą i tym, jak on się musi namęczyć, aby odnaleźć to jedno jedyne światło, które obali mroczną Wieżę. Tom Taylor dzielnie dotrzymuje tym panom towarzystwa, aż człowiekowi zaczyna obchodzić jego los. I na pewnym etapie nie dziwi już, że jest współczesnym synem samej Lagerthy. Tak... przez pół filmu myślałam nad tym skąd ja znam tę piękną buzię.
     „Mroczna wieża” zdecydowanie wpisał się w moje gusta. Nie zachwycał może jakoś specjalnie fabułą, ale jej wielowarstwowość wystarczyła, aby zaspokoić moje pragnienia. Pewnie, że momentami było nudno i abstrakcyjnie, aż do bólu. Całość kupiła mnie jednak klimatem, który dało się wykreować dzięki pięknej scenografii, muzyce, czy stylizacji bohaterów. W dodatku kto, jak kto, ale Idris Elba zdecydowanie przyciąga uwagę nawet najbardziej zagorzałych pacyfistów. Mnie ujął charyzmą i niezmienną barwą swojego głosu, bo w jego ustach nawet reklama psiej karmy byłaby najlepszym credo, które warto byłoby wcielić w swoje życie!

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł:  The Dark Tower / Reżyseria: Nikolaj Arcel / Scenariusz: Nikolaj Arcel, Akiva Goldsman, Anders Thomas Jensen, Jeff Pinkner / Zdjęcia: Rasmus Videbæk / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Idris Elba, Matthew McConaughey, Tom Taylor, Claudia Kim, Jackie Earle Haley, Dennis Haysbert / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Fantasy
Premiera: 27 lipca 2017 (Świat) 11 sierpnia 2017 (Polska)

czwartek, 24 sierpnia 2017

1236. 666 Park Avenue, aut. David Wilcox

     Kiedy stacja ABC ogłosiła swoją ramówkę na sezon 2012/2013, a wraz z nią kilka premier wśród seriali telewizyjnych jeden tytuł przykuł moją uwagę. Jako sympatyczna wszelkich paranormalnych tworów nikogo nie zdziwiło, gdy produkcja pomysłu Davida Wilcoxa, który wzorował się na debiutanckiej powieści Gabrielli Pierce, o mrocznym i wymownym tytule „666 Park Avenue” trafiła w moje gusta. Z ciekawą fabułą, interesującymi postaciami, ale przede wszystkim niepowtarzalnym klimatem była jedną z nielicznych, na której kolejne epizody wyczekiwałam z utęsknieniem.
Źródło: Fanpop.com
     Pod adresem 666 Park Avenue stoi ogromny, stylowy apartamentowiec o bogatej historii- Drake. Jego właścicielem jest bardzo wpływowy i potężny człowiek- Gavin Doran (Terry O'Quinn), u którego boku wiernie trwa piękna małżonka Olivia (Vanessa Williams). Na pierwszy rzut oka majestatyczny, choć niepozorny budynek skrywa ogromną tajemnicę, którą znają jedynie jego mieszkańcy- w tym apartamentowcu dochodzi do dziwnych wydarzeń, a ich sprawcą wydaje się być właściciel. To właśnie do tego miejsca wprowadza się młoda para, rozpoczynająca swoja karierę w Nowym Jorku. Henry rozpoczyna karierę polityczną (Dave Annable), a jego ukochana Jane (Rachael Taylor) staje się nowym zarządcą Drake'a. Nie wiedzą jednak, że w chwili gdy podpisali umowę najmu, zawarli pakt z samym diabłem.
     „666 Park Avenue”, czyli bardzo diaboliczny serial z mrocznymi epizodami. Wszystkie tworzą jedną wielką całość, może niekoniecznie spójną, może niekoniecznie logiczną, czy porywającą, ale z pewnością każdy drobny element, każda fabuła najmniejszego odcinka odciska się piętnem na całym obrazie. Jak wiadomo, na początku podróży z debiutującymi serialami wszystko jest cudowne, wszystko nas intryguje, a każdy element układanki wydaje się mieć całkowity sens. Tak wszystko toczy się gdzieś do połowy sezonu, po którym fabuła leci na łeb na szyje. Twórcy coraz bardziej naciągają swoją opowieść, udziwniając, odkrywając coraz to nowsze karty mające wprowadzić widza w dezorientację, czy zapewnić kolejny twist w akcji. Prawda jest jednak taka, że zaczynają się odrobinę gubić we własnym pomyśle. Obraz, który zapowiadał się na demoniczne zabawy z paktami i terroryzowaniem bohaterów, zamienił się w zmiękczoną opowieść o niedoścignionych marzeniach, straconych szansach i zaufaniu. Pojawiają się rodzinne tragedie, momentami totalnie tandetny motyw zdrady, a cała otoczka intrygi i tajemnicy tkwiącej w samych cyrografach gdzieś się rozmywa- innymi słowy za bardzo skupiał się na wybranej grupce postaci, zamiast rozwijać motywy reszty mieszkańców. Przez to zamienia się w nudną gadaninę, gdzie pojawianie się kolejnych postaci z przeszłości, odkrywanie kolejnych brudnych i mrocznych sekretów apartamentowca przestaje być na tyle interesujące, aby zachęcić do tego pomysłu innych maniaków telewizyjnych produkcji. Tak też serial, który zaliczył bardzo ciekawy pilotowy odcinek, bardzo burzliwe, nierówne rozwinięcie, u końca swojej przygody zamienił się w kiczowatą opowieść z dość mocno przesadzonym finałem, który chyba każdego wstrząsnął swoją głupotą. A szkoda, bo miał tak wielki potencjał. Nic dziwnego, że zrezygnowano z jego kontynuacji.
Źródło: Fanpop.com
     Nie mniej, z jakichś powodów cenię sobie ten tytuł. „666 Park Avenue” ma przede wszystkim niesamowity klimat, który zachęca do dalszych seansów. Może to, a może bardziej tajemnica spoczywająca na Drake'u, która wciąż pozostaje nierozwikłana. Nie mniej, od samego początku towarzyszy nam groza, uczucie dyskomfortu, pewna klaustrofobiczna niecodzienność, którą odurza nas apartamentowiec, choć być może jest to też wina niesamowitego, acz minimalistycznego intro. W większości akcja rozgrywa się w jego murach i bez względu na to, czy stoimy w rozświetlonym holu, czy lunatykowaliśmy w stronę piwnicy, która wydaje się być epicentrum wydarzeń, wciąż będziemy odczuwać napięcie, budowane w dużej mierze nie tylko przez zdjęcia, ale również ścieżkę dźwiękową. Dobrze jednak, że twórcy nie postawili na bardziej paranormalne elementy opowieści. Chwali się, że darowali sobie nadmierność efektów specjalnych i ograniczyli się jedynie do niezbędnych elementów. Przez to obraz zachowuje swoją prawdziwość.
      W obsadzie aktorów jest co niemiara. Każdy odgrywa mniej bądź bardziej ważną rolę, każdy bohater oddaje część siebie- w mniej bądź bardziej drastyczny sposób. Władcą marionetek zostaje tutaj Terry O'Quinn i mówcie co chcecie, ale po wydarzeniach z „Lost” naprawdę wzbudza dyskomfort jako Doran. Trudno stwierdzić w czym tkwi jego sekret. Czy to w przeszywającym spojrzeniu, mimice twarzy, czy sposób w jaki się wypowiada, pewne jest jednak to, że źle mu z oczu patrzy- przynajmniej w chwili, gdy się z nim zadrze. Na co dzień pogodna persona, choć dość kontrowersyjna. Nie inaczej jest z Vanessą Williams, o której do tej pory nie wiem co mam myśleć. Prawdziwą perełką staje się tu jednak Rachael Taylor, czyli bohaterka pierwszego starcia z filmem „Transformers”. Ze swoim nietypowym akcentem idealnie komponuje się z niebanalną opowieścią. Choć przez większość epizodów nawet się sprawdza, to od pewnego momentu zaczyna irytować. Jej delikatność staje się coraz bardziej przesadzona, a głupkowatość nie tak urocza, jak można by oczekiwać. Z pewnością wypada jednak lepiej niżeli Dave Annable, który jest tak przezroczysty, że jedynie dzięki Taylor staje się momentami zauważalny. To samo dotyczy zresztą innych postaci, na szczęście niektórzy kończą bardzo źle.
Źródło: Fanpop.com
      Serialowa przygoda ABC z cyrografami i apartamentowcem dobiegła końca już na początku 2013 roku. Wyemitowano jedynie pierwszy, trzynastoodcinkowy sezon i na tym poprzestano. Patrząc na nierówności „666 Park Avenue” nie dziwne, że widzowie szybko skreślili wspólne spotkania z tym serialem. Na pewno było to coś ciekawego, na pewno zachwycało klimatem i potencjałem, ale niestety- każdy kolejny sezon gorszy był od poprzedniego i jedynie sympatia do niektórych bohaterów, a także chęć rozwikłania zagadki Drake'a były w stanie utrzymać nas lojalnie do ostatniej zagrywki. Szkoda jedynie, że finał okazał się być ciosem poniżej pasa, gdzie tanią zagrywką twórcy pokazali, że nie mieli pomysłu na zamknięcie historii. Pozostawia to spory niesmak i choć początek produkcji był całkiem obiecujący, to jednak ocenia się po tym, jak coś się kończy, a mieszkańcy z 666 Park Avenue nie skończyli zbyt dobrze.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: 666 Park Avenue / Reżyseria: Alex Graves, Robert Duncan McNeill / Scenariusz: David Wilcox / Na podstawie: powieści Gabrielli Pierce / Zdjęcia: Derick V. Underschultz, Anette Haellmigk / Muzyka: Trevor Morris / Obsada: Terry O'Quinn, Vanessa Williams, Rachael Taylor, Dave Annable, Robert Buckley, Mercedes Masöhn, Mark Palladino, Samantha Logan / Kraj: USA / Gatunek: Horror, Sci-Fi, Dramat / Ilość odcinków: 13
Premiera: 30 września 2012 (ABC) 25 września 2013 (13th Street Universal)

środa, 26 lipca 2017

1232. Tajemny krąg, reż. Liz Friedlander

     Stacja The CW wraz z nadejściem nowego sezonu 2011/2012 wyemitowała nową propozycję dla fanów młodzieżówek. Po "Pamiętnikach wampirów'" przyszedł czas na czarownice z "Tajemnego kręgu". Serial powstał w oparciu o kolejna serię powieści autorstwa L.J. Smith, która stworzyła także historię romansu Eleny i Stefano. Do projektu zaangażowali się Ci sami twórcy, którzy odpowiadają za "Pamiętniki wampirów".
     W małym, spokojnym miasteczku dochodzi do tragedii, w wyniku której ginie Amelia Blake. Jej osierocona nastoletnia córka- Cassie, przekazana zostaje pod opiekę swojej babci, tym w rodzinne strony swojej matki, do Chance Harbor. Pierwszego dnia w nowej szkole nawiązuje świeże kontakty i szybko znajduje przyjaciół. Kiedy dowiaduje się, że jej znajomi to tak naprawdę czarownice, a ona jest jedną z nich, całe jej życie ulega zmianie. Idąc w ślady swoich nieżyjących rodziców tworzą krąg, aby zjednoczyć swoje moce i stać się niepokonanymi. Jednakże wraz z tym ściągają na siebie łowców, którzy nie spoczną dopóki nie zabiją wszystkich czarownic.
     Obok wampirów i wilkołaków, czarownice są jednym z najchętniej podejmowanych tematów w literaturze, czy filmie. W "Tajemnym kręgu" nadrzędną rolę pełnią magiczne zaklęcia, rytuały, czy też efekty specjalne. Nie zapomina się jednak o sporym ładunku emocjonalnym towarzyszącemu rozgrywanym wydarzeniom. Magia bowiem jest spoiwem łączącym szóstkę niezwykłych osobowości. Stanowi przedmiot rozrywki, jest czymś co ich dzieli, czymś co sprawia im ogromny problem. Ściąga na nich łowców czarownic, atak demonów, który kończy się tragicznie, a także całą masę innych wydarzeń, których nie spodziewałby się nikt. Wszystkie 22 odcinki to niekiedy całkowicie odrębne fabuły. Dopiero przy końcu zaczynają spajać się w jedną całość, prowadzącą do załadowanego finału. Zakończenie jest takie, jak cały sezon. Pełen akcji, rozmaitych emocji i wszelkiej magii. Potężnie zaskakuje w związku z czym fani mogli oczekiwać kolejnego sezonu, w którym znajdziemy odpowiedzi na wiele rozpoczętych wątków. Niestety, twórcy zrezygnowali z ciągnięcia tej historii. Trochę to frustruje bowiem każdy chciałby się dowiedzieć jak skończą się wątki miłosne, jak wiele szkód narobi czarna magia i czy w końcu rodzinie uda się zjednoczyć. Choć wiele wątków udało się zakończyć w dość zaskakujący sposób- zarówno w finale, jak i w międzyczasie, to szkoda, że nie poznamy dalszego ciągu. Choć dialogi i zaklęcia wypowiadane przez młode czarownice były dość irytujące, to dało się je przeżyć.
     Cały sezon uzbrojony został w potężny ładunek mrocznego klimatu powiązanego z magią. Choć nie jest to serial w całości o czarnej magii to jednak jej mrok jest tutaj dominujący. Zadbano, w tym celu, o wystrój opuszczonego domu, czy garażu wypełnionego po brzegi magicznymi rekwizytami. Momentami jest to dość dosadne. Nie ma zbytniego przeładowania efektami specjalnymi, czy komputerowymi, co jest dość nietypowe dla tego typu produkcji. Na szczęście wychodzi to na dobre dla serialu zyskując tym samym na wiarygodności. Podkład muzyczny i utwory, których posłuchać można przy okazji utrzymane są w tej samej tonacji co w serialu "Pamiętniki wampirów". Nie są to zbyt znane kawałki, ale czasem uprzyjemniają nam seans.
     Obsada to same młode gwiazdy, a większość z nich dopiero rozpoczyna swoją karierę. Większość znana z niezbyt ambitnych produkcji młodzieżowych. Tutaj reprezentują sześć zupełnie różnych osobowości. Cassie, która irytuje swoim ciągłym dziubkiem, stanowiąca całkowity i ciekawy misz masz charakterów. Potrafiła być jednocześnie niewinna i przerażająca. Dziwne jednak, że większa część obsady ją przyćmiła. Ciekawą postacią okazała się być Faye. Jej buntowniczy i pełen determinacji charakterek był dominujący. Najbardziej świadoma siebie postać, choć nie do końca w tym przekonująca. Najbardziej przezroczystą bohaterką stała się Melissa, która całkowicie zaginęła pośród swoich koleżanek. Pomimo swoich problemów, pomimo traumatycznych wydarzeń była całkowicie bez wyrazu. Momentami w ogóle zapomina się o jej istnieniu, w szczególności, gdy znika z ekranu na kilka odcinków. Wśród dorosłych postaci nie ma tu zbyt wielkich rewelacji. Emocjonujące jest pojawienie się niespodziewanej postaci, która zwodzi, oszukuje, a swoje prawdziwe intencje kryje pod maską miłości i uprzejmości. O dziwo zagrana bez większego zaangażowania. Tak jest ze wszystkimi, niczym się nie wyróżniają.
     Gdy po obejrzeniu całego sezonu jasne staje się, że wszystkie aktorskie braki starano się nadrobić porywającą fabułą. Kolejne zwroty akcji sprawiły, że "Tajemny krąg" wydał nam się interesujący. Pełen dramatów, akcji i magii stał się dobrze zapowiadającym się serialem dla młodzieży, choć początki były trudne i dość nudne. Wraz z postępem wydarzeń coraz bardziej przykuwa się uwagę widza i pomaga zaprzyjaźnić z bohaterami. Dlatego też spoglądając swego czasu na ramówkę The CW na jesień 2012/2013 z przykrością dostrzegliśmy, a właściwie nie dostrzegliśmy kontynuacji tego tytułu.

Ocena: 6/10

Oryginalny tytuł: The Secret Circle / Reżyseria: Liz Friedlander, Joshua Butler i inni / Scenariusz: Andrew Miller, Kevin Williamson i inni / Na podstawie: serii powieści L.J. Smith "Tajemny krąg" / Zdjęcia: Robert McLachlan, Ramsey Nickell / Muzyka: John Frizzell / Obsada: Britt Robertson, Thomas Dekker, Phoebe Tonkin, Shelley Hennig, Jessica Parker Kennedy, Louis Hunter, Chris Zylka, Natasha Henstridge, Ashley Crow, Adam Harrington, Gale Harold i inni / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Horror / Liczba odcinków: 22
Premiera: 15 września 2011 (The CW) 12 listopada 2012 (AXN Spin)

sobota, 24 czerwca 2017

SZORTy #41: Skóra, w której żyję, Misery, Kwiat pustyni

Oryginalny tytuł: La Piel que habito | Reżyseria: Pedro Almodóvar | Scenariusz: Pedro Almodóvar | Obsada: Antonio Banderas, Elena Anaya, Marisa Paredes, Jan Cornet Roberto Álamo, Eduard Fernández | Kraj: Hiszpania | Gatunek: Thriller, Dramat
Premiera: 19 maja 2011 (Świat) 16 września 2011 (Polska)
Ocena: 8/10

     Jeden z najchętniej oglądanych i najpopularniejszych hiszpańskich reżyserów. Pedro Almodóvar daje kolejne genialne dzieło, bazując na szokującej powieści autorstwa Thierry'ego Jonqueta „Tarantula”.
     Hiszpański chirurg plastyczny pracuje nad syntetyczną, odporną na uszkodzenia skórą. Swoje testy przeprowadza na tajemniczej kobiecie, pięknej kobiecie, którą przetrzymuje w swoim domu.
     Jeden z najbardziej zaskakujących filmów, jakie przyszło mi oglądać. Szokujących, a przy tym mocno zdeprawowanych i przerażających. „Skóra, w której żyję” rozpoczyna się zdecydowanie za bardzo spokojnie. Od razu zapala się lampka ostrzegająca, bo coś tutaj nie gra. Mocno medyczny charakter, z precyzją chemika dobieranie struktur dających pożądany efekt, pożądany produkt. Wystąpienia na konferencjach, a potem? Cóż... potem włamanie, dziwaczne w skutkach, które szokuje. Jednakże jak myślicie, że na tym skończą się zwroty w akcji to bardzo się mylicie. Tego co ma nadejść nikt się nie spodziewa, no bo jak? Nie mniej, od pewnego momentu z łatwością można się domyślić w czym tkwi sekret tej produkcji, co jest jej drugim dnem. Świetnie jest to zmontowane, Almodóvar sprawnie buduje napięcie- to pewne. Bierze na barki historię, która wstrząsała czytelnikami, a niczego nie świadomy widz zaplątał się w siatkę tajemnic filmowych. Stworzenie psychologicznej warstwy filmu również się udało, choć nie dla każdego będzie to wystarczające. Można było co prawda bardziej popracować nad ludzkimi relacjami, stworzyć większą problematykę postaci, ale i tak efekt jest zachwycający. Świetnie się to ogląda, film wciąga jak niewiele produkcji. Zdecydowanie godny polecenia z uwagi na historię i jej poprowadzenie. Godny polecenia z uwagi na swoją moc w przekazie, no i klimat, klimat tajemnicy, który jest tutaj traumatyzujący.

Oryginalny tytuł: Misery | Reżyseria: Rob Reiner | Scenariusz: William Goldman | Obsada: Kathy Bates, James Caan, Richard Farnsworth, Frances Sternhagen, Lauren Bacall, Graham Jarvis | Kraj: USA | Gatunek: Thriller
Premiera: 30 listopada 1990 (Świat) 31 grudnia 1990 (Polska)
Ocena: 7/10

     Klasyka kina grozy, zekranizowana na podstawie kultowej powieści Stephena Kinga. Nieprzeciętna „Misery” będąca odskocznią od aktorskiej kariery Reinera, natomiast dla Kathy Bates stała się przełomem.
     Poczytny pisarz ulega wypadkowi podczas śnieżycy. Odnajduje go i pomaga mu tajemnicza pielęgniarka, która okazuje się być najwierniejszą fanką jego twórczości, w szczególności tej związanej z postacią Misery.
     Interesująca produkcja, utrzymana w dość kiczowatym klimacie, ale tak bardzo oddająca charakter przełomu lat 80tych i 90tych ubiegłego wieku. Fabularnie jest to zdecydowanie coś dla miłośników książek, którzy tym seansem ustrzec się mogą od pewnej psychozy wywołanej nadmierną fascynacją treścią ulubionych powieści. Tutaj zdecydowanie podziałał czynnik zbyt poważnego potraktowania książki i nadmiernego przywiązania do jej głównej bohaterki. Jest to przykład genialnego złoczyńcy wykreowanego przez świat, którego zamiłowaniem stały się powieści konkretnego autora. Typowy stalker, który tworzy ołtarzyki z ukochanym pisarzem i marzy o podejściu z nim do ślubnego kobierca. Trzeba przyznać, że motyw całkiem przedni wywołujący sporo niepokoju w człowieku. Jednakże trzeba przyznać również, że jest to tytuł mocno przewidywalny, niczym nie zaskakujący widza, aczkolwiek pewnie w ówczesnych czasach ktoś jeszcze mógł uwierzyć uroczej buźce Annie. Rozwój wydarzeń bardzo dobrze buduje napięcie, gdyż nie do końca wiadomo, co stanie się ze wspomnianym pisarzem. Aż ciężko rozmyślać nad tym, czy i sam Stephen King przeżył podobne chwile grozy. Hm. Jest tutaj również kilka scen, które kumulują w nas emocje, jak chociażby wykradanie się z pokoju, a później prędkie do niego wracanie, przed powrotem Annie. Takich emocji człowiek nie chciałby doświadczyć w realu. Jak dla mnie jest to naprawdę bardzo fajny film, który potrafi zaintrygować i przykuć uwagę widza. Nietuzinkowy, a z drugiej strony na tyle życiowy, aby poczuć się nim całkowicie omamionym.

Oryginalny tytuł: Desert Flower | Reżyseria: Sherry Hormann | Scenariusz: Sherry Hormann | Obsada: Liya Kebede, Sally Hawkins, Craig Parkinson, Meera Syal, Anthony Mackie, Juliet Stevenson, Timothy Spall | Kraj: Wielka Brytania, Austria, Niemcy | Gatunek: Dramat, Biograficzny
Premiera: 05 września 2009 (Świat) 26 marca 2010 (Polska)
Ocena: 8/10

     Produkcja Sherry Hormann, amerykańskiej reżyserki cichych obrazów, która u swoich podstaw ma wstrząsającą historię modelki Waris Dirie. Kobieta po latach postanowiła opowiedzieć całemu światu o dramacie somalijskich dziewcząt, a przyjęło to powieść jej autobiograficznej powieści o tytule- „Kwiat pustyni”.
     Młoda i piękna dziewczyna, ucieka ze swojego rodzinnego domu w Somalii i przyjeżdża na Wyspy Brytyjskie. Kiedy po sześciu latach, rodzina, u której się zatrzymała postanawia powrócić do kraju, ona szuka swojego szczęścia gdzie indziej. Przypadkowo wkracza w świat mody, choć piętno tego co jej zrobiono w dzieciństwie, nie pozwala jej otworzyć się na ludzi.
     Czasami słyszymy historie, które wydają się nam bardzo obce. Historie, które dotykają małych zakątków naszego świata. Często są to historie, o których w ogóle się nie mówi z uwagi na religijne, plemienne przekonania. Czasami ktoś się przełamie i potem powstają takie traumatyczne książki, jak „Kwiat pustyni”, na podstawie których robi się filmy. Obraz Sherry Hormann przesycony jest emocjami. Prezentuje obraz wycofanej dziewczyny, która nie włada dobrze językiem angielskim, a pęta jej przeszłości nie ograniczają jej swobodę w kontaktach z innymi ludźmi- w szczególności mężczyznami. Jak można bowiem żyć z taką krzywdą wyrządzoną przez bliskich? I to jeszcze w tak młodym wieku? Waris jakoś żyła i radziła sobie z tym świetnie, choć i nie bez skrępowania. Ze łzami w oczach obserwujemy jak traumatyczne są to dla niej wspomnienia. Ze łzami w oczach obserwujemy relację z tej straszliwej chwili. Inaczej nie da się na to patrzeć. Oczywistym jest, że takie sceny zawsze najbardziej będą poruszać i wydaje się, że są to jedyne chwile, które wzbudzają większe emocje w widzu. Nie mniej, kogo nie cieszą postępy dziewczyny w świecie mody? Kogo nie ucieszy przemiana jaką przechodzi? Może i nie jest to poprowadzone dynamicznie, bo jakże może skoro to dramat, ale z pewnością jest w stanie przykuć uwagę. W szczególności, że Waris jest niesamowicie piękna. Każda sesja z jej udziałem uwydatnia jej urodę coraz bardziej, choć nie trudno oprzeć się wrażeniu, że modelka trafiła do jakiegoś zupełnie innego światka modelingu. Na ekranie towarzyszy jej cudowna Sally Hawkins, która stara się realizować tu swoje własne marzenia, ale znajomość z Waris nie pozostała bez wpływu na nią samą. Kolejna cudowna przemiana. Film może i nie jest jakiś wielce wybitny, może momentami zanudza, a innym razem ułagadza fakty. Pewne jest jednak to, że porusza i to niejednokrotnie, a fakt, że rytualne okaleczanie dziewczynek jest wciąż praktykowane, nawet po interwencji Waris w ONZ jest po prostu... obezwładniające.

sobota, 10 grudnia 2016

1215. Zanim się pojawiłeś, reż. Thea Sharrock

      Najpierw książka potem ekranizacja. Zazwyczaj dobrze jest trzymać się takiej reguły. Czasem jednak stanowi to problem, w szczególności gdy za film zabieracie się niedługo po lekturze, gdy wasze emocje wciąż są świeże. Powieść Jojo Moyes ledwo została zauważona w naszym kraju, co się oczywiście zmieniło, gdy tylko pojawił się film a w ślad za nim nowe wydanie książki w filmowej okładce. Świat oszalał. Oszalałam i ja. Niepojętym jest jednak fakt pokochania filmu Zanim się pojawiłeś” wyreżyserowanego przez Theę Sharrock przez tych samych ludzi, którzy uwielbiają literackie wcielenie Lou i Willa.
Źródło: Galapagos Films

      Młody mężczyzna (Sam Claflin), biznesmem, czerpiący z życia pełnymi garściami ulega straszliwemu wypadkowi, który do końca życia unieruchamia go w wózku inwalidzkim. Po jego kolejnej próbie samobójczej rodzina chce zrobić wszystko, aby odciągnąć go od ponurych myśli. Tym też sposobem zatrudniają do opieki nad Willem niezwykle ekscentryczną, ale też o uroczą dziewczynę imieniem Lou (Emilia Clarke), licząc na to, że na nowo obudzi w ich synu chęć do życia. Ma na to jednak tylko pół roku, a wycofany mężczyzna z pewnością nie ułatwia jej zadania.
      Przykro się patrzy na ekranizacje, które nie potrafią podnieść ciężaru kultowości pierwowzoru. Tak jest właśnie w przypadku historii Lou i Willa, gdyż obrazowi nie udało się do końca oddać emocji, które tu dominują. Czytając powieść rozmyśla się o tym, jak cudownie byłoby zobaczyć to wszystko na ekranie, a potem BAM! (nie…. nie autobus)- zdarza się film i marzenie pryska. Zasadniczo, gdyby nie czytać wcześniej książki, to nie zauważylibyśmy powierzchownego potraktowania całej historii i postaci, które są tutaj kluczowe. Bez tej świadomości całość wydaje się być całkiem przyjemna, momentami nawet zabawna, choć nie w styluNietykalnych”, ale raczej z powodu osobowości Louisy. Oglądając film ma się wrażenie poszatkowania fabuły, która nie ma przyzwoitego początku, czy rozwinięcia. Wszystko potraktowane jest po macoszemu, bo nie mogąc doświadczać niektórych sytuacji nie dostrzeżemy przemian, dokonujących się w bohaterach. Ciężko zrozumieć powody Willa co do podjętej przez niego decyzji, mniej radośnie dostrzegamy starania Lou, aby pomóc całkiem obcemu sobie mężczyźnie. Zabiera nam się wątek finansowy, który był kluczowy, a także siostrzany konflikt, który mógł sporo namieszać. Odrobinę zmieniono fabułę przez co historia trochę opadła z charakteru i dramatyzmu stając się kolejnym romansem, tudzież filmem obyczajowym.
Źródło: Galapagos Films

      Oczywiście, w wykonaniu Brytyjczyków film pozostaje uroczy. Nie tylko z powodu wątku miłosnego, który zrodził się niewiadomo gdzie i kiedy, ale przede wszystkim z uwagi na krajobrazy- scenerię, scenografię, a także kostiumy. Wyglądem przypomina to rozświetloną baśń. Wszystko jest takie słoneczne, miasteczko zaciszne, a pałace piękne. Brakuje tylko skowronków na drzewach, z którymi mogłaby pośpiewać Lou. Jej kreacje urwały się z najrozmaitszych bajek. Są barwne i unikatowe, po raz kolejny udowadniając jaka siła tkwi w detalach i… butach. Do tego jeszcze ckliwa muzyka, która aż krzyczy “Płacz! Płacz! Płacz!”. Cudownie, jak w sennym marzeniu.
      Spełnieniem snów nie są jednak odtwórcy głównych ról, którzy- choć wizualnie dobrani perfekcyjnie, okazują się być strzałem w kolano dla produkcji. Najwyraźniej Emilii Clarke trochę odbiło po roli Matki Smoków, bo mimika jej twarzy była tragiczna. Ciężko stwierdzić czy ma tiki nerwowe, czy najadła się za dużo cytryn. Jej wędrujące brwi są nieznośne, a bardziej nieautentycznych łez już dawno nie widziałam. Już lepiej jej wychodzi granie bezemocjonalnych twarzy walczących o tron. Sam Claflin nawet daje radę to uciągnąć. Choć próbuję pojąć czemu musieli mu zgolić brodę- wyglądał świetnie, a nie niechlujnie jak to rysowała powieść. Nie był nawet taką łajzą jak jego literacki pierwowzór i szkoda, bo byłoby może bardziej kolorowo i wesoło.
Źródło: Galapagos Films

      Niemożliwe było oderwanie się od powieści i dlatego szokuje, że Zanim się pojawiłeś” w wersji filmowej nie powiela emocjonalnego sukcesu. Jest dramatycznie, ale sztuczność i mimika bohaterów rujnuje większość pozytywnych wrażeń. Wyszedł z tego bardzo ładny i uroczo brzmiący film. Niestety, okrajając wątki budujące osobowość się bohaterów dał nam nie tylko banalną historię miłosną- praktycznie pozbawioną ducha, ale też nijakich bohaterów, o których szybko się zapomina. Dobrze chociaż, że warstwa wizualna zachwyca, co zdecydowanie było jednym z czynników uprzyjemniających seans.


Ocena: 5/10
Recenzja filmu DVD „Zanim się pojawiłeś” - dystrybucja Galapagos Films


Oryginalny tytuł: Me Before You / Reżyseria: Thea Sharrock / Scenariusz: Jojo Moyes / Na podstawie: powieści Jojo Moyes „Zanim się pojawiłeś” [recenzja] / Zdjęcia: Remi Adefarasin / Muzyka: Craig Armstrong / Obsada: Emilia Clarke, Sam Claflin, Janet McTeer, Charles Dance, Stephen Peacocke, Samantha Spiro, Brendan Coyle, Jenna Coleman, Matthew Lewis / Kraj: USA / Gatunek: Melodramat
Premiera kinowa: 23 maja 2016 (Świat) 10 czerwca 2016 (Polska)
Premiera DVD: 09 listopada 2016