NOWOŚCI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imperial-Cinepix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Imperial-Cinepix. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 sierpnia 2017

1233. Logan, reż. James Mangold

     Kiedy siedemnaście lat temu (tak, 17 lat!) rozpoczęła się filmowa przygoda z „X-Menami” żaden fan nie spodziewał się, że obraz ten doczeka się tak wielu kontynuacji, przedkontynuacji, a także historii pobocznych. Wszyscy cieszyli się na myśl, że powstaną filmy z ich ulubionym mutantem- Wolverinem. Wszyscy potem płakali po kątach, gdy tytuły te nie sprostały ich oczekiwaniom. Postawiono wszystko na jedną kartę i idąc w ślad za świetnie przyjętym „Deadpoolem” przyznali „Loganowi” czerwony znaczek- rzucając w niego wulgaryzmami i brutalnością zyskując przy tym... niemalże arcydzieło!
Źródło: Showtimes.com
     Rok 2029. Ludzie nie pamiętają już o istnieniu mutantów. Jednostki, które przetrwały chowają się po kątach, aby spokojnie dożyć starości. Logan (Hugh Jackman) robi co może, aby uzbierać pieniądze potrzebne do godnego życia dla niego i jego mentora Charlesa Xaviera (Patrick Stewart). Chwyta się każdego zlecenia, chcąc czym prędzej zrealizować swój cel, gdyż stan profesora pogarsza się z dnia na dzień stanowiąc zagrożenie nie tylko dla niego samego, ale również dla ludzi znajdujących się wokół niego. W trakcie jednego ze zleceń poznaje małą meksykańską dziewczynkę imieniem Laura (Dafne Keen), nie spodziewając się, że na zawsze odmieni jego życie. Nie będzie to jednak sielanka, bowiem w drogę za nią rusza armia ulepszonych i świetnie wyszkolonych najemników dowodzonych przez Pierce'a (Boyd Holbrook), która nie cofnie się przed niczym, aby ją odzyskać.
     Są takie filmy, które trzeba przetrawić zanim cokolwiek się o nich powie szerzej. Są takie filmy, z którymi trzeba się przespać, żeby umysł poukładał to, co właśnie zostało mu zaserwowane. Czasem trzeba ogarnąć swoje wrażenia i zazwyczaj trzeba na to niewiele czasu. Jednakże w przypadku „Logana” sprawa jest tak samo wyjątkowa, jak wyjątkowy jest ten film. Potrzeba było niemalże pół roku i aż trzech seansów, aby zebrać się w sobie i sklecić kilka słów na temat tego dlaczego ten film staje się jednym z najbardziej ulubionych. Najnowszy film, a przy tym ostatni z udziałem Logana pod postacią Hugh Jackmana, to zupełne inne spojrzenie na całą serię o mutantach. Pewnie powodem jest to, że bardzo często zapomina się o nich, tak jak i zapomniał o nich świat stworzony w tym filmie. Tutaj nie chodzi już o żadne z xmenowskiej mocy, nie chodzi o dziwaczne starcia między mutantami Xaviera, a wyznawcami Magneto. Ta produkcja to niesamowicie surowy, bardzo przejmujący i niezwykle dramatyczny obraz starości. Starości oprószonej siwizną, trawionej chorobą, ale również marzeniami. Ta produkcja przedstawia, że to nie jest świat dla starych mutantów. A jednocześnie ukazuje, że starość nie oznacza końca naszego życia, bo nawet i w tym przygnębiającym czasie mogą spotkać nas niespodzianki, które na nowo tchną w nas życie. 
Źródło: Showtimes.com
Poza tą dozą dramatyzmu, który niejednokrotnie doprowadza do łez nie brakuje tutaj i licznych scen, które stanowią idealną równowagę dla rozważań na temat schyłku życia. Napędzane dynamizmem, a także zielonym specyfikiem od Alkali, przepełnione są pazurami z adamantium wbijającymi się w ciało, czy odcinającymi kolejne członki ludzkiego ciała. Twórcy nie szczędzili tutaj brutalności, a krew, ręce i nogi latały wszędzie. Natchnione gniewem i zwierzęcym zewem wielokrotnie nawoływały do pierwszych spotkań widza z Wolverinem, kiedy to był napędzanym furią zawadiaką i najemnikiem.
      „Logan” jest ostatnim filmem o mutantach, w którym zobaczymy Hugh Jackmana. Sam aktor chciał godnie pożegnać się z postacią, będącą jego życiem od niespełna dwóch dekad. Okazało się to być naprawdę idealnym pożegnaniem i jednocześnie zakończeniem pewnej epoki w produkcjach z serii „X-Men”. Sam Jackman stworzył tu najlepszego Wolverine'a w całej swojej karierze, jak i chyba najlepszą rolę jaką kiedykolwiek wykreował. Był zaangażowany, pełen pasji, gniewu, współczucia, miłości- stał się kwintesencją samego Logana. Zmierzył się ze swoją przeszłością, zmierzył się ze swoją młodością i pogodził z tym, że nie jest już tym samym Hugh Jackmanem, ani tym samym Wolverinem co wtedy, gdy zaczynał tę podróż. Zdecydowanie dał z siebie wszystko, co stanowiło wisienkę na udziale w tych filmach. Tak chciał, aby go zapamiętano i tak właśnie go zapamiętamy. Na wspomnienie tej roli będzie nam się kręciła łezka w oku, tak jak to błądziła w naszych oczach podczas całego seansu. Równie wspaniałą rolą poszczycić się może Patrick Stewart. Wraz z Jackmanem przez lata tworzyli wyjątkowy duet opierający się na przyjaźni, ale również na pewnego rodzaju relacji ojca z synem. To wszystko znajduje odbicie w tym, co serwują nam także i przy najnowszym filmem. Ich relacja jest poruszająca, pełna wyrzeczeń, ale i szacunku. Nie zdarzyłoby się to, gdyby nie było między nimi chemii i gdyby oboje nie byli genialnymi aktorami. Stewart tym razem objawił nam się jako człowiek kruchy, chory, którego umysł uznany został za broń masowego rażenia. Obarczony wyrzutami sumienia stał się postacią wręcz tragiczną. Okazał się być więc idealnym uzupełnieniem dla zamkniętego w sobie Logana.
Źródło: Showtimes.com
     Naprzeciw tej paradzie staruszków wychodzi młoda dziewczyna, a w zasadzie dziewczynka. Przepełniona gniewem, ale nie chęcią zemsty. Pragnąca jedynie odnaleźć swoje miejsce w świecie zupełnie jej nieznanym. Bierze z życia pełnymi garściami i szybko chłonie wiedzę. Relacja jaką Laura ma z Loganem to typowy przykład patologicznej rodziny, ale także i w tej patologii jest metoda. Zarówno jeden staruszek, jak i drugi, stają się jej mentorami. Chronią ze wszystkich sił i starają się pomóc w odnalezieniu swojej drogi. Dafne Keen stała się genialną Laurą. Stała się takim drugim Wolverinem, tylko że w znacznie mniejszym i bardziej kobiecym wydaniu. Sama furia i dzikość, której próżno będzie szukać w przyszłych jej filmach.
     Teksańskie opuszczone tereny, od których aż bije przygnębieniem stały się idealnym tłem na pożegnanie z Loganem. Nie można prosić o bardziej surową atmosferę, gdy doda się do tego muzykę Marco Beltramiego. Wraz ze zdjęciami Johna Mathiesona daje to niezapomniane, emocjonujące przeżycie, przy których jeszcze bardziej odczuwamy otaczającą bohaterów samotność. Bardzo dobrze się to ogląda, a słucha jeszcze przyjemniej.
Źródło: Showtimes.com
      Najnowsze spojrzenie na postać najbardziej charakternej postaci z drużyny X-menów pokazuje, że nawet bohaterów ostatecznie dotknie nieunikniona ręka starości. Zważywszy na problem postaci zarysowany już na początku seansu jej koniec może być tylko jeden. To jednak nie przeszkodziło w pełni odczuwać każdą minutę „Logana”. Całkowicie inne spojrzenie na marvelowskie, xmenowskie kino, w końcu dojrzałe i przyprawiające o przygnębienie, gdzie pokazuje się superbohatera jako zwykłego człowieka, a nie tylko maszynę do zabijania. Wielopłaszczyznowość fabuły, która bawi, przeraża, a także doprowadza do łez sprawia, że każdy fan tego dzikiego mutanta będzie usatysfakcjonowany tak godnym pożegnaniem. Rewelacyjnie zagrany, cudownie rozbrzmiewający w uszach i pomimo swojej surowości, i brutalności niesamowicie piękny film!

Ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Logan / Reżyseria: James Mangold / Scenariusz: James Mangold, Michael Green, Scott Frank / Zdjęcia: John Mathieson / Muzyka: Marco Beltrami / Obsada: Hugh Jackman, Patrick Stewart, Dafne Keen, Stephen Merchant, Boyd Holbrook, Richard E. Grant, Elizabeth Rodriguez, Eriq La Salle / Kraj: USA, Kanada, Australia / Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Premiera kinowa: 17 lutego 2017 (Świat) 03 marca 2017 (Polska)

środa, 15 czerwca 2016

1207. Abraham Lincoln: Łowca wampirów, reż. Timur Bekmambetov



     Szesnasty prezydent Stanów Zjednoczonych to człowiek, który wiele zmienił w czasach dziewiętnastowiecznej Ameryki i wojny secesyjnej. Seth Grahame-Smith, w swojej bestsellerowej powieści z 2010 roku „Abraham Lincoln: Łowca wampirów” przedstawia całkiem popapraną historię drugiego życia brodatego prezydenta w charakterystycznym kapelutku. Jako, że wampiry są teraz na czasie oczywiste było, że i na ekranie zobaczymy Lincolna w niecodziennym zawodzie. Za film zabrał się Timur Bekmambetov („Wanted- Ścigani”) i tym sposobem w 2012 roku pojawił się jako jeden z najgorszych filmów.
     Abe Lincoln miał ciężkie dzieciństwo. Najpierw stracił najlepszego przyjaciela, który uważany był za niewolnika, potem był świadkiem śmierci własnej matki, a na koniec stracił jeszcze swojego ojca. Teraz stał się mężczyzną (Benjamin Walker) i kieruje nim tylko jeden cel- odnaleźć i zabić mordercę swojej matki. Niestety, jego próba kończy się niepowodzeniem, a zbir okazuje się być krwiożerczym wampirem. Z pomocą przychodzi mu niejaki Henry (Dominic Cooper), który wprowadza go w tajniki walki z wampirami. Kiedy uważa, że ten jest gotowy posyła go w misję zlikwidowania krwiopijców, od których roi się we wszystkich stanach, a którzy podlegają jednemu- Adamowi (Rufus Sewell).
     Wampiry to motyw, który nieustannie pojawia się w światowej kinematografii. Trzeba modlić się o to, aby nie nastał czas tzw. miłości po „Zmierzchu” w kinie. Tak, czy inaczej, dość rozwalającym pomysłem wydaje się wsadzenie takiego autorytetu jakim jest Abe Lincoln w świat rządzący przez krwiożercze bestie. Oczywiście, cała fabuła na tym bazuje, aczkolwiek jest to takie bardziej ucieleśnienie zła, które rozgrywało się w ówczesnych czasach, czyli niewolnictwo. Jak się okazuje, może być jeszcze ciekawiej, bowiem wampiry mają także swój udział w wojnie secesyjnej i to nie byle jaki. Uczyliście się o bitwach wygranych przez Konfederację? Ano wszystko to dlatego, że żołnierze Ci byli nieśmiertelni. A dlaczego ta wielka wojna w końcu się skończyła i to w dodatku wygraną Unii i zniesieniem niewolnictwa? Ano... bystry umysł Lincolna i nauk Henry'ego, aby zawsze mieć plan awaryjny okazały się być tutaj decydujące. Wszystko to bardzo ciekawie ze sobą reaguje, choć prawda jest taka, że pomimo tak licznych wydarzeń i sporej dynamiki na ekranie większość obrazu to zwyczajna paplanina, wywody na temat odwiecznego problemu nieposiadania rodziny i przyjaciół przez superbohaterów, itp., itd. Niezwykle męczące, ale okazuje się, że po raz pierwszy męczarnią może być coś zupełnie innego niż fabuła, która chwilami żenuje do granic możliwości. Są to jeszcze bardziej irytujące efekty specjalne.
     Pojawienie się wielkich łowców ze swoimi fascynującymi choreografiami walk i uzbrojonymi w najrozmaitszą broń.. ale zaraz, Lincoln czuł się lepiej z siekierką. A i owszem. Okazuje się jednak, że i z tak pospolitym narzędziem można zdziałać cuda. Abe więc wymachuje, ścina głowy, rozwala wampiry, niczym Robocop. A przy okazji robi to w zadziwiającym zwolnionym stylu Neo Andersona znanego z „Matrixa”. Trochę to takie naciągane, ale jakże i charakterystyczne dla produkcji Bekmambetowa. Wydawać się może, że będzie się tutaj czym pozachwycać, bo przecież są też i wampiry. Jednakże ich przerysowane wyobrażenie jest dość przytłaczające i choć może wali po oczach makabrą to nie do końca przekonuje. Ani to wizualnie nie jest piękne, ani pociągające. No, ale widywało się już gorzej wykreowane wampiry podczas ujawniania ich prawdziwych twarzy. Do tego są jeszcze sceny batalistyczne, które ostatecznie można uznać za najlepszy punkt całej tej przygody z Lincolnem, bowiem nawet i muzyka Henry'ego Jackamana nie spełnia do końca swojej roli.
     Gra aktorska jest zdecydowanie za marna. Obsadzenie w tak znaczącej roli kogoś tak nijakiego jak Benjamin Walker jest co najmniej samobójczym pomysłem. Paradoksalnie za większą masakrę można byłoby uznać pojawienie się tu Toma Hardy'ego (dzięki Ci Boże za „Mroczny Rycerz powstaje”!), czy chociażby Timothy'ego Olyphanta, który już chyba na zawsze utknie mi w pamięci jako Hitman. Walker raczej bez emocji poradził sobie z rolą Abe Lincolna, ale chociaż dobrze go ucharakteryzowano, co by go postarzyć maksymalnie. Więcej emocji dostarczała postać jego przyjaciela Willa, a w tej roli Anthony Mackie, czy choćby nawet samego Henry'ego- Dominic Cooper. Więcej zaangażowania, więcej emocji, więcej dynamiki! Jedyna pozytywna rola kobieca jaka się tutaj pojawia to ukochana Lincolna- Mary Todd, a tutaj sama Mary Elizabeth Winstead, która sama również uległa nijakości swojego ekranowego partnera i postanowiła niczym więcej nie zaskoczyć.
     „Abraham Lincoln. Łowca wampirów” to tytuł bardzo niskich lotów. Choć trzeba przyznać, że nie brakuje mu swoistego klimatu, to jednak fabuła jest tak absurdalna, że aż żal ją wspominać. Pomyśleć, że chciałam zmarnować kasę na kino. Pomyśleć, że chciałam przeczytać książkę, przy której pewnie przeklinałabym siebie za ten pomysł! Obraz ten jest świetny jeżeli potraktować go z przymrużeniem oka. Jeżeli będziemy patrzeć na to, jak na swoiste naśmiewanie się z wampirów, a także zupełnie alternatywną historię życia szesnastego prezydenta, to faktycznie można się dobrze bawić, bo i można. Nie mniej, momentami film jest niesamowicie nużący, a przesada przytłaczająca, co sprawia, że jest to jeden z gorszych filmów ubiegłego już roku.

Ocena: 2/10

Oryginalny tytuł: Abraham Lincoln: Vampire Hunter / Reżyseria: Timur Bekmambetov / Scenariusz: Seth Grahame-Smith / Na podstawie: powieści Setha Grahame-Smitha "Abraham Lincoln: Łowca wampirów" / Zdjęcia: Caleb Deschanel / Muzyka: Henry Jackman / Obsada:Benjamin Walker, Dominic Cooper, Anthony Mackie, Mary Elizabeth Winstead, Rufus Sewell, Marton Csokas, Jimmi Simpson / Kraj: USA / Gatunek: Fantasy, Horror, Akcja


Premiera kinowa: 18 czerwca 2012 (Świat) 24 sierpnia 2012 (Polska)

niedziela, 22 maja 2016

1205. Deadpool, reż. Tim Miller

     Cały rok czekania. Ciągłe maglowanie zwiastunów. Jeden przedterminowy poród, który wydłużył oczekiwanie, uniemożliwiając seans na sali kinowej, gdzie wraz z innymi fanami Marvela można było delektować się nową, niekonwencjonalną postaci w kategoriach R. „Deadpool” w reżyserii Tima Millera, ściśle łączący się z uniwersum X-menów, jest pierwszym krwawym i wulgarnym filmem w kinowym świecie Marvela. O dziwo... to właśnie za to makabryczna postać pokochały miliony!
     Nieokrzesany, przystojny, ale przede wszystkim zabójczy Wade Wilson (Ryan Reynolds) zakochuje się w pięknej prostytutce imieniem Vanessa (Morena Baccarin). Zawiązują pełen humoru i ekstrawagancji związek na długie miesiące, aż nagle spada na nich nowotwór Wade'a. Będący niemal jedną nogą w grobie podejmuje drastyczną decyzję. Ciemną nocą opuszcza ciepłe łóżko dziewczyny i udaje się do ludzi, którzy dzięki tajemniczemu eksperymentowi mogą całkowicie go ozdrowić. Wszczepiają mu specyfik mutujący geny, który nie tylko daje mu nadludzką moc i nieśmiertelność, ale na zawsze odmienia jego wygląd. Niczym chodzący trup targany jest żądzą zemsty. Przywdziewa więc czerwony spandex i wyrusza w pościg za człowiekiem, który go oszpecił, a na imię mu... Francis (Ed Skrein).
     Najnowszy film Tima Millera, to zdecydowanie najbardziej wyjątkowy film, który wzleciał spod skrzydeł Marvela. Zaskakiwał już na etapie jego promocji, gdzie twórcy non stop przełamywali czwartą ścianę. Większość obawiała się, że jego wyjątkowość jest mocno przereklamowana i cała fascynacja zakończy się na etapie zapowiedzi. Jednakże wraz z walentynkową premierą wszystko stało się jasne, to nie były obietnice bez pokrycia. Film okazał się naprawdę zabawny i zaskakujący. Scenarzyści nie szczędzą sobie żartów, nie przebierają w słowach, a fakt, że twórcom udało się wywalczyć kategorię R dla „Deadpoola” tylko im pomogło w przeniesieniu na ekrany jednego z najbardziej krwawych, złośliwych i sarkastycznych bohaterów.
     Już na wstępie każdy fan zamaskowanych superbohaterów dostaje to, czego pragnął- dowód na to, że będzie to jeden z najlepszych seansów jego życia. Czołówka nie pozostawia bowiem złudzeń i choć niektórzy mogą zastanawiać się nad głupotą tłumaczenia, trzeba ich szybko uświadomić – tak... to będzie jeden z takich filmów z przymrużeniem oka. Bowiem na każdym kroku gość w czerwonym spandexie będzie komunikował się z nami, widzami, szydził sobie z obsady X-mena, czy naśmiewał się z aktorskiej kariery Ryana Reynoldsa. Wszystko to z humorem- momentami dość wulgarnym, ale o dziwo świetnie pasującym do charakteru filmu. Każda dyskusja, czy to prowadzona przez Wade'a Wilsona, czy przez samego Deadpoola to prawdziwy popis scenarzystów, który czasami wywoła niekontrolowany atak śmiechu. Prawda jest jednak taka, że najbardziej ze wszystkiego bawi chyba sama postać Deadpoola. Ryan Reynolds jest wręcz genialny w tej roli, choć to też zasługa niesamowitego scenariusza. Z przekonaniem odegrał każdą dziwną minę, a to czego nie potrafił, nie mógł pokazać twarzą prezentował za pomocą gestów. Wszystko wypadło perfekcyjnie, a Reynolds totalnie odkupił się z porażki odegranej w zielonym kostiumie, jaką była „Zielona latarnia”.
     Inną kwestią jest to, że udaje się znaleźć tutaj idealną równowagę dla niekończących się dowcipów i gagów- brutalność. Serio, to chyba jedyny taki film w Marvelu, gdzie trup ścieli się gęsto, a wyrażenie „ręka, noga, mózg na ścianie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Cuda, które Mr Pool potrafi wyczynić z zaledwie 12 nabojami, przy okazji marnując kilka na jednego typka, fascynowały już na etapie zapowiedzi, ale to co się dzieje w faktycznym filmie... szaleństwo. Krew się leje, głowy latają, fanki szaleją! Facet się nie patyczkuje. Nie zapominajmy, że przy tym wygląda totalnie szkaradnie, takiż efekt uboczny mutacji, która mu się przytrafiła. Lepiej, żeby chodził cały czas w masce.
     Cała historia i jej budowa nie do końca przekonuje. Szatkowanie fabuły przeskakując z przeszłości w teraźniejszość i z teraźniejszości w przeszłość nie do końca spełnia swoje zadanie. Oczywiście, fajnie spojrzeć na faktyczne początki Deadpoola, co, kto i dlaczego, w szczególności, że jest to niezwykle ciekawe. Bazą wszystkiego jest oczywiście wątek miłosny, bo przecież czego się nie robi dla ukochanej osoby, nawet jak ma się raka z przerzutami. Akurat wtedy nie podejmuje się najbardziej racjonalnych decyzji życiowych, ale i tak nie było już chyba nic do stracenia. Potem zostaje już jedynie słodka zemsta. Dziwnym jest napędzać całą historię tym jednym elementem, choć zasadniczo bardzo ciekawie jest on poprowadzony. Wydaje się nie mieć on jednak mniejszego seansu, więc coś tutaj mocno szwankuje- możliwe, że banalność samego pomysłu. A poza tym... czemu tylko dwóch Xmenów zaprzęgnięto do walki? Zastanawiająca sprawa pozostawiająca pytanie, czy Deadpool pojawi się w jakiejś ekranizacji z ich uniwersum.
     Produkcja jest świetna pod względem designu. Czerwień podkręcona na każdym kroku, czy to przez wdzianko głównego bohatera- brawa dla projektanta kostiumów, czy barwę rozbrojonych postaci. Świetnie wypadają wszelkie elementy wymagające wykorzystania efektów specjalnych- wszelkie wybuchy baaardzo realistyczne, tak jak i rozwaleni ludzie. Do tego sceny walki... tak bardzo dopracowane. Ich choreografia wyglądająca niczym najlepszy układ taneczny. Wymachiwanie mieczami i innego typu zabawkami- sama przyjemność na to patrzeć. A wszystko w towarzystwie bardzo rytmicznych kawałków muzycznych- przebojów Wham!, czy hitów DMX-a- ten drugi świetnie sparowany z wejściem mutantów. Do tego ścieżka dźwiękowa stworzona przez Junkie XL, który zawsze sprawdza się w tak mocnych uderzeniach.
     „Deadpool” jest zdecydowanie jednym z najbardziej zachwycających filmów Marvela, choć nie tak dynamicznych, jak inne. Wszystkie elementy wydają się idealnie ze sobą łączyć, czego dowodem jest baardzo długa scena na moście. Świetnie współgrające wątki miłosny, zemsty i pewnych ludzkich ambicji jedynie podkręcają atmosferę. Wszystko to doprawione pikantnym poczuciem humoru, którego pozazdrościć może każdy. Dlatego właśnie to Deadpool kradnie cały film. Wraz ze swoim luzackim podejściem do życia, niebywałą elokwencją i ciętym dowcipem zdecydowanie ląduje na szczycie listy najlepszych bohaterów, bo przecież superbohater z niego żaden, jacy tylko wystąpili na wielkim ekranie. Dobry Deadpool!

Ocena: 8/10

Oryginalny tytuł: Deadpool / Reżyseria: Tim Miller / Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick / Zdjęcia: Ken Seng / Muzyka: Junkie XL / Obsada: Ryan Reynolds, Morena Baccarin, Ed Skrein, T.J. Miller, Gina Carano, Leslie Uggams, Brianna Hildebrand, Stefan Kapicic, Karan Soni / Kraj: USA, Kanada / Gatunek: Komedia, Akcja, Sci-Fi
Premiera: 21 stycznia 2016 (Świat) 12 lutego 2016 (Polska)

niedziela, 10 kwietnia 2016

SZORTy #33: Udając gliniarzy, Stażyści, Alexander - okropny, straszny, niezbyt dobry, bardzo zły dzień

Oryginalny tytuł: Let's Be Cops | Reżyseria: Luke Greenfield | Scenariusz: Nicholas Thomas, Luke Greenfield | Obsada: Jake Johnson, Damon Wayans Jr., Rob Riggle, Nina Dobrev, James D'Arcy, Andy Garcia | Kraj: USA | Gatunek: Komedia, Akcja
Premiera: 13 sierpnia 2014 (Świat) 24 października 2014 (Polska)
Ocena: 5/10

     Greenfield słynie z tworzenia przeciętnych komedii, które uwielbiają Amerykanie. „Udajmy gliniarzy” jest kolejną taką propozycją, która rozbawić może nielicznych, ale wszystkim zwróci uwagę na jedno – banalność i wtórność amerykańskich filmów.
     Dwójka przyjaciół, współlokatorzy, nie potrafią ogarnąć się ze swoim życiem. Jeden porzuca karierę sportową, a drugi projektuje gry. Każdy z nich staje na rozdrożu i wtem wpada im do głowy genialny pomysł- postanawiają przyodziać kostiumy policjantów i poudawać stróży prawa.
     Na zachodzie słyną z głupich pomysłów, bo w końcu kto normalny na rozumie udaje gliniarzy i to nie tylko zakłada kostium, ale również zdobywa całe wyposażenie. Bohaterowie dają pstryczka w nos prawu, mając je w głębokim poważaniu- delikatnie mówiąc. „Udajmy gliniarzy” początkowo serwuje całkiem znośną zabawę, bowiem dwójce bohaterów udaje się rozbawić publiczność, czy to marnymi interwencjami, czy też prawdziwym powodem przyodziania munduru. Chwilę później jednak trzeźwieją i to co do tej pory bawiło, nagle zaczyna przerażać. Dostrzegają w końcu prawdziwe oblicze policji i już przestaje być tak kolorowo. Z uwagi na brak pomysłu na przyszłość jednego z bohaterów, a także tematykę gry stworzonej przez drugiego pomysł ma tutaj głębszy sens. Niestety, szybko okazuje się, że bardziej przewidywalnie być już chyba nie może, no chyba, żeby wziąć pod uwagę dwóch głównych bohaterów, którzy są tak samo komicznie niepoprawni, jak przy ich występach w „New Girl”- gdzie również tworzą parę przyjaciół, no i oczywiście wampirzą kochanicę Ninę Dobrev- tak samo beznamiętną, jak w roli Eleny. Wszystko to już było, więc... wieje nudą i monotematycznością.

Oryginalny tytuł: The Internship | Reżyseria: Shawn Levy | Scenariusz: Vince Vaughn, Jared Stern | Obsada: Vince Vaughn, Owen Wilson, Rose Byrne, Aasif Mandvi, Max Minghella, Josh Brener, Dylan O'Brien | Kraj: USA | Gatunek: Komedia
Premiera: 05 czerwca 2013 (Świat) 21 czerwca 2013 (Polska)
Ocena: 5/10

     Gdyby ktoś się kiedyś zastanawiał dla kogo robi się podobne filmy jak „Stażyści”, to odpowiedź jest prosta – dla sympatyków wielkich marek. I tak właśnie Shawn Levy stworzył film, który z założenia miał być komedią, a stał się tylko reklamą Google i jego produktów.
     Dwóch najlepszych przyjaciół i przy okazji najlepszych sprzedawców. Niestety, firma w której pracują zostaje zamknięta, a oni sami tracą pracę. Jako mężczyźni w średnim wieku mają spore trudności z odnalezieniem się na współczesnym rynku pracy. Wtem nadarza się spora okazja odbycia stażu w siedzibie Google, który może zakończyć się etatem. Problemem jest tylko to, że nie znają się na kodowaniu, ani na nowych technologiach.
     Beznadziejne są przypadki filmów, po których spodziewasz się nie wiadomo czego, a potem przychodzi zawód na całej linii. „Stażyści” to film z tego właśnie rodzaju, gdzie komedia zamienia się w dramatyczne reklamodawstwo. Nie ma tutaj zbyt wielu powodów do śmiechu, no chyba, że kogoś bawi nieporadność głównych bohaterów, czy też odzwierciedlanie inności ludzi. Jest to przede wszystkim opowieść o ambicjach- młodszych i starszych, każda z innych powodów, o sytuacji na rynku pracy zmuszającej do wyścigu szczurów. Ostatecznie jest to także walka o niezależność, chęć ustabilizowania własnego życia, ale znajdzie się też coś dla tych, którzy czują się samotni, a zostaną zjednoczeni przez bohaterów. Strasznie to banalne, przeokropnie wtórne i takie amerykańskie... Nie wiem kiedy twórcy komedii postawili sobie za zadanie puszczanie wraz z humorem typowego przesłania- tak oklepanego, jak tylko może być. Nie mniej, pod tą całą emocjonalną sieczką kryje się przede wszystkim marka Google! Produkty od przeglądarki Chrome, aż po Gmaila. Wszystko odrobinę od strony programowej, ale również i od kuchni, czyli z wnętrza tej wielkiej korporacji. Ciekawa koncepcja, dająca wielkie perspektywy. Szkoda tylko, że poszła w kierunku mdłej historyjki o wszystkim i o niczym jednocześnie. Bardzo przeciętnie.

Oryginalny tytuł: Alexander and the Terrible, Horrible, No Good, Very Bad Day | Reżyseria: Miguel Arteta | Scenariusz: Lisa Cholodenko, Rob Lieber | Obsada: Steve Carell, Jennifer Garner, Ed Oxenbould, Dylan Minnette, Kerris Dorsey | Kraj: USA | Gatunek: Komedia, Familijny
Premiera: 09 października 2014 (Świat)
Ocena: 5/10

     Na jego reżyserskim koncie znajdują się dotychczas głównie same seriale. Miguel Arteta współtworzył m.in. „Jess i chłopaki”, „Siostrę Jackie”, czy „Pasadenę”. Swoje poczucie humoru postanawia przenieść na wielki ekran pod postacią luźnej, niezobowiązującej komedii „Alexander- okropny, straszny, niezbyt dobry, bardzo zły dzień”.
     Każdy dzień Alexandra toczy się mniej więcej tak samo, zawsze jest to pasmo niepowodzeń i problemów. Najbardziej w świecie dobija go jednak to, że jego idealnej rodzinie wszystko układa się zawsze po myśli. W noc swoich urodzin chłopak życzy sobie, aby choć jeden dzień jego rodziców i rodzeństwa był tak okropny jak jego. Niestety, życzenie się spełnia w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy przed domownikami najważniejszy dzień w ich życiu.
     Najnowszy film od Artety pochodzi z rodzaju tych najbardziej rozrywkowych, naładowanych poczuciem humoru po brzegi, ale oferujących również pewien morał. Innymi słowy- komedia dla całej rodziny. „Alexander” zaczyna się dość niepozornie, ale zaraz wszyscy się przekonają, że jedno niewinne życzenie może zmienić w koszmar nawet najbardziej udany dzień. Sytuacja wykorzystująca prawo Murphy'ego, jeżeli coś ma się nie udać, to się nie uda. Tutaj wszystko rozpoczyna się od chwili, kiedy to tytułowy bohater niszczy ukochany smoczek swojej małej siostrzyczki. Rozpoczyna się pasmo niepowodzeń dotykające każdego członka rodziny. Jak nie błąd w wydruku książeczki dla dzieci mogący zniszczyć karierę, to niefortunny skok skutkujący demolką szkolnego korytarza. A to ktoś się przeziębi i nie zagra w sztuce, a to będzie musiał opiekować się bobasem kiedy ma rozmowę o pracę. Podpalenia, krokodyle, przedawkowanie leków i niebieskie smokingi... innymi słowy dramaty, dramaty całej rodziny, dorosłych i dzieci. Wszystko sprowadza się do jednego, do morału, że ze wsparciem rodziny pokonać można największe przeszkody, a każdy koszmarny dzień wydaje się wspanialszy z naszymi bliskimi. Na pewno... w szczególności w sytuacji, gdy naszymi rodzicami są przesympatyczny Steve Carrell o niewybrednym poczuciu humoru, a także niesamowicie urocza Jennifer Garner, która rowerem dotrzeć może na sam szczyt. Świetna komedia dla całej rodziny, która rozbawi każdego!

czwartek, 21 stycznia 2016

SZORTy #28: Most szpiegów, Pokój, Brooklyn

Oryginalny tytuł: Bridge of Spies | Reżyseria: Steven Spielberg | Scenariusz: Matt Charman, Ethan Coen, Joel Coen | Obsada: Tom Hanks, Mark Rylance, Scott Shepherd, Amy Ryan, Sebastian Koch, Alan Alda, Austin Stowell, Will Rogers | Kraj: USA | Gatunek: Dramat, Thriller
Premiera: 04 października 2015 (Świat) 27 listopada 2015 (Polska)
Ocena: 6/10

     Steven Spielberg jest jednym z najbardziej wszechstronnych twórców współczesnego kina. Jego produkcje to różnorodna tematyka- począwszy od dinozaurów, przez animację, a na wojennych obrazach kończąc. W klimacie tego ostatniego znajduje się jego najnowszy twór, doceniany przez krytyków „Most szpiegów”.
    Czasy Zimnej Wojny. Amerykański prawnik staje w obronie człowieka oskarżonego o szpiegostwo. Kiedy przegrywa sprawę dostaje tajną misję od CIA wymiany skazanego za przetrzymywanego w ZSRR amerykańskiego pilota.
     Nie wstydzę się mówić o tym głośno. W moim odczuciu „Most szpiegów” jest chyba najnudniejszym filmem Spielberga, jakie miałam okazję oglądać w swoim krótkim życiu. Oczywiście, kwestią może być też to, że filmy szpiegowskie, usytuowane w okresie Zimnej Wojny, nigdy szczególnie mnie nie fascynowały- nawet te z gatunku komedii. Trudno więc oczekiwać, że w większości przegadany film, opierający swoją fabułę na wymianie jeńców zrobi na mnie spektakularne wrażenie. Jest to obraz bardzo monotonny. Jego prostolinijność i statyczność jest tak koszmarnie nużąca, że cały seans ciągnie się w nieskończoność. Jedyne czego nie można mu odmówić, to niesamowity klimat. W większości ukształtowany zostaje przez surową, momentami bardzo mroźną scenerię. Mroczne zdjęcia berlińskich i wrocławskich uliczek, zrealizowane przez naszego rodaka i ulubionego operatora Spielberga- Janusza Kamińskiego, dodają uroku, a także enigmatyczności całemu obrazowi. Do tego dochodzą jeszcze wspaniałe kompozycje utworzone przez Thomasa Newmana. Sami mistrzowie w takim przeciętnym filmie, to aż boli. W szczególności, gdy pod uwagę weźmiemy również Toma Hanksa, który świetnie spisuje się na ekranie. Zdecydowanie jest to bardziej film dla ludzi gustujących w podobnych klimatach, dla innych- choć docenią oni dobry poziom obrazu, całość będzie zdecydowanie zbyt flegmatyczna, ale piękna.

Oryginalny tytuł: Room | Reżyseria: Lenny Abrahamson | Scenariusz: Emma Donoghue | Obsada: Brie Larson, Jacob Tremblay, Joan Allen, Sean Bridgers, Willam H. Macy, Amanda Brugel, Cas Anvar | Kraj: Irlandia | Gatunek: Dramat
Premiera: 04 września 2015 (Świat) 26 lutego 2016 (Polska)
Ocena: 8/10

      Twórca przebojowego „Franka”- Lenny Abrahamson, tworzy niesamowicie klimatyczny film, który może przysporzyć mu Oscara w kilku kategoriach. „Pokój” będący ekranizacją powieści Emmy Donoghue, która stworzyła scenariusz filmu zbiera uznanie krytyków całego świata.
     Pięcioletni chłopiec od początku swojego życia mieszka ze swoją matką w małym pokoju. Dopiero po jego piątych urodzinach kobieta uzmysławia mu, że te cztery ściany nie są całym światem, a jedynie miejscem, w którym zostali zamknięci.
      Wydawałoby się, że film jest raczej niepozorny, a przynajmniej tak się zaczyna. Matka, syn, jeden pokój, co w tym nienormalnego? No cóż, gdyby to było więzienie, to faktycznie... całkiem normalna rzecz, ale cztery ściany sprawiają wrażenie najtańszego mieszkania jakie człowiek widziałby w świecie. Zastanawiające jest jednak zamknięcie i historie, którymi matka darzy swojego synka, wyglądającego jak dziewczynka. Wkrótce jednak poznajemy okrutną prawdę i towarzyszymy bohaterom w dążeniu do zmian. Desperackie posunięcia sprawiają, że ciężko jest nie wstrzymać oddechu i wyczekiwać w napięciu, jak rozwinie się sytuacja. Kiedy jednak mamy teoretyczny finisz, a tu się okazuje, że minęła dopiero połowa filmu szybko uzmysławiamy sobie, to co oczywiste. Twórcy postanowią skupić się na wydarzeniach po i tym jak zamknięcie w tytułowym Pokoju odmieniło ich psychikę. W szczególności Joy, bo to w końcu ona siedziała tam najdłużej, ale też i małego Jacka, który całe swoje dzieciństwo spędził w odosobnieniu mając u swojego boku jedynie własną matkę i to 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Takie wydarzenia nie pozostają bez wpływu na człowieka i właśnie na próbie przeanalizowania, a także pomocy ofiarom koncentruje się reszta filmu. Tu już robi się bardziej dramatycznie, ale na swój sposób napełnia to również nadzieją i optymizmem. Twórcom udało się stworzyć klaustrofobiczne otoczenie, mocno obezwładniające, ale też mogli bardziej poszaleć przy otwartej przestrzeni. Nie mniej, dzięki Brie Larson i jej filmowemu synkowi Jacobowi Trembley'owi udało się zrobić bardzo emocjonujący, zajmujący, ale przede wszystkim wstrząsający i wciągający film.

Oryginalny tytuł: Brooklyn | Reżyseria: John Crowley | Scenariusz: Nick Hornby | Obsada: Saoirse Ronan, Emory Cohen, Domhnall Gleeson, Jim Broadbent, Julie Walters, Jane Brennan | Kraj: Wielka Brytania, Kanada, Irlandia | Gatunek: Melodramat
Premiera: 16 kwietnia 1988 (Świat) 24 stycznia 2014 (Polska)
Ocena: 6/10

      Większość zapewne uwielbia Crowleya za to, że dał im wspaniałego „Detektywa”. Inni usłyszą o nim dopiero przy okazji najnowszego i bardzo klimatycznego filmu pełnometrażowego o tytule „Brooklyn”, którym zdobył serca krytyków.
     Młoda kobieta postanawia opuścić swoją rodzimą Irlandię i wyrusza przez ocean, aby rozpocząć nowe życie. Przybywa do Brooklynu, gdzie lokum i pracę znalazł jej zaprzyjaźniony pastor. Tęsknota za domem nie przeszkadza jej jednak w odnalezieniu szczęścia.
     Bardzo banalna opowieść, taka jakich wiele jest w dzisiejszej kinematografii. Migracje i tęsknota za domem nie jest już niczym nowym, ale oczywiście można ją opowiedzieć w zupełnie inny sposób. Tutaj młoda kobieta rozwija swoją karierę, rozpoczynając pracę w Nowym Jorku jako sprzedawczyni, a kończy zdecydowanie wyżej. Poznaje miłość życia i to wokół jej emocji toczy się cała akcja tej niezwykłej produkcji. Tragiczne wydarzenie sprawia, że musi powrócić w rodzinne strony, a tam jej uczuciami zachwieje inny człek. A przynajmniej, tak by się wydawało. Dziewczyna będzie musiała dokonywać wyborów, ale przede wszystkim stawiać czoła wścibskim oczom i szeroko rozwartym uszom, bez względu na to, jak bardzo będzie chciała być oparciem dla swojej samotnej matki. W dość zakamuflowany sposób prezentuje się trudy życia w Irlandii w latach 50-tych. W zasadzie nie uwydatnia się tego w żaden zaskakujący, czy przejmujący sposób- a szkoda, bo może nabrałoby to większego wyrazu i byłoby bardziej emocjonująco. Wszystko jednak koncentruje się na młodej Ellis i jej rozterkach. Dobra rola Saoirse Ronan, choć momentami wygląda dość posągowo i nazbyt poważnie. Na pewno nie można odmówić produkcji klimatu. Jest to autentycznie śliczny obraz, z barwnymi kreacjami, wspaniałymi plenerami i ślicznymi zdjęciami. Ma to swój urok, który świetnie podkreśla fabułę. Całość ładnie się ze sobą komponuje, aczkolwiek produkcja jest zdecydowanie zbyt monotonna, a fabuła za mało porywająca, aby udało się zapamiętać film na dłużej.

czwartek, 15 października 2015

1187. Więzień Labiryntu. Próby ognia, reż. Wes Ball

     Przeczyta sobie człowiek książkę, spodziewa się nie wiadomo czego, a potem przychodzi ekranizacja i wszystkie marzenia oraz oczekiwania rozpadają się w drobny mak. „Próby ognia” to chyba jeden z najciekawszych tomów bestsellerowej trylogii „Więzień Labiryntu” autorstwa Jamesa Dashnera. I choć wielu uważa, że druga produkcja filmowa bazująca na koncepcji jest równie dobra, co pierwsza, osobiście śmiem się z tym nie zgodzić. Pomijając fakt, że filmowe „Próby ognia” są bardzo luźno oparte na wątkach drugiego tomu, to jest to bardzo nijaka produkcja. 
Źródło: foxmovies.com
     Streferom udaje się bezpiecznie opuścić mury labiryntu. Jednakże nie są świadomi, że prawdziwe wyzwanie dopiero przed nimi. Myśląc, że udało im się uciec przed DRESZCZem, nie mogą być w większym błędzie. Pomimo tego, że świat to jedno wielkie suche pustkowie, zamieszkane przez ludzkość zainfekowaną Pożogą uciekają przed ekipą naukowców chcących przeprowadzać na nich kolejne eksperymenty. Wyruszają więc w poszukiwaniu organizacji zwanej Prawą Ręką licząc na to, że zyskają ich pomoc- w pełnym słońcu, bez jakiegokolwiek zaopatrzenia, przez okrutne tereny Pogorzeliska, nie zważając na ścigających ich wysłanników DRESZCZu, ani czających się w pobliżu Poparzeńców.
     Czego można było się spodziewać po „Próbach ognia”, kiedy już sam zwiastun zapowiada, że scenarzysta dokonał drobnych zmian w opowieści? Cóż... z pewnością wszyscy ci, którzy poszli do kina zaznajomieni z lekturą byli w niemałym szoku, że film całkowicie odbiega od powieści. Na domiar złego, jeżeli ktoś nie zapoznał się z tomem trzecim, nie będzie miał bladego pojęcia o co biega z tematem pod tytułem Prawa Ręka. Nie ma to jak pomieszać wątki drugiego i trzeciego tomu w drugim filmie. Ciekawe co zostanie na finał, bo jeżeli kluczowy wątek „Leku na śmierć” to nie zapowiada się zbyt fascynujące kino, a szkoda. Jest to kolejna sytuacja, kiedy pierwsza ekranizacja jest naprawdę fascynująca i trzyma się pierwowzoru, natomiast w drugiej wieje nudą, a akcja wzięta jest chyba z kosmosu, bo na pewno nie z powieści. Jedyne co jest odwzorowane to motyw Pogorzeliska. Tylko to. Najbardziej w tym wszystkim boli to, że nie ma tutaj zaprezentowanej zadaniowości całej akcji, bo kiedy w powieści zadaniem Streferów było przejście Pogorzeliska w celu uzyskania leku, tak tutaj tego nie ma.
Źródło: foxmovies.cm
Zostaje to zamienione na głupawą, bezsensowną ucieczkę od DRESZCZu. Tym samym znika problematyka postaci Teresy i Arisa. Wywalony zostaje cały dramatyzm związany z przejściem przez Pogorzelisko, bo film niestety nie ukazuje prawdziwego okrucieństwa tego miejsca. Już pomijam dziwnego budowania relacji pomiędzy bohaterami, której praktycznie tutaj nie ma. Co dla nich za różnica, czy zginie jeden czy dwóch, a widz nawet nie jest w stanie się wzruszyć. W szczególności, że Thomas aż w jednej scenie wspomina Chucka, który poświęcił się dla niego przy okazji ucieczki z Labiryntu. Wszystkie wątki zostały całkowicie spłycone, a wszystko to zastąpione zostaje bezsensowną drogą do Prawej Ręki. Prawej Ręki, która de facto pokazuje się dopiero w trzeciej części trylogii. Nie można powiedzieć, że film nie gwarantuje akcji, bo tak jest, ale z drugiej strony sceny te zbyt szybko zostają urwane i w zasadzie niczego konkretnego nie wnoszą do fabuły. Ucieczka przed wrogiem zawsze dostarcza sporo adrenaliny, a dodając do tego element zdrady całkowicie potrafi zbić człowieka z pantałyku. O dziwo, obraz zapewnia względne wrażenia, a tempo akcji jest nawet równe, ale co z tego, kiedy tak to wszystko jest nużące.
     Na plus zdecydowanie przemawia wygląd filmu, można powiedzieć, że jest to jedyna rzecz, która przykuwa tutaj uwagę. Pogorzelisko jest bajecznie mroczne, niczym wyjęte z najlepszej postapokaliptycznej produkcji. Zniszczone budynki, wszędzie pełno ruin, ale przede wszystkim wszechobecny piach. Krajobraz niczym z „Resident Evil: Apokalipsa”, czy „Mad Max: Na drodze gniewu”. Wspomnienie o pierwszym tytule nie jest tutaj przypadkowe, bowiem wskazać należy tajemniczych Poparzeńców, czyli ludzi, których zaatakowała choroba zwana Pożogą. To właśnie na nią szuka się lekarstwa, bo przez nią ludzie tracą rozum, zamieniając się w bezmyślne zwierzęta. I tutaj pojawia się kolejny problem związany z tym obrazem. Poparzeńcy w ogóle nie przypominają ludzi chorych psychicznie. Z uwagi na popularny ostatnio nurt zombiaków, to właśnie do tych chodzących trupów zostali upodobnieni. Wybór stylizacji co najmniej dziwny, w szczególności jak ktoś przypomni sobie akcję z kanałów i dziwne narośle na ścianach. Można było zrobić to w zdecydowanie bardziej ludzki sposób, taki który chociaż odrobinę dawałby nadziei na wyleczenie.
Źródło: foxmovies.com
Ciężko jest mi zrozumieć, dlaczego pozbyto się z filmu dwóch kluczowych scen, dostarczających najwięcej grozy. Trzeba jednak przeboleć brak początkowych scen, gdzie bohaterowie uciekali przed kulami z ciekłego metalu odgryzającymi głowy, czy końcowych, kiedy to musieli stoczyć walkę z bąblowymi potworami. I tak z tych fascynujących monstrów, które pojawiły się w całej trylogii, przyszło nam wspominać jedynie Bóldożerców z pierwszego filmu. Może obawiano się, że wprowadzając te cuda trzeba będzie podnieść ograniczenie wiekowe, albo może twórcy nie byli w stanie idealnie odwzorować tych tworów. Albo... za bardzo skupili się na Poparzeńcach. Szkoda, naprawdę szkoda. W szczególności, że zapewne cała masa ludzi czekała właśnie na to, jak filmowcy poradzą sobie z tymi właśnie elementami.
     Z marnym aktorstwem, nie oddającym prawdziwego charakteru najistotniejszych postaci serii, z całkowitą zmianą ich problematyki nie ma szans, aby dało się patrzeć na ten film bez niestrawności. Dylan O'Brien jedyne, co pokazuje w tym filmie, to jak szybko potrafi biegać. Jako czołowy biegacz labiryntu mógł darować sobie już popisy, a skupić się bardziej na budowaniu emocjonalnej więzi z publicznością albo chociaż z innymi bohaterami na planie. Irytująca stała się Teresa w wykonaniu Kayi Scodelario, która po prostu zniknęła w tym filmie. I choć poświęca się jej więcej uwagi niż w powieści, to jakimś magicznym sposobem stała się po prostu niewidzialna. Wydawałoby się, że dużo atrakcji dostarczyć mogą nowe postaci, takie chociażby jak Jorge i Brenda. Niestety, ani Rosa Salazar ani Giancarlo Esposito nie radzą sobie na tyle, aby wyjść przed szereg. Ich kreacje są zdecydowanie mniej zwariowane i mniej wojownicze niż powinny być. Z kolei Janson, którego wszyscy fani „Gry o tron” znają z roli dwulicowego Littlefingera nie poczują się zawiedzeni. Aidan Gillen trzyma klasę i charakter swojej poprzedniej postaci. Czy stety, czy niestety- to już wam przyjdzie ocenić. 
Źródło: foxmovies.com
     Wiele oczekiwałam po kontynuacji „Więźnia Labiryntu” z uwagi na to, że pierwszy film wzbudził we mnie spory entuzjazm i zainteresowanie. Na dodatek całą trylogię książkową uważam za bardzo udaną i ciekawą, więc nie miałam obaw co do „Prób ognia”. Niestety, wydarzyło się coś całkowicie zaskakującego, coś co nie wyróżniło tytułu spośród innych postapokaliptycznych tworów. Historia z drugiego tomu powieści miała spory potencjał, który niestety nie został w ogóle wykorzystany. Zarówno okrojenie fabuły, jak i pozbawienie widza przyjemności oglądania niezwykłych tworów przyszłości, nie wyszło produkcji na dobre. Pozostało tylko mdłe, za bardzo podobne do zombiastycznych tytułów widowisko, które cechuje się jedynie zewnętrznym pięknem, a zgnilizną wewnętrzną. 
Ocena: 5/10

Oryginalny tytuł: The Maze Runner. The Scorch Trials / Reżyseria: Wes Ball / Scenariusz: T.S. Nowlin / Na podstawie: powieści Jamesa Dashnera / Zdjęcia: Gyula Pados / Muzyka: John Paesano / Obsada: Dylan O'Brien, Ki Hong Lee, Kaya Scodelario, Thomas Brodie-Sangster, Dexter Darden, Alexander Flores, Jacob Lofland, Rosa Salazar, Giancarlo Esposito, Patricia Clarkson, Aidan Gillen, Lili Taylor, Barry Pepper / Kraj: USA / Gatunek: Akcja, Sci-Fi, Thriller
Premiera: 09 września 2015 (Świat) 18 września 2015 (Polska)