Czarna Pantera
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Czarna Pantera powraca! Tym razem jednak wrażenia po ponownym seansie plasują się gdzieś pomiędzy "co ja takiego w tym widziałem?!", a "naprawdę niesamowite zjawisko".
Opowieść o tym jak korzystać z nowinki od Naszej Księgarni, z przymrużeniem oka.
Do tej pory powieści, które wyleciały spod skrzydeł wydawnictwa Szósty zmysł, zaskakiwały swoją niebanalnością. Tym razem wydawnictwo poszło w trochę odmienną stronę i zaserwowało coś, co łączy ze sobą miłość i sport. k jak i nasz w zetknięciu z tą lekturą.
Imperium nie poddaje się i na nowo buduje Gwiazdę Śmierci, która będzie miała większą siłę rażenia niż poprzednia. Jednakże pojawia się rzeczywiste zagrożenie dla planów Imperatora (Ian McDiarmid) i Lorda Vadera (David Prowse), jest to młody Luke Skywalker (Mark Hamill), który poznał tajemnice Mocy i jest bliski zostania Jedi. Wyrusza on na swoją rodziną planetę Tatooine, gdzie Jabba przetrzymuje zamrożonego Hana Solo (Harrison Ford). Dzięki przebiegłemu planowi udaje mu się uratować wszystkich przyjaciół i położyć kres rządom Jabby. Prawdziwym celem Rebeliantów prowadzonych przez Skywalkera jest jednak zniszczenie nowej Gwiazdy Śmierci. Aby tego dokonać muszą dostać się na planetę Endor, aby zlikwidować źródło zasilania pola magnetycznego chroniącego wszystkie statki Imperium. W międzyczasie Luke poznaje całą prawdę na temat swojej rodziny i przyjdzie mu stanąć przed ostateczną próbą zanim zostanie rycerzem Jedi.
„Powrót Jedi” zamykanie zwykłą przygodę jaką okazały się być dzieje rodziny Skywalkerów, począwszy od Shmi Skywalker – matki Anakina, a kończąc na Luke`u, jego synu. Pierwotnie film miał nosić tytuł „Zemsta Jedi”, która byłaby idealnym nawiązaniem do „Zemsty Sithów” kiedy to ciemna strona Mocy przejmują kontrolę nad Galaktyką.Jednakże zmiana tytułu była trafną decyzją, gdyż można rozumieć go na kilka sposobów. Jednym z nich jest zachowanie kontynuacji rycerzy Jedi, chroniących Moc i całą Galaktykę, drugim natomiast jest chwytające nawrócenie się jednej z postaci. Cały film jednak stanowi walkę dobra ze złem, nie tylko fizycznie, ale także mentalnie w umyśle młodego Luke`a, który to stanie przed próbą swojej wiary. Wszystko to zaczyna się już od pierwszych scen u Jabby, w których ma się wrażenie, że Luke przeszedł w ręce Sitha. Oczywiście, później znowu wszystko się wyjaśnia, tylko po to, aby za chwilę mogło dojść do ostatecznej rozgrywki. Ponadto podczas oglądania filmu twórcy zabierają nas w wiele różnych miejsc. Ponownie wrócimy na Tatooine, ponadto będziemy mogli zachwycać się urokami Endoru, który zamieszkiwany jest przez urocze Ewooki. Podczas tych wizyt bardzo dużo się dzieje, gdyż w końcu każda taka wyprawa związana jest z konkretną misją, a nie aspektami turystycznymi. Prawdziwa akcja rozgrywa się jednakże w kosmosie. To tutaj ma miejsce największa kosmiczna walka pomiędzy Rebeliantami i szturmowcami Imperium. Tutaj prezentuje się największa potęga filmu, bez której żaden mężczyzna nie zakochałby się w tym filmie. Wszystko ładnie i płynnie przechodzi z jednej sceny w drugą. Jednakże oglądając film zauważyć można wiele nieścisłości, których nie dokończono w „Zemście Sithów”. Przykładem jest rozmowa Luke`a z Leią o jej matce, gdy mówi ona, że pamięta iż była piękna, gdy tak naprawdę Amidala w trzecim filmie zginęła podczas porodu. Jest kilka takich spraw, ale są to drobnostki, które zafascynowany historią widz po prostu omija.W nowej wersji filmu widzimy także niesamowitą scenę na końcu filmu, kiedy to pojawiają się rycerze Jedi znani Luke`owi. Chodzi o drobną zmianę jednej z postaci. Z niewiadomych powodów scena ta chwyciła mnie za serce i doprowadziła do płaczu.
Obada filmu ewidentnie postarzała się od ostatniego występu, ale w końcu minęły kolejne trzy lata.Większość z nich nie rozwinęła się zbytnio, jak Carrie Fisher, czy Mark Hamill.Natomiast Harrison Ford miał niezły tupet podczas kręcenia filmu. Nic dziwnego więc, że jego postać stała się jeszcze bardziej olewacka, ale wpłynęło to pozytywnie na jego wizerunek i odbiór całego filmu. W tym filmie po raz pierwszy pojawia się Imperator z krwi i kości. Jego postać gra Ian McDiarmid i to właściwie tylko dzięki ingerencji Lucasa. Tak samo dzięki niemu występuje on w trzech nowych filmach, grając tę samą postać. Był bardzo przekonujący i mroczny. Autentycznie przerażał, a to nie zawsze się udaje gwiazdom. Prawdziwą gratkę stanowiła postać Dartha Vadera, gdyż jego postać odgrywana była przez czterech mężczyzn. W pierwszej połowie filmu gra go David Prowse, w walce na miecze świetlne – kaskader imieniem Bob Anderson, w scenie bez maski jest nim Sebastian Shaw, natomiast głosu ponownie użycza mu James Earl Jones. Ponadto Vader pojawia się także w swojej młodej postaci, którą znamy z „Ataku klonów” i „Zemsty Sithów”, a ma to miejsce w scenie spotkania z duszami innych Jedi.
Kilka lat po zniszczeniu najpotężniejszej broni Imperium – Gwiazdy Śmierci, Imperator wraz z Darthem Vaderem (David Prowse) wciąż prowadzą okrutną politykę sprawowaną nad Galaktyką. Odnajdują także siedzibę Rebeliantów dowodzoną przez Luke`a Skywalkera (Mark Hamill), którzy skryli się na mroźnej planecie Hoth. W związku z tym młody Luke musi uciekać z planety, a po wiadomości wysłanej przez Obi-Wana Kenobiego (Alec Guinness) udaje się do układu Degobah, gdzie podejmuje nauki u mistrza Jedi – Yody (Frank Oz). W międzyczasie Han Solo (Harrison Ford) wraz z księżniczką Leią (Carrie Fisher) oraz Chewbaccą (Peter Mayhew) lecą na planetę Bespin, gdzie proszą dawnego przyjaciela Hana- Lando (Billy Dee Williams) aby naprawił ich uszkodzony statek. Nie zdają sobie sprawy z tego, że na miejscu już jest Lord Vader mający w zanadrzu sprytny plan sprowadzenia na planetę Luke`a. Podczas treningu z Yodą Luke poznaje przyszłość, w której widzi swoich przyjaciół w niebezpieczeństwie. Dlatego też czym prędzej leci im na ratunek.
„Imperium kontratakuje” jest kontynuacją „Nowej nadziei”, w której widz dowiaduje się wielu istotnych szczegółów o losie Luke`a Skywalkera. Oczywiście, jest to nowością tylko wtedy, gdy ktoś rozpoczął oglądanie sagi od starej trylogii, a nie nowej, bo w innym przypadku te informacje nie będą dla niego żadnym zaskoczeniem. Dlatego też sam dialog, który odbywa się pomiędzy Vaderem a Luke`iem był trzymany w ścisłej tajemnicy. Tylko Lucas, reżyser i producenci znali prawdę, a scenariusz był stworzony tak, żeby nawet sam Vader, któremu głos podkładał James Earl Jones, nie znał prawdy. Wiadomość była dość wstrząsająca i stanowiła, jak gdyby punkt kulminacyjny całej historii. Nie mniej przez cały film dzieje się całkiem sporo. W pewnym momencie historia rozdziela się na dwoje, tak jak rozdzieleni zostają bohaterowie filmu. Z jednej strony mamy Luke`a, który pobiera nauki u Yody w układzie Degobah. Te wydarzenia napełnione są humorem ze względu na nieudane próby opanowania mocy przez Luke`a. Ponadto poznajemy niezwykłą postać jaką jest mistrz Yoda. Jest to pierwszy film (nie licząc tych nowych), w której pojawia się ta postać, a jego twórcy bazowali na obliczu Alberta Einsteina. Jego niezwykłość objawia się także w oryginalnym sposobie porozumiewania się. Nie mówi bowiem poprawną angielszczyzną, a przestawia szyk zdania, zamieniając miejsce podmiotu z orzeczeniem. Nadaje to postaci fantastyczny charakter. Z drugiej zaś strony mamy wydarzenia, które towarzyszą ekipie Hana Solo. Tutaj także nie brakuje humoru, jednakże twórcy w tym miejscu skupili się na bardziej dynamicznym punkcie filmu, czyli akcji. Widzimy bowiem liczne strzelaniny w kosmosie, a także ucieczki. Dalsza część wydarzeń, po dotarciu na planetę Bespin, również jest bardzo wystrzałowa, ale nie zabraknie także melodramatyzmu, który niemalże ciśnie łzy do oczu. Dzięki takiemu rozstrzałowi wydarzeń twórcy nakręcili wielowątkową historię, która skupia się ponownie w jednej scenie. Sprawia to, że film jest zaskakujący (oczywiście, nie jeżeli ogląda się go po raz 20sty), a przede wszystkim dynamiczny.
Sporym atutem filmu, czego oczywiście można się spodziewać, jest jego strona wizualna oraz dźwiękowa. Spece od efektów specjalnych, a także dźwięków spisali się rewelacyjnie. Nie szczędzono także środków, i tak jak Lucas przy pierwszym filmie starał się zmieścić w budżecie, tak Kershner postanowił przekroczyć go o 10 milionów. Jednakże nakłady te się opłaciły, gdyż efekty pracy zaowocowały uznaniem krytyków. Ekipa od efektów najbardziej skupiała się na jak najlepszym zaprezentowaniem świata kosmosu i licznych starć szturmowców i innych pojazdów latających. Wyglądało to naprawdę dobrze jak przystało na tamte czasy. Zdarzały się jednak sceny, które wyglądały tak dobrze, jak gdyby nakręcane były zaledwie przed kilkoma laty. Chodzi tutaj głównie o ujęcia Miasta w chmurach, które powalało na kolana. Pod tym względem nie można produkcji niczego zarzucić. Tak samo jak przy „Nowej nadziei”, tak i w „Imperium kontratakuje” dźwiękowcy poszaleli przy tworzeniu różnego rodzaju odgłosów. I tak przykładowo dźwięk poruszającego się R2-D2 stworzono poprzez nagranie odgłosów opuszczania szyby samochodowej, a otwierające się drzwi promu Vadera to tak naprawdę dźwięk zatrzaskujących się krat w celach więzienia Alcatraz. Ponownie przy filmie można zwrócić uwagę na niesamowite kostiumy, które, tak jak przy „Nowej nadziei”, stworzył Mollo ze swoją ekipą. Do filmu użyto aż 8 kostiumów R2-D2, a także 16 różnych strojów dla Luke`a.
Rycerze Jedi przeszli do przeszłości, a Imperator wraz ze swoim uczniem Lordem Darthem Vaderem (David Prowse) sprawują okrutną politykę we wszechświecie posługując się ciemną stroną Mocy. Jednakże wśród ludzi istnieją rebelianci, którzy pragną zniszczyć Gwiazdę Śmierci– największą broń Imperium, oraz przywrócić dawną demokrację. Na jej czele stoi księżniczka Leia Organa (Carrie Fisher), która zostaje schwytana przez wysłanników Imperatora.Udaje jej się jednak zaszyfrować wiadomość do Obi-Wana Kenobiego (Alec Guinness) z prośbą o pomoc i przekazać robotowi R2-D2 (Kenny Baker), który wraz ze swoim kompanem C-3PO (Anthony Daniels) ucieka czym prędzej ze statku i ląduje na planecie Tatooine. Tam dostają się pod opiekę rodziny Luke`a Skywalkera (Mark Hamill), który odczytując wiadomość próbuje odnaleźć Kenobiego. Ten zdradza mu informacje o istnieniu Mocy, którą ma w sobie także Luke. Niestety, rodzina Skywalkera zostaje wymordowana, a on wraz z nowymi przyjaciółmi udaje się on na ratunek księżniczce.
Ze względu na to, że film miał swoją premierę w 1977 roku to większość aktorów w nim występujących dziś albo jest już siwymi staruszkami zgłoś do usunięciaalbo nie żyje. Szokujące jest jednak to, że z tak kasowego i głośnego filmu w zasadzie tylko jedna postać po dziś dzień występuje w filmach, które rozpoznawane są przez każdego. Tą osobą jest Harrison Ford, który zagrał kultowego i dowcipnego Hana Solo. Dziś większość już nie pamięta, że to właśnie dzięki Lucasowi Ford stał się prawdziwą gwiazdą.Niewielu kojarzy go jako młodego i przystojnego Hana Solo, a i on sam często zapomina o swoich korzeniach. Nie mniej jako Solo spisał się rewelacyjnie. Był urokliwy, zadziorny, ale i zabawny, czyli miał w zasadzie wszystko czego można wymagać od tak mało skomplikowanej postaci. Można by powiedzieć, że największą porażkę odniósł Luke Skywalker, czyli Mark Hamill. Pomimo tego, że był gwiazdą „Gwiezdnych Wojen” to jednak nie udało mu się przebić. Można zauważyć go w kilku ważniejszych produkcjach, jednakże w większości filmów pojawiał się jedynie przelotnie, gdyż karierę skupiał bardziej na branży telewizyjnej. Jako Luke całkiem nie najgorzej sobie radził, chociaż można byłoby włożyć w niego więcej emocji. Duży sukces dzięki filmowi odniósł Alec Guiness. Jego Obi-Wan Kenobi tak się spodobał krytykom, że nawet przyznano mu nominację do Oscara za ową rolę. Oczywiście jest to kwestia sporna, czy aby na pewno był on aż tak rewelacyjny,żeby tak go honorować, ale nie mniej oglądanie sędziwego dziadka na ekranie całkowicie zmieniało jego klimat. Carrie Fisher została księżniczką Leią tylko dlatego, że jako jedyna potrafiła utrzymać pistolet kaliber 0,45. To właśnie ta umiejętność otworzyła jej drzwi do tego filmu, a później do kariery w Hollywood, gdyż „Nowa nadzieja” był jednym z jej pierwszych filmów. Poradziła sobie z tym całkiem nie najgorzej, była waleczna, ale też i opanowana. Co prawda niektóre gesty nie odpowiadały dobrze temu co mówiła – przykładowo scena z nagraną wiadomością, gdzie rozkłada ręce z niemocy i kręci głową zupełnie jakby czemuś przeczyła, a nie prosiła Kenobiego o pomoc .Takie wpadki można darować, gdyż ogólnie jej postać wychodzi na plus. Ogólnie obsada została bardzo dobrze dobrana do filmu i pomimo tego, że większa część aktorów nie została później wielkimi gwiazdami to jednak na czas „Gwiezdnych Wojen” nimi właśnie byli.
Od wielkiej wojny pomiędzy mieszkańcami planety Naboo a droidami Federacji minęło 10 lat. Teraz ktoś dokonuje zamachu na życie senator Amidali (Natalie Portman), byłej królowej Naboo, w wyniku, którego ginie jej pozorantka. Kanclerz Palpatine (Ian McDiarmid) proponuje, aby Obi-Wan Kenobi (Ewan McGregor) wraz ze swoim padawanem Anakinem Skywalkerem (Hayden Christensen), zajęli się jej ochroną. Anakin przez 10 lat podsycał swoje uczucia do Amidali i stara się o to, aby i ona coś do niego poczuła, pomimo tego, że kodeks Jedi zabrania uczuciowego zaangażowania. Aby dowiedzieć się kim jest zamachowiec Obi-Wan udaje się na sekretną planetę- Kamino, gdzie odnajduje armię tronów szykowaną dla rycerzy Jedi przez tamtejszego premiera. Tymczasem Anakin wraz z Amidalą udają się na jego rodzinną Tatooine, gdzie dowiaduje się, iż jego matka została sprzedana przez Watto a następnie porwana. Dochodzi do tragedii w wyniku, której Anakin pokazuje swoją ciemną stronę, co nie uchodzi uwadze mistrza Yody (Frank Oz). Wkrótce wszyscy się zjednoczą, aby odbyć walkę z manipulowaną przez Dartha Sidiousa Federacją Handlową.
Nowa trylogia George`a Lucasa z pewnością stoi wysoko ponad starą trylogią jeżeli chodzi o efekty specjalne.Jednakże cierpi na tym fabuła filmu, nie wspominając już o reżyserii. W filmie dzieje się bardzo dużo, a właściwie za dużo. Materiału użytego w scenariuszu wystarczyłoby na nakręcenie kilku filmów. Mamy tutaj całkowity misz masz, który odbija się także na wrażeniach z filmu. Widzimy bardzo wiele różnych scen, mamy tutaj przecież atak na Amidalę, pościg za najemnikiem, podróż Obi-Wana na Kamino, podróż na Geonosis, wypad na Tatooine, akcję Anakina z matką, sceny walk na arenie, no i ostateczną bitwę. Jest tego strasznie dużo i kiedy w końcu widz dochodzi do końca filmu wydaje mu się jakby przebył straszliwie męczącą podróż po różnych planetach, wielu uczuciach i tragicznej grze aktorskiej. Oczywiście, tym samym dowiadujemy się wielu istotnych faktów. Palpatine wskakuje na wyższe stanowisko, które coraz bardziej przybliża go do sukcesu. Poznajemy także armię klonów, które stanowią integralną część starszych filmów. Wszystkie elementy zaczynają układać się w jedną całość. Jednakże w „Ataku klonów” uwaga skupia się bardziej na uczuciach kluczowej postaci, jaką jest Anakin Skywalker. To w końcu ona ma „zrównoważyć” Moc we wszechświecie, chociaż wielu zaczyna w to wątpić, w tym także uroczy Yoda. Przez to robi się z tego jeden wielki melodramat aniżeli film akcji. Na sceny z prawdziwego zdarzenia musimy czekać ponad półtorej godziny, a i wtedy nie są one aż tak zachwycające jakby się tego pragnęło.
Pomimo tego, że fabuła i liczne jej humorystyczne aspekty są bardzo męczące, to jednak efekty specjalne pozostają niezwyciężone. Niestety, nie wyglądają one nazbyt realistycznie,aczkolwiek robią piorunujące wrażenie. Są niesamowite sceny, które odgrywają się w przestrzeni kosmicznej, jak pościg Obi-Wana za Jango Fettem. Wspaniałe są krajobrazy, które oglądamy będąc tylko z Anakinem i Amidalą. Największe wrażenie jak zawsze robi ostateczna walka, tutaj jednakże duża część wybuchów była autentyczna. Nie mniej prawie cały film zrobiony był komputerowo. Jest to pierwsza część, w której Yoda został wygenerowany komputerowo w całości. Wiele scen kaskaderskich było wygenerowanych komputerowo co przykładowo widać podczas zmagania się Anakina z jego zwierzęcym przeciwnikiem na arenie. Mówi się, że nawet klony były komputerowe. Nic więc dziwnego, że film został nominowany do Oscara za efekty, gdyż są one na bardzo wysokim poziomie, jak na tamte lata.Niestety, twórcom nawet nie chciało się zbytnio myśleć nad nowymi kompozycjami muzycznymi, które mogłyby wzbogacić film. John Williams w dużej mierze korzysta z utworów z „Mrocznego widma”. Przykładem jest walka droidów z klonami, gdzie oryginalna muzyka została wycięta podczas montażu i zastąpiono ją kompozycjami z „Mrocznego widma”. Nie mniej i tak wszystkie utwory są na jedno kopyto, ale w końcu jest to znak rozpoznawczy tego filmu i trudno byłoby sobie wyobrazić, aby tego w nim zabrakło.
O grze aktorskiej obsady można by tutaj mówić całkiem sporo i to niestety w niezbyt dobrym kontekście. W „Mrocznym widmie” najgorszą z najgorszym była Natalie Portman. Jednakże w„Ataku klonów” pierwsze miejsce pod względem beznadziejności swojego aktorstwa zajął Hayden Christensen. Pomyśleć, że tyle wspaniałych aktorów starało się o tą rolę – choćby nawet Leo DiCaprio, jednakże Lucas podjął decyzję, że to właśnie Christensen idealnie nadaje się na Anakina. Oczywiście decyzja byłaby trafna, gdyby film ten był parodią filmów science fiction. Tak nie było, a Hayden i tak pozostał tragiczny i beznadziejny. Jego emocje są niesamowicie sztuczne w tym filmie. Jedyną sceną, którą przekonuje do swojej postaci jest ta, w której wyjawia Amidali co zrobił, gdy odnalazł matkę. Z pewnością nigdy nie sądzono, że ktoś może być takim beznamiętnym i sztucznym aktorem jakim jest Hayden, a jednak zjawił się on. Tym samym Natalie Portman wydawała się niezwykle ożywiona podczas tego filmu, co można by zrzucić na barki jej roli,gdyż stała się czynną postacią niż bierną. Zaczęła latać z bronią i choć nie robiła tego zbytnio przekonująco, to jednak wzbudzała respekt. Wiele nadziei pokładało się także w roli Obi-Wana. Jednakże Ewan McGregor nie pokazał tutaj zbyt wielkiej klasy. Jego wymuszone reakcje były, niestety, zauważalne i irytujące na pełnej linii. Na nieszczęście tego filmu, można mówić tutaj jedynie o słabościach gwiazdorskiej obsady, a nie o jej niebywałym i wszechstronnym talencie.
Rycerz Jedi – Qui-Gon Jinn (Liam Neeson) wraz ze swoim padawanem Obi-Wanem Kenobi (Ewan McGregor), udają się z misją pokojową na Naboo. Jednakże Dark Sidious manipuluje Federacją,która dokonuje ataku na tą zamieszkaną planetę. Jedi muszą ratować królową Amidalę (Natalie Portman), którą Federacja chce zmusić do podpisania niekorzystnego paktu. Uciekając trafiają na gorącą i biedną planetę Tatooine, gdzie muszą naprawić uszkodzony statek. Tam też Qui-Gon Jinn poznaje małego chłopca będącego niewolnikiem – Anakina Skywalkera (Jake Lloyd), wokół którego skupiona jest potężna moc. Qui-Gon podejrzewając, że jest on zapowiadanym Jedi, który ma przywrócić równowagę mocy robi wszystko, aby wykupić jego wolność. Nikt nie zdaje sobie sprawy, że jest to ich najmniejszy problem, gdyż tropem królowej ruszył Lord Sith – Darth Maul (Roy Park).
Chciałoby się móc rzecz coś dobrego na temat obsady, a właściwie jej gry aktorskiej, bo o obsadzie można mówić w samych superlatywach. Najlepiej ze wszystkich wypadł chyba Qui-Gon Jinn, czyli Liam Neeson. Był on najbardziej przekonujący ze wszystkich żyjących postaci. Z mniej żyjących najlepszy był Jar Jar Binks, czyli Ahmed Best.Pracował tutaj samym głosem, ale to jak idealnie go podkładał i jak sprawnie modulował głos, ażeby nadać charakter postaci było po prostu niesamowite. Od razu wzbudzał sympatię i to nie tylko ze względu na jego ciapowatość, chociaż najwyraźniej ekipa od przyznawania Złotych Malin nie podziela tego zdania. W roli drugiego Jedi wystąpił Ewan McGregor, który oglądał występy Aleca Guinnessa– poprzedniego Obi-Wana, aby jak najlepiej wczuć się w odgrywaną postać i jak najlepiej wypaść w tej roli. Wyszło mu to całkiem nie najgorzej, chociaż wydawał się trochę sztuczny. Pośród większości nijakich i mało przekonujących występów, jedna osoba wyróżniała się ponad wszystkie swoją beznadziejnością.Przykro stwierdzić, że jest to Natalie Portman w roli królowej Amidali.Dziewczyna była całkowicie bez życia, sztywna i zachowywała się jakby zupełnie nie zależało jej na odgrywanej roli. W dodatku na ekranie zamieniała ją Keira Knightley, co dla wprawnego oka nie trudne było do odgadnięcia, nawet pomimo tony makijażu. Nie mniej Portman zagrała fatalnie, zupełnie bez wyrazu. Była najgorsza w całym filmie.
Anakin Skywalker (Hayden Christensen) wraz ze swoim mistrzem Obi-Wanem (Ewan McGregor) próbują uwolnić kanclerza Palpatine (Ian McDiarmid) z niewoli Hrabiego Dooku (Christopher Lee). Udaje im się to, ale podczas tej akcji ucieka generał Grevious. Podczas powrotu do swojej ukochanej Padme (Natalie Portman), Anakin dowiaduje się, że jest ona w ciąży. Jednakże pomimo to, nie chce ujawniać związku z byłą królową Naboo. Niestety, Anakina zaczynają dręczyć straszliwe koszmary dotyczące śmierci ukochanej i jest w stanie zrobić wszystko, aby tylko temu zapobiec. Z pomocą przychodzi mu senator Palpatine, który chce, aby Anakin został jego przedstawicielem w Radzie Jedi. Podczas nieobecności Obi-Wana Kenobiego, który podróżuje na inną planetę w celu zgładzenia Generała Greviousa, sfrustrowany Anakin targany chęcią uratowania Padme, a także otumaniony kłamstwami Palpatine przechodzi na ciemną stronę mocy, tym samym stając się Darthem Vaderem. Pod pozorem zdrady stanu Palpatine wydaje rozkaz zlikwidowania wszystkich rycerzy Jedi, a następnie informuje Senat o spisku rycerzy. Ocalali Jedi robią, co w ich mocy, aby nie dopuścić Sithów do panowania w Galaktyce.
Przy tworzeniu scenariusza filmu Lucas miał najwyraźniej całkiem precyzyjną wizję tego co chce przekazać publiczności. Bowiem pierwsza wersja filmu trwała aż 4 godziny, ale udało mu się tak poszatkować film, że został on skrócony do jedynie dwóch, nawet sensownych, godzin. Fani dowiedzą się rzeczy, nad którymi głowili się oglądając dawną trylogię opowiadającą o poczynaniach młodej Luke`a Skywalkera. Dowiemy się przede wszystkim jak to się stało, że Anakin przeszedł na ciemną stronę Mocy i stał się Darthem Vaderem. Poznamy także tajemnicę dlaczego nowo narodzeni Luke i Leia musieli zostać rozdzieleni. Fanów ucieszy z pewnością też informacja dlaczego to rycerze Jedi musieli się ukryć, a także ostatni etap dochodzenia Palpatine do władzy i uczynienia go Imperatorem. Wszystko to czyni historię kompletną, gdyż w końcu poznajemy wszystkie wydarzenia, które mają wpływ na dalszy rozwój sytuacji. Nie mniej wydaje się, że część z podróży można było sobie darować, tak jak przykładowo wypad na Utapau, gdzie to Obi-Wan mierzy się z Greviousem. Oczywiście ma to głębszy sens, ale równie dobrze można byłoby całkowicie usunąć generała droidów, który wcześniej się nie pokazywał, ani nawet o nim nie wspominano. Znowu wydaje się, że był przesyt akcji i nadmiar informacji, które może ogarnąć ludzki mózg, nie mniej nie było to aż tak krzykliwe i w sumie film ogląda się całkiem przyjemnie. Dobrze zostały zrównoważone wątki dramatyczne - jak ciągłe potyczki Anakina z samym sobą, a także reakcja jego bliskich na jego decyzję o przyłączeniu się do Sithów, które przeciwstawione były niesamowitej akcji, która obfitowały w walki na miecze świetlne oraz strzelaniny. Nie mniej emocji wzbudzały wydarzenia poboczne, stanowiące tło dla głównych wątków, czyli przykładowo wymordowanie wszystkich rycerzy Jedi, co było ciężkie do zniesienia. Mamy tutaj idealne przykłady na całkowite zagubienie własnego ja, na brak zaufania, a także ślepej naiwności. Każda z postaci, którą wykreował Lucas przedstawiała sobą zupełnie inne cechy, które bardzo dobrze zostały uwidocznione. Dlatego też właśnie przez cały film widz odczuwa wszelkie uczucia od skrajnej nudy w efekcie przydługawych i bezsensownych, niekiedy, dialogów, poprzez współczucie dla poległych, aż po silne uczucie nienawiści i zaskoczenia dla zdrajcy.
Tak samo jak w przypadku dwóch poprzednich filmów, tak też i przy tym nie ma w zasadzie czego się uczepić jeżeli chodzi o stronę wizualną. Nad oprawą graficzną filmu pracowała cała masa artystów, którym udało się stworzyć niesamowite stworzenia, przepiękne krajobrazy, no i inne efekty, które wzbogacały cały obraz. W tym filmie wykorzystano ponad 2200 ujęć z efektami specjalnymi. Niektóre z nich składają się z 50, a czasem aż z 60 elementów. Całość zastosowanych animacji trwa 90 minut i jest najdłuższa w całej sadze. Dlatego też za resztę odpowiadają operatorzy, którzy starali się uchwycić piękno scenografii tworzonych przez architektów. Wykorzystywano także prawdziwe elementy, tak jak podczas wybuchu wulkanu na planecie Mustafar, gdzie to Obi-Wan toczył walkę z Anakinem. Jest to obraz rzeczywistej erupcji wulkanu Etna, którą autorom zdjęć udało się zarejestrować na Sycylii. Duża rolę w filmie, jak i w całej serii odgrywają wspaniałe kostiumy. Tutaj także Trisha Biggar pokazuje prawdziwą klasę, zarówno przy tworzeniu kostiumów dla Amidali, jak i strojach męskiej części obsady, przede wszystkim Lorda Vadera. Lucas chciał, aby przypominał on Vadera znanego ze starej serii. Przygotowano więc specjalny kostium dla Christensena, w którym zastosowano technologię, dzięki której aktor wyglądał na potężnie zbudowanego. Dodatkowo uzbrojono go w specjalne buty, dzięki którym Vader był wystarczająco wysoki. Łącznie na potrzeby "Zemsty Sithów" charakteryzatorzy stworzyli ponad 500 kostiumów, a ich praca zaowocowała nominacją do Oscara. Motywy muzyczne skomponowane przez Johna Williamsa pozostały niezmienione. Możemy usłyszeć stare utwory, a także nowe dzieła. Wszystkie miały w sobie jednakże klimat "Gwiezdnych Wojen" przez co trudno byłoby je pomylić z innymi.
Bez względu na to jak bardzo Lucas starał się wykreować genialne postacie, to w większości pozostały one nijakie. Wszystko zaczyna się od największego czarnego charakteru w dziejach kina, czyli Lorda Vadera, którym to został w końcu Hayden Christensen. Wciąż nie rozumiejąc powodów wyboru jego persony na tak kultową postać trzeba próbować dostrzec jakieś pozytywy w jego występie. Jest to jednakże bardzo trudne, gdyż sztuczność Christensena tak wali po oczach, że wypadałoby się zastanowić pięć razy zanim sięgnie się po film z jego udziałem. Nie mniej, nie był on tragiczny aż tak do końca. Kiedy grał tylko swoją irytującą twarzą był całkiem znośny. Całkiem nie najgorzej pokazywał emocje, przede wszystkim te złe. Więc jako czarny charakter nie najgorzej sobie radzi. Gorzej już jak próbuje być miły, potulny, a jednocześnie żałować za grzechy. "Cóżem uczynił?!" - och matko! Najlepiej, żeby nie odzywał się wcale. Myślał pewnie, że przybierając na masie 11 kilogramów do filmu, a także treningi obejmujące szermierkę i gimnastykę podniosą poziom jego aktorstwa, ale niestety dawały tylko szansę na to, że nie będzie się odzywał i będzie można go ignorować. Jednakże nie lepiej było z innymi aktorami z obsady. Ewan McGregor jako Obi-Wan Kenobi w ogóle się nie sprawdza. I konieczne jest obejrzenie wszystkich trzech filmów, żeby zdać sobie sprawę z tego, że daleko mu do Aleca Guinessa. Sztuczny, sztywny i całkowicie nieprzekonujący w swojej kreacji. Trochę lepiej wypada Natalie Portman, co pewnie spowodowane jest tym, że rzadko pojawia się na ekranie. Ian McDiarmid miał ułatwione zadanie, gdyż już dużo wcześniej pojawił się w roli Imperatora, w ostatniej (póki co) części sagi "Powrót Jedi". Dzięki temu bardzo udało mu się bez większych problemów zagrać postać wschodzącego Imperatora, chociaż można by się przyczepić do kilku szczegółów. Na szczęście Lucas wszelkie braki aktorskie wśród obsady przykrył wspaniałą oprawą więc w zasadzie na razi ona w oczy.