NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Night Shyamalan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M. Night Shyamalan. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lipca 2017

SZORTy #43: Nauka spadania, Życie.po.Życiu, Dziadek i ja

Oryginalny tytuł: A Long Way Down | Reżyseria: Pascal Chaumeil | Scenariusz: Jack Thorne | Obsada: Pierce Brosnan, Toni Collette, Aaron Paul, Imogen Poots, Sam Neill, Rosamund Pike | Kraj: Wielka Brytania, Niemcy | Gatunek: Dramat, Komedia
Premiera: 10 lutego 2014 (Świat) 21 marca 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Twórca raczej średnio udanych francuskich komedii romantycznych. Chaumeil postanawia więc zmienić front i bierze się za prozę Nicka Hornby'ego. Tak powstaje przejmująca i intrygująca propozycja dla niedoszłych samobójców o wymownym tytule „Nauka spadania”.
     Za kilka minut zegar wskaże północ. Dla byłego prezentera telewizyjnego jest to idealna noc, aby zakończyć swój żywot. Zabiera drabinę pod pachę i idzie na dach jednego z najwyższych wieżowców. Jednakże zanim będzie dane mu skoczyć spotka tam trójkę innych ludzi, którzy wpadli na podobny pomysł odebrania sobie życia.
     Zaczyna się dość niekonwencjonalnie. Można nawet powiedzieć, że zaskakująco zabawnie. Co może się wydarzyć podczas spadania w dół? Cała masa rzeczy, która będzie w stanie nas od tego odwieść, z trójką obcych ludzi na czele. Każdy z nich ma do opowiedzenia własną historię, mniej bądź bardziej poruszającą, która najwyraźniej stanowiła bodziec do tak drastycznych środków. Twórcy nie bawią się w oskarżycieli, nie mają czelności oceniać powódek bohaterów, ani ich życia. Dają tym samym sposobność do odczuwania z ludźmi znajdującymi się w położeniu popychającym ich na skraj przepaści. Patrząc na różnorodność przyczyn łatwo zrozumieć, że bez względu na przeszłość, status majątkowy, czy sytuację rodzinną każdy może w pewnej chwili poczuć się na tyle bezsilny, aby chcieć skończyć ze swoim życiem. Takie podróże osobiste momentami stają się bardzo uciążliwe, nużące, nie do końca potrafi to przykuć uwagę widza. Zdarzają się lepsze momenty, chwile napięcia, humoru, swobody i luzu, ale jest to bardzo rzadkie. Z tego wszystkiego najciekawszy jest chyba wstęp i zamknięcie. Reszta to tylko zapychacz, gadanina- momentami bezsensowna, bo nic nie wnosząca do fabuły.

Oryginalny tytuł: After.Life | Reżyseria: Agnieszka Wójtowicz-Vosloo | Scenariusz: Agnieszka Wójtowicz-Vosloo, Paul Vosloo, Jakub Korolczuk | Obsada: Christina Ricci, Liam Neeson, Justin Long, Chandler Canterbury | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 07 listopada 2009 (Świat)
Ocena: 5/10

     „Życie.po.życiu” sklasyfikować można do gatunku filmów, które zawsze były problematyczne dla twórców, w szczególności polskich. Nie mniej, Agnieszka Wójtowicz-Vosloo pokazuje, że nawet i w tym nurcie odnaleźć można coś intrygującego.
     Młoda nauczycielka prowadzi dość monotonne życie ze swoim życiowym partnerem. Niestety, po jednej z nieudanych kolacji kobieta ma wypadek. Budzi się na stole w domu pogrzebowym.
     Fabuła już od samego początku nakreśla o czym traktować będzie cały film. Rozważania na temat życia, czerpania z niego pełnymi garściami to coś co obija się po kinematografii od lat, ale żadna produkcja nie uderza tak celnie w człowieka. Ta oczywistość niektórych będzie drażnić, ale inni totalnie się w niej zatracą i może nawet wyciągną konkretne wnioski. Film Wójtowicz-Vosloo to zdecydowanie nietypowe dzieło, które nie każdemu musi się spodobać. Natomiast Ci, którzy jakimś sposobem zostaną urzeczeni głowić będą się nad drugim dnem obrazu. Klimatu nie można mu odmówić, bowiem rzadko zdarzają się tak mroczne i niepokojące filmy. Wszechobecność śmierci również jest przytłaczająca, a zdjęcia ją reprezentujące na swój sposób przerażające. Wygląda to mniej więcej tak, jakoby po śmierci człowiek rozpoczynał nowe życie, drugie życie, życie po życiu. Aktorsko nie ma tutaj żadnych rewelacji. Neeson odnajduje się w dość niepozornej, ale lekko przerażającej roli. Natomiast Ricci całkowicie straciła swój blask. Pomimo wielu plusów, pomimo wielu wad jest to jedynie przeciętny film z zaskakującym finałem, bowiem to wtedy nasuwa się jedno zasadnicze pytanie, które robi człowiekowi prawnie z mózgu: to ona była w końcu martwa, czy nie?

Oryginalny tytuł: Wild Awake | Reżyseria: M. Night Shyamalan | Scenariusz: M. Night Shyamalan | Obsada: Joseph Cross, Robert Loggia, Dana Delany, Denis Leary, Julia Stiles, Rosie O'Donnell, Camryn Manheim, Dan Lauria, Timothy Reifsnyder, Michael Shulman, | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Familijny, Komedia
Premiera: 20 marca 1998 (Świat) 17 listopada 2006 (Polska)
Ocena: 7/10

     Najpierwsiejszy z filmów M. Night Shyamalana, który trafił do szerszej dystrybucji. „Dziadek i ja” to jeszcze obraz sprzed czasów zanim reżyser został znienawidzony przez wielu. Niewinny, intymny, tak bardzo wzruszający.
     Mały chłopiec, uczeń katolickiej szkoły traci swojego ukochanego dziadka. Pogodzenie się z jego śmiercią przychodzi mu z niezwykłym trudem, dlatego też próbuje znaleźć sposób, aby porozumieć się z Bogiem i znaleźć odpowiedzi na najbardziej nurtujące go pytania, a przede wszystkim dowiedzieć się czy jego dziadkowi dobrze się powodzi w Niebie.
     Film na pozór familijny, bowiem „Dziadek i ja” jest obrazem o rodzinie. Trudy radzenia sobie ze śmiercią ukochanego człowieka, który wykazywał tak wiele dobroci, zrozumienia, czułości, który zastępował nam najlepszego przyjaciela, a niekiedy nawet i rodzica. Jednakże z drugiej strony jest to przede wszystkim prezentacja głębokiej wiary, która zagnieżdża się w człowieku, a także możliwość przeglądu innych jej odłamów- co ciekawie się tutaj objawia, a także dojrzewania do niej i próby zrozumienia jej dogmatów. Fascynujące jest to jak młody Joshua odnosi się do każdej z wiar, aby móc jak najprędzej porozumieć się z Bogiem, choć nie jest ważne z jakiej religii będzie pochodzić. Rozpoczyna przygodę niezwykłą, tak bardzo odmienną od podróży w głusz, choć z drugiej strony bazującej na tym samym fundamencie- chęci poznania. Z jednej strony może być to i zabawne, bo chłopiec w końcu chodzi do katolickiej szkoły, ale z drugiej chęć dowiedzenia się, czy po śmierci z jego dziadkiem jest wszystko okej staje się naprawdę poruszająca. Momentami ciężko jest powstrzymać się od łez, kiedy to człowiekowi na myśl przychodzi wspomnienie jego własnego dziadka. Trudno jest więc znaleźć coś co przyprawiło by nas o rozbawienie, choć trzeba przyznać, że buźka małego Crossa jest urocza i od razu wyzwala uśmiech od ucha do ucha. M. Night Shyamalan stworzył film bardzo niezwykły bowiem wraz z małym Joshuą wyruszaliśmy w tę podróż, podczas której odkryliśmy nowe pokłady empatii, inne religijne odłamy, ale przede wszystkim mieliśmy chwilę, aby pomyśleć o własnym dziadku i przypomnieć sobie ile dla nas znaczył.

czwartek, 23 lutego 2017

1220. Split, reż. M. Night Shyamalan

     Cóż byłaby ze mnie za fanka M. Night Shyamalana, gdybym nie obejrzała jego najnowszego filmu “Split”. Skoro wszyscy rozpływali się w zachwytach i zwiastowali wielki powrót mistrza suspensu, to byłam przekonana, że i mnie film zachwyci. Zrywów fascynacji nie było, ale dla nawet mnie zaskoczył finał finałów. Szkoda jedynie, że nie był to szok na miarę pierwszych tytułów reżysera.
Źródło: Rotten Tomatoes
     Młody mężczyzna (James McAvoy) i jego 23 osobowości chodzą na psychoterapię do uznanej psychiatry badającej jedną z najbardziej przełomowych teorii odnośnie ludzkiego umysłu. Pewnego dnia jedno z wcieleń mężczyzny porywa z parkingu trzy nastolatki i przetrzymuje je w ukryciu, przygotowując do wielkiego rytuału. Bowiem już wkrótce nadejść ma kolejna z osobowości, która sieje postrach u pozostałych.
     Filmy o ludzkiej psychice, mocno koncentrujące się na tym motywie, zawsze są zachwycające i jednocześnie nużące. Shyamalan niemalże w każdym swoim obrazie prezentuje jakiś aspekt naszego umysłu, gdyż jego bohaterowie zawsze są w jakiś sposób skrzywieni. Jednakże teoria wysunięta przez niego w “Split” przechodzi wszelkie granice. Jest niezwykle zatrważająca, co dodatkowo podkreślone jest sceną, w której poznajemy znaczną część osobowości i dostrzegamy te różnice.
      Do tamtej pory nie dopuszczamy do siebie podobnej możliwości. Oglądamy po prostu sceny, gdzie mężczyzna porywa dziewczyny i trzyma je w zamknięciu. Nie terroryzuje, nie torturuje, nie molestuje. Nawet ich nie dotyka. To budzi sporą konsternację i rodzi pytania… ale dlaczego? Głównie dlatego, że nie o porwaniu jest to film, a o doświadczanych krzywdach i ich wpływie na nasze późniejsze życie. I to nie jest już tylko kwestia porywacza. Więcej odkrywają ostatnie minuty filmu, na które warto było czekać.
Źródło: Rotten Tomatoes


Wyczekiwanie krwawej rzezi nie należy do najprzyjemniejszych. Napięcie często sięga tutaj zenitu, niejednokrotnie doprowadzając do szału. Shyamalan nie stracił daru do budowania napięcia, zawsze wiedział, za którą stronę pociągnąć, żeby nas przestraszyć, zranić, czy zainteresować. Zazwyczaj udaje mu się zaskoczyć nas tak bardzo, że szczękę trzeba zbierać z podłogi. Często przekracza granice a widz tylko krzyczy w głowie, że to przecież nie ten rodzaj filmu! Jak jednak ktoś myślał, że to koniec niespodzianek, to bardzo się myli, bowiem reżyser puszcza nam jeszcze oczko u samego finiszu. Ta muzyka brzmiała tak bardzo cudownie. Ta muzyka brzmiała tak bardzo znajomo. Zakochani w tej nucie już będą wiedzieć co się szykuje. A wtedy zostaną z jednym wielkim szokiem na twarzy, przez którą przemknie uśmiech.
     Od pewnego czasu nie przepadam za Jamesem McAvoyem. Wizualnie mi nie podchodzi, a często nawet i aktorsko. Jednakże to co zrobił z postacią wieloosobowościowego typka… jak dla mnie niemalże mistrzostwo. Nawet Eddie Murphy nie zagrał w jednym filmie tylu postaci, a już na pewno nie zrobił tego tak rewelacyjnie. Każda z nich zupełnie inna i świetnie zaakcentowana przez McAvoya. W każdej odsłonie stał się przejmujący i każdą z nich wywoływał różne emocje. U jego boku pojawiła się też zjawiskowa Anya-Taylor Joy, która skradła cały film. Mam nadzieję, że szybko zobaczymy ją w czymś równie dobrym.
Źródło: Rotten Tomatoes
     “Split” to film bardzo nieoczywisty, co jest domeną wszystkich produkcji Shyamalana. Tutaj gra psychologiczna wznosi się na wyższy poziom. Klimatycznie jest to coś w stylu “Szóstego zmysłu”, choć tutaj fabuła skupia się bardziej na analizie niezwykłości ludzkiego umysłu. Choć tempo jest dość rozlazłe i monotonne, to jednak całość pozostaje intrygująca i zaskakująca. Do tego świetny McAvoy, który tworzy niezapomniane kreacje, świetna muzyka, no i ten finał, który dla fanów Shyamalana jest czymś naprawdę niesamowitym, czymś na co tak długo czekali choć sami o tym nie wiedzieli. Brawo!

Ocena: 7/10

Oryginalny tytuł: Split / Reżyseria: M. Night Shyamalan / Scenariusz: M. Night Shyamalan / Zdjęcia: Mike Gioulakis / Muzyka: West Dylan Thordson / Obsada: James McAvoy, Anya Taylor-Joy, Betty Buckley, Haley Lu Richardson, Jessica Sula, Brad William Henke, Sebastian Arcelus, Izzie Coffey / Kraj: USA / Gatunek: Thriller
Premiera: 26 września 2016 (Świat) 20 stycznia 2017 (Polska)

poniedziałek, 21 września 2015

1184. Wizyta, reż. M. Night Shyamalan

     Częściej ocierał się o zdobycie Złotej Maliny niż Oscara. Choć od czasów „Szóstego zmysłu” każdy jego nowy film jest krytykowany przez masy i coraz ciężej udaje mu się pozyskać studio, które chciałoby się zająć produkcją, to M. Night Shyamalan nie poddaje się i wciąż daje przyjemność swoim najwierniejszym fanom, np. mnie. Po krótkiej przerwie znowu powraca, w swoim starym stylu, dając naprawdę dobry oraz klimatyczny film- „Wizyta”.
      Dwójka nastolatków, samotnie wychowywana przez matkę, odnaleziona zostaje przez dziadków, których nigdy nie widziała, a z którymi matka nie rozmawiała od czasu swojej ucieczki z domu. Dostają propozycję weekendowej wizyty u rodziców matki, na którą chętnie przystają chcąc poznać ulubione miejsca swojej mamy, a także odnaleźć odkupienie jej win. Jednakże już od pierwszego dnia ich pobytu dziadkowie dziwnie się zachowują, a szereg narzuconych im zakazów budzi w nich niepokojące podejrzenia. Nie zdają sobie jednak sprawy, jak bardzo przerażająca jest prawda.
     M. Night Shyamalan znowu w wielkiej formie. Co prawda nie na miarę kolejnego „Szóstego zmysłu”, „Niezniszczalnego”, czy „Znaków”, ale prawie... Prawie robi dużą różnicę więc nie jest niestety idealnie, ale jest MOC! Gdyby tak człowiek wybierał się do kina na film, zupełnie nie zaznajomiony z jego fabułą, nie znający wcześniejszych dokonań Shyamalana, to mógłby przyjąć tytuł dość swobodnie, bez większych emocji i oczekiwań. Jednakże wszyscy Ci, którzy znają twórczość hindusa albo go nienawidzą, albo uwielbiają. Osobiście zaliczam się do tego drugiego grona osób, prawdopodobnie bardzo nielicznego. A „Wizyta” jedynie podkreśliła moje uczucia do tego zaskakującego reżysera i scenarzysty.
     Historia, która na swój przerażający sposób, mogłaby przytrafić się każdemu, bo przecież ile na świecie jest rodzin rozbitych, które na zawsze zrywają kontakt. Ileż jest na świecie rodzin, od których odeszli mężowie, ojcowie, synowie. Tutaj młoda dziewczyna wyjeżdża wraz z bratem do dziadków będących właśnie ofiarami takiego zerwania wszelkich kontaktów. Chęcią wizyty kieruje nie tylko pragnienie poznania swoich dziadków, ale przede wszystkim poznania prawdy o wydarzeniu sprzed lat, które na zawsze podzieliło tę rodzinę. Jedyne czego pragnie, to zyskać przebaczenie dla swojej matki, a także poznać jej dzieciństwo w starym domu. Dlatego zabiera ze sobą kamerę, którą ma zamiar dokumentować niemalże wszystko.
     I tak naprawdę wszystko wydawało się ok, dziadkowie odebrali młodych z dworca, zabrali do odludnego, ale niezwykle urodziwego domu i tam rozpoczęli staranną opiekę i poznawanie swoich wnucząt. Oczywiście nie obyło się bez zakazów- nie wchodzić do piwnicy, bo grzyb, a cisza nocna zaczyna się o 21:30 i niech nie wychodzą wtedy z pokoju. Na szczęście było to pomieszczenie z przylegającą do niego łazienką. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Dziwne skrobania w środku nocy, tajemniczo zachowujący się dziadek chodzący niepostrzeżenie do szopy i uważający, że ktoś go śledzi. Cała masa dziwnie nie wytłumaczalnych zachowań babci, które nasilają się nocą. Nie trudno pomyśleć, że kobieta jest opętana, nawiedzona, czy po prostu kopnięta we głowę. Tym sposobem Shyamalan genialnie buduje napięcie, która nasila się z każdą kolejną nocą. Obecność kamery również nie daje większego spokoju. Oczywistym staje się, że finałowym starciem będzie ostatnia noc ich pobytu, młodzi przeczuwają to. Wtedy staje się rzecz niezwykła, która od razu przywołuje na myśl dawne hity reżysera, które wręcz podcinają nogi rozwiązaniem zagadki, zagadki, której teoretycznie nikt nie spodziewałby się znaleźć w takim niepozornym filmie. Szok za szokiem doprowadza do swoistego katharsis, a widz ma odczuwa ulgę, że zaraz będzie po wszystkim.
     Niekwestionowanym zaskoczeniem tej produkcji jest trudność zaklasyfikowania jej do jednego gatunku. Ciężko mówić o niej w kategoriach horroru, czy komedii. Bardziej przypomina obyczajówkę z lekką nutą dreszczyku (no okej, może większą nutą dreszczyku), której klimatu dodają genialne zdjęcia zamglonych terenów zimowych, a także kręcenie z pierwszej ręki. Okraszona humorem pod postacią uroczego braciszka rapera, który nie ukrywa swojej sympatii do dziewcząt i najchętniej to już prężyłby muskuły przy pierwszej napotkanej ślicznotce. W roli młodszego brata występuje Ed Oxenbould, który pokazał już swoje poczucie u boku Steve'a Carrella w filmie „Alexander”. Duszą filmu jest z kolei starsza siostra. To ona jest tą rozważną, najbardziej zranioną, nie mogącą pogodzić się ze stratami, a jednocześnie bardzo silną dziewczyną. Tutaj młoda aktorka o niezbyt światłych dokonaniach- Olivia DeJonge. Nie można też nie wspomnieć o genialnej Deannie Dungan, która w roli babci jest bardzo... bardzo... trudna do rozgryzienia. Z jednej strony stanowi kwintesencję babcinej miłości wraz z tym pieczeniem pysznych ciasteczek i tym swoim uroczym, pełnym uczucia spojrzeniem. Z drugiej zaś strony jest przerażającym uosobieniem tego, co może nas przerażać w starszych ludziach- problemy zdrowotne, ale też natury umysłowej. I w tej sytuacji wykazała się naprawdę niezwykle wszechstronnym aktorstwem. Zdecydowanie przytłoczyła dziadka, wydaje się w zasadzie jakby jej rola była tutaj kluczowa.
     „Wizyta” jest wszystkim tym, co w filmach Shyamalana jest najlepsze. Historia dość przeciętna, acz niebanalna, opowiedziana w dość zwyczajny sposób, bez większych rewelacji, ale za to z mocnym przytupem u finału, który wywraca do góry nogami wszelkie negatywne emocje, które mogły się ewentualnie przytrafić w trakcie trwania seansu. Nakręcony z pierwszej ręki z naprawdę niepokojącymi scenami idealnie buduje napięcie, podczas gdy młody Oxenbould skutecznie je rozładowuje swoim poczuciem humoru. Nie jest to może film idealny, ale może być pewnym przełomem w karierze Shyamalana, który ponownie pozwoli wkraść mu się w łaski producentów. W szczególności, że z dość prostej historii jest w stanie zrobić coś naprawdę niepokojącego, co zburzy spokój wszystkich dzieci i dorosłych.
Ocena: 7/10


Oryginalny tytuł: The Visit / Reżyseria: M. Night Shyamalan / Scenariusz: M. Night Shyamalan / Zdjęcia: Maryse Alberti / Muzyka: - / Obsada: Olivia DeJonge, Ed Oxenbould, Deanna Dunagan, Peter McRobbie, Kathryn Hahn / Kraj: USA / Gatunek: Czarna komedia

Premiera: 09 września 2015 (Świat) 11 września 2015 (Polska)

niedziela, 22 grudnia 2013

1091. 1000 lat po Ziemi, reż. M. Night Shyamalan

Oryginalny tytuł: After Earth
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Scenariusz: M. Night Shyamalan, Gary Whitta
Zdjęcia: Peter Suschitzky
Muzyka: James Newton Howard
Kraj: USA
Gatunek: Sci-Fi, Przygodowy
Premiera: 01 maja 2013 (Świat) 14 czerwca 2013 (Polska)
Obsada: Will Smith, Jaden Smith, Sophie Okonedo, Zoë Kravitz

Data wydania DVD: 16. października 2013
Wydanie: DVD z książką
Dystrybutor: FilmFreak
Dodatki: Śladami ojca- Jaden i Will Smith razem na ekranie i poza nim - reportaż; 1000 lat w 300 sekund - na planie z aktorami i twórcami; Natura przyszłości - podziwiaj piękne plenery, w których filmowano 1000 lat po Ziemi; Zwiastuny
     M. Night Shyamalan zyskał niesamowity rozgłos po premierze filmu „Szósty zmysł”, którym zaskoczył każdego, nawet najbardziej obeznanego z każdym scenariuszem kinomaniaka. Na dobrej opinii jechał do chwili, gdy wydarzyła się „Kobieta w błękitnej wodzie”, później już żadna wytwórnia nie chciała przykładać się do rozpowszechniania kolejnych bzdurnych z pozoru nieprzewidywalnych filmów. Trzy lata po swojej ostatniej porażce jakim okazał się być „Ostatni władca wiatru” hinduski reżyser powraca w wielkim stylu z historią na pograniczu fantastyki naukowej o tytule „1000 lat po Ziemi” z rodzinnym duetem Willa i Jadena Smitha w rolach głównych.

środa, 8 grudnia 2010

482. Niezniszczalny, reż. M. Night Shyamalan

poniedziałek, 6 grudnia 2010

332. Zdarzenie, reż. M. Night Shymalan

254. Kobieta w błękitnej wodzie, reż. M. Night Shyamalan

Oryginalny tytuł: Lady in the Water
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Scenariusz: M. Night Shyamalan
Zdjęcia: Christopher Doyle
Muzyka: James Newton Howard
Kraj: USA
Gatunek: Fantasy
Premiera światowa: 20 lipca 2006
Premiera polska: 08 września 2006
Obsada: Paul Giamatti, Bryce Dallas Howard, M. Night Shyamalan, Jeffrey Wright, Noah Gray-Cabey, Bob Balaban, Mary Beth Hurt

    Cleveland Heep po śmierci swojej żony i córek ukrywa się w jednym z nowoczesnych osiedli, gdzie pomaga jego mieszkańcom w różnych codziennych problemach z urządzeniami. Pewnej nocy odkrywa, że ktoś znajduje się w basenie. Jednak, gdy wychodzi z niego ma wypadek. Chwilę później budzi się w swoim mieszkaniu wraz z rudowłosą dziewczyną. Cleveland dowiaduje się, że jest Narfą o imieniu Story i pochodzi z Błękitnego świata. Cleveland wkrótce spotyka jedną z mieszkanek bloku, która opowiada mu niesamowitą historię o Nafrach. Okazuje się, że Story musi znaleźć pewną osobę i dzięki niej będzie mogła wrócić do domu. Cleveland zrobi wszystko co może, aby pomóc Story. Jednak jest pewien problem, a nazywa się on Scrunat. Jest to stworzenie, które próbuje zabić Narfę kiedy ona jest poza wodą.
Plusy:
-    pomysł. Jak to przypadło na Shaymalana pomysł filmu jest genialny. Nie pamiętam, żeby jakiś z jego filmów mi się nie podobał. Zaskakuje on za każdym razem. Przyznam, że zrobienie filmu o jakiejś Narfie, ala z dobranocek jest trochę abstrakcyjne, ale i tak uważam to za udany pomysł i jeszcze bardziej udaną realizację.
-    efekty. Właściwie to nie ma to jak efekty w filmie. W poprzednich filmach nie było ich zbyt wiele. Ten jednak film musiał skorzystać z nowoczesnej technologii, ażeby stworzyć Scrunty i Tartutiki, które mają pilnować Scruntów. Bardzo mi się podobał Scrunt, który okazał się być psem z trawy, na Tartutiki trzeba było dłużej poczekać niestety, ale również wyglądały świetnie :) Trochę przesadą był ten gigantyczny orzeł. W sumie myślałam, że będzie... hmm.. jakiś inny :D a tu normalny orzeł tylko w wielkich rozmiarach ;)
-    Paul Giamatti. Jako Cleveland wypadł po prostu rewelacyjnie. To jak się jąkał było po prostu świetne :D hehe podobał mi się :)
-    M. Night Shaymalan. Wystąpił w filmie jako Vick, czyli człowiek, z którego właśnie powodu Story się tam znalazła. Przyznam, że był świetny, w ogóle bardzo mi się podoba. Jeszcze bardziej uwielbiam to jak reżyser gra we własnym filmie. Shaymalan występował we wszystkich swoich filmach tylko, że zawsze były to postacie dalszego planu tak jak na przykład lekarz w "Szóstym zmyśle". Tutaj zagrał już można powiedzieć, że rolę drugoplanową i pokazywał się przez cały film, a nie tylko przez ułamek sekundy. To było świetne posunięcie, ale czy ja mówię, że Shaymalan nie jest genialny?
-    występuje tutaj pewna osoba, Bob Balaban jako pan Farber, który jest krytykiem filmowym. Był on dosyć niezwykłą postacią. Dlaczego? bo był dosyć zabawny :D najbardziej mnie rozbroiło jak staną twarzą w twarz z Scruntem. I co wtedy zrobił? zaczął analizować akcję jaka się za chwile rozegra :D myślałam, że padnę ze śmiechu ;D właściwie to było z nim więcej takich śmiesznych sytuacji ;P ale to trzeba zobaczyć nie będę tego opowiadać ;P
Minusy:
-    akcja się momentami strasznie dłuży. Dlatego niektórzy mogą uznać ten film za nudny, ale nie ja.
Ulubiona scena:
-    scena w łazience u Vicka, gdy Cleveland znalazł wszystkich ludzi, którzy mają pomóc Story i wszyscy byli w łazience, gdyż Story siedziała cały czas pod prysznicem, żeby nie stracić siły.
Moja opinia:
    Jak to przystało wszystkim filmom Shyamalana także i ten jest bardzo niezwykłym filmem. Nie wiem jak on to robi, że kocham jego filmy. Jest on po prostu rewelacyjny w tym co robi i nie  mogę pojąć dlaczego jest taki niedoceniany. Czytałam również, że wiele osób nie zrozumiało tego filmu i właściwie nie rozumie żadnych jego filmów. Ja nie muszę tego rozumieć, bo właściwie to nie wiem co tu jest do rozumienia, trzeba się po prostu wczuć i wszystko będzie super. Osobiście gorąco polecam ten film tak samo jak "Szósty zmysł", "Niezniszczalny", "Osadę" i "Znaki".

środa, 8 września 2010

682. Ostatni Władca Wiatru, reż. M. Night Shyamalan

Oryginalny tytuł: The Last Airbender
Reżyseria: M. Night Shyamalan 
Scenariusz: M. Night Shyamalan
Zdjęcia: Andrew Lesnie 
Muzyka: James Newton Howard 
Kraj: USA 
Gatunek: Fantasy / Przygodowy 
Premiera światowa: 01 lipca 2010 
Premiera polska: 03 września 2010 
Obsada: Noah Ringer, Nicola Pelz, Jackson Rathbone, Jessica Andres, Dev Patel, Cliff Curtis, Shaun Toub, Aasif Mandvi


    M. Night Shyamalan jest twórcą bardzo kontrowersyjnym, ludzie albo kochają jego produkcje, albo nienawidzą. Nie dotyczy to tylko widzów, ale także i krytyków. Nominacją do Oscara za „Szósty zmysł” otworzył sobie furtkę do świata Hollywoodu, jednakże od czasu „Kobiety w błękitnej wodzie” zauważyć można spadek formy Shyamalana. Po porażce jaką okazał się być film „Zdarzenie” niewiele wytwórni filmowych było zainteresowanych jego scenariuszami. Aż w końcu Shyamalan postawił na zupełnie inne kino i postanowił stworzyć wspaniałe widowisko oparte na znanym i kochanym przez dzieci (i nie tylko) serialu animowanym „Awatar: Legenda Aanga” i tak też powstał fabularny film „Ostatni Władca Wiatru”, który jest początkiem nowej trylogii. 
    Na świecie istnieją cztery nacje rządzące się czterema żywiołami – Ogień, Woda, Ziemia i Wiatr. Aby zachować harmonię pomiędzy nimi na świat przychodzi Avatar, który porozumiewając się ze światem duchów sprawuje kontrolę nad wszystkimi żywiołami. Dlatego też, gdy pewnego mroźnego dnia w krainie Królestwa Wody, młode rodzeństwo – Katara (Nicola Peltz) i Sokka (Jackson Rathbone), odnajdują wytatuowanego potomka wymarłych władców wiatru imieniem Aang (Noah Ringer), wszyscy są świadomi tego, że jest on poszukiwanym Avatarem. Jednakże na jego trop wpada wygnany syn króla Królestwa Ognia, książę Zukko (Dev Patel), który chce wykupić swój honor sprowadzając Aanga. Okazuje się jednak, że sam Aang nie poznał magii innych żywiołów, dlatego też zmuszony jest do podróży ku Północnemu Królestwu Wody, gdzie będzie się szkolił przy boku najlepszych czarodziei. 
    Podczas kiedy inni to wyrywają sobie włosy z głów myśląc nad tragicznym powrotem Shyamalana, ja będę dzielnie broniła swojej opinii, że ten film nie jest zły. Shyamalan powraca w wielkim i w zupełnie innym stylu. Znany dotychczas z dramatycznych opowieści zlekką nutką fantasy i thrillera, teraz zobaczyć możemy głównie niesamowite widowisko, które ma w sobie coś ze starej twórczości reżysera. Ten film to przede wszystkim wschodnie sztuki walki oraz magia. Ani jednego ani drugiego nie brakuje w tym filmie i to właśnie one gwarantują niezwykłą rozrywkę. Idealne wydaje się być połączenie jednego z drugim, gdyż wykonywane ruchy bohaterów inicjują ich czary. Dodaje to tylko niezwykłości produkcji i najpiękniejsze jest to, że z zafascynowaniem przyglądamy się tym wszystkim choreografiom, a także tym żywiołom, które one wywołują. 
Z drugiej zaś strony, gdyby nie sceny walk, których tak naprawdę jest niezbyt wiele to film zanudziłby widza na śmierć. Sama muszę przyznać, że w pewnym momencie stwierdziłam, że film jest okropny tym, że tak mnie dręczy. Szkoda, że Shyamalan nie rozproszył bardziej tych akcji, a skupił je wszystkie w jednym miejscu. Tym samym podzielił film nadwie części – pierwsza to totalna nuda, podczas, której słuchamy opowieści odawnym świecie, no i druga część, gdzie naprawdę zaczyna się coś dziać. Ale gdy już coś się dzieje, to przesycone jest to efektami specjalnymi.
    Film stworzono także wtechnologii 3D. Na moje szczęście oglądałam go w tradycyjnej wersji, bo prawda jest taka, że nie było zbyt wiele scen, które mogłyby cieszyć oko w 3D. Nie mniej film należy do bardzo efektownych. Już sama fabuła filmu mówi, że będziemy mieli do czynienia z czterema żywiołami. Ponadto jest to film fantasy, czyli przede wszystkim z magią i smokami w tle. Do wszystkich tych elementów potrzebne jest jedno – efekty specjalne. Dlatego też film jest nimi przeładowany, w szczególności w kluczowych momentach, czyli tam gdzie bohaterowie sterują wodą, wiatrem, ogniem czy ziemią. Jednakże są też takie sceny, których jest bardzo mało, a które wgniatają w fotel. I taką sceną jest objawienie się pełnej mocy Avatara. Tutaj bowiem, same efekty specjalne nie wystarczyły. Tutaj konieczna były także genialne zdjęcia Andrew Lesnie, a także przejmująca i wywołująca gęsią skórkę muzyka Jamesa Newtona Howarda, który od czasu„Szóstego zmysłu” współpracuje z Shyalamanem przy każdym jego filmie. I jak zwykle na muzyce należy skupić największą uwagę, ponieważ momentami doprowadza widza do płaczu, innym razem mrozi krew w żyłach, ale najważniejsze jest to, żedaje niewiarygodne przeżycia, których można doświadczyć jedynie podczas słuchania muzyki Shore`a czy Zimmer`a.
    Shyamalan zaangażował do filmu zarówno postacie mało znane w świecie kina, jak i te którym udało się zabłysnąć we wcześniejszych produkcjach. Do tych pierwszych zdecydowanie należy odtwórca głównej roli Aanga, czyli Noah Ringer, dla którego występ w filmie jest debiutem w jego karierze. Chłopiec wydaje się być bardzo sympatyczny. Ma jednak dopiero 14 lat wobec czego jeszcze długa droga przed nim do bycia rewelacyjną gwiazdą. Trudno jest mówić o jego aktorstwie w tym filmie, bo choć wydaje siębyć w swojej roli przekonujący to trudno jest cokolwiek powiedzieć, gdy ogląda się obraz zdubbingowany. Nie mniej, porusza się rewelacyjnie i mógłby być następnym Brucem Lee. Wystąpił on u boku również mało znanej Nicoli Peltz, gdyż zagrała wcześniej dwie epizodyczne role w mniej przebojowych produkcjach, atakże obok Jacksona Rathbone, którego większość młodych kojarzyć może z roli Jaspera Hale w kultowej sadze „Zmierzch” (nie mogę uwierzyć, że od razu go nierozpoznałam). Z bardziej znanych twarzy zobaczymy bohatera wielokrotnie nagrodzonego Oscarami „Slumdoga”, czyli Deva Patela oraz grającego jego ojca Cliffa Curtisa. Lepszym ojcem był jednak Wuj Iroh, czyli Shaun Toub. Natomiast swoją urodą film rozświetliła Jessica Anders, która została białowłosą Suki.
    Ogólnie rzecz ujmując, „Ostatni Władca Wiatru” jest filmem niezwykłym. Posiada w sobie mnóstwo uczucia, a także przepełniony jest magią. Pomimo tego, że pierwsza połowa jestw stanie uśpić widza, to jednak dalszy rozwój wydarzeń, jak najbardziej, potrafi go rozbudzić. Kiedy ogląda się produkcje Shyamalana zawsze trzeba patrzeć głębiej niżej przedstawia nam sam twórca. Większość filmów tego reżysera ma głębię, tylko trzeba ją po prostu dostrzec. Tutaj ta głębia jest uzewnętrzniona i z jednej strony może ona odbierać cały urok tej produkcji, z drugiej zaś pokazuje Shyamalana w zupełnie innym świetle. Tym samym mówi on, że nie zamyka się do jednego typu produkcji, a rozszerza swoje horyzonty. Teraz tylko trzeba liczyć na to, że film zyska uznanie na świecie i dalsze części trylogii także wyjdą z ręki Shyamalana, ale przecież jakoś powstała trylogia„BloodRayne”  Uwe Bolla.